Posts Tagged ‘Prawda’

Kolektywna Konspiracja – Edward Griffin – napisy PL

 

Nazywam się Ed Griffin, jestem pisarzem. W swoich książkach poruszam kontrowersyjne tematy. Sądzę, że to bardzo ważne książki. Zajmuję się tematami takimi jak historia bankowości, zagadnienia związane ze zdrowiem, ONZ i polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych. Tematy te budzą w ludziach emocje, ponieważ mam zdecydowane poglądy. Uważam jednak siebie za badacza, staram się też być historykiem najlepiej jak potrafię. Zajmuję się więc w głównej mierze faktami, nie opiniami. Param się tym przez większą część swojego dorosłego życia. Zacząłem się interesować tego rodzaju zagadnieniami w 1959 roku. W 1960 roku całkowicie mnie już pochłonęły. Porzuciłem pracę w dużej firmie ubezpieczeniowej i zająłem się w pełnym wymiarze godzin pisaniem oraz wypowiadaniem się na te tematy.

Rozwój ruchu Tea Party i paradygmat lewica-prawica są w jakimś sensie powiązane, a jednak stanowią w dużym stopniu odrębne wątki intelektualne. Uważam, że w pierwszej kolejności należy omówić i zrozumieć na czym polega paradygmat lewica-prawica. Większość z nas, w tym z pewnością również i ja, wychowuje się w przekonaniu, że trzeba wybrać – przynajmniej, jeśli się jest inteligentnym – między opowiedzeniem się po prawej stronie a opowiedzeniem się po lewej stronie sceny politycznej. Trzeba mieć określone poglądy polityczne. Gdy byłem młodszy, myślałem, że ekstremalna prawa strona to coś jak faszyzm lub nazizm, a ekstremalna lewa strona to oczywiście komunizm lub socjalizm tylko trochę odbiegający od komunizmu. To był paradygmat, którego mnie nauczono i który w tamtym czasie zdawał się mieć sens. Jednak kiedy bardziej zainteresowałem się tymi zagadnieniami i dowiedziałem się o nich więcej, zacząłem sobie uświadamiać, że podstawowa filozofia między tymi tak zwanymi ekstremalnymi lewicowcami, czyli komunistami i socjalistami, a tak zwaną filozofią po prawej stronie wyznawaną przez faszystów i nacjonalistów, jest w istocie jednakowa. Jak to możliwe? Przecież powinny być swoimi przeciwieństwami. Później zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, że istnieje coś wspólnego dla tych wszystkich filozofii, co zostało pominięte w mojej edukacji. To była ideologia kolektywizmu. Zacząłem sobie uświadamiać, że rzeczą wspólną dla nich wszystkich jest coś, co się nazywa kolektywizmem. To słowo nie jest dziś zbyt poprawnie używane, nie ma go współcześnie w słowniku większości ludzi. Odkryłem jednak, że jakieś sto lat temu było bardzo powszechne. Ludzie dużo pisali o kolektywizmie. Jego przeciwieństwem jest indywidualizm. To dwa słowa, które dzisiaj są w pewnym sensie zapomniane, ale moim zdaniem powinny wrócić do łask, powinno się je zrozumieć i częściej używać. Uświadomiłem sobie, że komunizm i faszyzm, czyli tak zwane przeciwieństwa, są po prostu rodzajami kolektywizmu. Są tą samą rzeczą. Według obu tych ideologii grupa jest ważniejsza niż jednostka, jednostkę trzeba w razie konieczności poświęcić w imię wyższego dobra większej liczby. Pełnia władzy powinna należeć do państwa, a ludzie powinni być posłuszni państwu w imię wyższego dobra większej liczby i tym podobne. Według obu ideologii prawa przyznaje państwo. Nie są częścią istoty ludzkiej, nie są dane przez Boga, nie są utrwalone w ciele i duszy człowieka. Muszą być nadane przez państwo. Wszystkie te ideologie, kiedy się je analizuje jedną po drugiej – komunizm i faszyzm, nazizm i socjalizm – one wszystkie na tym polegają. Skąd więc bierze się konflikt? Zacząłem się nad tym zastanawiać. Zdałem sobie sprawę, że to w jakimś sensie oszustwo – właściwie to sądzę, że ogromne oszustwo, wielka ściema, ponieważ ludzie nawet dzisiaj myślą, że muszą wybierać między prawą a lewą stroną, nie zdając sobie sprawy, że niezależnie od tego co wybiorą, akceptują zasadniczo tę samą, leżącą u podłoża ideologię. Prawdą jest, że przywódcy tych grup – Stalinowie tego świata, Adolfowie Hitlerowie tego świata, Mao Zedongowie tego świata i tak dalej – że przywódcy tych grup reprezentujący lewą lub prawą stronę, że będą się  nawzajem zwalczać, że będą prowadzić ze sobą wojny, wielkie bitwy, jakie widzieliśmy podczas Drugiej Wojny Światowej. Ale z jakiego powodu walczą? Ideologii? W żadnym wypadku, ponieważ się co do niej zgadzają. To o co walczą ze sobą to dominacja. Kto będzie rządził? Tylko z tego powodu walczą. Kiedy zrozumie się tę historyczną prawdę, nietrudno zauważyć, że to samo dzieje się nawet dzisiaj, a już na pewno dzieje się w amerykańskiej [polskiej] polityce. Mamy lewą i prawą stronę, w pewnym sensie uosobione dzisiaj w Partii Republikańskiej reprezentującej z założenia prawą stronę i Partii Demokratycznej reprezentującej z założenia lewą stronę. A zatem jest wybór, prawda? Dlaczego więc, skoro istnieje wybór, przechodzimy od Republikanów do Demokratów, a po czterech latach wracamy znów do Republikanów? Wciąż to robimy, robimy to od końca Pierwszej Wojny Światowej. Jak to jest, że nasz kraj podąża ciągle w tym samym kierunku, głębiej i głębiej w kolektywizm, niezależnie od tego która partia jest u władzy, ponieważ obie wierzą w kolektywizm, ponieważ obie wierzą w wielki rząd. Ich slogany są inne, ich przywódcy są różni, a biedny wyborca, który próbuje się w tym wszystkim rozeznać, pada ofiarą oszustwa, przekrętu, wpada w pułapkę. Sądzę, że to ważna rzecz, którą trzeba zrozumieć – to, że paradygmat lewica-prawica jest politycznym oszustwem, który bardzo opłaca się tym, którzy wiedzą co robią. Faktem jest, że zarówno Partia Republikańska, jak i Partia Demokratyczna pozostają w rękach stosunkowo niewielkiej grupy liczącej około 4 tysięcy członków, znanej jako Council on Foreign Relations. To są ludzie, którzy tak naprawdę pociągają za sznurki zarówno w Partii Republikańskiej, jak i w Partii Demokratycznej. Pisano nawet na ten temat. Facet o nazwisku Carroll Quigley, były profesor historii na Uniwersytecie Georgetown – nawiasem mówiąc mentor Williama Clintona, kiedy Clinton studiował na tej uczelni – napisał kilka książek o tej grupie, o pochodzeniu tych ludzi, o tym, że mają korzenie w Europie, w szczególności w Anglii. W jednej ze swoich książek zawarł bardzo interesujące stwierdzenie, że ok, tak wygląda prawdziwy świat, jak to jest, że my, kolektywiści, my, elita, jak możemy rządzić światem, gdy jednocześnie chcemy, żeby przeciętny człowiek myślał, że żyje w „demokracji”, że żyje w ustroju, w którym jego głos ma znaczenie, w świecie, który pozwala mu myśleć, że ma obowiązek tworzyć własne polityczne przeznaczenie. To jest pieczołowicie pielęgnowany mit, który politycy chcą stworzyć, żeby ludzie byli zadowoleni, żeby bez względu na to, co im się przydarza, powiedzieli: „Cóż, ja na nich zagłosowałem” lub „Ja to sprawiłem” lub „Ten rząd to mój rząd. Niezależnie od tego, jak jest zły, ja jestem za to odpowiedzialny”. Dopóki ludzie mają właśnie takie spojrzenie na tę kwestię, nie skarżą się tak bardzo na zły stan rzeczy, ponieważ sami go spowodowali – tak przynajmniej sądzą. Tak więc Quigley zajmuje się kwestią jak można pozwolić ludziom myśleć, że kierują własnym politycznym przeznaczeniem, podczas gdy w tym samym czasie my, elita, kierujemy ich politycznym przeznaczeniem, a oni o tym nie wiedzą. Jak to zrobić? Quigley podaje błyskotliwą odpowiedź. Twierdzi, że to bardzo proste. Muszą istnieć dwie główne partie polityczne. Obie muszą mieć te same nadrzędne cele, te same podstawowe, fundamentalne zasady. Partie te powierzchownie dla użytku publicznego będą się ze sobą kłóciły przy użyciu sloganów, koncepcji przywództwa, stylu i tym podobnych, ale to my będziemy kontrolować je obie. To jest właśnie ta strategia. To jest to całe oszustwo skrywające się za paradygmatem lewica-prawica. Jeśli zrozumiesz historię, jeśli zrozumiesz tę rzeczywistość, wtedy będziesz mógł powiedzieć, „Tak, mamy lewą [lewicę] i prawą stronę [prawicę], ale to są po prostu przeciwne strony tego samego obrzydliwego medalu, a ten medal nazywa się kolektywizm”. Jak to się odnosi do współczesnego ruchu Tea Party? Ruch Tea Party wydaje się bardzo autentycznym, spontanicznym ruchem, zapoczątkowanym przez ludzi niezadowolonych zarówno z rządu Busha, jak i z kandydatury Obamy. Nie podobało im się ani jedno ani drugie. Byli to ludzie, którzy rozumieli mniej więcej – choć może nie pod względem intelektualnym czy historycznym – że w obu partiach obecny jest kolektywizm. Na pewno rozumieli, że coś jest nie tak. Nie chcieli, żeby ten stan rzeczy trwał dłużej. A więc ruch Tea Party… Pomyślmy o tym, co to znaczy? Cofamy się do historycznego epizodu, kiedy osadnicy wrzucili skrzynie z herbatą do Zatoki Bostońskiej w ramach protestu przeciw podatkom, ograniczeniu swobód i Ustawie Stemplowej i tak dalej, czyli działaniom Brytyjczyków wymierzonym przeciwko koloniom. Tak więc ruch Tea Party był tak naprawdę buntem przeciwko potężnemu rządowi, niezależnie od tego, z którego obozu się wywodził, czy z Partii Republikańskiej, czy z Partii Demokratycznej. Niedługo trwało, zwłaszcza, kiedy ruch Tea Party zaczął nabierać rozpędu… Miałem zaszczyt dobrze się temu przyjrzeć, ponieważ zostałem zaproszony do uczestnictwa w tych wydarzeniach, które działy się na samym początku. Pamiętam pierwsze wydarzenie, na które poszedłem – było na nim może kilkaset osób, ale wszyscy byli oddani zasadom, które uczyniły ten kraj tak wspaniałym. Nie miały one nic wspólnego z Republikanami ani z Demokratami, ale z filozofią polityczną, ideą ograniczonego rządu i władzy w rękach ludzi, a nie rządu. Tak więc na początku obserwowałem tę niewielką grupę, a potem, w ciągu kolejnych kilku lat, grupa ta rosła i rosła aż wreszcie powstał bardzo duży ruch i już na tym etapie partie polityczne, przywódcy również, ale przede wszystkim partie polityczne, zaczęły mu się bardzo uważnie przyglądać. Politycy powiedzieli, „Zaraz zaraz, to jest coś, co my powinniśmy robić”, ponieważ są ekspertami od aranżowania ruchów i pozwalania ludziom myśleć, że to ich ruch. To był autentyczny, spontaniczny ruch obywatelski, który na początku nie miał nic wspólnego z partiami politycznymi. Przywódcy dwóch głównych partii nie mogli na coś takiego pozwolić, więc dokładnie się temu przyjrzeli i demokraci uznali, że nie odpowiada im natura i slogany ruchu Tea Party i zaczęli go atakować. Starali się zrobić z członków tego ruchu zgraję idiotów, świrów i szajbusów. Republikanie z kolei pomyśleli, „Hmm, to coś, co możemy wykorzystać”. Zaczęli więc wchodzić w ten ruch najlepiej, jak potrafili i próbowali go przejąć. To był ich cel – przekabacić ruch Tea Party na swoją stronę. Dziś ten proces jest w dalszym ciągu w toku. Wciąż trwają bardzo usilne próby przeniesienia ruchu Tea Party na front republikański. Przykro mówić, ale mają w tym pewne sukcesy, w głównej mierze dzięki znanym osobom, które są blisko związane z Partią Republikańską. Mówię oczywiście o kandydatce Sarze Palin, która jest od początku do końca republikanką i świetnie reprezentuje obraz prawej strony, pasuje do niego idealnie, jest doskonałą prawicową kolektywistką z Partii Republikańskiej. Potrafi wygłaszać przemówienia pełne zapału, emocji i treści kierowane przeciwko tym złym lewicowcom, demokratom o ekstremalnych poglądach. Dobrze sobie z tym radzi. Wszystko, co mówi jest prawdą, ale przeciwko złym prawicowcom nie przemawia, ponieważ sama należy do tej grupy. Jej misją nie jest odbudowa podstawowych zasad w Ameryce, ale przywrócenie do władzy Republikanów. To jest jej misja. No i oczywiście mamy ludzi takich jak Glenn Beck, za którym stoi władza w postaci Fox Broadcasting System. Ogromna władza. Beck też zawsze wygłasza pełne zapału, przekonania i treści przemówienia  przeciwko tym złym lewicowym demokratom. Nie ma nic złego w tym, co mówi. Złe jest to, czego nie mówi. Nigdy nie atakuje nikogo z Partii Republikańskiej. Mamy ludzi takich jak Rush Limbaugh, który jest bardzo dobry w ujawnianiu prawdy o demokratach, w odkrywaniu absurdów filozofii lewicowej, ale nigdy nie powie niczego złego o prawicowcu ani o Republikaninie. Tak to właśnie wygląda. Ma się rozumieć, po stronie demokratów dzieje się to samo, jest ten sam zespół, kibice i gracze, którzy pracują razem. Przeciętny wyborca znajduje się w samym środku tego wszystkiego i nie ma najmniejszego pojęcia co się dzieje. Sądzi po prostu, że debata polega na tym, że musi wybrać na kogo będzie głosować, na Republikanów albo na Demokratów. Jak długo wyborcy pozostają w tej roli, są niczym piłeczka tenisowa w czasie meczu. Przerzuca się ich tam i z powrotem przez siatkę, najpierw na prawo, potem z powrotem na lewo i znów na prawo, od Republikanów do Demokratów. Gra trwa bez końca. Chociaż jest możliwe, że któryś gracz wygra, piłeczka tenisowa nigdy nie zwycięży w tej grze. Myślę, że nadszedł czas, żeby ludzie przestali być piłeczkami tenisowymi i całkowicie wycofali się z tej gry.

Istnieją pewne kwestie, o których ludzie po lewej stronie i po prawej stronie w amerykańskiej polityce nigdy nie rozmawiają. Powodem, dla którego o nich nie rozmawiają jest to, że się wzajemnie zgadzają. Demokraci i Republikanie zgadzają się w pewnych kwestiach, więc nie chcą ich poruszać w publicznej debacie, ponieważ to ujawniło by fakt, że obie partie są zasadniczo takie same. Rozmawiają tylko o tych zagadnieniach, co do których się nie zgadzają. Okazuje się, że kwestie, w których się zgadzają, to kwestie najważniejsze. Kwestie, w których się nie zgadzają, mają relatywnie niewielkie znaczenie. Rzeczą, co do której się zgadzają jest na przykład nasza polityka zagraniczna. Obie zgadzają się, że ostatecznym pożądanym celem jest uczynienie ze Stanów Zjednoczonych światowego rządu, nie jakiegokolwiek światowego rządu, lecz światowego rządu opartego na modelu kolektywizmu, innymi słowy wielkiego, potężnego, scentralizowanego światowego rządu. Gdyby miał to być światowy rząd oparty na zasadach wolności – wolności wyboru, wolności kultury, niewielkiej lub zerowej interwencji w życie normalnych istot ludzkich – mogłaby to być wspaniała rzecz, ale nie taki światowy rząd lewa i prawa strona mają na myśli. Mówią o totalnym światowym rządzie, w którym wszystkie najważniejsze decyzje podejmuje rząd, a ludzie na dole żyją zasadniczo w społeczeństwie feudalnym, są służącymi i chłopami. To wysokiej klasy technologiczny feudalizm. Zarówno lewa, jak i prawa strona zgadzają się, że to jest ostateczny cel, więc nigdy nie rozmawiają na ten temat w publicznej debacie. Inną kwestią, co do której się zgadzają jest dominacja systemu bankowego w naszej gospodarce i w dużym stopniu również w naszej polityce. Obie partie są zgodne, że banki pełnią nadrzędną rolę, że banki trzeba chronić, że banki trzeba finansować, że trzeba je ratować z problemów finansowych, że nie można im pozwolić zbankrutować. Kiedy banki udzielają złych kredytów krajom trzeciego świata albo kiedy udzielają złych pożyczek wielkim korporacjom, zarówno Republikanie, jak i Demokraci zgadzają się, że muszą wkroczyć z pieniędzmi podatników – uzyskanymi albo z podatków albo z inflacji – i uratować banki. Obie partie zgadzają się, że należy to robić dając pieniądze wielkim korporacjom i krajom trzeciego świata, żeby mogły nadal płacić bankom raty odsetkowe. Tak więc to są dwie najistotniejsze kwestie, przed którymi stoimy. Okazuje się, że Republikanie i Demokraci zgadzają się co do nich. Jeśli ktoś chce, może dodać trzeci temat, którym jest nasza rola na Bliskim Wschodzie. Obie partie na przemian mówią, że zakończymy tę wojnę na Bliskim Wschodzie, sprowadzimy nasze wojska do domu i tak dalej, ale to tylko retoryka. Przechodzimy od jednej partii do drugiej, a wojna wciąż trwa, wojna się rozwija, finansowanie wojny trwa. Mamy więc trzy główne problemy, być może najważniejsze ze wszystkich, i nie ma debaty między Republikanami a Demokratami w temacie co należy w tych kwestiach zrobić. Może istnieć debata pod względem retoryki i przemówień, ale kiedy przychodzi czas na głosowanie w kongresie, nie istnieje między nimi żaden podział. Już samo to powinno najdobitniej wskazywać jak wygląda dziś rzeczywistość polityczna. Każdy, kto ma otwarte oczy jest w stanie dostrzec ten fakt przyglądając się jedynie tym trzem kwestiom.

Naprawdę uważam, że kiedy Ron Paul ubiegał się o stanowisko prezydenta i ku zdumieniu wszystkich uzyskał tak duże poparcie, pomimo przeszkód, jakie przed nim stawiano i pomimo całkowitego braku zainteresowania ze strony głównych mediów, do tego stopnia, że był praktycznie nieznany wielu ludziom… Nawiasem mówiąc, sądzę, że gdyby media poświęciły mu choć w przybliżeniu tyle samo uwagi, co Republikanom i Demokratom – mam na myśli kandydatów w starym stylu z Partii Republikańskiej i Demokratycznej – prawdopodobnie zostałby prezydentem.

Tak czy inaczej, to był w pewnym sensie fenomen, że ktoś bez poparcia elity władzy, kto mówił tak jasno o wielu kwestiach – o tych właśnie kwestiach, o których my mówiliśmy, czyli o wojnie, gospodarce, ratowaniu banków, o Systemie Rezerwy Federalnej i o kwestii narodowej suwerenności – to są zagadnienia, których Republikanie i Demokraci reprezentujący główny nurt nie chcą poruszać, ponieważ się co do nich zgadzają. Ron Paul nie zgadzał się z tym, co robiły Partia Republikańska i Partia Demokratyczna i mówił o tym. Fakt, że pomimo tego, że był jedynym, który mówił o tych kwestiach, zyskał takie poparcie, przekonuje mnie, że w Amerykanach jest uśpiona moc, uśpiona świadomość, czekająca tylko na obudzenie. Sądzę, że ci, którzy kontrolują system dwupartyjny bardzo się tego boją. Nie chcą, żeby Amerykanie się ocknęli i dlatego tak ciężko dziś pracują, aby nałożyć kontrolę na Internet, ponieważ przekaz Rona Paula był rozpowszechniany przede wszystkim przez Internet, nie przez główne kanały komunikacji. Dziś obserwujemy więc nieustanne starania ze strony polityków reprezentujących dominujący nurt, którzy obmyślają różne sposoby, różne powody, różne preteksty, aby nałożyć kontrolę na Internet. Wymyślili na przykład wprowadzenie licencji, tak że ludzie nie będą mogli nawet założyć bloga bez licencji od rządu. Chcą nałożyć filtry na wyszukiwarki, żeby nie można było wyszukiwać pewnych wyrazów i tak dalej. Myślę, że w ten sposób, podejmując próby takich działań w naszym kraju, w dużym stopniu naśladują to, co już się dzieje na przykład w Chinach. Podziwiają system działający w Chinach. Politycy w Ameryce, choć wypowiadają się z pogardą o zamkniętym społeczeństwie Chin, robią wszystko co mogą, żeby naśladować Chińczyków. Jest to jeden z przejawów rzeczywistości, któremu powinniśmy się przyjrzeć. Co to oznacza dla przyszłości? Uważam, że dopóki Internet pozostaje otwarty i wolny, jego oddziaływanie jest bardzo korzystne, ponieważ w końcu mamy możliwość odcięcia się od mediów głównego nurtu. Ale z drugiej strony myślę, że jeśli rządy na świecie, a w szczególności nasz własny rząd, że jeśli uda im się nałożyć ograniczenia prawne i kontrolę na Internet, to obawiam się, że szanse na ruch jednostki przeciwko elicie władzy będą istotnie bardzo znikome.

Sądzę, że wprowadzenie człowieka do Białego Domu nie jest tak ważne jakby się początkowo zdawało. Właściwie to sądzę, że to jest niemal przeciwskuteczne, ponieważ jak długo skupiamy się na wprowadzeniu człowieka do Białego Domu, istnieje zasadnicze założenie, że to wszystko, co musimy zrobić. Taka jest natura Amerykanów. Chcą szybkich i prostych rozwiązań problemów. Chcą wiedzieć na kogo będziesz głosował. I tyle. To dlatego, że myślą, iż spełniają swój obywatelski obowiązek idąc do głosowania raz na 2 lata i być może poświęcając 20 minut na stawianie znaczków na kawałku papieru. Po wszystkim mogą powiedzieć, „W porządku, spełniłem swój obowiązek, ochroniłem swój kraj”. To nie działa w ten sposób, ponieważ decyzje zapadają zanim pójdziesz do głosowania i napiszesz ołówkiem te znaczki na kartce. Kandydaci już zostali wyselekcjonowani. Pytanie brzmi: kto wybiera kandydatów, na których ludzie głosują? Kto kształtuje kwestie, na które ludzie głosują? Głosowanie nic nie znaczy. Wszystko jest załatwione już przed tym etapem. Dopóki ludzie rozumują w kontekście na kogo będziemy głosować, jakiego człowieka wprowadzimy do Białego Domu, patrzą w złym kierunku, nie zdają sobie sprawy z wymiaru problemu. Nie twierdzę, że nie powinniśmy mieć odpowiedniego człowieka w Białym Domu, to może być bardzo ważne, twierdzę natomiast, że mamy przed sobą znacznie większe zadanie. Ludzie muszą stać się aktywni w polityce, muszą stać się aktywni w swoich społecznościach, muszą rozpowszechniać poglądy i współtworzyć opinię publiczną oraz świadomość dotyczącą najważniejszych zagadnień, tak, aby było możliwe wybranie odpowiedniego człowieka. Ron Paul prawdopodobnie zyskałby większe poparcie, gdyby ludzie lepiej rozumieli jak działa System Rezerwy Federalnej. Kiedy zaczął o tym mówić na początku swojej kampanii, większość ludzi reagowała, „Co? O czym on mówi?” Jednak dzięki Internetowi i za sprawą dystrybucji tak wielu materiałów dotyczących Systemu Rezerwy Federalnej – łącznie z moją książką, która prawdopodobnie odegrała w tym niewielką rolę – pojawiła się znaczna liczba osób, które rozumiały i mówiły, „Chwileczkę, przecież System Rezerwy Federalnej nie jest agencją rządową, to kartel, kartel bankowy, który działa wbrew interesom publicznym”. Kiedy rozległo się wystarczająco dużo takich głosów i ludzie rozumieli o czym mówią, poparcie nagle zaczęło się przesuwać w stronę Rona Paula zamiast się od niego odsuwać. Tak, ludzie nadal mówili, „Nie wiem o co mu chodzi”, jednak coraz więcej ludzi mówiło też, „WIEM o co mu chodzi i trafia w samo sedno”. Jeśli się z tym dotrze do zwykłych ludzi, kiedy wystarczająco dużo osób zacznie mówić, „Tak, on ma rację”, wówczas inni, którzy nic na ten temat nie wiedzą, zaczną słuchać i pytać, „O czym oni mówią?” i sami zaczną się tym interesować. Uważam, że doszliśmy prawie do momentu, w którym szala przechyla się na jedną ze stron, kiedy zwykli ludzie naprawdę rozumieją, że za Systemem Rezerwy Federalnej kryje się oszustwo. Sądzę, że gdyby Ron Paul i inni kandydaci po prostu nadal kładli nacisk tylko na tę kwestię, to właśnie sprawiłoby różnicę, to mogłoby stanowić różnicę między odzyskaniem naszego kraju a niezrobieniem tego.

Wracając do polityków starej daty z Partii Republikańskiej, prawdą jest, że jeśli porównamy to z Obamą…  Obama doszedł do władzy za sprawą pięknej retoryki o zmianie i wywieraniu pozytywnego wpływu, o powrocie Ameryki do korzeni i tak dalej, a ludzie odpowiedzieli na to emocjonalnie. Tak właśnie było, brakowało w tym jakiejkolwiek treści. Ale za to brzmiało dobrze. A ludzie byli źli, byli źli na reżim prezydenta, nie podobała im się administracja  Busha. Czuli złość, więc każdy, kto mówił o zmianie był ich człowiekiem, prawda? Dobrze, a teraz jesteśmy tutaj, zatoczyliśmy następne koło. Ludzie znowu są rozgniewani, ale tym razem na administrację Obamy. A więc ponownie rozgrywa się to samo polityczne oszustwo, ale tym razem po stronie Partii Republikańskiej. Teraz kandydaci z Partii Republikańskiej wygłaszają wspaniałe, emocjonalne, pokrzepiające stwierdzenia o tym, jak to kochają swój kraj, o odbudowie konstytucji, powrocie naszego kraju do korzeni, wprowadzeniu zmian, ograniczeniu władzy rządu i tak dalej. Jeżeli przyjrzymy się temu, kto mówi te rzeczy, to mamy ludzi takich jak na przykład Newt Gingrich. Jeśli spojrzymy na historię jego głosowań, zauważymy, że w całej swojej karierze politycznej głosował przeciwko konstytucji częściej niż za nią. Jest świetnym mówcą, stosuje wszystkie właściwe zwroty i słowa-klucze, ale oto mamy faceta, który mówi o powrocie do konstytucji, podczas gdy sam jest jednym z jej wielkich przeciwników, co pokazuje sposób jego głosowania w kongresie. Doszliśmy do punktu, w którym ludzie muszą przestać słuchać retoryki i zacząć patrzeć na faktyczną historię głosowań tych ludzi. Nie obchodzi mnie czy to Republikanie czy Demokraci, nie o to tu chodzi. Lenin bardzo dobrze to ujął. Napisał, „Słowa to jedno, czyny – drugie”. Mówił swoim zwolennikom, „Powiedzcie im to, co chcą usłyszeć. Nie martwcie się tym, że kłamiecie. Oni chcą słyszeć kłamstwa. Słowa to jedno, powiedzcie im, co chcą usłyszeć, niech was wybiorą, zdobądźcie władzę, a kiedy już będziecie u władzy, wtedy róbcie to, co chcecie. Słowa to jedno, czyny – drugie”. Propagował więc kłamstwo. Wierzcie mi, zawodowi politycy dobrze rozumieją tę taktykę. Nigdy by się z tym nie ujawnili i nie propagowali tej taktyki. Zaprzeczają temu, ale spójrzcie na historię ich głosowań. Nie słuchajcie ich słów, popatrzcie na czyny i wtedy będziecie wiedzieć w jaką grę z nami grają.

Zarówno Republikanie, jak i Demokraci, zarówno lewicowcy, jak i prawicowcy stosują taktykę dyskredytowania swoich przeciwników – i są w niej bardzo dobrzy. Wiedzą, że jeżeli dojdziemy do momentu, w którym toczy się poważna debata dotycząca jakiejś ważnej kwestii, najlepszą rzeczą, jaką można zrobić jest wycofanie się z tej debaty, trzymanie się z dala od tych kwestii, bo w przeciwnym razie przegrają. Zaczynają więc atakować charakter swojego przeciwnika lub jego inteligencję albo zaczynają szukać czegoś w jego przeszłości, co sprawi, że będzie wyglądał na złego człowieka. To się nazywa demonizowanie, demonizują przeciwnika. To stara taktyka, stosowana od bardzo dawna. Tak, widziałem przez lata, jak postępowali z John Birch Society, która jest po prostu organizacją edukacyjną zajmująca się zasadami i rzeczywistymi faktami historycznymi. Udało im się mniej więcej przekonać wszystkich w Ameryce, że członkowie John Birch Society w najlepszym razie są grupą staruszek w tenisówkach, a w najgorszym zgrają nazistów, faszystów, rasistów, a nawet komunistów. Nie miało znaczenia jak ich nazywali, trzeba było po prostu wymyślić dla nich jakąś brzydką nazwę. Jeżeli robisz coś takiego odpowiednio często i w głównych kanałach komunikacji, którym większość ludzi wierzy… więc tę taktykę stosuje się bardzo umiejętnie i sądzę, że powinniśmy być jej świadomi. Powinniśmy również zdawać sobie sprawę z faktu, że ludzie, o których mówimy, to elita władzy. Trudno znaleźć lepsze określenie. Ludzie, którzy naprawdę chcą kontrolować międzynarodowy, kolektywistyczny rząd, nie są głupi. Mają dużo pieniędzy i komitety doradcze, które opracowują dla nich strategie. Jedną ze strategii, którą zawsze stosowali jest kierowanie własną opozycją. Próbują kierować własną opozycją przede wszystkim dlatego, że wiedzą, iż będzie opozycja, więc po co czekać na pojawienie się prawdziwej opozycji, jeśli wiadomo co się wydarzy. Wypuść własnych ludzi i pozwól im udawać, że są twoją opozycją. Wszyscy za nimi pójdą, zwłaszcza jeśli są dobrze opłacani i wygłaszają odpowiednie przemówienia, wypowiadają właściwe słowa, na przykład te sympatyczne przemówienia wyborcze. Jednak tak naprawdę kontrolują ich ci sami ludzie, przeciwko którym występują w swoich przemówieniach. Zetknąłem się z tym, kiedy prowadziłem badanie nad Systemem Rezerwy Federalnej. Zdałem sobie sprawę, że na samym początku ci sami bankowcy, którzy stworzyli ten kartel i opracowali Ustawę o Rezerwie Federalnej – to był ich projekt ustawy – kiedy nadszedł czas, by zyskać dla niej poparcie wśród ludzi, ci sami bankowcy sfinansowali i faktycznie wypuścili własną opozycję. Niektórzy z nich zaczęli wygłaszać przemówienia i udzielać wywiadów gazetom. Mówili, „Och, ten projekt ustawy jest zły, zły dla Ameryki, zaszkodzi naszej gospodarce”. Wiedzieli, że przeciętny człowiek, który będzie to czytał w gazecie, powie, „O mój Boże, dobry Boże, posłuchajcie tego, tym bankowcom nie podoba się Ustawa o Rezerwie Federalnej… hmm, to znaczy, że musi być całkiem dobra”. Grają więc z nami w tę grę. Wiemy, że coś takiego dzieje się i dziś. Na przykład w ruchu Tea Party, jeśli chcą go zdyskredytować, jeśli nie potrafią tego kontrolować, powiedzmy, że jeśli jedna z partii nie potrafi tego kontrolować, będzie musiała to zdyskredytować, a więc właśnie to zrobi i sądzę, że już tego próbowała – że próbowała wysłać do ruchu Tea Party prawdziwych szajbusów albo ludzi, którzy udają szajbusów. Jeżeli są prawdziwymi szajbusami, już oni dopilnują, żeby zostali sprowadzeni do ruchu Tea Party. I za każdym razem, kiedy pojawia się ekipa telewizyjna z kamerami i robi zdjęcia, czy robi te zdjęcia 10.000 Amerykanów z klasy średniej, którzy wiedzą o czym mówią, czy wybiera dwóch lub trzech szajbusów w kapeluszach z folii aluminiowej? Albo facetów ze swastyką na ramieniu i tak dalej? To na tym się skupiają. Uważam, że niektórzy z tych ludzi są tam wysyłani celowo tylko po to, żeby demonizować i dyskredytować ten ruch. Większości Amerykanów trudno w to uwierzyć, ponieważ nie zdają sobie sprawy, że polityka to naprawdę twarda gra. Nie uświadamiają sobie, że uczestniczą w niej zawodowcy.

Jest kwestią prawdy historycznej, że grupa ludzi, których niekiedy nazywamy kapitalistami, wielkie, niesamowicie bogate rodziny – Rotschildowie, Rockefellerowie – stojący na czele wielkich amerykańskich korporacji, jak AT&T, Ford Motor Company i tak dalej, że ludzie myślą o nich jako o wielkich kapitalistach. To historyczny fakt, że wielu spośród tych ludzi zapewniło niezbędne środki finansowe, które umożliwiły dojście do władzy takich reżimów jak reżim Hitlera, w znacznym stopniu finansowany przez amerykańskich i brytyjskich finansistów. Podobnie w komunistycznej Rosji, grupa zwolenników Lenina była mocno finansowana przez amerykańskich i londyńskich bankowców. Kusi, by powiedzieć, „Cóż, oni stworzyli własną opozycję” i uważam, że to po części prawda, choć nie posuwałbym się aż tak daleko. Moim zdaniem ci ludzie rozglądają się, by ustalić jaki rodzaj rodzimej opozycji istnieje i jaki rodzaj rodzimych grup się rozwija, jakie powstają ruchy, które oni naprawdę chcieliby kontrolować. Być może niekoniecznie je tworzą, ale obserwują, które z nich wysuwają się na pierwszy plan i do tych właśnie wkraczają. I jeśli ktoś ma wystarczająco dużo pieniędzy – miliony dolarów – nie jest mu szczególnie trudno uzyskać wpływ na prawie każdą nową grupę, która walczy z opozycją i szuka pieniędzy. Grają zatem w tę grę, grali w nią zarówno w Związku Radzieckim, jak i w nazistowskich Niemczech. Sądzę, że robią to samo w Ameryce. Myślę, że jest to jedna z rzeczy, które teraz dzieją się z ruchem Tea Party. Nie sądzę, że to oni go stworzyli, ale postrzegają go jako ruch, który ma potencjał, by stać się potężną siłą, a więc poświęcają mu największą uwagę i wydają mnóstwo pieniędzy, aby sprawdzić, czy mogliby go wykorzystać dla własnych celów.

Inną taktyką jest to, że opozycja wie, iż Amerykanie i w ogóle ludzie na całym świecie z chęcią oddaliby swoją wolność i swoje wygody, jeśli w ich umyśle byłoby to sposobem zapewnienia sobie bezpieczeństwa i ochrony przed jakiegoś rodzaju zagrożeniem, które napawa ich strachem. Z tego powodu reżimy, które walczą o to, by utrzymać lojalność podlegających im ludzi, są bardzo niebezpiecznymi reżimami. Instynktownie wiedzą, że muszą iść na wojnę. Wiedzą, że w czasie wojny ludzie bez względu na wszystko gromadzą się przy swoich przywódcach, ponieważ trwa wojna. Jeżeli przegramy wojnę, zostaniemy najechani, zostaniemy podbici przez jakieś wroga, którego się obawiamy. Na przestrzeni historii słabe rządy traciły wpływ na własnych poddanych, tradycyjnie wszczynały wojny lub operacje pod fałszywą flagą przeciwko sobie samym. Nadal tworzą własnych wrogów, chcą być ofiarą, aby móc zgrupować za sobą swoich obywateli, a każdy, kto wciąż chce krytykować przywódców tych rządów otrzymuje piętno nie-patrioty lub nawet zdrajcy. A więc to jest stara sztuczka, wielokrotnie stosowana na przestrzeni wieków. Pisał o niej Machiavelli, który stwierdził, że w każdym momencie w historii widać przykłady jej użycia. Czy obecnie wykorzystuje się ją w Ameryce? Jak najbardziej. Przykro mi to mówić, ale tak.

Interesujące dla mnie jest to jak organizacje, których nazwa brzmi tak niewinnie jak w przypadku fundacji zwolnionych z opodatkowania, mogą mieć tak ogromny wpływ na politykę państwa, a także politykę zagraniczną i gospodarczą. Ogólne wrażenie, jakie sprawiają wielkie organizacje jak Fundacja Rockefeller czy Fundacja Forda, te wielkie megality zwolnione z opodatkowania, jest takie, że spełniają dobre uczynki. Podobno zajmują się jakiegoś rodzaju działalnością charytatywną, projektami edukacyjnymi. O rany, jaka jest różnica między tym wyobrażeniem a rzeczywistością, kiedy przypatrzymy się niektórym z nich. Wydają wiele, jeśli nie większość swoich pieniędzy na promowanie określonych projektów, które można wprawdzie opisywać jako filantropijne, ale w rzeczywistości są bardzo polityczne w swej naturze. Na myśl przychodzi w szczególności Fundacja Forda, ponieważ mimo że wydaje miliony, setki milionów dolarów przypuszczalnie na to, by polepszyć sytuację społeczną i ekonomiczną mniejszości, pieniądze te prawie zawsze trafiają do bardzo radykalnych mniejszości, które już nawet nie są mniejszościami, ale radykalnymi grupami forsującymi polityczne zmiany i niesłychanie destrukcyjne ruchy w Stanach Zjednoczonych. Wszystkie radykalne ruchy latynoskie – nie tylko latynoskie, ale w ogóle ruchy radykalne w rodzaju „obalić Stany Zjednoczone” albo „odetnijmy podatki i zwróćmy je Meksykowi” – one wszystkie są finansowane przez Fundację Forda z pieniędzy zwolnionych z opodatkowania. To trwa od dziesięcioleci. Ostatecznie trzeba dojść do wniosku, że dyrektorzy Fundacji Forda wiedzą dokładnie co robią, nie popełniają błędu, a na pewno nie popełniają tego samego błędu przez dekady. Wiedzą dokładnie co robią. Próbują podzielić Amerykę, próbują osłabić Amerykę, próbują ściągnąć Amerykę w dół, żeby przestała być światowym mocarstwem, żeby się chwiała i klęczała i dała się wygodnie połączyć ze wszystkimi pozostałymi krajami na świecie i żeby była skłonna zrezygnować ze swojej kultury, wolności, systemu sądowniczego i systemu ekonomicznego, a wszystko po to, by można ją było uratować przed jakiegoś rodzaju wewnętrznym chaosem, rewolucją, głodem i tak dalej. Inaczej mówiąc, ci ludzie celowo próbują osłabić Amerykę. Wszystko to dzieje się – nie wszystko, większość – większość z tych rzeczy dzieje się dzięki pomocy fundacji zwolnionych z opodatkowania. Co za piękna przykrywka dla czegoś, co dzieje się już od tak dawna.

Z pewnością nastąpiła zmiana w funkcjonowaniu amerykańskiego rządu. Na początku rząd posiadał określony system hamulców i równowagi, zgodnie z którym władza wykonawcza, sądownicza i ustawodawcza miały być bezwzględnie równe, żeby mogły się nawzajem kontrolować. Na przestrzeni lat nastąpiła zmiana, której początki sięgają Pierwszej Wojny Światowej, kiedy zdarzył się wielki kryzys, przed którym musieliśmy się bronić, kiedy zagrażali nam zagraniczni wrogowie. Od tego czasu wraz z każdym kolejnym kryzysem mieliśmy coraz silniejszy bodziec do tego, by zmienić formę naszego rządu po to, aby w założeniu zwiększyło się nasze bezpieczeństwo. A zatem stopniowo odchodziliśmy od systemu hamulców i równowagi. Proces ten wzmocniły decyzje Sądu Najwyższego, nowe przepisy prawa oraz media, a w głównej mierze apatia Amerykanów, jeśli nie ich totalna ignorancja w kwestii tego, jak powinno być, ponieważ nie uczą już o tym w szkołach. A więc stało się. Niezależnie od tego jak to się stało, faktem jest, że się stało. Obecnie więc nie ma już systemu hamulców i równowagi między trzema rodzajami władzy. Według realistycznej oceny mamy dyktaturę, demokratyczną dyktaturę, a większość władzy leży w rękach prezydenta Stanów Zjednoczonych. Pierwotnie prezydent miał pełnić taką rolę, jak prezes jakiejkolwiek korporacji, miał przyjmować polecenia od zarządu. Nie określał polityki, a już na pewno nie najważniejszej polityki. Być może miał coś do powiedzenia w pomniejszych kwestiach, jednak kluczowe decyzje podejmował zarząd, czyli kongres. Praca prezydenta polegała po prostu na wprowadzaniu w życie tej polityki. Tak kiedyś było w Ameryce, prezydent był relatywnie nieważną postacią. Był wybierany przez stany i jego zadaniem było wdrażanie polityki ukształtowanej przez kongres. Dziś już tak nie jest. Dziś prezydent jest zasadniczo tym samym, co król. Nie nazywamy go królem, nie mówimy „wasza wysokość”, tylko „panie prezydencie”, ale prezydent posiada niemal nieograniczoną władzę, taką samą, jak każdy wielki władca w historii. Kongres natomiast, choć wciąż o nim myślimy jako o ważnym organie, na dobrą sprawę wycofał się i pozwala prezydentowi robić co tylko chce. Kongres teoretycznie posiada władzę portfela, ponieważ może głosować w kwestii pieniędzy na finansowanie projektów prezydenta, ale i to obeszli, ponieważ teraz prezydent – nie tylko prezydent, ale na drodze całego tego procesu wypracowano sposoby i środki, dzięki którym w porozumieniu z Systemem Rezerwy Federalnej może ustanowić finansowanie bez  udziału kongresu. Dzisiaj zatem prezydent ma specjalne fundusze na to i specjalne fundusze na tamto i specjalne fundusze na jeszcze coś innego. Prezydent może ot tak sobie ustanowić każdy rodzaj finansowania, a kongres nie ma nic do powiedzenia. Dochodzimy więc do smutnego wniosku, że Stany Zjednoczone nie są już tym krajem, którym były. Pytanie brzmi co z tym zrobimy. Dawne metody, jak pisanie listu do swojego kongresmena już nie działają. Czas na fundamentalną zmianę, ale ona nie nastąpi dopóki więcej Amerykanów w pierwszej kolejności nie zda sobie sprawy z rzeczywistości, z tego, w jakiej sytuacji obecnie się znajdują. Oni wciąż żyją w świecie marzeń, wciąż czytają podręczniki do historii, patrzą na rysunki przedstawiające George’a Washingtona w białych skarpetach i tak dalej i na rysunki przedstawiające podpisywanie Deklaracji Niepodległości i myślą, że nadal tak jest. Już tak nie jest, kochani. Zatem ludzie żyją w tym świecie marzeń. Pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie w jakiej rzeczywistości żyjemy, w jakiego rodzaju systemie żyjemy, a dopiero kolejnym określenie jaki rodzaj systemu chcemy odbudować. Według mnie powrót do ideałów z naszej pierwotnej Konstytucji to wielki krok naprzód, nie wstecz. Od czasu Pierwszej Wojny Światowej cofamy się w kierunku monarchii. Musimy iść naprzód do przeszłości, jeśli mogę tak to sformułować. Ale nic się nie stanie dopóki duża liczba Amerykanów nie zrozumie, że to się musi stać. Czy to jest spojrzenie pesymistyczne czy optymistyczne? Sądzę, że optymistyczne w dłuższej perspektywie i pesymistyczne w krótszej, ponieważ nic takiego nie zdarzy się powiedzmy do listopada, nie zdarzy się podczas najbliższych wyborów. Amerykanie zawsze skupiają się na tym, jak mogą do czegoś doprowadzić szybko, żeby móc wrócić do przerwanej gry w golfa. Nie chcą poświęcać tym sprawom zbyt wiele czasu. „Będę aktywny może przez kilka miesięcy, oddam głos na kandydata czy coś, ale proszę nie przeciągajcie tego, bo jestem zbyt zajęty”. Chcą wiedzieć w jaki sposób możemy odwrócić sytuację do następnych wyborów. Nie da się tego zrobić do następnych wyborów, ale to jest możliwe i to jest właśnie optymistyczna część. Uważam, że jeśli mamy realistyczne spojrzenie na procesy zachodzące w polityce, rozumiemy, że czasami potrzeba pokolenia lub dwóch, aby mogły zajść naprawdę ważne zmiany. Jeżeli to zrozumiemy i uświadomimy sobie naszą rolę w doprowadzeniu do tych zmian, wtedy wieczorem kładąc się spać będziemy mogli powiedzieć, „O rety, naprawdę coś z tym robię, mam wpływ na rzeczywistość i zmiana naprawdę nastąpi”.

Nie wiem w którym momencie organy administracyjne rządu zyskały całkowitą dominację. Wiem jedynie, że zmiana następowała stopniowo i że za każdym razem był to gwałtowny ruch. Ilekroć mamy kryzys, ilekroć jest wojna, atak terrorystyczny albo kryzys bankowy,  niezależnie od tego, jakiego rodzaju jest to kryzys, pęd w kierunku totalitaryzmu zwiększa się, a potem zwalnia aż do następnego kryzysu. Nie wiem czy potrafię powiedzieć w którym momencie to się stało, ale mogę powiedzieć, że się stało i dzieje się również obecnie.

Tak, widziałem klip, w którym Hillary Clinton mówi… Powiedziała chyba, że dobrze jest być tak blisko głównej siedziby Council on Foreign Relations, ponieważ nie musiała sięgać zbyt daleko, żeby się dowiedzieć co myśleć i jak postępować w odniesieniu do konkretnych kwestii czy coś w tym sensie. Jestem pewien, że zawstydziło ją to stwierdzenie i prawdopodobnie wydała coś w rodzaju sprostowania, że nie do końca to miała na myśli. Ja jednak sądzę, że powiedziała dokładnie to, co chciała powiedzieć. Większość ludzi działających w polityce wie, że Council on Foreign Relations to centrum życia politycznego. To tam znajduje się cała władza. Nie masz zielonego światła w polityce, jeśli włącznik nie jest włączony w siedzibie Council on Foreign Relation. Z tego powodu wszyscy główni kandydaci na stanowisko prezydenta pojawiają się na konferencjach CFR. W Internecie można co jakiś czas obejrzeć klipy z nimi. Wygłaszają przemówienia raz przed dużą widownią, innym razem przed małymi grupami, ale jest dla mnie jasne, że sprowadza się ich na te konferencje i traktuje w bardzo miły sposób, a następnie członkowie CFR zadają im pytania, żeby sprawdzić w jaki sposób myślą, jak by się zachowali w konkretnych okolicznościach i jaki jest ich pogląd na tę czy inną kwestię. Jeżeli ich odpowiedzi są możliwe do zaakceptowania, dostają zielone światło. Council mówi, „W porządku, to jest człowiek, któremu możemy zaufać, którego możemy poprzeć”. Jeśli udzielą niewłaściwych odpowiedzi, nie sądzę, żeby kiedykolwiek otrzymali jakikolwiek rodzaj zielonego światła. Nawet ludzie tacy jak Hilary Clinton wiedzą… Hillary Clinton piastuje wysokie stanowisko,  jest jednym z najbardziej wpływowych polityków, ale w porównaniu z Council on Foreign Relations jest tylko pionkiem i wie, że musi zyskać aprobatę CFR.

