Archiwum dla Sierpień, 2014

Szkoła bez lęku – Marian Mazur

 

Źródło: http://autonom.edu.pl

Mazur Marian, 1966, Szkoła bez lęku. Argumenty, nr 42 (436), rok X, 16 października, Warszawa, s. 5 i 10. Z cyklu „O szkole cybernetycznie”.
Zeskanował i opracował Mirosław Rusek mirrusek@poczta.onet.pl

Na sali sądowej znajdowali się sami oskarżeni – obecność publiczności nie była przewidziana. W pewnej chwili wszedł do sali nobliwie wyglądający pan i powiedział do oskarżonych: Jestem waszym adwokatem. Przyznajcie mi się szczerze do wszystkiego, gdyż tylko wtedy będę mógł wam pomóc. Po wysłuchaniu zwierzeń oskarżonych powiedział: Przestałem być waszym adwokatem, staję się zaś waszym prokuratorem. Po przesłuchaniu oskarżonych i sporządzeniu aktu oskarżenia odezwał się jeszcze raz: A teraz jestem waszym sędzią i wydam sprawiedliwy wyrok.
Takiej parodii sądownictwa nie ma w żadnym sądzie. Ale coś w tym rodzaju odbywa się codziennie we wszystkich szkołach. Najpierw nauczyciel–adwokat spieszy uczniom z pomocą objaśniając im nową lekcję, a nawet dopytuje się, czy może ktoś czegoś nie zrozumiał; gdy się tacy znajdą, udziela im wyjaśnień. Nazajutrz ta sama osoba, ale już jako nauczyciel–prokurator, zadaje uczniom wnikliwe pytania zmierzające do zdemaskowania ich niewiedzy, po czym, jako nauczyciel–sędzia, stawia stopień.
Niektórzy młodzi uczniowie, a więc jeszcze naiwni, dają się nabierać na nauczyciela–adwokata i przyznają się, że nie wszystko zrozumieli (zdarza się to na lekcjach fizyki lub matematyki). Nauczyciel powtarza objaśnienia, po czym już tylko do „wychylających się” zwraca się z zapytaniem, czy teraz wszystko jest dla nich jasne. Przeważnie nie jest jasne, bo za drugim razem nauczyciel nie powiedział nic innego niż za pierwszym, ale nie rozumiejący uczniowie tracą ochotę do szczerości, aby nie zarobić sobie na opinię tępaków. Co nie przeszkadza, że następnego dnia nauczyciel-prokurator ich przede wszystkim wyrwie do odpowiedzi.
Drugą nauczkę naiwny uczeń dostaje, gdy spróbuje dać do zrozumienia, że ocena otrzymana od nauczyciela-sędziego wydaje mu się niesprawiedliwa. Szybko będzie mógł się przekonać, że nie ma do czynienia z osobą nieomylną.
Rzecz jasna, uczeń to nie oskarżony, niemniej we wskazanej przeze mnie „trójosobowej” roli nauczyciela wobec ucznia tkwi pewien element, z którego nauczyciele nie zdają sobie sprawy.
Postaram się to objaśnić odwołując się do Pawłowa. Powszechnie znane są eksperymenty, w których Pawłow wywoływał u psów skojarzenia widoku mięsa z dźwiękiem dzwonka. W wyniku wytworzonego w ten sposób odruchu warunkowego sam dźwięk dzwonka wystarczał, żeby pies zaczął przejawiać apetyt na mięso. Natomiast mało kto wie o następującym eksperymencie. Pawłow sporządził dwie plansze, z których jedna przedstawiała koło, druga zaś elipsę i nauczył psa, że gdy widać elipsę, to zaraz będzie mięso, a gdy koło, to o mięsie mowy nie ma. W tym stanie rzeczy Pawłow zaczął stopniowo pokazywać psu plansze z coraz szerszymi elipsami. Początkowo pies uważał, że elipsa wąska czy nieco szersza to zawsze przecież elipsa, czyli zapowiedź mięsa. W końcu jednak elipsa stała się tak szeroka, że pies stracił orientację, czy to, co mu się pokazuje, jest elipsą czy kołem, a więc czy ma się nastawiać na otrzymanie mięsa czy nie. Wynikiem eksperymentu było silne rozdrażnienie psa.
Uczeń w szkole znajduje się właśnie w roli takiego psa. W pewnym okresie zaczyna on tracić orientację, czy nauczyciel jest jego sprzymierzeńcem, któremu można się zwierzać, czy też przeciwnikiem, którego należy się strzec. Szereg przykrych doświadczeń skłania go wreszcie do drugiego z tych przypuszczeń. Tu tkwi przyczyna znanego faktu, że z każdym rokiem przebywania ucznia w szkole nauczyciel traci jego sympatię (co prawda, po latach wspomina się z sentymentem szkołę i nawet najbardziej antypatycznych nauczycieli, ale jest to tylko sentyment dla własnej odległej już młodości i wszystkiego co się z nią wiązało). Utyskiwanie nauczycieli na trudności w zdobywaniu zaufania młodzieży wynikają z niezrozumienia, że chcąc to zaufanie zdobyć nie można być na przemian elipsą i kołem.
Nauczyciel-prokurator, a zarazem nauczyciel-sędzia, to człowiek budzący lęk i niechęć, a elementem utrzymującym te uczucia jest egzaminowanie w najszerszym tego słowa znaczeniu (odpowiedzi ustne, wypracowania domowe i klasowe, egzaminy końcowe).
Egzaminowanie jest czynnością nauczycieli od tak dawna zakorzenioną, że w końcu wszyscy przywykli do niej jak do czegoś nieuchronnego i oczywistego. Rozlegające się nieraz głosy krytyki nie dotyczą egzaminowania w ogóle, lecz co najwyżej jednej z jego postaci (potocznie zwanej właśnie „egzaminem”), przy czym najczęściej chodzi o egzaminy maturalne, ale i w tym przypadku nie sięga się istoty sprawy lecz okoliczności drugorzędnych, jak np. zakres egzaminu, sposób jego przeprowadzania (pisemny czy ustny) itp.
Dopiero cybernetyka postawiła całe zagadnienie w zupełnie nowym świetle oraz znalazła środki jego rozwiązania. Zanim przejdę do ich omówienia, chciałbym wymienić mankamenty tradycyjnego egzaminowania. Można tu wymienić co najmniej pięć zarzutów.
Po pierwsze, szkoła wymaga stale od ucznia natychmiastowej gotowości do poddania się egzaminowaniu. Gdy nauczyciel, wodząc wzrokiem po liście uczniów cedzi: a teraz… do tablicy… przyjdzie… cała klasa zamiera w oczekiwaniu, kto będzie następnym delikwentem. Gdy wreszcie padnie czyjeś nazwisko, reszta uczniów odpręża się z uczuciem ulgi. Również zadania klasowe są najczęściej urządzane znienacka. Dopiero egzamin maturalny ma przynajmniej tę kulturalną cechę, że jego termin jest zawczasu podawany do wiadomości zdających. Doprawdy, czyżby nikt we władzach szkolnych nie zdawał sobie sprawy, że utrzymywanie dzieci w ciągłym napięciu jest okrucieństwem? Niechby kto od dorosłych, w pracy zawodowej, zechciał wymagać w każdej chwili gotowości do natychmiastowego udzielenia żądanych informacji, i to bez możności posługiwania się dokumentami, notatkami i innymi środkami pomocniczymi… Szkoła spekuluje na nieświadomości młodzieży w tym względzie.
Po drugie, egzaminowanie odbywa się w sposób wyrywkowy, to znaczy, że o wiedzy ucznia nauczyciel wnioskuje na podstawie sprawdzenia jej niewielkiego fragmentu. Na zadanie wszystkich możliwych pytań nauczyciel nie ma czasu, a ponadto nie mógłby na tej samej lekcji zadać tych samych pytań innym uczniom, skoro słyszeli oni dopiero co odpowiedzi poprzednika. Oczywiście, pytanie pytaniu nierówne, toteż egzaminowanie wyrywkowe jest obarczone ryzykiem znacznego błędu. Wprawdzie w skali całego roku szkolnego wpływ przypadkowości maleje, ale nie zmienia to faktu, że dla ucznia egzaminowanie go przez nauczyciela ma posmak loterii. Szkoda wynika stąd taka, że uczeń, zamiast na zdobywanie wiedzy dla własnego dobra, nastawia się do zajęć szkolnych jak do gry, w której przeciwnikiem jest nauczyciel i z której trzeba wyjść obronną ręką.
Po trzecie, zakres podlegający egzaminowaniu nie jest dokładnie określony. W zasadzie od ucznia wymaga się znajomości informacji podanych w podręczniku, ale między tym co wchodzi a tym co nie wchodzi w ich zakres jest mglista strefa pograniczna, która dla egzaminowanego ucznia jest zawsze źródłem niepokoju i zdenerwowania. W dodatku większość nauczycieli lubuje się w zadawaniu pytań z tej właśnie strefy, jak gdyby w obawie, że zadawanie prostych pytań dotyczących głównych spraw przedmiotu nie przyczyni egzaminowanemu trudności i wobec tego mija się z celem egzaminowania.
Po czwarte, w szkole nie przyznaje się uczniom prawa do wielokrotnego odpowiadania z tego samego zestawu pytań. Jest w tym jakieś pomieszanie pojęć co do zadań szkoły. Przecież nie o to chodzi, żeby egzaminowanie traktować jako turniej, w którym uczeń ma coś do wygrania lub przegrania, lecz o doprowadzenie wiedzy ucznia do wymaganego stanu, przy czym jest obojętne, czy stwierdzenie tego stanu nastąpi za pierwszym czy np. za piątym razem. Jeżeli egzamin na samochodowe prawo jazdy lub egzamin pływacki można powtarzać wiele razy aż do skutku, to nie widać powodów, dlaczego takie samo traktowanie egzaminów miałoby być niemożliwe w szkole.
I wreszcie, po piąte, egzaminowanie w szkole jest głęboko niemoralne. Cóż bowiem jest przedmiotem egzaminowania? Rzecz jasna, wiedza egzaminowanego ucznia. Ale wiedza ta jest produktem dwóch czynników: starań nauczyciela i starań ucznia. A zatem odpowiedzialność za ujemny wynik egzaminu powinna obciążać zarówno nauczyciela jak i ucznia, a co najwyżej mogłaby być mowa o proporcjach rozdziału tej odpowiedzialności na każdego z nich w konkretnych przypadkach. Tymczasem traktuje się sprawę tak, jak gdyby tylko starania ucznia decydowały o jego wiedzy (przecież gdyby tak było naprawdę, to nauczyciele byliby niepotrzebni). Co więcej, w razie ujemnych wyników wspólnego trudu nauczyciela i ucznia konsekwencje w stosunku do jednego z tych wspólników wymierza drugi wspólnik!
Wszystkie te trudności cybernetyka rozwiązała przez wprowadzenie tzw. nauczania programowanego, opartego na posługiwaniu się maszynami uczącymi i maszynami egzaminującymi.
Na temat nauczania programowanego istnieje już dość obszerna literatura1). Zajmuje się ona rozmaitymi systemami nauczania programowanego, konstrukcją maszyn stosowanych do tego celu i relacjonowaniem przeprowadzonych eksperymentów, toteż ograniczę się tylko do omówienia wpływu, jaki ta metoda nauczania może wywrzeć na styl pracy w szkole.
Maszyna ucząca jest zaprogramowana w postaci dialogu między uczniem a maszyną. W dialogu tym uczeń otrzymuje od maszyny pewną ilość wiadomości, pytania sprawdzające opanowanie tych wiadomości przez ucznia, przy czym uczeń, odpowiadając na pytania, ma możność upewnienia się, czy jego odpowiedzi są trafne. W porównaniu z nauczycielem maszyny uczące mają wiele zalet. A więc program maszyny jest opracowany w sposób metodyczny, wnikliwy i staranny przez zespół autorów o najwyższych kwalifikacjach dydaktycznych. Dzięki temu program ten jest o wiele lepszy od toku lekcyjnego, jaki może zapewnić nauczyciel z reguły improwizujący, nieraz zmęczony, niewyspany, niezdrów, skłopotany sprawami osobistymi, niezdolny lub po prostu znudzony powtarzaniem tego samego kursu przez wiele lat.
Posługując się maszyną uczącą uczeń jest aktywny przez cały czas, natomiast na lekcji z nauczycielem jest przeważnie biernym słuchaczem.
Przy nauczaniu lekcyjnym tempo pracy wyznacza nauczyciel, przy czym jest ono dostosowane do uczniów o przeciętnych zdolnościach, toteż jest ono zbyt powolne dla uczniów zdolnych, a zbyt szybkie dla mniej zdolnych. Lekcja taka dla zdolnych uczniów staje się redundancją (powtarzaniem tych samych informacji) a dla mniej zdolnych szumem informacyjnym (informacjami niezrozumiałymi), wskutek czego jedni i drudzy zaczynają się nudzić i zabawiać czym innym, rozmawiać, zakłócać tok lekcji. Natomiast tempo pracy z maszyną uczącą wyznacza sam uczeń. Nikt go nie popędza, ani nie hamuje, opanowując szybko wiadomości zyskuje sporo wolnego czasu. Gdy ma trudności, może się zatrzymać nad nimi dłużej, nikomu tym nie przeszkadzając. Okoliczność, że przy pracy z maszyną uczeń jest stroną dyrygującą (a nie dyrygowaną jak na lekcji z nauczycielem) wyrabia w nim samodzielność, poczucie odpowiedzialności i umiejętność koncentrowania uwagi.
Maszyna ucząca jest cierpliwa – jej program może być powtarzany tyle razy, ile uczeń potrzebuje.
Maszyna ucząca nie objawia żadnych emocji, nie zżyma się gdy uczeń powoli pojmuje przekazywane mu wiadomości, nie irytuje się, dzięki czemu nauczanie przebiega w zupełnym spokoju. Również i uczeń nie ma tendencji do dąsania się, opryskliwości lub złośliwości, bo przecież nie znalazłoby to u maszyny żadnego odzewu. Oprócz maszyn uczących istnieją również maszyny egzaminujące, różniące się od maszyn uczących tym, że nie podają żadnych wiadomości, a zawierają tylko same pytania, z kontrolą trafności odpowiedzi. Zazwyczaj działanie ich polega na tym, że przy poszczególnych pytaniach uczeń otrzymuje kilka (np. pięć) propozycji odpowiedzi i ma spośród nich wskazać (przez naciśnięcie odpowiedniego przycisku) tę, którą uważa za trafną. W razie wskazania odpowiedzi błędnej musi wskazać inną odpowiedź itd., aż do skutku; bez dojścia do odpowiedzi trafnej blokada mechanizmu maszyny uniemożliwia uczniowi przejście do następnego pytania. Maszyna egzaminująca jest wyposażona w licznik zliczający wszystkie odpowiedzi (trafne i błędne) udzielone przez uczniów. Na przykład, jeżeli włożona do maszyny taśma zawiera sto pytań, to w wyniku egzaminowania ucznia, który na każde pytanie udzielił od razu trafnej odpowiedzi, licznik wskaże sto odpowiedzi. Na odwrót, jeżeli uczeń nie potrafił odpowiedzieć na żadne pytanie (tj. na każde z nich dał cztery błędne odpowiedzi, a więc pozostało mu tylko wskazać piątą, nareszcie trafną odpowiedź), to licznik wskaże pięćset odpowiedzi. Wskazania licznika zawierają się więc między tymi skrajnymi liczbami i stanowią zarazem ocenę wiadomości ucznia.
Maszyna egzaminująca pozwala sprawdzić, czy uczeń przyswoił sobie wszystkie wymagane wiadomości, w odróżnieniu od wyrywkowego ich sprawdzania przy egzaminowaniu przez nauczyciela. Dzięki temu unika się również przypadkowości w zadawaniu pytań oraz pretensji ucznia, że nauczyciel się do niego uprzedził i rozmyślnie zadał mu trudne pytania.
Wynik egzaminu jest określony przez licznik maszyny za pomocą dokładnej liczby i w ten sposób obiektywny. Odpadają tu pretensje ucznia, że nauczyciel dał mu ocenę „niesprawiedliwą”.
Za pomocą maszyny egzaminującej uczeń może wstępnie sprawdzić stan swojego przygotowania do egzaminu i powtarzać to sprawdzanie tyle razy, aż zdoła na każde pytanie dać od razu trafną odpowiedź.
Stosując maszyny egzaminujące można zrealizować postulat, żeby uczeń trwale zapamiętał wymagane wiadomości, np. stawiając warunek, żeby w określonym odstępie czasu uczeń co najmniej dwukrotnie dał na wszystkie pytania od razu trafne odpowiedzi.
Egzaminowanie ucznia przez maszynę może się odbywać w dowolnych terminach. Po prostu, egzamin należy uznać za zdany wtedy, gdy uczeń spełni wymagania. Wystarczy przy tym wyznaczyć graniczny termin, do którego ma to nastąpić. Natomiast okoliczność, po ilu próbach egzaminacyjnych uczeń osiągnął pomyślny wynik, jest bez znaczenia, nie ma więc podstaw do żądania, żeby stwierdzenie tego stanu nastąpiło akurat w jakimś narzuconym uczniowi dniu. Rzecz jasna, przy zastosowaniu maszyn egzaminujących zbędne staje się przepytywanie uczniów. Trud nauczyciela sprowadza się do zakładania taśm z pytaniami do maszyny egzaminującej i do odczytywania końcowych wskazań licznika.
Maszyny egzaminujące umożliwią ilościowe ujęcie informacji wymaganych od ucznia w poszczególnych przedmiotach i odpowiednie skorygowanie ich zakresu. Ponadto dzięki maszynom egzaminującym można będzie zebrać obszerny materiał statystyczny dotyczący tempa zapamiętywania i zapominania informacji przez uczniów w zależności od ujęcia programu, przygotowania ucznia itp., co z kolei posłuży do ulepszania programów.
Jasne jest, że przy zastosowaniu nauczania programowanego nauczycielowi pozostałaby tylko rola adwokata: pomaganie uczniom przez objaśnianie im trudnych miejsc w programie maszyny uczącej (gdyby okazał się on niezupełnie przyswajalny dla niektórych uczniów), uzupełnianie wiadomości nie objętych programem (uczniom przejawiającym zainteresowanie szersze niż zakres wymagany), udzielanie rad na temat techniki skutecznego uczenia się z maszyną uczącą, organizowania sobie pracy itp. W tym stanie rzeczy uczeń nie mógłby już grać roli cierpiętnika robiącego nauczycielowi łaskę odrabianiem zadań, lecz musiałby zabiegać o pomoc nauczyciela, aby sobie ułatwić i skrócić pracę z maszyną. Stosunki między nauczycielem a uczniem stałyby się jednoznaczne i oparte na wzajemnej życzliwości. Rolę nauczyciela-prokuratora (egzaminowanie) i nauczyciela-sędziego (wystawianie ocen) przejęłaby maszyna egzaminująca.
Zniknęłoby zaskakiwanie ucznia wypytywaniem i utrzymywanie go w ciągłej gotowości do odpowiadania, ponieważ stawianie pytań przez maszynę byłoby uzależnione od inicjatywy ucznia i nie pociągałoby dla niego żadnych skutków o charakterze dyskwalifikacyjnym, jako że technika nauczania programowanego polega właśnie na zadawaniu pytań i powtarzaniu ich tak długo, aż uczeń opanuje wymagane wiadomości.
Egzaminowanie straciłoby charakter wyrywkowy, ponieważ w nauczaniu programowanym uczeń musi umieć wszystko przewidziane programem, tj. odpowiedzieć na wszystkie zawarte w nim pytania. Eliminuje to czynnik przypadkowości, a spryt ucznia w dążeniu do wykpiwania się od pracy czyni bezużytecznym.
Również zakres egzekwowanych wiadomości byłby jasno określony. Wszystkie pytania byłyby uczniowi znane, z gwarancją, że maszyna egzaminująca nie zada ani jednego pytania więcej, niż to zostało przewidziane.
Uległaby też zatarciu różnica między przygotowywaniem się do egzaminu a samym egzaminem. Z kilku powtórek dialogu między uczniem a maszyną rolę egzaminu spełniałaby ostatnia powtórka, przy której uczeń odpowiedział trafnie na wszystkie pytania. I wreszcie zniknęłaby wspomniana powyżej niemoralność egzaminowania polegająca na tym, że za przedmiot oceny uważa się rzekomo wynik pracy ucznia, choć w rzeczywistości jest to wspólny wynik pracy ucznia i nauczyciela, przy czym oceniającym jest nauczyciel, a więc współwinowajca (w razie wyniku ujemnego).
Przy nauczaniu programowanym nauczyciel ani nie jest współtwórcą wyników pracy ucznia ani ich nie ocenia. Wprawdzie są to wyniki współpracy ucznia i maszyny, ale maszyna jako obiekt dokładnie jednakowy dla wszystkich uczniów i bezemocjonalny nie może być przyczyną różnic między wynikami pracy różnych uczniów. Poza tym maszyna pozostaje całkowicie do dyspozycji ucznia, więc tylko od niego samego zależy, co z jego współpracy z maszyną wyniknie. Jak wiadomo, sprzężenie zwrotne polega na tym, że nie tylko przyczyna oddziałuje na skutek, lecz i skutek oddziałuje na przyczynę, w wyniku czego przyczyna staje się swoim własnym skutkiem. Zachodzi to właśnie między uczniem a maszyną uczącą. W rzeczywistości więc nauczanie programowane sprowadza się do tego, że to sam uczeń, za pomocą maszyny, zadaje sobie pytania, sam na nie odpowiada, a przez to sam determinuje ocenę wskazaną przez licznik.
Wprowadzenie nauczania programowanego w pełnym zakresie oznaczałoby zmierzch egzaminów maturalnych, a w konsekwencji likwidację wszystkich toczących się o nie sporów, na wyrywkowe bowiem egzaminy nie ma w nauczaniu programowanym miejsca.
Taka metoda nauczania spowodowałaby też głębokie przemiany strukturalne szkoły. Tak na przykład, bezprzedmiotowe stałoby się tradycyjne pojecie lekcji. Przestałyby też istnieć klasy szkolne, a wraz z nimi straciłoby również sens przechodzenie z klasy do klasy, bądź pozostawanie na drugi rok w tej samej klasie.
Zamiast tego byłyby sale maszyn, a obowiązkiem ucznia, zamiast odsiadywania 45–minutowych lekcji, byłoby opanowywanie wyznaczonych dawek wiedzy. Po wcześniejszym wykonaniu tego zadania uczeń mógłby zabrać się do następnych tematów i w końcowym rezultacie skrócić sobie pobyt w szkole o rok czy dwa.
W praktyce przeprowadza się już eksperymenty z nauczaniem programowanym, ale przypominają one pierwsze samochody, w których konie zastąpiono silnikami, ale pozostawiono kształt bryczki. Eksperymenty te traktuje się tak, jak gdyby nic poza tym w szkole nie miało się zmienić. Tymczasem nauczaniu programowanemu musi towarzyszyć zmiana całego systemu szkolnego.
Między innymi zasługuje tu na poruszenie okoliczność, że nauczyciele nie odróżniają wiadomości od poglądów2) i dlatego nie rozumieją, że trzeba uczyć wiadomości, ale nie można „uczyć” poglądów; poglądy można jedynie dyskutować. Jeżeli nauczyciel uczy, że bitwa pod Waterloo została stoczona w 1816 roku, to wszystko w porządku. Natomiast nonsensem jest, gdy „uczy” on, jakie były przyczyny, że Napoleon tę bitwę przegrał. Na tę sprawę można mieć różne poglądy, przy czym nikt nie zdoła dowieść, że jego pogląd jest rozstrzygający. Można co najwyżej wymienić sporo faktów (a więc wiadomości), jak np. odsiecz Blüchera, spóźnienie się Grouchy, kiepskie zdrowie Napoleona, wyczerpanie Francji itd., ale niepodobna stwierdzić, jaki byłby wynik bitwy, gdyby któryś z tych faktów nie zaszedł.