Uważam, że ludzie, którzy monitorują scenę polityczną z pewnością zwrócili uwagę na rosnącą świadomość Amerykanów. Pytanie jednak brzmi czy się tym martwią. Nie sądzę, ponieważ wiemy, że myśleli o tym na długo przed tym zanim do tego doszło. Ci ludzie nie są głupi. Wiedzieli, że będzie istnieć opozycja wobec ich planów, kiedy będą się zbliżać do końca gry. Wiedzą, że kiedy ludzie zaczynają tracić wolność gospodarczą i że kiedy spada na nich jeden kryzys za drugim, opozycja się pojawi, a więc zaplanowali to dawno temu i sądzę, że to, czego tu jesteśmy świadkami… Chyba Alex Jones nazwał to ”końcem gry”. Zbliżają się do końca gry i mają na tę okoliczność plan. Ten plan to wprowadzenie stanu wojennego. Kiedy ludzie czują gniew, wychodzą na ulicę i demonstrują, a w końcu stają się nieposłuszni, w końcu uciekają się do przemocy, w końcu zaczynają tłuc szyby, w końcu ktoś zostaje ranny, w końcu ktoś traci życie, w końcu zostaje wprowadzony stan wojenny i to jest właśnie to, o co im naprawdę chodzi, chcą pretekstu dla wprowadzenia stanu wojennego. Wszystkie systemy kolektywistyczne w końcu degenerują się w państwo policyjne, ponieważ to jedyny sposób, w jaki można ten system utrzymać w całości. A zatem czy martwią się, że świadomość ludzi się zwiększa? Sądzę, że nie, ponieważ uwzględnili to w swoich planach. Ujmijmy to w ten sposób: z całą pewnością nie są tym zaskoczeni.

Ruch w kierunku światowego rządu kolektywistycznego trwa już od pewnego czasu. Nie sposób określić jego absolutne źródło, ale z pewnością pisano o nim na przełomie XIX i XX wieku. W tamtym czasie w różnych częściach świata powstawały grupy i organizacje, dla których kolektywistyczny rząd był celem. Jedną z najbardziej interesujących grup była grupa utworzona przez Cecila Rhodesa. Powstała po śmierci Rhodesa na mocy jego testamentu. Jego ogromną fortunę przeznaczono na utworzenie tajnego stowarzyszenia – bo tym właśnie była ta grupa, Rhodes zastrzegł, że musi pozostać tajnym stowarzyszeniem. Wszystkie jego pieniądze poszły na ten cel. To z tajnego stowarzyszenia Rhodesa powstała Council on Foreign Relations. Istniały też inne podobne organizacje na brytyjskich terytoriach zależnych. Wszystkie one miały za swój cel utworzenie ujednoliconego światowego rządu opartego na modelu kolektywistycznym. A zatem ten ruch polityczny i intelektualny ma ponad stuletnią historię. Z całą pewnością zyskał znaczenie w miarę, jak Pierwsza Wojna Światowa nabierała rozpędu i wreszcie w czasie Drugiej Wojny Światowej. Wszyscy najważniejsi gracze na światowej scenie mówili o globalnym rządzie. Próbowali utworzyć Ligę Narodów, ale się nie udało. Wreszcie utworzyli Organizację Narodów Zjednoczonych, która przetrwała, więc teraz starają się po prostu pompować w ONZ konstrukcję globalnego rządu, który zawsze sobie wyobrażali. To jest przedsięwzięcie wykraczające poza jedno pokolenie, przedsięwzięcie trans-pokoleniowe, innymi słowy to nie jest wizja tylko jednej osoby. Ludzie, którzy je zapoczątkowali dawno już nie żyją, ale ich spadkobiercy kontynuują realizację tego marzenia. Jestem pewien, że oni postrzegają to jako wspaniałą rzecz, jako koniec narodów, jak to zostało historycznie zdefiniowane. Postrzegają to jako coś korzystnego, ponieważ twierdzą, że to położy kres wojnie. Mogą sprzedać ten pomysł jako wielki krok w kierunku braterstwa, ujednoliconego, globalnego… używają tych wszystkich słów, żeby to dobrze brzmiało. Ale kiedy zaczniemy badać rzeczywistą taktykę, którą oni stosują, to już nie jest tak różowo. Ich działania opierają się na zasadzie kolektywizmu, o którym już kilkakrotnie wspomniałem, a to oznacza, że rząd ma pełnię władzy, że jest to despotyczny rząd, ten sam rodzaj systemu, o którym myślał Adolf Hitler, a przecież prowadziliśmy wojnę, by zniszczyć jego i jego system, ten sam rodzaj systemu, o którym myślał Józef Stalin, a prowadziliśmy zimną wojnę i robiliśmy wiele innych rzeczy, by dopilnować, że nic takiego się nie zdarzy, ten sam rodzaj systemu, o którym myślał Mao Zedong, a także Benito Mussolini. Wszyscy potężni kolektywiści w historii mieli za swój cel ujednolicony, światowy rząd oparty na modelu kolektywizmu, a my, choć do niedawna walczyliśmy z takimi zapędami, teraz sami jesteśmy największymi zwolennikami kolektywizmu. Nie nazywamy tego tyranią, nie nazywamy tego faszyzmem, nazizmem, komunizmem – mamy na to lepszą nazwę. Nazwa, którą wybrali kolektywiści to „nowy porządek świata”. To ich ulubione określenie. Ale kiedy zbadamy naturę i istotę tego „nowego porządku świata”, okaże się, że jest to system kolektywistyczny, czyli potężny rząd i mali ludzie na dole, spełniający rozkazy. To jest koncepcja podlegająca ewolucji od ponad stu lat. Wygląda na to, że teraz zaczyna być widoczna. Widzimy, jak narody Europy połączyły się w Unię Europejską. Na dobrą sprawę wszystkie te państwa utraciły swoją suwerenność na rzecz Unii Europejskiej. Zawsze mówiono, że to krok w kierunku prawdziwego światowego rządu, że jest nim w pierwszej kolejności zjednoczenie małych rządów na świecie w regionalne grupy, takie jak Unia Europejska. Istnieje taki zamysł w stosunku do Azji i Afryki, a teraz mówi się o realizacji tej samej koncepcji na kontynencie północnoamerykańskim. Unia Północnoamerykańska, bo taką nazwę wymyślono, miałaby być połączeniem Stanów Zjednoczonych, Meksyku i Kanady. Zwolennicy tego procesu zaprzeczają, jakoby był w toku, ale z całą pewnością jest i to od ponad dekady. Jeśli się zbada niektóre przepisy prawne i decyzje administracyjne ustanawiane i podejmowane przez rząd federalny na wszystkich poziomach, widać, że oni często używają wyrazu „harmonizacja”, co oznacza, że zharmonizują lub spróbują zharmonizować nasze przepisy prawne z przepisami prawnymi Kanady i Meksyku, także ten proces już na dobre trwa. Widzimy, jak euro zastępuje waluty narodowe w Europie. Jedna, regionalna waluta. Teraz mówią o tym samym tutaj w Stanach Zjednoczonych. Pozbądźmy się amerykańskiego dolara, pozbądźmy się meksykańskiego peso, pozbądźmy się kanadyjskiego dolara i stwórzmy nową walutę dla tych trzech państw, która prawdopodobnie będzie się nazywać amero. To nazwa, którą zdają się obecnie forsować. Ta konstrukcja światowego rządu opartego na modelu kolektywizmu jest budowana systematycznie krok po kroku. Codziennie można zajrzeć do gazety i znaleźć dowód, że dodano kolejną cegłę, kolejną belkę i że proces ten trwa i trwa bez końca. Czy to jest dobry czy zły proces? Czy to jest nieunikniony proces? Po pierwsze nie sądzę, że jest nieunikniony, ponieważ muszą go przeprowadzić ludzie i ci ludzie muszą chcieć go przeprowadzić albo nie chcieć go przeprowadzić. Jest zaawansowany, ponieważ ludzie u władzy, ludzie, których my wybieramy, ludzie, którzy stoją na czele naszego własnego rządu, ludzie, którzy stoją na czele rządów tych pozostałych krajów, wszyscy ci ludzie na szczycie opowiadają się za tym procesem. Dlatego właśnie to się dzieje. Na poziomie wyborcy, nie sądzę, żeby większość ludzi w ogóle wiedziała, że to się dzieje. Ale gdyby wiedzieli, prawdopodobnie powiedzieliby, „Nie uważam, że to dobry pomysł”. A zatem trudność zawsze polega na tym, jak to przeprowadzić zanim będzie za późno w taki sposób, żeby Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi czy Niemcy, a teraz Meksykanie czy Kanadyjczycy za bardzo się tym nie przejęli. Taka zawsze była stosowana przez nich strategia. To oznacza, że muszą zaprzeczać, że to się dzieje i prowadzić dalej tę politykę za zamkniętymi drzwiami. Nie poddają tych kwestii pod głosowanie w kongresie. Realizują ten proces na drodze administracyjnej, nie zaś ustawodawczej. Stosują te wszystkie strategie i taktyki. Czy to jest dobra rzecz czy zła rzecz? Według mnie to bardzo zła rzecz, ponieważ uważam, że kolektywizm jest cmentarzem cywilizacji, a z pewnością cmentarzem wolności. Jeśli się o tym pomyśli, w żadnym kolektywistycznym systemie na świecie wolność nigdy nie miała się dobrze. Ludzie, którzy nie zgadzali się ze swoimi przywódcami, zawsze kończyli w gułagu czy w jakimś innego rodzaju obozie koncentracyjnym. Sądzę, że należy zrozumieć te wszystkie czynniki po to, abyśmy mogli opracować inteligentny plan co zrobić w tej sytuacji, ponieważ nasze rozważania są czysto akademickie, dopóki nie opracujemy planu działania. Pierwszym krokiem do tego, by wiedzieć co zrobić w tej sytuacji jest wiedzieć czego nie robić. Rozumiem przez to, że nie należy ulegać paradygmatowi lewica-prawica, bo choć zarówno prawe skrzydło, jak i lewe skrzydło obrały sobie za cel kolektywistyczny rząd, to wzajemnie się zwalczają. Jeżeli wpadniemy w tę pułapkę, nie będziemy robić nic innego jak tylko walczyć raz z lewicowcami, a raz z prawicowcami – nie ma żadnej różnicy, ponieważ niezależnie od tego, po której jesteś stronie w tej bitwie, i tak forsujesz strategię globalistycznego rządu. A zatem w pierwszej kolejności trzeba uważać, żeby nie wpaść w pułapkę paradygmatu lewica-prawica. Drugą rzeczą jest wiedzieć czego się chce. Nie wystarczy wiedzieć czego się nie chce. Oczywiście, że nie chcemy tyranii, oczywiście, ale czego chcemy? Cóż, przeciętny zjadacz chleba powie po prostu, że chce być wolny. Ale kiedy zapytasz tę osobę czym jest wolność… To dobre pytanie, prawda? Co to jest wolność? Wiele osób sądzi, że wolność to po prostu nieprzebywanie w więzieniu. To jest ich definicja. Nie siedzisz w więzieniu, jesteś wolny. Nie ma dla nich żadnego znaczenia, że nie wolno ci żyć tam, gdzie chcesz żyć, zatrudniać tego, kogo chcesz zatrudnić, podróżować tam, dokąd chcesz podróżować, wydawać swoich pieniędzy tak jak chcesz je wydawać, pisać to co chcesz napisać, wejść w Internet i powiedzieć to co chcesz powiedzieć – uważają, że to nieważne dopóki nie siedzisz w więzieniu. To właśnie nazywają wolnością. Nie sądzę, by wolność według tej definicji warta była tego, by o nią walczyć. Musimy zatem wiedzieć, czego chcemy, czym jest wolność. Z tego powodu utworzyliśmy Freedom Force International, jako próbę zdefiniowania wolności. I zdefiniowaliśmy ją, posiadamy credo wolności, które naszym zdaniem stanowi bardzo pozytywne ujęcie tego czym ona jest. Mamy też przykazania wolności, rzeczy, których nie wolno robić. To bardzo proste rzeczy, ale wszystkie wielkie ruchy w historii zaczęły się od prostych koncepcji. Obecnie ruch wolnościowy w Ameryce i na całym świecie bardzo potrzebuje prostych koncepcji, prostych zasad, jakichś ideałów, w które można wierzyć. Stare porzekadło mówi, że jeśli w nic nie wierzysz, ulegniesz byle czemu. Jest w tym wielka prawda. A zatem pierwszym krokiem do zatrzymania tego pędu w kierunku globalnego, kolektywistycznego, despotycznego rządu jest wiedzieć w co wierzymy i czym jest wolność, umieć określić wolność, być w stanie jej bronić, odpierać twierdzenia kolektywistów, że ten system jest lepszy od tamtego z tego lub innego powodu. I wreszcie na końcu pojawia się pytanie kto to zrobi. Łatwo jest stracić nadzieję, zniechęcić się i powiedzieć, „Nikogo to nie obchodzi. Mój sąsiad kosi trawę. To dobry facet, gadamy o baseballu, pogodzie i o najnowszych filmach, ale on nie chce rozmawiać o polityce, gospodarka też go nie obchodzi. Nie chce nic wiedzieć na ten temat, a już na pewno nie chce brać żadnego rodzaju osobistej odpowiedzialności za monitorowanie i zmianę obecnego systemu”. Jak zatem zatrzymać ten wielki pęd w kierunku globalnego rządu, którym kierują potężni ludzie będący u steru władzy, jeśli nikt na ulicy o to nie dba? Odpowiedź jest następująca: wszystkie ruchy w historii determinowało zawsze mniej niż 3 procent populacji. Nie potrzebujesz wszystkich. Zresztą to niemożliwe. Coś takiego nigdy się nie zdarzy. Nie zdarzyło się wcześniej, nie zdarzy się teraz i na pewno nie zdarzy się w przyszłości. Przełomowych zmian dokonuje zawsze 3 procent społeczeństwa lub nawet mniej. Jeśli jesteś w stanie dotrzeć do 3 procent ludzi, których to naprawdę obchodzi i którzy naprawdę mają odpowiednie predyspozycje, są skłonni do poświęceń i oddani stojącemu przed nim zadaniu, to zmiana może się dokonać, a twój sąsiad będzie dalej pchał kosiarkę w tę stronę, w którą zmierza system. Zawsze tak było. A zatem nie musi nas zniechęcać fakt, że nie każdy się tym interesuje. Naszym zadaniem jest znaleźć ten jeden, dwa lub trzy procent ludzi, których to naprawdę obchodzi, podzielić się z nimi naszym przekazem, połączyć z nimi siły, a następnie zdobyć władzę. Zdobycie władzy oznacza, że musimy dostać się do polityki, odzyskać ośrodki medialne. Musimy przekazać tę informację. Musimy sprawić, aby nasz głos było słychać w wielkich ośrodkach władzy w społeczeństwie, w partiach politycznych, związkach zawodowych, organizacjach kościelnych, ośrodkach medialnych i tak dalej. To tam my – te 3 procent lub mniej – musimy wziąć się do roboty, to tam musimy stoczyć bitwę, to tam musimy ugodzić wroga i to tam odzyskamy wszystkie poszczególne kraje świata.

Istnieje fałszywa rywalizacja między lewicą a prawicą. Na ringu wrestlingowym stoi zawodnik w czarnej masce, a za chwilę wchodzi facet w niebieskiej pelerynce i zaczynają ten wielki zabawny mecz. To wspaniałe widowisko. Są kibice i komentatorzy po lewej i prawej stronie. Widowni podoba się ten mecz, oglądanie go sprawia im przyjemność. To ekscytujące, prawda? Zawodnicy wyrzucają się nawzajem z ringu, biją się, są raz na górze, raz na dole, wydaje się, że jeden z nich wygrywa, ale za chwilę okazuje się, że przegrywa. Cóż, ten mecz przegrał, ale wraca za tydzień, a więc nie przegapcie kolejnego meczu. Wraca legenda ringu, wszystko się kończy. Tak właśnie wygląda amerykańska polityka. Obaj zawodowi zapaśnicy trochę się pobiją w trakcie meczu, a potem spotkają się w szatni, poklepią się po plecach, pójdą razem na piwo i powiedzą, „To było całkiem niezłe przedstawienie, co zrobimy w przyszłym tygodniu?” To jest amerykańska polityka. Zarówno po lewej, jak i po prawej stronie mamy kibiców, spikerów programów informacyjnych, gospodarzy talk-show i to oni kształtują debatę. Nie pozwalają Amerykanom dyskutować o naprawdę istotnych kwestiach. Nie pozwalają im nawet pomyśleć o naprawdę istotnych kwestiach, czyli o tym czy zachowamy amerykańską suwerenność i czy pozwolimy, aby System Rezerwy Federalnej, który jest kartelem bankowym, nadal kierował naszym rządem. Nie pozwalają nam rozmawiać na te tematy. Dopóki polegamy na zabawnych zapaśnikach i sowicie opłacanych komentatorach w mediach, którzy zatrzymują naszą uwagę na drugorzędnych kwestiach, nigdy nie wydostaniemy się z tego bagna. Pierwszą rzeczą jest więc rozpoznać problem, sprawdzić kto jest opozycją, a potem odejść od tych ludzi.

Sądzę, że przedstawienie w wykonaniu Glenna Becka jest bardzo interesujące. Facet odwala kawał dobrej roboty. Ja osobiście mam mały problem z jego osobowością telewizyjną, do mnie on zbytnio nie przemawia, jednak wiele osób takiego problemu nie ma, ponieważ on wydaje się tak szczery, tak emocjonalny i wydaje się takim patriotą i kocha swój kraj i tak dalej. To się bardzo dobrze sprzedaje. Czy ja kwestionuję jego szczerość? Tak, bo wiem, że to jest show i wiem, że jeśli rzeczywiście byłby tak bardzo zaniepokojony losem Ameryki i jeśli byłby tak wielkim patriotą, za jakiego się podaje, ujawniałby przestępcze działania po prawej stronie tak samo, jak po lewej. Wtedy wiedziałbym, że jest szczery. Ale ponieważ jest tak dobrze zdefiniowany dokładnie po środku, atakuje tylko tych po lewej stronie, a złe uczynki polityków prawicowych puszcza płazem. Stąd wiem, że to jest zabawny mecz wrestlingowy.

Musimy uświadomić sobie, że Fox News Network stanowi część imperium Ruperta Murdocha, podobnie jak wiele innych wielkich ośrodków medialnych, jak ABC, CBS, NBC – one wszystkie znajdują się w rękach członków Council on Foreign Relations i samego Murdocha jako członka Council on Foreign Relations. Co nam to mówi? To mianowicie, że istnieje ukryty plan, że ci ludzie mają ukryty plan i się tym chełpią. Nietrudno odkryć jaki to plan. Jest nim światowy rząd. Ich plan to utworzenie światowego rządu opartego na modelu kolektywizmu. Wiemy, że Murdoch nie zezwoliłby na istnienie spójnego programu czy ruchu wewnątrz swojego kanału w sieci, jeśli ów program czy ruch – przynajmniej w jego przekonaniu – nie służyłby forsowaniu tego planu. Wiemy zatem, że to fałszywa gra. Jak to wszystko składa się w całość? Mamy Fox Network, który reprezentuje prawe skrzydło paradygmatu lewica-prawica i mamy inne grupy po drugiej stronie, których nie będę wymieniał, ponieważ jest ich bardzo dużo, w każdym razie grupy reprezentujące lewe skrzydło tego paradygmatu. W zależności od tego kogo słuchasz, który kanał oglądasz, doświadczasz  efektu pomponiary. Po prawej stronie są dobrzy ludzie, a wszyscy po lewej są źli lub odwrotnie, wszyscy po lewej są dobrzy, a wszyscy po prawej źli. To nie przypadek, że Fox Network pełni rolę pomponiary wszystkiego co jest po prawej stronie, czyli przynajmniej w tej chwili Partii Republikańskiej. Odwalają kawał dobrej roboty. Kiedy Glenn Beck rysuje wykres pokazujący genealogię w powiązaniu z partią komunistyczną i tak dalej, nie mam wątpliwości, że to prawda, ale dlaczego nie zrobi tego samego na przykład z rodziną Busha i nie wskaże jej powiązania z nazistami w Niemczech czy też roli amerykańskich banków w sfinansowaniu przejęcia władzy przez Adolfa Hitlera? Dlaczego tego nie robi? Nigdy tego nie zrobi. Wyśmiałby każdego, kto zrobiłby coś takiego. Nazwałby go teoretykiem spisku czy jakoś podobnie. Taką rolę pełni i pełni ją bardzo dobrze.

Po to, żeby przerzucać piłeczkę pingpongową czy tenisową tam i z powrotem przez siatkę, od Republikanów do Demokratów i od Demokratów do Republikanów, potrzebni są eksperci w krytykowaniu drugiej strony. To część gry. Nie ma mowy o otwartej i obiektywnej analizie wiadomości, bo ludzie powiedzieliby, „Hmm chyba obie partie są wszawe”. Nie może tak być, bo nie tak się gra w tę grę. Po prawej stronie muszą działać ludzie, których rolą jest ujawnianie złych uczynków i sprzeciwianie się lewicowcom, a po lewej stronie ci, którzy ujawniają złe uczynki i sprzeciwiają się prawicowcom. Konieczne jest, by zawsze byli ludzie, którzy potrafią wyrazić poważny sprzeciw i krytykę drugiej strony. To zależy od tego, kto aktualnie sprawuje władzę. Oni wszyscy są źli. Zawsze łatwo jest znaleźć coś do skrytykowania. Oni wszyscy kłamią. Wszyscy składają obietnice, których nie zamierzają dotrzymać i których istotnie nie dotrzymują. Wszyscy uwikłani są w różnego rodzaju oszustwa i szwindle. Jest w tym nieuczciwość… To polityka. Oni wszyscy tacy są. Mogę zrobić zastrzeżenie dla jednego procenta, o którym nic mi nie wiadomo. Ron Paul prawdopodobnie taki nie jest. Nie można liczyć na to, że jest inaczej. Łatwo jest zatem… Kiedy jedna partia obejmuje władzę, druga daje jej trochę czasu, coś w rodzaju miodowego miesiąca, żeby było jasne, że niczego nie zmieni, a potem przechodzi do ofensywy i mówi, „Popatrzcie tylko co oni zrobili, jacy są źli”. I wtedy wyborcy myślą, „No tak, musimy się ich pozbyć”. Niesamowicie się więc nakręcają, tak jak teraz członkowie Partii Republikańskiej wzywający, żebyśmy odzyskali nasz kraj, odbudowali Konstytucję, wygonili CIA z naszych sypialni i odegnali od naszych komputerów i tak dalej, wszystkie te chwytliwe hasła. Ani jedno z tych słów nie jest wypowiadane na poważnie. Grają jedynie na sentymentach wyborców. Zależy im teraz wyłącznie na tym, by prezydentem został Republikanin. Ludzie nie przyjrzą się dokładnie kandydatowi z Partii Republikańskiej, ponieważ będą tak pełni pogardy i nienawiści wobec Demokraty, czyli Obamy, że powiedzą, „Nieważne kogo wybierzemy, każdy będzie lepszy niż on”. Oczywiście Obama w ten sam sposób został prezydentem. Ludzie powiedzieli, „Nic mnie nie obchodzi Obama, nie obchodzi mnie co mówicie, każdy będzie lepszy niż Bush”. To samo było z Bushem – każdy będzie lepszy niż Clinton. Amerykańska polityka to polityka nienawiści. Nie chodzi o to kogo lubisz albo kogo kochasz, ale o to kogo nienawidzisz. Tylko o to dzisiaj chodzi. To strategia, która jak się zdaje działa bardzo dobrze.

Ludzie zawsze przeżywają szok, kiedy dowiadują się, że jedni z największych masowych morderców w historii, najwięksi tyrani w historii byli popierani i finansowani przez bardzo zamożnych finansistów i siły w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Czasami idą bardzo blisko ramię w ramię. Każdy wie o zdobyciu władzy przez Hitlera, ale mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że partia nazistowska była finansowana przez wiele dynastii bankowych, które nadal istnieją w Stanach Zjednoczonych. One finansowały Hitlera. Wielkie korporacje amerykańskie weszły w spółkę z niektórymi niemieckimi korporacjami i w ten sposób powstał kartel o nazwie IG Farben. Włożyły ogromne kwoty jako inwestycję w nazistowską machinę wojenną. Włożyły pieniądze w partię polityczną Adolfa Hitlera, partię nazistowską. Wysłały nawet do Niemiec jednego ze swoich ekspertów od public relations – nazywał się bodajże Ivy Lee – żeby przeprowadził wywiad z Hitlerem, poddał go analizie i zgłosił sugestie jak poprawić jego publiczny wizerunek. Były mocno zainteresowane promowaniem nazistowskiego reżimu. To kwestia prawdy historycznej, a nie opinii. Może ci się to podobać lub nie, ale to jest prawda historyczna. Coś takiego zawsze się dzieje. Mao Zedong nie mógłby zdobyć władzy, gdyby nie bardzo potężne siły w Stanach Zjednoczonych. Przed końcem Drugiej Wojny Światowej przepędzono Japończyków, ale w Chinach panował duży podział. Chińscy nacjonaliści pod wodzą Czang Kaj-szeka opanowali znaczną część kraju, zaś druga część znajdowała się w rękach chińskich sił komunistycznych pod wodzą Mao Zedonga. Siły nacjonalistyczne i siły komunistyczne były zaciekłymi wrogami, pomimo tego, że walczyły do pewnego stopnia razem przeciwko Japończykom. Obie wiedziały, że kiedy wojna się skończy, tylko jedna z nich będzie mogła przetrwać, więc przygotowywały się na to, że będą ze sobą walczyć. Taki scenariusz nie leżał w najlepszym interesie ludzi w Waszyngtonie. Nie chcieli, żeby się spełnił, toteż wywierali nacisk na nacjonalistach, czyli na rządzie Czang Kaj-szeka, aby przyjął komunistów na kluczowe stanowiska, utworzył coś, co nazywano rządem koalicyjnym. Amerykanom zależało, aby komuniści objęli bardzo kluczowe stanowiska, ściśle mówiąc, aby stanęli na czele wojskowości. No i to by było na tyle. Nacjonaliści tego nie chcieli. Tak więc generał George Catlett Marshall, który w tamtym czasie dowodził wszystkimi operacjami militarnymi w Azji, po prostu odciął dostawy amunicji i broni dla nacjonalistów i dopilnował, żeby całe wyposażenie wojskowe porzucone przez Japończyków zostało przekazane komunistom. Dzięki tym dwóm posunięciom nie mogło być wątpliwości, że armia Mao Zedonga, która w tym czasie była już dużo lepiej znana i dużo lepiej wyposażona niż wojska komunistyczne, odniesie zwycięstwo – i tak też się stało. George Marshall później nawet się tym chełpił. Powiedział, „Ot tak rozbrajam w jednej chwili 30 dywizji armii Czang Kaj-szeka”. Wszystko to spowodowały Stany Zjednoczone. Decyzja o przejęciu władzy w Chinach przez komunistów została podjęta przez tak zwane siły kapitalistyczne w Stanach Zjednoczonych. Te wszystkie informacje są sprzeczne z konwencjonalną wiedzą historyczną, ale tak jak powiedziałem wcześniej, łatwo je odszukać w źródłach historycznych, nie są już dłużej kwestią opinii. Całość można podsumować stwierdzeniem, że niektóre z najbardziej brutalnych reżimów totalitarnych w historii były finansowane przez bardzo zamożnych ludzi, o których myślimy po prostu jako o kapitalistach. Mają wielkie fortuny, ale my nie zdajemy sobie sprawy z tego, że posiadanie wielkiej fortuny samo w sobie nie jest problemem. Chodzi o to, co robisz z tą fortuną i w jaki sposób ją zdobyłeś. Kapitalista wolnorynkowy to taki, który zdobywa majątek na drodze rywalizacji, dzięki istnieniu wolnego rynku oraz wytwarzaniu produktów i świadczeniu usług lepszej jakości i po niższej cenie. Kapitalista monopolistyczny to taki, który zdobywa majątek kupując lojalność polityków i przepychając określone przepisy prawne, żeby przechylić szalę rządu na swoją korzyść, a także dzięki stawianiu przeszkód na drodze konkurencji. Istnieją więc dwa rodzaje kapitalistów, jeśli już chcemy używać tego słowa. Musimy to powiedzieć jasno. Kapitaliści, o których mówimy, ci, którzy wspierali totalitarne reżimy, nie byli kapitalistami wolnorynkowymi. To byli kapitaliści monopolistyczni, którzy wierzyli w koncepcję kolektywizmu.

Kwestia ratowania banków z kłopotów finansowych jest bardzo prosta. Można ją skomplikować, ale u swojej podstawy jest naprawdę bardzo prosta. Chodzi o to, że banki, które posiadają Federal Reserve System – bo to jest kartel banków – mają wielki wpływ na nasz rząd federalny. Kiedy banki wpadły w kłopoty i były o krok od bankructwa… Większość banków, jeśli się spojrzy na ich bilans, rzeczywiście zbankrutowało, ponieważ udzieliły zbyt wielu złych kredytów krajom trzeciego świata lub wielkim korporacjom i te kraje i korporacje nie były w stanie dalej płacić odsetek od tych kredytów. Banki doszły do momentu, w którym musiały uznać te kredyty za niespłacalne. To by je zniszczyło, poszłyby na dno. Przestałyby funkcjonować. A zatem prezesi tych banków udali się do swoich przyjaciół w Waszyngtonie i powiedzieli, „Słuchajcie, musimy uratować Amerykę”. Nie powiedzieli, że musimy uratować banki, ale że musimy uratować Amerykę. Jeżeli banki upadną, kto wie co się stanie. Ameryka pójdzie na dno. Tak więc ich przyjaciele w kongresie przegłosowali miliardy, a ostatecznie biliony dolarów, żeby to wszystko umożliwić, żeby uratować General Motors i Forda, różne kraje i same banki. Amerykanom zostało to przedstawione jako wspaniałe posunięcie w imieniu Ameryki. Oto w jaki sposób uratujemy Amerykę – ratując banki. Prawie się udało – prawie, bo do tego czasu wystarczająco dużo ludzi uświadomiło sobie o co chodzi w tej grze. Wiedzieli, że System Rezerwy Federalnej generuje pieniądze z niczego. Wiedzieli, że to będzie miało swoje skutki i wiedzieli, że to oni będą musieli zapłacić rachunek albo w formie podatków albo inflacji. Ostatecznie zapłacili w formie inflacji, ponieważ politycy niechętnie podwyższają podatki tak bardzo jak powinni, żeby pokryć wydatki rządu, więc zawsze utrzymują podatki na tak niskim poziomie jak to tylko możliwe. No ale zebrali pieniądze poprzez inflację, ponieważ pompując nowe pieniądze w gospodarkę, rozcieńczyli siłę nabywczą wszystkich istniejących pieniędzy. Kiedy wyborcy uświadomili sobie, że to oni będą musieli zapłacić ten rachunek – nie rząd, ale obywatele, konsumenci, mieli zapłacić za ratowanie banków, to oni faktycznie je ratowali – a więc kiedy to sobie uświadomili, poczuli gniew. Jako wyraz sprzeciwu zapoczątkowali wielki ruch, było mnóstwo złości, zwłaszcza, gdy dowiedzieli się, że niektórzy z dyrektorów otrzymywali warte milion dolarów bonusy za doprowadzenie swojego banku do bankructwa. Emocje sięgały zenitu. Nawiasem mówiąc, uważam, że cała ta kwestia bonusów, choć ważna, była kwestią poboczną. Sądzę, że to był jeden z tych trików stosowanych przez media w celu odwrócenia uwagi publicznej od prawdziwego problemu. A prawdziwym problemem był fakt, że System Rezerwy Federalnej i kongres generowały te wszystkie pieniądze na ratowanie banków z niczego. To była zasadnicza kwestia, która mogła doprowadzić do bankructwa Ameryki, pozbawić ludzi pracy i domu. Mogła zniszczyć Amerykę, ale czy oni o tym mówili? Nie, mówili o tym jak to źle, że prezes jakiegoś banku otrzymał premię w wysokości miliona dolarów. To tam na dłuższy czas skierowano uwagę wszystkich. To była kwestia poboczna, przynajmniej według mnie. Tak to właśnie wyglądało. Co można na to wszystko powiedzieć? Mimo że coś takiego budzi w ludziach złość, fakt ten nie doprowadził do żadnej zmiany, ponieważ ludzie nie kontrolują swojego rządu. Sądzą, że tak, ale się mylą. Reprezentujący ich politycy mają zobowiązania wobec cechu bankowego i kartelu bankowego, jakim jest System Rezerwy Federalnej. To tam dziś znajduje się władza. Jeżeli potrzebujesz na to jakiegoś dowodu, wystarczy, że przyjrzysz się najnowszej historii, ratowaniu banków wbrew woli większości Amerykanów, pomimo złości większości Amerykanów. Pomimo sprzeciwu społeczeństwa kongres nie zawahał się i przegłosował ustawę. Prezydent Stanów Zjednoczonych ją podpisał, wszyscy na górze opowiadali się za nią, ale ludzie na dole jej nie chcieli, więc jak to możliwe, że plan został zrealizowany? Gdyby ludzie kontrolowali swój rząd, czy to by się wydarzyło? Nie. Oto jest niezbity dowód, że obywatele Stanów Zjednoczonych utracili kontrolę nad swoim własnym rządem.

Gniew związany z ratowaniem banków z tarapatów finansowych posłużył jako wielka siła napędowa dla ruchu Tea Party, ale pytanie brzmi czy ruch Tea Party będzie w stanie w jakikolwiek sposób to wykorzystać? Odpowiedź brzmi: nie, dopóki nie wymienią ludzi w Waszyngtonie, którzy doprowadzili do ratowanie banków. Ruch Tea Party nie będzie miał żadnej wartości, jeśli nie doprowadzi do wymiany polityków, którzy wywołali kryzys finansowy. To oznacza, że trzeba wymienić wszystkich, nie tylko Demokratów albo Republikanów. Wszystkich. Obawiam się, że obecnie ruch Tea Party… Podejmuje się próby, aby stał się rzecznikiem Partii Republikańskiej, tak by wyglądało, że wszystko co się dzieje w gospodarce, w tym ratowanie banków, że to wszystko jest skutkiem działania Demokratów, ale to nieprawda. Z pewnością odegrali w tym znaczącą rolę, lecz to wszystko dzieje się od dziesięcioleci i Republikanie też mają w tym swoją rolę. Niektórzy z  Republikanów, którzy dziś wstają i mówią, „Powinniśmy położyć kres ratowaniu banków”, to ci sami ludzie, którzy na początku głosowali za tą ustawą, tylko nikt nie sprawdza historii ich głosowań. A zatem tak, gniew Amerykanów związany z ratowaniem banków jest paliwem dla ruchu Tea Party. To dobrze, ale kluczową kwestią jest czy ruch ten pozostanie niezależny od politycznego wpływu Partii Republikańskiej.

Tak, myślę, że film „What in the world are they spraying?” („Co rozpyla się na świecie?”) będzie bardzo ważnym filmem, który zaszokuje wiele osób. Że coś rozpylają, to wiadomo. Sądzę, że wrodzona inteligencja każdego człowieka mówi mu, że to, co widzi na niebie, te przecinający się linie i białe smugi prowadzące od horyzontu do horyzontu, to nie są jedynie kryształki lodu, które ciągną się za silnikiem odrzutowym. Prawdą jest, że silnik odrzutowy wytwarza kryształki lodu na dużych wysokościach, gdzie panują niskie temperatury, ale są one bardzo szybko wchłaniane w atmosferę. Można zobaczyć je tuż za samolotem, gdy przelatuje po niebie, trochę białego dymu, który za nim podąża i znika. To zupełnie coś innego niż te kłębiące się chmury dymu, które ciągną się od horyzontu do horyzontu i rozprzestrzeniają się tak, że do wieczora całe niebo jest mlecznobiałe. A więc co oni rozpylają? Teraz już wiemy co to takiego. To skutek pojawienia się nowej gałęzi przemysłu, relatywnie nowej gałęzi przemysłu o nazwie geoinżynieria. Istnieje grupa naukowców, polityków i korporacji, która planuje zarobić bardzo dużo pieniędzy i osiągnąć także inne cele, inne ukryte cele, zmieniając naturę naszej planety. Twierdzą, że robią to, ponieważ chcą zatrzymać globalne ocieplenie. To jest ich główny pretekst. Powinienem teraz publicznie oświadczyć, że według mnie globalne ocieplenie to totalny mit, ale nie tym się teraz zajmujemy. Nawet gdyby to była prawda…  Oni twierdzą, że próbują zatrzymać globalne ocieplenie, ale w rzeczywistości ich działania mają dużo bardziej katastrofalne skutki niż jakiekolwiek efekty globalnego ocieplenia. Twierdzą, że chcą kontrolować pogodę, twierdzą, że chcą zwiększyć plony, twierdzą, ze chcą zmienić charakter gleby i wody dla poprawy losu ludzkości, oczywiście zawsze dla poprawy losu ludzkości. Zawsze robią to dla nas. To wielki przemysł. Twierdzą, że w tej chwili to wszystko znajduje się dopiero na etapie rozmów. Mówią, że rozmawiają o rozpylaniu glinu i baru do atmosfery i twierdzą, że muszą przeprowadzić badania, żeby sprawdzić czy te pierwiastki mają toksyczne działanie. Wypowiadają te wszystkie właściwe słowa tak jakby dopiero to wszystko rozważali. Istnieją jednak ewidentne dowody, że proceder ten trwa już od ponad dziesięciu lat. To się dzieje, dzieje się w tej właśnie chwili. Mamy dowody nie tylko na to, że się dzieje, ale i na to, że skutki tego procederu są tragiczne dla naszej planety. Rozpylanie tych pierwiastków niszczy życie roślin, niszczy plony, niszczy dziką przyrodę i jest katastrofalne dla ludzkiego zdrowia. Ludzie zapadają na bardzo poważne choroby, ponieważ wdychają te toksyczne substancje. Tak więc teraz już wiemy co rozpylają. Możemy zidentyfikować te substancje. Przeprowadzono liczne badania nie tylko gleby i wody, ale również wody deszczowej i śniegu, a więc wody, która pochodzi z nieba, o której nie można powiedzieć, że wzięła się z ziemi. Badania te przeprowadzono na atmosferze, wodzie deszczowej i śniegu w miejscach oddalonych o setki mil od ośrodków przemysłowych. Nie można więc powiedzieć czegoś w rodzaju, że substancje te zostały tam przywiane z jakiegoś komina. Otóż badacze odkryli niepokojąco wysoki poziom substancji toksycznych, w szczególności aluminium i baru, czyli tych właśnie pierwiastków, o których naukowcy mówią, „Zastanawiamy się, co by się stało, gdybyśmy rozpylili glin i bar w niebo. Zastanawiamy się…”. A naukowcy odkryli ogromne ilości właśnie tych pierwiastków w wodzie pochodzącej z nieba. Na przykład Góra Shasta. W śniegu na tej górze w ogóle nie powinno być aluminium, ponieważ śnieg pochodzi z nieba. W niebie nad terenem takim jak Góra Shasta – dziewiczym pustkowiu w Północnej Kalifornii – w ogóle nie powinno być aluminium. Istnieje wymóg rządowy, że jeśli poziom aluminium osiąga bodajże tysiąc cząsteczek na miliard, konieczna jest bezpośrednia interwencja ze strony Agencji Ochrony Środowiska, ponieważ tak wysoki poziom stężenia tego pierwiastka traktowany jest jako wysoce niebezpieczny i toksyczny. Tysiąc cząsteczek na miliard. W tym śniegu powinno być zero ppb, ale kiedy przeprowadzili badanie/, odkryli 60.000 ppm. Inaczej mówiąc, 60 razy więcej niż najwyższy dopuszczalny poziom glinu – w śniegu na Górze Shasta! Niebywale toksyczne. Ta woda zabije turystów, którzy ją piją, albo zwariują przez nią czy coś podobnego. Widzimy to wszędzie, nie tylko na Górze Shasta. Wysoki poziom trujących pierwiastków występuje również na pięknych hawajskich wyspach, gdzie rozpylanie jest prowadzone na dużą skalę. Pobiera się próbki deszczu i te substancje pochodzą z nieba, dokładnie te same substancje, o których naukowcy mówią, „Co by się stało, gdybyśmy wypuścili je w niebo?” Istnieje wiele dowodów na to, że ten proceder toczy się właśnie w tej chwili, co gorsza rozpylane są toksyczne substancje, a już  najgorsze jest to, że kłamią nam na ten temat. Taki jest właśnie przekaz naszego filmu „What in the world are they spraying?” („Co rozpyla się na świecie?”)

http://trivium.wybudzeni.com/2016/07/18/kolektywizm/

Era roztrzaskanych iluzji – napisy PL

 

Katastrofa wydarza się wtedy gdy zbyt wielu ludzi odmawia
zaakceptowania faktu, że wokół nas działają dwa wszechświaty.
Jest zimna i twarda rzeczywistość, która leży u podstaw wszystkiego, a na powierzchni leży zasłona z oszust i ustępstw. Im bardziej ludzie odstępują od żywotnych prawd, aby cieszyć się komfortem jaki daje iluzja, tym bardziej roztrzaskany będzie umysł
gdy te iluzją upadną. Te dwa światy mogą współistnieć jedynie przez krótki okres czasu i zawsze, wcześniej czy później dojdzie między nimi do kolizji. Nie ma innej możliwości.

 

 

Manipulacje komunikacyjne – przesłuchanie podejrzanego

Krzysztof Szymanek

Perswazja – wróg czy sprzymierzeniec prawdy?

Właściwości ludzkiej mowy stwarzają możliwości nie tylko prostego przekazywania informacji czy wyrażania intencji, ale również dostarczają narzędzi sterowania stanami wewnętrznymi i procesami motywacyjnymi człowieka; za pomocą słów potrafimy perswadować: wywierać wpływ na poglądy, działania i zachowania innych ludzi. Perswazja obejmuje wielką różnorodność metod i technik, jej cele osiągać można nie tylko dzięki rzeczowej argumentacji, np. wskazując przesłanki, z których logicznie wynika przedkładana teza, ale też poprzez składanie obietnic, grożenie, schlebianie, rzucanie obelg, budzenie emocji, powoływanie się na autorytety, używanie specjalnie dobranych wyrażeń, odpowiednie komponowanie wypowiedzi — to tylko przykładowe pozycje w niezmiernie bogatym arsenale środków perswazyjnych, którego nie podejmujemy się tutaj skatalogować.
Skuteczna perswazja stanowiła główny przedmiot zainteresowania retoryki, sztuki, która osiągnęła swoje wyżyny w antycznej Grecji i Rzymie. W ramach retoryki wykrywano środki przekonywania i ich sprawnego oraz celowego stosowania. Poddano drobiazgowym badaniom wszystkie aspekty perswazji, począwszy od zbierania materiałów potrzebnych do ułożenia mowy, a skończywszy na właściwej postawie ciała i mimice oratora, ówcześni mówcy osiągali zdumiewające wyniki, a ich perswazja była naprawdę zniewalająca. Sławny retor Gorgiasz powiada w Platońskim dialogu:

„gdyby mówca i lekarz weszli do jakiegoś miasta […] i tam na zgromadzeniu ludowym lub jakimś innym powstał spór, kogo z dwóch kandydatów wybrać na lekarza […] byłby wybrany nie lekarz, lecz mówca”.

Specyfika systemu demokracji greckich państw-miast dawała skutecznemu mówcy nieograniczone możliwości. W państwie, w którym demokratycznie o wszystkim decydują niewykształcone, często przypadkowo dobrane gremia czy tłumy, sztuka przekonywania zapewnia wszystko: władzę, godności i stanowiska, pieniądze, sławę, a nawet bezkarność. Nie dziwi więc, że umiejętność skutecznego przemawiania stała się dobrem poszukiwanym i niezwykle wysoko cenionym, przy czym retorzy nauczali tej sztuki wyłącznie w kontekście czysto technicznej sprawności, jawnie głosząc, że krasomówstwo nie ma nic wspólnego z moralnością. Retor Gorgiasz w cytowanym dialogu Platona powiada, że przekonywanie to taka sama działalność, jak każda inna: może być wykonywana mniej lub bardziej sprawnie, nie można nikomu czynić zarzutu z tego, że sprawnie przekonuje. Nauczanie perswazji jest jak nauczanie boksu – jeśli zaś ktoś z posiadanej umiejętności czyni niewłaściwy użytek, to już nie wina nauczyciela.
Godzi się w tym miejscu powiedzieć, że nauczania retorów nie da się tak gładko porównać do nauczania sztuki boksu – właściwsze byłoby uznanie ówczesnego nauczyciela retoryki raczej za takiego – niegodnego swego miana – nauczyciela boksu, który zaprawia swoich wychowanków w stosowaniu wszelkich – również tych brudnych, gwałcących zasady fairplay – ciosów, mając na uwadze wyłącznie osiągnięcie celu, jakim jest pokonanie przeciwnika na ringu.
Typowe dla greckich demokracji staje się nadużywanie uwodzicielskiej mocy słowa, stosowanie jej potęgi bez oglądania się naprawdę i słuszność, a także ogromna władza w ręku biegłych w oratorskiej sztuce – władza pozbawiona drogowskazu moralnego, nie osadzona na gruncie ogólnie uznawanych przez społeczność wartości. Tak oczywiste niebezpieczeństwo dla ładu moralnego, dla wszelkiego porządku społecznego musi budzić niepokój myślicieli poczuwających się do odpowiedzialności za kultywowanie ogólnoludzkich wartości. Sokrates protestuje przeciw odseparowaniu nauczania retoryki od obywatelskiego wychowania w duchu dobra, prawdy i sprawiedliwości, oddzieleniu retoryki od wiedzy i mądrości. Filozof z pasją piętnuje retorykę jako sztukę pozorów i złudzeń, która do wydawania wyroków nie potrzebuje wiedzy o tym, jak się rzeczy mają w rzeczywistości. To kosmetyka, która choremu nadaje wygląd zdrowego, ale nie leczy. To sztuka przyprawiania potraw, która chce zająć miejsce medycyny, uzurpując sobie prawo do orzekania, które pożywienie jest najzdrowsze.
Myśl, że sprawność retoryczna powinna być ukierunkowana na obronę prawdy i słuszności, przewija się u najznamienitszych myślicieli antyku. Zarówno Arystoteles, jak i Cycero, Katon czy Kwintylian byli wyznawcami zasady, że mówca powinien być rzecznikiem wiedzy i prawdy. Znana formuła Katona Starszego obligowała mówcę do służenia naczelnym wartościom na mocy samej definicji tego słowa: orator est vir bonus dicendiperitus. (Mówca to mąż dobry, biegły w mówieniu).
Dużo łatwiej jednak formułować głęboko słuszne zalecenia, jak rzeczywi-stość ma wyglądać niż wskazać realne drogi do osiągnięcia i utrzymaniajakie- goś możliwego do przyjęcia stanu rzeczy. Byłoby doprawdy pięknie, gdyby kunszt perswazji wykorzystywali raczej dobrzy ludzie w godziwych intencjach niż źli ludzie w intencjach niegodziwych. Problem właśnie w tym, że tak nie jest i nigdy nie będzie. Według wszelkiego prawdopodobieństwa, dopóki istnieć będzie sztuka perswazji, sprawiedliwi i niesprawiedliwi na równi będą czerpać z jej technik i wykorzystywać je do osiągnięcia po prostu tych celów, które za pomocąowychtechnikdasię osiągnąć.
Nawiasem mówiąc, wiek XX dobitnie, w przejmujący sposób, ukazał nam triumffałszu i złaposługującego się właśnie orężem nieodpartej perswazji. Zdaje się zresztą, że pośród tytanów tej sztuki znaleźć można więcej nikczemnych kreatur niż szlachetnych bojowników o prawdę.
Czy wobec tego warto rozpowszechniać sztukę perswazji? Czy krzewienie jej pomaga, czy przeszkadza w ujawnianiu prawdy i demaskowaniu fałszu? Pogląd, iż upowszechnianie sztuki przekonywania w ostatecznym rachunku jakoś sprzyja prawdzie i słuszności, zdaje się pośrednio wspierać Arystoteles, który uważa, że jeśli prawda przegrywa, to na skutek nieudolności jej obrońców. W Retoryce pisze:

„Prawda i sprawiedliwość mająw sobie z natury więcej siły niż ich przeciwieństwa. To co prawdziwe […] jest z natury łatwiejsze do udowodnienia i bardziej wiarygodne”.