Przy nauczaniu programowanym musiałoby nastąpić ścisłe oddzielenie wiadomości od poglądów. Przedmiotem pracy ucznia z maszyną uczącą mogą być wyłącznie wiadomości. Poglądów uczeń nie może się „nauczyć” ani od maszyny ani od nauczyciela. Nie mogą one stanowić przedmiotu nauczania, zwłaszcza ze stawianiem stopni za „nauczenie się” poglądów nakazanych. Poglądy może sobie uczeń tylko wyrabiać. Do tego celu powinny być organizowane w szkole dyskusje równolegle towarzyszące nabywaniu wiadomości za pomocą maszyn. Dyskusje takie stanowiłyby doniosły czynnik intelektualnego rozwoju ucznia, i w tym dopiero nauczyciel miałby do odegrania właściwą rolę. Maszyna nie ma wyrugować nauczyciela, lecz uwolnić go od najbardziej jałowej części jego pracy.
Jeżeli uda się do tego doprowadzić, będzie to niezmierną zasługą cybernetyki.

 


 

 

Fragment książki Mariana Mazura – Cybernetyka i charakter

Dziecko jako egzodynamik, potrzebuje doznawania mnóstwa bodźców wnoszących informacje o rzeczywistym świecie, aby na podstawie ich skojarzeń tworzyć w wyobraźni własny świat urojony.
Tymczasem traktowanie dzieci jest zupełnym tego przeciwieństwem. Zamiast dostarczać dzieciom informacji o rzeczywistości opowiada się im bajki. Zamiast pozostawiać dzieciom swobodę fantazjowania ładuje się w nie rzekomo „fantastyczne” i rzekomo „artystyczne” elaboraty bajkopisów. Już dawno „pisarze” nie mający nic do powiedzenia w literaturze z prawdziwego zdarzenia zrobili sobie zajęcie zarobkowe z produkowania „literatury dla dzieci”, a ostatnio powstał cały przemysł wydawniczy i filmowy do zaśmiecania dziecięcej wyobraźni.
Stworzono fikcyjny świat zaludniony wiedźmami, czarnoksiężnikami i krasnoludkami oraz załgany świat zwierząt, w którym nie istnieje walka o byt, jest natomiast wystawianie cenzurek: „zły wilk”, „chytry lis”, „pracowita mrówka”, „lekkomyślny konik polny” – chociaż wilk pożerający zająca nie jest bardziej „zły” niż zając pożerający trawę, a koniki polne utrzymują się w przyrodzie nie gorzej niż mrówki. Czworonożne zwierzaki w dziecięcych ubrankach chodzą na dwóch nogach, wiosłują na łodziach, jeżdżą samochodami, strzelają z pistoletów.
Ale to jeszcze nic w porównaniu z tym, co się w tym fikcyjnym świecie wyprawia z prawami fizyki. Nie obowiązuje w nim prawo ciążenia ani prawo zachowania energii, ani żadne inne. Dzieci przedstawiane w filmach dla dzieci spadają z wysokich skał, po czym biegną dalej, jak gdyby nic się nie stało. Wpadają do rzeki i nie toną. Przygniecione wielkimi głazami wypełzają spod nich bez trudności. Rozbijają pędzący samochód o drzewo bez żadnej dla siebie szkody itd. Niebezpieczeństwo okazuje się tylko zabawne.
To usypianie czujności dzieci staję się źródłem nieszczęść, rodząc beztroskę w zabawianiu się zapałkami, manipulowaniu niewypałami, wychylaniu się z okna, przebieganiu przez jezdnię, czepianiu się tramwajów itp.Jest ono źródłem bezradności dzieci w takich sytuacjach, jak np. gdy dziecko zabłądzi na ulicy, gdy ktoś obcy zwabia dziecko do siebie, gdy dziecko się skaleczy albo oparzy, gdy zapaliła się firanka, gdy domownik zasłabł lub stracił przytomność itd. Zamiast o tym, jak i kiedy zaalarmować sąsiadów, policję, pogotowie ratunkowe, straż pożarną, dziecko jest wyposażone w informacje o chatce z pierników, w której Małgosia ocaliła Jasia przed upieczeniem przez czarownicę.
Na listę absurdów należy też wpisać sposób mówienia do dzieci. Filmowe pieski mówią szczekliwie, z ludzka po psiemu. Ptaki mówią w sposób, o którym nie wiadomo, czy to szczebiot ptasi imitowany przez dzieci, czy szczebiot dziecięcy imitowany przez ptaki. Najwidoczniej bajkopisy sądzą, że mówiąc do dzieci trzeba naśladować ich naiwnie brzmiące głosy i słowa, a postacie na filmach kreskowych i na książkowych ilustracjach rysować w sposób naśladujący nieporadność rysunków dziecięcych. Czy bajkopisy zaczęliby sztucznie jąkać się rozmawiając z jąkałą? Albo robić błędy ortograficzne pisząc list do człowieka niewykształconego?
W pewnym serialu filmowym dla dzieci kreskowy puchacz pełniący rolę konferansjera kłapał dziobem recytując: „gazetki leśnej numer mam”. Dlaczego puchacz, a nie człowiek, dorosły i mówiący bez kłapania? Dlaczego „gazetki leśnej”, a nie aktualnego dziennika? Czy tym, co dzieci najbardziej interesuje, jest fałszywy las z fałszywym puchaczem i z fałszywą mową? Dopiero gdy dziecko stłucze lustro lub zegarek, wtedy u dorosłych koniec z językowym mizdrzeniem się do dzieci, zaczynają do nich mówić normalnie i już na temat realiów. Wywołuje to u dzieci awersję do dorosłych mówiących językiem normalnym, bo to zawsze oznacza, że nastąpią przykrości.
Czym się dzieci naprawdę interesują, można było zobaczyć na dokumentalnym filmie krótkometrażowym o objazdowym nauczycielu wtajemniczającym kilkuletnie dzieci w rozkosze malarstwa. Niczego im nie narzucał, pozwalał im mazać plamy na arkuszach papieru dłońmi maczanymi w farbach, doradzał, gdy był o coś pytany. Gdy dzieci miały już dość tego taszyzmu, zaczęły malować w sposób mający coś przedstawiać, a na zakończenie pobytu nauczyciela odbyła się wystawa dziecięcych obrazów. Tu pytanie do czytelników: jaki tematy zostały obrane przez dzieci jako treść obrazów?
Obrazy te miały tylko jeden temat: twarze ludzi dorosłych! Oto jest świat nęcący wyobraźnię dzieci.
Ale świat dorosłych jest dla nich hermetycznie zamknięty. Dzieci nic nie wiedzą o pracy zawodowej rodziców, zarobkach, wydatkach, nic nie wiedzą o życiu uczuciowym rodziców. W obecności dzieci nie omawia się spraw istotnych. Gdy przychodzą znajomi, dzieci się wydala („idźcie się pobawić”), a jeżeli nie ma dokąd, rodzice mają się na baczności wobec tematów poruszanych przez gości („nie przy dzieciach”). Od dzieci wymaga się mówienia prawdy – bez wzajemności.
Gdy dzieci same inicjują zabawę, bawią się w „tatusia i mamusię”, w „pana doktora”, w „policjantów i złodziei”, w „sklep” i inne okruchy podpatrzonej rzeczywistości.
Dzieci traktuje się tak, jak gdyby świat rzeczywisty nie istniał. Jego namiastką mają być rozmaite bajdy ciotki Adelajdy.
Dzieci, jak wszyscy egzodynamicy, pragną fantazjować, ale na podstawie skojarzeń między elementami zaczerpniętymi z rzeczywistości. Tymczasem bajkopisy dostarczają dzieciom elementów fikcyjnych i usiłują je w fantazjowaniu wyręczać.
Gdy dziecku się marzy, że jego kot lata nad domem, urojenie to jest procesem tworzenia. Natomiast gdy dziecko widzi latającego kota na filmie, nie tylko samo niczego nie tworzy, ale ma do czynienia z mistyfikacją cudzego tworzenia, gdyż autorom żaden kot się nie marzył, lecz tylko został przez nich wybrany jako temat w wyniku spekulacji, co by tu jeszcze niewyeksploatowanego rzucić na rynek w celu wyłudzenia pieniędzy od nierozsądnych rodziców. Świat przedstawiany przez bajkopisów jest nie tylko sfałszowany, ale nawet jego fałszowanie jest fałszywe.
Cała ta „twórczość” jest fałszywie zaadresowana. Wyobraźnia dzieci bowiem jest tak bujna, jak nigdy potem już nie będzie. Po kilkudziesięciu latach zostaną z niej tylko mizerne szczątki, również u dorosłych bajkopisów, i z takimi to szczątkami zwracają się oni do dzieci, mistrzów fantazjowania! Jest to taki sam bezsens, jak gdyby ktoś chciał skraplać fontannę.
Być może zechce ktoś wysunąć argument empiryczny: wiadomo przecież, że dzieci lubią bajki i nawet się o nie dopominają, a powszechność tego zjawiska świadczy, że mamy do czynienia z mocną empirią.
Tymczasem nic z tego nie jest prawdą. Dzieci lubią bajki, ale komponowane przez siebie, lubią je opowiadać, a nie żeby je im opowiadano. Dopominają się o bajki nie dlatego, że to są bajki, lecz dlatego, że chcą, żeby się coś działo, potrzebują bowiem elementów do fantazjowania, a tylko bajki im się udostępnia.
Rzekomo mocna empiria jest tylko fałszywą interpretacją. Natomiast mocna jest teoria, niepodważalne bowiem jest w niej twierdzenie, że życie rozpoczyna się od egzodynamizmu, oraz twierdzenie, że egzodynamizm przejawia się pragnieniem wydawania informacji.
Powszechność błędnego poglądu na rolę bajek bierze się stąd, że dorośli uważają się za wyłącznie kompetentnych do oceny, co dla dzieci jest dobre. Kiedy niedawno ktoś wpadł na pomysł, żeby o to zapytać same dzieci za pomocą ankiety, na pytanie „czy lubisz oglądać filmy kreskowe dla dzieci?”, otrzymano odpowiedzi, dla których reprezentatywna była wypowiedź dziewięcioletniego chłopca, że nie lubi, bo to są „głupoty”. Chłopiec ten zasłużył na miejsce w historii.
Dziecko to człowiek o określonym charakterze. Trzeba dzieci traktować poważnie, ponieważ one także traktują wszystko poważnie.
O ile w okresie dzieciństwa charakter jest wyłącznie egzodynamiczny, z prawie nieuchwytnymi różnicami, to w okresie młodości zaczyna się on coraz bardziej różnicować. Na początku tego okresu oprócz opóźnionych egzodynamików spotyka się egzostatyków, później zaś przyśpieszonych statyków. Nie rozumiejąc, że mają do czynienia z różnymi charakterami, nauczyciele traktują to jak różnice zachowania i starają się je usuwać przez „kształtowanie charakteru”, tzn. przerabianie wszystkich uczniów na statyków, a postępują tak, ponieważ sami są statykami. Wydaje im się, że dopiero przywiązanie do zasad czyni człowieka wartościowym.
Ponieważ wcześniej czy później nauczyciele swój cel osiągali, więc utrwaliło się w nich przeświadczenie, że był to skutek ich wychowawczych zabiegów. Nie przychodziło im na myśl, że przywiązanie do zasad jest fazą ewolucji charakteru, która sama nadejdzie („nie pchaj rzeki, sama płynie”), i która sama przeminie, bez względu na to, czy się to gani, czy pochwala. Żadna siła nie doprowadzi do wpojenia jakichkolwiek zasad egzodynamikowi, a więc człowiekowi, który jeszcze nie jest statykiem, ani endodynamikowi, który już nie jest statykiem.
Za podstawową zasadę do wpajania statyczni nauczyciele uważają utrzymywanie porządku, a jednakowość za jego ideał. Jednakowość to przeciwieństwo różnorodności, a różnorodność to przejaw egzodynamizmu, toteż wchodząc do szkoły dziecko staje się przedmiotem uporczywej walki statyzmu z egzodynamizmem. Nauczyciele lubią jednobarwność okładek zeszytów szkolnych – uczniowie wolą różnobarwność. Nauczyciele aplikują uczniom gimnastykę jako zajęcie, w którym wszyscy mają wykonywać jednakowe ruchy na komendę – uczniowie wolą zabawy ruchowe, w których każdy robi co innego i na co ma ochotę. Nauczyciele chcą, żeby uczniowie nosili mundurki szkolne – uczniowie unikają tego, jak tylko mogą, w czym są często wspierani przez rodziców, niechętnych ciągłym wydatkom na nowe mundurki, jako że młodzież szybko wyrasta ze starych. Nauczyciele mają na to argument, że obowiązek noszenia mundurków zapobiega rywalizacji między strojnymi uczennicami (bo głównie o dziewczęta w tym argumencie chodzi) z zamożnych rodzin a ich biedniejszymi koleżankami. Ale to tylko hipokryzja, przecież nie o usuwanie różnic społecznych tu idzie, lecz tylko o to, żeby w szkole nie było ich widać. Przypomina to takie szpitale, w których białe drzwi są w pobliżu klamki powleczone szarą farbą w celu „utrzymania czystości”, chociaż jest to tylko utrzymywanie niedostrzegalności brudu.
Poważniejszą jednak sprawą niż jednakowość wyglądu jest, że ideałem dążeń nauczycielskich jest „dobry uczeń”, pilny, posłuszny. Jest w tym niezrozumienie, że do szkoły chodzi się po to, żeby stać się tam wykształconym dorosłym, a nie „dobrym uczniem”. Podobnie jak na kurs samochodowy chodzi się po to, żeby stać się kierowcą, a nie dobrym kursantem. Dlatego właśnie za kierownicą samochodu ćwiczebnego siedzi kursant, a nie jego instruktor. To kursant podejmuje decyzję, instruktor zaś udziela mu uwag i na wszelki wypadek trzyma nogę na dodatkowym hamulcu. Tymczasem w zwykłej szkole uczeń nie ma nic do decydowania, ma tylko wchłaniać wiadomości, nauczyciel ustawia się do niego jak do podwładnego i za szczyt szczęścia uważa zrobienie z niego podwładnego wzorowego, czyli „ukształtowanie” jego charakteru. Kursant samochodowy wiedziałby, co zrobić, gdyby jego zechciano w podobny sposób traktować. Uczeń natomiast nie wie, że jest nabierany. Gdyby nawet wiedział, to nie umiałby na to zareagować. A gdyby umiał, to by nie zareagował, bo naraziłby się na represje.
Charakter nie jest do kształtowania, lecz do doskonalenia, przez stwarzanie sytuacji zgodnych z charakterem. Aby jednak doskonalić charakter ucznia, nauczyciel musiałby ten charakter najpierw rozeznać, a umiejętność tego rodzaju powinna być podstawową kwalifikacją do uprawiania zawodu nauczycielskiego. A tymczasem cóż nauczyciele wiedzą o charakterze swoich uczniów? Gdy mają do czynienia z charakterem przyśpieszonym , tj. z wczesnym statyzmem, uważają to za sukces swoich metod wychowawczych. Gdy mają do czynienia z charakterem opóźnionym , tj. z ciągle jeszcze trwającym egzodynamizmem, mówią że uczeń jest „trudny”, wpisują mu negatywne oceny ze sprawowania, monitują go za „krnąbrność” i nawołują, żeby się „poprawił”. Dowiedziawszy się po latach, że się wreszcie „ustatkował”, będą się oddawać złudzeniom, że to dalekosiężny wpływ ich nauczycielskich starań.
„Przerabianie” dynamizmu czyjegoś charakteru to strata czasu i energii, a jeżeli jest uporczywe, to prowadzi do walki (daremnej) i nienawiści (głębokiej). Dynamizmu charakteru nie można też nikomu wyperswadować, gdyż do perswazji ustawia się on tak właśnie, jak to wynika z jego dynamizmu charakteru. Aby skorzystać z perswazji, musiałby sobie wymienić homeostat na inny. „Kot miauczy, a pies szczeka” – powiedział Hamlet.