Rozwijając tę myśl, dopowiedzielibyśmy: niechaj wszyscy uczą się sprawnej perswazji — przy równych umiejętnościach technicznych prezentowanych przez każdą ze stron zwyciężą obrońcy prawdy, a to z tego prostego powodu, że będą mieli łatwiejsze zadanie do wykonania: kto ma za sobą prawdę, ma również swoisty handicap.
Trudno byłoby wskazać materiał, na podstawie którego dałoby się zweryfikować, pozytywnie czy też negatywnie, powyższe twierdzenie. Być może potwierdziłoby się ono w świecie zamieszkiwanym wyłącznie przez bezinteresownych poszukiwaczy prawdy (w realnym świecie to bardzo rzadki okaz trochę podejrzanego dziwaka). Jednak nasza skomplikowana rzeczywistość jest dziedziną, w której działa jednocześnie wiele trudnych do wyważenia, tu znoszących się, tam wzajemnie wzmacniających sił. Tutaj swój handicap ma również kłamstwo i fałsz: możliwe, że prawda jest z natury bardziej – dla kogoś nie- uprzedzonego — wiarygodna, łatwiej jej dowieść, ale nieprawda bywa za to dużo łatwiejsza do przełknięcia, jest milsza i układniejsza. Prawda, jak już to dawno odnotowali filozofowie, przegrywa z próżnością, korzyścią, nadzieją. Psychologia społecznapoucza, iż wygodne rozładowanie dysonansu poznawczego więcej może znaczyć niż słuszność, stąd ludzkie interesy, pragnienia i oczekiwania zawsze będą poważnym konkurentem prawdy.

Dodajmy też, że niedopuszczalnym uproszczeniem jest pogląd, iż istnieje jakiś określony, naturalny podział ludzi na obrońców prawdy i jej wrogów wraz z wizją toczonej nieustannie przez te obozy wojny. Rzeczywistość okazuje się bardziej złożona; zauważamy dużo więcej rozmaitych frontów zmagań. Krzyżują się one w najrozmaitszych punktach, ogniskują wokół rozmaitych problemów. Rano bywamy obrońcami prawdy, a wieczorem jej wrogami, bardzo często w dobrej wierze bronimy tego, co tylko wydaje się nam prawdziwe i słuszne. Nasze pozycje określa nie tylko stosunek do prawdy, ale też i do innych wartości, którym służymy. Już dawno zauważono, że nie sposób pogodzić wszystkich wartości — każda z nich – a więc i prawda — jest uwikłana w ogólny rachunek korzyści i strat. Nieraz nie bronimy prawdy, bo wybieramy sprawiedliwość. Nieraz kłamiemy, bo nie chcemy krzywdy innego człowieka.
Stoimy jednak na stanowisku, że zasady sztuki przekonywania i perswazji zasługują na rozpowszechnianie — a to z tego powodu, że nie można sobie wyobrazić bez ich pomocy efektywnej komunikacji wszędzie tam, gdzie chodzi o skuteczne rozstrzyganie sporów, kształtowanie poprawnych opinii, dochodzenie do głosu rozsądku i prawdy. Właściwie nie sposób bronić i krzewić prawdy, osiągać zgody i porozumienia bez stosowania technik skutecznej perswazji. Wszyscy nimi się posługujemy – bezrefleksyjnie, żywiołowo i intuicyjnie, lub też w pełni świadomie, konsekwentnie i planowo. Wprawdzie techniki perswazji służyć mogą- i służą – produkowaniu komunikatów sugestywnych, choć wprowadzających w błąd, lecz są też niezbędne do tego, by skutecznie torować drogę racjonalnemu myśleniu przez usuwanie rozmaitych przeszkód i blokad – bądź tych stworzonych przez brak odpowiednich dyspozycji jednostki, bądź tych, które wzniesione zostały przez irracjonalne siły. By rozwinąć tę myśl, wyjdźmy od prostej konstatacji, że nawet najlepiej przemyślane, logiczne argumenty nie przekonają osoby, która nie będzie chciała lub nie będzie w stanie się z nimi zapoznać, nie zrozumie ich treści, czy też — pozostając pod wpływem zniekształcających osąd mechanizmów psychologicznych – błędnie oceni ich wartość. Muszą zaistnieć powody, dla których komunikat zostanie przez adresata przyjęty, rozpatrzony i oceniony. Musi on mieć nie tylko ochotę, ale i możliwości dokonania tego: musi nie tylko dysponować odpowiednimi wiadomościami i zdolnością przetwarzania danych, ale również choćby mieć na to czas. Nierzadko na straży błędnych poglądów stoją utrwalone uprzedzenia, emocjonalnie ugruntowane postawy, irracjonalny sposób myślenia, niechęć do zmiany zakorzenionych mniemań. Ludzkie poglądy są częstokroć wytworem racjonalizacji, iluzji i pragnień, a nie swobodnych przemyśleń. Skuteczne przekonywanie musi liczyć się z takimi właśnie przeszkodami, bez ich bowiem rozpoznania, a następnie zniwelowania – lub obejścia, ominięcia — bywa niemożliwe utorowanie drogi prawdzie i słuszności.
Przykładem manewru omijającego blokady psychologiczne jest taka oto taktyka, znanajuż Arystotelesowi. Otóż ludzie skłonni są z góry, bez zastanowienia, przypisywać niższe prawdopodobieństwo tym twierdzeniom, które zdają się prowadzić w swoich konsekwencjach do niepożądanych psychologicznie, np. niewygodnych czy niemiłych poglądów. Kiedy więc jednostce przedstawia się racje na rzecz twierdzenia, którego ona z powyższych powodów uznać nie chce, wywołuje to u niej swoisty nadkrytycyzm, przejawiający się kwestionowaniem całkiem poprawnych dowodów, wynajdywaniem rzekomych usterek w argumentacji itp. W takiej sytuacji nieraz skuteczna bywa taktyka przedstawiania kolejnych kroków wywodu w taki sposób (np. przez sugerowanie, że chodzi o coś innego), by poddana perswazji osoba zaakceptowała przesłanki, nie podejrzewając, że z logiczną koniecznością wynika z nich twierdzenie będące przedmiotem dowodzenia, co zostaje ujawnione dopiero w ostatnim stadium wywodu.
Taktyka niniejsza z pewnością ogólnie sprzyja prawdzie, choć można też pewnie znaleźć ijakieś moralnie śliskie jej zastosowanie. Można zresztą podać znacznie więcej technik, niekoniecznie tak wyrafinowanych, ułatwiających wprowadzenie odbiorcy komunikatu na drogę racjonalnego myślenia.

Wszystkie opisywane wyżej zjawiska były dostrzegane już przez antycznych praktyków i teoretyków sztuki przekonywania, wyliczyli oni mnóstwo chwytów retorycznych służących temu, by słuchacza zainteresować, pobudzić jego uwagę i utrzymać ją na odpowiednim poziomie. Komunikat perswazyjny miał być oprócz tego zbudowany w sposób ułatwiający jego recepcję; cel ten osiągano przez odpowiedni układ treści, właściwie dobraną kolejność argumentów, zastosowanie rozmaitych środków wyrazu: figur retorycznych i środków stylistycznych. Wszystko to służyło regulowaniu przepływu informacji i nadaniu jej formy dostosowanej do możliwości odbiorcy.
Techniki perswazyjne oferującoś jeszcze ważniejszego – wskazują, jak dostarczyć odbiorcy podstaw do racjonalnego rozumowania tam, gdzie nie potrafi ocenić zbyt trudnych dla niego argumentów. Pokazują, jak dostarczyć rzetelnych „znaków dowodów” temu, kto nie potrafi pojąć samych dowodów. Aby omówić to jaśniej i dokładniej, musimy najpierw zająć się pewnymi kwestiami dotyczącymi argumentacji.
Perswazja bywa odróżniana od argumentacji i w takim przeciwstawieniu słowa „perswazja”, „perswazyjny” stająsię często synonimem słów „manipulacja” czy „manipulacyjny”. Tak więc mówi się o „argumentach perswazyjnych” jako argumentach wykorzystujących pozaracjonalne środki wywierania wpływu na poglądy odbiorcy, np. argumenty z autorytetu, argumenty apelujące do emocji czy osobistej korzyści albo te, w których atakuje się osobę przeciwnika zamiast jego tez (argumentum ad kominem). „Argumenty rzeczowe” zaś to „logiczne dowodzenie” postrzegane jako bardzo szczególna, wyróżniona forma kształtowania poglądów, najbardziej wartościowa, rzetelna, godna człowieka rozsądnego i racjonalnego. W pewnym opracowaniu spotykamy twierdzenie, że:

„W stosunku do rozsądnego człowieka najskuteczniejszym narzędziem argumentowania jest podanie dowodu (w logicznym rozumieniu) przedkładanej tezy”.

W takiej optyce ideałem argumentu jest argument dedukcyjny, który powstaje, gdy przedstawia się przesłanki, z których wynika logicznie żądana konkluzja. Argument tego typu, wyodrębniony i badany już przez Arystotelesa, stanowi przedmiot logiki formalnej. Jeśli tylko przesłanki takiego argumentu są prawdziwe, to prawdziwość konkluzji jest dana z logiczną koniecznością. Argument dedukcyjny w ujęciu logiki formalnej ma znamienną właściwość: albo jest w pełni poprawny, albo całkiem niepoprawny – albo daje 100% pewności co do słuszności konkluzji, albo nie daje jej wcale. Ma on też niezwykle cenną, z punktu widzenia
możliwości racjonalnej jego oceny, właściwość: jest zamknięty w tym sensie, że nie potrzeba żadnej informacji poza tą zawartą w przesłankach, by stwierdzić logiczne wynikanie, a więc i fakt dedukcyjności argumentu.
Postrzeganie „logicznego dowodu” pozbawionego pierwiastków „perswazyjnych” jako jedynego sposobu rzetelnego przekonywania nie wytrzymuje konfrontacji z empiryczną rzeczywistością. Przekonanie, że 2 razy 2 równa się 4, podzielają wszyscy zdrowi na umyśle dorośli członkowie naszego społeczeń-stwa, jednak z dowodem, że tak naprawdę jest, miała do czynienia jedynie garstka spośród najbardziej wykształconych. Czyżby więc przekonanie, że to matematyczne twierdzenie jest prawdziwe, u niemal wszystkich opiera się na podstawach irracjonalnych?
Właściwa recepcja i ocena argumentu może pozostawać poza zasięgiem możliwości intelektualnych jednostki. Argumenty dedukcyjne są zresztą, przy pewnych zastrzeżeniach, których z braku miejsca nie wyszczególnimy, względnie łatwe w ocenie. Najczęściej jednak w praktyce mamy do czynienia z niezmiernie kłopotliwymi argumentami niededukcyjnymi, które teraz skrótowo omówimy.
Już pobieżna analiza argumentacji występującej w życiu społecznym pokazuje, że argument dedukcyjny to najwyższa rzadkość. Nawet najlepiej potwierdzone twierdzenia naukowe przyjmowane są na podstawie argumentów, którym daleko do ideału dedukcyjności – ich przesłanki tylko częściowo wspierają konkluzję: może się zdarzyć, że konkluzja jest fałszywa mimo prawdziwości przesłanek. Gdybyśmy mieli polegać wyłącznie na dedukcji, musielibyśmy zawiesić sąd co do większości ważnych dla nas spraw, nie bylibyśmy w stanie podejmować najprostszych życiowych decyzji. Niestety, musimy zadowalać się prawdopodobieństwem, i – co ciekawe – prawdopodobieństwo nam na ogół wystarcza. W życiu codziennym z powodzeniem posługujemy się argumentami uprawdopodobniającymi.
Argumenty uprawdopodobniające mają wiele właściwości, których klasyczna logika zupełnie nie przewiduje, nie potrafi ich też zadowalająco wytłumaczyć. W tej samej kwestii mogą istnieć mocne argumenty pro i mocne argumenty contra. Z tych samych przesłanek często wyprowadza się przeciwstawne konkluzje. Argumenty uprawdopodobniające są otwarte: nawet bardzo mocny w świetle posiadanej wiedzy argument może być obalony przez nową informację. Sytuację komplikuje dodatkowo brak możliwej do praktycznego stosowania miary prawdopodobieństwa, pozwalającej operować posiadanymi danymi, analizować pośrednie kroki wywodu i, choćby w przybliżeniu, porównywać wartość różnych racji. Ocena argumentów tego typu uwikłana jest w grę trudnych do wyważenia bądź wręcz niewymiernych szans, możliwości i prawdo-podobieństw, nie wiadomo, jakie informacje mogą okazać się istotne, nie wiadomo, jakie znaczenie mają takie czy inne dane. Aby prawidłowo ocenić prosty argument w rodzaju skoro A, więc B, trzeba niekiedy dysponować szeroką i dobrze ugruntowaną wiedzą specjalistyczną. Przykładowo: z tego, że jądro atomu zbudowane jest z dokładnie 100 nukleonów o masie m każdy, wcale nie wynika, wbrew pozorom, że masa tego jądra wynosi 100* m.
Tak więc dopiero specjalistyczna wiedza pozwala nieraz dostrzec błahość argumentów pozornie nie do odparcia albo też wielką moc pozornie słabych dowodów. Nie trzeba mówić, jak szerokie pole do wszelkiego typu manipulacji otwiera taki stan rzeczy.
Gdzie chodzi o twierdzenia nie należące do sfery potocznego doświadczenia, tam ocena argumentu jest z reguły rzeczą niezwykle trudną. Argumentację polityka, profesora ekonomii, zachwalającego jakiś program ekonomiczny – albo ganiącego go -jest w stanie rzetelnie ocenić nieznaczny procent — jeśli nie promil – wykształconych osób. Podobne parametry charakteryzują dyskurs we wszystkich sferach życia publicznego. Tymczasem w Polsce 5 0% dorosłych nie rozumie słowa pisanego, dalszych 20% rozumie – ale słabo. Potrzebne są metody przemówienia do rozsądku owej większości 70% obywateli takimi kanałami informacji, które potrafią oni właściwie spożytkować — przecież to oni w wyborach decydują, który z programów ekonomicznych, społecznych, politycznych itd. będzie wcielony w życie.
Potrzebne techniki wypracowano w obrębie sztuki perswazji. Dostarcza ona wielu użytecznych „dowodów pośrednich” czy „znaków dowodów”, dających w pełni racjonalne przesłanki uznawania twierdzeń. Wprawdzie ostatecznym kryterium prawdy jest argument skonstruowany zgodnie z zasadami właściwymi danej dyscyplinie, niemniej częstokroć wystarczy wykazać, że takowy argument istnieje, bez wchodzenia w zawiłości matematyki, ekonomii itd. niemożliwe do strawienia przez laika.

Skupmy uwagę na jednej z technik, pozycji klasycznej na liście chwytów perswazyjnych. Chodzi o ethos – „charakter” nadawcy komunikatu perswazyjnego: wiadomo, że na wiarygodność argumentacji mają wpływ cechy osoby argumentującej. Nie jestem w stanie ocenić argumentacji przedłożonej przez ekonomistę, profesora B. —jego argumenty potrafię ocenić jedynie z grubsza. One przekonują mnie, aczkolwiek wiem, że nie potrafiłbym ich obronić przed zarzutami innego fachowca, powiedzmy profesora S., przeciwnika profesora B. Jednakowoż gdyby te same argumenty słowo w słowo przedstawił polityk L., niekompetentny populista, nie miałyby one dla mnie najmniejszego znaczenia, nie wywarłyby żadnego wpływu na moje poglądy. Sądzę, że moje postępowanie jest w pełni racjonalne. Kiedy bowiem argumenty przedstawia jako własne profesor B., to otrzymuję nie tylko informację o treści przesłanek i konkluzji, ale również informację, że za tymi przesłankami i konkluzją stoi wiedza i rozumowanie znamienitego fachowca. Moje własne, ułomne rozpoznanie argumentacji jest wsparte tą właśnie informacją i pozwala, po uwzględnieniu i rozważeniu szeregu dodatkowych okoliczności (np. czy profesor B. nie ma powodów do manipulowania), na przeprowadzenie porządnego rozumowania prowadzącego do konkluzji proponowanych przez B. Gdy te same argumenty przedstawia populista, odpowiednie rozumowanie przekonuje mnie, że np. są powody, by domniemywać, że argumentujący nie zna jakichś istotnych faktów, praw itp. albo też ukrywa informacje, które obróciłyby wniwecz jego wywody.
Na zakończenie dodajmy następującą refleksję. Często, pośrednio bądź bezpośrednio, oskarża się metody perswazji o niemoralność. Jednak zdarzają się wypadki, że za niemoralne uznamy właśnie ich poniechanie, oznacza to bezskuteczność w dziele krzewienia prawdy i słuszności. Potrafimy też wyobrazić sobie sytuację, w której podanie nienagannie poprawnego logicznego dowodu twierdzenia miałoby manipulacyjny charakter. Działanie takie może bowiem być sabotażem, ten zaś będzie jego jedynym celem.

Manipulacje komunikacyjne w praktyce: przesłuchanie podejrzanego

Poniższe opracowanie nie powinno być traktowane ani jako podręcznik dla oficerów śledczych, ani tym bardziej jako użyteczny przewodnik dla przestępców. Zawiera ono opis niektórych technik komunikacyjnych stosowanych w przesłuchaniach przez oficerów śledczych. Omówione w nim zostały te tylko metody, które mają charakter manipulacyjny, a przez to stanowią oryginalny materiał ilustracyjny w dyskusji o zjawisku komunikacji interpersonalnej. Wybraliśmy właśnie przesłuchanie (a nie np. wywiad rekrutacyjny) wyłącznie z tego powodu, że w teorii komunikacji temat ten nigdy dotąd nie został wykorzystany.

1. Wprowadzenie

W niniejszym artykule wyrazu manipulacja używamyjako terminu technicznego, pozbawionego pejoratywnej konotacji, którą ma on zazwyczaj w użyciu potocznym. Terminem tym obejmujemy ogół taktyk i trików perswazyjnych, bez względu na ich ocenę moralną. Prywatne zestawy gotowych strategii komunikacyjnych tego rodzaju wypracowują dla własnych celów, doskonaląc je przez cały okres swojej zawodowej aktywności, przedstawiciele wszystkich profesji związanych w jakikolwiek sposób z wpływem społecznym: pracownicy handlu, reklamy, public relations, kadra kierownicza, politycy i nauczyciele, dziennikarze, adwokaci, kaznodzieje itp. Niektóre firmy, np. Amway, podają swoim akwizytorom gotowe listy chwytów manipulacyjnych, o sprawdzonej przez lata praktyki skuteczności, w postaci instrukcji postępowania z klientem. Inne oczekują od swoich pracowników odpowiedniego przygotowania szkolnego. W wielu jednak dziedzinach, np. w polityce i handlu, adepci przeważnie uczą się właściwych technik komunikacyjnych najkosztowniejszą i zabierającą najwięcej czasu metodą prób i błędów.
W każdej sferze życia obowiązują oczywiście dokładnie te samc prawa ogólne dotyczące skuteczności aktów komunikacyjnych, ó charakterze logicznym i psy-chologicznym, opisane w bardzo bogatej literaturze tego przedmiotu. Na przykład, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z reklamą podpasek, czy z homilią, wzrost poziomu szumów spowoduje zmniejszenie zawartości informacyjnej przekazu, a lubiany polityk (podobnie jak lubiany brygadzista, sprzedawca, nauczyciel) wywoła korzystne dla siebie zachowanie odbiorcy łatwiej niż polityk (brygadzista, sprzedawca, nauczyciel) nie lubiany. Zarazem jednak każda sfera wypracowała własne, specyficzne (choć zgodne z zasadami powszechnymi) chwyty perswazyjne. W tym opracowaniu opiszemy niektóre praktyki komunikacyjne wykorzystywane przez oficerów śledczych w trakcie przesłuchań osób podejrzanych w sprawach kryminalnych.

Aspekt perswazyjny pojawia się oczywiście w każdym rodzaju przesłuchania, gdyż „przesłuchanie traktuje się jako złożony, zadaniowy proces komunikacji interpersonalnej”. Wszakże — z punktu widzenia teorii komunikacji — właśnie przesłuchanie podejrzanego, a nie świadka, stanowi sytuację wyjątkowo ciekawą, a to ze względu na grę, jaką prowadzą w nim ze sobą przesłuchujący i przesłuchiwany.
Posunięcia w tej grze determinowane są zarówno diametralną rozbieżnością interesów prowadzącego sprawę policjanta i domniemanego przestępcy, jak też szczególną sytuacją prawną podejrzanego, który przez polski – i nie tylko polski — wymiar sprawiedliwości, z niezupełnie zrozumiałych powodów, traktowany jest bez porównania łagodniej niż świadek, co w gruncie rzeczy oznacza ustawowo usankcjonowaną nierówność ludzi wobec prawa. Świadek np. nie może kłamać ani – z bardzo nielicznymi wyjątkami – odmówić złożenia zeznania, można też wobec niego stosować środki przymusu, podczas gdy podejrzany ma prawo nie składać żadnych wyjaśnień, a gdy z tego prawa nie skorzysta, może do woli i bezkarnie kłamać; kiedy decyduje się nie odpowiedzieć na jakieś pytanie, nie musi nawet podawać powodów odmowy. W konsekwencji

„przesłuchanie podejrzanego jest z reguły działaniem o znamionach kooperacji negatywnej”.

Jeśli w tej dziwnej sytuacji prawnej osoba faktycznie winna decyduje się czasem wyjawić cokolwiek, a niekiedy wręcz przyznać się do popełnienia czynu, o który jest podejrzana, zawdzięczać to można jedynie umiejętnościom komunikacyjnym i przebiegłości przesłuchującego (lub ewentualnie głupocie przesłuchiwanego). Waga owych umiejętności komunikacyjnych organów śledczych jest ogromna, gdyż „w 90% spraw występują głównie dowody osobowe, bo innych w tych sprawach po prostu nie ma”.
Uzyskanie zadowalających informacji od świadka jest o tyle łatwiejsze, że zarówno za odmowę złożenia zeznania, jak i za złożenie zeznania fałszywego grozi mu odpowiedzialność karna i oficer śledczy może bez ceregieli tę możliwość wykorzystać, odpowiednio świadka strasząc. Z tego powodu w dalszych rozważaniach wspomnimy wprawdzie kilkakrotnie o zeznaniach świadków, przede wszystkim jednak będziemy się odwoływać do metod przesłuchania podejrzanych – do sytuacji, które z komunikacyjnego punktu widzenia stawiają przed przesłuchującym o wiele wyższe wymagania. Ma on tu bowiem do dyspozycji wyłącznie techniki perswazyjne, jako że jednoznacznie zakazane są: środki przymusu (fizycznego i psychicznego), groźby i obietnice, wykorzystanie złego stanu zdrowia lub osłabionej odporności psychicznej, hipnoza’, a także narkoanaliza. Dodajmy, że stosowanie tych metod jest niedopuszczalne nawet za zgodą podejrzanego!

2. Struktura przesłuchania

Niektórzy autorzy, trochę na siłę, najwcześniejsze refleksje o wiarygodności wypowiedzi świadków przypisują Arystotelesowi i Cyceronowi. Teoretyczne problemy zeznań badane są systematycznie od niemal dwóch stuleci; na początku XIX w. podobno interesował się nimi nawet słynny francuski matematyk, twórca rachunku prawdopodobieństwa Pierre Laplace’. Friedrich Arntzen, w swojej szeroko cytowanej monografii, pierwszą próbę stworzenia psychologii zeznań jako dyscypliny naukowej datuje na rok 1900. Ciekawe, że mimo tego względnie długiego okresu kształtowania się omawianej dyscypliny polskie opracowania dotyczące techniki przesłuchań (w przeciwieństwie do pozostałych działów kryminalistyki) są zaskakująco ogólnikowe imało konkretne. Poziomem rzeczowości często nie odbiegają one zbyt daleko od wskazówek tego autora, który doradza organom śledczym, aby przesłuchanie podejrzanego cechowała „pomysłowość, kompetencja i wnikliwość”. Bardziej rzeczowy i praktyczny punkt widzenia nie pojawia się nawet w tych pracach, w których tzw. metody przesłuchań stanowią centralny punkt zainteresowania. Mimo wszystko postaramy się w niniejszej części krótko przedstawić pochodzące z prac autorów polskich koncepcje teoretyczne wiążące się z fazami przesłuchania i klasyfikacją stosowanych metod.
Strategie komunikacyjne w przesłuchaniu, czy to świadka, czy podejrzanego, skierowane są na „uzyskanie środka dowodowego”, przez wydobycie od przesłuchiwanego odpowiedzi na „siedem złotych pytań” dotyczących badanej sprawy: Co się wydarzyło, gdzie i kiedy, a ponadto — w jaki sposób i dlaczego doszło do zdarzenia, jakimi środkami dokonano czynu, kto był sprawcą, a kto ofiarą.
O strukturze przesłuchania w pewnej mierze przesądza już kodeks postępowania karnego, który stanowi, iż „osobie przesłuchiwanej należy umożliwić swobodne wypowiedzenie się, a dopiero następnie można zadawać pytania”. Zgodnie z tym artykułem, polscy autorzy konsekwentnie wyróżnia ją w przesłuchaniu następujące fazy: wstępną (w której dokonuje się np. sprawdzenia tożsamości) i końcową (dokumentacyjną), które leżą poza obszarem naszego zainteresowania, oraz dwie fazy zasadnicze, mianowicie „etap swobodnej wypowiedzi i etap szczegółowych pytań”; lub „stadium spontanicznych wyjaśnień i stadium indagacyjne”;
czy wreszcie „etap zeznania spontanicznego i etap pytań”. Te dwie fazy centralne, przynajmniej w odniesieniu do przesłuchania świadków, łączy pewna ciekawa zależność statystyczna: dane uzyskane w fazie wypowiedzi spontanicznych są mniej kompletne, lecz bardziej wiarygodne, przeciwnie niż w fazie pytań szczegółowych, w której otrzymuje się wprawdzie więcej informacji, ale jednocześnie wzrasta w niej ilość informacji błędnych.

Wyodrębniono od pięciu, poprzez osiem lub dziewięć, aż do dwunastu szczegółowych metod przesłuchania. Są to na przykład: metoda częściowego ujawnienia dowodów, metoda całkowitego ujawnienia dowodów (nota bene wyśmiana w pewnej monografii), metoda wykorzystania informacji o podejrzanym, metoda odtworzenia przebiegu zdarzenia, metoda perswazji, w której apeluje się do uczuć lub do rozsądku przesłuchiwanego, metoda wykorzystania sprzeczności w wyjaśnieniach (tzw. reducńo ad absurdum) itp. Istnieją ponadto dwa szczególne rodzaje przesłuchania: konfrontacja i okazanie21. W niektórych podręcznikach dodatkowo wymienia się techniki prawnie niedopuszczalne, czasem też wskazuje się na ograniczenia prezentowanych metod. Na przykład wykorzystanie informacji o podejrzanym, zwane też „metodą wszechwiedzy”, nie robi wrażenia na oswojonych z policyjnymi chwytami recydywistach, a reducńo ad absurdum bywa nieskuteczne w stosunku do podejrzanych o niskiej inteligencji. Jak już wspomnieliśmy wcześniej, sposób prezentacji tej tematyki w polskiej literaturze przedmiotu wydaje się zbyt ogólny i znacznie przeteoretyzowany. Rozważania o „metodach przesłuchania” mają przeważnie charakter czysto klasyfikacyjny i trudno się w nich dopatrzyć praktycznych elementów instruktażowych. Sporo w nich rozmaitych komunałów i pseudo praktycznych porad, jak takie, aby w trakcie przesłuchania „zachować obiektywizm” i „uważnie obserwować podejrzanego”. Dlatego w dalszych partiach niniejszego opracowania oprzemy się głównie na literaturze zagranicznej.

3. Podstawowe taktyki werbalne w przesłuchaniu

W polskich opracowaniach bardzo często pojawia się opinia, iż zamierzonym rezultatem przesłuchania niejest przyznanie się przesłuchiwanego, lecz ustalenie prawdy: „w żadnym razie uzyskanie przyznania się podejrzanego do zarzucanego mu czynu nie może być ani podstawowym, ani wyłącznym celem przesłuchania”. W dzisiejszym prawodawstwie bowiem „przyznanie się do winy utraciło wagę koronnego środka dowodowego”, którą jako „królowa dowodów” (confessio est regina probationum) miało w prawie rzymskim. Wagę tę utraciło ono jednak wyłącznie w sali sądowej, w śledztwie natomiast do dziś – tak samo jak dwa tysiące lat temu — przyznanie się stanowi zazwyczaj moment najważniejszy i przełomowy. Tego prostego faktu nie ignorują na ogół autorzy zachodni. Uzyskanie przyznania się do winy traktują oni, nie owijając w bawełnę i bez zbędnej hipokryzji, jako główny cel przesłuchania co najmniej na tym etapie, w którym prowadzący śledztwo sam, w sensie subiektywnym, jest już przekonany, iż podejrzany popełnił zarzucany mu czyn.
Jeżeli ktoś występuje w roli podejrzanego, a nie świadka, to siłą rzeczy muszą istnieć jakieś materialne okoliczności wskazujące na jego winę. Te materialne dowody mogą jednak być bardziej lub mniej przekonywające i w rezultacie prze¬świadczenie przesłuchującego o winie przesłuchiwanego może byś silniejsze lub słabsze. W takiej sytuacji, gdy owo przeświadczenie jest względnie słabe, zale¬ca się przede wszystkim — wzorowaną na metodach badań poligraficznych — tzw. analizę behawioralną i zwracanie bacznej uwagi na symptomy kłamstwa (ten problem omówimy szczegółowo w części 5) oraz stosowanie tzw. taktyki przynęty.
Pytanie-przynęta tak jest zbudowane, aby sugerowało istnienie dowodu winy, który w rzeczywistości może nie istnieć. Celem takiego pytania jest zasianie wątpliwości w umyśle podejrzanego, o ile jest on faktycznie winny: powinien on, choć przez chwilę, zwątpić w opłacalność kłamstwa. Przynęty bądź suge¬rują znajomość pewnych faktów, podczas gdy w rzeczywistości przesłuchują¬cy odpowiedniej wiedzy nie posiada, bądź odwrotnie – sugerują nieznajomość faktów w rzeczywistości przesłuchującemu znanych. Pierwszy chwyt może sprowokować ujawnienie prawdy, drugi zaś stanowi ukrytą zachętę do kłam¬stwa, dającego się wykorzystać w dalszych etapach przesłuchania. Konstruk¬cja przynęty widoczna jest w kilku poniższych przykładach, nawiązujących do sytuacji z autentycznych śledztw.
Załóżmy, że w sprawie o zabójstwo Marii Kowalskiej podejrzany twierdzi, że przebywał we własnym mieszkaniu w owej chwili, gdy czyn został popełnio¬ny; załóżmy też, że przesłuchujący w danej fazie śledztwa nie jest jeszcze całko¬wicie przekonany o winie przesłuchiwanego. Wówczas pytanie o to, czy prze¬bywał on wtedy akurat w okolicy domu Kowalskiej, nie ma sensu, gdyż na pewno, niezależnie od winy czy niewinności podejrzanego, spotka się ono z na¬tychmiastowym zaprzeczeniem, nie posuwając sprawy do przodu. Lepsze w tej sytuacjijest właśnie pytanie-przynęta, np. takie: „Czy wyobraża pan sobie jakiś powód, dla którego jeden z sąsiadów zamordowanej mógłby twierdzić, że wi¬dział pana w tym czasie w pobliżu jej domu?”. Dobrym posunięciem jest dodanie zastrzeżenia: „Wcale nie oskarżam pana o morderstwo. Być może przechodził pan tamtędy przypadkowo”. Oczywiście, pytanie takie można zadać także wtedy, a może nawet zwłaszcza wtedy, gdy prowadzący sprawę żadnym tego rodzaju zeznaniem sąsiada nie dysponuje. Rozważmy możliwe reakcje podejrza¬nego. Jeśli jest on niewinny i naprawdę był w krytycznym momencie we wła¬snym mieszkaniu, wówczas natychmiast, i to ostro, zaprzeczy możliwości, aby ktokolwiek widział go w pobliżu domu denatki: on przecież wie, że nikt go tam widzieć nie mógł. Sytuacja podejrzanego, który jest faktycznie winny, przedsta¬wia się inaczej: on z kolei wie, że był na miejscu zbrodni, musi więc co najmniej rozważyć możliwość, iż ktoś go tam widział. Nawetjeśli ostatecznie dojdzie do wniosku, że to niemożliwe, zaprzeczenie nie będzie ani tak szybkie, ani tak gwał¬towne, jak osoby niewinnej. Gdy zaś uzna, że ktoś jednak mógł go widzieć, zapewne powie: „Przepraszam, zupełnie zapomniałem. Wyszedłem wtedy na chwilę po gazetę – tam w pobliżu jest kiosk. Ale zaraz wróciłem do domu”. Zbędne byłoby dodawać, że po tego rodzaju reakcjach podejrzany, z osoby o nie do końca ustalonej winie, staje się automatycznie osobą o winie subiektywnie pewnej, choć oczywiście taka sytuacja w przesłuchaniu nie stanowi jeszcze dowodu.
Pytanie-przynęta może zostać zadane w praktycznie dowolnej sytuacji, a za¬warta w nim sugestia może mieć różną siłę. Jego istotą jest to, że osoba faktycz¬nie winna musi się zastanowić i wymyślić odpowiedź, podczas gdy osoba niewin¬na może udzielić odpowiedzi bez namysłu. Oto kilka dodatkowych przykładów takichpytań: „Niedługo zdejmiemy odciski palców z sejfu. Czy wśród nich mogą się znaleźć pańskie? Może kiedyś niechcący dotknął pan tego sejfu?”; „Czyjest pan pewny, że nikt nie widział pana jadącego samochodem, który mógł być pańską granatową corollą, w rejonie wypadku ok. godz. 20.30? Pewnie prze¬jeżdżał pan tamtędy przypadkiem i zapomniał pan o tym”; „Jakpan myśli, gdzie w ubiegłym tygodniu nasz świadek mógł pana widzieć w towarzystwie Jana Nowaka?”. Na to ostatnie pytanie tylko osoba nie mająca żadnych związków z Nowakiem odpowie krótko i natychmiast: „Nigdzie!”.
Przynętę może też stanowić propozycja fikcyjnego zadość uczynienia, np. o postaci następującej:
„Nawet jeśli to nie pan ukradł, najlepiej byłoby, gdyby pan zwrócił jakąś sumę poszkodowanemu, powiedzmy – połowę całej kwoty. Może wtedy się odczepi i wycofa oskarżenie”.
Osobę niewinną taka propozycja oburzy, natomiast winna niekiedy ją przyjmie, zawsze zaś co najmniej ją rozważy. Inne metody stosowane w sytuacji, gdy na gruncie dotychczasowych wyników śledztwa wina podejrzanego nie stała się dla prowadzącego sprawę jednoznacznie przesądzona, omówimy dalej.

W odniesieniu do podejrzanych, których wina wydaje się pewna lub niemal pewna, Inbau, Reid i Buckley25 proponują początkującym oficerom śledczym i prokuratorom opanowanie specjalnej procedury złożonej z dziewięciu kroków. Jejcelem jest uzyskanie od podejrzanego przyznania się do winy w formie możliwej do wykorzystania w sądzie.Dokładna znajomość szczegółów składających się na powyższe „kroki” nie jest konieczna i nie będziemy ich tu przedstawiać, gdyż w przesłuchaniu chodzi nam nie o jego aspekt prawny, lecz komunikacyjny. Z tego zaś punktu widzenia w owej dziewięcioetapowej procedurze
dają się wyodrębnić cztery wyraźne grupy technik, które – prócz pierwszej – w przesłuchaniu nie muszą oczywiście występować koniecznie w przyjętej niżej kolejności.
Grupa pierwsza:   Oskarżenie;
Grupa druga:   Rozgrzeszenie;
Grupa trzecia:   Usprawiedliwienie;
Grupa czwarta:   Prowokacja.

Grupy te opiszemy teraz bardziej szczegółowo.

I. Oskarżenie
Po ewentualnych czynnościach wstępnych przesłuchujący ostro ijasno wyra-ża swoje przekonanie o winie przesłuchiwanego, używając wypowiedzi zbliżo¬nej w formie do następujących: „Panie Wycycki, zgromadzony materiał dowo- dzijednoznacznie, że to pan, w nocy z 14 na 15 sierpnia pozbawił życia Geno¬wefę Kowalską”, „Panie Przycycki, zeznania świadków pogrążyły pana całkowicie: to pan włamał się do sklepu jubilerskiego przy Stawowej”, „Panie Zacycki, na tym etapie śledztwa nie mamy już żadnej wątpliwości, że to pan wziął z kasy kwotę 300 tysięcy złotych”. Ponieważ – przynajmniej teoretycznie – nie można wykluczyć ewentualności, iż podejrzany, skonfrontowany z tak dobitnie wyrażonym zarzutem, z miejsca przyzna się do winy, należy mu taką możliwość zapewnić, tzn. po pierwszym oskarżeniu powinno się zrobić kilku¬sekundową przerwę i uważnie obserwować reakcję. Jednak odpowiedzią naj¬bardziej prawdopodobną będzie oczywiście zaprzeczenie. Werbalnemu zaprze¬czeniu wszakże będą towarzyszyć różne oznaki niewerbalne, w znacznej mie¬rze zależne od tego, czy przesłuchiwany jest winny, czy niewinny. Oznaki te bardziej szczegółowo omówimy dalej, tu ograniczymy się do kilku najbardziej charakterystycznych cech. Przeciętnie biorąc, w przypadku osoby niewinnej: (a) reakcja na oskarżenie jest natychmiastowa, (b) zaprzeczenie wyrażone jest prosto i jednoznacznie, (c) często przyjmuje ono formę nieuprzejmą, lub wręcz niegrzecznąw stosunku do przesłuchującego (np. „Co pan tu bredzi?”); w przy-padku osoby winnej jest odwrotnie: (a) jej reakcja jest opóźniona, (b) często jest formułowana jest w sposób złożony i niejednoznacznie (np. ironicznie: „I kogo jeszcze zabiłem według was?”), a ponadto (c) bywa poprzedzana łagodzącymi jej wymowę zwrotami grzecznościowymi (np. „Bardzo mi przykro, ale nie mogę się z panem kapitanem zgodzić”).
Nawet jeśli reakcja podejrzanego zachwiała przekonaniem przesłuchującego ojego winie, oskarżenie należy powtórzyć i bez zwłoki przejść do kolejnych etapów procedury, nie pozostawiając tym razem czasu na zaprzeczenia i dalsze polemiki. Zresztą do zaprzeczeń absolutnie nie wolno już dopuścić w żadnej z dalszych faz. Pierwsze oskarżenie ma charakter sondy i jest to jedyny mo¬ment, w którym można podejrzanemu pozwolić na bezpośrednią negatywną reakcję. Taktyka niedopuszczania do zaprzeczeń ma źródło w psychologicznym mechanizmie konsekwencji, utrudniającym ludziom wycofanie się z raz podjętej decyzji. W odniesieniu do przesłuchania mechanizm konsekwencji działa w ten sposób, że im częściej da się podejrzanemu okazję do zaprzeczeń i pole¬miki z oskarżeniem, tym trudniej będzie mu potem przyznać się do winy. Konkretne metody zapobiegania zaprzeczeniom podamy w części 4; tu podkreślmy tylko raz jeszcze, że „przesłuchujący powinien czynić wszelkie możliwe wysił¬ki, aby nie dopuścić do wielokrotnego zaprzeczenia oskarżeniu”.

II. „Rozgrzeszenie”
Podstawowym celem taktyk grupy drugiej, nazwanych tu, z braku bardziej pre-cyzyjnego terminu, taktykami rozgrzeszenia, jest zmniejszenie u podejrzanego poczucia winy i poprawienie jego samooceny. Opisane niżej taktyki będą sku-teczne tylko wtedy, gdy zarówno w grupie pierwszej, jak i we wszystkich po-zostałych przesłuchujący zapanuje nad pokusązademonstrowania niechęci w sto-sunku do podejrzanego. Wykluczone jest zatem okazywanie przesłuchiwanemu wrogości, braku szacunku lub poniżanie go w jakikolwiek sposób. Objawy zło¬ści, niecierpliwości i lekceważenia, a także obraźliwy język mogą się u przęsłuchującego (bardzo sporadycznie!) pojawiać wyłącznie jako wykalkulowana stra¬tegia manipulacyjna, starannie wcześniej przygotowana i przećwiczona. Jest nie do pomyślenia, aby były one wynikiem niekontrolowanego wybuchu, gdyż we wszystkich dziedzinach życia takie zachowanie daje, z nielicznymi tylko wyjątkami, wynik niekorzystny dla tej strony aktu komunikacyjnego, która ne-gatywne emocje okazuje.
W tym miejscu może się pojawić następujące pytanie: po co właściwie mamy poprawiać samoocenę u podejrzanego, którego uważamy za winnego, a jedynie poszukujemy jego dowodów winy? Postępowanie takie tylko z pozoru jest nie-dorzeczne. Otóż wbrew potocznemu przekonaniu, za to w zgodzie z teorią dy-sonansu poznawczego28, większe poczucie winy nie ułatwia przyznania się, lecz je utrudnia. Z punktu widzenia skuteczności próby pobudzenie wyrzutów su-mienia byłyby więc czystą amatorszczyzną i stratą czasu. Zalecane jest postę-powanie dokładnie odwrotne, polegające na redukowaniu ewentualnego poczu¬cia winy. Zresztą co do przestępstw kryminalnych, pamiętajmy, że ich sprawcy są często w najwyższym stopniu zdemoralizowani, to też naiwnością byłoby wierzyć, iż uda się wywołać u nich wyrzuty sumienia tak nieznośne, aby mogły one doprowadzić do przyznania się. Aprzy tym – dodajmy tojako ciekawostkę – policjanci uważają przyznanie się do winy wywołane rzekomo wyrzutami sumienia za wybitnie mało wiarygodne. Gdy do takiego przyznania się docho¬dzi, stosują oni rutynowe sprawdzenie prawdomówności przez podsunięcie ja¬kiegoś dodatkowego, fikcyjnego przestępstwa, do którego osoba trapiona jako¬by wyrzutami sumienia często również się przyznaje.
Najogólniejsza instrukcja dla przesłuchujących mogłaby być taka: w ciągu całego przesłuchania należy umożliwić przesłuchiwanemu zachowanie twarzy; gdy dzięki umiejętnym zagraniom przesłuchującego podejrzany „dojdzie do wniosku, że nie jest on taką dziką bestią, jak pierwotnie sam o sobie sądził, będzie mu znacznie łatwiej przyznać się do winy” 29. Jak już sto lat temu pisał Hans Gross, klasyk kryminalistyki:
Byłoby postawąbezlitosną, lub raczej psychologicznym błędem, oczekiwa¬nie od kogokolwiek, że bez wahania i bez zwłoki przyzna się do popełnionej zbrodni. […] Drogę do przyznania się trzeba mu wygładzić, czyniąc to zadanie łatwiejszym.

Przy założeniu, że przesłuchiwany jest winny zarzucanego mu czynu, dla podniesienia jego samooceny (i zredukowania ewentualnych wyrzutów sumienia) w omawianej obecnie drugiej fazie przesłuchania stosuje się m.in. takie techniki werbalne, których celem jest wyrobienie u podejrzanego przekonania, iż:
(A)   każdy na jego miejscu postąpiłby tak samo;
(B)jego czyn nie był aż tak zły, jak mu się wydaje;
(C) czyn ten popełnił kierując się szlachetnymi pobudkami.

Sposób zastosowania taktyk (A), (B) i (C) w konkretnych sytuacjach zależy od rodzaju sprawy i wymaga każdorazowo starannego przygotowania. Ogólny cel tych chwytów jest jednak zawsze taki sam, a ich konstrukcję wystarczająco wyjaśniają poniższe typowe przykłady.