Energia i sposoby jej zdobywania – Niebiańska przepowiednia Jamesa Redfielda

 

„Jeśli chcesz poznać sekrety wszechświata, myśl w kategoriach energii, częstotliwości i wibracji.” – Nikola Tesla

 

Fragmenty z książki „Niebiańska przepowiednia” Jamesa Redfielda:

 

Potem gospodyni z córką podawały ciasto w porcjach na talerzykach. Przy tej czynności dziewczynka potrąciła łokciem stojącą przede mną szklankę i rozlała wodę na stół. Matka wybuchnęła gniewem, skarciła córkę po hiszpańsku i odepchnęła ją.

Przepraszała wycierając blat stołu.

–      Ona jest taka niezgrabna…

Dziewczyna wpadła w taki gniew, że rzuciła w matkę talerzykiem z ostatnią porcją ciasta. Nie trafiła, a resztki ciasta i skorupki z rozbitego talerzyka rozprysły się po stole. W tej chwili wrócił ojciec. Krzyknął coś i dziewczyna uciekła w popłochu.

–      Najmocniej przepraszam – wydyszał, pędząc do naszego stołu.

–      Nic się nie stało – uspokajałem go. – Może nie powinniście państwo być tak surowi dla córki.

Wil wstał już od stołu i regulował rachunek, a my szybko wyszliśmy. Reneau do tej pory się nie odzywał, lecz kiedy tylko znaleźliśmy się na schodach, nie wytrzymał.

–      Widział pan tę małą? To typowy przykład presji psychicznej. Tak się dzieje, kiedy ludzka potrzeba rządzenia innymi przybiera skrajną postać. Ten staruch i jego żona kompletnie zahukali córkę. Widział pan, jaka była zdenerwowana i spięta?

–      Rzeczywiście – przyznałem. – Ale pokazała im, że ma już tego dość.

–      Właśnie! Rodzice wiecznie nią dyrygowali, uznała więc, że nie pozostaje jej nic innego jak wybuchnąć. Dla niej to jedyny sposób, aby choć częściowo odzyskać kontrolę nad sytuacją. Niestety, kiedy dorośnie, na skutek urazów dzieciństwa będzie uważała, że musi w ten sposób zdobywać władzę nad innymi. Będzie miała głęboko zakodowany taki wzorzec zachowania i stanie się tak samo despotyczna jak jej rodzice, szczególnie wobec jednostek tak wrażliwych jak dzieci.

Pewnie jej rodzice wynieśli takie same urazy z dzieciństwa i odreagowują teraz to, że byli zdominowani przez własnych rodziców. W ten sposób wzorce przemocy psychicznej są przekazywane z pokolenia na pokolenie. – Urwał nagle. – Muszę przynieść śpiwór z samochodu – przypomniał sobie. – Zaraz wracam.

——–

–      Jedzenie to pierwsza droga pozyskania energii – rozpoczął. Ze zrozumieniem skinąłem głową.

–      Ale żeby uzyskać całą energię, którą jedzenie może nam dać, trzeba je… trzeba… – zabrakło mu właściwego angielskiego słowa – smakować! – znalazł je wreszcie. – Smak to klucz. Musisz przyswajać sobie smak. Dlatego modlimy się przed jedzeniem. Nie chodzi o to, żeby okazać wdzięczność za to, że je mamy, lecz o to, aby uczynić z aktu jedzenia mistyczne przeżycie. Wtedy zawarta w pokarmie energia przejdzie do twojego ciała…

W milczeniu skinąłem głową, a on przyglądał mi się uważnie, jakby chcąc sprawdzić, czy zrozumiałem.

Z tego, co usłyszałem, wynikało, że prawdziwym celem zwyczajowych modłów dziękczynnych przy posiłku była kontemplacja jedzenia, która z kolei zwiększała przyswajanie zawartej w pożywieniu energii.

–      Pobieranie pokarmu to tylko pierwsze stadium – wyjaśniał dalej. – Kiedy tym sposobem zwiększymy ilość własnej energii, zwiększa się też nasza zdolność dostrzegania energii wokół nas. Uczymy się wtedy pobierać tę energię nie tylko z jedzenia.

Znowu kiwnąłem głową.

–      Wszystko wokół nas ma swoją energię. Ale istnieją różne jej rodzaje. Dlatego pewne miejsca wzbogacają naszą energię bardziej niż inne. Zależy to od tego. czy energia, którą emanują, odpowiada naszej energii.

——-

–      Czy Wil mówił im coś o mnie?

–      Wspomniał Julii, że musieliście się rozdzielić, ale rozmawiał głównie z Rolandem. Czy powiedziałeś mu, kim jesteś?

–      Nie. Nie byłem pewien, czy można mu ufać. Sanchez spojrzał na mnie zaskoczony.

–      Jak to? Przecież mówiłem ci. że dobrze byłoby z nimi porozmawiać! Znamy się z Julią od lat. Prowadzi firmę w Limie, ale od czasu odnalezienia Rękopisu bierze udział w poszukiwaniach dziewiątego wtajemniczenia. Na pewno nie podróżowałaby z kimś. kto nie byłby godny zaufania. Zmarnowałeś więc okazję uzyskania cennej informacji. – Brzmiało to bardzo poważnie.

–      Masz tu właśnie klasyczny przykład działania gry kontroli. Przez swoją nieufność nie dopuściłeś do wystąpienia ważnej zbieżności wydarzeń.

Przybrałem postawę obronną, a on łagodził sytuację:

–      Nic się nie stało. Każdy prowadzi jakąś swoją grę. Teraz przynajmniej rozumiesz, na czym polega twoja.

–      Niestety, niewiele rozumiem! Co ja takiego robię?

–      Twój sposób kontrolowania sytuacji i panowania nad ludźmi w celu uzyskania energii – wyjaśnił – polega na kreowaniu w sobie osobnika, który zawsze trzyma się w cieniu, a na zewnątrz prezentuje się jako istota wielce zagadkowa i tajemnicza. Wmawiasz sobie, że jesteś po prostu ostrożny. Naprawdę jednak liczysz na to, że partner da się wciągnąć w twoją grę i będzie próbował cię rozszyfrować. No a kiedy ktoś rzeczywiście już da się w to wciągnąć, pozostajesz nieprzenikniony, zmuszając innych do ciężkiego wysiłku docierania do twojego wnętrza i prawdziwych uczuć.

W ten sposób inni poświęcają ci swoją uwagę, a przy tym przekazują własną energię. Im dłużej zdołasz podtrzymać zainteresowanie otoczenia swoją osobą, tym więcej energii otrzymujesz. Cóż jednak z tego, skoro kultywując nawyk powściągliwości sprawiasz, że twoja ewolucja postępuje bardzo powoli, ponieważ stale powtarzasz tę samą scenę. Gdybyś otworzył się przed Rolandem. może film twojego życia potoczyłby się w nowym, interesującym kierunku?

Poczułem narastające przygnębienie. To prawda. Oto jeszcze jeden przykład potwierdzający opinię Wila. gdy niechętnie udzielałem informacji Reneau. Rzeczywiście, zawsze próbowałem ukrywać swoje prawdziwe myśli.

Wyjrzałem przez szybę i stwierdziłem, że szosa pnie się stromo w górę. Sanchez skupił się już tylko na omijaniu wybojów. Dopiero kiedy nawierzchnia stała się równiejsza, spojrzał w moją stronę i kontynuował swój wykład.

–      Pierwszym krokiem w procesie wyzbywania się niepożądanych nawyków jest pełne uświadomienie sobie własnej gry kontroli. Musimy wejrzeć głęboko w siebie i obnażyć własną metodę manipulowania innymi w celu uzyskania energii. To właśnie przydarzyło się tobie.

–      A jaki jest następny krok?

–      Musimy cofnąć się daleko w przeszłość, do domu rodzinnego, gdzie rodziły się nasze nawyki. Najłatwiej rozpoznać je, sięgając do ich korzeni. I tak, nie zapominajmy, że członkowie naszej rodziny prowadzili własne gry, próbując podebrać nam. dzieciom, trochę energii. Dlatego też każdy z nas musiał przede wszystkim wypracować sobie własną grę kontroli, własną strategię odzyskiwania energii. Rozwijaliśmy zawsze nasze gry w zależności od stosunków między poszczególnymi członkami naszych rodzin. Gdy raz uda nam się rozpoznać przepływ energii w naszej rodzinie, będziemy mogli przejść do porządku dziennego nad strategiami kontroli i wówczas zobaczymy, co się w niej naprawdę działo.

–      A co się mogło dziać?

–      Każdy musi od nowa zinterpretować swoje doświadczenia rodzinne z duchowego, ewolucyjnego punktu widzenia, a wtedy odkryje, kim naprawdę jest. Kiedy to się stanie, gra kontroli okaże się zbędna i nasze prawdziwe życie popłynie właściwym nurtem.

–      Od czego mam więc zacząć?

– Od zrozumienia, jak tworzyła się twoja gra. Opowiedz mi o ojcu.

–      To bardzo porządny człowiek, odpowiedzialny i z poczuciem humoru, ale… – zawahałem się, nie chcąc wyjść na niewdzięcznika.

–      Ale co?

–      Ciągle mnie krytykował. Nigdy nie mogłem go zadowolić.

–      W jaki sposób cię krytykował?

Moja wyobraźnia przywołała obraz ojca – silnego młodego mężczyzny.

–      Zadawał mi mnóstwo pytań i w każdej mojej odpowiedz. ! znajdował jakiś błąd.

–      I co wtedy działo się z twoją energią?

–      Czułem się wypompowany, więc starałem się jak najmniej mówić mu o sobie.

–      Czyli stawałeś się skryty i niedostępny. Nauczyłeś się takiego sposobu mówienia, który przyciągał uwagę ojca, ale nie dawał mu żadnego punktu zaczepienia. On grał rolę śledczego, a ty wymykałeś mu się, otaczając się murem nieufności.

–      Jeśli o mnie chodzi, to prawda. Ale na czym w tym wypadku miałaby polegać rola śledczego?

–      To też jest rodzaj gry. Ludzie, którzy obierają sobie taką metodę pozyskiwania energii, stosując grę pytań wdzierają się w intymny świat drugiego człowieka po to, by wykryć w nim coś niewłaściwego, a kiedy im się to uda, poddają krytyce te niewłaściwości. Jeśli ta strategia się powiedzie, krytykowana osoba zostaje wciągnięta w grę. Sama nie wiedząc kiedy utożsamia się z krytykującym, z uwagą obserwuje jego poczynania i stara się myśleć tak, aby nie dopuścić się niczego, co by zasługiwało na krytyczną uwagę śledczego. W wyniku tego uzależnienia psychicznego przekazuje śledczemu potrzebną mu energię.

Wyobraź sobie siebie w takiej roli. Gdybyś został wciągnięty w tę grę, czy nie starałbyś się postępować w taki sposób, aby krytykujący nie miał się do czego przyczepić? Porzuciłbyś własny sposób myślenia i zacząłbyś oceniać siebie jego kategoriami, wyzbywając się w ten sposób na jego rzecz swojej energii.

W tym momencie przypomniałem sobie, że właśnie to czułem w stosunku do Jensena.

–      To znaczy, że mój ojciec był śledczym.

–      Na to wygląda.

Przez chwilę pogrążyłem się w myślach o grze mojej matki. Jaką rolę spełniała ona? Kiedy Sanchez zagadnął mnie, o czym myślę, odpowiedziałem:

–      Zastanawiam się. jaką grę kontroli prowadziła moja matka. Jakie w ogóle mogą być ich rodzaje?

–      Opowiem ci, co mówi na ten temat Rękopis. Energię można zawłaszczać czynnie – zmuszając ludzi, aby poświęcali nam uwagę – lub biernie – odwołując się do ludzkiego współczucia lub ciekawości i w ten sposób przyciągając ich uwagę. I tak na przykład jeśli ktoś ci grozi fizycznie, słownie lub psychicznie, to choćby ze strachu musisz zwrócić na niego uwagę i tym sposobem oddać mu część swojej energii. Osobnik, który stosuje wobec ciebie

przemoc, może cię wciągnąć do najostrzejszej formy gry, którą szóste wtajemniczenie określa jako grę terrorysty.

Możemy też wyobrazić sobie kogoś, kto opowiada ci, jakie miał straszne przejścia, sugerując, że to się stało przez ciebie, a jeśli odmówisz pomocy, stanie mu się coś jeszcze gorszego. Taki człowiek próbuje podporządkować cię sobie w sposób najbardziej bierny, który Rękopis określa jako grę szantażysty uczuciowego. Czy nie miałeś nigdy do czynienia z osobą, która potrafiła przyprawić cię o poczucie winy, chociaż nie było ku temu żadnych powodów?

–      Owszem, zdarzało mi się.

–      Wtedy właśnie brałeś udział w grze szantażysty uczuciowego. Wszystko, co tacy ludzie mówią, i wszystko, co robią, spycha cię na pozycję obrony przed zarzutem, że nie zrobiłeś dla nich tego, co powinieneś. Nic dziwnego, że samo towarzystwo takiej osoby wywołuje u nas poczucie winy.

Przyznałem mu rację.

–      Grę każdego człowieka można ocenić w zależności od tego, jakie miejsce zajmuje między agresją a biernością. Jeśli ktoś artykułuje swoją agresję stosunkowo łagodnie, stara się przejąć twoją energię wyszukując w tobie wady i burząc twój świat – jak twój ojciec – wówczas mamy do czynienia ze śledczym. Postawą trochę mniej bierną niż szantaż uczuciowy jest twoja nieufność, którą można by nazwać grą niedowiarka. Tak więc możemy usystematyzować różne rodzaje gier: od gry terrorysty, przez śledczego, niedowiarka, aż do szantażysty uczuciowego. Co ty na to?

–      Myślę, że to ma sens. To znaczy, że każdy z nas podpada pod którąś z tych kategorii?

–      Właśnie. Niektórzy ludzie w różnych okolicznościach posługują się różnymi systemami, ale większość ma jedną właściwą sobie grę kontroli, którą stale powtarza, tę. która wykazała największą skuteczność w układach rodzinnych.

Nagle olśniło mnie. że przecież moja matka postępowała wobec mnie tak samo jak ojciec.

–      Już wiem! – zawołałem. – Moja matka! Ona też była śledczym!

–      A więc otrzymałeś podwójną dawkę. Nic dziwnego, że stałeś się aż takim niedowiarkiem. Dobrze chociaż, że nie straszyli cię. Dobrze, że nie musiałeś obawiać się o swoje bezpieczeństwo.

–      A co by się stało, gdyby tak było?

–      Wtedy zostałbyś uwikłany w grę szantażysty uczuciowego. Wiesz, jak to przebiega? Gdyby ktoś w dzieciństwie pozbawiał cię energii grożąc przemocą fizyczną, postawa nieufności już by nie wystarczyła. Grając nieśmiałka i niedowiarka nie odzyskałbyś energii, bo twoich partnerów nie obchodziłoby, co się dzieje w twoim wnętrzu. Posuwaliby się coraz dalej. Byłbyś więc zmuszony przyjąć postawę jeszcze bardziej bierną, spróbować podejścia szantażysty uczuciowego, starać się wzbudzić litość i wyrzuty sumienia z powodu krzywdy, jaką ci wyrządzają.

A gdyby to także nie skutkowało, to – będąc dzieckiem -musiałbyś znosić takie traktowanie, dopóki nie dorósłbyś na tyle, aby móc odpowiedzieć na przemoc, odpłacić agresją za agresję.

–      Przerwał na chwilę. – Jak ta dziewczyna w peruwiańskiej rodzinie, o której mi opowiadałeś.

Człowiek zrobi wszystko, co będzie konieczne, aby zwrócić na siebie uwagę swojej rodziny, a tym samym pozyskać od niej energię. Metoda, która wtedy okaże się skuteczna, stanie się dominującym stylem postępowania danej osoby w dążeniu do zdobycia energii od innych, grą, którą będzie stale powtarzać.

–      Rozumiem, jak rodzi się terrorysta. Ale jak człowiek staje się śledczym?

–      Spróbuj wyobrazić sobie, jak zachowywałbyś się, będąc dzieckiem, gdyby członkowie twojej rodziny byli albo wciąż nieobecni, albo nie zwracali na ciebie najmniejszej uwagi, pochłonięci na przykład karierą zawodową.

–      Nie mam pojęcia.

–      Skrytość i nieufność nie zdałyby się na nic, po prostu by ich nie zauważyli. Czy nie stałbyś się wtedy wścibski, chcąc wywęszyć coś niewłaściwego w postępowaniu tych zamkniętych przed tobą ludzi, aby przyciągnąć ich uwagę i pozyskać energię? Tak rodzi się przyszły śledczy.

Zaczynałem rozumieć istotę tego wtajemniczenia.

–      Czyli ludzie nieufni, niedowiarki, wychowują śledczych?

–      Otóż to!

–      A śledczy produkują niedowiarków! Terroryści – szantażystów uczuciowych lub – jeśli to nie daje odpowiednich efektów – takich samych terrorystów!

–      Właśnie. Tym sposobem gry kontroli reprodukują się w nieskończoność. Nie zapominaj jednak, że zazwyczaj każdy zauważa te gry u innych, o sobie zaś myśli, że jego to nie dotyczy. Aby ruszyć naprzód, musimy wyzbyć się tego złudzenia. Prawie wszyscy, przynajmniej czasami, bierzemy udział w takiej grze. Nieraz trzeba cofnąć się daleko w przeszłość, aby stwierdzić, jakie to ma podłoże.

Przez chwilę zastanawiałem się nad tym wszystkim w milczeniu, po czym zwróciłem się do Sancheza:

–      A kiedy już przejrzymy naszą grę, to co potem? Sanchez zwolnił tempo jazdy, aby móc mi spojrzeć w oczy.

–      Wtedy jesteśmy naprawdę wolni i możemy stać się czymś więcej niż nieświadomym czynnikiem własnej gry. Jak już mówiłem, możemy spróbować nadać głębsze znaczenie naszemu życiu, poszukać duchowej przyczyny, dla której przyszliśmy na świat w tej, a nie innej rodzinie. Możemy spróbować wyjaśnić sobie, kim naprawdę jesteśmy.

———

–      Wspomniał ksiądz, że pomagał im odnaleźć swoją prawdziwą tożsamość. Jak ksiądz to robił? Wziął głęboki oddech i odpowiedział:

–      Jest na to tylko jeden sposób. Każdy z nas musi się cofnąć do swoich przeżyć w rodzinie, do czasów i miejsc dzieciństwa, i dokonać przeglądu wydarzeń. Kiedy rozszyfrujemy naszą grę kontroli, będziemy mogli skupić się na głębszej prawdzie swojej rodziny i odnaleźć także jej dobre strony, leżące u podstaw konfliktu na tle energii. Odkrycie tej prawdy umocni nas, pokaże nam, kim naprawdę jesteśmy, j aką drogą kroczymy i jaki j est sens tego. co robimy.

–      To mówił już ksiądz Sanchez. Chciałbym dowiedzieć się coś bliższego, jak odkryć tę prawdę.

Ksiądz Carl zasunął zamek kurtki, bo zaczynało się już robić chłodno.

–      Myślę, że będziemy mogli porozmawiać o tym później -obiecał. – Teraz pójdę przywitać się z księdzem Sanchezem. Widząc, że patrzę w stronę ruin, dodał: – Zwiedzaj to miejsce, jak długo zechcesz. Spotkamy się u mnie w domu.

Przez najbliższe półtorej godziny spacerowałem po słynnym zabytkowym obiekcie. W niektórych miejscach, gdzie czułem się wyraźnie lepiej, zatrzymywałem się na dłużej. Zafascynowała mnie cywilizacja, która wydała z siebie taki zespół świątynny. W jaki sposób wzniesiono te głazy tak wysoko i spiętrzono je jeden na drugim? Wydawało się to niemożliwością.

Kiedy moje zainteresowanie dla ruin nieco osłabło, wróciłem myślami do własnej sytuacji. Niby okoliczności zewnętrzne nie zmieniły się, ale jakoś mniej się teraz bałem. Pewność siebie Sancheza działała na mnie uspokajająco. Byłem głupi, że początkowo mu nie ufałem. A księdza Carla polubiłem od razu.

Gdy zaczęło zmierzchać, wsiadłem do samochodu i zawróciłem w stronę domu księdza Carla. Kiedy tam podjechałem, obaj księża stali w kuchni, szykując kolację, i słychać było ich śmiech. Ksiądz Carl pozdrowił mnie i wskazał mi krzesło. Usiadłem ciężko przy kominku i rozglądałem się wokoło.

Pokój był duży, wyłożony szerokimi, bejcowanymi deskami. Dalej dostrzegłem dwa inne pomieszczenia, prawdopodobnie sypialnie, połączone wąskim korytarzem. Dom oświetlały słabe żarówki. Wydawało mi się, że słyszę słaby szum prądnicy.

Kiedy już wszystko było gotowe, zaproszono mnie do stołu zbitego z surowych desek. Sanchez odmówił krótką modlitwę i zaczęliśmy jeść. Księża kontynuowali swoją rozmowę. Po skończonym posiłku usiedliśmy wszyscy trzej przy kominku.

–      Ksiądz Carl widział się z Wiłem – zagaił Sanchez.

–      Kiedy? – zapytałem podekscytowany.

–      Wil przejeżdżał tędy kilka dni temu – wyjaśnił ksiądz Carl. – Znamy się od roku. Przywiózł mi pewne informacje. Powiedział, że wie już, kto kryje się za nagonką władz na Rękopis.

–      Kto taki? – spytałem.

–      Kardynał Sebastian – wtrącił Sanchez.

–      I co on robi w tej sprawie?

–      Najwidoczniej użył swoich wpływów, aby skłonić władze do nasilenia akcji wojskowej w poszukiwaniu Rękopisu. Zawsze wolał działać po cichu, za pośrednictwem czynników rządowych, niż doprowadzić do rozłamu w łonie Kościoła. Teraz zaczął działać energiczniej i niestety skuteczniej.

–      W jakim sensie skuteczniej?

–      Ano w takim, że oprócz kilku księży z diecezji północnej i kilku osób w rodzaju Julii czy Wila, chyba nikt nie ma już żadnych egzemplarzy Rękopisu.

–      A naukowcy z Viciente? – dopytywałem. Po chwili milczenia ksiądz Carl zdecydował się ujawnić to, co wiedział:

–      Wil powiedział, że rząd zamknął ten ośrodek. Wszyscy pracownicy zostali aresztowani, a ich materiały badawcze skonfiskowane.

–      Co na to środowisko naukowe?

–      Cóż może zrobić? – odezwał się z goryczą Sanchez. -Zresztą większość naukowców nie akceptowała badań prowadzonych w ośrodku. Przedstawiciele władz propagują tezę, że pracujący tam ludzie łamali prawo.

–      Trudno uwierzyć, że rząd mógł się aż tak daleko posunąć.

–      Widać mógł! – podsumował ksiądz Carl. – Żeby się upewnić, zadzwoniłem w kilka miejsc i wszędzie usłyszałem to samo. Władze nasilają swoją ofensywę, chociaż starają się robić to bez rozgłosu.

–      Co może się teraz stać? – zwróciłem się do obu księży. Ksiądz Carl wzruszył ramionami, a ksiądz Sanchez odpowiedział:

–      Nie mam pojęcia. To może zależeć od powodzenia wyprawy Wila.

–      Dlaczego?

–      Wil jest chyba bliski odnalezienia brakującej części Rękopisu, dziewiątego wtajemniczenia. Jeżeli mu się uda, wywoła to wystarczające zainteresowanie, aby zorganizować międzynarodową akcję w tej sprawie.

–      Czy mówił, dokąd się wybiera? – spytałem księdza Carla.

–      Nie był jeszcze zdecydowany, ale twierdził, że intuicja każe mu udać się na północ, ku granicy Gwatemali.

–      Kieruje się tylko intuicją?

–      Tak, zrozumiesz to, gdy już będziesz miał pewność, kim naprawdę jesteś i osiągniesz siódmy stopień wtajemniczenia. Spojrzałem na księży, zdumiony ich pogodą ducha.

–      Jest dla mnie niepojęte – zwróciłem się do nich – jak w tej sytuacji mogą księża zachować taki spokój. A jeśli oni wedrą się tutaj i aresztują nas wszystkich?

Spojrzeli na mnie wyrozumiale, a ksiądz Sanchez przemówił:

–      Spokój nie oznacza beztroski. Nasze opanowanie jest miarą naszej łączności ze źródłem energii. Podtrzymujemy tę łączność, bo to najlepsze, co możemy w tej chwili zrobić. Chyba to rozumiesz?

–      Owszem. Wynika z tego jednak, że ja mam trudności z utrzymaniem tej łączności. Moja uwaga wywołała uśmiech na twarzach obu księży.

–      Przyjdzie ci to łatwiej – zapewnił ksiądz Carl – kiedy wyjaśnisz sobie, kim naprawdę jesteś.

Tymczasem ksiądz Sanchez wstał i oznajmił, że zabiera się do zmywania. Zwróciłem się więc do księdza Carla.

–      W porządku. Ale jak mam się do tego zabrać?

–      Ksiądz Sanchez mówił mi, że rozszyfrowałeś już gry kontroli twoich rodziców.

–      Tak. Oboje byli śledczymi, wskutek czego ja stałem się niedowiarkiem.

–      Dobrze. Ale teraz musisz sięgnąć wzrokiem dalej, poza walkę o energię w twojej rodzinie, i szukać rzeczywistych powodów twojej w niej obecności.

Spojrzałem na niego zdezorientowany.

–      Aby odnaleźć swoją prawdziwą duchową tożsamość, musisz spojrzeć na całe swoje życie jak na jedną długą opowieść i szukać jej głębszego znaczenia. Najpierw musisz postawić sobie pytanie: Dlaczego urodziłem się w tej właśnie rodzinie? Jaki może być tego cel?

–      Nie mam pojęcia – wyznałem szczerze.

–      Wiemy, że twój ojciec był śledczym. Ale kim był poza tym?

–      To znaczy, jakie miał poglądy?

–      Tak.

Pomyślałem przez chwilę i przypomniałem sobie:

–      Mój ojciec jest szczerze przekonany, że należy cieszyć się życiem i brać z niego jak najwięcej. Jak to się mówi – żyć pełnią życia.

–      Czy mu się to udawało?

–      Do pewnego stopnia tak. ale nie wiedzieć czemu wtedy, kiedy był bliski, żeby naprawdę cieszyć się życiem, akurat przytrafiała mu się jakaś pechowa seria.

Ksiądz Carl przymknął oczy i siedział zamyślony.

–      A więc uważał, że życie służy radości i przyjemności, ale nie w pełni osiągał ten cel?

–      Właśnie.

–      Czy myślałeś kiedyś o tym. dlaczego tak było?

–      Raczej nie. Wydawało mi się, że ma po prostu pecha.

–      Może nie znalazł właściwej drogi do tego celu?

–      Zapewne.

–      A matka?

–      Matka nie żyje.

–      A mógłbyś opisać nam, jak wyglądało jej życie?

–      Jej całym życiem był Kościół. Żyła zgodnie z zasadami chrześcijaństwa.

–      To znaczy jak?

–      Wierzyła, że należy udzielać się w życiu społecznym i przestrzegać przykazań boskich.

–      Rzeczywiście ich przestrzegała?

–      Co do joty. Przynajmniej tak jak naucza Kościół.

–      A czy potrafiła skłonić twego ojca, aby żył w ten sam sposób? Roześmiałem się.

–      W najmniejszym stopniu. Oczywiście matka pragnęła, by uczęszczał co niedziela do kościoła i udzielał się w życiu parafii, ale jak mówiłem, ojciec był niezależnym duchem.

–      I do czego to doprowadziło ciebie?

–      Nie zastanawiałem się nad tym.

–      Na pewno każde z nich żądało od ciebie posłuszeństwa. Może każde indagowało cię o wszystko, aby się upewnić, czy nie opowiadasz się po stronie wartości drugiego? I każde z nich chciało, żebyś uznał jego poglądy za najlepsze?

–      Tak właśnie było.

–      A ty jak na to reagowałeś?

–      Chyba starałem się nie zajmować określonego stanowiska.

–      A więc każde z nich obserwowało cię bacznie, czy przejmujesz jego poglądy, a ponieważ nie byłeś w stanie zadowolić ich obojga, zrobiłeś się skryty.

–      Coś w tym rodzaju.

–      A co się stało z twoją matką? – zapytał nagle. – Cierpiała na chorobę Parkinsona, długo chorowała, aż w końcu zmarła.

–      Czy pozostała wierna swoim przekonaniom?

–      Do samej śmierci.

–      A więc jaki pogląd na życie zostawiła ci w spadku?

–      Słucham?

–      Szukasz sensu, jaki jej życie miało dla ciebie, a twoje dla niej. Dlaczego właśnie ona cię urodziła, czego miało cię to nauczyć? Każdy człowiek, czy sobie zdaje z tego sprawę, czy nie, demonstruje na własnym przykładzie, jak według niego życie powinno wyglądać. Musisz spróbować odnaleźć to, czego nauczyłeś się od swojej matki, a zarazem to, co w jej życiu mogłoby być lepsze. Ten właśnie obszar życia twojej matki, to, co pragnąłbyś w niej zmienić, stał się częścią twojego dziedzictwa.

–      Dlaczego tylko częścią?

–      Bo drugą częścią jest to, co pragnąłbyś udoskonalić w życiu twego ojca.

Nie czułem się zbyt pewnie na gruncie tych rozważań. Ksiądz położył mi rękę na ramieniu.

–      Nie jesteśmy tylko fizycznym, lecz i duchowym tworem naszych rodziców. To, że zostałeś poczęty przez tych dwoje ludzi, wywarło nieodwracalny wpływ na to, kim jesteś. Aby odnaleźć swoją prawdziwą tożsamość, musisz założyć, że jest ona czymś pośrednim między ich osobowościami. Zostałeś zrodzony przez tych konkretnych ludzi, aby nadać szerszy wymiar wartościom, które oni oboje wyznawali. Dlatego twoja droga życiowa musi zmierzać do prawdy, która jest udoskonaloną syntezą tych wartości.