Ad. A) Istotą tej techniki jest odwołanie się do rzekomej powszechności danego rodzaju przestępstwa. Zgodnie bowiem z zasadą społecznego dowodu słuszności30 łatwiej rozgrzeszyć się przed sobą samym z czynu, który popełniło również wielu innych ludzi, choć oczywiście z prawnego punktu widzenia po¬wszechność nie jest żadnym usprawiedliwieniem. W jednej ze spraw o dokona¬nie gwałtu na nieletniej oficer śledczy spowodował przyznanie się przez wmó¬wienie podejrzanemu, że molestowanie nastolatek jest tak powszechne, iż on sam (ów oficer) wielokrotnie dokonywał w młodości różnych lubieżnych czy¬nów, których obiektem były – bez ich przyzwolenia – jego koleżanki z młod¬szych klas. Z kolei w sprawie ucieczki sprawcy z miejsca wypadku drogowe¬go Inbau, Reid i Buckley zalecają przedstawienie podejrzanemu następującej „wer¬sji rozgrzeszającej”:
Osobiście jestem przekonany, że taki człowiek jak pan nigdy nie zrobiłby czegoś takiego z rozmysłem. Myślę, że wiem, co się stało. Pański samochód w coś uderzył. Nie był pan pewien, co to było, choć miał pan może wątpliwości; poddał się pan panice i odjechał. Teraz wie pan już, że postąpił pan źle. Niczym się pan nie różni od wszystkich innych ludzi i – w takich samych okolicznościach — ja też prawdopodobnie zrobiłbym to samo, co pan. Jednak teraz, gdy szokjuż minął, powinien pan, jako prawy obywatel, wyznać, co się zdarzyło naprawdę. Jest oczywiste, że nie zrobił pan tego z premedytacją.
Naturalnie, przedstawiony w ostatnim zdaniu pogląd, iż ucieczka nie była rozmyślna, nie musi być wyrazem szczerego przekonania przesłuchującego. Na początku zawsze chodzi tylko o potwierdzenie przez podejrzanego jakiegoś – choćby bardzo drobnego — związku ze sprawą.

Ad. B) Ta technika polega na przedstawieniu danego czynu jako całkowicie możliwego do zaakceptowania — choć może nie z prawnego, lecz na pewno z moralnego punktu widzenia. Na przykład w odniesieniu do zabójstwa na tle seksualnym celowe będzie podsunięcie podejrzanemu takiego wariantu wyda¬rzeń, w którym ofiaraposzłaz nim dobrowolnie, po czymzmieniłazdanie i nagle zaczęła bez powodu krzyczeć, do zabójstwa zaś doszło „niechcący”, podczas próby uciszenia krzyków ofiary. Nawet jeśli taka wersja wypadków jest całko¬wicie nieprawdopodobna, podejrzany — jeżeli jest winny — może się jej uchwycić, gdyż sugerowana tu zmiana w stosunku do rzeczywistych wydarzeń jest dla niego korzystna: zbrodnie na tle seksualnym są w dzisiejszych czasach powszechnie ocenianejako bardziej niegodziwe niż jakiekolwiek inne. Oczywiście, również w tym wypadku wydobycie przyznania się do „nieumyślnego zabójstwa” to tyl¬ko pierwszy krok pewnej serii manipulacji. Jeśli podejrzany zaprzeczał dotąd jakimkolwiek związkom z ofiarą, to lepsze jest takie przyznanie niż żadne. Po nim przyjdzie kolej na wydobycie wyznań bardziej obciążających.
Zmianę oceny moralnej można uzyskać nie tylko przez odwrócenie kwalifi¬kacji czynu (np. z przestępstwa planowanego na nieplanowane). Zabiegiem po¬średnim między techniką (A) i techniką (B) jest powołanie się na to, że dany rodzaj przestępstwa bywa popełniany przez tzw. szanowanych obywateli („Nie¬potrzebnie się pan tak zagryza. Kradzież to w końcu nic takiego – kradną nawet senatorzy, ministrowie i księża”.).

Ad. C) Istotą tej techniki jest podpowiedzenie podejrzanemu rzekomej przyczyny popełnienia przez niego przestępstwa, mniej nagannej niż przyczyna fak¬tyczna, lub motywu bardziej szlachetnego niż rzeczywisty. Często wykorzystywanym chwytem bywa tu sugestia, że czyn został popełniony pod wpływem narkotyków lub alkoholu, w stanie niepełnej poczytalności, wreszcie pod przymusem. Również przestępcy działający z zemsty są w niektórych kręgach ła¬twiej rozgrzeszani niż przestępcy działający z chęci zysku; umiejętnie zasugero¬wanego motywu zemsty szczególnie chętnie uchwycą się podejrzani w spra¬wach o pobicie, zabójstwo i podpalenie. Kiedy mamy do czynienia z rabunkiem i chęci zysku nie da się zaprzeczyć, pomocna może być sugestia, że pochodzą¬ce z rabunku pieniądze były podejrzanemu niezbędnie potrzebne dla jakichś wyższych celów, np. na operację matki, na wykształcenie dzieci lub na pokrycie honorowego długu. W sprawach o zabójstwo bardzo dobre wyniki daje wyra-żenie przypuszczenia, iż podejrzany działał w samoobronie, nawet gdy taka wersja jest absolutnie nierealna:
Joe, przypuszczam, że nie wyszedłeś z domu po to, żeby odnaleźć tego gościa i zrobić mu to, co zrobiłeś. Myślę jednak, że obawiałeś się czegoś z jego strony i dlatego wziąłeś pistolet — dla własnej ochrony. Wiedziałeś jaki on jest – kawał sukinsyna. A kiedy go spotkałeś, on zapewne powiedział coś bardzo obraźliwego i zrobił taki ruch, jakby sięgał po broń. W tej sytuacji musiałeś działać w obronie własnego życia. Czy to tak mniej więcej przebiegło, Joe?
Jak we wszystkich omawianych chwytach, jeśli podejrzany da się złapać na ten haczyk, to pierwszy krok został zrobiony – wiadomojuż na pewno, że to on popełnił czyn. Gdy podejrzany spisze (i podpisze!) tę wersję swojego wyjaśnienia, można spokojnie przejść do próby wykazania, że jednak działał on z rozmy¬słem i zabójstwo zostało przez niego z góry zaplanowane.

III. „Usprawiedliwienie”

O ile w manipulacjach drugiej grupy chodzi o zmniejszenie naganności czynu, którego popełnienie zarzuca się podejrzanemu, o tyle grupa trzecia zawiera chwy¬ty zmierzające do całkowitego lub częściowego zdjęcia z niego odpowiedzialno¬ści za ten czyn. W praktyce efekt ten osiąga się przez przerzucenie winy bądź na pechowe okoliczności sprawy i szczególną sytuację (np. ekonomiczną) po¬dejrzanego, bądź najego wspólników, rodzinę, a nawet na ofiarę przestępstwa33. W nieco karykaturalnym uproszczeniu rzecz przedstawia się następująco: tak¬tyki grupy drugiej mają na celu wmówienie podejrzanemu, że jego czyn właści¬wie nie był w ogóle przestępstwem, taktyki grupy trzeciej zaś zmierzajądo wmówienia mu, że „faktyczną” odpowiedzialność za ten czyn ponosi w gruncie rze¬czy ktoś inny. Po zastosowaniu chwytów z tych grup osoba, która faktycznie popełniła przestępstwo, powinna się poczuć usprawiedliwiona i rozgrzeszona.
Psychologiczną podstawę skuteczności omawianych obecnie technik sta-nowi fakt, że nikt nie lubi być jedyną osobą odpowiedzialną za jakieś fatalne zdarzenie. Naturalnym w takich wypadkach odruchem, zgodnym z teorią dysonansu poznawczego, jest poszukiwanie współwinnych, przeważnie wyimaginowanych. Przesłuchujący powinien ułatwiać podejrzanemu te poszukiwania. I Za każdym razem, gdy podpowiada on jakiegoś rzekomego dodatkowego wino¬wajcę, zdejmuje on z podejrzanego część odpowiedzialności i usprawiedliwia go wjego własnych oczach, stwarzając tym samym korzystniejsze warunki do przyznania się. Zauważmy tu na marginesie, że w przesłuchaniu podejrzanego chodzi przecież tylko o uzyskanie jego przyznania się do popełnienia czynu. To, czy poczuwa się on przy tym do winy, powinno być organom śledczym najzu¬pełniej obojętne. Podamy teraz kilka przykładów typowych chwytów należą¬cych do tej grupy taktyk komunikacyjnych.
Kiedy chodzi o gwałt, zrzucenie winy na ofiarę może przebiegać następująco:
John, ta dziewczyna świetnie się bawiła, gdy pozwoliła ci całować się i dotykać piersi. Jej to wystarczało. Ale mężczyźni są skonstruowani inaczej. Mężczyznę można bezkarnie drażnić i podniecać tylko do pewnej granicy; gdy ta granica zostanie przekroczona, podniecenie musi znaleźć ujście. Dziew¬czyna powinna zdawać sobie z tego sprawę i jeśli nie chciała iść na całość, powinna się była zatrzymać znacznie wcześniej i nie robić z tobą tego wszystkiego, co ta laseczka robiła.
W sprawie o molestowanie dziesięcioletniej dziewczynki przez pięćdziesię¬cioletniego mężczyznę prowadzący śledztwo zasugerowałpodejrzanemu, iż ofiara musiała już wiedzieć wszystko o seksie z TV, filmów, od kolegów z podwórka itp., tę wiedzę zaś wykorzystała, aby podejrzanego celowo podniecać po to tyl¬ko, żeby zobaczyć, co on zrobi. Cel zastosowanego chwytu został osiągnięty i podejrzany przyznał się do zarzucanych mu czynów, trzymając się zasugero¬wanej wersji, iż wina leżała po stronie dziecka. Zgodnie z przewidywaniami umknęło jego uwagi to, że nawet gdyby wersja taka była prawdziwa, w oczach sądu w niczym nie zmniejszało tojego odpowiedzialności. Podobnie można prze¬rzucić ciężar winy na okradzionego pracodawcę (mało płacił i pomiatał pracow¬nikami), na pobitego przechodnia („to on zaczął”), czy choćby na pazernych kredytodawców, którzy nieludzko wysokimi odsetkami od zaciągniętej pożyczki „zmusili” podejrzanego do rabunku czy malwersacji. Oto interesujący przykład przerzucenia głównego ciężaru winy na wspólnika, pochodzący z autentycznej sprawy o podpalenie dużego i ubezpieczonego na znaczną sumę budynku. Pod¬palaczem okazał się jeden z pracowników firmy zajmującej budynek przed wy¬padkiem. W śledztwie stwierdził on, że ogień podłożył na prośbę właściciela
firmy. Ponieważ aresztowany na tej podstawie właściciel początkowo nie przy¬znawał się do winy, przesłuchujący oficer zastosował taktykę trzeciej grupy:
Wszyscy wiemy — i pan też o tym wie — że w tym, co pański pracownik mówi o podłożeniu ognia, jest nieco prawdy. Ale wiemy także, że człowiek pańskiego pokroju nie zrobiłby czegoś takiego, gdyby nie zostało mu to przez kogoś zasugerowane. Wygląda mi na to, że ten facet, który u pana pracował, sam wpadł na ten pomysł. Wiedział, że jest pan w finansowym dołku, a nie chciał stracić dochodów. Może też szukał czegoś więcej, kto wie. Na ile go poznałem, mógł to zrobić choćby tylko po to, żeby wpędzić pana w kłopoty. Może chciał wyrównać z panem rachunki za coś, co mu pan kiedyś zrobił? Tego nie wiemy i nie będziemy wiedzieć, dopóki nam pan tego nie powie. Jednak wiemy tyle: budynek podpalono; zrobił to pański pracownik; twierdzi on, że pan kazał mu to zrobić. Wiemy też, że nie powiedział pan całej prawdy35.
Pod wpływem tej przemowy podejrzany przyznał, że wiedział o planach podpalenia budynku i jedynie im nie zapobiegł. Zgodnie z sugestią prowadzące¬go śledztwo potwierdził on, że podpalenie było pomysłem pracownika, anie jego samego. Oczywiście, podobnie jak w poprzednich przykładach, przyzna¬nie się podejrzanego do jakiegoś związku z przestępstwem stanowiło tylko pierwszy wyłom w jego dotychczasowej taktyce, polegającej na całkowitym odrzucaniu oskarżenia. Gdyby się tej taktyki trzymał do końca, być może wykręciłby się od kary. Kiedyjednak ów pierwszy wyłom został zrobiony, przesłuchujący z łatwością wykazał podejrzanemu, że koncepcja, iż to pracownik sam wpadł na pomysł podpalenia swojego miejsca pracy, nie trzyma się kupy, uzyskując ostatecznie bezwarunkowe przyznanie się do winy.
W gruncie rzeczy odpowiedzialność za czyn popełniony przez przesłuchiwaną osobę można próbować zwalić na kogokolwiek, kto ma lub miał jakiś związek z podejrzanym: na żonę, dzieci, teściów, sąsiadów, a nawet na urząd skarbowy, rząd czy policję – jest to wyłącznie kwestia pomysłowości przesłuchującego oficera. Oto przykład takiego manewru w sprawie o defraudację: –
Joe, wiemy, że twoja żona domagała się od ciebie więcej pieniędzy, niż zara¬biasz. Zależało ci na niej i chciałeś dać jej to wszystko, o co prosiła – choć tyle nie miałeś. Zrobiłeś to dla niej, a nie dla własnej korzyści. O to wszystko, co od ciebie dostała, nie miała prawa cię w ogóle prosić. Teraz pewnie to zrozumiała i powinna stać przy tobie w tej ciężkiej chwili. Joe, nadszedł czas, abyś powiedział prawdę.3′
Ogólnym zaleceniem przy stosowaniu taktyk grupy trzeciej jest wyraźne okazywanie podejrzanemu zrozumienia i współczucia w związku z fatalną sytuacją, w którą został on wciągnięty (ma się rozumieć – bez własnej winy) przez pechowy zbieg okoliczności lub przez wspólnika, żonę, przełożonego itd.

IV. Prowokacja

W trzech dotychczas opisanych fazach przesłuchania na ogół uzyskuje się od przesłuchiwanego wartościowe informacje, pozwalające wyrobić sobie jaśniej¬szy pogląd na przebieg wypadków. Nawet jednak wtedy, gdy taktyki „rozgrze¬szenia i usprawiedliwienia” nie doprowadziły wprost do rozstrzygających rezul¬tatów, zwiększają one podatność podejrzanego na chwyty komunikacyjne gru¬py czwartej, prowokujące bezpośrednio do przyznania się, a przynajmniej do złożenia wyjaśnień pożądanych przez prowadzącego śledztwo. Najlepszy mo¬ment dla zastosowania tych chwytów nadchodzi wtedy, kiedy podejrzany rezy¬gnuje z prób zaprzeczania oskarżeniu, zaczyna zaś siedzieć cicho i potulnie słu¬chać. Poniżej wymieniamy cztery najpopularniejsze taktyki czwartej grupy, ale oczywiście każdy doświadczony oficer śledczy ma w zanadrzu wiele innych skutecznych rodzajów prowokacji:
A)   sugerująca alternatywa;
B)   przesadzone oskarżenie;
C)   dobry i zły policjant;
D)   sprowokowanie konfliktu ze wspólnikiem lub świadkiem.

Ad. A) W tej technice daje się podejrzanemu do wyboru propozycję dwóch alternatywnych wyjaśnień okoliczności przestępstwa, z których jedno stawia go, zarówno w sensie prawnym jak i moralnym, w sytuacji wyraźnie gorszej niż drugie. Sugerująca alternatywa przyjmuje przeważnie postać pytania, które jest tak zbudowane, aby jedna z dwóch możliwych odpowiedzi wiązała z popeł¬nieniem przestępstwa czynnik błędu lub fatalnego przypadku i wykluczała premedytację, np. „Czy strzelałeś z rozmysłem, po to, żeby zabić, czy może pistolet wypalił przypadkowo?”. Z oczywistych powodów łatwiej jest przyznać się do błędu niż do celowego przestępczego działania. Praktyka dowodzijednak, że po zadaniu takiego pytania nie wystarczy po prostu czekać na odpowiedź. Lepsze skutki uzyskuje się, gdy przesłuchujący wyrazi zarazem głębokie przekona¬nie, że właśnie korzystniejsza z dwóch przedstawionych w alternatywie wersji jest tą, która wydarzyła się naprawdę, i będzie wywierał presję, aby przesłuchi¬wany za tą wersją się opowiedział. Oto przykład takiego postępowania:
Joe, użyłeś tych pieniędzy dla zapłacenia zaległych domowych rachunków, czy też wydałeś je na hazard? (…) Nie wyglądasz na człowieka, który zrobiłby coś takiego po to, żeby zdobyć pieniądze na hazard. (…) Jestem pewien, że przeznaczyłeś pieniądze dla swojej rodziny, na zapłacenie rachunków. Zrobiłeś to dla rodziny, prawda, Joe?”
Pytanie zawierające sugerującą, alternatywę nie może podawać w wątpli-wość faktu, iż to właśnie przesłuchiwany jest sprawcą. Nie jest ono, i pod żadnym pozorem nie może być, pytaniem o to, czy podejrzany popełnił dany czyn, lecz o to, dlaczego ten czyn popełnił. Taka budowa sprawia, że kto decyduje się na nie odpowiedzieć przez wybór jednego, choćby i korzystniej-szego członu sugerowanej alternatywy, ten w istocie przyznaje się, a kwestią dyskusyjną pozostaje jedynie stopień jego winy. Gdy ten stan został osiągnię¬ty, można w którymś z dalszych etapów powrócić do członu początkowo pozornie odrzuconego, zawierającego tę gorszą wersję wydarzeń. Oto przykład takiej alternatywy, której odrzucony składnik może łatwo stać się przed¬miotem ponownej analizy, kiedy tylko podejrzany wybierze człon dla siebie dogodny: „Czy to ty przyniosłeś pistolet na miejsce zdarzenia, czy też przy¬niósł go któryś z twoich kolegów?”. Przy tej okazji zwróćmy uwagę na to, że pytający użył słów „miejsce zdarzenia”, a nie np. „miejsce zbrodni”. Nie jest to przypadek. Generalnie rzecz biorąc, w przesłuchaniu w ogóle, ajuż zwłaszcza w pytaniach alternatywnych, należy unikać słów o silnym negatywnym nacechowaniu, gdyż wywołują one opór osoby przesłuchiwanej i skłaniają ją do ostrożności.

Ad. B) Psychologiczne działanie techniki przesadzonego oskarżeniajestpo- dobne do działania opisanej wyżej alternatywy, gdyż – podobniejak tamta – daje ona podejrzanemu do wyboru mniejsze i większe zło. Chwyt ten polega na oskar¬żeniu przesłuchiwanego o popełnienie przestępstwa cięższego, niż to naprawdę miało miejsce, np. o kradzież sumy znacznie większej niż faktyczna, lub dodat¬kowych przedmiotów, które w rzeczywistości nie zostały wyniesione podczas rabunku, przypisanie podejrzanemu serii zabójstw zamiast jednego itp. Przesłu¬chiwany w takiej sytuacji woli niekiedy szybko przyznać się do prawdziwej wersji zdarzenia, mniej dla niego niebezpiecznej, niż ryzykować posądzenie o czyn niepopełniony. W praktyce ten fragment przesłuchania może przebiegać np. następująco:
Przesłuchujący:   Poszkodowany twierdzi, że wziął pan z tej szuflady
bardzo dużąkwotę, zdaje się, że do 48 000 zł, albo coś koło tego.
Przesłuchiwany: Ależ panie poruczniku, tam nie było nawet pięciu ty-sięcy!
Zauważmy, że wtręty w rodzaju „do 48 000″ czy „coś koło tego”, odbierają wypowiedzi przesłuchującego cechy jawnego kłamstwa, gdyż oczywiście kwota 5000 zł mieści się w przedziale „do 48 000 zł”.

Ad. C) Technika dobry-zły policjant jest powszechnie znana, ograniczymy się więc tylko do krótkiego komentarza. W zasadzie metoda ta wymaga udziału dwóch przesłuchujących. Jeden, zazwyczaj niższy stopniem, odgrywa rolę przy¬jaznego, wyrozumiałego i współczującego, drugi zaś, zwykle rzeczywisty lub fikcyjny przełożony pierwszego, zachowuje się grubiańsko, udaje wściekłość i zdecydowanie wrogie nastawienie do podejrzanego. „Dobry policjant” stara się mitygować obelżywe zachowanie „złego policjanta” i momentami pozornie staje w obronie podejrzanego. Uzyskuje się w ten sposób korzystny z punktu widzenia podatności na perswazję efekt tzw. huśtawki emocjonalnej38. W pew¬nym momencie „zły policjant” wychodzi na chwilę z pokoju, pozwalając sobie naparę niepochlebnych uwag zarówno pod adresem przesłuchiwanego, jak i me¬tod stosowanych przez drugiego przesłuchującego. Po jego wyjściu „dobry po-licjant” szybko proponuje podejrzanemu rodzaj konspiracji przeciw „złemu po¬licjantowi”, zwracając się do podejrzanego w tonie zbliżonym do następujące¬go: „Cieszę się, że nic mu pan nie powiedział. On tu wszystkich tak traktuje, to prawdziwy kawał chama. Jeżeli powie mi pan teraz prawdę, to pokażemy mu, kto tu jest człowiekiem. Damy mu lekcję przyzwoitości”.
Metodę tę stosuje się z dobrym skutkiem przede wszystkim wtedy, gdy podejrzany zachowuje się apatycznie i nie nawiązuje dialogu z przesłuchującym, ograniczając się do zaprzeczeń. Wtedy właśnie na scenę wkracza „zły poli¬cjant”. Wadą tej techniki jest to, że obecnie wszyscy ją doskonale znają np. z filmów sensacyjnych, i przez to niewielu da się na nią nabrać. Lepsze skutki w dzisiejszych czasach daje odgrywanie obu ról wyżej naszkicowanej komedii przez lego samego przesłuchującego. W jednym momencie finguje on złość („Do diabła z tobą. Myślałem, że jesteś przyzwoitym człowiekiem, ale widocznie się myliłem. Nie obchodzi mnie, co się z tobą stanie”), w następnym uspokaja się („Święty straciłby cierpliwość. Ale myślę, że jest dla ciebie iskierka nadziei”), a nawet przeprasza za swoje zachowanie („Nie wiem, co mi się stało. Pierwszy raz straciłem panowanie nad sobą”). Cykl ten, powtarzany kilkakrotnie, powo¬duje huśtawkę nastrojów dokładnie tak samo, jak w wykonaniu dwóch osób i wytwarza u podejrzanego skłonność do udzielania potrzebnych przesłuchują¬cemu informacji po prostu dlatego, że owocują one sympatyczniejszą atmosferą.

Ad. D) Konflikt ze wspólnikami lub świadkami wywołuje się po to, aby pod wpływem irytacji i poczucia niesprawiedliwości podejrzany powiedział coś wię¬cej, niż pierwotnie zamierzał. Cel ten osiąga się np. przez zasugerowanie, a w sprzyjających okolicznościach po prostu poinformowanie podejrzanego, że wspólnik (lub świadek) powiedział coś niesłusznie go obciążającego, albo że podejrzanego oszukańczo wykorzystywał przed sprawą dla swoich egoistycz¬nych celów, skrzywdził go przy podziale łupu, flirtował zjego żonąitp. Gdy w przestępstwie uczestniczyło dwóch lub więcej współsprawców, na ogół lep¬sze wyniki daje zastosowanie tej metody w stosunku do sprawcy o najmniej¬szym kryminalnym doświadczeniu i najniższym stopniu demoralizacji, ewentu¬alnie w stosunku do tego, którego udział w zdarzeniu był względnie niewielki. Przesłuchujący może nawet wyraźnie zaznaczyć, że uważa danego podejrzane¬go za najmniej winnego, wbrew temu co mogą jakoby mówić o nim inni uczest¬nicy zdarzenia. Jeśli metody tej używa się jako blefu, a opiera się na rzeczywi¬stej informacji pochodzącej od świadka lub wspólnika, istnieje niebezpieczeń¬stwo rozpoznania fałszu przez podejrzanego i zmarnowania psychologicznych efektów wcześniejszych stadiów przesłuchania. Z tego powodu powinna ona być stosowana dopiero wówczas, gdy zawiodły wszystkie inne sposoby – jako; ostatnia deska ratunku.

4. Pomocnicze techniki werbalne

Z ogólnej teorii perswazji wiadomo, że komunikat perswazyjny oddziałuje na odbiorcę bądź w trybie centralnym, bądź peryferyjnym3′. Taktyki przedstawio¬ne w poprzednim paragrafie wykorzystują zdecydowanie ten drugi tryb, gdyż ich istotąjest gra na emocjach. Oczywiście, taki sposób postępowania nie we wszystkich sytuacjach śledczych jest odpowiedni. W stosunku do podejrzane¬go o niskiej wrażliwości, za to o wysokiej inteligencji, lepsze rezultaty daje poważne, logiczne rozumowanie, w którym — najogólniej mówiąc — dowodzi się, że wyjawienie prawdy będzie dla niego korzystniejsze niż jej ukrywanie. Tak więc gdy prowadzący sprawę oficer ma silne atuty merytoryczne, których roz¬ważenie jest w zasięgu intelektualnych możliwości podejrzanego, można – i należy – stosować „taktykę” polegającą na rzeczowej argumentacji, która z natury rzeczy nie ma charakteru manipulacyjnego (dlatego nie stanowi przedmiotu naszych obecnych rozważań).
Ponieważ czytelnik niniejszego artykułu z pewnością zna wszystkie ważniejsze reguły sztuki uzasadniania twierdzeń, nie będziemy tu ich omawiać. Po¬prawna argumentacja w sprawach kryminalnych niczym się nie różni od argumentacji dotyczącej czegokolwiek innego. Przypomnijmy więc tylko, że jedną z podstawowych metod skutecznego (w sensie logicznym) przekonywania jest wykorzystanie wewnętrznych sprzeczności i niezgodności z faktami, które to cechy nieodwołalnie pojawiają się w wypowiedziach, kiedy przesłuchiwany kłamie. Dla inteligentnych osób przyłapanie na kłamstwie zazwyczaj stanowi samo w sobie silną zachętę do mówienia prawdy. Także jednak w odniesieniu do ta¬kich osób nie zawadzi początkowe „przygotowanie artyleryjskie” w postaci za¬stosowania chwytów opisanych w poprzedniej części. Warto też zawsze – na¬wet wtedy, gdy w danej sprawie dysponuje się tzw. niezbitymi dowodami (któ¬re ostatecznie aż nazbyt często okazują się nie takie mocne, jak sądziliśmy) – pamiętać, że „powodzenie przesłuchania zależy m.in. od tego, wjakim stopniu pracownik śledczy zdoła nawiązać kontakt z podejrzanym oraz pozyskać jego zaufanie”40.
We wszystkich fazach przesłuchania mogą wystąpić dwie sytuacje wyma-gające reakcji werbalnych szczególnego rodzaju. Pierwsza polega na tym, że przesłuchiwany systematycznie ponawia niepożądane próby odpierania zarzu¬tów, druga na tym, że staje się on pasywny i przestaje reagować na słowa prze¬słuchującego. Te dwie sytuacje omówimy teraz bardziej szczegółowo.
Rzadko zdarza się, aby podejrzany po przedstawieniu mu oskarżenia powie¬dział po prostu: „W porządku, złapaliście mnie. Przyznaję się — jestem winny”. Znacznie częściej próbuje on zaprzeczać zarówno samemu oskarżeniu, jak i je¬go różnym faktualnym elementom, zgromadzonym przez policję. Mówiliśmy już, że przesłuchujący nie może dopuścić do wielokrotnego powtarzania za¬przeczeń. Próby takie należy stanowczo i bezceremonialnie przerywać, mówiąc np. „Chwileczkę, jeszcze nie skończyłem”, „Proszę najpierw posłuchać”, „Jeszcze trochę cierpliwości, chcę powiedzieć coś ważnego dla pana”, albo wręcz „Te¬raz ja mówię”, i powtarzając te zdania za każdym razem, gdy zajdzie potrzeba. Wobec podejrzanych, którzy są faktycznie winni, postępowanie takie jest za¬zwyczaj łatwiejsze niż w stosunku do osób niewinnych. Rzecz w tym, że osoba winna ma skłonność do poprzedzania zaprzeczeń jakimś zwrotem grzeczno¬ściowym, np. „Pozwoli pan, że coś powiem…”, „Tu muszę panu porucznikowi przerwać…”, „Proszę posłuchać…” itp. Tak zbudowanym protestom podejrza¬nego nietrudno zapobiec, wpadając mu w słowo jeszcze w fazie owej konwen¬cjonalnej kurtuazji i nie dopuszczając do sformułowania zasadniczej myśli wła¬śnie przez wypowiedzenie jednego z wyżej podanych zdań. Po tym zabiegu powinno się natychmiast przejść do przygotowanej wcześniej legendy „roz¬grzeszającej” lub „usprawiedliwiającej” (czy ewentualnie do niej powrócić, jeśli próba zaprzeczenia wypadła w trakcie jej rozwijania). Jeśli podejrzany jest nie¬winny, to na ogół wyraża swój sprzeciw wprost, zwykle ostrym i niegrzecz¬nym tonem, bez poprzedzania go uprzejmościami. Jednak również w takim wy¬padku przesłuchujący przeważnie może zaobserwować symptomy nadchodzą¬cego zaprzeczenia, tyle że mają one postać sygnałów niewerbalnych: przesłuchiwany kręci głową, wykonuje energiczne ruchy rękami, pochyla się do przodu itp. Na sygnały takie należy reagować identycznie, jak na wyżej opi¬sane zwroty grzecznościowe – nie można dopuścić do nadania zaprzeczeniu postaci werbalnej. Warto jednak wtedy odnotować w pamięci, że zachowanie podejrzanego w jakimś stopniu nie zgadza się z założeniem o jego winie.
Na dalszych etapach przesłuchania, szczególnie w trakcie stosowania taktyk grupy czwartej, u podejrzanego mogąwystąpić oznaki depresji i rezygnacji: prze¬staje mówić, nie nawiązuje kontaktu wzrokowego i siedzi nieruchomo, w pozycji zamkniętej. Kiedy stan taki trwa dłużej, częstym błędem jest przerwanie przesłu¬chania i ofiarowanie podejrzanemu czasu na odpoczynek. Tymczasem małomów- ność i objawy apatii mogą być symptomami nadchodzącego wyznania winy. Na przykład z powodu późnej pory przerwano przesłuchanie, bez wyciągania żad¬nych szczegółów mogących stanowić materialne dowody, zaraz po przyznaniu się podejrzanego do winy (!), ten zaś drugiego dnia, gdy wypoczął, wycofał przy¬znanie się i nie wykazał już więcej skłonności do składania prawdziwych wyja¬śnień. W efekcie prowadzący sprawę był zmuszonyjąumorzyć. Otłowski przy¬tacza następujące dane statystyczne: „większość przesłuchań, w czasie których podejrzani przyznali się do zarzucanych im czynów, trwała dłużej niż 2 godziny, przy czym wszystkie przesłuchania trwające dłużej niż 4 godziny za¬kończyły się pozytywnym rezultatem”. Są więc solidne podstawy do stwier¬dzenia, że „w wielu przypadkach podejrzany ujawniłby prawdę, gdyby przesłu¬chujący chociaż o kilka minut przedłużył przesłuchanie'”.
Gdy podejrzany przejawia pasywny nastrój, Inbau, Reid i Buckley radzą przesłuchującemu: (a) przysuwać się bliżej do przesłuchiwanego, (b) mówić głośniej, z większym przekonaniem i ogólnie — nie dać przesłuchiwanemu ani na chwilę odetchnąć, (c) nie wprowadzać nowego motywu, lecz powracać do najprostszych spośród wprowadzonych wcześniej motywów rozgrzeszających lub usprawiedliwiających, (d) podkreślać, że szczere wyznanie będzie „korzystne dla wszystkich zainteresowanych”, (e) na wszelkie inne sposoby przynaglać podejrzanego do rezygnacji z kłamstwa, okazując mu zarazem sympatię i współ¬czucie, (!) jeśli w tej fazie przesłuchania, co często się zdarza, podejrzany zu¬pełnie się rozkleja, w żadnym wypadku nie wychodzić z pokoju i nie dać mu się wypłakać, lecz poważnym i przyjaznym tonem nakłaniać do wyznania całej praw¬dy. Nade wszystko zaś autorzy ci przestrzegają: „nigdy nie kończ przesłucha¬nia, gdy czujesz się zniechęcony i gotowy do poddania się, lecz jeszcze je kon¬tynuuj przez jakiś czas, choćby przez 10 czy 15 minut'”13. Jak więc widać, w trakcie długotrwałej sesji należy walczyć nie tylko z depresją podejrzanego, lecz także z własną.
Innym problemem są padające ze strony podejrzanego pytania o to, co się z nim stanie, jeżeli wyzna prawdę. Pojawiają się one często jako reakcja na zachęcające taktyki grupy drugiej i trzeciej. Pod żadnym pozorem nie wolno wtedy czynić żadnych obietnic, do których zresztą organ śledczy nie jest ustawowo uprawniony, gdyż o karze rozstrzyga wyłącznie sąd. Uczynienie obietnicy może nawet zniweczyć wartość dowodową zeznania, ponieważ w czasie śledztwa „niedopuszczalne jest czynne wprowadzenie w błąd”4’1. Wzorcowa odpowiedź w takiej sytuacji to: „Trudno mi powiedzieć, co się stanie. O tym zadecyduje sędzia. Ale wiem z doświadczenia, że szczere wy¬znanie jest zawsze najlepsze”. Takie słowa robią dobre wrażenie, gdyż brzmią odpowiedzialnie i uczciwie. Oczywiście, pytanie podejrzanego o to, co go czeka, jeśli przyzna się do winy, jest najlepszym sygnałem, iż przesłuchanie zmierza we właściwym kierunku i możliwość przyznania się podejrzany za¬czyna serio brać pod uwagę.

Wszyscy autorzy zgodnie zalecają, aby w przesłuchaniu zarówno podejrzanego, jak i świadka uparcie dopytywać się o wszystkie, nawet najdrobniejsze szczegóły wydarzeń, które miały miejsce w trakcie przestępstwa, a także wcześniej i później. Gdy np. kobieta twierdzi, że została zgwałcona o godz. 22°°, to powinno się ją poprosić o opis wszystkiego, co nastąpiło pomiędzy 20:00 a 22:30. Jest to pożądane co najmniej z trzech powodów:
(1) Osoba fałszywie oskarżająca zwykle podaje o wiele więcej szczegółów dotyczących czasu przed głównym zajściem i po nim, niż momentu tego zajścia. Odwrotnie postępują osoby prawdomówne, które koncentrują się przede wszystkim na samym przestępstwie.
(2) Rzeczywiste ofiary zwykle opisują swoje stany emocjonalne i odczucia, np. „Wtedy uderzył mnie w twarz i to strasznie bolało”. Osoby oskarżające fałszywie zazwyczaj nie są tak twórcze, aby wyobrazić sobie emocjonalne skutki przestępstwa.
(3) Sprawozdanie, w którym następstwo składników zdarzenia jest przedstawione z absolutną dokładnością, jest bardziej podejrzane niż takie, w którym pewne elementy pojawiają się niezgodnie z ich faktycznym następstwem czasowym.

Na zakończenie tej części wykładu przytoczymy protokół pewnego przesłuchania, którego dramatyzm ma swoje źródło głównie w tym, że zostało ono wzorowo przeprowadzone. W sprawie, o której mowa, osobnik o imieniu Jack był podejrzany o zamordowanie nożem żony, z którą był w separacji, i trójki małych dzieci. Protokół poniższy nie obejmuje pierwszej fazy, czyli fazy oskar¬żenia. Wypowiedzi prowadzącego sprawę oficera (O) i Jacka (J) uzupełnimy własnymi komentarzami wiążącymi dane partie sesji z omówionymi wyżej technikami werbalnymi.
O: Jack, jesteś przyzwoitym człowiekiem i jestem pewien, że chciałeś uczci¬wie postąpić ze swoją żoną. Poszedłeś do jej mieszkania z zamiarem porozma¬wiania o separacji i omówienia spraw finansowych, jak normalna ludzka isto¬ta, ale ona prawdopodobnie zaczęła się z tobą kłócić. Wściekła się i straciła rozum do tego stopnia, że przyparła cię do kuchennego stołu…
[W tej części produkowanej przez oficera legendy (gdyż tak trzeba nazwać przedstawiany przez niego przebieg zdarzenia, niezbyt przecież prawdopodobny) zawarte są zarówno elementy usprawiedliwienia (Jack nie poszedł do mieszkania żony z zamiarem zamordowania jej), jak i rozgrzeszenia (to żona niejako zmusiła Jacka do obrony, kto wie, czy nie życia).]
O: … A kiedy tak stałeś, przyciśnięty do stołu, gdy ona robiła ci to piekło, twoja ręka przypadkowo natrafiła na nóż i użyłeś go bez zastanowienia. Mogę to zrozumieć i łatwo mogę sobie wyobrazić, jak to się stało -jeśli tak było…
[Dodatkowy element usprawiedliwienia: nóż znalazł się w ręku Jacka w wy-niku pechowego zbiegu okoliczności. Ten element będzie dalej eksploatowany wielokrotnie.]
O: … Bo jeżeli to ty wykorzystałeś chwilę przerwy, żeby po nóż sięgnąć do szufla¬dy, a potem go użyłeś, to byłoby coś całkiem innego. Gdyby tak było, to w ogóle nie chciałbym z tobą gadać. Ale jeśli nóż był nie w szufladzie, tylko na stole, o który się opierałeś, gdy ona wciskała ci palec w twarz i krzyczała na ciebie, a ty namacałeś go i użyłeś odruchowo, to taki przebieg wypadków mogę łatwo zrozumieć. No więc, Jack, czy on był na stole, czy w szufladzie?…
[Jest to wzorowo zbudowana sugerująca alternatywa. Przesłuchujący nie roz¬waża problemu, czy Jack zabił swojążonę ani czy zrobił to nożem; chce się jedynie dowiedzieć, gdzie ów nóż się znajdował. Zauważmy też przy okazji, że to przesłu¬chujący stale mówi i – nawet gdy zadaje pytanie — nie daje przesłuchiwanemu czasu na odpowiedź, a więc także na ewentualne zaprzeczenie oskarżeniu.]
O: … Jestem pewien, że był na stole, a nie w szufladzie. Był na stole, prawda, Jack? Na pewno nie musiałeś grzebać w szufladzie, żeby go znaleźć. Jack, czy on był na stole, czy w szufladzie? Jack, to jest teraz absolutnie najważniejsza sprawa. Czy on był na stole, czy w szufladzie?
[Przesłuchujący kilkakrotnie powtarza pytanie alternatywne, stosując znaną z literatury” taktykę presji komunikacyjnej. Daje przy tym – bardzo prawidłowo – wyraźnie do zrozumienia, żejego zdaniem zdarzenie przebiegało wedle wariantu korzystniejszego dla Jacka, choć oczywiście w rzeczywistości w to nie wierzy.]
J: (mamrocze) Na stole.
O: Dobrze, Jack, od początku tak myślałem. A co się stało potem?
J: Zrobiłem jej to.
O: Chcesz powiedzieć, że użyłeś noża?
J: Tak.
[Mamy tu pierwsze przyznanie się, dotyczące na razie „łagodniejszej” wersji zdarzeń. Zwróćmy też uwagę na to, że przesłuchujący oficer mówi stale o „użyciu noża”, a nie o „morderstwie” czy „zbrodni”. Jest to zgodne ze wspomnianym przez nas ogólnym zaleceniem, aby w miarę możności używać słów neutral¬nych, zwłaszcza zaś unikać słów o wyraźnej konotacji negatywnej.]
O: Ile razy użyłeś tego noża, Jack?
J: Parę razy.
O: Czy zrobiłeś jej to od przodu, czy od tyłu?
J: Od przodu.
O: A czy w ogóle uderzyłeś ją gdzieś z tyłu?
J: Nie.
[Są to wyłącznie pytania sprawdzające, gdyż oczywiście prowadzący spra¬wę oficer wiedział, że sprawca wbił ofierze nóż tylko od przodu i że zrobił to kilka razy.]
O: Co się działo potem?
J: Dzieciaki płakały.
O. I co zrobiłeś?
J: Wepchnąłem je do wanny.
[Tu i w następnych partiach przesłuchania wyraźnie widać kluczową rolę wstępnego przyznania się do winy. Po jego uzyskaniu wydobycie od podejrza¬nego dalszych wyjaśnień staje się znacznie łatwiejsze.]
O:   Do wanny w łazience?
J:   Tak.
O:   Co było potem?
J:   Zrobiłem im to samo.
O:   To znaczy, użyłeś wobec nich noża?
J:   Tak.
O:   I co dalej?
J:   Chciałem to samo zrobić z sobą. Ale nie miałem dość odwagi, więc wy¬szedłem.
O:   A co się stało z nożem?
J:   Zostawiłem go w łazience.
O:   Gdziew łazience?
J:   Z nimi, w wannie.
[Na tym etapie podejrzany przyjął pełnąodpowiedzialność za zbrodnię. Od tego momentu poczynając, przesłuchujący nie musi się już kłopotać starannym doborem słów, by nie ranić uszu zabójcy, i może bez ograniczeń pytać o różne brakujące szczegóły. Może też, a nawet powinien, powrócić do odrzuconego wcześniej członu alternatywy, czyli do mniej wygodnego dla sprawcy wariantu wyda¬rzeń, oczywiście trzymając się nadal taktyk z grup opisanych w poprzednim para¬grafie. W trakcie naszego przykładowego przesłuchania przebiegło to następująco:]
O: Jack, powiedziałeś wcześniej, że nóż był na stole, a nie w szufladzie. Teraz jest ważne, abyś wyznał nam całąprawdę. Wiemy, że nóż wcale nie leżał na stole…
[Naturalnie, przesłuchujący w rzeczywistości nie musi tego wiedzieć.]
O: … W tej chwili niepokoi mnie, czy ten nóż wziąłeś rzeczywiście z szuflady, czy też przyniosłeś go ze sobą, od początku zamierzając go użyć. No więc, Jack, czy nóż był w szufladzie, czy przyniosłeś go ze sobą? Był w szufla-dzie, prawda?
[I tak dalej. Mamy tu kolejny przykład prawidłowo zbudowanej sugerującej alternatywy, w której obecnie „lepszy” dla Jacka człon jest w istocie tym „gorszym” dla niego członem z alternatywy poprzedniej.]

5. Symptomy kłamstwa i analiza behawioralna

Istnieją różne okoliczności, które nie wiążą się bezpośrednio z treścią danej wypowiedzi, ale same przez się zwiększają prawdopodobieństwo, że wypo¬wiedź tajest prawdziwa. Dla poparcia tego stwierdzenia weźmy choćby zeznanie świadka, które w pewnej sprawie obciążajakąś konkretną osobę. Takie ze¬znanie zyskuje bardzo wysoki stopień wiarygodności wtedy, gdy wiadomo na przykład, że świadek lubi obwinionego lub go w ogóle nie zna, albo nie zauważa obciążającego charakteru swojego zeznania, a także wówczas, gdy zeznanie zawiera poważne samooskarżenie47. I analogicznie niektóre cechy zarówno sa¬mej wypowiedzi, jak i kontekstu sytuacyjnego, mogąobniżać jej wiarygodność, a nawet dawać niemal stuprocentową pewność, że mamy do czynienia z kłamstwem.
Celowe składanie fałszywych wyjaśnień przez podejrzanego, choć samo przez się nie stanowi nigdy dowodu w sprawie, nadzwyczajnie wzmacnia – i nie bez racji – subiektywną pewność przesłuchującego, iż podejrzany jest faktycznie winny przestępstwa. Z tej przyczyny ważna jest nie tylko zdolność trafnego rozpoznawania symptomów kłamstwa, gdy się one pojawiają, lecz także umiejętność zaaranżowania, nie budząc podejrzeń przesłuchiwanego, takiej sytuacji komunikacyjnej, w której dla osoby faktycznie winnej (ale też tylko dla winnej!) kłamstwo staje się posunięciem bardzo kuszącym.
Wyżej wspomnieliśmy już o typowych reakcjach na najbanalniejszą sytuację tego rodzaju, tj. na jawne oskarżenie o popełnienie przestępstwa. Wyliczmy tujeszcze raz, nieco dokładniej, charakterystyczne elementy zachowania podej¬rzanych po przedstawieniu zarzutu. Odpowiedź osoby winnej jest wyraźnie opóźniona w czasie, niejest zdaniem prostym, lecz złożonym (np. „Gdybym to zrobił, to na pewno bym się przyznał”, zamiast „Nie zrobiłem tego”) i poprzedza ją konwencjonalny zwrot grzecznościowy (np. „Bardzo mi przykro, ale…”) lub prośba o udzielenie głosu (np. „Czy mogę coś powiedzieć?”). Ponadto osoba winna pozwala swoje protesty łatwo przerwać, prosi o powtórzenie zarzutu („Co pan ma na myśli?”, „Chyba nie dosłyszałem” itp.), gdyjest oczywiste, iż dobrze go zrozumiała, lub mówi, że choć nie ma z danym przestępstwem nic wspólnego, to jednak może się do niego przyznać, jeśli prowadzącemu przesłu¬chanie na tym zależy – takie propozycje zdarzają się zaskakująco często. Inną typową reakcjąjest podawanie przez podejrzanego tzw. zastrzeżeń, czyli rzeko¬mych powodów, dla których nie może on być winny, np. „Nie strzelałem, bo w ogóle nie mam broni”, „To nie ja ukradłem, ponieważ pieniądze nie są mi potrzebne” itp. Osoba niewinna prawie nigdy nie przedstawia zastrzeżeń tego rodzaju, ograniczając się do krótkiego, ostrego zaprzeczenia oskarżeniu, często przyjmującego formę obraźliwą dla przesłuchującego. Poważnym sygnałem kłam¬stwa jest zwłaszcza zgłoszenie wielu różnych zastrzeżeń w tej samej kwestii. Choć to zapewne zbędne, dodajmy na wszelki wypadek, że powyższy opis zachowania ma charakter statystyczny. Oznacza to, że nie wszystkie wymienio¬ne tu elementy, i nie u wszystkich podejrzanych, musząsię koniecznie pojawić.
Modelowe, opisane w podręcznikach oznaki kłamstwa (drżenie rąk, unika¬nie kontaktu wzrokowego, nerwowe ruchy adaptacyjne itp.) w warunkach prze¬słuchania mogą mieć inną wymowę niż w zwykłym dialogu i ich interpretacja wymaga niezwykłej ostrożności. Źródłem symptomów kłamstwa i tzw. przecieków są przede wszystkim strach przed wykryciem i poczucie winy. (Trzeci z czynników, czyli radość oszukiwania, w przesłuchaniu raczej pojawić się nie może). Z tych źródeł pierwsze ma zdecydowanie większe znaczenie:

„podstawowym czynnikiem powodującym zmiany fizjologiczne, zapisywane i interpretowane jako symptomy kłamstwa, jest zaniepokojenie możliwością ewentualnego wykrycia kłamstwa. […] Świadomość czynienia zła czy występujące u danego osobnika wyrzuty sumienia mogą również stanowić pewien czynnik, lecz wydaje się, że ich wpływ na zmiany o charakterze psychologicznym jest raczej niewielki”. Brak u przesłuchiwanego obawy, że kłamstwo może zostać zdemaskowane, jest nawet w stanie „spowodować, że ustalenie diagnozy kłamstwa okaże się niemożliwe”.
Omawiana emocja —strach przed wykryciem – wywołuje odruchy fizjolo¬giczne, które zewnętrznie przybierają formę np. jąkania się, pocenia, rozszerze¬nia źrenic, podwyższenia tonu głosu, wzrostu liczby tzw. ruchów adaptacyjnych (np. rozpinanie i zapinanie kołnierzyka, poprawianie się na krześle, pocie¬ranie dłonią o dłoń itp.) i jednoczesnego zmniejszenia liczby ruchów ilustracyjnych, zaniku mimiki, odchylania się od przesłuchującego, przyjęcia zamkniętej postawy i niezliczonych innych. O tym, z jaką liczbą sygnałów mamy tu do czynienia, niech świadczy fakt, że w fizjodetekcji kłamstwa możliwy jest pomiar trzynastu różnych parametrów51. Bardzo obszernie o tych zagadnieniach pisze EkmanS2. Rzecz jednak w tym, że identyczne objawy niewerbalne towa¬rzyszą uczuciu strachu w ogóle (a nie tylko strachu przed przyłapaniem na kłam¬stwie), a dla wielu łudzi, nawet gdy są oni całkowicie niewinni, samo przesłu¬chanie jest okolicznością dostatecznie przerażającą. Uczciwy człowiek może sprawiać wrażenie kłamcy zwłaszcza wtedy, gdy nagle uświadamia sobie, że okoliczności świadczą przeciw niemu”. Nawet ekspert może mieć trudności z trafnym rozpoznaniem wymowy opisanych zachowań, zatem amator tym bar¬dziej powinien wykazać jak najdalej idącą powściągliwość. Na tej podstawie niektórzy autorzy powątpiewają w ogóle w celowość obserwacji podejrzanego podczas przesłuchania, gdyż ich zdaniem jego zachowanie i tak nie jest w stanie dostarczyć dowodów przeciw niemu. Opinie tego rodzaju poddamy krytyce w zakończeniu niniejszej części.