Skinąłem głową.

–      Jak określiłbyś to, czego nauczyli cię rodzice?

–      Trudno byłoby to określić.

–      Ale jak ci się wydaje?

–      Mój ojciec uważał, że trzeba brać z życia jak najwięcej i cieszyć się z tego, kim się jest. Matka stawiała na poświęcenie. służbę innym i zaparcie się siebie. Uważała, że tak nakazuje Pismo Święte.

–      A ty co o tym myślisz?

–      Naprawdę nie wiem.

–      Który światopogląd uznałbyś za własny: ojca czy matki?

–      Prawdę mówiąc żadnego z nich. Życie nie jest tak proste.

–      Nie wyrażasz się zbyt precyzyjnie – zaśmiał się ksiądz.

–      Chyba po prostu nie wiem.

–      Ale gdybyś musiał coś wybrać? Zastanowiłem się nad szczerą odpowiedzią.

–      Oba są tyleż słuszne co i niesłuszne.

–      Jak to? – Mojemu rozmówcy rozbłysły oczy.

–      Trudno mi to sprecyzować, ale wydaje mi się, że właściwy światopogląd musi uwzględniać oba te aspekty.

–      Musisz zatem zadać sobie pytanie: jak to zrobić? Jak pogodzić te dwie postawy? Matka przekazała ci wiedzę o duchowej stronie życia. Od ojca dowiedziałeś się, że życie to także zadowolenie, radość, przygoda.

–      Czyli moje życie – przerwałem mu – powinno łączyć w sobie oba te podejścia?

–      Tak, ale z przewagą pierwiastka duchowego. Całe twoje życie koncentruje się wokół szukania duchowości wzbogacającej. Tego problemu nie potrafili rozwiązać twoi rodzice i przekazali go tobie. Jest to twoje wyzwanie ewolucyjne, cel twoich życiowych poszukiwań.

——–

–      Jensen powiedział mi, że postanowiłeś przyłączyć się do jego grupy. Co to było?

–      Skąd znasz jego nazwisko? – wybąkałem.

–      Wiem o nim wszystko – odpowiedział. – Współpracuje z rządem. Rzeczywiście jest archeologiem, ale zobowiązał się trzymać wyniki swoich badań w tajemnicy w zamian za wyłączne prawa do studiowania Rękopisu. Nie przewidziano jednak, że będzie próbował szukać brakującego wtajemniczenia. Najwidoczniej zdecydował się wyłamać z podjętych zobowiązań. Chodzą słuchy, że wkrótce wyrusza na poszukiwania. Kiedy dowiedziałem się, że Marjorie jest z nim, pomyślałem, że lepiej będzie. gdy sam tu przyjadę. Co on ci nagadał?

–      Powiedział, że jestem w niebezpieczeństwie, a jeśli przyłączę się do niego, pomoże mi wydostać się stąd, kiedy będę tego chciał.

Wil potrząsnął głową.

–      Zupełnie cię omotał!

–      Jak to?

–      Szkoda, że nie mogłeś widzieć swojego biopola. Prawie całkiem przepłynęło do niego.

–      Nie rozumiem.

–      Przypomnij sobie polemikę Sary z tym naukowcem w Viciente… Kiedy któreś z nich osiągało przewagę w dyskusji, widziałeś, jak przegrywający tracił energię na rzecz zwycięzcy, wskutek czego czuł się osłabiony, wypompowany i zdezorientowany. Coś takiego działo się z tą dziewczyną na stacji benzynowej i coś podobnego – dodał z uśmiechem – dzieje się teraz z tobą.

–      Widziałeś, jak to samo działo się ze mną?

–      Tak. Już miałeś duże trudności z wydostaniem się spod jego wpływu. Przez chwilę myślałem, że nawet nie będziesz próbował.

–      Chryste! – jęknąłem. – Ten człowiek to chyba diabeł wcielony!

–      Niezupełnie – sprostował Wil. – On prawdopodobnie nie zdaje sobie sprawy z tego. co robi. Uważa, iż ma prawo panować nad sytuacją i na pewno już dawno nauczył się osiągać w tym sukcesy, jeśli zastosuje określoną strategię. Najpierw próbuje się zaprzyjaźnić, potem wynajduje u danej osoby jakiś słaby punkt, w twoim przypadku było to poczucie zagrożenia. Później stopniowo podważa wiarę tej osoby w siebie, aż zacznie się z nim identyfikować. No a wtedy już ma ją w ręku.

Jest to tylko jedna z wielu metod, jakich ludzie używają, aby pozbawić innych energii. O pozostałych metodach dowiesz się później, kiedy dojdziesz do szóstego wtajemniczenia.

Nie bardzo go słuchałem, bo moje myśli krążyły wokół Marjorie. Wolałbym nie zostawiać jej w takim miejscu…

–      Czy nie uważasz, że powinniśmy wydostać stamtąd Marjorie? – zagadnąłem.

–      Nie teraz – odparł stanowczo. – Nie wydaje mi się. aby coś jej groziło. Jutro, wyjeżdżając stąd. możemy tam wstąpić i spróbować z nią pomówić.

Przez chwilę jechaliśmy w milczeniu, potem Wil wrócił do sprawy.

–      Rozumiesz, co to oznacza, że Jensen nie robi tego świadomie? Postępuje jak inni ludzie. Po prostu robi to, dzięki czemu czuje się silniejszy.

–      Chyba jednak niezbyt dokładnie to rozumiem. Wil zamyślił się.

–      Większość z nas nie zdaje sobie z tego sprawy. Wiemy tylko, że jesteśmy słabi, lecz kiedy udaje się nam podporządkować sobie innych, czujemy się lepiej. Nie rozumiemy, że poprawa samopoczucia dokonuje się kosztem kogoś innego, że przywłaszczamy sobie jego energię. Większość ludzi żyje w stałej pogoni za czyjąś energią. – Spojrzał na mnie z błyskiem w oku

i dodał: – Czasem odbywa się to inaczej. Zdarza się, że spotkamy kogoś, kto choćby przez chwilę dobrowolnie przesyła nam część swojej energii.

–      Zdarza się i coś takiego?

–      Przypominasz sobie, kiedy siedzieliście z Marjorie w lokalu posilając się i ja tam wszedłem.

–      Tak. I cóż?

–      Nie wiem, o czym rozmawialiście, ale widać było, jak jej energia wlewa się w ciebie. Widziałem to wyraźnie. Pamiętasz, jak wtedy się czułeś?

–      Bardzo dobrze – przyznałem. – Potrafiłem logicznie myśleć i klarownie się wypowiadać. Ale co z tego wynika? Uśmiechnął się.

–      Czasem zdarza się, że ktoś chciałby, abyśmy pomogli mu określić swoją sytuację, i dzieli się z nami swoją energią, tak jak zrobiła Marjorie. Podbudowuje nas to psychicznie, ale jest to ulotny dar. Większość ludzi, także Marjorie, nie jest na tyle silna, aby stale dzielić się swoją energią. Dlatego związki partnerskie zamieniają się w końcu w walkę o władzę. Ludzie potrafią też łączyć swoją energię i razem walczyć przeciw temu, kto chciałby ich sobie podporządkować. A płaci zawsze przegrywający!

Przerwał i przyjrzawszy mi się uważnie, podjął znowu.

–      Rozumiesz sens czwartego wtajemniczenia? Pomyśl o tym. co przydarzyło ci się ostatnio. Obserwowałeś przepływ energii między ludźmi i zastanawiałeś się. co to oznacza. Potem zaraz natrafiłeś na Reneau i dowiedziałeś się od niego, że psychologowie analizują ludzkie dążenie do podporządkowania sobie innych. Przejaw tej dominacji widziałeś na przykładzie peruwiańskiej rodziny. Nie ulegało wątpliwości, że osoba dominująca czuje się silniejsza i mądrzejsza, że wysysa z osoby podporządkowanej jej energię życiową. I nie ma znaczenia nasze przekonanie, że sprawujemy nad kimś władzę dla jego dobra, czy też dlatego, że jest to nasze dziecko, więc musimy nim kierować. Tak czy owak, wyrządzamy mu krzywdę.

Potem trafiłeś na Jensena i doświadczyłeś na własnej skórze, co znaczy być przez kogoś zdominowanym psychicznie. To tak, jakby ten ktoś odebrał ci zdolność myślenia. I nie chodzi tylko o to, że przegrałeś w intelektualnym starciu z Jensenem. Nie, tobie nie stało energii i jasności umysłu, aby się w ogóle z nim ścierać. Cała twoja siła duchowa przeszła do Jensena. Niestety, w naszej kulturze ten rodzaj przemocy psychicznej zdarza się często, a jej sprawcami bywają ludzie działający w dobrej wierze.

Mogłem mu tylko przytaknąć. Opisał i podsumował moje doświadczenia bezbłędnie.

–      Spróbuj podejść do czwartego wtajemniczenia kompleksowo – ciągnął dalej. – Zauważ, że wszystko układa się w logiczną całość. Trzecie wtajemniczenie pomogło nam zrozumieć, że świat materialny jest właściwie ogromną masą energii. A czwarte kieruje naszą uwagę na fakt, że ludzie bezwiednie od dawna walczą o dostępną im część energii, która między nimi przepływa. I to zawsze było źródłem konfliktów na każdym szczeblu, począwszy od drobnych kłótni w rodzinie czy w miejscu pracy aż do wojen między narodami. Wszystkie one biorą się stąd, że czujemy się słabi i niepewni, a do poprawy samopoczucia potrzebujemy czyjejś energii.

– Chwileczkę! – zaprotestowałem. – Niektóre wojny były słuszne, musiały się rozegrać!

–      Oczywiście – zgodził się Wil. – Ale zawsze przyczyną, dla której konfliktu nie da się zażegnać w zarodku jest uporczywe obstawanie jednej ze stron przy nieracjonalnym stanowisku. A chodzi tu oczywiście o energię.

Nagle Wil jakby coś sobie przypomniał. Sięgnął do chlebaka i wyjął stamtąd plik spiętych papierów.

–      Byłbym zapomniał! Znalazłem egzemplarz czwartego wtajemniczenia.

Bez komentarza dał mi odbitkę i prowadził dalej samochód, patrząc przed siebie na drogę. Z podłogi samochodu wziąłem małą latarkę i przy jej świetle w ciągu dwudziestu minut przeczytałem tekst. Wynikało z niego, że istotą czwartego wtajemniczenia jest postrzeganie świata jako nieustającej rywalizacji o energię, a co za tym idzie, o władzę.

Gdy ludzie zrozumieją, o co w istocie toczą walkę, będą mogli wznieść się ponad ten konflikt. Zaczną uwalniać się od przymusu rywalizacji o energię, bo będą mogli pozyskiwać ją z innego źródła.

Zerknąłem spod oka na Wila.

–      Jakie może być to inne źródło energii? – spytałem. W odpowiedzi uśmiechnął się bez słowa.

——–

–      Nie zapominaj o trzecim wtajemniczeniu – odpowiedziała Julia. – Cały wszechświat jest energią, energią która odpowiada na nasze oczekiwania. Z tej samej energii składają się ludzie, więc kiedy mamy jakieś pytanie, dają ci poznać, kto ma na nie odpowiedź.

Wskazała oczami siedzących na sali mężczyzn.

–      Nie wiem. kim oni są. ale gdybyśmy z nimi dostatecznie długo rozmawiali, może od każdego z nich uzyskalibyśmy choć część potrzebnej nam informacji.

Spojrzałem na nią spod oka, a ona pochyliła się do mnie przez stół.

–      Wbij sobie to do głowy: każdy, kto pojawia się na naszej drodze, ma nam coś do przekazania. Gdyby było inaczej, wybraliby inną drogę lub pojawili się wcześniej albo później. Jeśli ci ludzie są tu akurat teraz, oznacza to, że jest ku temu powód.

Wciąż wydawało mi się to zbyt proste, aby było prawdziwe.

–      Najtrudniej jest – mówiła dalej Julia – zdecydować się, z kim najpierw rozmawiać, jeżeli nie można rozmawiać ze wszystkimi.

–      No więc kogo wybierasz?

–      Rękopis mówi, że można to poznać po pewnych wskazówkach.

Słuchając Julii, równocześnie rozglądałem się wokół, szczególnie przypatrując się osobnikowi po mojej prawej. Jakby na dany znak, on też się odwrócił i spojrzał na mnie. Nasze oczy się spotkały i zaraz wrócił do przerwanego posiłku, więc ja też zająłem się czymś innym.

–      Jakie to wskazówki? – wypytywałem dalej Julię.

–      Takie jak ta.

–      Która?

–      Ta, którą przed chwilą otrzymałeś – gestem wskazała mężczyznę po mojej prawej.

–      Co masz na myśli?

Julia znów nachyliła się do mnie.

–      Rękopis mówi, że taki nagły spontaniczny kontakt wzrokowy oznacza, że te dwie osoby powinny porozmawiać.

–      Taka wymiana spojrzeń zdana się przecież często.

–      Owszem, ale większość ludzi natychmiast o tym zapomina i dalej robi swoje.

–      Co jeszcze Rękopis każe uznać za znak?

–      Na przykład to, że jakaś osoba wydaje się nam dziwnie znajoma, mimo że widzimy ją pierwszy raz w życiu.

Przypomniałem sobie Dobsona i Reneau. którzy już na pierwszy rzut oka przypominali mi kogoś znajomego.

–      A czy Rękopis wyjaśnia, dlaczego niektórzy ludzie wydają się nam znajomi?

–      Właściwie nie. Mówi tylko, że niektórzy są dla siebie nawzajem duszami pokrewnymi. Takie duchowe pokrewieństwo rozwija się zwykle na bazie wspólnych zainteresowań. A kto podobnie do nas myśli, stwarza zwykle podobne wrażenie zewnętrzne. Pokrewne dusze rozpoznajemy zwykle intuicyjnie i często zdarza się, że mają dla nas cenne informacje.

Zerknąłem ponownie na faceta po prawej. Rzeczywiście kogoś mi niejasno przypominał. I znowu kiedy tylko skierowałem na niego wzrok, jak na zawołanie odwrócił się i spojrzał na mnie. Julia bacznie mnie obserwowała.

–      Musisz porozmawiać z tym człowiekiem – rzekła.

Początkowo nie reagowałem, gdyż krępowałem się ot tak sobie podejść do kogoś obcego. Wolałbym, abyśmy już ruszyli do Iquitos. Chciałem to zaproponować, gdy Julia odezwała się:

–      Nasze miejsce jest tu, a nie w Iquitos. Musimy rozegrać tę partię do końca. Cały kłopot z tobą, że masz opory, żeby do niego podejść i zacząć rozmowę.

–      Jak ty to robisz?

–      Co robię?

–      Czytasz w moich myślach.

–      To nic trudnego. Po prostu uważnie ci się przyglądam.

–      I co?

–      Kiedy jesteśmy na kogoś szczególnie wyczuleni, możemy dostrzec jego prawdziwe „ja” poza wszystkimi pozami, które przybiera. Na wyższym poziomie koncentracji jesteśmy zdolni odczytać czyjeś myśli z ulotnego wyrazu jego twarzy. To całkiem naturalne.

– To raczej coś z telepatii.