Mimo tych zastrzeżeń przedstawimy tu – nie bez obaw – listę wybranych wskazówek werbalnych i behawioralnych, uznawanych w literaturze przedmiotu za symptomy w miarę pewne. Podkreślamy jednak raz jeszcze, że owe „pewne symptomy” są w rzeczywistości właśnie bardzo niepewne,
(a) Jedna z najważniejszych wskazówek to czas odpowiedzi: szybka odpowiedź wskazuje na prawdziwość, opóźnienie odpowiedzi wskazuje na możliwość, że jest ona fałszywa. Osoba składająca fałszywe zeznanie może dla odroczenia odpowiedzi symulować namysł („Muszę się zastanowić”, „Chwileczkę, niech no pomyślę” itp.).
(b) Podobnie prośba o powtórzenie pytania lub jego wyjaśnienie („Nie dosłyszałem”, „Nie zrozumiałem” itp.) świadczy o tym, że podejrzany chce zyskać na czasie, aby przygotować sobie fałszywą odpowiedź,
(c) Zeznanie prawdziwe zawiera dużo drobnych i często dziwnych szczegółów (np. dotyczących kolo¬rów i kształtów) oraz opisów stanów emocjonalnych i odczuć, np. bólu czy złości. Zeznania fałszywe są bardziej ogólnikowe,
(d) Zeznania prawdziwe obfitują w błędy chronologiczne, tzn. zeznający przedstawia zdarzenia nie w takiej kolejności, w jakiej następowały, lecz w miarę ich pojawiania się w pamięci. Bezbłędna konstrukcja zeznania, wymagająca niespotykanej w praktyce, perfekcyjnej pamięci, jest poważnym sygnałem ostrzegawczym, iż zostało ono wcześniej przygotowane,
(e) Osoby winne są nadmiernie uprzejme, w sposób wyraźnie nieadekwatny do sytuacji,
(f) Ludzie niewinni nie unikają bezceremonialnych określeń dla danego rodzaju czynu („gwałt”, „rabunek”, „oszustwo”, „morderstwo”) i utrzymują przy ich wypowiadaniu nieskrępowany kontakt wzrokowy, winne zaś używają delikatniejszych określeń i takiego kontaktu unikają,
(g) Osoby winne wspomagają się zaklęciami i przysięgami („na grób mojej matki, niech Bóg czuwa nad jej duszą”). Osoba niewinna nie odczuwa potrzeby składania przysiąg,
(h) Niewinni zarówno zachowują się, jak i wypowiadają serio. Śmiech i pozwalanie sobie na żarty są sygnałem kłamstwa,
(i) Prawdomówni na ogół nie oponują gdy proponuje się im (niekoniecznie serio) badanie poligraficzne, a niekiedy nawet o nie proszą. Kłamcy podają przeszkody (np. zdenerwowanie, zły stan zdrowia, przekonanie o zawodności detektora), z powodu których nie mogą się na takie badanie zgodzić,
(j) Po zakończeniu przesłuchania niewinni ludzie wychodzą z pomieszczenia bardzo niechętnie i próbują wybadać przesłuchującego, czy udało im się przekonać go o swojej niewinności. Faktyczni sprawcy przestępstwa starają się pokój przesłuchań jak najszybciej opuścić.

Zamiast interpretacji samych oznak niewerbalnych — interpretacji zawsze niepewnej, gdy nie prowadzi jej dobrze wyszkolony psycholog, jakim przecież nie jest oficer śledczy – stosuje się tzw. analizą behawioralną, wzorowaną w pewnym stopniu na testach kontrolnych w badaniach poligraficznych. Stosuje się ją dla wytypowania faktycznego winnego w grupie kilku podejrzanych. Jej podstawą jest zestaw specjalnych pytań, na które – przeciętnie rzecz biorąc – osoby winne reagują w zasadniczo odmienny sposób niż niewinne, i to zarówno gdy chodzi o treść i logikę odpowiedzi, jak i na poziomie niewerbalnym. Pewne elementy ta¬kiego działania były już zawarte w opisanej wyżej taktyce przynęty, a także w zale¬ceniu, aby wydobywać od przesłuchiwanego jak najwięcej szczegółów zdarzenia.
Przykładem chwytu z omawianego obecnie zakresu może być pytanie: „Czy myślał pan kiedykolwiek, choćby tylko przez moment, o zabiciu kogokolwiek?”, zadane osobie podejrzanej w sprawie o zabójstwo. Praktyka dowodzi, że w ta¬kich okolicznościach energiczne zaprzeczenie, np. „Nie, nigdy” lub „Zwariował pan?”, jest charakterystyczne dla podejrzanego, który zbrodni nie popełnił, pod¬czas gdy odpowiedź w rodzaju „No cóż, każdy chyba ma takie myśli od czasu do czasu” może świadczyć o jakimś związku podejrzanego ze sprawą. Choć opisane dalej prawidłowości nie sprawdzają się zawsze, ich ewentualne pojawienie się umacnia istniejące wcześniej podejrzenia i wskazuje kierunek dalszych badań.
Poniżej podajemy kilka przykładowych pytań analizy behawioralnej. Jeśli przesłuchiwany jest bardziej świadkiem niż podejrzanym i chodzi o pierwszy z nim kontakt, to przed przystąpieniem do ich zadawania nie wolno zapomnieć o przeprowadzeniu wstępnego wywiadu na różne tematy neutralne, jak perso¬nalia, samopoczucie, sytuacja rodzinna itp. Wywiad taki jest pożądany z dwóch powodów. Po pierwsze, przeprowadza się go po to, żeby przesłuchiwany mógł się oswoić i z sytuacją w ogóle, i z osobą przesłuchującego, po drugie zaś po to, aby przesłuchujący miał okazję zapoznać się z normalnym zachowaniem przesłuchiwanego i charakterystycznymi dla niego reakcjami, mogącymi stanowić materiał porównawczy.

Oto zapowiedziana lista wybranych pytań, ze wskazaniem typowych zachowań, jakich po ich zadaniu można się spodziewać.

1.   Czy wie pan, po co pana tu wezwaliśmy?
Załóżmy, że sprawa dotyczy zamordowania sąsiadki podejrzanego lub gwałtu tak głośnego w okolicy, iż podejrzany nie może tej sprawy nie znać, choćby z prasy bądź od znajomych. Wówczas odpowiedź „Nie mam pojęcia” albojedy- nie mgliste i ogólnikowe nawiązanie do zdarzenia („Może chodzi o ten wczoraj¬szy wypadek?”) sygnalizuje związek przesłuchiwanego ze sprawą. Bezpośrednia odpowiedź „Pewnie szukacie mordercy Zofii Kowalskiej” jest charaktery¬styczna dla osoby niewinnej.

2.   Jak pan myśli, dlaczego ktoś zrobił coś takiego?
Osoba winna zwykle mimowolnie powtarza to pytanie, unika kontaktu wzro¬kowego i próbuje wykręcić się od jednoznacznej odpowiedzi, mamrocząc np.
„Nie zastanawiałem się nad tym”, „Nie jestem jasnowidzem” itp. Niekiedy w wy¬niku tego pytania może zostać ujawniony prawdziwy motyw („Może ktoś po- trzebowałjej pieniędzy”, „Pewnie z kimś darła koty”). Jeśli przesłuchiwanyjest niewinny, to może powiedzieć „To chyba zrobił szaleniec” albo „Nikt nie mógł mieć powodów, żeby to zrobić”, lub cokolwiek innego w tym stylu, ale w każ¬dym razie powie to głośno i wyraźnie, a także w widoczny sposób pochyli się w kierunku przesłuchującego, patrząc mu w oczy.

3.   Kto spośród mających związek ze sprawą na pewno tego nie zrobił?
Charakterystyczna odpowiedź osoby niewinnej to: „Moim zdaniem tych pieniędzy na pewno nie ukradł X, Y, Z…”; faktyczni sprawcy zazwyczaj nikogo nie wykluczają: „Nie wiem, każdy może czasem zrobić coś takiego”.

4.   Kto pańskim zdaniem mógł to zrobić?
To pytanie jest logicznie równoważne poprzedniemu, lecz psychologicznie biorąc nie ma ono tego samego ciężaru. Faktyczny sprawca, mimo najdalej idących wysiłków przesłuchującego, nie wskaże nikogo. Osoba niewinna zaś może ujawnić swoje podejrzenia, gdy się ją odpowiednio zachęci, np. w nastę¬pujący sposób: „Proszę pana, nie ma najmniejszych wątpliwości, że to zrobił ktoś z pańskiego otoczenia, jeśli nie pan sam. W tej chwili nie chodzi nam o do¬wody, lecz o pańskie podejrzenia, choćby najsłabsze. Ulży panu, gdy nam pan ujawni swoje domysły, a my ich na pewno nikomu nie zdradzimy”.

5.   Kto według pana miał dobrą okazję, żeby to zrobić?
Jeśli przesłuchiwanyjest niewinny, to zwykle wskaże jakąś grupę osób, które miały możność popełnienia czynu (np. „Zdaje się, że sprzątaczki mają klucz do działu finansowego”, „Kilku informatyków zostało w pracy po godzinach”), lub może nawet wskazać siebie samego, jeśli teoretycznie to właśnie on miał najlepszą sposobność. Osoba winna ani nikogo wyraźnie nie wskaże, ani nikogo nie wykluczy.

6.   Jaka kara pańskim zdaniem powinna spotkać osobę, która to zrobiła?
Propozycja wysokiej karyjest charakterystyczna dla osoby niewinnej. Osoba winna będzie się starała uniknąć bezpośredniej odpowiedzi: „Nie wiem, nie jestem prawnikiem”, „To zależy, może to był przypadek” itp. Jeśli przesłuchi¬wanyjest faktycznie winny, lecz z powodu okoliczności sprawy musi wskazać wysoki wyrok, np. karę śmierci, jego zachowanie będzie wyraźnie wskazywać, że wyrok taki nie byłby po jego myśli.

7. Z kim pan rozmawiał o tym zdarzeniu?
Osoby niewinne, w przeciwieństwie do sprawców czynu, chętnie rozma-wiają o głośnym przestępstwie ze swoją rodziną i przyjaciółmi. Toteż odpowiedź „Z nikim nie rozmawiałem” jest symptomem winy.
8.   Czy kiedykolwiek w swoim życiu myślał pan o zrobieniu czegoś po¬dobnego?
Odpowiedź „Nie” jest charakterystyczna dla osób niewinnych, odpowiedź „Tak” – dla winnych, o czym już pisaliśmy bardziej szczegółowo, odnosząc to pytanie do konkretnej zbrodni.

9.   Czy zgodziłby się pan na zastosowanie wykrywacza kłamstwa?
O typowych reakcjach na to pytanie również wspominaliśmy już wyżej, przy okazji niewerbalnej charakterystyki winnego.

10.   Jak w skali od 1 do 10 ocenia pan swój zakład pracy?
To ostatnie pytanie jest z powodzeniem stosowane w odniesieniu do prze¬stępstw popełnionych w miejscu pracy i na niekorzyść pracodawcy, np. mal¬wersacji, nielegalnego handlu wytworami zakładu itp. Osoba niewinna zwykle ocenia wysoko (7 punktów i więcej) zarówno swoją pracę, jak pracodawcę. Osoba winna, podświadomie szukając usprawiedliwienia dla popełnionego przestępstwa, daje ocenę niską (6 punktów lub mniej).

Jak widać, w analizie behawioralnej nie chodzi o to, żeby zdobyć dowód winy, lecz o to, żeby wyrobić sobie zdecydowane subiektywne przekonanie o winie bądź niewinności podejrzanego. I to jest chyba najgłębsza różnica między podejściem do zagadnienia w opracowaniach polskich i amerykańskich. Auto¬rzy polscy koncentrują się na środkach dowodowych i na prawnym aspekcie przesłuchania. Autorzy amerykańscy rozważajągłównie czynnik psychologiczny i środki służące wypracowaniu solidnego, najbardziej prawdopodobnego w danych warunkach obrazu sprawy, choćby nawet nie został on wyłoniony na mocy logicznego dowodu.

Popieramy to podejście, a przekonanie o jego zasadności wesprzemy taką oto bajkową analogią. Wyobraźmy sobie, że pewien oficer śledczy ma do dyspozycji wróżkę, która zawsze, ze stu procentową pewnością, w okazanej jej grupie osób potrafi wskazać faktycznego winnego, jeśli rzecz jasna winny w tej grupie w ogóle się znajduje.
Załóżmy przy tym, że jest to jedyna umiejętność wróżki – nie potrafi ona podać żadnych dowodów, świadczących przeciw tej osobie, stąd też jej „ekspertyza” dla sądu nie ma wartości. Nie znaczyłoby to przecież, że byłaby ona bezwartościowa również dla prowadzącego sprawę oficera. Jest akurat wręcz przeciwnie. Informacja o tym, kto jest winny, o ile tylko można na niej polegać, pozwala we właściwym kierunku i bez straty czasu poprowadzić dalsze badania, właśnie w poszukiwaniu dowodów możliwych do zaakceptowania w sądzie. Oczywiście, nikt nie może zaofe¬rować policji tego rodzaju nadprzyrodzonej pomocy. Ajednak istnieją metody dające w praktyce efekty bardzo podobne do działania takiej wróżki.

6. Taktyki niewerbalne

Do taktyk niewerbalnych stosowanych w przesłuchaniach zaliczamy takie czyn¬niki, jak organizacja przestrzeni w pomieszczeniu, w którym przesłuchanie się odbywa, używane przez przesłuchującego rekwizyty, kolejność jego działań, ogólna charakterystyka jego wyglądu i zachowania. W niniejszej części omówi¬my najczęściej stosowane techniki z tej grupy.
Pokój przesłuchań musi oczywiście spełniać przede wszystkim wymagania techniczne wynikające zjego przeznaczenia (lustro weneckie, stolik dla protoko- lantaitp.). Z komunikacyjnego zaśpunktu widzenia -urządzenie wnętrza ma wspomagać inne elementy taktyczne przesłuchania i zwiększać ich skuteczność. Przede wszystkim więc pokój przesłuchań powinien zapewniać całkowitą prywatność i dyskrecję, a w każdym razie sprawiać wrażenie, iż to zapewnia, gdyż bez atmos¬fery pewnej intymności podejrzany może mieć silne opory w ujawnianiu krępujących, często bardzo dla niego wstydliwych okoliczności sprawy. Wedle Knappa i Hall, dla stworzenia takiej atmosfery konieczne jest, aby wszystkie drzwi w po¬koju były zamknięte, aby nie był on zbyt jaskrawo oświetlony, a także aby był on odizolowany od nadmiernych hałasów”. Wpokoju przesłuchań nie powinny się znajdować żadne typowe symbole dające jednoznaczne skojarzenie z policją, a drzwi, choć zamknięte, nie powinny mieć widocznych zamków i rygli, aby podejrzany nie odniósł wrażenia, że został uwięziony; z zasięgu jego ręki należy usunąć wszystkie drobne przedmioty, którymi mógłby się on bawić; krzesła powinny być proste, z twardymi oparciami, gdyż miękkie fotele sprzyjają rozleniwieniu i odpływom uwagi, nie tylko zresztą u podejrzanego — u przesłuchującego również. Do pokoju w trak¬cie sesji nie powinny wchodzić, nawet na krótko, osoby postronne.

Innym ważnym czynnikiem w organizacji przestrzeni jest to, aby przesłuchujący nie był oddzielony od przesłuchiwanego żadnym fizycznym przedmio¬tem, nie tylko stołem, lecz nawet teczką. „Zalecenia dla pracowników policji w kwestii metod przesłuchiwania podkreślają często konieczność zmniejszenia dystansu i eliminacji obiektów (biurko), które mogłyby dać podejrzanemu względne poczucie bezpieczeństwa. U podstaw tych zaleceń leży teoria, że naruszenie przestrzeni osobistej podejrzanego (‚przy braku szans na obronę) da przesłuchu¬jącemu oficerowi psychologiczną przewagę […] [a ponadto] obiekt pełniący funkcję bariery może ograniczać przyjazną interakcję i percepcję bliskości”5’. Inbau, Reid i Buckley dodająw tej sprawie, że „gdy ktoś jest bliżej drugiej oso¬by w sensie fizycznym, tojest też bliżej w sensie psychologicznym. Każdy przed¬miot, taki jak stół czy biurko pomiędzy przesłuchującym a podejrzanym, przeszkadza w osiągnięciu tego celu i powinien zostać usunięty”.
Jest pożądane, aby do pokoju przesłuchań nie wprowadzał podejrzanego sam przesłuchujący, lecz inny policjant, który powinien wskazać podejrzanemu krzesło i powiedzieć np. „Kapitan X przyjdzie tu za parę minut porozmawiać z pa¬nem” . Taka kolejność czynności eliminuje niezręczną dla prowadzącego przesłu¬chanie konieczność przedstawiania się, a dodatkowo postępowanie o tak wysokim stopniu sformalizowania nadaje zjawiającemu się potem oficerowi aurę autorytetu i kompetencji. Osłabia to siły obronne i wiarę w skuteczność kłamstwa u podejrzanego, gdy jest on faktycznie winny, niewinnemu zaś dodaje odwagi przez wrażenie profesjonalizmu, z jakim jest traktowany. Po wejściu do pokoju przesłuchujący powinien usiąść w odległości ok. 1,5 m od przesłuchiwanego, aby w miarę rozwoju wydarzeń przysuwać się do niego coraz bardziej, aż do wkroczenia w jego strefę osobistą a nawet intymną. W początkowych fazach przesłuchania lepiej nie robić żadnych notatek: „Zasadą powinno być, że spontanicznych wyjaśnień nie protokołuje się, bowiem pisanie nadaje tej czynności urzędowy klimat i może speszyć podejrzanego. Istotne i trudne do zapamiętania szczegóły można notować, lecz należy to uczynić w sposób dyskretny”5′; notowanie „uprzytomni podejrzanemu prawne znaczenie jego wypowiedzi”.

Gdy nadchodzi czas sporządzenia protokołu, należy zadbać o to, aby czynność ta przebiegała sprawnie: „Jest niewiele czynników, które tak bardzo rozpraszałyby świadka i wprowadzały zamęt w jego zeznaniach, jak nieudolne protokołowanie”.
Ubiór przesłuchującego powinien licować z charakterem sytuacji. Zaleca się ubranie cywilne (nie mundur!), tradycyjne, a nawet konserwatywne, bez krzykliwych kolorów, kojarzące się z doświadczeniem i powagą. Dobrze jest, gdy przesłuchujący ma w ręku grubą teczkę aktową, którą przez dłuższy czas przegląda przed rozpoczęciem badania i do której także później sięga od czasu do czasu, „uważnie czytając” wyjmowane z niej papiery i popatrując z troską na podejrzanego. Dla zwiększenia wrażenia można po zadaniu pytania powiedzieć, patrząc w papiery: „Teraz radziłbym dobrze pomyśleć, zanim spróbuje nas pan wprowadzić w błąd”‚2. Oczywiście, teczka nie musi zawierać żadnych istotnych materiałów. Jest to tylko teatr, mający sprawiać wrażenie wszechstronnej wiedzy, pełnej kontroli nad sytuacją i starannego przygotowania do sprawy, do której swoją drogą przesłuchujący musi rzeczywiście być starannie przygotowany. Przesłuchanie należy prowadzić w żywym tempie, bez wyraź¬nych przerw między replikąa następnym pytaniem, gdyż „podejrzany nie powi¬nien mieć czasu na zastanawianie się nad odpowiedziami”‚3. Podkreślmy tu, że zasada ta dotyczy tylko osób podejrzanych o popełnienie przestępstwa – tempo przesłuchania świadków może być wolniejsze’4.
Zachowanie przesłuchującego, podobnie jakjego ubiór, powinno być spo-kojne, poważne i tak cierpliwe, aby sygnalizowało to podejrzanemu, iż prze-słuchujący ma bardzo dużo czasu i nie da się go zmęczyć, a także iż zależy mu nie tyle na wydobyciu zeznania, ile na ustaleniu prawdy. „Istnieją wpraw-dzie sytuacje, w których sporadycznie wybuch emocji może spowodować użyteczne zeznanie świadka, zwłaszcza gdy zachodzi podejrzenie o fałszywe zeznanie. W normalnych jednak wypadkach rzeczowe, spokojne, pozbawione emocji przesłuchanie daje lepsze wyniki”‚5. Bez względu na rodzaj przestęp-stwa, jakiego podejrzany mógł się dopuścić, należy go traktować z szacunkiem, a nawet z pewną serdecznością: „ciepły ton badania, który powinien być oczywiście tylko rutyną, według naszych obserwacji prowadzi o wiele częściej do zadowalających wyników niż ostry styl””. Jest wskazane, aby przesłuchujący nie wykonywał zbyt wielu zbędnych ruchów: „Siedź spokojnie i powstrzymaj się od chodzenia po pokoju. Uwaga stale skupiona na po-dejrzanym ułatwia wykrycie kłamstwa. Ponadto podskakiwanie na krześle i krę¬cenie się po pokoju są dowodem niecierpliwości przesłuchującego, co może wywołać u podejrzanego myśl, że jeśli będzie kłamał jeszcze przez chwilę, to przesłuchujący da sobie spokój. […] Przesłuchujący nie powinien też bawić się ołówkiem, piórem czy innymi przedmiotami. Robi to wrażenie utraty pew¬ności siebie albo utraty zainteresowania sprawą”‚7. Ważne pytania lepiej jest kamuflować, zadając je mimochodem (co znakomicie opanował porucznik Columbo ze słynnego amerykańskiego serialu): „Okoliczności, o których pra¬cownik śledczy chce się koniecznie dowiedzieć, powinny być objęte pytaniami pozornie mało ważnymi, wynikłymi jak gdyby z niedosłyszenia wypowie¬dzi poprzednich lub nawet pomyłek”‚8.
Ważne są też reakcje przesłuchującego na zachowanie przesłuchiwanego. W tej sprawie podaje się dwa zalecenia: aby nie przejawiać zainteresowania za¬chowaniami dewiacyjnymi, oraz nie reagować na wybuchy emocjonalne, np. na płacz. Doświadczenie uczy, że próby uspokajania podejrzanego prowadzą donikąd, skłaniając go jedynie do powtarzania takich zachowań.

7. Problemy etyczne

U wrażliwszych osób przedstawione metody wydobywania zeznań mogą bu-dzić poważne zastrzeżenia moralne. W działaniach przesłuchującego wykorzy¬stuje się bowiem mechanizmy psychologiczne, których funkcjonowania i efek¬tów przesłuchiwany sobie nie uświadamia. Przesłuchiwany nie zna również rzeczywistego celu tych działań, a jego nieświadomość w tym względzie jest warunkiem skuteczności opisanych taktyk. W pewnym sensie prowokują one podejrzanego do działania na własną szkodę. Czy więc stosowanie tak dwuznacznych metod śledczych można uznać za rzecz moralnie dopuszczalną? Otóż — z całą pewnością jest to dopuszczalne. To stanowisko postaramy się uzasadnić na zakończenie niniejszego artykułu.
Zacznijmy od tego, że przedstawione chwyty stosuje się w zasadzie wy-łącznie w przesłuchaniu podejrzanego, a nie wszystkich osób mających zwią¬zek ze sprawą czyli świadków (choć w odniesieniu do świadków kłamiących stosuje się je również). Słowo „podejrzany” jest w prawodawstwie terminem technicznym i oznacza „osobę, co do której wydano postanowienie o przedsta¬wieniu zarzutów””. Postanowienie takie wydaje się, gdy fakty wyraźnie wska¬zują że to ta właśnie osoba popełniła dany czyn. Ostatecznie może się wpraw¬dzie okazać, iż owe fakty nas zwiodły, warto jednak wiedzieć, że w praktyce śledczej, odmiennie niż w filmach kryminalnych, główni podejrzani niemal za¬wsze okazują się rzeczywistymi sprawcami. Zasadnicza różnica pomiędzy „rze¬czywistym sprawcą” a „podejrzanym, który okazał się rzeczywistym sprawcą” jest taka, że w tym drugim wypadku ktoś musiał rzecz udowodnić. Bez tego elementu „rzeczywisty sprawca” chodziłby wolno, stając się (co też jest regułą) rzeczywistym sprawcą coraz to nowych przestępstw. Już choćby z tego po¬wodu metody stosowane w przesłuchaniu, jak zresztą wszystkie inne metody stosowane w kryminalistyce, muszą być przede wszystkim skuteczne. Natural¬nie, nie oznacza to, że w tej dziedzinie cel w pełni uświęca środki. Poza sku- tecznościąsąteż inne ważne powody skłaniające do akceptacji opisanych tech- nikjako moralnie dopuszczalnych.
Aby uzyskać od podejrzanego kompletne wyjaśnienie okoliczności popeł-nienia przestępstwa oraz przyznanie się do winy, z całąpewnościątrzeba stoso- wucjakieś metody. Jest praktycznie wykluczone, aby zdrowy na umyśle czło¬wiek podał wszystkie obciążające go szczegóły zdarzenia po prostu w wyniku uprzejmej prośby oficera śledczego: „A teraz może zechce nam pan opowie¬dzieć, jakiego to czynu karalnego dopuścił się pan ostatnio, a także gdzie to było i kiedy”. Nie ma co liczyć ani na to, że sprawcę będą dręczyć ciężkie wyrzuty sumienia, prowadzące do samoistnego wyznania winy, ani na to, że poczucie obywatelskiego obowiązku każe mu uczciwie współpracować z wymiarem sprawiedliwości w celu doprowadzenia siebie samego do więzienia. Sumienie pozwoliło przesłuchiwanemu dokonać gwałtu, rabunku czy zabójstwa i z pewnością nie będzie mu ono dokuczać podczas śledztwa z tego błahego powodu, że w swoich wyjaśnieniach – w obronie własnej przecież – oszukał przesłuchującego, co zresztą ma prawo bezkarnie czynić dowolną ilość razy. Tak więc, cokolwiek mieliby na ten temat do powiedzenia moraliści, policja musi stosować jakieś metody przesłuchania, a całkowita szczerość, co może tych moralistów zaskoczy, nie jest żadną metodą, gdyż zawsze prowadzi ona do katastrofy komunikacyjnej – zarówno w przesłuchaniach kryminalnych, jak i we wszystkich innych dziedzinach życia. Jak bowiem całkowita szczerość oficera śledczego miałaby wyglądać w praktyce? Gdyby był on naprawdę uczciwy, to rzeczywistego sprawcę musiałby powstrzymywać od składania prawdziwych wyjaśnień, gdyż mogą mu one tylko zaszkodzić. Przy najmniejszej oznace osłabienia woli u podejrzanego przesłuchujący powinien go ostrzegać: „Chwileczkę, proszę pana, proszę lepiej nic nie mówić. Lepiej dla pana będzie pójść w zaparte. Polskie prawo tak jest skonstruowane, aby kłamanie w żywe oczy było najkorzystniejszą strategią dla morderców, bandytów i złodziei. Jest pan tu pierwszy raz, więc nie ma pan jeszcze odpowiedniego doświadczenia, lecz tę prostą zasadę zna każdy recydywista. Z pierwszej swojej sprawy nauczył się onjedne- go: mówienie prawdy nie popłaca. Jeśli był na tyle tępy, że tego faktu nie odkrył sam, to z całą pewnością w więzieniu nauczyli go tego towarzysze niedoli”.
Bezwzględnym wymogiem w odniesieniu do wszelkich metod właściwych kryminalistyce, a więc również taktyk stosowanych w przesłuchaniu, powinno być to, aby chroniły one podejrzanego w tym wypadku, gdyfaktycznie niejest on winny zarzucanego mu czynu. Wszystkie zaś techniki śledcze, które prowadzącego sprawę przybliżają do prawdy, służą temu właśnie celowi, gdyż przyczyniają się do wykrycia rzeczywistego sprawcy, oddalając zagrożenie od niesłusznie podejrzewanego. Oskarżenie osoby niewinnej, w ramach prawidłowo prowadzonej procedury prawnej, niejest samo w sobie dla tej osoby aż takim nieszczęściem, jak laik mógłby sobie wyobrażać. Przecież w stan oskarżenia stawia się kogoś tylko wtedy, gdy okoliczności sugerują iżjest on przestępcą. Znajduje się więc on i tak, bez żadnych działań ze strony policji czy prokuratury, w cieniu podejrzenia, w którym mógłby pozostać na zawsze. Otwarte postawienie zarzutu i skrupulatne zbadanie sprawy pozwalają osobie niewinnej całkowicie się oczyścić z ciążących na niej podejrzeń.
Na koniec zauważmy raz jeszcze, że wszystkie triki komunikacyjne, z jaki¬mi czytelnik zapoznał się w niniejszym opracowaniu, choćby najbardziej podstępne, nie tyle służą uzyskaniu dowodów w sprawie, ile raczej wydobyciu od podejrzanego wskazówki, gdzie i jak takich dowodów szukać. Osoba niewinna po prostu nie może dostarczyć użytecznych wskazówek tego rodzaju, musiałaby bowiem znać takie okoliczności zdarzenia, które zna tylko przestępca. Żadna opisana tu metoda nie jest w stanie spowodować, aby przyznała się do popełnienia danego czynu osoba, która faktycznie go nie popełniła. Nie ma wśród nich ani groźby użycia siły (nie mówiąc już o realnym jej użyciu), ani obietnicy nagrody, ani innych podobnych działań, które mogłyby osobie niewinnej nasunąć myśl, że może przyznanie się do niepopełnionego czynu będzie korzystniejsze niż trzymanie się prawdy. Krótko mówiąc, metody te są skuteczne wyłącznie w odniesieniu do osób rzeczywiście winnych. I ten właśnie fakt stanowi najgłębsze etyczne uzasadnienie ich stosowania.

 

Źródło: http://forum.wybudzeni.com/index.php/topic,1689.0.html

David Deida pisał, że „Tylko niektórzy znając i czując prawdę, zaczynają nią żyć i zdecydowanie zmieniają swoje nawyki. Dużo trudniej żyć prawdą niż poczuć ją lub poznać. Poznanie jest najłatwiejsze Umysł jest bardziej giętki, niż emocje czy ciało i dlatego stosunkowo szybko coś przyswaja. Słyszysz coś i natychmiast decydujesz czy coś brzmi dla ciebie prawdziwe.”
Przynajmniej 8 lat temu po raz pierwszy powiedziano mi, że najbardziej czułym, seksualnym miejscem w kobiecym ciele jest umysł, po przeczytaniu tej książki zwiększyło się moje zrozumienie czemu tak jest lub może być. Inny aspekt to szczerość w związku i czy chcesz i jesteś w stanie zmierzyć się z prawdą, przyjąć ją i zaakceptować czy raczej pojawia się tendencja do odwracania głowy i udawania, że nie ma jakiegoś tematu.
Poniżej fragment z książki „Mój tajemny ogród” – Nancy Friday .

WSTĘP

Po raz pierwszy w historii próbujemy ustalić, co rzeczywiście dzielimy z innymi kobietami. Ta książka jest próbą zrozumienia nas samych, a to wydaje się o wiele lepsze niż skazanie się na los Milczącej Płci. Starałam się tu odnaleźć istotne więzi łączące kobiety. Ostatecznie doszłam do ważnego chyba spostrzeżenia: mimo że połowa przebadanych przeze mnie kobiet to Brytyjki, jednak nie ma istotnych różnic między nimi a Amerykankami. By zrozumieć, co to znaczy być kobietą, nie trzeba odwoływać się do jej narodowości czy przynależności klasowej, a jedynie do analizy naszych uczuć i naszych pragnień. Od chwili opublikowania „Mojego tajemnego ogrodu” w Ameryce otrzymałam tysiące listów, które całkowicie pokrywają się z wypowiedziami kobiet z Wielkiej Brytanii: „Nigdy nie sądziłam, żeby inne kobiety miały myśli tego typu. Zawsze myślałam, że z powodu moich seksualnie »wybujałych« wyobrażeń jestem jakimś perwersyjnym monstrum. Teraz czuję, że mogę zaakceptować samą siebie taką, jaką jestem. Dzięki Bogu, nie jestem już sama”.

ROZDZIAŁ PIERWSZY
SIŁA FANTAZJI

W marzeniach i na jawie, kiedy jestem w łóżku z facetem, moja wyobraźnia podsuwa mi taką fantazję: … z grupką przyjaciół jesteśmy na meczu piłki nożnej, jest bardzo zimno. W cztery czy pięć osób kulimy się pod dużym, kraciastym kocem. Nagle podrywamy się, żeby lepiej widzieć George’a Besta biegnącego w stronę bramki. Gdy on pędzi przez boisko, my biegniemy za nim jak jedno ciało, skręcając się pod kocem, krzycząc z podniecenia. Jeden z mężczyzn, nie wiem który, bo w tym podnieceniu nie odwracam głowy, przysuwa się do mnie bliżej od tyłu. W dalszym ciągu głośno krzyczę, mój głos zlewa się z jego, owiewającym moją szyję. Czuję jego erekcję przez spodnie, gdy daje mi znać dotykiem, abym przysunęła biodra bliżej niego. Besta blokują, ale cała akcja, dzięki Bogu, dalej toczy się w stronę bramki, a my stoimy dalej odwróceni tak, żeby widzieć, co się dzieje na boisku. Wszyscy szaleją. On właśnie wyjął swojego kutasa i już jest między moimi rozsuniętymi nogami; zrobił mi dziurę w majtkach pod krótką spódniczką. Krzyczę coraz głośniej, bo gol wydaje się nieunikniony. Wszyscy podskakujemy to w górę, to w dół, a ja muszę postawić nogę na wyższym stopniu, żeby utrzymać równowagę: w ten sposób mężczyźnie z tyłu łatwiej jest go wsunąć. Wszyscy podskakujemy, obijając się o siebie, a on obejmuje mnie ramieniem, żeby utrzymać nasz rytm. Jest już we mnie, przebił mnie jak wyciorem. O Boże, mam uczucie, jakby doszedł do gardła! „Dalej, Georgie! Dalej, dalej, szybciej, szybciej!” — krzyczymy razem, głośniej niż inni, zagrzewając wszystkich do jeszcze większego dopingu. We dwoje przewodzimy kibicom, jak wodzireje, a w środku czuję, że on, kimkolwiek jest, rośnie coraz bardziej, wpycha się we mnie z każdym ruchem coraz głębiej i wyżej, aż aplauz dla Besta staje się rytmem naszego pieprzenia się, a wszyscy wokoło są po naszej stronie, kibicując i nam, i bramce… trudno to teraz rozdzielić. To decydujące, wszystko zależy od niego; my też urządzamy wyścig, do naszej bramki. Moje podniecenie jest coraz dziksze, tracę nad sobą kontrolę. Krzyczę, żeby Best robił to tak jak my, żebyśmy razem wygrali. A gdy mężczyzna za mną zaczyna jęczeć ściskając mnie w spazmie rozkoszy, Best strzela gola a ja…
— Powiedz mi o czym myślisz — powiedział mężczyzna, z którym byłam w łóżku. Jego słowa dobrze współgrały z fantazją w moim umyśle. Nigdy nie broniłam się przed takimi myślami, gdy kochaliśmy się (tak bardzo byłam pewna naszej spontaniczności i dopasowania), że bez oporu powiedziałam mu o czym myślałam.
Wstał z łóżka, założył spodnie i wyszedł.
Leżąc tam, pośród pogniecionych prześcieradeł, nagle odrzucona, nie rozumiejąc właściwie dlaczego, patrzyłam jak się ubierał. Próbowałam wytłumaczyć, że to tylko wyobraźnia, że nie chciałam naprawdę tego drugiego mężczyzny na meczu. On nie miał twarzy, był nikim! Nie miałabym w ogóle takich myśli, nie mówiąc już o wypowiadaniu ich, gdybym nie była tak podniecona, gdyby on, mój prawdziwy kochanek, nie
podniecił mnie do tego stopnia, że poczułam swoje ciało, całą siebie, nawet swój umysł. Czy naprawdę nie widział tego? On i jego wspaniałe namiętne kochanie sprowadziło te myśli, a one z kolei podsyciły moją namiętność. Powinien być dumny, szczęśliwy za nas oboje…
Jedną z rzeczy, które zawsze podziwiałam u mojego kochanka, było to, że był jednym z niewielu mężczyzn, którzy rozumieli, że w łóżku może być wesoło i zabawnie. Niestety, nie uważał, że moja fantazja futbolowa jest śmieszna czy zabawna. Jak powiedziałam, po prostu wyszedł.
Jego złość i wstyd dopiero zrozumiałam dzięki napisaniu tej książki — pojęłam, jak bardzo mnie zranił. Był to początek końca naszego związku. Do tego momentu zawsze krzyczał: „Więcej!” Byłam przekonana, że nie ma takiego obszaru, do którego bym nie doszła, a który by nie podniecił go jeszcze bardziej; jego zachęta była jak prztyczek dziecka, który daje bączkowi, żeby się kręcił coraz szybciej, tak on nakręcał mnie w kierunku rzeczy, które zawsze chciałam robić, ale byłam zbyt nieśmiała, żeby robić z kimś innym. Nieśmiałość na pewno nigdy nie była w moim stylu, ale w łóżku, w dalszym ciągu byłam kochaną córeczką mamusi. Czułam, że on uwolnił mnie od tego niepotrzebnego panieńskiego skrępowania, którego nie potrafiłam intelektualnie zrozumieć i od którego nie umiałam uciec. Dumny z moich wyników sprawił, że i ja byłam z siebie dumna. Kochałam nas oboje.
Spoglądając dziś innymi oczami na mojego wszystko akceptującego kochanka, widzę, że to, co tak radośnie odgrywałam, to były jego, a nie moje niejasno wypowiedziane fantazje, rodem z „Pygmaliona” czy D. H. Lawrence’a. A moje? Nie chciał o nich słyszeć. Nie byłam współautorem tego fascynującego scenariusza „Jak być Nancy”, nawet jeśli to było moje życie. Przeznaczono mi tylko rolę statystki.
Gdzie jesteś, mój były kochanku? Jeśli uraziła cię fantazja o „innym mężczyźnie”, co byś pomyślał o tej z Dalmatyńczykiem Mojego Wspaniałego Wujka Henry’ego w roli głównej? Albo z członkiem mojej rodziny, którego lubiłeś, samym Wspaniałym Wujkiem Henrym, tak jak wyglądał na portrecie wiszącym nad pianinem mojej matki, w czasach, kiedy mężczyźni nosili wąsy, które łaskotały, a kobiety długie spódnice. Czy dostrzegasz, co Wspaniały Wujek Henry robi mi pod stołem? Tylko, że jestem przebrana za chłopca.
Czy na pewno jestem? To bez znaczenia. Dla fantazji to nieważne. Funkcjonują one na zasadzie swoistej elastyczności, zdolności natychmiastowego wchłonięcia każdej nowej postaci, obrazu czy idei — lub też, jak w marzeniach, do których są tak bardzo podobne, przez rozwijanie sprzecznych obrazów w tym samym czasie. Rozszerzają, wydłużają, deformują lub wyolbrzymiają rzeczywistość, przenosząc nas coraz dalej i szybciej w kierunku, gdzie pozbawiona wstydu podświadomość wie, dokąd chce iść. Fantazje proponują zdumionej jaźni niewiarygodną okazję uchwycenia niemożliwego.
Byli i inni kochankowie, i inne fantazje. Ale już nigdy nie przedstawiałam ich sobie nawzajem, Aż do momentu, kiedy spotkałam mojego męża. Dobrego mężczyznę charakteryzuje umiejętność ujawnienia w kobiecie tego co najlepsze, wszystkich jej pragnień. W poszukiwaniu twojej najgłębszej istoty, nie tylko zaakceptuje to, co odkryje, ale też nic niepełnego nie może go zaspokoić. Bill wydobył z powrotem moje fantazje na powierzchnię, z głębin, gdzie roztropnie zadecydowałam, że muszą żyć — żywiołowe i żywotne jak zawsze, to prawda, ale nigdy nie wypowiadane.
Nigdy nie zapomnę jego reakcji, kiedy nieśmiało, z bojaźnią i pewnym zawstydzeniem, zdecydowałam zaryzykować i zwierzyć mu się z tego, o czym myślałam. „Co za wyobraźnia!” — wykrzyknął. „Nigdy sam bym czegoś takiego nie wymyślił. Czy naprawdę o tym myślałaś?”
Jego spojrzenie pełne rozbawionego podziwu przyniosło mi ogromną ulgę; zrozumiałam jak bardzo mnie kochał, a kochając mnie, kochał wszystko, co mogło wzbogacić nasze życie. Moje fantazje były dla niego jak nagłe odkrycie tajemniczego ogrodu rozkoszy, którego nie znał, a do którego miałam go zaprosić.
Małżeństwo uwolniło mnie od wielu rzeczy, a wprowadziło w inne. Jeżeli moje fantazje wydawały się Billowi takie odkrywcze i porywające, dlaczego nie przedstawić ich w powieści, którą właśnie pisałam? Miało to być oczywiście o kobiecie i musieli być inni czytelnicy, poza moim mężem, inni mężczyźni i kobiety, którzy byliby zaintrygowani nowym podejściem do tego, co się dzieje w umyśle kobiety. I rzeczywiście, poświęciłam cały rozdział książki długiemu, idyllicznemu opisowi erotycznych fantazji heroiny. Myślałam, że to będzie najlepsza rzecz w książce, materiał w rodzaju tego, z którego zwykle były zbudowane powieści przeze mnie podziwiane. Lecz mój wydawca, mężczyzna, miał zupełnie inne zdanie. „Nigdy nie czytałem czegoś takiego” — powiedział mi (wystarczająca przyczyna, żeby wreszcie coś takiego napisać, pomyślałam). „Te fantazje zrobiły z bohaterki jakieś seksualne monstrum. Jeżeli ona tak szaleje za tym facetem, z którym jest, kontynuował, i jeśli on jest takim świetnym ogierem, to dlaczego ona myśli o innych szalonych rzeczach… dlaczego nie skupi się na nim?”
A może ja powinnam go zapytać: dlaczego mężczyźni mają seksualne fantazje? Dlaczego chodzą do
prostytutek, żeby robić pewne rzeczy, kiedy mają do dyspozycji oddane damy czekające w domu? Dlaczego mężowie kupują żonom czarne, koronkowe podwiązki i staniki odkrywające sutki, jeśli nie w pogoni za urzeczywistnieniem własnych fantazji? We Włoszech mężczyźni krzyczą „Madonna mia”, kiedy szczytują, i nierzadko się zdarza, o czym czytamy w „Odepchniętym Erosie”, że Anglik z wyobraźnią płaci panience za przywilej skosztowania truskawkowej pianki (tak jak robiła to Nanny), którą ona uprzejmie wepchnęła sobie w pipkę. Dlaczego są akceptowane (i nieustannie są w modzie) komiksy w kółko powtarzające motyw Jasia Przeciętniaczka pożerającego wzrokiem apetyczną blondynę, podczas gdy w dymku nad jego głową kłębi się istna orgia egzotycznych pozycji. Mój Boże! Nie tylko, że nie uważa się tej fantazji za naganną, wprost przeciwnie, należy ona do kanonu żartów, a nawet dykteryjek rodzinnych, które ojciec ze śmiechem opowiada synowi.
Mężczyźni dzielą się fantazjami seksualnymi przy wódce, nazywając je „świńskimi kawałami”; a jeśli się trafi taki, którego to nie bawi, uznają go za dziwnego. Sprośne filmy uświetniają męskie obiady i konferencje handlowe. Ale kiedy Henry Miller, D. H. Lawrence i Norman Mailer — już nie mówiąc o Gene- cie — przelewają swoje fantazje na papier, wtedy uznawane są za to, czym być mogą — za sztukę. Tego typu seksualne fantazje mężczyzn nazywane są powieściami. Dlaczego więc, chciałam zapytać mojego wydawcę, fantazje seksualne kobiet nie mogą być tak samo nazywane?
Nie powiedziałam nic. Insynuacje wydawcy i odejście mojego byłego kochanka uderzyły w moje najczulsze miejsce: tam, gdzie kobieta, nie wiedząc zbytnio o wzajemnych seksualnych odczuciach, jest najbardziej podatna na ciosy. Co to znaczy być kobietą?
Czy nie jestem kobieca? Jedną rzeczą jest zadać to pytanie samej sobie, nie wątpiąc z góry w jakość odpowiedzi, a inną jest poczuć, że to pytanie zostało nagle zadane przez kogoś i poczuć się ocenianym w jakimś nieokreślonym, nieznanym, niewyobrażalnym konkursie czy sądzie. Co to naprawdę znaczy być kobietą? Nie chciałam dyskutować o tym z wydawcą — mężczyzną męskim nad podziw, który prawdopodobnie trzymał rękę na seksualnym pulsie świata (czy nie opublikował Jamesa Jonesa i Mailera, czytając najprawdopodobniej z nimi nie nadające się do druku pieprzne kawałki). Zabrałam siebie, swoją powieść i swoje fantazje i poszłam do domu, gdzie byłyśmy doceniane. Książkę schowałam. Świat nie był jeszcze gotowy na przyjęcie kobiecych fantazji seksualnych.
Miałam rację. Nikt mojej książki wówczas nie potrzebował, chociaż zdarzyło się to raptem cztery lata temu, a nie czterysta. Ludzie twierdzili, że chcą usłyszeć coś o kobietach. Co mieli na myśli? Mężczyźni na pewno nie chcieli niczego nowego wiedzieć o ukrytym i być może zagrażającym im potencjale. Mogłoby to się wiązać z kwestią równości seksualnej i przewartościować pojęcia na temat męskiej dominacji. A my, kobiety, także nie byłyśmy jeszcze gotowe, żeby dzielić się naszymi skrywanymi fantazjami, naszą wspólną lecz nie wypowiedzianą wiedzą.
Kobiety potrzebowały i czekały na coś w rodzaju miary, którą mogłyby się zmierzyć i ocenić, na rodzaj seksualnej reguły odpowiadającej temu, co mężczyźni stworzyli już dawno na własny użytek. Kobiety były jednak milczącą płcią. W naszym pragnieniu uszczęśliwienia facetów narzuciłyśmy sobie ograniczenia seksualne i dyskrecje, które mężczyźni uważali za konieczne dla swojego własnego szczęścia i wolności. Uwięziłyśmy siebie nawzajem, zdradziłyśmy naszą własną płeć i nas samych. Mężczyźni zawsze trzymali się razem, licząc na braterską pomoc i poparcie, otwierając przed sobą wszystkie możliwe drogi przygód seksualnych, rozmaitości i możliwości. Kobiety wręcz przeciwnie.
Dla mężczyzn rozmawianie o seksie, pisanie i spe-kulowanie o nim, wymiana doświadczeń, porad i słów otuchy zawsze było społecznie dopuszczalne. W rzeczywistości, pewna doza seksualnych przechwałek w męskiej ubikacji jest uważana za oznakę męskości. Kultura, która daje mężczyznom taką wolność, surowo zabrania tego samego kobietom, każąc nam być nieufnym przed samym sobą, zmuszając nas do zaakceptowania reguł oszustwa, wstydu, a przede wszystkim milczenia.
Prawdopodobnie nigdy nie zdecydowałabym się na napisane tej książki, gdyby nie głosy innych kobiet, które przerwały tę zmowę milczenia. Uzyskałam dzięki nim nie tylko seksualny punkt odniesienia, o którym już mówiłam, ale także świadomość, że inne kobiety pragną usłyszeć, co ja mam do powiedzenia, i że ja także pragnę usłyszeć ich głosy. Teraz sytuacja uległa zmianie. Kobiety same zaczęły mówić, nie czekając aż zostaną zapytane, chcąc dzielić się swoimi doświadczeniami, swoimi pragnieniami. Nagle tysiące kobiet popierając siebie nawzajem zaczęło zgłaszać swoje głosy i nazwiska jako wyraz poparcia dla ruchów równouprawnienia kobiet.
Wyzwolenie wisiało w powietrzu. Wraz ze stopniowym uwalnianiem naszych ciał, wolność zdobywały też nasze umysły. Pozornie zagadkowa sugestia, że kobiety mają seksualne fantazje, zafascynowała wydawców. Pojawiła się szansa na to, że staromodne pytanie „o czym myślisz?”, zadawane kobietom przez mężczyzn, w końcu znajdzie odpowiedź. To już nie obrotny wydawca miał decydować, czy dobrym chwytem handlowym będzie seria erotycznych powieści, napisanych przez pełne seksu autorki. To wydostało się spod ich kontroli. Kobiety pisały o seksie ze swojego punktu widzenia (postrzegane już nie tylko jako obiekty męskich fantazji). To było zupełnie nowe odkrycie. Koniecznością stało się zrozumienie faktu, że wraz z wyzwoleniem kobiet mężczyźni uwolnią się od wszystkich damsko-męskich stereotypów. Koniec z myśleniem o kobietach jako z gruntu złych, świętoszkowatych, kłopotliwych, nie mających szans na dorównanie mężczyznom. Wyobraźcie sobie rzecz niezwykłą; rozmowa z kobietą mogłaby dać więcej frajdy niż noc spędzona z kumplami!
To wisiało w powietrzu, i nic dziwnego, że moja idea zafascynowała wszystkich. „Myślę o napisaniu książki o seksualnych fantazjach kobiet” — mówiłam grupie inteligentnych i elokwentnych przyjaciół. Tylko tyle. Cała rozmowa natychmiast urywała się. Mężczyźni i kobiety obracali się do mnie z uśmieszkami podniecenia. Zauważyłam, że mieli ochotę zaaprobować ideę, ale tylko deklaratywnie. „Och, chodzi ci o odwieczne marzenia o gwałcie?” „Chyba nie myślisz o czymś takim, jak King Kong, prawda?” Lecz kiedy zaczynałam mówić o fantazjach w sposób szczegółowy, tak jak tego wymaga styl narracyjny, niosąc powiew życia i emocjonalną wiarygodność, swoboda panująca przy stole nagle urywała się. Mężczyźni stawali się agresywni i nerwowi (och! mój dawny kochanku, jakże nie różnisz się od innych), a ich kobiety, nie tylko, że nie wypowiadały swoich fantazji — co zaintrygowało je na początku — ale zamykały się jak ostrygi.
Jeśli ktokolwiek coś powiedział, był to zawsze mężczyzna:

„Dlaczego nie zbierasz męskich fantazji?”
„Kobiety nie potrzebują fantazji, one mają nas.”
„Kobiety nie mają seksualnych fantazji.”
„Mogę zrozumieć, że jakaś stara, wysuszona śliwka czy sfrustrowana neurotyczka, której żaden mężczyzna już nie chce, ma takie fantazje. Ale zwykła, seksualnie zaspokojona kobieta ich nie potrzebuje.”
„Komu potrzebne są fantazje? Czy jest coś złego w dobrym, staroświeckim seksie?”