 

Gregg Braden o DNA strachu i miłości

Niebiańska przepowiednia – Celestine Prophecy

http://www.4shared.com/video/yvyJSM_R/Niebiaska_przepowiednia_-_Cele.html

Fragmenty książki Niedobry chłopiec – Olivia Goldsmith

 
(…)
– Pamiętaj, synu – powiedział. – Nie ma na świecie kobiety, która nie kupi twojego kłamstwa, jeśli chce w nie uwierzyć.
(…)

–   To jest podstawa. Zasada numer jeden: niedostępność.
–   Może dla kobiet. Ale muszę załatwiać swoje sprawy zawodowe.
–   Przez ostatnie sześć lat nic innego nie robiłeś, tylko pracowałeś. Jeśli chcesz kogoś poderwać, będziesz musiał zmienić obyczaje.
Pomyślał o Sam.
–   Dobra. W porządku – powiedział. – Więc jakie są dalsze zasady?
–   Zasada numer dwa: nieprzewidywalność. Wyrzuć zegarek. Jon zaczął odpinać pasek od zegarka.
–   Wygląda dziadowsko, co? Powinienem zmienić markę? Na swatcha?
Jęknęła tylko.
–   Boże! „Zły chłopiec” w ogóle nie potrzebuje zegarka. Albo się tradycyjnie spóźnia, albo przychodzi za wcześnie, ale nigdy na czas. Poza tym odpadają wszelkie logo. Żadnych malutkich aligatorów ani bumerangów. Jeśli ktoś chce sobie poczytać, niech kupi „Timesa”, zamiast gapić się na twój podkoszulek. I zapomnij o swoich firmowych ciuchach z Micro/Conu.
–   Nie zawsze noszę coś ze znakiem Micro/Conu – próbował się bronić.
Spojrzał na swój podkoszulek. Napis na jego piersi głosił: „W sześćdziesiąt sekund od dyskietki do twardego dysku”. Prawdę mówiąc, nigdy nie zauważał, co ma na sobie.
–   Chyba że śpisz nago. Ale ilekroć cię widziałam, zawsze miałeś na sobie coś ze znakiem firmy, a to jest takie żałosne.
Może miała rację?
–   Założę normalną koszulę – obiecał.
–   A zatem twoja praca domowa: jutro przychodzisz do pracy bez zegarka i bez ciuchów Micro/Conu. Potem spotkamy się u ciebie o siódmej.
Jon był pojętnym uczniem. W szkole zawsze dostawał dodatkowe punkty i trafnie odpowiadał na podchwytliwe pytania. Tylko w życiu prywatnym jakoś zawsze udawało mu się wszystko schrzanić.
–   Czy to jest test? Mam się spóźnić? Czy przyjść za wcześnie?
–   Na czas – powiedziała surowym głosem. – Nie graj w te gry ze swoim alchemikiem.
(…)
–   Nie mam czasu powtarzać wszystkiego od początku – ciągnęła Tracie. – Ale to nieważne. Zasada numer trzy: Nigdy nie pokazuj im swojego mieszkania.
(…)
–   Zasada numer cztery: Nigdy im niczego nie proponuj. To one mają się o ciebie troszczyć. To klucz do całej sprawy. I nigdy nie używaj takich słów, jak „układ” czy „moczowy”, jeśli nie jesteś weterynarzem, ginekologiem albo fanatykiem religijnym.
Chwyciła go za poły marynarki. Przez moment – bardzo krótki moment – Jon pomyślał, że Tracie chce go pocałować. To – albo cios głową.
–   To one będą ciebie prosić, żebyś poszedł z nimi do łóżka.
–   Z nimi? To będzie więcej niż jedna? – zapytał i uświadomił sobie, że jego głos zabrzmiał o oktawę wyżej.
Tracie, nie zwracając na niego uwagi, pociągnęła go za klapy, obróciła i ściągnęła z niego marynarkę.
–   No, nie tak od razu – powiedziała. – To kurs wyższego stopnia, dla zaawansowanych.
Teatralnym gestem rzuciła jego marynarkę do kosza na śmieci.
–   Zaraz! – zaczął protestować, ale przypomniał sobie jej przykazanie.
–   Żadnych marynarek sportowych. Koniec. I żadnej kratki, drobnej ani grubej. Tylko jednolite kolory. Ciemne. Prawdę mówiąc, na początek zaczniemy od starej formuły Henry’ego Forda: Każdy kolor, jaki chcesz, pod warunkiem, że jest czarny.
–   Czarny? Ale ja nie… każdy… – urwał. – W porządku – przytaknął.
Tracie powoli obeszła Jona dookoła, jak oficer podczas inspekcji oddziału.
–   Gdzie się tak ostrzygłeś? – spytała.
–   U Logana.
–   Nigdy więcej tam nie chodź, chyba że chcesz mu przyłożyć. Stefan spróbuje to jakoś naprawić. Jeśli go ubłagam.
Spojrzała na jego nogi.
–   Zapomnij o khaki. I nie próbuj kupować niczego w The Gap, Banana Republic, J. Crew czy L.L.Bean.
Jon rozpaczliwie usiłował zapamiętać jej słowa – żałując, że nie może sięgnąć po swojego palmtopa – i równocześnie nie czuć urazy.
–   Słuchaj, jeśli będziesz się tam ubierał, po prostu kobietom wszystko zwiędnie na twój widok.
–   Zwiędnie?
Tracie zrobiła wielkie oczy.
–   Tak jak mężczyznom opada, tak kobietom więdnie. Czasem mężczyzna tak wygląda, że na jego widok wszystko nam więdnie… żebyśmy miały pewność, że nigdy nie będziemy nosiły w sobie ani odrobiny takiego materiału genetycznego.
–   Okej. Więcej informacji, niż potrzebuję. – Zaczął się zastanawiać, czy coś, jeśli cokolwiek, zostało jeszcze z jego garderoby. – Więc skąd mam wziąć… – zaczął.
–   Będziesz nosił albo odlotowe ciuchy z dobrych sklepów z używaną odzieżą, albo naprawdę drogie rzeczy włoskich projektantów – powiedziała. – I będziesz je ze sobą łączył. Zobaczmy, co tam masz w szafie.
Przeszła przez pokój i otworzyła drzwi do jego garderoby. Jon poszedł za nią. Jego ubrania wisiały starannie posegregowane według wzorów materiału. Te w grubą kratkę po jednej stronie, w drobną po drugiej, zgodnie ze skalą barwną od jasnych kolorów do ciemnych. Tracie zrobiła gest naśladujący ruch karabinu maszynowego koszącego żołnierzy. Ściągnęła z wieszaka pierwszą z brzegu sportową marynarkę i rzuciła na podłogę.
–   Nie.
Wyciągnęła następną i też rzuciła na podłogę.
–   Nie – i nie – i – no nie!
–   Co jest złego w madrasie?
Tracie zignorowała jego słowa, posyłając mu mordercze spojrzenie. Otworzyła jedną po drugiej szuflady jego komody i przerzuciła szybko wszystkie jego rzeczy. Jon na moment wpadł w panikę, że już nic mu nie zostanie… ale nie miał czasu się zastanawiać, gdyż Tracie rzuciła mu czarny sweter z golfem, dżinsy i – w akcie rozpaczy – wyciągnęła własny pasek od spodni. Jon skurczył się w sobie.
–   Nie! Tylko nie pasek! Czy złe ubranie to aż taka zbrodnia?
–   Nie, ale kupowanie takiego chłamu powinno być karalne. Zdecydowanie musimy pójść na zakupy. Wątpię, czy z tego, co tu masz, uda mi się złożyć choć jeden przyzwoity zestaw. Rozumiesz? Rzecz w tym, że musisz wszystko zmienić: to, jak się ubierasz, co mówisz, gdzie się umawiasz, a nawet to, co jesz.
–   Nawet to, co jem? Może jednak trochę przesadzamy z tymi zmianami – powiedział.
–   Chwileczkę. Sam mnie o to prosiłeś. Tak? No to masz. – Tracie uniosła brwi. Bez słowa podała mu pasek i wskazała w stronę garderoby. Posłusznie poszedł się przebrać.
–   Mam się przebrać? Zmierzyła go wzrokiem.
–   Tylko spytałem – bąknął, wciągając dżinsy z wąskimi nogawkami.
–   Nigdy nie kwestionuj słów alchemika! – zawołała Tracie z jakiegoś miejsca koło drzwi. – Inaczej magia nie będzie działać.
Jeszcze raz przejrzała jego płaszcze i marynarki. Zebrała wszystkie odrzucone ubrania i upchnęła je do plastikowej torby.
Jon wyszedł z garderoby. Czuł się teraz mały i słaby jak prawdziwy Oz. Tracie odstawiła torbę i uważnie mu się przyjrzała.
–   Tak, teraz jest lepiej. Oprócz butów. Koniec z adidasami.
–   Żadnych adidasów? Ale…
Tracie uniosła brwi i obróciła się na pięcie.
–   To nie było „ale” – pośpieszył Jon z wyjaśnieniem. – To nie było nawet pytanie. Chciałem… tylko doprecyzować. Więc co mam nosić zamiast Nike’ów? Sandały?
Tracie odwróciła się do niego.
–   Tyłko nie myśl, że Jezus miał bogate życie osobiste. Słuchaj, buty są bardzo ważne. Porządni chłopcy noszą Niki, Topsidery, Kędy albo Conversy. Boże, co za nudziarstwo! Seksowni faceci noszą martensy albo buty wojskowe.
Tracie popatrzyła na niego, mrużąc oczy. Jon poczuł się… jakoś dziwnie. Z pewnością posuwała się za daleko.
–   Słuchaj – zaczęła z westchnieniem – muszę ci coś powiedzieć na temat spodni.
–   Spodni?
Tracie zdawała się nie słyszeć jego pytania.
–   Mówię ci to naprawdę w wielkim zaufaniu, ale chyba powinieneś to wiedzieć. Większość kobiet ma coś takiego, że biorą je spodnie.
–   Co?! – wykrzyknął Jon.
Obawiał się, że Tracie zaraz powie, że musi sobie skarpetkami wypchać spodnie w kroku i że kobiety wybierają swoich kochanków i mężów na podstawie rozmiarów wypukłości w kroku. Pomyślał, że dłużej tego nie wytrzyma, ale zanim zdążył jej powiedzieć, żeby przestała, Tracie zadała pytanie zupełnie bez związku z tematem.
–   Czy widziałeś Pożegnanie z Afryką?
–   Film? – upewnił się.
–   Tak. Z Robertem Redfordem i Meryl Streep.
–   Nie – odpowiedział.
–   A Wichry namiętności?
–   Nie znam nikogo powyżej czternastu lat, kto by to oglądał.
–   O, parę osób by się znalazło – stwierdziła Tracie. – Widzisz, właśnie w tych filmach szło o spodnie. Mnóstwo kobiet zwraca uwagę na spodnie.
–   O co, do diabła, chodzi z tymi spodniami? Westchnęła.
–   Łatwiej byłoby to wytłumaczyć, gdybyś widział te filmy – powiedziała. – Ale rzecz w tym, że tam szło o pewien rodzaj spodni. Nie za ciasnych, bo za ciasne…
Jon poczuł falę ulgi, która zalała go jak woda podłogę
w łazience stacji napraw. Nie będzie musiał wypychać spodni w kroku, choć nadal nie był pewien, jakiego typu spodni nie będzie musiał wypychać.
–   …ale i nie tych z zaszewkami. Boże, wszystko, tylko nie te khaki z zaszewkami, które sprawiają, że kiedy facet siada, jego spodnie wyglądają jak poduszka na kanapę. Chodzi o spodnie, które ściśle przylegają z przodu. Nie widziałeś, to nie wiesz, ale Robert Redford był już pomarszczonym chłopcem w średnim wieku, kiedy zagrał w Pożegnaniu z Afryką, a wyglądał tak świetnie w tych spodniach. Moja przyjaciółka Sara mówi, że biorą ją włosy zaczesane do tyłu, ale większość znanych mi kobiet twierdzi, że chodzi o spodnie.
–   Skąd się bierze takie spodnie? – spytał Jon zafascynowany.
–   Będę musiała pójść z tobą. Ponieważ chodzi nie tylko o to, jak leżą z przodu, ale także, jak opinają cię… z tyłu.
–   Jak wysoko sięgają? – spytał Jon, wyobrażając sobie jakiś rodzaj jednoczęściowego kombinezonu. – Zakrywają całe plecy?
Tracie z rozpaczą pokręciła głową.
–   Mówię o twoim tyłku. Czasami, muszę przyznać, kobiety patrzą na męskie pośladki.
–   Nie na krocze? – spytał Jon.
–   Nie bądź niesmaczny – powiedziała z naganą, po czym spojrzała w górę i na chwilę zapadło milczenie.
Nie miał pojęcia, co takiego zobaczyła na suficie, ale bez wątpienia patrzyła na to z upodobaniem. Może to był tyłek Roberta Redforda.
–   To zabawne – powiedziała. – Ale chodzi także o materiał. Nic błyszczącego. Niee. Facet w lśniących spodniach to… – pokręciła głową, jakby chciała odegnać od siebie jakąś myśl. – To musi być gładka, mocna tkanina. Widzisz, chodzi o pośladki, a zarazem nie chodzi o pośladki. Jeśli rozumiesz, o czym mówię.
Jon nie miał zielonego pojęcia. Ale nie chciał jej teraz powstrzymywać. Czuł, że lada moment będzie świadkiem jakiegoś biblijnego objawienia.
–   Rzecz w tym, że większość nagich pośladków nie wygląda zbyt fajnie, ale w dobrych spodniach, takich, które je jakby obejmują, takie pośladki, nie za duże i nie za płaskie, raczej dość wąskie, ale pełne… Rany!
–   Tracie, sama byś się zawstydziła, gdybyś posłuchała tego, co mówisz – przerwał jej Jon. – Mam rozumieć, że odpowiedzialne, dorosłe kobiety dokonują wyboru mężczyzny na podstawie spodni i butów? Takich szczegółów?
Tracie jeszcze szerzej otworzyła oczy.
–   Jezu! Jon. Nawet się nie domyślałam, że możesz być aż takim ignorantem. Znasz to powiedzenie: Diabeł tkwi w szczegółach. My, kobiety, godzinami omawiamy każdy detal. To wy zajmujecie się wielkimi sprawami, my siedzimy po uszy w detalach; jesteśmy detalami.
–   Ależ ja się zajmuję detalami. Przez cztery lata byłem analitykiem komputerowym. Same detale.
Tracie pokiwała głową, ale nie był to gest aprobaty.
–   No właśnie. Czy nie przyszła pora, żebyś porzucił swój celibat?
Jon usiłował szybko przemyśleć sprawę, obawiając się, że Tracie może mieć rację.
–   Słuchaj – ciągnęła dalej – w tej kwestii możesz mi zaufać. Nie mówię, że coś jest nie w porządku z twoją pracą. Po prostu nie jest sexy. Nie mów o niej nikomu.
Jon wzruszył ramionami, lekko urażony.
–   A jeśli któraś z nich mnie spyta, czym się zajmuję?
–   Każda zapyta. Kobiety lubią wszystko wiedzieć. Wtedy musisz być zagadkowy. Zagadkowość doprowadza kobiety do szaleństwa.
–   W pozytywnym czy negatywnym sensie?
–   W obu – roześmiała się. – Zajęło mi trzy miesiące, żeby się dowiedzieć, że Phil jest jedynakiem. Ale rzecz w tym, żeby wracały po jeszcze. Po prostu odchrząknij i powiedz, że za¬jmujesz się… handlem. Niech się same domyślają, czy chodzi o narkotyki czy remontowane silniki.
–   Zaraz, niech nieco uporządkuję tę sprzeczność: kobiety
uwielbiają zagadkowość, a równocześnie jak szalone grzebią się w detalach? Tak?
–   Tak. Beth przez półtorej godziny omawiała dziś w pracy ścieg białego, „rybackiego” swetra, jaki założył na pierwsze spotkanie facet, z którym się umówiła, i czy ten ścieg oznacza, że facet był gejem.
–   A oznacza? – spytał.
Rzuciła w niego czarną marynarką. Jon wcisnął ją na siebie.
–   Tak, jeśli nie jest rybakiem – powiedziała Tracie i uśmiechnęła się do niego.
Widząc zadowolenie na twarzy przyjaciółki, Jon wykonał serię póz supermodela.
–   W porządku. Teraz wyglądasz z grubsza jak człowiek. Jon podszedł do lustra i sprawdził swój wygląd. Rzeczywiście
(…)
–   A teraz posłuchaj – mówiła dalej. – Kiedy już pójdziesz z którąś z nich do łóżka, musisz pamiętać, żeby nie zostawać na noc. Nieważne, która jest godzina, ani to, czy konasz ze zmęczenia. Nawet w środku nocy musisz wstać z łóżka i pójść do domu. Zasada numer pięć i najważniejsza mówi: Nie wolno zostawać na noc.
–   Nigdy? Przecież Phil bez przerwy zostaje na noc – zaprotestował.
–   Ale na początku tego nie robił – przyznała Tracie. – Chodzi o to, że wtedy kobieta jeszcze bardziej ciebie pragnie. Najlepiej będzie, jeśli uda ci się wymknąć, kiedy ona śpi.
–   Nawet nie mówiąc do widzenia?
–   Możesz zostawić zdawkowy liścik.
–   Jaki?
–   Na przykład… – zawahała się. – Powiedzmy… „Muszę iść. Przez ciebie”. I żadnych podpisów w stylu: „Twój”. I za nic nie zostawiaj swojego numeru telefonu. – Jon aż otworzył usta z niedowierzania.
–   Przychodzę do niej, kocham się z nią, a potem zostawiam
jej karteczkę, że przez nią odchodzę? No co ty! Czy to znaczy, że mam uwodzić same masochistki?
–   Słuchaj, chodzi o to, żeby nie przestawała o tobie myśleć. Potem, kiedy już będziecie razem, możesz robić, co ci się podoba. Ale na początku musi czuć, że jesteś kimś wyjątkowym, że ona jest wyjątkowa i że musi być bardzo wyjątkowa, żeby ciebie zdobyć. I dlatego nigdy nie będziesz do nich oddzwaniał.
Oczy omal nie wyszły mu z orbit ze zdumienia.
–   Jak to? Kiedy wreszcie uda mi się którąś z nich namówić, żeby poszła ze mną do łóżka? O czym ty mówisz? Jeśli do niej nie oddzwonię, jak mam pójść z nią do łóżka drugi raz?
–   A kto ci powiedział, że masz z nią spać drugi raz? Śpij z następną. Na tym etapie liczy się bogactwo doświadczeń.
–   Więc mam zachowywać się jak łajdak? – spytał. – Chcesz powiedzieć, że to jest właśnie szczyt kobiecych marzeń? Łajdak w odpowiednio skrojonych spodniach?
–   No nie. Czy ty masz nas za idiotki? Mamy złożoną naturę. Ten nasz upragniony mężczyzna może zachowuje się jak łajdak, ale my potrafimy go oswoić, a przynajmniej wydaje nam się, że potrafimy. Pragniemy faceta, który jest nieprzystępny – ale za tą fasadą kryje się czułe serce, które potrafimy podbić. Marzymy o panterze, która słucha naszych rozkazów. W pewnym sensie chodzi o kobiecy odpowiednik tej dawnej męskiej szajby.
–   Co? Choroba psychiczna?
–   Nie. No wiesz. Chodziło o to, że mężczyźni nie chcieli kobiet, które łatwo zdobyć, bo to niby znaczyło, że każdy może je mieć.

doc. Józef Kossecki — Procesy niszczenia systemu szkolenia polskich elit od 1948 roku…, cz. I

Wykład doc. Józefa Kosseckiego w ramach Akademii Technologii Informacyjnych na temat: „Procesy niszczenia systemu szkolenia polskich elit od 1948 roku, ze szczególnym uwzględnieniem prawa — zwłaszcza teorii dowodów sądowych i procedury karnej. Eliminacja najbardziej diagnostycznych elementów dorobku polskich przedwojennych nauk humanistycznych”.

doc. Józef Kossecki – Procesy niszczenia systemu szkolenia polskich elit od 1948 roku…, cz. II

doc. Józef Kossecki – Procesy niszczenia systemu szkolenia polskich elit od 1948 roku…, cz. III

doc. Józef Kossecki – Procesy niszczenia systemu szkolenia polskich elit od 1948 roku…, cz. IV

Poniżej dwa fragmenty z książki Mariana Mazura – „Cybernetyka i charakter”

„Instytucją umożliwiającą człowiekowi najdokładniejsze poznanie siebie samego powinna być szkoła . Niestety, szkoła nie tylko tego zadania nie spełnia, lecz przeciwnie, wszystko w niej jest skierowane na uniemożliwianie osiągnięcia takiego celu. Przecież ideałem szkoły jest uniformizacja: wszyscy uczniowie mają nabyć jednakowych wiadomości z każdego przedmiotu bez względu na zdolności i zamiłowania, wszyscy mają zachowywać się jednakowo, być jednakowo pilni, pracowici, posłuszni, jednakowi jak sztachety w parkowym ogrodzeniu. Życie zacznie się dla nich dopiero po ukończeniu szkoły – wejdą do niego zasobni w mnóstwo zbędnych informacji, a przy tym straszliwie bezradni, gdyż nie nauczono ich poznawania siebie i decydowania o sobie. I takim to ludziom przyjdzie zaraz na progu tego życia podejmować dwie najważniejsze decyzje osobiste: o wyborze zawodu i o wyborze partnera do małżeństwa.
Są normy społeczne, które Kowalskiemu wpajają ich rzecznicy: rodzice, nauczyciele, dyrektorzy, sędziowie, kapłani, moraliści itp., ale, po pierwsze – są to tylko nakazy i zakazy, po drugie – odnoszą się do wszystkich jednakowo, i po trzecie – nie ze względu na interes Kowalskiego zostały wprowadzone, lecz ze względu na interes społeczny.
W sumie więc człowiek otrzymuje informacje ważne, ale nie o sobie, oraz informacje o sobie, ale mało ważne. Ważne informacje o sobie musi on sam zdobyć, ale jakże ma to zrobić, skoro nie wie nawet, co to znaczy.”

„Miarą racjonalnego wykształcenia jest nie tyle znajomość szczegółów, ile znajomość związków ogólnych i oparta na niej umiejętność wyrabiania sobie poglądów w poszczególnych sprawach.”

 


 

 

Doc. Józef Kossecki – Współczesna potrzeba tworzenia prawdziwych elit narodowych

 

Przybrać na wadze i wyglądaj lepiej?

Gain Weight, Look Better?
Autor: Chris Sandel
Tłumaczenie: BladyMamut

http://180degreehealth.com/smash-your-bathroom-scale/

 

 

Przybierz na wadze - proporcjaUtrata wagi nie koniecznie prowadzi do lepszego wyglądu. Podobnie jak zyskanie kilogramów nie koniecznie prowadzi do gorszego wyglądu. Wygląd twojego ciała bardziej zależy od proporcji mięśni i tkanki tłuszczowej. W większości wypadków liczba na wadze nie ma związku z dobrym wyglądem, a wielu ludzi wręcz pogarsza swój wygląd poprzez próby utraty wagi. Tak więc waga w najlepszym przypadku jest kiepskim narzędziem. Ale zanim zanurzymy się w temacie, pozmawiajmy o jeszcze ważniejszym powodzie dla którego powinniśmy przestać się regularnie stawać na wadze…

Jesteśmy emocjonalnymi stworzeniami. Większość naszych wyborów nie jest dokonywana przez racjonalną część mózgu, chociaż tak to sobie tłumaczymy przed samym soba. Zamiast tego, nasze decyzje i emocje są determinowane naszym gadzim mózgiem, tą częścią mózgu, którą mamy wspólną z wszystkimi innymi zwierzętami,  a z perspektywy ewolucji, pierwszym regionem mózgu, który się rozwinął.

Jeśli jest jeden instrument, który ma najwięcej władzy nad gadzim mózgiem, to spekuluje, że będzie to waga – urządzenie. Wejście na wagę może zadecydować czy będzie to dla nas dobry czy zły dzień. W naszym racjonalnym umyśle wydaje się to głupie, że kawałek metalu i plastiku na którym wyświetlają cyfry może mieć tak wiele władzy, ale wiesz, że dla wielu ludzi jest to prawdą.

Dziwne jest to, że dla większości ludzi, bez względu na to jaką cyfrę zobaczą na wadze, to będzie zły dzień. Zdecydowałeś się rozpocząć dietę (jakakolwiek jest modna w tym miesiącu) i jesteś na niej już od jakiegoś czasu. Zauważyłeś już pewne zmiany, ale jedynym miarodajnym sposobem czy to naprawde działa jest wejście na wagę. Tak więc przygotowujesz się, wchodzisz na wagę i widzisz jak twoje wysiłki są wynagradzane.

Dalej sytuacją może potoczyć się w kilku kierunkach….

1. Zauważasz, że mniej ważysz, waga jest mniejsza. To prowadzi do pozytywnych emocji i czujesz, że twoja ciężka praca opłaciła się. Ale wiesz, że ma to swoją cenę. Jeśli naprawdę zadręczałeś się ćwiczeniami i ograniczaniem kalorii, zdajesz sobie sprawę, że to teraz będzie twoja nowa rzeczywistość. Tak, straciłeś wagę, ale za jaką cenę? Czujesz się cały czas głodny i zmęczony. Musisz teraz utrzymać to co robiłeś do tej pory, aby gubić kilogramy i zaczynasz się zastanawiać jak długo wytrzymasz.

2. Lub – utrata wagi wzbudza strach. Zawsze chciałeś stracić na wadze i teraz martwisz się co się stanie jeśli nie uda ci się utrzymać tego stanu. Byłeś już wcześniej na różnych dietach i nie utrzymałeś się dłużej na żadnej z nich, dlaczego ta miałaby być inna? Tak więc przyrzekasz sobie pracować ciężej, jeść mniej żeby utrzymać ten efekt. Dzisiaj nie zjesz obiadu, a na kolację przegryziesz lekką przekąskę, żeby tego nie zaprzepaścić.

3. Jeśli stajesz na wadze i widzisz, że twoja waga wzrosła, stajesz przez jeszcze innym dylematem, który zwykle idzie w jednym z dwóch kierunków. Pierwszy – decydujesz, że nie byłeś wystarczająco surowy i musisz ciężej i więcej popracować. Decydujesz się jeść mniej, zmniejszysz ilość zjadanych makroelementów (będą to węglowodany lub tłuszcze) lub dodasz więcej ćwiczeń.

4. Druga opcja – stwierdzasz, że próba utraty wagi zakończyła się porażką i poddajesz się. Pozwalasz sobie na jedzenie wszystkiego co do tej pory było na twojej zakazanej liście. Zamiast jeść normalnie, rzucasz się na jedzenie jak zawodnik w jedzeniu na czas w bufecie – targają tobą emocje jak na kolejce górskiej – zaczynasz od euforii, a kończysz w depresji. Za kilka tygodni kiedy znowu staniesz na wadze podejmiesz decyzję o podjęciu nowej diety i przysięgniesz, że tym razem będzie inaczej. I schemat zaczyna się od nowa.

Mówiąc prawdę, te schematy zachowania mają miejsce gdy ktoś jest lub nie jest na diecie. Kiedy ktoś kto nie był na diecie od lat (lub nigdy) wejdzie na wagę i wynik sprawi, że zacznie myśleć, że może już czas aby zacząć myśleć o przejściu na dietę.

Gdy pracuję z moimi klientami zwykle na początku przybierają na wadze. Żyjemy w społeczeństwie gdzie wielu ludzi liczy kalorie i powszechny jest pogląd że powinni spożywać 1,200 kalorii dziennie. Czasami nie jest to nawet nasza świadoma decyzja, ale jedzenie jest u nas na jednej z ostatnich pozycji – jesteśmy zbyt zajęci innymi rzeczami, omijamy posiłki i nie dostarczamy swojemu ciału adekwatnej liczny kalorii.

Kiedy zaczynam pracę z moimi klientami, zachęcam ich do jedzenia więcej w krótszych odstępach czasu, co sprawia, że zaczyna pojawiać się poprawa – lepiej śpią, mają więcej energii, lepszy nastrój, lepsze trawienie i tak dalej. Ale w jakimś momencie dostaję email zatytułowany „Pomocy! Przybrałem/am na wadze!”, mówiący o tym, że dana osoba stanęła na wadze i zauważyła, że przytyła 2 kg a przecież chciała „stracić na wadze, a nie przytyć!”

Jest takie założenie, że wzrost wagi znaczy, że to co się robi nie działa. Jeśli przybieramy na wadze to dieta musi nie działać, a gdy tracimy kilogramy jesteśmy na drodze do zwycięstwa. Gdy waga wzrasta, pojawia się tendencja do myślenia, że te kilogramy to tylko tłuszcz. „Przytyłam 2 kg, więc mam o 2 kg tłuszczu więcej.” Cóż, nie oto tutaj chodzi. Przyjrzyjmy się różnym opcjom tego czym może być nowa waga:

Przybierz na wadze i wyglądaj dobrze

Tłuszcz… tak, część nowo nabytych kilogramów będzie tłuszczem. To część procesu dochodzenia do siebie i jeśli nie dojadałeś (świadomie lub nieświadomie) twoje ciało odłoży część spożywanego przez ciebie jedzenia jako tłuszcz. W ten sposób twój organizm zachowuje się sensownie – po latach zmagań z małą ilością jedzenia chce mieć odłożony zapas na cięzkie dni. Na początku większość dodatkowego jedzenia odkładane w organizmie jako tłuszcz, ale z czasem to się zmienia, ciało nie czuje już potrzeby zabezpieczania się na ciężkie dni i większość zużywana jest na energię i inne funkcje organizmu. Niestety tego etapu nie da się uniknąć, a ciało potrzebuje przejść przez ten proces, aby poprawiało się zdrowie.
Glikogen – część dodatkowej wagi jest spowodowana zwiększoną ilością glikogenu. Kiedy jesz węglowodany, część z nich jest używana od razu jako źródło energii, a część jest składowana jako szybkie źródło energii na później (glikogen). Glikogen jest składowany w twoich mięśniach i wątrobie do ewentualnego wykorzystania pomiędzy posiłkami oraz w nagłych wypadkach. Kiedy nie dojadasz twoja umiejętność składowania glikogenu jest ograniczona, ale kiedy zaczniesz jeść więcej – zwiększa się. To bardzo ważne ponieważ prowadzi do bardziej stabilnej energii, nastroju oraz pozwala lepiej radzić sobie ze stresem.
Woda – kolejna część składowa nowonabytych kilogramów to woda. Zwiększona ilość wody w organizmie jest spowodowana opisanym wyżej procesem składowana glikogenu w mięśniach, a także naprawą komórek. Ten obrzęk zwykle sam przechodzi po kilku tygodniach, ale może to potrwać dłużej, jeśli istnieją także jakieś hormonalne problemy.
Organy- część nabytych kilogramów jest też spowodowana przebudową tkanki organów. Kiedy jesz mało twoje ciało musi jakoś nadrobić niedobory energetyczne, więc przechodzi na katabolizm i czerpie z tkanki twoich organów, aby mieć jakieś źródło energii. Szczególnie wpływa to na grasicę, która jest głównym kontrolerem naszego systemy immunologicznego – co jest też powodem dlaczego jedzenie niewystarczających ilości jedzenia prowadzi do chorób autoimmunologicznych, nietolerancji pokarmowych oraz ogólnie problemów z odpornością. Poprzez zwiększanie spożywania ilości jedzenia twoje ciało zaczyna odbudowywać te organy i dlatego zwiększa się twoja waga.
Beztłuszczowa tkanka i mięśnie – w ten sam sposób w jaki twoje ciało korzysta z tkanki organów w czasie nagłych wypadkach, robi to samo z beztłuszczową tkanką i mięśniami. Kiedy zaczynasz przyjmować odpowiednią dawkę kalorii, utracona tkanka regeneruje się i przez to dodaje kilogramów na wadze.

Tak więc kiedy wchodzisz na wagę i zauważasz wzrost wagi, nie powinieneś od razu myśleć o złych rzeczach. Często jest to znak, że twoje zdrowie poprawia się, a ciało zaczyna się regenerować. Nawet ludzie którzy uważają siebie za otyłych mogą popatrzyć na siebie i poczuć się o wiele lepiej po przytyciu, tak jak kobieta która przeszła terapię i zmianę diety razem z 180DegreeHealth.

Według Matt, temperatura jej ciała/metabolizm wzrósł z 35,5 stopni Celsiusa do 37,2 stopni, a na sama stwierdziła:
„Moje życie zmieniło się zarówno pod względem fizycznym jak psychicznym. Mogę mieć normalne jedzenie w domu i nie rzucam się na nie, ani nie jem gwałtowanie jak kiedyś, mam energię żeby się ruszać i nie umiem ustać, ani wysiedzieć w jednym miejscu dłużej niż 15 min, nie mam żadnych problemów ze snem, wreszcie zaczęłam ćwiczyć (chociaż wcześniej obiecywałam sobie, że to zrobię przez 2,5 roku na Paleo-diecie), nie mam już suchych ust, ani innych rejonów mojego ciała, moje włosy są gęstsze, mam o wiele lepszy nastrój. Myślałam, że już straciłam poczucie humoru.”

Wyglądać lepiej

Sama waga jest słabym wskaźnikiem tego czy nasza dieta działa czy nie, szczególnie w jej początkowym stadium. Obserwowanie tego czy nasze ciało i związane z nim objawy się poprawiają jest o wiele lepszym sposobem, chociaż nie koniecznie jest to prawdą. Czasami zdarza się, że na początku zdrowienia ludzie nadal czują się niezbyt dobrze.

Zrozumienie tego, że jest to naturalna część procesu jest ważne, ponieważ powstrzymuje nas przed powróceniem do starych nawyków, jeśli nie uzyskujemy rezultatu po kilku tygodniach. Zdrowienie zajmuje trochę czasu (od miesięcy do lat), a nauczenie się bycia cierpliwym jest kluczem do długotrwałych sukcesów.

Samo obserwowanie wagi znaczy jeszcze mniej kiedy nasze ciało naprawdę się regeneruje. Bardzo często nasza waga zwiększa się, podczas gdy w tym samym czasie nasze ciało i jego skład polepszają (mniej tłuszczu w proporcji do beztłuszczowej masy). Jeśli patrzysz tylko na liczbę kg na wadze możesz pomyślisz, że nie idzie ci dobrze, a w rzeczywistości jest odwrotnie – zdjęcia w tym artykule dobrze to ilustrują.

Skoro już wiesz, że stanięcie na wadze powoduje u ciebie  irracjonalny emocjonalny lęk, unikaj tego. W wielu przypadkach sabotuje to ciężką pracę jaką wykonałeś, ponieważ zaczynasz wtedy dbać tylko o wyświetlające się na niej numerki – jedyny miernik tego czy dobrze ci idzie. Z czasem, stanięcie na wadze nie powinno wywoływać u ciebie palpitacji serca. Ale teraz, kiedy tak jest, zamiast walczyć z tą sytuacją po prostu odłóż wagę do szafki i odejdź. Albo ją rozwal lub wyrzuć.