Nie ma nic złego w dobrym, staroświeckim seksie. Nie ma też nic złego w asparagusie. Ale dlaczego by nie mieć także i orchidei? Próbowałam wytłumaczyć, że to nie jest kwestią potrzeb, kobieta nie przestaje być kobietą, jeśli fantazjuje. (A gdy to robi, niekoniecznie musi to też oznaczać jakieś braki u mężczyzny). Ale jeśli kobieta ma fantazje lub ma na nie ochotę, wtedy powinna zaakceptować je bez wstydu i bez wmawiania sobie, że to jakaś perwersja. Stwierdzenie to odnosi się także do mężczyzn. Fantazje powinny być uważane za przedłużenie naszego erotyzmu. I myślę, że właśnie ta idea, pojęcia nieznanego, seksualnego potencjału, kryjącego się w kobietach, groźba niewidzialnego, mocarnego rywala, tak bardzo zaniepokoiła większość mężczyzn.

„Fantazje w trakcie uprawiania seksu? Moja żona? Nie, Harriet nie fantazjuje…”

Zaraz potem zwracał się do żony z mieszaniną groźby i rosnących wątpliwości. „Prawda, Harriet?” Zaskoczeniem było dla mnie to, że tak wielu inteligentnych i generalnie pozbawionych uprzedzeń ludzi wpadało w panikę na samą myśl o tym, że ich partnerki mogłyby mieć seksualne nawet ulotne myśli, które nie dotyczyłyby ich.
Oczywiście, ten niepokój oddziaływał także na kobiety. Wkrótce nauczyłam się, aby nie zgłębiać tych idei w mieszanym towarzystwie. Na początku naiwnie wierzyłam, że obecność męża lub oddanego kochanka będzie wpływała kojąco i asekurująco. Patrząc na to obecnie, widzę, jak bardzo się myliłam, sądząc, że on też mógłby być zainteresowany odkryciem czegoś więcej o’seksualnym życiu partnerki i że gdyby ona
nie mogła pokonać nieśmiałości czy strachu, on potrafiłby ją odpowiednio naprowadzić. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna.
Rozmawiając tylko z kobietami, u których trudno byłoby zauważyć jakikolwiek niepokój z faktu, że ten temat mógłby wywołać niezadowolenie w ich mężczyznach, to i tak trudno nawiązać z nimi dobry kontakt, przezwyciężyć ich strach nie tyle przed przy-znaniem się do fantazji, ile przed przyznaniem się do nich przed samą sobą. To ten nie do końca uświadamiany strach przed potępieniem zmusza kobiety do skrycia fantazji w zapomnianych pokładach świadomości.
Przed moimi rozmówczyniami nie próbowałam grać roli terapeuty; analizowanie ich fantazji nie było moim celem. Chciałam po prostu udowodnić moją hipotezę, że kobiety też fantazjują i że powinno być to zaakceptowane, że mają te same nie zrealizowane potrzeby i pragnienia co mężczyźni, które mogą znaleźć swoje ujście w fantazji.
Wierzyłam i nadal wierzę, że jeśli ta informacja dotrze do kobiet, te z nich, które fantazjują, znajdą w końcu punkt oparcia dla swoich marzeń. Pozbędą się tego niepotrzebnego strachu, że tylko one mają dziwne, niewytłumaczalne pomysły i idee.
W końcu wypracowałam metodę, która pozwoliła wszystkim, z wyjątkiem tych najbardziej nieśmiałych, zwerbalizować swoje fantazje. Na przykład, jeśli tak, jak w wielu przypadkach pierwszą reakcją było: „Kto, ja? Nigdy!”, to pokazywałam im jedną lub dwie opowiedziane fantazje, które zebrałam od bardziej otwartych kobiet. To łagodziło niepokój:

„Myślałam, że moje pomysły są dzikie, ale one nawet w połowie nie dorównują tym tutaj.”

Lub też wywoływało ducha rywalizacji, który nigdy nie śpi w naszej płci:

„Jeśli ona myśli, że fantazja, którą mi daje do czytania, jest taka seksy, niech lepiej poczeka aż przeczyta moją.”

W ten sposób, nie napracowawszy się zanadto, uzbierałam całkiem liczną, choć amatorską kolekcję fantazji. Jednak wszystko, co zdobyłam do tej pory, było od kobiet, które znałam, lub od znajomych moich przyjaciółek, które dzwoniły lub pisały, mówiąc, że słyszały o tym, co robię, i chciałyby pomóc udzielając wywiadu. Ale, gdzieś po drodze, zrozumiałam, że jeśli moja kolekcja erotycznych marzeń ma być czymś więcej niż tylko przekrojem wąskiego kręgu moich znajomych, będę musiała pójść dalej. Dałam więc ogłoszenia w gazetach i czasopismach, które dotarły do różnych kobiet.
Ogłoszenia brzmiały:
KOBIECE FANTAZJE SEKSUALNE poszukiwane przez poważną badaczkę.
Dyskrecja zapewniona. Skrytka XYZ

Do tej pory najważniejszymi czynnikami zagrzewającymi mnie do pracy były poparcie mojego męża i duch czasów, w których żyliśmy. Ale dopiero listy, które nadeszły, wywołały we mnie poważną zmianę w podejściu do tematu. Nie jestem bojowniczką ani siostrą Czerwonego Krzyża, ale niektóre z apeli o pomoc i wyrazy ulgi zawarte w listach naprawdę mnie wzruszyły.
Najczęściej zaczynały się tak. „Dzięki Bogu, że mogę to komuś opowiedzieć; do tej pory nigdy nikomu się z tego nie zwierzyłam. Zawsze się bardzo wstydziłam, myśląc, że inni ludzie będą uważali je za nienaturalne, że uznają mnie za perwersyjną nimfomankę.”
Uważam za swój obowiązek przyznać, że do napisania tej książki pchnęła mnie przede wszystkim ciekawość — ciekawość siebie i ciekawość podniecenia i szoku, jaki ten temat wywoła u innych; chęć utarcia nosa męskiemu samozadowoleniu kochanka, który odszedł, i temu wszechwiedzącemu redaktorowi była siłą napędową; ale dopiero, gdy zdałam sobie sprawę z tego, że mój wysiłek może się przydać tym wszystkim czasami rozgoryczonym, czasami szczęśliwym kobietom, które zwykle anonimowo pisały do mnie, a jeszcze bardziej tysiącom tych, które były zbyt zażenowane, samotne lub wstydliwe, żeby do mnie napisać. Może zdobędą się na odwagę — sięgną po tę książkę i przeczytają ją.
Dzisiaj możemy zaobserwować swobodę z jaką kobiety piszą o seksie i o tym, co dzieje się w umyśle kobiety i w jej ciele w tym czasie. Wspaniałe pisarki, takie jak Edna O’Brien i Doris Lessing. Lecz nawet kobiety tak elokwentne jak one odczuwają potrzebę zarzucenia siódmej zasłony na to, co mogłoby być przyznaniem się do własnego seksualizmu; to, co piszą, nazywają jedynie fikcją. Ciekawe, a nawet użyteczne byłoby odrzucenie tej zasłony na rzecz wyzwolenia nas wszystkich, zarówno kobiet jak i mężczyzn. Żaden mężczyzna nie może być naprawdę wolny w łóżku z kobietą, która wolna nie jest.
Tworzenie tej książki było edukacją. Zdobywanie wiedzy o tym, jakie są inne kobiety, w swoich fantazjach i w życiu — czasem trudno było oddzielić te dwie rzeczy — często zapierało mi dech, czasem wywoływało śmiech, nierzadko rumieniec; dużo westchnień, pewną dozę przerażenia, zawiści i dużo, dużo współczucia. Moje własne fantazje wydają się od niektórych śmieszniejsze, od innych mniej poetyckie, od wielu bardziej zaskakujące — ale są moje własne. Naturalnie moje najlepsze fantazje, moje obecne faworytki — numery 1, 2 i 3 na mojej prywatnej liście przebojów — nie zostały umieszczone. W tej pracy
jest to jeszcze jedna rzecz, której nauczyłam się o fantazjach; dużą radością jest się nimi dzielić, ale raz wyjawione tracą połowę swojego czaru, ich nieodparty urok zanika. Są jak morskie kamyki, na których obeschła woda. Czy to nie brzmi tajemniczo? Ale tacy jesteśmy wszyscy.

 

 

 

Zobacz na:
Konieczne kłamstwa, proste prawdy – Daniel Goleman
Prawda, magnetyzm seksualny, kobieca i męska esencja – Błękitna Prawda, David Deida.

Konieczne kłamstwa, proste prawdy – Daniel Goleman

Link do skanu na mega

Kilka fragmentów na zachętę z książki. Jest w niej bardzo wiele na temat samooszukiwania siebie i nawet nie zdawania sobie z tego sprawy oraz jakie są tego konsekwencje.

Wprowadzenie

Trudno mi sformułować temat niniejszej książki, mimo że traktuje ona o czymś, co jest nam wszystkim bardzo bliskie. Trudność polega na tym, że nie dysponujemy słowami, które precyzyjnie określałyby, o co mi chodzi. To między innymi sprawia, że tak mnie intryguje ten temat – istnieją, zdaje się, ważne fragmenty naszego życia, które są dla nas w pewnym sensie białymi plamami; dziurami w przeżywaniu, zamaskowanymi brakami w słownictwie. Z tego, że są rzeczy, których nie doznajemy, zdajemy sobie sprawę jedynie bardzo mgliście albo wcale.
Właśnie te białe plamy w przeżywaniu są moim tematem.
Niemożność uprzytomnienia sobie pewnych aspektów naszego życia wydaje się spowodowana przyczynami leżącymi głęboko w naszej jaźni. Jej rezultatem jest niezdolność do zwrócenia uwagi na pewne zasadnicze aspekty otaczającej nas rzeczywistości, przez co powstają luki w tym strumieniu świadomości, który w każdym momencie określa nasz świat.
Tak więc moim tematem jest to, jak postrzegamy, a może bardziej jak nie postrzegamy tego, co uchodzi naszej uwagi.
Innymi słowy, ten fragment, który nie dociera do świadomości. Dziura w postrzeganiu. Sprawy wymazane gumką z karty postrzegania.
Tę niezdolność widzenia rzeczy takimi, jakimi rzeczywiście są, można metaforycznie nazwać „ślepą plamką”. W anatomii ślepą plamką (ściślej: ślepą plamką Mariotte’a [Edme Mariotte (1620-1684), francuski fizyk, zajmował się optyką i badaniami właściwości gazów i cieczy. W 1666 r. wykrył istnienie ślepej plamki w oku, ponadto w 1676, niezależnie od R. Boyle’a, podał prawo określające zachowanie gazów w stałej temperaturze, znane jako prawo Boyle’a-Mariotte’a.]) nazywa się lukę w polu widzenia, wynikłą z budowy oka.
Na dnie każdej gałki ocznej znajduje się fragment siatkówki, pozbawiony komórek światłoczułych (wyściełających całą resztę siatkówki), a więc niewrażliwy na bodźce świetlne, utworzony przez tarczę nerwu wzrokowego, czyli miejsce, w którym zbierają się wszystkie włókna nerwowe wewnętrznej warstwy neuronów siatkówki i przechodzą w nerw wzrokowy. W rezultacie w informacjach dostarczanych do mózgu jest luka dotycząca tego fragmentu pola widzenia. Ślepa plamka nie rejestruje niczego.
Zwykle ten brak danych jest kompensowany informacjami z drugiego oka. Tak więc zazwyczaj nie dostrzegamy naszych ślepych plamek. Ale kiedy zamkniemy jedno oko, ślepa plamka ujawni się. Aby dostrzec swoją ślepą plamkę, zamknij czytelniku lewe oko, przytrzymaj książkę przed sobą w wyciągniętej prawej ręce i skup wzrok na krzyżyku. Bardzo powoli zbliżaj książkę do oka i oddalaj z powrotem. Gdzieś w odległości od dwudziestu pięciu do czterdziestu centymetrów od oka będziesz miał złudzenie, że kropka znikła [Warto zwrócić uwagę, że w momencie kiedy czarna kropka „znika”, wychodzi na jaw „oszustwo” naszego mózgu – o czym autor nie wspomina. Otóż zamiast czarnej kropki nie zobaczymy „dziury” w polu widzenia, nie zobaczymy „miejsca, w którym nic nie ma”. Zobaczymy papier. Mózg wypełni „dziurę” informacjami z sąsiedztwa. Jeszcze wyraźniej można się o tym przekonać, jeśli przerysuje się kropkę i krzyżyk na kolorową kartkę i powtórzy eksperyment.].

krzyzyk i kółko
Dostrzeżenie własnej ślepej plamki jest bardzo pouczające: przeżycie to dostarcza konkretnej analogii dla znacznie subtelniejszych zjawisk psychicznych.
Pozwólcie, że przedstawię kilka przykładów takich zjawisk, zaczerpniętych z rozmaitych sfer życia. Wszystkie one zdają się świadczyć o istnieniu schematu, którym będę się tutaj zajmował.
Weźmy przykład kobiety, która w trakcie psychoterapii przypomina sobie, iż kiedyś, jako pięcioletnie dziecko, słyszała, że jej matka płacze w nocy. To wspomnienie zaskakuje kobietę, zupełnie nie pasuje do jej świadomych wspomnień z tamtych czasów. Był to okres wkrótce po wyprowadzeniu się ojca z domu. Matka wtedy wydzwaniała do niego błagając, żeby wrócił, jednakże w obecności dziewczynki utrzymywała pozory zupełnie innego stanu uczuciowego – zaprzeczała, że brakuje jej męża, i sprawiała wrażenie osoby beztroskiej i nie przejmującej się sytuacją: „Przecież dobrze nam razem tylko we dwie, prawda?”.
Córka pojęła, że o smutku matki się nie wspomina. Ponieważ matka ukrywała te uczucia, jej córka także miała je stłumić. Wielokrotnie słyszała wersję na temat rozwodu, odpowiadającą wizerunkowi, jaki jej matka pragnęła stworzyć; opowieść przerodziła się w pamięci dziewczynki w niezbity fakt. Takie niepokojące wspomnienia, jak matka płacząca w nocy, zbłakły w pamięci i skryły się w jej zakamarkach, by ujawnić się wiele lat później w trakcie psychoanalizy.
Temat katastrofalnego wpływu skrywanych tajemnic na ludzkie życie jest tak częsty w literaturze, iż wskazuje na powszechność przeżyć tego rodzaju. Opiera się na nim historia Edypa, podobnie jak fabuła powieści Forda Madoxa Forda pt. The Good Soldier, czy też niektóre sztuki Ibsena. Ibsen nazwał tego rodzaju tajemnicę, czyli taki mit rodzinny, który zastępuje niezbyt wygodną prawdę, „zakłamaniem” albo „życiowym kłamstwem” [W oryginale: vital lie (użyte także w tytule niniejszej książki), co oznacza „kłamstwo konieczne po to, by żyć”. Zwrot ten pochodzi z angielskiej wersji Dzikiej kaczki Henryka Ibsena (w innym angielskim przekładzie używa się słowa life-illusion, „złudzenie, na którym opiera się życie”). W polskim tekście Dzikiej kaczki, w przekładzie Jacka Friichlinga (z autoryzowanego tekstu niemieckiego – sic!) brzmi to bądź ,.życiowe kłamstwa” (Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1988; Zysk i S-ka, Poznań 1994), bądź – „życiowe zakłamanie” (Wyd. KAMA, Warszawa 1994). W związku z tym w tekście będę używał obu tych sformułowań. Natomiast w tytule, na życzenie wydawcy, użyto zwrotu „konieczne kłamstwa”.].
Takie życiowe kłamstwo to coś często spotykanego. Oto pewien psychiatra relacjonuje wypowiedź kobiety, zasłyszaną na jakimś przyjęciu’.
Czuję się bardzo blisko związana z rodziną. Kochają mnie i okazują to. Kiedy nie zgadzam się z matką, potrafi rzucić we mnie czymś, co ma pod ręką. Pewnego razu trafił jej się nóż i trzeba było mi założyć dziesięć szwów na nodze. Kilka lat później ojciec chciał mnie udusić, bo zaczęłam chodzić z chłopakiem, który mu nie przypadł do gustu. Naprawdę bardzo się o mnie troszczą.
Mechanizm zaprzeczania, widoczny jak na dłoni w powyższym przykładzie, to niezawodny wskaźnik zakłamania. Kiedy brutalność faktów jest zbyt oczywista, by je zignorować, zmienia się ich wymowę. Kłamstwo pozostaje nie zdemaskowane dzięki przemilczeniom, wykrętom, zaprzeczaniu w żywe oczy, w czym solidarnie uczestniczy cała rodzina. Zmowę podtrzymuje odwracanie uwagi od przerażających prawd albo owijanie ich w bawełnę, żeby się można było z nimi pogodzić. Pewien terapeuta zajmujący się rodzinami z takimi problemami, jak stosunki kazirodcze lub alkoholizm, w następujący sposób opisuje funkcjonowanie życiowego zakłamania:
Bagatelizuje się wszelkie aluzje do prawdziwej natury problemu, wyśmiewa się je, pokrętnie wyjaśnia, nie nazywa się rzeczy po imieniu. Ogromną rolę w bagatelizowaniu tego, co się naprawdę dzieje, odgrywa język, czyli słowa. By ukryć rzeczywistą naturę zjawisk, nagminnie używa się eufemizmów. Określenia: „lubi wypić”, małżeńskie
„Nieporozumienie” lub „surowa dyscyplina” mogą oznaczać alkoholizm, bicie żony lub maltretowanie dzieci. Mówi się o „drobnym wypadku” w celu wytłumaczenia siniaków i złamań, gdy mamy do czynienia z przemocą w rodzinie. Twierdząc: „zaszkodziło mu”, usprawiedliwia się zachowanie po nadużyciu alkoholu.
Pewien człowiek, którego ojciec był alkoholikiem, ujął to tak: „W naszej rodzinie obowiązywały dwie wyraźne reguły: pierwsza, że wszystko jest w porządku, i druga, że nikomu ani słowa”.
A oto przykład innego rodzaju. Jesse Jackson [ (ur. 1941), amerykański polityk znany z działalności na rzecz Murzynów, wybitny mówca. Bez powodzenia starał się o nominację Partii Demokratycznej na kandydata w wyborach prezydenckich w USA w latach 1984 i 1988.], wspominając dzieciństwo w Karolinie Południowej, opowiada następującą historię o spotkaniu z mężczyzną imieniem Jack, białym właścicielem miejscowego sklepiku spożywczego.
Tego dnia śpieszyłem się wyjątkowo, ponieważ przed sklepem czekał na mnie mój dziadek, który dał mi parę groszy na herbatniki czy coś innego. Wewnątrz znajdowało się ośmiu czy dziesięciu czarnych, a ja powiedziałem: „Jack, poproszę herbatniki”. On w tym czasie kroił mortadelę czy coś tam. Zagwizdałem, żeby zwrócić jego uwagę. Nagle rzucił się na mnie z pistoletem. Wycelował w głowę i powiedział: „Nigdy więcej na mnie nie gwiżdż!”. Moją uwagę zwróciło to, że pozostali czarni w sklepie zachowywali się tak, jakby tego nie widzieli. Krzątali się wśród półek. Strach głęboko zapuścił w nich korzenie. Ja bałem się nie tyle pistoletu, ile tego, co zrobi mój ojciec. Wrócił właśnie z frontu drugiej wojny światowej, wiedziałem, że jest porywczy, a na dodatek miał umysł otwarty dzięki kontaktowi z Europą w czasie wojny. Narastał w nim sprzeciw wobec panującego systemu. Wiedziałem, że jeśli ojciec się o tym dowie, to albo zabije Jacka, albo sam zginie. Tak więc stłumiłem to przeżycie. Dopiero wiele lat później wyszło na jaw. Ale tak się żyło w naszej „strefie okupowanej”.
W pewnym sensie drugą stronę medalu przedstawia Barney Simon, południowo-afrykański dramaturg, kiedy snuje refleksje na temat niewypowiedzianych prawd o apartheidzie. Jeśli w Ameryce Północnej Murzyni tłumią gniew przeciwko białym, to w Afryce Południowej biali muszą tłumić ciepłe uczucia wobec czarnych.
Wszyscy biali mieszkańcy Afryki Południowej mieli w dzieciństwie murzyńskie nianie. Pamiętam tę, która służyła u nas w domu, Rose… Pierwsze kilka lat życia spędza się na plecach czarnej kobiety. Spędza się je z policzkiem przytulonym do jej karku. Słucha się jej piosenek, jej języka. Chodzi się z nią do parku i siaduje wśród innych czarnych – jak ona – kobiet. Wchodzi się do jej pokoju i może nawet zastaje tam jej kochanka. Poznaje się nawzajem, blisko, intymnie. Ale w końcu przychodzi moment,  kiedy Afryka Południowa mówi ci, że ta bliskość jest czymś wstrętnym, jest zbrodnią, gorzej niż zbrodnią – grzechem. Każe ci się wyrzucić z pamięci to, czego się dowiedziałeś.

Historia wojen i wojskowości to bogata kopalnia przejawów tego, co próbuję uchwycić, weźmy na przykład wypadki jawnej odmowy przyjęcia do wiadomości prawdy.

•   W czasie pierwszej wojny światowej, na tydzień przed pierwszym niemieckim atakiem gazami bojowymi, pewien niemiecki dezerter przyniósł ostrzeżenie, że taki atak ma nastąpić. Pokazywał nawet ochronne maski, które zostały wydane siłom niemieckim. Francuski dowódca uznał doniesienie za absurdalne i zmyl głowę łącznikowi za to, że zameldował się z pominięciem drogi służbowej.
•   W czasie drugiej wojny światowej doniesiono Hermannowi Goringowi, że nad jednym z miast niemieckich zestrzelono aliancki myśliwiec, pierwszy, który znalazł się tak daleko od linii frontu. Oznaczało to, że alianci dysponują nowym myśliwcem dalekiego zasięgu, będącym w stanie konwojować bombowce nad terytorium Niemiec. Góring, który sam był pilotem, „wiedział”, że to niemożliwe. Jego odpowiedź brzmiała: „Stwierdzam stanowczo, że Akwizgran znajduje się poza zasięgiem myśliwców amerykańskich… W związku z powyższym oficjalnie rozkazuję, że ich tam nie było”.
•   Podczas tej samej wojny, w dniu rozpoczęcia ofensywy niemieckiej na Związek Sowiecki, jednostka ochrony pogranicza wysłała meldunek do kwatery głównej: „Znajdujemy się pod ostrzałem. Co mamy robić?”, na co dowództwo odpowiedziało: „Chyba zwariowaliście”.

Następny z kolei przykład, tym razem na znacznie większą skalę, znajdziemy, jeśli rozważymy los ludzkości. „Światowe zapasy broni atomowej – stwierdzono w jednym z artykułów «The Wall Street Journal» – narastają w tempie jednego miliona dolarów na minutę, obecnie liczba głowic przekracza pięćdziesiąt tysięcy”. Równocześnie – według danych Światowej Organizacji Zdrowia – pięćdziesiąt milionów dzieci umiera rocznie z powodu biegunki, największego zabójcy na świecie – a tak łatwego do opanowania za pomocą najprostszych środków higienicznych i przez poprawę odżywiania.
Psychiatrzy ukuli termin „atomowe odrętwienie” na określenie tej masowo obserwowanej niezdolności do odczuwania strachu, gniewu i buntu, adekwatnych do sytuacji, w jaką ludzkość wpędził wyścig zbrojeń. Ludzie zachowują się tak, jakby aplikowali sobie środki znieczulające, jakby niebezpieczeństwo było zbyt ogromne, by się nim przejąć.
Lester Grinspoon, psychiatra, zauważa, że w ramach „atomowego odrętwienia” ludzie „odmawiają przyjmowania informacji, które mogłyby sprawić, że mgliste lęki staną się wystarczająco konkretne, by wymagać od człowieka stanowczego działania”, a także „świadomie unikają wyciągania wniosków z informacji, które do nich dotarły”. Innymi słowy, traktują ten problem, problem nas wszystkich, jakby dotyczył kogoś innego.
Przytoczone przykłady pokazują, jak skutecznie wypaczone postrzeganie może ukrywać bolesną prawdę. We wszystkich cytowanych opisach mamy do czynienia z uspokajaniem przemożnych obaw poprzez wypaczenie postrzegania rzeczywistości.
Postrzeganie to gromadzenie informacji niezbędnych do przeżycia. Niepokój (lęk) to reakcja, która pojawia się, gdy informacje kwalifikowane są jako oznaki zagrożenia. Najciekawsze jest to, że możemy użyć postrzegania do zaprzeczenia zagrożeniu, do łagodzenia niepokoju.
Takie samooszukiwanie się może być pod wieloma względami użyteczne. Pod innymi – nie.
W Związku Sowieckim każde czasopismo miało własnego cenzora. Ale dziennikarze i redaktorzy rzadko mieli do czynienia ze skreśleniami cenzury, pisząc bowiem automatycznie wykonywali robotę za cenzora, z góry przyjmując jego wymagania. Lew Poliakow, rosyjski emigrant, który pracował jako fotoreporter w Związku Sowieckim, opowiada o swoich odwiedzinach w pewnym miasteczku nad Morzem Kaspijskim, gdzie przyjechał jako wysłannik czasopisma dziecięcego. W mieście znajdowały się dwie duże instytucje: ośrodek naukowy i obóz pracy przymusowej. Przyjął go tam miejscowy funkcjonariusz partyjny i powiedział: „Słuchaj, ty jesteś zapracowany i ja jestem zapracowany. Ułatwmy sobie nawzajem robotę. Jak tylko zobaczysz drut kolczasty, po prostu odwróć się do niego plecami i dopiero wtedy rób zdjęcie”.
Inny fotograf-emigrant, Lew Nisniewicz, sfotografował głosowanie w Związku Pisarzy. W kadrze znalazł się agent KGB, który pilnie obserwował, jak członkowie związku głosują. Zdjęcie opublikowano w szeroko czytanej „Litieraturnoj Gazietie”, jednakże postać agenta odcięto, zostali tylko głosujący pisarze, trzymający w górze swoje mandaty. Obraz nasuwał myśl o spontanicznym entuzjazmie, nie dając żadnej wskazówki o innych siłach, które wtedy miały wpływ na członków związku.
Wypadki takiej ewidentnej cenzury są łatwe do rozpoznania. Ale zmiany, jakie zachodzą w naszej świadomości, nie są łatwe do uchwycenia. Niemniej jednak przykład z wykadrowanym zdjęciem jest wyjątkowo trafny jako metafora tego, co się dzieje w naszej psychice. To, na co zwracamy uwagę, znajduje się wewnątrz ram naszej świadomości, to, co zostaje odcięte – znika.
Rama obrazu prowadzi nasz wzrok ku temu, co jest przez nią otoczone, a odwraca od tego, co na zewnątrz. Określa, co jest obrazem, a co nie. Dobra rama tworzy margines, który stapia się z obrazem w ten sposób, że zauważamy tylko to, co jest oprawione, a nie samą ramę.
Podobnie jest z uwagą. To ona określa, co zauważamy, ale jest tak wyrafinowana, że z rzadka tylko uświadamiamy sobie, w jaki sposób zauważamy. Uwaga stanowi ramę wokół tego, co przeżywamy.
Ram się na ogół nie zauważa – z wyjątkiem może pozłacanych barokowych potworności. Ale tak samo jak zła rama kłóci się z oglądaniem, rujnuje obraz, tak zniekształcona uwaga wypacza nasze przeżywanie i wstrzymuje działanie.
Wykoślawiona świadomość może prowadzić do katastrofy. Dyżurnym tematem greckiej tragedii antycznej jest łańcuch fatalnych przypadków, rozpoczęty przez niewielką wadę percepcji na wstępie. Filozof społeczny Hannah Arendt wiele pisała o tym, jak mieszanina oszukiwania samego siebie i wolnej woli pozwala nam wyrządzać zło w przekonaniu, że czynimy dobro.
Skłonność do uśmierzania bólu za pośrednictwem zniekształcania uwagi może być niedomaganiem, na co współczesna wrażliwość jest szczególnie podatna. John Updike w swoim artykule o Kafce formułuje to celnie:

„Stulecie, które minęło od urodzenia Franza Kafki, charakteryzowało się ideą «modernizmu» – świadomością nowości, która pojawiła się w dziejach jako coś nowego. W sześćdziesiąt lat po swojej śmierci Kafka ucieleśnia jeden z przejawów tej modernistycznej mentalności: doznanie lęku i wstydu, nie wiadomo skąd się biorące, a więc niemożliwe do ukojenia; poczucie, że wszystko jest nieskończenie trudne, pętające wszelką aktywność; te wrażenia są tak dojmujące i bolesne, jakby system nerwowy odarty ze swoich dawnych osłon konwenansów społecznych i wierzeń religijnych rejestrował każde poruszenie jako dotkliwy cios”.

Ślepe plamki szczególnie kuszą umysły nadwrażliwe na ból. Oferują łatwą pociechę w obliczu bolesnych faktów zarówno wtedy, kiedy źródło owego bólu jest głęboko wewnętrzne, jak na przykład wspomnienia dziecięcej krzywdy albo poranna sprzeczka z małżonkiem, jak i wówczas, gdy jest ono publiczne – tortury i morderstwa popełniane przez dyktatorskie reżimy albo też groza wojny atomowej.
Jakieś filtry selekcjonujące postrzeganie są bezwzględnie konieczne, choćby ze względu na ogromny potok informacji, który w każdym momencie dociera do naszych zmysłów. Kora mózgowa, najnowsza część ludzkiego mózgu, większość swojej energii poświęca na wybieranie z tego potoku. „Prawdę mówiąc – twierdzi neurofizjolog Monte Buchsbaum – filtrowanie czy też radzenie sobie z tym ogromnym nadmiarem informacji, jakim ludzkie oczy, uszy i inne organy zmysłów obciążają ośrodkowy układ nerwowy, jest jednym z głównych zadań kory mózgowej”.
Postrzeganie jest wyborem. Odsiewanie informacji jest więc korzystne. Ale właśnie ta sprawność mózgu czyni go podatnym na deformację tego, co dociera do świadomości po odrzuceniu reszty. Buchsbaum posuwa się do twierdzenia, że różnice między ludźmi, w związku z tym, co odsiewają,

„prowadzą do tego, że różne osoby tworzą w swej świadomości całkowicie odmienne obrazy zewnętrznego środowiska, w zależności od tego, jakie nastawienie towarzyszy procesowi przyjmowania i odrzucania sygnałów zmysłowych”.

Skuteczność sposobów, prowadzących do wypaczenia naszego postrzegania, ma daleko idące skutki. Jak ujął to William James: „Moje przeżycia są tym, w czym zgodziłem się uczestniczyć. Tylko to, co zauważam, kształtuje mój umysł”. Ale dodaje też: „Bez selekcji, którą kieruje zainteresowanie, nasze doświadczenie byłoby jednym wielkim chaosem”. Według Jamesa uwaga jest aktem woli, wybór tego, co zostanie przyswojone przez umysł, jest wyborem świadomym. Według Freuda tymczasem uwagę kształtują siły psychiki nieświadomej, krainy znajdującej się poza zasięgiem dyktowanych wolą decyzji.
Obaj, James i Freud, mieli częściowo rację. Uwagę modyfikują zarówno siły świadome, jak i nieświadome. Niektóre z nich nie szkodzą nam, na przykład ograniczenia pojemności, ustanowione przez konstrukcję psychiki. Niektóre mają dla nas zasadnicze znaczenie, jak skłonność do zwracania uwagi na bodźce najsilniejsze i aktualne. Inne modyfikacje uwagi – co postaram się wykazać – mogą się obracać przeciwko nam. Najważniejszą z nich jest samooszukiwanie się spowodowane wymianą typu „coś za coś” między lękiem a uwagą.

HANDEL WYMIENNY

Wymiana, polegająca na tym, że płacimy zniekształceniem świadomości za poczucie bezpieczeństwa, stanowi – w moim przekonaniu – zasadę, wokół której skupia się ludzka aktywność w rozmaitych dziedzinach i na wielu poziomach organizacji życia. Moim zamiarem jest naszkicować to powiązanie między uwagą a lękiem, które uznaję za element skomplikowanej sieci wplecionej w funkcjonowanie mózgu, strukturę naszej psychiki i tkankę życia społecznego.
Pragnę się skoncentrować na tym, w jaki sposób napływają informacje i jak ten potok jest zniekształcany przez współgranie bólu i uwagi. Dostrzeżenie związku między bólem a uwagą nie jest osiągnięciem nowym. Freud dawno temu rozpracował go z właściwą sobie błyskotliwością. Jednakże współczesne badania i poglądy, zwłaszcza w dziedzinie przetwarzania informacji, oferują bardziej dopracowaną koncepcję wewnętrznej dynamiki procesów psychicznych, koncepcję, którą daje się rozciągnąć na funkcjonowanie życia grupowego i rzeczywistości społecznej.
Ani Freud, ani żaden inny współczesny mu badacz psychiki ludzkiej nie byli w stanie dokonać tego przeskoku na wyższe poziomy organizacji, ponieważ dopiero w ostatnich dekadach psychologia poznawcza wypracowała model funkcjonowania umysłu, model, dużo bardziej szczegółowy i oparty na znacznie solidniejszych podstawach, niż to było w przeszłości. Model ten pozwala nam wreszcie pojąć, jak kształtuje się nasze przeżywanie i jakie ukryte siły rzeźbią osobistą i społeczną rzeczywistość.
Obszar rozciągający się od mechanizmów psychicznych do funkcjonowania życia społecznego to dziedzina, w którą będziemy się zagłębiać w tej książce. Nasza podróż rozpocznie się jednakże na poziomie znacznie bardziej podstawowym: od układu funkcjonalnego odczuwania bólu przez nasz mózg. Na poziomie neurofizjologii kryje się podstawowy model tego handlu wymiennego między bólem a uwagą. Mózg, jak się przekonamy, dysponuje zdolnością znoszenia bólu poprzez maskowanie jego żądła, ale za cenę ograniczenia pola świadomości.
Ta sama zasada powtarza się na każdym następnym poziomie zachowań ludzkich: w mechanizmach psychicznych, w strukturze charakteru, w życiu zbiorowym, w społeczeństwie. W każdej z tych sfer rodzaj „bólu”, który jest odgradzany od świadomości, staje się coraz bardziej wyrafinowany, od stresu i lęku, przez bolesne tajemnice do zagrażających bądź niewygodnych faktów z dziedziny życia społecznego.
Podsumowując, moje tezy obracają się wokół następujących przesłanek:
•   Psychika aktywnie chroni samą siebie przez przytępianie uwagi.
•   Mechanizm ten wytwarza ślepą plamkę: strefę wyłączonej uwagi i samooszukiwania
się.
•   Ślepe plamki istnieją na każdym z głównych poziomów organizacji zachowań ludzkich, od psychicznego do społecznego.

Niniejsza książka podzielona jest na sześć części. Pierwsza z tych części to zarys handlu wymiennego między uwagą a bólem, pokazujący tę współzależność na poziomie funkcjonowania mózgu i sposobu, w jaki psychika radzi sobie z lękiem i stresem. Neurofizjologiczne mechanizmy tej wymiany wykorzystują wytwarzane w mózgu substancje z grupy opioidów, „morfiny mózgowej”, która osłabia wrażenie bólu i przytępia uwagę. Analogią tego fizjologicznego handlu jest mechanizm psychologiczny polegający na łagodzeniu lęku przez stępienie uwagi.
Część druga wypracowuje model funkcjonowania psychiki. Jego zadaniem jest ukazać mechanizmy umożliwiające ów handel wymienny między uwagą a bólem. Przedstawione są tu dwie zasadnicze koncepcje: pierwsza głosi, że nieświadomość odgrywa zasadniczą rolę w funkcjonowaniu psychiki, a druga – że umysł upakowuje informacje w „schematy poznawcze” czy „szablony”, coś w rodzaju kodu reprezentującego doświadczenie życiowe. Schematy poznawcze operują poza naszą uwagą, w nieświadomości. Ich zasadnicze zadanie polega na kierowaniu świadomości (uwagi) w stronę bodźców w danym momencie najistotniejszych, a ignorowaniu reszty. Jednakże gdy na schematy te ma wpływ lęk przed informacjami bolesnymi – tworzą się „ślepe plamki” w uwadze.
Część trzecia pozwala nam ujrzeć psychiczne mechanizmy obronne – te sztandarowe przykłady samooszukiwania się – w nowym świetle płynącym z przedstawionego modelu funkcjonowania umysłu. Część ta w nowy sposób przedstawia procesy psychiczne, kształtowane powiązaniami między uwagą a schematami poznawczymi, i ukazuje jak – poprzez samą strukturę psychiki – niedostrzeganie bolesnych prawd chroni nas od lęku.
Gdy takie łagodzenie bólu przez niedostrzeganie bolesnych prawd stanie się nawykiem, wówczas zaczyna wpływać na charakter człowieka. W części czwartej przyjrzymy się, w jaki sposób nawyki unikania lęku wskutek przytępienia uwagi są przekazywane z rodziców na dzieci. W trakcie kształtowania się osobowości zaczynają dominować określone zestawy mechanizmów obronnych, a wraz z nimi „ślepe plamki” i wynikające z tego samooszukiwanie się.
Część piąta opisuje życie w grupie, używając przykładu elementarnego – rodziny. Pokazuje, w jaki sposób wspólne schematy poznawcze dyrygują dynamiką procesów zachodzących w grupie. Odbywa się tu ten sam handel wymienny „ból-uwaga”, wykrawając „ślepe plamki” w zbiorowym polu widzenia grupy.
W części szóstej korzystamy z tego samego modelu, by rozpoznać społeczną konstrukcję rzeczywistości. Wspólne schematy poznawcze funkcjonują w życiu społecznym, tworząc „uzgodnioną” rzeczywistość. Ta rzeczywistość społeczna jest usiana „dziurami informacyjnymi”, którym zaprzecza się na mocy cichej zmowy. Łatwość powstawania takich społecznych „ślepych plamek” wynika z budowy umysłów poszczególnych jednostek. Ceną, jaką płaci za to społeczeństwo, są kolektywne złudzenia.
Nasza wyprawa to wyprawa zwiadowcza. Dokonamy po drodze rozpoznania terenu w rozmaitych dziedzinach przeżywania. Rzucimy okiem na obszary, do których mam nadzieję powrócić, by sporządzić ich dokładniejsze mapy. Do czytelników-niespecjalistów zwracam się z prośbą o wyrozumiałość i cierpliwość dla moich wywodów. Lektura ich będzie zapewne wymagała niekiedy wysiłku. Żywię jednakże nadzieję, że pilny czytelnik zostanie wynagrodzony lepszym zrozumieniem swoich własnych przeżyć.
Fachowców, którzy wezmą do ręki tę pracę – kolegów psychologów, specjalistów teorii poznania, neurofizjologów, socjologów i wszystkich tych, w których dziedziny wkraczam – proszę, by mi wybaczyli, jeśli stwierdzą pewną skrótowość w traktowaniu ich dyscyplin. Mając tak ogromny obszar do prześledzenia mogłem tylko musnąć powierzchnię każdej mijanej okolicy. Na przykład nie byłem w stanie wprost odwołać się do prac Rubena Gura i Harolda Sackheima, psychologów, którzy interesowali się rolą samooszukiwania się w zaburzeniach psychicznych, takich jak depresja. Ja podchodzę do tego zagadnienia w sposób zbliżony, jednakże patrzę z innego punktu widzenia.
Próba ekstrapolacji, którą podjąłem – wychodząc z modelu przetwarzania informacji w umyśle i dochodząc do obszarów osobowości, funkcjonowania grupy i rzeczywistości społecznej – nie była dotychczas, z tego, co mi wiadomo, podejmowana przez nikogo innego. Tak więc formułuję tutaj konkretną hipotezę, że nasze przeżywanie jest kształtowane i ograniczane przez handel wymienny „uwaga-ból”. Ów model zachowań ludzkich na wszystkich poziomach organizacji stanowi dla mnie wielkie ułatwienie w wykonaniu zadania. Jednakże równie wielki jest mój niepokój przed prezentacją tak daleko idącej syntezy.
Ta książka nie daje łatwych odpowiedzi (podejrzewam, że ich nie ma) ani nie zapewnia miarki, którą można by zmierzyć samego siebie. Po prostu dostarcza nowej mapy do przeżywania, szczególnie uwypuklając pewne ciemniejsze miejsca. Chodzi w niej o to, jak się rzeczy mają, a nie o to, jak można temu zaradzić. Ufam, że lepsze zrozumienie psychiki, zyskane dzięki ostatnim odkryciom naukowym, umożliwi nam pełniejszy wgląd w osobistą i zbiorową mentalność.
Moją intencją było odsłonić czytelnikowi na moment zasłonę, za którą kryje się to, co dzieje się na marginesie świadomości. Ta zasłona potrafi zakryć przed nami najistotniejsze rzeczy w dziedzinach, na których nam najbardziej zależy: w naszych najgłębszych myślach, naszych najistotniejszych związkach, grupach, z którymi jesteśmy najmocniej związani, w tworzeniu naszej wspólnej rzeczywistości. Chodziło mi o to, by zasygnalizować, że te zasłony istnieją i gdzie ich należy szukać. Ale nie twierdzę, że wiem, jak najlepiej je zerwać i czy w ogóle należy je zrywać.
Kiedy stajemy przed tymi zagadnieniami, mamy do czynienia ze szczególnym paradoksem. R. D. Laing ujął to w swoim „supełku” następująco:
Zasięg naszych myśli i naszych poczynań
ograniczony jest przez to, że nie zauważamy.
A ponieważ nie zauważamy,
że nie zauważamy,
nie jesteśmy w stanie
nic zmienić,
póki nie zauważymy,
że to niezauważanie
kształtuje nasze myśli i uczynki.