Waga

 

Przemysł spożywczy i uzależniające jedzenie – napisy PL

 

 

Jeśli kiedykolwiek złapałeś się nad tym, że mówisz „nie jestem w stanie dać sobie rady”
kiedy jesz zbyt wiele złego jedzenia, możesz mieć rację.
Wiele osób wkłada dużo pracy upewniając się, że nie przestaniemy jeść.
Nasz reporter zdrowotny odkrył, że to bardzo silnie chroniony sekret przemysłu,
który ma tylko jeden cel – jedzenie, któremu nie można się oprzeć.
Oni próbują zwiększyć swoje udziały w Twoim żołądku
i zwiększyć zysk jaki z tego powodu otrzymują.
Nie mogłam się ruszyć i wolałam raczej leżeć w łóżku jakbym była martwa.
Te firmy bazują na głębokiej, zaawansowanej i czystej nauce,
aby zrozumieć jak mogą uatrakcyjnić swoje jedzenie i stworzyć je bardziej atrakcyjnym dla nas.
Za tym wszystkim stoi nauka,
jogurt tak smakuje w Twoich ustach z jakiegoś konkretnego powodu.
Przemysł żywieniowy bada nawet połączenie między receptorami Twojego jeżyka,
a odpowiadającymi reakcjami chemicznymi w Twoim mózgu.
Rezultat to ostrożnie dobrana mieszanka soli, cukru, tłuszczu i innych substancji chemicznych,
doskonale zaprojektowana tak byś nie mógł zjeść tylko jednego.
Michael Moss poświęcił 4 lata na badanie nauki stojącej za przetworzonym jedzeniem.
Byłem zaskoczony jak wielu najlepszych naukowców pracuje w firmach w tym kraju.
To niesamowite jak wiele matematyki i nauki, analizy wstecznej
i energii oni wkładają w poszukiwania idealnych proporcji tłuszczu, soli i cukru,
by po zjedzeniu ich produktów czuć się tak dobrze.
W trakcie przeszukiwania baz danych dokumentów naukowych oraz patentów przemysłu spożywczego,
odsłaniał się ogrom nauki stojącej za inżynierią żywieniową.
Chemia, fizyka, biologią wszystkie razem pracowały na rzecz stworzenia jedzenia przynoszącego zysk.
Tutaj znajduję się opis ulepszacza smaku serowego bez sera.
Surowce bazowe do tego wykorzystane były tłuszczami i białkami co oznacza,
że zawartość drogiego sera mogła być zredukowana do minimum.
Oni potrafią odtworzyć reakcję chemiczną, która może mieć miejsce w Twoim języku lub aromat.
Mogą symulować smak, czegoś tak naprawdę bez zawartości prawdziwego produktu.
Bruce Bradley wie z pierwszej ręki co dzieje się w przemyśle spożywczym,
były kierownik w wielu dużych firmach spożywczych jest teraz pisarzem i krytykiem tej branży.
Było kilka sytuacji, kiedy czułem się niekomfortowo, a nawet źle z tym co robiłem.
Myślę, że ostatecznie to właśnie była jedna z przyczyn tego, dlaczego opuściłem przemysł spożywczy.
Widziałem problemy jakie występowały w miastach oraz problemy ze zdrowiem,
które narastały, głównie z powodu jedzenia, które spożywamy.
Było to dla mnie trudne, brać na siebie tyle odpowiedzialności za to co robiłem.
Przemysł spożywczy jest wysoce konkurencyjny i nastawiony na zyski.
Michael Moss brał udział w setkach wywiadów zanim skończył swoją książkę.
To było dla mnie jak praca detektywa, przeglądać tysiące stron wewnętrznych dokumentów naukowych,
prosić menadżerów i naukowców, aby odkryli przede mną sekrety tego jak to działa.
To co odkrył to, że przemysł spożywczy spoczywa na trzech filarach.
Sól, cukier i tłuszcz.
To trójca święta wysoko przetworzonego jedzenia,
kiedy oni znajdują idealną proporcję mówią, że
mają punkt rozkoszy dla cukru, usta wypełnione tłuszczem oraz smak soli,
oni wiedza jak stworzyć ich produkt nieodpartym.
Sól, cukier i tłuszcz nie występują razem w naturze.
Naukowcy coraz częściej dowodzą, że wysoko przetworzone jedzenie, może być uzależniające.
Mogę jeść to łyżeczką, albo ręką i myśleć “muszę przestać, muszę przestać”
i po prostu dalej to robię, nie zatrzymuje się.
Na imię Pat i jest uzależniona od jedzenia.
Byłam zdesperowana, kiedy byłam uzależniona od jedzenia i to było naprawdę niszczące,
czułam się bezsilna, zawstydzona i to było okropne.
Jej kuchnia to pole bitwy, a każdy posiłek to wyzwanie musi sobie przypominać,
że dla niej, nawet szczypta cukru, może spowodować, że wróci do tego co było wcześniej.
Widok jedzenia może to rozpocząć, reklamy jedzenia mogą to wyzwolić,
to jedzenie jest tak uzależniające, nawet wygląd jest uzależniający.
Jeżeli chodzi o uzależnionych od jedzenia, długo po tym jak jedzenie przestaje sprawiać nam przyjemność, długo po tym od kiedy jedzenie jest dla nas przykrością, my wciąż nie możemy przestać.
Co z tymi czipsami? To tylko jeden.
To staje się wdrukowane w umysł, przez co bardzo ciężko to pokonać.
Podczas, gdy przemysł nienawidzi słowa “uzależnienie” bardziej niż jakiegokolwiek innego,
badania pokazują, że kiedy osiągają oni idealną ilość tych 3 składników
sprawiają, że „odlatujemy”, biegamy po między sklepowymi półkami, jemy więcej,
więcej kupować, a firmy dzięki temu zarabiają więcej.
Francis Mcglown jest neurologiem,
jako element badań dla BBC włożył on brytyjskiego szefa kuchni do tomografu
i karmił go chili, każda kropla, która lądowała na języku
powodowała uwolnienie się w mózgu substancji chemicznych sprawiających dobre samopoczucie.
Konsekwencją tego słabego poziomu bólu, było wyzwalanie się naturalnych opioidów wewnątrz mózgu.
Francis Mcglown był jednym z pierwszych naukowców pracujących dla przemysłu żywieniowego,
spędził 10 lat, wykonując badania dla firmy UNILEVER,
jednej z największych na świecie firm zajmujących się przemysłem spożywczym.
Jako neurolog miałem możliwość wglądu w mechanizm preferencji dotyczących różnych rodzajów jedzenia.
Używając neurologii, Unilever doprowadził do artykułów np. o takim tytule “Jak lody łaskoczą Twój mózg”.
Tylko jedna łyżeczka aktywuję receptory szczęścia Twojego mózgu, co zostało odkryte podczas badań klinicznych.
Usta to kolejna część ciała, która fascynuję naukowców,
sposób w jaki jedzenie kruszy się pomiędzy zębami, siła nacisku szczęki, dźwięk chrupania.
Częściowo to hałas, wzmocniony tym, że Twoje szczęki łączą się z uchem
i naprawdę słyszysz to chrupanie dosyć głośno gdy gryziesz.
To także częściowo związane z umysłem, chrupanie przypomina Ci o tym, że jesz i kieruje tam Twoją uwagę.
Chris Looker jest konsultantem przemysłu żywieniowego, pomaga firmom wprowadzać produkty,
które on nazywa “mourish” (przymiotnik od słowa more – więcej) innymi słowy, takimi, które przekonają Cię, żebyś chciał więcej.
Oni chcą, żebyś zaraz po zjedzeniu jednego, masz sięgnąć po następny
i często osiągają to za pomocą bardzo intensywnego smaku,
który czujesz na początku języka, ten smak bardzo szybko mija
i zanim zdążysz opróżnić usta, znów smaku. który utraciłeś.
Kształt jedzenia również jest ważny,
czekolada nie powinna mieć ostrych krawędzi.
Chcemy, żeby czekolada była naprawdę wygodna, żeby była miłym, relaksującym doświadczeniem,
roztapianie jest naprawdę delikatnym doświadczeniem.
Ostre końce psuły by to doświadczenie i zmuszały jedzącego do pogryzienia zanim by się roztopiła.
Naukowcy żywieniowi wiedzą co zmusza mózg do zaprzestania jedzenia i nazywają to sytością sensoryczną.
Określenie to oznacza, że jeśli jedzenie ma jeden wyraźny smak,
będzie on dla nas bardzo przyjemny na początku, ale później zaczniemy się nim szybko męczyć.
Dlatego też firmy wkładają naprawdę wiele wysiłku w to,
żeby ich jedzenie było nie tylko pomieszane, ale naprawdę dobrze wymieszane.
Dlaczego nie możesz poprzestać jedzenia tylko na jednym?
Nazywa się to “Znikającą Gęstością Kaloryczną”
To co nazywamy tym określeniem odnosi się na przykład do Cheetosów,
które rozpuszczają się w Twoich ustach i mózg uznaje,
że kalorię zniknęły i zjesz znacznie więcej
zanim mózg wyśle Ci sygnał “Hej, zjadłeś wystarczająco”.
Witajcie w laboratorium badań nad zmysłami w Uniwersytecie Gwel.
Uczymy tutaj studentów jak tworzyć testy związane z odbieraniem zmysłów,
nauczamy ich podstaw tego jak robić badania dotyczące oceniania wartości sygnałów zmysłowych,
gdyż nie jest to tak proste jak jedzenie jedzenia.
Próbujemy różnych składników, żeby sprawdzić, które z nich są preferowane lub akceptowane przez ludzi.
W tym przypadku, różne poziomy sodu. Który Ci smakuje bardziej?
Wolę ten drugi, bardziej słony.
Bardziej słony? Tak bardziej słony.
Ponieważ te produkty muszą być w stanie wytrzymać na półce miesiącami,
wiele składników nie ma nic wspólnego ze smakiem,
ale są składnikami konserwującymi lub innymi substancjami chemicznymi,
które są odpowiedzialne za wygląd i strukturę,
a wiele z nich znane jako ulepszacze mają oszukać mózg,
by dać smak czegoś czego tam nie ma.
Ogromne ilości pieniędzy wydawane są na to, żeby wytworzyć produkty, które smakują i pachną realistycznie,
ale w rzeczywista ilość tych składników jest znikoma.
Ponieważ bez ulepszenia smaku, nikt by tego nie zjadł.
Smakowały by okropnie, po prostu wziąłbyś jednego i wypluł.
Jedna z firm wyprodukowała specjalną serię krakersów bez soli dla Michaela, żeby mógł ich spróbować.
Było to naprawdę okropne przeżycie,
normalnie mogę jeść Cheez-IT cały dzień bez przerwy,
bez soli nie mogłem ich nawet przełknąć.
Wycieczka po sklepie spożywczym pokazała nam, że coś się zmienia,
ciastka mają deklaracje o zdrowiu, czipsy są z pełnego ziarna i mają błonnik.
Jeśli przemysł spożywczy znajdzie sposób, żeby je rozreklamować i zarobić na nich pieniądze,
jestem pewien, że to zrobią, ale jeśli w długim okresie czasu,
ma to zmniejszyć ilość jedzenia jakie sprzedają, nie sądzę by poszli tą drogą.
Więc nawet jeśli mają mniej cukru, soli czy tłuszczu
zawierają prawdziwe owoce, wypiekane są z prawdziwych warzyw i tak wrócisz po więcej.
Przemysł żywieniowy zależy od tego.

Samoorganizacja – napisy PL

Porządek pojawia się wtedy, gdy organizmy współdziałają z sobą, by tworzyć nowe właściwości, poprzez połączenie swoich możliwości.Protony, neutrony i elektrony łączą się by zbudować atomy. Atomy łączą się by stworzyć cząsteczki.Cząsteczki współdziałają by stworzyć komórki. Pojedyncze komórki łączą się ze sobą, by tworzyć wielocząsteczkowe kolonie cząsteczek. Niektóre zajmują się trawieniem, inne są odpowiedzialne za ruch, a pracując razem tworzą tkanki.Tkanki połączone razem ewoluują w wielokomórkowy organizm, jak w pełni rozwinięty system nerwowy.A to wszystko dzieje się poprzez zachowanie pojedynczych komórek, które poruszając się indywidualnie poruszają cały żyjący organizm.Więc musisz się siebie zapytać, czym jest żyjący organizm? Żywy organizm jest systemem ekstremalnie złożonej interkomunikacji. Spróbuj zdefiniować czym jesteś, kiedy wchodzisz w detale, nagle zdajesz sobie sprawę, że gdy zdejmujesz skórę i patrzysz pod spód i jesteś złożonym systemem rurek i włókien pięknie ułożonych w piękne wzory.Gdy spojrzysz na to pod mikroskopem, ta cała masa małych stworzeń biegająca po naszym organizmie wcale nie wygląda jak ludzie.Choć oni wydawaliby się ludźmi gdyby się im przyjrzeć.Ponieważ wewnątrz nas, mają problemy, różnego rodzaju walki, kolaboracje, konspiracji i tym podobne.Ale jeśli nie robiliby tego, my nie bylibyśmy zdrowi.Jeśli te różne komórki w naszej krwi nie walczyłyby ze sobą, umarlibyśmy.Dlatego wojny na pewny poziomie przynoszą ogólny spokój i zdrowie na innym poziomie.Ludzie zawsze będą mieli problemy, zawszę będą się zderzać bez znaczenia w jakim systemie żyją.Ale od nas zależy czy to rozumiemy i czy umiemy odwrócić te rzeczy w proces uczenia się.Weź jakikolwiek zorganizowany system życia, na przykład to jak zachowuje się ogród.Pełen jest gatunków, które w pewnym stopniu ze sobą konkurują, ślimaki i inne owady przeciw sobie.Ponieważ te małe walki ciągle mają miejsce, życie ogrodu jako całości jest utrzymane.Nie można wyrzucić ślimaków, pomimo tego, że jedzą sałatę. Jeśli nie będzie ślimaków, ptaki nie przylecą. Ponieważ one lubią ślimaki. A ptaki robią wiele pożytecznych rzeczy dla Twojego ogrodu, na przykład dostarczają odchody. Więc ceną posiadania ptaków są ślimaki, które będą jadły sałatę. W ten sam sposób ludzie są inni, ale w tym samym czasie ludzie są ze sobą powiązani, polegają na sobie. Tak jak organy w Twoim ciele, można się kłócić, że żołądek jest fundamentalny, jedzenie jest bardzo ważne, a dodatkowo mózg rośnie jako przedłużenie żołądka, by otrzymywać jak najwięcej jedzenia. Więc można powiedzieć, że mózg jest sługą żołądka. Ale równie dobrze, można się kłócić, że mózg jest najważniejszy. To on przeprowadza wszystkie procesy myślowe i potrzebuje, by żołądek dostarczał mu energii. Można także polemizować, że organy płciowe są najważniejsze, a one potrzebują zarówno mózgu jak i żołądka, by utrzymać ekstazę potrzebną do reprodukcji. Ale wtedy, mózg i żołądek mogą stwierdzić, że im się to nie opłaca. Prawda w tym temacie jest taka, że nikt nie jest najważniejszy, nikt nikim nie pomiata. Nie znajdziesz mózgu bez żołądka czy organów płciowych. Wszystkie są jednością i to jest główną wadą imperiów, władców, przywódców. Nikt nie jest najważniejszy. Ludzie nie powinni rządzić innymi ludźmi. Wszyscy powinni pracować razem, w taki sam sposób w jaki nasze ciało porusza się razem. Wszystkie komórki w naszym ciele ruszają się razem, nie musisz ich zmuszać do współpracy. Nie musisz zmuszać komórek mózgowych do współpracy. Nie musisz im nic kazać. Nie musisz tworzyć różnego rodzaju traktatów. One po prostu to robią. Te sieci neuronów tworzą myśli bardziej złożone niż te które mógłby stworzyć, przesłać lub zrozumieć pojedynczy neuron. Spójrz tylko na ptaki. Zauważ jak ptaki nagle obracają się w powietrzu. Skręcają jakby były jednym ptakiem, ale kiedy lądują na piasku, stają się jednostkami, które mogą biegać niezależnie od siebie. Pomimo tego, że ptaki kontrolują siebie, istnieje zestaw zasad na czas gdy wchodzą ze sobą i z otoczeniem w interakcje. To samo dzieje się z ławicami ryb. U ryb możemy znaleźć złożony układ, wszystkie współpracują bez przywódcy, nie ma pojedynczego mózgu operacji na górze, który przekazywał by rozkazy w dół. Nie ma kierownika. Nie ma szefa kontrolującego funkcje tych ryb. Są samo organizujące się, więc porządek nie potrzebuje centralnej koordynacji. Ludzie mogą się spontanicznie organizować i tworzyć tego typu struktury, gdzie jednostka może dawać od siebie, kopiować lub otrzymywać, a nawet koordynować. To dzieje się poprzez stowarzyszenia, które powodują spontaniczne dyskusje, zrozumienie i prostotę w złożoności. To właśnie jest porządek.

———————————————–

Fragment z książki Józefa Kosseckiego „Cybernetyka kultury”

„W ustawicznej wymianie energii i informacji ze środowiskiem (metabolizm energetyczny i informacyjny) każdy żywy ustrój, od najprostszego do najbardziej skomplikowanego, stara się zachować swój własny porządek. Utrata tego porządku jest równoznaczna ze śmiercią, jest zwycięstwem drugiego prawa termodynamiki (entropii). Mimo pozornej stałości żywego ustroju żaden atom w nim nie pozostaje ten sam; po krótkim stosunkowo czasie zostaje wymieniony przez atom środowiska zewnętrznego. Stała pozostaje tylko struktura, swoisty porządek, specyficzny dla danego ustroju. Ta swoistość, czyli indywidualność odnosi się zarówno do porządku na poziomie biochemicznym (swoistość białek ustroju), fizjologicznym, morfologicznym, jak też informacyjnym.

Ten ostatni rodzaj porządku dotyczy sygnałów odbieranych ze świata otaczającego i swoistych reakcji na niego. Dzięki metabolizmowi informacyjnemu „moim” staje się nie tylko własny ustrój, ale też otaczający świat, który się w swoisty sposób spostrzega, przeżywa i na niego reaguje. W miarę filogenetycznego rozwoju układu nerwowego metabolizm informacyjny odgrywa coraz większą rolę w porównaniu z metabolizmem energetycznym.

Utrzymywanie porządku swoistego dla danego ustroju wymaga od niego stałego wysiłku, który jest wysiłkiem życia. Wysiłku życia, który przeciwstawia się entropii, a którego wygaśnięcie oznacza śmierć, częściowo oszczędza biologiczne dziedziczenie. Dzięki niemu swoisty porządek przenosi się z jednego pokolenia na drugie. Reprodukcja seksualna zapewnia większą rozmaitość struktur, gdyż plan genetyczny powstały z połączenia dwóch komórek rozrodczych jest nowym planem, a nie wiernym odbiciem planu komórki macierzystej, jak w wypadku reprodukcji aseksualnej. Ta ostatnia przypomina produkcję techniczną, w której wytwarzane modele są wiernym odbiciem prototypu.

Człowiek obok dziedziczenia biologicznego dysponuje dziedziczeniem społecznym, dzięki któremu może wejść w posiadanie określonych wartości materialnych i duchowych. Wysiłek tysięcy pokoleń, związany z wykształceniem mowy, pisma, wiadomości o świecie, wartości moralnych, artystycznych, urządzeń technicznych itp. jest mu przekazywany od momentu urodzenia. Gdyby tej spuścizny był pozbawiony, musiałby wciąż zaczynać od nowa. Rozwój kultury byłby niemożliwy.” – A. Kępiński