George Bateson ukuł wielce adekwatne określenie. Używał słowa dormitive, aby określić pewne zaciemnienie rzeczywistości, niezdolność do widzenia rzeczy takimi, jakimi są. Słówko dormitive wywodzi się z łacińskiego dormire, oznaczającego „spać”.
„Ukradłem to słowo Molierowi – wyjaśnił mi Bateson. – W zakończeniu dzieła Mieszczanin szlachcicem jest fragment w makaronicznej łacinie, przedstawiający komiczną scenę egzaminu ustnego z medycyny. Grupa medyków pyta kandydata: «Dlaczego opium usypia ludzi?», a ten triumfalnie oznajmia: «Ponieważ, uczeni doktorzy, zawiera ono czynnik usypiający (dormitive)». To znaczy, usypia ludzi, bo ich usypia.
Ten neologizm dormitive (albo może po polsku „siła usypiativa”? – przyp. tłum.) byłby tu nadzwyczaj odpowiedni. Kradnąc z kolei słowo Batesonowi, moglibyśmy nim określić siły, które są odpowiedzialne za usypianie marginesów naszej uwagi.
W katalogu czynników, które kształtują nasze postrzeganie, szczególną moją uwagę zwracają „usypiające” ramy, te wypaczenia i skrzywienia narzucone naszej uwadze przez potrzebę bezpieczeństwa. Jeśli uda nam się dostrzec, choć na moment, ramy ograniczające nasze przeżywanie, zyskamy odrobinę więcej wolności, żeby „rozepchnąć” trochę marginesy. Okaże się wtedy, że mamy więcej do powiedzenia o tym, czy chcemy tych ograniczeń narzuconych naszemu myśleniu i działaniu.
Chciałbym w tej książce zadumać się nad naszym wspólnym położeniem: skoro tak łatwo dajemy się ukołysać do snu, jak możemy się ocknąć? Pierwszym krokiem w tę stronę, jak mi się wydaje, jest zauważyć, że śpimy.

(…)
Na ogół to nie niebezpieczeństwo jako takie, lecz groźba niebezpieczeństwa wyzwala reakcję stresową. Podstawową cechą informacji, będącej wyzwalaczem stresu, jest niepewność. Niepewność to system zdalnego ostrzegania, wyzwalacz stanu podwyższonej gotowości, kiedy trzeba sprawdzić, czy istnieje jakieś realne zagrożenie. Trzask gałązki może oznaczać lub nie, że zbliża się drapieżnik. Ale to potomkowie tych małych ssaków naczelnych, które spinały się do działania na trzask gałązki, dożyły dzisiejszych czasów i mogą o tym pisać książki.
Najogólniej biorąc, każde zdarzenie nowe, dotąd niespotykane, każda rzecz niezwykła, niesztampowa wymaga bliższego zapoznania się, niechby tylko przelotnego. Nowe to – z definicji – nieznane. Nowość to niepewność, a niepewność z kolei może być zwiastunem niebezpieczeństwa.
Mózg reaguje na rzeczy nowe podwyższoną gotowością do reakcji stresowej (choć nie wyzwalając jej jeszcze), tak na wszelki wypadek. Reakcja stresowa jest związana z uwagą podwójnym wiązaniem: wzmożona uwaga wyzwala tę odpowiedź, a ośrodki odpowiedzialne za uwagę są pobudzane przez gotowość stresową. Jeśli zagrożenie zostanie potwierdzone, rozwija się pełna reakcja stresowa. Ożywienie, które wywołują rzeczy nowe i nieznane, też wywodzi się z tego mechanizmu: zetknąwszy się z czymś nowym, organizm przygotowuje się do działania reagując stanem niewielkiego podniecenia.
Taka – powszechnie występująca u zwierząt – reakcja zwana jest „reakcją rozpoznawczą”; to kombinacja podwyższonej aktywności mózgu, pobudzonych zmysłów i wzmożonej uwagi. Spokojna czujność kota, który obserwuje ptaka, to właśnie przykład takiej reakcji. Podobnie postępuje człowiek, który zastanawia się, czy szmer za oknem to złodziej, czy kot.
Jeśli zdarzenie, które wyzwoliło reakcję rozpoznawczą, zostało zakwalifikowane jako znane, nie niosące zagrożenia (to tylko kot), mózg i ciało obniża poziom pobudzenia. Lecz jeśli informacja zostanie zakwalifikowana jako zagrożenie (złodziej!), reakcja rozpoznawcza zamienia się w reakcję stresową.
Poziom pobudzenia mózgu zależy od tego, jak duży jest rozziew między tym, co jest spodziewane, a tym, co zostaje stwierdzone. Jeżeli zdarzenie nie wykracza poza normalność, hipokamp – ośrodek w śródmózgowiu – utrzymuje pobudzenie na niskim poziomie; zdarzenie zostaje zarejestrowane, wzięte pod uwagę, ale spokojnie. Hipokamp rejestruje znajomy bodziec, nie „kłopocząc” tym reszty mózgu. Wykonuje codzienny nudny kołowrotek zajęć. Tak jego rolę opisano w jednej z publikacji:

Jeśli witamy kogoś w progu swojego domu, nie musimy świadomie obserwować ścian, framug drzwi i tak dalej, a mimo to zauważamy je nieświadomie i dostosowujemy do nich swoje zachowanie. Co innego, jeśli zdarzy się trzęsienie ziemi – wtedy natychmiast zainteresujemy się świadomie tymi dotąd nieistotnymi bodźcami.

Jak ważną funkcję spełnia hipokamp w takich sytuacjach, widać najwyraźniej u pacjentów, którym operacyjnie go usunięto. Wtedy „każda zmiana w otoczeniu przybiera rozmiary trzęsienia ziemi… Każdy bodziec wdziera się (…) i rozprasza aktywne procesy psychiczne (…) które kierują zachowaniem„. To hipokamp zatem powstrzymuje mózg przed traktowaniem każdego zdarzenia jako alarmu i w ten sposób pozwala rutynie toczyć się poza świadomością .
Podczas reakcji stresowej część obwodu mózgowego, który wyzwala wydzielanie ACTH, przebiega od pnia mózgu przez hipokamp. Te szlaki również uczynniają uwagę. W rezultacie natężenie uwagi i pobudzenie stresowe są ze sobą splecione: pewne steroidy stresowe są uwalniane za każdym razem, gdy mózg wzmaga uwagę powyżej pewnego progu.

(…)

Niektórzy niewidomi – niewidzący wskutek wylewu lub urazu mózgu, a nie z powodu uszkodzenia oka – potrafią zrobić rzecz niewiarygodną. Jeśli umieścić przed nimi przedmiot i zadawać pytania, nie są w stanie odpowiedzieć, co to jest ani gdzie się znajduje. Jeśli poprosić ich, by sięgnęli po ten przedmiot, odpowiedzą, że to niemożliwe, przecież nie widzą. Jeśli jednak ich przekonać, by spróbowali, wydarzy się coś niezwykłego – wezmą przedmiot do ręki z pewnością, która zdziwi ich samych. Ta niezwykła zdolność wynika z tego – jak się okazało na podstawie badań psychologa Anthony’ego Mercela z uniwersytetu w Cambridge – że ludzie ci mają doskonały wzrok, natomiast nie wiedzą, że widzą. Filmując ruchy pacjentów za pomocą ultraszybkiej kamery Marcel prześledził dokładnie ruchy ich rąk, dłoni i palców podczas chwytania przedmiotów, których świadomie nie widzieli. Jak wykazała analiza filmów, te ruchy były absolutnie precyzyjne.
Jakie jest podłoże tego zjawiska? Neurologiczne wyjaśnienie przedstawia się następująco: uszkodzone fragmenty mózgu tych pacjentów odgrywały rolę w „uprzytomnianiu” sobie obrazów, a nie w widzeniu jako takim. Wzrok tych
ludzi jest sprawny, ale to, co widzą oczy, nie dostaje się do tej części mózgu, w którym wrażenia wzrokowe przekazywane są do świadomości. Zdolność chwytania przedmiotów u tych pacjentów wskazuje na niezwykłą cechę psychiki, polegającą na tym, że jedna jej część po prostu wie, co robi, a ta część, która powinna wiedzieć – czyli świadomość – nie ma o tym pojęcia.
Inne doświadczenia przeprowadzone przez Marcela wykazały, że także u ludzi, którzy nie ulegli urazom, umysł może o czymś wiedzieć, a nie być świadomym tego, co wie. Marcel dokonał tego odkrycia przypadkiem, kiedy zajmował się badaniami umiejętności czytania u dzieci. Wyświetlał na ekranie słowa, czasami tak krótko, że badane dzieci nie były w stanie ich przeczytać. Kiedy jednak prosił je, żeby zgadywały, jakie słowa wyświetlano, zaskoczyła go częstość „inteligentnych błędów” – dzieci podawały słowa blisko powiązane znaczeniowo z tymi z migawek, na przykład „dzień” zamiast „noc”. Zaintrygowany tym, zaczął badać to zjawisko metodycznie. Rzucał na ekran wyraz niekiedy tylko przez tysięczne części sekundy, za krótko, by badani nawet wiedzieli, że zobaczyli słowo. Potem podawał parę wyrazów, z prośbą o wybór tych, które miały znaczenie albo wygląd podobny do obrazu, który mignął. Jeśli na przykład nie dostrzeżonym wyrazem na ekranie było określenie book (książka), to wyrazem podobnym z wyglądu byłoby pojęcie look (spojrzenie), a spokrewnionym znaczeniowo – read (czytać). Mimo że badani kompletnie nie orientowali się, jakie słowo pojawiło się na ekranie, zgadywali z dokładnością około dziewięćdziesięciu procent, co jest wynikiem niebywałym, jeśli uwzględnić, iż nie zdawali sobie oni w ogóle sprawy, że widzieli jakieś słowo.
Zjawisko, które ujawniło się w tych doświadczeniach, Marcel nazwał „nieświadomym czytaniem”. Jest ono – podobnie jak zdolność chwytania przedmiotów przez niewidzących – niewytłumaczalne, jeśli wyznaje się obiegowy pogląd na temat psychiki. Ale współcześni badacze przyjęli dość radykalne założenie: duża część, a nawet większość ważnych czynności psychicznych zachodzi poza świadomością.
Słuszność tej tezy wspiera się na dwóch faktach, a mianowicie pojemności kanału świadomego, czyli ilości informacji, jaką może przechować pamięć krótkotrwała, oraz zdolności psychiki do funkcjonowania poza świadomością. Z badań psychologów poznawczych wynika, że pojemność pamięci krótkotrwałej wynosi „siedem plus/minus dwa”,
jak brzmiał tytuł słynnej publikacji George’a Millera na ten temat. Miller opierając się na szczegółowym przeglądzie danych z badań uznał, że człowiek jest w stanie zapamiętać mniej więcej siedem „jednostek”  pamięciowych. „Jednostka” to taka część informacji, którą zapamiętuje się naraz jako całość, na przykład cyfra albo litera. Dlatego zapamiętamy bez większego kłopotu sześcio- czy nawet siedmiocyfrowy numer telefonu. A co z dłuższymi numerami, zawierającymi na przykład kod kierunkowy? Zapamiętamy je pod warunkiem, że kilka cyfr połączy się w jedną jednostkę, np. „22″ jako „kierunkowy do Warszawy”.
Późniejsze badania Herberta Simona wskazują, że pojemność tego kanału może być jeszcze mniejsza: pięć plus/minus dwie jednostki. Skoro pole świadomości ma tak małą pojemność, a wszelka informacja musi przez nie przejść, aby dostać się do pamięci długotrwałej, to znaczy, że mamy do czynienia z bardzo wąskim gardłem. Bogactwo informacji wpływających do wejścia jest ogromne, Przejście do wąziutkiego pola świadomości wymaga więc niezwykle gęstego sita informacyjnego.
A jednak nie wszyscy teoretycy zgadzają się z poglądem, że umysł musi odrzucać tak wiele informacji. Niektórzy psychologowie – wśród nich wiedzie Ulric Neisser – uważają, że w ogóle nie istnieje zjawisko ograniczonej pojemności. Poglądom Neissera dostarczyła amunicji Gertruda Stein.
W latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia Gertruda Stein, zanim stała się znaną postacią literacką Paryża, studiowała psychologię na Uniwersytecie Harvarda u Williama Jamesa. Pod jego kierunkiem Stein wraz z kolegą-studentem Leonem Solomonsem przeprowadzili sprawdzian pojemności kanału świadomości na wiele dziesiątków lat wcześniej, zanim znalazł on się w psychologicznym modelu umysłu Oboje fascynowało zjawisko „pisania automatycznego”, które było jedną z przelotnych okultystycznych manii fin de siecle ‚u. Polega ono na tym, że człowiek trzyma ołówek nad kartką i czeka, żeby ręka zaczęła się poruszać „sama z siebie”. Nie daje jej żadnych świadomych poleceń; jeśli zostanie napisany jakiś tekst, ma on pochodzić z innego źródła niż świadoma psychika. Dla kogoś o zacięciu psychologicznym pismo będzie się wywodziło z nieświadomej części psychiki. Dla kogoś skłonnego do wiary w działanie sił nadprzyrodzonych będzie przekazem ze świata duchów.
Solomons i Stein wykorzystali siebie jako króliki doświadczalne i postanowili nauczyć się automatycznego pisania. Zaczęli od tego, że jedno zapisywało słowa dyktowane przez drugie, równocześnie czytając inny tekst. Na przykład Solomons czytał jakąś historię i w tym samym czasie zapisywał słowa wypowiadane przez Stein. Założyli, że czytanie zajmuje świadomość, natomiast akt pisania pozostaje pod kontrolą tej części psychiki, która leży poza obszarem aktualnej świadomości.
To był początkowy etap treningu. Później udawało im się wykonywać to zadanie równocześnie we dwójkę: oboje naraz czytali na głos różne teksty, pisząc w tym czasie coś innego. Teraz już zamiast pisać pod dyktando, pozwalali dłoni pisać „automatycznie”.

(…)

Nauka nowej umiejętności wymaga skupienia uwagi. Potrzebna jest nieustanna czujność, by sprostać wymaganiom nowego zadania. Czynność jest opanowana wtedy, kiedy da się ją wykonać bez myślenia o niej, całkiem lub prawie całkiem automatycznie. Gdy zostanie zakodowana w pamięci, bodźce, zdarzenia i reakcje, jakie się z nią wiążą, mogą pozostawać niezauważone.
Mistrz nie musi myśleć o krokach, przy których potyka się nowicjusz. Oto dlaczego arcymistrz szachowy José Capablanca, któremu zadano pytanie: „Ile możliwych ruchów rozpatruje pan na szachownicy podczas zastanawiania się nad następnym ruchem?” – odparł: „Jeden. Ten właściwy”.
Dopóki wszystko idzie naprzód płynnie, możemy oddawać się niezliczonym, bezmyślnym równoległym działaniom. Ale jeśli z jednym z tych działań zaczną się jakieś kłopoty, wtedy zagarnie całą naszą uwagę. Inne czynności ulegną spowolnieniu lub ustaną.
Pomyłka sprawia, że nasza uwaga kieruje się na jej naprawienie. W trakcie tego procesu to, co zwykle znajdowało się poza świadomością, wchodzi w pole świadomości i zajmuje je. Innym zadaniom można wtedy poświęcić niewiele uwagi lub nie poświęcić jej wcale.
Zjawisko odwrotne, czyli niemożność poświęcenia uwagi czynnościom normalnie wykonywanym automatycznie, stało się tematem anegdot o roztargnionych naukowcach, których świadoma część psychiki jest tak zajęta myśleniem o odkryciach i wynalazkach, że nie ma w niej miejsca na trywialne sprawy codzienności. Żona Einsteina, Elsa, ubierała go w palto i żegnała się z nim w przedpokoju, gdzie wkładał buty. Nieraz znajdywała go tam po trzech kwadransach, pogrążonego w myślach. Ale jeśli chodzi o większość z nas, to kiedy mamy do czynienia z czynnościami rutynowymi i dobrze opanowanymi, granice uwagi są dość elastyczne i nieświadoma część psychiki dobrze sobie radzi.

(…)

Szwajcarski pionier psychologii rozwojowej Jean Piaget badał, jak zmieniają się te szablony w trakcie rozwoju dziecka. Stwierdził, że rozwój poznania ma charakter kumulatywny. Zrozumienie wyrasta z tego, czego dowiedzieliśmy się wcześniej. Staliśmy się tym, kim jesteśmy, nauczyliśmy się tego, co wiemy, dzięki schematom poznawczym, które nabyliśmy po drodze. Gromadzą się one z czasem; schematy poznawcze, którymi dysponujemy w danym momencie, są produktem końcowym naszego osobistego życiorysu.
Do opisania, jak kształtują się te struktury psychiczne w interakcji ze światem, Piaget korzystał z pojęć „przyswojenie” i „przystosowanie”. Gdy dowiadujemy się nowych rzeczy, nasze schematy zmieniają się. Jako dziecko sądziłem, że każde drzewo, które nie ma liści, jest uschnięte, martwe. Wychowywałem się w Kalifornii i tam ten schemat sprawdzał się zawsze. Kiedy widziałem zdjęcia bezlistnych drzew, uważałem, że to drzewa uschnięte. Potem przeprowadziłem się na Wschód i ze zdziwieniem odkryłem, że drzewa tracą liście na zimę, ale nie usychają. Mój schemat uległ rewizji: drzewo pozbawione liści niekoniecznie musi być uschnięte.
W sytuacji gdy ktoś nie potrafi zrewidować schematu tak, by pasował do faktów, dochodzi do dziwacznych błędów w postrzeganiu. Dla unaocznienia tego problemu Ulric Neisser opowiada anegdotę o człowieku, który trafił do psychiatry, ponieważ uważał, że nie żyje. Po kilku sesjach terapeutycznych psychiatra stwierdził, że pacjent uparcie trzyma się swojego przekonania. W związku z tym pyta go:
– Pan wie, oczywiście, że trupy nie krwawią?
– Jasne, że wiem – odpowiada pacjent.
Psychiatra bierze igłę i wbijają pacjentowi w rękę aż do krwi.
– I co pan na to? – pyta.
– Coś podobnego! – wykrzykuje pacjent. – A jednak trupy krwawią!
Wzorzec jest w pewnym sensie hipotezą, pewnym założeniem określającym,
czym jest to, czego doświadczamy, i jak działa. Schemat, mówiąc słowami psychologa Davida Rumelharta, to „rodzaj nieformalnej, osobistej, nie sformułowanej hipotezy na temat natury zdarzeń, przedmiotów czy sytuacji, w obliczu których stajemy. Zestaw wszystkich schematów, którymi dysponujemy do interpretacji naszego świata, składa się na naszą prywatną teorię na temat natury rzeczywistości” .
Dzięki schematom dowiadujemy się więcej niż tylko to, co niosą zmysłom informacje. Jeśli widzimy samochód, możemy spokojnie przypuszczać, że jest wyposażony w te atrybuty, co zwykle – kierownicę, bak, fotele itd. – mimo że nie widzimy ich bezpośrednio. Podobnie jak w wypadku hipotezy, schemat ucieleśnia założenia, które przyjmujemy za prawdziwe z pełnym zaufaniem. To pozwala nam wyprowadzać wnioski, które wykraczają poza bezpośrednie dowody dostarczane przez zmysły. Takie skróty poznawcze pozwalają nam bezpiecznie żeglować wśród niepewności, z którą mamy najczęściej do czynienia, stawiając czoło światu.
Schematy, podobnie jak hipotezy, mogą się zmieniać. Właśnie poprzez rewidowanie starych i dodawanie nowych schematów gromadzimy wiedzę. Schematy to hipotezy, które podlegają weryfikacji. Kiedy znajdziemy się w sytuacji niepewnej, dwuznacznej, przywołujemy schematy, żeby ją wyjaśnić. Każdy schemat, z którym wychodzimy, jest równocześnie sprawdzany – czy trafnie dobrany, czy dobrze pasuje.
Do schematów, z których korzystamy, mamy na ogół pełne zaufanie. Ale kiedy dostrzegamy jakąś drobną rozbieżność – na przykład widzimy w tłumie twarz, chyba znajomą, ale nie jesteśmy o tym do końca przekonani – wtedy sprawdzamy dopasowanie schematu, biorąc pod uwagę większą liczbę dowodów, podobnie jak to robią naukowcy z hipotezami: Czy to może być ona? Czy może być tutaj teraz? Czy z bliska też wygląda jak ona? Czy ma te same ruchy, ubiera się jak ona? Te wszystkie pytania to małe sprawdziany hipotezy „To ona”.
Odmianą schematów poznawczych są stereotypy. Oto relacja Susan Fiske, psychologa poznawczego, o jej własnym stereotypie dotyczącym robotników pracujących w zakładach metalurgicznych. Można się z niej dowiedzieć wiele
o dynamice schematów poznawczych.

Kiedy przeprowadziliśmy się do Pittsburgha, zetknęłam się z nowym stereotypem (…) stereotypem „robociarza”. Robociarz to archetyp hutnika. Robociarz to – według tego szablonowego obrazu – kobieta lub mężczyzna, lecz zawsze twardziel; niezależnie od płci – sprośny. Robociarz zawsze pije piwo Iron City, ogląda wszystkie mecze Hutnika Pittsburgh, chodzi w trykotowej koszulce niezależnie od pogody. (…) Mój stereotyp robociarza tkwi we mnie jako abstrakcyjny przykład pewnego gatunku, nie jako zbiorowy obraz wszystkich hutników, których kiedykolwiek poznałam, chociaż ten stereotyp zawiera w sobie także pewne konkretne przykłady. Mam tendencję do ignorowania informacji, które nie przylegają do tego stereotypu (…) mam tendencję przypominać sobie jedynie informacje, które są z nim zgodne. (…) Robociarz, który czyta „Hustlera”.

Schematy dotyczą zarówno ogromnych sfer, jak i szczególików; funkcjonują na wszystkich poziomach przeżywania, na każdym szczeblu abstrakcji. „Tak jak hipotezy, schematy mogą dotyczyć rzeczy wielkich i drobiazgów – powiada Rumelhart – i reprezentują naszą wiedzę na wszelkich poziomach: od ideologii i kultury, do wiedzy o tym, jak zbudować poprawne zdanie w swoim języku, do znajomości znaczenia konkretnego wyrazu, czy też przyswojenia sobie tego, która litera alfabetu oznacza określoną głoskę”.
Pojęcie schematu jest także schematem. A więc za jego pomocą musimy sobie wyjaśnić to, w jaki sposób wyjaśniamy sobie rzeczy. Schematy organizują naszą wiedzę w czasie jej rozwoju. Jeśli zdamy sobie sprawę, w jaki sposób działają, zrozumiemy rozumienie.

(…)

Prowadzono jeszcze wiele innych badań potwierdzających, że informacja, która nigdy nie dotarła do pola świadomości, mimo to ma silny wpływ na nasze postrzeganie i działanie. Na przykład Howard Shevrin z Uniwersytetu Michigan rejestrował fale mózgowe u studentów-ochotników, którym pokazywał migawki
zawierające słowa lub obrazy. Migawki wyświetlano przez tysięczne części sekundy – zbyt krótko, by badani mogli uświadomić sobie ich znaczenie. Równocześnie ochotnicy mieli na głos wypowiadać nasuwające się im swobodne
skojarzenia.
Informacje z migawek wpływały na sposób kojarzenia badanych. Na przykład, kiedy pokazywano im zdjęcie pszczoły, skojarzenia ograniczały się do związanych z nią słów, takich jak: „truteń”, „żądło”, „miód”. Mimo że nie mieli pojęcia, jakie słowo czy obraz im pokazywano, wyraźnie odbierali informację poza świadomością i uruchamiali zgodne z tą informacją schematy poznawcze.
Wyjaśnienia Shewina pasują dobrze do roboczego modelu umysłu, który opisaliśmy .

Zawsze zdajemy sobie sprawę jedynie z małego ułamka wszystkich bodźców dociera-
jących do naszych zmysłów. Zależnie od swoich potrzeb, zainteresowań czy intensyw-
ności bodźca czynnie wybieramy to, na co zwracamy uwagę. Jednakże sam proces do-
boru tematów jest nieświadomy. Mamy wrażenie, że coś nam „wskakuje” w pole świa-
domości, coś zwraca naszą uwagę, ale za tym „wskoczeniem” kryje się cały złożony
i nieświadomy proces. (…) Reasumując, badania uwagi i bodźców podprogowych wy-
kazują, że w naszych mózgach tętnią procesy poznawcze i emocjonalne, poprzedzają-
ce świadome poznanie.

(…)

Ernest Hilgard, wybitny badacz hipnozy z Uniwersytetu Stanforda, relacjonuje seans hipnotyczny, który zdarzył się w klasie szkolnej, gdy jednego ucznia-ochotnika zahipnotyzowano i zasugerowano mu, że będzie przez jakiś czas głuchy. Jako „głuchy” ochotnik nawet nie mrugnął na takie dźwięki, jak strzał czy łomot uderzanych o siebie kamieni.
Jeden z uczniów zapytał, czy „jakaś część” hipnotyzowanego nie rejestruje jednak dźwięków, przecież jego uszy najprawdopodobniej funkcjonują w dalszym ciągu. Prowadzący seans wyszeptał do ochotnika:

Jak wiesz, istnieją fragmenty naszego układu nerwowego, wypełniające funkcje, z których nie zdajemy sobie sprawy, na przykład krążenie krwi (…). Mogą także istnieć nieświadome procesy psychiczne, te, które znajdują swój wyraz w (…) snach. Wprawdzie wskutek hipnozy jesteś głuchy, ale być może jakiś twój fragment słyszy mój głos i przetwarza zasłyszane informacje. Jeśli tak jest, chciałbym, żeby podniósł się twój palec wskazujący u prawej ręki na znak, że tak rzeczywiście jest.

Ku konsternacji prowadzącego, palec się uniósł. Zaraz potem zahipnotyzowany uczeń odezwał się spontanicznie mówiąc, że czuje uniesienie palca, ale nie ma pojęcia, dlaczego się tak dzieje, i domagając się wyjaśnienia.
Prowadzący seans uwolnił następnie ochotnika od głuchoty hipnotycznej i zapytał, co jego zdaniem zaszło. „Pamiętam – rzekł ochotnik – że powiedział mi pan, iż będę głuchy, kiedy pan doliczy do trzech, a słuch mi powróci, kiedy położy mi pan rękę na ramieniu. Potem przez chwilę było cicho. Nudziło mi się tak siedzieć, więc zacząłem w myślach rozwiązywać problem statystyczny, nad którym poprzednio pracowałem. Byłem tym zajęty, kiedy nagle poczułem, że unosi mi się palec, i chciałbym prosić o wyjaśnienie tego zdarzenia”.
Hilgard (zakładając prawdomówność badanego) wyjaśnia, że umysł człowieka jest zdolny rejestrować i magazynować informacje poza polem świadomości. W pewnych warunkach można nawiązać kontakt i komunikować się z ową nieświadomą uwagą, ciągle poza polem świadomości danej osoby. Tę szczególną zdolność nazywa Hilgard „ukrytym obserwatorem”.

(…)

Analiza Neissera pokazuje, że pamięć – podobnie jak uwaga – jest podatna na zniekształcenia. Związki między uwagą a wspomnieniami są niezwykle bliskie. Wspomnienia to uwaga w czasie przeszłym – pamiętamy tylko to, co zauważyliśmy. Wspomnienia są więc podwójnie narażone, bo oprócz wstępnych zniekształceń tego, co zauważamy, podlegają wtórnym wypaczeniom podczas przypominania.
„Czy wszyscy tacy jesteśmy? – zapytuje Neisser. – Czy u każdego z nas wspomnienia są spreparowane, poprzekręcane, upozowane, egocentryczne?”. Studium pojedynczego przypadku nie stanowi wystarczającej podstawy, by udzielić wiążącej naukowo odpowiedzi na to pytanie. Mimo to Neisser przypuszcza, że w każdym z nas jest coś z Johna Deana. „Wspomnienia przeorganizowała mu własna ambicja; kiedy nawet stara się powiedzieć prawdę, nie może się powstrzymać, by nie podkreślić roli, jaką odegrał w każdym zdarzeniu. Ktoś inny na jego miejscu mógłby patrzeć na zdarzenia bardziej beznamiętnie, zastanawiać się nad swoimi przeżyciami z większym rozmysłem, relacjonować je wierniej. Niestety, takie cechy charakteru są rzadkością”.
Dean albo wiedział, że nagina prawdę, albo wierzył we własną wersję i sam siebie wprowadzał w błąd. Niezależnie od tego, czy była to obłuda zamierzona, czy mimowolna, rekonstrukcja wydarzeń w jego wykonaniu była doskonałą ilustracją wybiórczego przypominania.

(…)

„Własna przeszłość to narastające brzemię – napisał Bertrand Russell. – Łatwo sobie pomyśleć, że własne emocje były żywsze, niż są obecnie, a umysł bystrzejszy. Jeśli to prawda, to trzeba o tym zapomnieć, a jeśli się o tym zapomni, to prawdopodobnie przestanie być prawdą”. Przemyśleniom Russella odpowiada złowieszcze hasło z Roku 1984 Orwella: „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość”. A w królestwie psychiki w czyich rękach jest naprawdę przeszłość?
Pamięć jest rodzajem autobiografii, jej autorem jest ja”, wyjątkowo potężny zestaw schematów. Czasami nazywany jaźnią”, ego – jest tym zestawem schematów, który określa, co rozumiemy przez ja”, „sobie”, „mój”, który precyzuje poczucie bycia sobą w świecie.
„Ja” buduje się powoli, od dzieciństwa, i prawdopodobnie jest najbardziej podstawowym zgrupowaniem schematów w naszej psychice. Jego początki biorą się z interakcji między matką a niemowlęciem; rozwój formowany jest przez związki z rodzicami, rodziną, rówieśnikami, z każdym i ze wszystkimi ważnymi ludźmi, znaczącymi wydarzeniami w życiu człowieka. To jaźń kształtuje sposób, w jaki dana osoba filtruje i interpretuje swoje przeżycia, komponuje te wszystkie zmyślenia służące podnoszeniu własnej wartości, jak w przypadkach Deana i Darsee. Robiąc to jaźń ma do dyspozycji całą potęgę i wszystkie narzędzia – także zachęty – władzy w państwie totalitarnym. To jaźń sprawuje funkcję cenzora, dokonując wyboru i skreśleń w strumieniu informacji.

 


 

 

Źródło: http://michalpasterski.pl/2009/04/co-potrafi-twoja-plamka-slepa/

Co potrafi Twoja plamka ślepa

Co potrafi Twoja plamka ślepa

Plamka ślepa to miejsce na siatkówce oka, gdzie nie ma komórek odbierających światło. Jak to się w takim razie dzieje, że nasze oko obserwuje otaczający nas świat bez „dziur” w widzeniu?

Czytając ten artykuł będziesz mieć wyjątkową okazję przetestować swój własny wzrok, sprawdzić wielkość swojej plamki ślepej i doświadczyć, w jaki sposób Twój mózg sprytnie „dorabia” sobie obraz tam, gdzie tak naprawdę nie powinno go być.

Tylna część oka jest zbudowana z fotoreceptorów, komórek, które odbierają światło i zamieniają je w impulsy nerwowe przekazywane do mózgu. Na siatkówce jest jednak jedno miejsce, gdzie tych komórek nie ma- jest to plamka ślepa. Jest to miejsce, z którego odchodzi włókno nerwowe, przekazując informację o obrazie prosto do mózgu. O istnieniu plamki ślepej możesz przekonać się sam, patrząc na poniższy obrazek 15-25 centymetrów od monitora. Zasłoń lewe oko i skup swój wzrok na krzyżyku. Teraz zacznij przybliżać i oddalać głowę aż czarna kropka po prawej stronie zniknie.

blindspot1bw

 

Ale to jeszcze nie wszystko. Możesz dokładnie określić wielkość swojej plamki ślepej! TUTAJ znajdziesz specjalne miejsce, gdzie możesz sprawdzić jak duża jest plamka ślepa w Twoim polu widzenia. Aby to zrobić, wejdź na stronę (link w poprzednim zdaniu), zakryj lewe oko i spójrz na obraz tak aby nie widzieć czarnej kropki. Teraz manewruj wskaźnikiem myszki tak aby oscylować nim przy niewidzianej przez Ciebie kropce. Gdy nie widzisz wskaźnika, oddalaj go od tej kropki aż do momentu gdy go zobaczysz. Na granicy kliknij lewym przyciskiem myszy, co spowoduje zaznaczenie tego punktu. I tak samo zrób z różnymi kierunkami, aby obrysować kształt Twojej plamki ślepej.

Co potrafi Twoja plamka ślepa?

Okazuje się, że nasza plamka ślepa potrafi więcej niż nam się wydaje. Otóż mózg automatycznie wypełnia lukę w obrazie, która powstaje poprzez istnienie plamki ślepej. W końcu gdy patrzysz normalnie przed siebie, nie masz dwóch pustych kropek w swoim polu widzenia (każde oko ma swoją plamkę ślepą). Mózg wypełnia te obszary tym, co spodziewa się, że tam powinno być! Aby samemu tego doświadczyć, przetestuj kilka ciekawych przypadków działania plamki ślepej, które znajdziesz poniżej. Wszystkie obrazki pochodzą ze strony http://serendip.brynmawr.edu. Za każdym razem zasłaniaj lewe oko i patrząc na krzyżyk przybliżaj się oddalaj od ekranu, aż zniknie czarna kropka po prawej stronie.

 

blindspot1

 

blindspot1rev

 

Jak widzisz, Twój mózg potrafi wypełnić miejsce, w którym znajdowała się kropka kolorem, który tą kropkę otaczał. I potrafi to zrobić niezależnie od tego, jaki kolor wchodzi w grę.

 

blindspotline

 

W tym przypadku mózg w miejsce kropki uzupełnia linię. Robi tak dlatego, że „spodziewa” się ciągłości tej lini.

 

blindspotdotfield

 

Wyraźna, żółta kropka znika a zamiast niej pojawia się czerwona!

 

Wygląda na to, że rozglądając się wokół siebie widzimy też punkty, które są tylko „dopowiedziane” przez nasz mózg. Oczywiście w miarę możliwości mózg będzie uzupełniał brakującą informację danymi z drugiego oka, jednak gdy drugie oko ma ograniczone pole widzenia, mózg po prostu dorabia sobie spodziewany obraz.

Jak sprawić, aby kogoś głowa zniknęła

Tom Stafford, autor książki „100 sposobów na zgłębienie tajemnic umysłu”, z której pochodzą informacje zawarte w tym artykule, opisuje tam zabawną możliwość wykorzystania plamki ślepej. Gdy będziesz w pomieszczeniu, w którym znajdują się ludzie, zasłoń jedno swoje oko i wysuń przed siebie drugą dłoń z wysuniętym palcem wskazującym. Skup swój wzrok na tym palcu i wybierz jakąś osobę. Teraz przesuwaj swój palec tak, aż głowa tej osoby zniknie a zastąpi ją tło 🙂

Zachęcam cię również do przeczytania artykułu Efekt McGurka – słyszenie oczami, z którego dowiesz się jak to możliwe, że Twój mózg słyszy to, czego nie słychać.

 

Źródło: http://michalpasterski.pl/2009/04/co-potrafi-twoja-plamka-slepa/

Fragmenty książki Błękitna Prawda Davida Deidy

 

24.Pozwól sercu na szaloną namiętność

Dawanie klapsów może być aktem zamknięcia lub otwartości.

Dla większości z nas, gwałtowne emocje są destrukcyjne. Ludzie wpadają we wściekłość i mówią coś, czego nie chcą powiedzieć. Ktoś może zaatakować i zranić drugą osobę, a potem bardzo tego żałuje. Albo, ponieważ sam został zraniony odrzuceniem, wpada w przygnębienie, opycha się jedzeniem i wyleguje w łóżku, gnijąc w oparach samo-destrukcyjnej depresji. Większość agresywnych zachowań jest formą znęcania się nad sobą albo nad drugą osobą.
Dlatego początkowo duchowy wzrost oznacza pielęgnowanie współczucia i ograniczenie przemocy emocjonalnej wobec siebie i innych. Kiedy zwiększa się twoja samo-świadomość, naturalnie kierujesz się w stronę pokoju i harmonii. Będąc zmartwiony czy poirytowany, dbasz, aby wziąć kilka głębokich oddechów i wyciszyć się. Próbujesz wprowadzać w życie uprzejmość zamiast nienawiści, akceptację zamiast osądzania i radość w miejsce złości.
Niestety płytkie próby wprowadzenia przemiany mogą uczynić cię tak harmonijnym, że aż w końcu bezbarwnym i mdłym. Owszem uśmiechasz się i jesteś uległy, ale głębia mocy twojej miłości zostaje utracona na rzecz bezpiecznego, lecz płytkiego zrównoważenia. Być może wyrosłeś z agresywnych zachowań, za które nie chciałeś brać odpowiedzialności i przeszedłeś do wyćwiczonej beznamiętności, ale twój rozwój nie powinien się na tym zatrzymać Po tym jak rozwinąłeś zdolność uprzejmych zachowań i używania oddechu do opanowania niskich odruchów emocjonalnych, trzeba zrobić kolejny krok. Możesz nauczyć się otwierać na swoje emocje, zamiast zadawać ciosy w na­wykowych reakcjach. Zamiast oddychać w złości, chcąc za wszelką cenę przywrócić spokój, możesz użyć jej czy jakiejkolwiek innej emo­cji jako bramy prowadzącej do głębszego wyrażenia prawdy i miłości.
Przypomnij sobie chwile kiedy chciałeś kogoś uderzyć, walnąć w ścianę, rzucić talerzem o podłogę albo zrobić sobie krzywdę. Praw­dopodobnie czułeś się uwięziony przez własne lub zewnętrzne ograni­czenia albo doświadczałeś braku miłości. Przemoc jest zawsze próbą uzyskania większej wolności lub miłości. Otwartość jest wolnością i miłością. Nawet największa przemoc czy samo-destrukcyjne emo­cje są zakorzenione w potrzebie serca, aby się otworzyć, być wolnym, ofiarować i przyjmować miłość
Zawsze kiedy zanurzasz się w otwartości, jesteś w stanie dawać i przyswajać miłość w pełni i jesteś wolny. Ale, jeśli nie ćwiczysz otwie­rania i nie jesteś w stanie żyć jako miłość, to energia miłości wycofuje się i tworzy emocjonalny zamęt. Czujesz się uwięziony i samotny. Do­kucza ci wewnętrzne rozchwianie. Intensywne emocje – jeśli traktu­jesz je umiejętnie – mogą wprowadzić cię na szybką drogą do głębszej otwartości. Jeśli potrafisz otworzyć serce i naprawdę poczuć upomi­nającą miłość kryjącą się pod złością, to taki gniew może przynieść gwałtowną burzę, konieczną, by wytrącić cię z fochów, rozproszenia i humorzastego szaleństwa.
I podobnie smutek potrafi odsłonić twoje serce. W każdej chwili, gdy zauważysz jakiekolwiek przygnębienie, rozluźnij klatkę piersiową i szczęki, tak aby to uczucie mogło swobodnie popłynąć przez całe ciało. Niczym ocean, łagodność i otwartość są uległe, ale nie słabe. Poddaj się swojemu smutkowi, nie upadając na duchu. Poczuj fale de­presyjnej energii w piersiach, narastającą, tłumioną tęsknotę i wresz­cie głębię miłości w sercu, która otwiera się jako smutek. Otworzyć się na smutek, to otworzyć się na przeogromny ocean pragnienia miłości.
Lęk pokazuje, że coś powstrzymujesz. Gdzie w ciele przechowujesz napięcie? W języku, w brzuchu, między nogami? Co by się stało, gdy­byś w pełni zaufał otwartości i poddał się, aby żyła tobą tajemnica, która jest życiem? Na krótką chwilę, zrób wszystko co możesz i otwórz się całkowicie. Rozluźnij mięśnie, aby energia mogła popłynąć bez przeszkód przez całe ciało. Pozwól życiu oddychać tobą – nie wymu­szaj oddechu. Jeżeli zechce przestać, niech i tak będzie.
Co może się wydarzyć, gdy w tej chwili przestaniesz myśleć lub dzia­łać? Czego się boisz? Dowiedz się. Zaufaj temu co głęboko w tobie, wczuj się w swoje serce, niech umysł będzie tak łagodny jak uśmiech dziecka. Wysonduj co myślisz i robisz, gdy poddajesz się otwarty ży­ciu, nie dodając ze swojej strony żadnego wysiłku ani starań.
Zauważ, kiedy ponownie łapie cię strach. Twoje myśli, emocje i mię­śnie podejmują wysiłek, abyś tak zabezpieczył przyszłość, by uchronić się przed porażką. Poczuj jak bardzo nie ufasz życiu, które pragnie żyć poprzez ciebie. Poczuj wyraźnie, jak ograniczasz bezgraniczną otwar­tość miłości poprzez swoje zamknięcie. Odczuj jak kulisz się z lęku, nie chcąc się poddać i odmawiając, by życie żyło tobą otwarte jako pełnia tej chwili. Nie odwracaj się od niego, tylko odczuwaj go jako obecny kształt miłości. Wypełnij sobą to uczucie-kształt swojego lęku. Kiedy będziesz gotowy zaufać tajemnicy, która żyje w tobie nawet pod postacią lęku – otwórz się.
Gniew, smutek, lęk – kiedy pozwolisz sobie odczuwać w pełni i otworzyć się na wszystkie emocje, twoje serce będzie mogło wyrazić się we wszystkich odcieniach miłości. Niektóre chwile będziesz odbie­rać jako spokojne i harmonijne, a inne jako gwałtowne i dzikie, cha­otyczne i niebezpieczne albo dotkliwie bolesne. Pamiętaj, pod każdą z tych form ukryta jest miłość.
Zanim zaczniesz coś zmieniać, prawdopodobnie siejesz zniszczenie impulsywnymi reakcjami, znieważając siebie i innych. Przed jakąkol­wiek reakcją, dobrze jest więc opanować sztukę głębokich oddechów i wyciszania. Ale ten rodzaj poskramiania i tonowania emocji przydaje się tylko dopóki nie jesteś gotowy i chętny, aby otworzyć się jako mi­łość w postaci wszelkich emocji .
Postęp w wyrażaniu emocji – od impulsywnego do swobodnego – w oczywisty sposób odzwierciedla się w obszarze zachowań seksual­nych. Najpierw seks jest zaledwie – „podniecić się i wytrysk”, albo wynikającym z potrzeby aktem – „czy ty mnie naprawdę kochasz?”.
Potem dojrzewasz do seksu bardziej harmonijnego, wypełnionego ja­sną komunikacją, powolną zmysłowością i troskliwym wsparciem.
Wreszcie, nie chcąc ukrywać przed sobą, ani przed partnerem naj­głębszych pragnień serca – całkowicie otwieracie się razem. Uczycie się dawać i przyjmować miłość za pomocą całego spektrum emocji, kocha­jąc się łagodnie, drapiąc jak dzikie koty, gryząc jak wampiry czy łącząc niemalże bez ruchu. Uczycie się kochać z szeroko otwartym sercem, bez względu na to jak agresywnie czy spokojnie wyraża się wasze kochanie.
W niektórych momentach, powodowany miłością i płynący z serca klaps – nawet bolesny – może być bardziej erotycznym i budzącym miłość doznaniem, niż jakiekolwiek słowa. Podobnie, jeśli partner ma zamiar zrobić coś, co może zniszczyć jego życie, podyktowany troską klaps może ją czy jego przebudzić kochającym upomnieniem, kiedy spokojne słowa nie odnoszą skutku. Gwałtownie okazywana miłość często jest niebezpieczna, ale prawdziwa.
Oczywiście, jeśli agresywne działania nie płyną z serca, stają się ak­tem karygodnej destrukcji. Kiedy masz zamknięte serce i dajesz komuś klapsa – tworzysz ból i cierpienie, koniec kropka. Prawa, zasady i bez­pieczne granice są konieczne, żeby chronić każdego od takiej przemo­cy i krzywd Jeśli nie ufasz partnerowi albo nie chcesz kogoś zranić czy zostać zranionym, jasno wytyczone granice będą bardzo istotne.
Kiedy jednak zbudujecie wzajemny szacunek i bezpieczne granice, wasze zaufanie będzie być może gotowe, aby przenieść je na głębszy poziom. Może dojrzeliście do tego, że nawet chęć zranienia czy by­cia zranionym stanie się częścią pogłębiania miłości. Możesz poprosić partnera, aby krzyczał na ciebie, osądzał, zawodził, gryzł czy nawet uderzył – podczas gdy w trakcie takiej „awantury”, wspólnie ćwiczy­cie głębokie odczuwanie siebie nawzajem i pozostajecie połączeni ser­ce z sercem.
Jeżeli potrzebujesz przestrzeni, aby poczuć się bezpiecznie, pozostań przy takich zasadach i granicach, które dają ci komfort. Powiedz – jeśli potrzebujesz pozwalam ci wrzeszczeć, ale nie wolno ci mnie dotknąć, do­póki się nie uspokoisz. Dla większości ludzi takie zasady są lepsze, niż szkody wywołane agresją zamkniętego serca.
Pamiętaj, że gwałtowność powodowana autentyczną miłości jest na­miętnością. Czasami, aby kogoś zauroczyć potrzeba miłosnej dzikości.

Jeśli oboje jako para, zdecydowaliście się wykroczyć poza granice bez­pieczeństwa, możecie praktykować sztukę kochania w pełnym spek­trum uczuć. Zamiast tłumienia siebie i prób przekształcania „złych” emocji w „dobre”, możecie nauczyć się żyć we wszystkich emocjach jako formie wyrażania – z serca do serca – swojej najgłębszej miłości, niezależnie od tego jak gwałtownie i namiętnie ta miłość będzie się wyrażać. Taka praktyka przyniesie dobre owoce jedynie w przypadku sprawdzonego zaufania i autentycznej łączności serc
Leżąc albo siedząc, patrzcie sobie w oczy i otwierajcie się na siebie. Odprężcie ciała i oddychajcie głęboko. Poczujcie rytm swojego odde­chu. Poczujcie nawzajem swoje serca.
Patrząc w oczy oraz wczuwając się w serca, nauczcie się zauważać momenty emocjonalnego zamknięcia i dystansowania od siebie. Być może partner pozornie odpływa lub staje się mniej obecny. Albo oczy któregoś z was odwracają się z lęku czy potrzeby obrony. Ćwicząc przez jakiś czas, możecie nauczyć się wyczuwać z wielką wrażliwością jak serce partnera to otwiera się, to zamyka.
Aby doskonalić tę umiejętność, możesz mówić ukochanej osobie jak odbierasz to co dzieje się w jej sercu – otwiera się, otwiera, zamyka, otwiera … Po kilku minutach, partner może słownie zweryfikować czy twoje odczucia były trafne. Na podstawie takiej informacji zwrotnej, zauważ na ile dobrze odebrałeś poruszenia jego serca. To tak jakbyś obserwował minimalny ruch migawki w aparacie fotograficznym, któ­ra otwiera się i zamyka, w niezauważalny prawie sposób.
W końcu oboje rozwiniecie tę umiejętność na tyle, aby zaufać swo­jej zdolności do odczuwania serca partnera. Wraz z praktyką, będzie­cie potrafili precyzyjnie wyczuć kiedy ukochana osoba jest otwarta i całkowicie z tobą obecna, a kiedy zaczyna się oddalać lub wycofywać za emocjonalną zasłonę. Nauczycie się wyczuwać te stany, nawet gdy są bardzo subtelne, nagłe czy szybko się zmieniają.
Kiedy obydwoje nauczycie się odczuwać swoją obecność i otwar­tość – lub jej brak – możecie dodać do swojej gry seksualnej bardziej gwałtowne elementy. Jakakolwiek emocja czy impuls, na który się nie otwieracie, będzie pozostawać ukryta w waszej psychice i czekać na wybuch w pozbawiony miłości sposób, w nieoczekiwanym momencie w przyszłości. Ale jeśli nauczycie się otwierać serce na swoje mroczniejsze impulsy, odkryjecie, że również za nimi stoi głębsza miłość, zaufanie i otwartość.
W czasie gry miłosnej, za pomocą słów, dotyku, ruchu i oddechu, zacznij wyrażać jedno ze swoich bardziej gwałtownych pragnień i na­tychmiast zwróć uwagę na wahania otwartości i zamknięcia, zarówno w sobie jak i w swoim partnerze. Uprawiaj mroczniejsze oblicze mi­łości, ale tylko w tych chwilach, gdy oboje pozostajecie otwarci i po­łączeni ze sobą, serce w serce. Jeśli migawka twojego serca całkiem się zamyka albo jeśli czujesz, że partner zaczyna się wycofywać, przestań zachowywać się czy odzywać agresywnie. Odbudujcie otwartość i po­łączenie – poczujcie siebie i oddychajcie razem, patrząc sobie głęboko w oczy.
Intensywna przyjemność może być tak samo trudna do zniesienia jak emocjonalny lęk. Może odkryjesz, że twój partner naprawdę lubi, kiedy traktujesz go ostro. Kiedy warczysz, przeklinasz, żartobliwie przyduszasz czy dajesz klapsy on czy ona może zatracić się w obez­władniającej przyjemności i seksualnym podnieceniu.
Jeśli jednak zamyka oczy, wstrzymuje oddech lub napina ciało, zre­dukuj gwałtowne zachowania, dopóki nie nawiążecie ponownie peł­nego kontaktu uczuciowego. Patrzcie sobie w oczy. Oddychajcie razem. Swobodnie otwórzcie się i wczujcie wzajemnie w swoje serca. Pocze­kajcie aż oboje będziecie otwarci i poczujecie nawzajem głębię miłości w rozluźnionych brzuchach i ufających sercach. Nie chodzi o to, aby podniecić się czy popaść w ekscytację, ale żeby nauczyć się odczuwać głębię i wnętrze partnera, podczas gdy w naturalny sposób pojawiają się wszelkie emocje.
A więc następnym krokiem jest ćwiczenie otwierania się w bezgra­nicznej miłości, nawet gdy gwałtowne emocje płyną przez wasze ciała i serca. Wpatruj się głęboko w źrenice oczu partnera, tak jakbyś spo­glądał w bezdenną studnię miłości. Poczuj przestrzeń, która otacza cię we wszystkich kierunkach, otwierając skórę bez żadnych ograniczeń. Niech miłość promieniuje na zewnątrz serca, nie tylko do ukochanej osoby, ale do każdego. Kochaj się ze wszystkim co niesie dana chwila.
Poczuj swojego kochanka – jego wilgotną skórę, rozchylone zęby, miękkie wargi, dziką energię – i nie zatrzymuj się na tym. Poczuj także ściany i sufit, samochody gdzieś daleko na ulicy, odgłosy miasta – czuj tych wszystkich, którzy umarli przed tobą i tych, którzy będą żyli dłu­go po twojej śmierci. Nawet kiedy figlarnie szamoczesz się z ukocha­nym, kiedy krzyczysz, gryziesz czy drapiesz, otwórz się szeroko na wszystko co wydarza się w tej właśnie chwili. Każda chwila przeżywa­na totalnie jest formą otwartej miłości.
Jeżeli jesteś tym, który przyjmuje gwałtowną miłość, oddychaj głę­boko i przyjmuj wszystko, będąc bardziej otwarty niż twój partner. Otwórz się z takim zaufaniem wobec siły miłości, że zostaniesz porwa­ny przez wszystko co niesie ze sobą ta chwila. Odczuwaj moc istnienia i rozprzestrzenianie ogromu miłości, zajmującej twoje ciało, penetru­jącej serce, biorącej otwartego ciebie w przestrzeń nieskończoności.
Jeśli jesteś tym, który daje agresywną miłość, wtargnij w pełnię tej chwili swoją czującą świadomością jak woda penetrująca otwarcie su­chą gąbkę, wzbierając ładunkiem miłości bez granic, otwierając się jasny i pełen przyjemności. Wniknij we wszystko co niesie ze sobą ta chwila – i w swojego partnera – tak totalnie obecny, żeby każda cząst­ka mogła rozszerzyć się nasycona miłością, kiedy otwarty przenikasz i oddychasz wszystkim.
Taki rodzaj praktyki seksualnej jest wstępem do podobnej otwarto­ści, którą możesz ćwiczyć samodzielnie w ciągu dnia i nocy. Z biegiem czasu, z ukochaną osobą lub bez niej, możesz uczyć się jak się kochać – przyjmując całym sobą, oddychając i rozprzestrzeniając się – tak jak szeroko otwarta, pełna poddania chwila.
Prawdziwa duchowa i seksualna namiętność wymaga zdolności do otwarcia się na dzikość, której pragnie dana chwila. Klapsy, krzy­ki i mroczne pragnienia mogą władać miłością z taką samą mocą, jak delikatne pocałunki, łagodne nastroje i głaskanie po plecach. Podob­nie jak konieczne mogą być lata, by dojrzeć i przejść od relacji pełnych przemocy, do takich, w których panuje wzajemny szacunek i bezpieczne granice, tak samo może być potrzebna długa praktyka, zanim będziesz w stanie swobodnie otworzyć się na wszystko co niesie ze sobą chwila – pełen życia, w czułej zabawie bardziej gwałtownych sił miłości.

25. Żyj prawdą swojego serca

Prawdę łatwiej jest poznać, niż ją poczuć.
I łatwiej jest ją poczuć, niż nią żyć.

Każdy zna jakąś prawdę. Na przykład większość ludzi wie, że nadmiar słodyczy jest niezdrowy. Wśród tych, którzy to wiedzą, niewielu jednak czuje tę prawdę, pałaszując pudełko ciastek. Tylko niektórzy znając i czując prawdę, zaczynają nią żyć i zdecydowanie
zmieniają swoje nawyki.
Dużo trudniej żyć prawdą niż poczuć ją lub poznać. Poznanie jest najłatwiejsze Umysł jest bardziej giętki, niż emocje czy ciało i dlatego stosunkowo szybko coś przyswaja. Słyszysz coś i natychmiast decydujesz czy coś brzmi dla ciebie prawdziwie Wtedy możesz chcieć przekazać to innym.
Możesz o tym pisać czy nawet stworzyć filozofię, ale w życiu niewiele się zmienia. Możesz, na przykład doskonale wiedzieć, że ćwiczenia poprawiają wydolność układu krążenia i wciąż siedzieć na tyłku. Czasem konieczne są lata cierpień, zanim prawda, że coś jest nie tak będzie na tyle silna, aby pojawiły się łzy i zapał do zmiany.Jednak nawet wysoko rozwinięta inteligencja emocjonalna – twoja zdolność do czucia prawdy z wielką wrażliwością i szczegółami – nie wystarcza do prawdziwego wzrostu.
Ostatnią częścią ciebie, poddającą się transformacji jest ciało. Będąc bardziej stałe niż umysł czy emocje, zmienia się na końcu. Będziesz wiedział co powinieneś zrobić i będziesz czuł tę prawdę na długo przedtem, zanim zechcesz żyć tym w swoim ciele. Możesz wiedzieć, że nie stać cię na nowy ciuch czy kolejną podróż do Las Vegas, mo­żesz czuć jak ta prawda sprawia, że stajesz się nerwowy i niespokojny, a mimo to możesz nie być gotowy, by nią żyć – wyciągając kartę kre­dytową i powtarzając to co zwykle, z tym samym poczuciem winy. Nawyki twojego ciała i ruchy, które powtarzasz są najbardziej uparte, najbardziej sztywne i jako ostatnie ustępują prawdzie.
Ponieważ ciało jest najbardziej ociężałą i niepodatną na zmiany czę­ścią w tym procesie, seks jest często ostatnim obszarem twojego życia, który zmienia się pod wpływem prawdy. Najpierw wiesz, że miłość może być fundamentem dla seksu. Potem, otwierasz się, aby odczuwać emo­cjonalnie partnera w trakcie miłosnych igraszek. W końcu uczysz się doświadczać poruszeń i aktywności w czasie seksu jako samej miłości.
Nawet podczas najbardziej erotycznych, przyjemnych lub bolesnych momentów seksualnych, możesz nauczyć się być miłością – mówić z miłością, oddychać miłością, wić się z miłości, ufać jej, ofiarowywać ją i przyjmować Seks może stać się miłością w działaniu wyrażaną całym ciałem. W chwilach seksualnej bliskości – a także w każdym innym momencie dnia – możesz uprawiać miłość, otwierając się, od­czuwając każdego, wdychając wszystko co niesie chwila (obojętnie czy będzie to pełne bólu czy przyjemności) i potem wydychając miłość do wszystkich prosto z serca.
Podobnie jak maratończyk możesz trenować ciało, by przebiec cały dystans w miłości. Kiedy jesteś zmęczony i już chcesz się poddać, wy­trzymaj jeszcze kilka minut przekazując miłość poprzez oddech, ciało i zachowanie. Ofiaruj uśmiech, uścisk czy czułą pieszczotę ukochanej osobie, nawet jeśli chciałbyś się zamknąć Z biegiem czasu, twoje życie będzie otwierać się jako miłość w działaniu coraz bardziej i bardziej.
W ciągu dnia zwolnij i poczuj bicie serca. Odczuj bijące w nim głę­boko źródło strumienia miłości. Pozwól ciału otworzyć się w miłości i rozluźniając brzuch, wdychaj i wydychaj powietrze do serca. Podaruj serce każdemu poprzez oddech i pozwól, aby miłość poruszała twoim ciałem w każdej chwili, w której o tym pamiętasz.
Jak miłość zmywałaby naczynia? Stojąc przy kuchennym zlewie, kiedy twoje dłonie pocierają namydloną gąbką powierzchnie tale­rzy, wdychaj i wydychaj miłość do serca, odczuwając równocześnie to wszystko, co na zewnątrz ciebie, aż po otwarty horyzont chwili.
Jak mógłbyś ofiarować otwartą prawdę serca swoim współpra­cownikom, nawet jeśli się z nimi nie zgadzasz? Czy powinieneś się uśmiechnąć, powiedzieć coś śmiesznego, zachować się kompetentnie, poruszyć ich, a może odejść i dać im przestrzeń? Dzień po dniu rozta­czaj miłość jako umiejętny dar płynący z ciała, prosto z głębi serca na zewnątrz, aż po otwarty horyzont chwili.
Samo poznanie prawdy jest bezużyteczne – czucie jej, jest czymś głębokim – ale dopiero życie nią robi prawdziwą różnicę.

26. Wykraczaj poza to co bezpieczne

Głębokie seksualne obdarowywanie wymaga wzajemnego szacunku i równości, ale je przekracza.

W dawnych czasach mężczyźni byli mężczyznami, kobiety kobietami… a przynajmniej takie było założenie. Mężczyźni musieli być bezpośredni, opiekuńczy i posiadać stoicką naturę. Kobiety miały być promienne, łagodne i zajmować się dziećmi. Potem, z ważnych powodów, kobiety poczuły się uwięzione w swoich ograniczonych, kobiecych rolach. Zaczęły się zmieniać, pielęgnując bardziej męskie cechy – mniej się malowały, ubierały bardziej formalnie oraz nauczyły trzymać się własnego kierunku i celu, osiągając finansowe i polityczne sukcesy.
Wkrótce potem, mężczyźni również poszli śladem poszerzania swojej przestrzeni, uświadamiając sobie, że omija ich wiele przyjemności życia. Sukces to nie wszystko. Przyjęli więc to co w nich kobiece – pozytywne jakości życia – i zaczęli czerpać przyjemność z noszenia dłuższych włosów, barwnych ubrań oraz pozbawionej wstydu seksualności. Nauczyli się rozluźniać własne, sztywne poglądy, grać na bębnach w lesie i płynąć w naturze z muzyką i tańcem.
Mężczyźni i kobiety dali sobie pozwolenie, aby stać się bardziej pełnymi istotami. Zaakceptowali i przyjęli swoje zarówno męskie jak i kobiece, wewnętrzne jakości. Będąc w związkach, przyznawali sobie oraz wspierali własną autonomię i niezależność Pojawiła się większa równość Wzajemny szacunek stał się podstawą nowego rodzaju rela­cji. W zasadzie, niby wszystko było w porządku.
Niby, ponieważ z czasem, odnoszące sukcesy i niezależne kobiety zaczęły narzekać na tych wszystkich ofermowatych facetów – gdzie podziali się silni mężczyźni, którzy potrafiliby zaakceptować kobiecą moc i wciąż mieć wewnętrzną determinację i zdecydowanie, żeby nie wspomnieć o na tyle gwałtownej namiętności, by zniewolić ją w łóż­ku? Również mężczyźni zaczęli czuć się zmęczeni twardymi kobieta­mi – gdzie podziały się te, które byłyby w stanie odnosić sukcesy bez zamykania serca i napinania ciała – cudowne kobiety, które potrafią cieszyć się słodyczą głębokiego poddania?
Pewny siebie macho i uległa gospodyni domowa zmienili się we wraż­liwego i delikatnego mężczyznę, który stał się irytująco przewidywalny oraz kobietę sukcesu, która była zawzięcie niezależna. Niestety ani bez­pieczeństwo, ani niezależność nie dotykają najgłębszych pragnień serca.
Kiedy ostatni raz twój mężczyzna był tak czule obecny z tobą, tak pewny siebie w tym, że cię pragnie, że wziął twoje ciało w głębokie posiadanie, a w tej miłości twoje serce zakwitło rozkoszą? Kiedy w ostatnim czasie twoja kobieta rozjaśniła ci życie swoją cudowną miłością i rozpaliła twoje ciało gorącymi, pełnymi ufności i słodki­mi błaganiami? Kiedy był ten ostatni raz, kiedy twój kochanek czy kochanka kochali cię tak, jakby twoje ciało było nieskończonością, wyprowadzając cię poza spazmatyczne „o Boże”, do stanu, w którym nie ma już nic do otwarcia?
Na pewno nikt nie chce wracać do dawnych czasów, zawężonych ról każdej płci. Dlatego dla wielu kobiet i mężczyzn nadszedł czas, aby wykonać następny krok w seksualno-duchowej ewolucji.
Samowystarczalna kobieta zaczyna na nowo kusić i cieszyć się sta­nem zniewolenia pozbawionym bezpieczeństwa. Praktykuje pełne otwartości poddanie, aby mężczyzna mógł wziąć ją całym sobą, gdy ona oddycha mocą miłosnej obfitości. Totalnie, soczyście otwarta, ćwiczy aktywne przyjmowanie pełni obecności danej chwili, biorąc każdy moment w swoje ciało i serce, tak jak przyjmowałaby w siebie namiętnego kochanka, któremu ufa. Wtedy jej miłość rozbłyskuje sze­roko otwarta, wszystkimi kolorami tęczy.
Ona już wie, że może z powodzeniem zadbać sama o siebie. Teraz, troszczy się z miłością o wszystko. Uwielbia się kochać i kocha otwie­rać się niczym jasna i pełna mocy łaska miłości. Oddech za oddechem, oddaje swoje ciało miłości, by nią zawładnęła, poruszała, ożywiała – dzika i pozbawiona wstydu – w każdym momencie, biorąc wszystko głęboko do serca, otwierając się na pełnię miłości, lśniąc wszystkimi jej kolorami i tańcząc każdym jej przejawem, niezależnie czy ukocha­na osoba jest przy niej czy nie.
Odnosząc sukcesy, nigdy nie zapomina, że zewnętrzne zdobycze i wy­czyny to tylko ozdoby, podczas gdy to sama miłość płynie w jej żyłach jak krew. Praktykuje otwieranie się i pozwala, by całkowicie wypełniła ją każda przemijająca chwila. Poddaje się w pełni miłości, by poruszała jej ciałem w ciągu dnia i nocy Jest zmysłowa, tańczy i otwarcie komunikuje się z naturą, rodziną i przyjaciółmi. Wszystkie jej przyjemności, począw­szy od modlitwy, a skończywszy na biżuterii, z wdziękiem eksponują jej serce jako żywą, promienną miłość To na czym zależy jej w każdej chwili, to oddać się i przyjąć wszystko do ciała i serca, tak aby miłość mogła ją wypełnić otworzyć i w ten sposób stać się radością jej życia.
Wrażliwy mężczyzna wzrasta ku temu, aby zaryzykować wszyst­ko dla miłosnej wolności. Uświadamia sobie, że wolność ukryta jest w tym, że nie wie się niczego, jest się otwartym na głębię serca i ofia­ruje wszystko. Zatem praktykuje ofiarowanie całej swojej obecności, otwarte wchodzenie w każdą chwilę ze wszystkim co posiada, łagod­ne, ale nieubłagane dawanie swoich najgłębszych darów – nawet, gdy lęk czy wątpliwości miałyby go powstrzymać.
Ofiarowuje siebie do tego stopnia, że zatraca się w dawaniu. Patrząc na świat jak na odbicia kobiety w szybie, przenika uczuciem to, co się pojawia i rozszerza, ofiarowując wszystko. Czując wszystko, od­czuwając poprzez wszystko, przenika gęstą przestrzeń niczym światło. Wchodzi w każdą formę czy stan i otwiera je, jakby robił to z ufającą mu, promienną kochanką.
On już wie jak się dzielić Wie także jak słuchać i współpracować z innymi. Teraz uczy się, że życie w wolności nie oznacza pójścia na kompromis, ani kapryśnego robienia tego co mu się zachce, ale że jest to raczej odczuwanie wszystkiego i otwieranie się na pełnię pojawia­jącej się chwili, z równoczesnym ofiarowaniem swoich najgłębszych
darów, bez względu czy chce tego czy nie – i niezależnie czy inni tego chcą czy nie.
W obliczu trudności, obstaje przy najprawdziwszej sile autentycznej miłości, bez wycofywania się w miłe subtelności. Czuje się bardziej otwarty, niż otoczony zbroją macho, bardziej swobodny niż nakazuje wystudiowana uprzejmość, a jego odkryte serce bije na zewnątrz dla wszystkich i przenika każdą chwilę, otwartą po kres czasu.
Współczesna duchowa kultura jawi się jako wytwór drętwych ko­biet i pozbawionych kręgosłupów mężczyzn – bardzo racjonalnych i nad wyraz przewidywalnych. Dlatego kiedy już zrównoważyłeś w so­bie to co w męskie i kobiece oraz osiągnąłeś niezależną pełnię, może pojawić się naturalne pragnienie, by wykroczyć poza ograniczenia za­ledwie bezpiecznego i wygodnego życia.
Tak głęboko w sobie – co byś wolał i wybrał? Zadowolić się bezpie­czeństwem i wygodą czy raczej szeroko otworzyć swoje życie na ogrom miłości – czasami krzycząc, czasem walcząc, jednak zawsze bezbronny, z sercem na dłoni i ciałem wibrującym bezgraniczną siłą miłości?

27. Raduj się ukwieconą walką

Zawsze przyciąga cię odwzajemniona energia seksualna.

Podobnie jak ukochaną osobę, darzysz miłością również swoich przyjaciół i rodzinę. Jednak twój intymny związek jest wyjątkowy nie dlatego, że kochasz, ale ze względu na wzajemne przyciąganie tego co męskie i kobiece.
Każdy mężczyzna i każda kobieta ucieleśnia w sobie zarówno energie męskie jak i kobiece, chociaż w każdym te proporcje są unikalne i niepowtarzalne. Te właśnie proporcje określają twoje wyjątkowe, seksualne dary. Wpływają również na to, kogo pociągasz seksualnie i kto będzie pociągający dla ciebie.
Gdybyś miał wybierać, to wolałbyś uprawiać seks z kimś kto promieniuje życiem, jest świeży i soczysty, stęskniony za tym, by poddać się twojemu kochaniu czy z osobą, która jest zintegrowana, umie wejrzeć w serce i chce wziąć cię pewnie, namiętnie, z totalną obecnością?
Jeżeli masz w sobie więcej męskiej energii seksualnej, będziesz przyciągany do partnera (-ki) o większej energii kobiecej. To co kobiece jest
światłem, które odczuwa się jako miłość i które lśni w każdym przejawie życia. Kobieca kochanka będzie promienna, pełna energii życia
i będzie pragnęła otworzyć się jako miłość oraz przyjąć głębię twojego kochania. Uśmiech takiej partnerki może rozjaśnić ci życie i zainspirować serce. Taka kochanka będzie mówić jedno, mając na myśli co innego, a także zmieniać zdanie i nastroje jak pogoda. Jak sama Matka Natura, kobieca siła jest pełna mocy, zmienna i nieprzewidywalna – nie po drodze jej z rozumem i odpowiedzialnością. Większość kobiet i niektórzy mężczyźni mają bardziej kobiecą esencję seksualną.
Jeśli twoja esencja seksualna jest bardziej kobieca, będzie pociągać cię bardziej męski partner. To co męskie jest świadomością, którą ucie­leśnia głęboka i przenikająca obecność Męski kochanek będzie zdolny do tego, aby wziąć cię i posiąść z kochającą intensywnością i głębią. Może otworzyć cię szeroko i z humorem odsłonić sedno chwili.
Kochanek, który ma więcej męskiej energii, będzie równocześnie bardziej płytki emocjonalnie, stosunkowo nieświadomy twoich uczuć i dużo bardziej oddany poczuciu życiowej misji, niż bliskości z tobą. To co męskie bardziej dba o to „dokąd” zamiast „z kim”. Większość mężczyzn i niektóre kobiety mają bardziej męską esencję seksualną.
Niewiele mężczyzn i kobiet ma idealnie zrównoważone proporcje męskich i kobiecych jakości w swojej seksualnej esencji (chociaż wie­lu ludzi jest błędnie przekonanych, że posiada zrównoważoną esencję seksualną, ponieważ nabrało powierzchownych przyzwyczajeń seksu­alnego stłumienia). Jeżeli w swojej seksualnej istocie jesteś naprawdę zbalansowany, najbardziej będziesz przyciągany do partnera, który pod tym względem jest podobny do ciebie – nie będziesz mieć wiel­kiego pragnienia, by posiadła cię z pasją kochanka, która ma więcej męskich jakości i nie będziesz bardzo pragnął, aby posiąść swoją ko­biecą kochankę nagle i gwałtownie.
Jeśli jesteś jak większość ludzi, hetero- i homoseksualnych, to nie masz zrównoważonej esencji seksualnej. Chociaż każdy ma pewne męskie i kobiece cechy – szczególnie na powierzchni – to głęboko w swoim wnętrzu, w sercu sekretnych pragnień, twoja esencja seksu­alna jest prawdopodobnie całkiem wyraźnie bardziej męska albo bar­dziej kobieca. W głębi siebie, prawdopodobnie pragniesz zniewalać lub zostać zniewolonym seksualnie, bez względu czy masz możliwość cieszenia się takim wymiarem miłosnej gry w swoim życiu czy nie.
Ponieważ męskość i kobiecość przyciągają się wzajemnie jak ma­gnes, będziesz przyciągać kochanka czy kochankę, której esencja od­wzajemnia twoją – kogoś, kto w głębi siebie chce wziąć z radością to co dajesz i chce ofiarować to, co z radością przyjmiesz. Dzieje się tak nawet wtedy, gdy na powierzchni, wasze różnice mogą doprowadzać was do szału.
W tym oto leży słodka tortura, „ukwiecona walka” intymności – kochanek czy kochanka, którzy naprawdę głęboko podniecają cię seksualnie, będą równocześnie frustrować cię w codziennych drobia­zgach. Jeśli masz kobiecą esencję, podniecająca będzie dla ciebie głę­boka pewność siebie i spójność twojego męskiego kochanka, za wyjąt­kiem sytuacji , gdy w chwilach nieporozumień spycha twoje uczucia i czepia się szczegółów, za każdym razem gdy o nich mówisz. Jeżeli twoja esencja jest męska, to podnieci cię spontaniczny śmiech twojej kobiecej kochanki i jej zmienna wrażliwość seksualna, pomijając czas, gdy histerycznie wybucha albo nieprzewidywalnie się zamyka.
W chwilach głębokiego zjednoczenia, męskość i kobiecość otwie­rają się jako pojedynczy dar – dwa aspekty jednego klejnotu. Ale w bardziej codziennych chwilach, ich powierzchowne różnice mogą się ścierać Kiedy na przykład próbujecie porozumieć się werbalnie, to męskość chce zrozumieć problem i dotrzeć do sedna, mając nadzieję, że rozmowa przebiegnie stosunkowo prostą ścieżką od punktu A do punktu B, aby przynieść konkretne rozwiązanie Kobiecość zaś uwiel­bia rozmawiać, jakby tańczyła, chce połączyć się z uczuciami i wspól­nie cieszyć odczuwaną energią.
U większości par, bardziej męski partner denerwuje się kobiecym, nieco poplątanym stylem rozmowy, który do niczego konkretnie nie prowadzi, podczas gdy bardziej kobiecego partnera frustruje sztywne dążenie do celu i postawa wszystkowiedzącego.
W jaki sposób można otworzyć się i kochać pomimo tych różnic w seksualności, traktując je jako bramę prowadzącą do głębszej jed­ności? Jak można wyjść poza chwile frustracji, by mogły ujawnić się głębsze dary?
Najpierw, określ jakość swojej seksualności – czy często idziesz na kompromis z najgłębszymi pragnieniami serca, w imię powierzchow­nej harmonii i równości? Ofiarowanie ukochanej osobie przestrzeni, aby mówiła cokolwiek chce i jakkolwiek chce to wyrazić, jest przy­datnym ćwiczeniem terapeutycznym, jeśli jest stosowane od czasu do czasu. Owszem, może prowadzić do wzajemnego zrozumienia i po­czucia, że jesteśmy wspierani. Ale nie dorównuje zachwytowi i znie­woleniu poddanego serca, które skrywa się w najbardziej intymnym pragnieniu.
Kiedy równość nie budzi już żadnych wątpliwości, kiedy czujesz się zrozumiany i wspierany, nadchodzi czas, by wejść głębiej. Tam wła­śnie odnajdziesz istotę sztuki seksualnego obdarowywania.
W swoim wnętrzu odkryjesz jedyne pragnienie – aby być szeroko otwarty jak miłość, wolny jak bezgraniczna świadomość i nieustrasze­nie żywy jak spontaniczne obdarowywanie. Zamiast iść na kompromis, który usatysfakcjonuje bardziej powierzchowne potrzeby, możesz ćwi­czyć się w tym, aby otwierać się głęboko, jednocząc serce z ukochaną osobą – pełen życia i nieograniczony jak otwarte światło danej chwili.
Jeśli twoja kobieta trajkocze o czymś zupełnie nieistotnym, ofia­ruj jej swoją prawdziwą i niewzruszoną obecność Bez odwracania się i popadania w otępienie, przedostań się z darem totalnej obecności do jej serca. Oddychaj, poruszaj się i uważnie patrz w jej oczy, jakby to była wasza ostatnia chwila życia razem.
Jeżeli twój mężczyzna zawęża życie do problemów i rozwiązań oraz projektów, zalej go swoją kobiecą siłą. Jak monsun czy ocean światła, skąp jego ciało w zachwycie i rozkoszy, nasącz go w głębokich wodach miłości, którym nie będzie w stanie się oprzeć.
Głęboka intymność nie polega na tym, aby dostawać to czego się chce, ani na wzajemnych kompromisach, ale na ofiarowaniu najgłęb­szych darów własnej, seksualnej esencji. Zauważaj swoją powierz­chowną, męską potrzebę rozwiązywania problemów lub własną, płytką, kobiecą potrzebę emocjonalnego kontaktu z partnerem i za­miast tego, ofiarowuj głębię swojego serca i otwieraj się całkowicie na wszystko, co niesie ze sobą każda chwila.
Jako męski partner, przenikaj totalnie otwarty swoją kochankę, obdarowując ją swoją głęboką i nierozproszoną świadomością. Jako kobieca partnerka, szeroko otwarta, zapraszaj swojego kochanka, po­kazując mu całe, pełne życia ciało, niczym podarunek miłości. Ofiaruj swoje głębokie, seksualne dary poprzez wyznanie z serca do serca, z lę­dźwi w lędźwie, z oczu do oczu. W głębokim uścisku i z uśmiechem wdzięczności:
On – Jestem świadomością, a ty mój słodki tyłeczku należysz do mnie.
Ona – Jestem światłem. Weź mnie… jeśli się ośmielisz!
I gdy łączycie się totalnie otwarci, cieszcie się swoją grą, pod którą kryje się prawda – obecność kocha promienność, a promienność ko­cha obecność Przejawiając się jako kobiece światło i będąc obecnym jako męska świadomość, każda chwila objawia się otwarta jako jedno świadome światło. Kochankowie, traktujcie z humorem swoje różnice – otwierajcie się jako jedno, kochajcie za dwoje.

28. Przestań chronić swoją seksualność

Dary twojej głębokiej esencji seksualnej są prawdopodobnie otoczone warstwami lęku, zranienia i gniewu.

Czy jesteś w stanie ofiarować i przyjmować swobodnie miłość poprzez swoje ciało? Czy reaguje ono na seks falami błogiej rozkoszy? Czy to co kryjesz głęboko w sercu wyraża się ekstatycznie słowami błagania, jęczeniem i rozkazem? Czy jesteś w stanie oddać się swojemu kochankowi jako dar, otwierając się na niego z namiętnością, niczym miłość, bez żadnych ograniczeń?
Twoje najgłębsze dary seksualne mogą pozostawać uśpione, dopóki nie zrozumiesz prawdy swojego głębokiego pragnienia. Czego najbardziej pragniesz w życiu? Co tak naprawdę masz nadzieję poczuć, dostać albo ofiarować? Jaka wizja przyszłości najbardziej porusza twoje emocje? Jeżeli masz bardziej męską esencje seksualną, twoje życie motywowane jest głównie pragnieniem, aby być wolnym.
Jeśli twoja seksualna esencja jest bardziej kobieca, twoje serce najbardziej tęskni za miłością.
Wszyscy chcą osiągnąć więcej wolności i miłości – i kiedy jesteś rzeczywiście otwarty, wolność jest miłością, a miłość jest wolnością – lecz dominujący wątek twojego życiowego dramatu, określony jest przez rodzaj twojej esencji seksualnej.
Czy częściej i z większym uczuciem, napędza cię potrzeba odniesie­nia sukcesu czy raczej cierpisz z powodu pragnienia miłości?
Jeśli nie jesteś pewien czego bardziej pragniesz, wolności czy miło­ści, być może należysz do tych niewielu ludzi, którzy mają zrówno­ważoną esencję seksualną. Jeżeli tak jest – twoja esencja seksualna ma w sobie w miarę równe ilości energii męskiej i kobiecej – wtedy, tak samo cieszą cię mecze bokserskie, jak i komedie romantyczne. Re­agujesz podobnie emocjonalnie na wahania na giełdzie oraz zmienną troskliwość ze strony ukochanej osoby. Czasopisma z nagimi ciałami, w których możesz poczytać także o strategiach politycznych i o tym jak złowić więcej ryb, przyciągają twoją uwagę tak samo, jak pisma ze zdjęciami najnowszych trendów w modzie i artykułami na temat urządzania wnętrz oraz podtrzymywania namiętności w małżeństwie.
Ale jeśli należysz do większości ludzi z bardziej męską albo bar­dziej kobiecą esencją seksualną, to poruszają cię bardziej albo zma­gania dotyczące wolności albo miłosne dramaty. W głębi siebie pra­gniesz partnera seksualnego, który uwielbia poddawać się twojemu zniewoleniu albo takiego, który cię weźmie, wprawi w ekstazę i cał­kowicie posiądzie. Ktoś, kto jest podobny do ciebie – z kim remisu­jesz za każdym razem, gdy mocujecie się na ręce – nieszczególnie cię podnieci. Najsilniej pragniesz seksualnie kogoś, kto może czule cię „wziąć” albo kogoś, kto z miłością da się „wziąć”. W rzeczywistości, ta gra miłosnego poddania jest istotą twoich najgłębszych pragnień seksualnych.
Jeżeli jesteś jak wielu ludzi, to w głębi siebie wiesz czego chcesz, ale na powierzchni twoje codzienne życie może wydawać się pełne chaosu i zawiłości. Chcesz czerpać przyjemność z nieokiełznanej namiętności seksualnej, ale spędzasz całe dnie stresując ciało i zaprzeczając sercu, przez wzgląd na dobre dochody. Czasami napędza cię męska potrzeba, by przesunąć swoje granice i osiągnąć wolność sukcesu – często kosz­tem życia uczuciowego. Innym razem masz poczucie, że eksplodujesz od nadmiaru kobiecej pełni miłości-światła albo pogrążasz się w de­presji z powodu jej braku, gdy nie jesteś w stanie skupić się na swoim życiu i osiągać żadnych celów.
Skąd bierze się to pomieszanie? Dlaczego twoja kariera czy życie intymne wydają się często sztuczne lub pozbawione wielkiej namięt­ności? Co stało się z twoimi najgłębszymi darami seksualnymi? Co oddziela cię od poznania twojej prawdziwej życiowej pasji, najgłęb­szego bodźca i impulsu żeby żyć?
Oto ważna wskazówka do odpowiedzi na te pytania – twoja sek­sualność może być zakryta. Być może otoczyłeś głęboką, seksualną esencję warstwami powierzchownej energii seksualnej. Mogłeś utracić kontakt z najgłębszymi pragnieniami serca – najgłębszym celem swo­jego życia – ponieważ te warstwy okryły twoje serce. Jak to się stało, że ukształtowałeś tę skorupę wokół własnego serca?
Załóżmy, że rodzisz się – jako dziewczynka lub chłopiec – z głęboko kobiecą esencją seksualną. Kobiecość jest siłą życia, mocą Matki Natury, światłem, które rozświetla świat. Uczuciem tego światła jest miłość i każ­dy nowy kochanek lśni jak promienny świt. Jeśli jesteś otwarta na swoją kobiecą esencję, poruszasz się i czujesz jak natura sama w sobie. Czasami jesteś pełna życia jak słoneczny dzień, a kiedy indziej zachowujesz się jak dziki monsun. Ale zawsze żyje tobą miłość … albo jej pragnienie. Ponie­waż w sercu jesteś miłością – choć mogłaś się na to zamknąć – to świecisz jej światłem albo chcesz, aby tak było. Taka jest kobiecość
Jeśli urodziłaś się z kobiecą esencją seksualną, to będąc dzieckiem lubisz bawić się lalkami lub z małymi zwierzakami, pełna miłości i światła. Lu­bisz lśnić różnymi odcieniami blasku, zdobiąc ciało migoczącymi błyskot­kami, iskrzącymi się strojami i świecącą biżuterią. Chcesz być widoczna i odbierana jako miłość-światło, ponieważ tym właśnie jest twoja esencja.
Teraz załóżmy, że masz kilka lat i rodzi się twoja siostrzyczka. Ro­dzice uważają ją za ładniejszą od ciebie. Ona jest teraz tą śliczną, a ty tą od osiągnięć. Na Boże Narodzenie ona dostaje wyszywaną cekinami spódniczkę baletnicy, a ty – mikroskop. Chociaż lubisz mikroskopy, to gdzieś w środku czujesz się zdruzgotana. Ona dostaje bransoletki i wstążki, ty encyklopedie. Lubisz czytać, ale czujesz, jakby twoje ser­ce zostało zdeptane. Chociaż jesteś mądra, chcesz, aby twoja miłość- światło była zauważana i pielęgnowana.
Na osobności, rodzice próbują cię zapewniać – Tak, tak, twoja siostra jest ładna, ale to ty jesteś na drodze do czegoś wspaniałego. Uroda to nie wszystko.
Pewnie tak – powtarzasz sobie, gdy zazdrośnie patrzysz na siostrę w jej bransoletkach i tiulowej spódniczce, podskakującą beztrosko i wnoszą­cą do domu radość – zmierzam dokądś. Ale twoje kobiece serce, twoje promienne światło miłości boleśnie pragnie, by je dostrzeżono. Więc aby ochronić się przed bólem bycia kimś niewidzialnym, zaczynasz identyfikować się ze swoją męskością – poczuciem celu i kierunku.
Męskość pragnie być zestrojona z głębokim poczuciem celu lub mi­sji, raczej uwolnić się i dążyć do sukcesu, niż otworzyć się i opływać blaskiem głębokiej miłości. Każdy lubi zarówno wolną świadomość jak i promienną miłość, ale prawdziwe seksualne spełnienie zależy od zro­zumienia najgłębszych pragnień swojej unikalnej esencji seksualnej.
Ponieważ to twoja siostra otrzymuje całą uwagę jako ktoś pełen bla­sku, ty masz zdruzgotane serce. Twoje światło zostaje ukryte. Cierpisz wewnątrz. Aby złagodzić swoje zranienie zaczynasz identyfikować się z męskim poczuciem kierunku – zostanę naukowcem. Ale jedną rze­czą jest wybrać karierę, ponieważ kocha się naukę, a zupełnie czymś innym jest dokonać wyboru w odpowiedzi na zranienie, jak skorupę chroniącą przygnębione serce.

Przez następne lata budujesz pancerz słabego, męskiego ukierunko­wania, wokół swojej głębokiej i zranionej kobiecej esencji. Podświa­domie zaczyna kierować tobą zemsta. W złości, mówisz nieraz siostrze – jesteś ładna … ale całkiem głupia. Gdzieś w głębi duszy dałabyś się pokroić, aby tylko inni zauważyli piękno blasku twojego serca, ale na zewnątrz gardzisz „płytkimi kobietami”, którym brak celu.
W szkole średniej, jesteś dziewczyną, „która najpewniej odniesie sukces”. Wszystko w tobie – to jak chodzisz, mówisz czy ubierasz się – naznaczone jest pancerzem męskiej – „dojdę do czegoś” – ener­gii, która otacza zranione kobiece serce, skrywające głęboką miłość i blask. W końcu zauważasz, że chłopcy nie lgną do ciebie tak, jak do tych rozpromienionych dziewcząt, skaczących na szkolnych meczach z pomponami, w błyszczących kostiumach. Chcesz, aby koledzy pra­gnęli ciebie i tak powstaje następna skorupa.
Zaczynasz naśladować kobiecą promienność atrakcyjnych dziew­czyn. Nakładasz taki sam świecący błyszczyk jak one. Kupujesz dopa­sowane dżinsy tej samej marki. Oglądasz się w lustrze przed wyjściem do szkoły i uczysz się chodzić oraz przybierać pozy jak szkolne gwiaz­dy. To nie jest naturalny przejaw twojego wewnętrznego, kobiecego światła, ale uboga imitacja zewnętrznego aspektu kobiecości.
Tworzysz opętaną na punkcie figury kobiecą skorupę, otaczającą owładnięty na punkcie celu męski pancerz, otaczający twoje zranione serce, prawdziwie i głęboko lśniące miłością-światłem. Jakiego rodza­ju mężczyznę przyciągniesz do siebie? Jako, że energie seksualne za­wsze przyciągają swoją odwrotność, przyciągniesz chłopca z kruchym, męskim pancerzem, wokół kruchej, kobiecej skorupy, otaczającej zra­nioną, ale prawdziwie niezłomną, głęboką, męską esencję.
Wyobraź sobie teraz, że to ty byłeś takim chłopcem. W dzieciństwie twoja głęboka męska esencja seksualna utożsamiona jest z kierowaniem, celem i poszukiwaniem wolności wśród wyzwań. Rodzice napominają, abyś uważał, by nie spaść z werandy – więc odpowiadasz na to wyzwanie, chodząc dokładnie po jej krawędzi. Twoi koledzy zeskakują z wysokiego na dwa metry dachu – ty próbujesz zeskoczyć z trzymetrowego. Ponie­waż identyfikujesz się z męskością, chcesz by uznano twoje poczucie celu i zdolność do pokonywania przeszkód na drodze do wolności.
Ale załóżmy, że twój ojciec jest alkoholikiem skłonnym do agresyw­nych zachowań. Ty trwasz przy swoim, a on używa siły fizycznej. Za­mierzasz skończyć wcześniej obiad, żeby wyjść i pobawić się z kolega­mi, ale ojciec podnosi rękę, wrzeszcząc – to jest mój dom i albo zrobisz co ci mówię albo pożałujesz! Za każdym razem, gdy przedstawiasz własną perspektywę, wizję lub cel jesteś bity, ośmieszany albo krzyczą na ciebie
Ostatecznie, aby uniknąć bólu bycia ranionym, uczysz się tłumić wewnętrzne poczucie kierunku. Stajesz się szczególnie wrażliwy na nastroje ojca. Uczysz się tak tańczyć wokół niego, aby uniknąć kry­tyki, lania lub ośmieszenia. Innymi słowy, rozwijasz kobiecą skorupę wokół własnej, wewnętrznej, męskiej esencji.
Ze strachu, uczysz się elastyczności. Ale nie ma to nic wspólnego ze zdrową, kobiecą otwartością na miłość. Ani naturalną, kobiecą wraż­liwością na energię i siłę życia. To pancerz ochronny, otaczający twoją głęboką, seksualną esencję. Stłumiłeś prawdziwe manifestowanie we­wnętrznego, męskiego poczucia celu i zbudowałeś ochronną skorupę kobiecej troski i elastyczności.
Jasne, tato. Kocham cię, tato. Siła twojej głębokiej esencji seksualnej blednie. Twoje męskie serce, któremu zaprzeczasz staje się słabe i pu­ste. Nauczyłeś się przystosowywać do poczucia kierunku ojca i tym samym straciłeś kontakt ze swoim.
W szkole średniej zauważasz, że troskliwi „przepraszam, dziękuję, pro­szę” – chłopcy, nie przyciągają dziewcząt tak, jak silni i podążający swoją drogą. Dziewczyny najwyraźniej lgną do tych „złych chłopców” na mo­tocyklach, rozgrywających piłkę na boisku i pewnych siebie przewodni­czących klasy. Zatem chcąc ich naśladować, kupujesz te same papierosy, które palą i ćwiczysz jak wypuszczać dym z manierą twardziela. Uczysz się chodzić i mówić, jakbyś wiedział dokąd zmierzasz. Uczysz się udawać pewność siebie, chociaż głęboko w środku jesteś przerażony i zagubiony.
Właśnie tak, w naturalny sposób, chłopak z głęboką-lecz-zranioną męską esencją, przykrytą kobiecą skorupą uległości i okrytą męskim pancerzem twardziela będzie przyciągany do dziewczyny z głęboką- lecz-zranioną kobiecą esencją, przykrytą męskim pancerzem twardzielki, okrytą kobiecą skorupą uległości.
Przeciwieństwa zawsze się przyciągają – warstwa po warstwie. Na zewnątrz, on pręży klatę, a ona kręci tyłkiem. A pod spodem – on ostrożnie unika konfrontacji i ustępuje pierwszeństwa jej planom, podczas gdy jej wydaje się, że wiedzieć kim się jest i dokąd się zmierza, jest ważniejsze niż być atrakcyjną. W głębi serca on czuje, że jego cel został stłumiony, a ją aż fizycznie boli pragnienie, by jej głębokie po­czucie miłości-światła zostało rozpoznane i ukochane.
Kiedy dwie takie osoby biorą ślub, ich pancerze zawierają niezwy­kły sojusz. Ich ukryte i wyparte esencje seksualne pozostają nietknię­te, podczas gdy skorupy czują się na zmianę potrzebne i odrzucane. Ona chce, żeby on zarabiał więcej pieniędzy i podejmował więcej de­cyzji albo poddaje się i postanawia robić to sama. On pragnie od niej więcej rozkoszy w sypialni albo rezygnuje i ma nadzieję, że znajdzie to u kochanki. Ona czuje jego lęk przed konfrontacją i traci do niego zaufanie. On czuje jej brak zaufania, napięcie w ciele i twardnienie serca, więc przestaje jej pragnąć W końcu, rozwodzą się.
Teraz, odrzucona i samotna kobieta, buduje kolejną warstwę ochron­ną – Odłożę związki na później, będę robić własną karierę. Nigdy już nie będę zależna od mężczyzny! O ile samo dbanie o rozwój kariery może być czymś zdrowym, o tyle robienie tego w oparciu o lęk i chronienie serca jest wyraźnym znakiem, że działa męski pancerz.
On, także nakłada kolejną warstwę na swoją ukrytą i wypartą esen­cję – Zmarnowałem najlepsze lata swojego życia, próbując utrzymać żonę i rodzinę, wciąż odkładając na później to co naprawdę chcę robić, ale ko­niec z tym. Nadeszła pora, żebym cieszył się życiem. Będę podróżował – pojadę w jakieś piękne miejsce, na Bali albo Hawaje – i po prostu popłynę z prądem. Będę żył spontanicznie. A jeśli spotkam kobietę, która mi się spodoba, zostanę z nią przez jakiś czas, a potem pójdę w swoją stronę.
I znów – jeżeli jego spontaniczność płynie z głębokiej intencji serca, to jest to zdrowy i ożywczy wyraz miłości. Ale w tym przypadku, jego potrzeba, by iść z prądem i być w ruchu jest strategią unikania głębi, kierunku i zaangażowania – jest pancerzem.
W ten sposób on staje się wrażliwym, łagodnym, kochającym zaba­wę mężczyzną, który nie umie podejmować decyzji i zupełnie stracił z oczu głęboki cel swojego życia, podczas gdy ona staje się odnoszącą sukcesy kobietą, z jasno określonym celem, której serce łka z tęskno­ty, gdy zamyka za sobą drzwi. Oczywiście, ponieważ ich pancerze są przeciwieństwami, łagodny mężczyzna i konkretna kobieta, prawdo­podobnie znów staną sobie na drodze i wejdą w związek, tylko po to, by ponownie przeżyć rozczarowanie.
Twoja głęboka, seksualna esencja może być bardziej męska, bardziej kobieca albo zrównoważona. Zacznij otwierać się na nią, zaczynając od przyznania się przed sobą do swoich najgłębszych pragnień. Czy w głębi serca bardziej porusza cię poszukiwanie wolności czy miłości? Czy jesteś bardziej poruszona, gdy twój ukochany podąża za twoimi wskazówkami czy kiedy chwali twój blask? A może w każdym wypad­ku czujesz się podobnie?
Wyobraź sobie, że jesteś w łóżku z ukochaną osobą, która odnosi sukcesy i jest samowystarczalna. Patrzy w twoje oczy z głęboką tęskno­tą i mówi – Zrobię dla ciebie wszystko co zechcesz. Pragnę się otworzyć i dać ci siebie. Weź mnie tak jak tego pragniesz. Wszędzie pójdę za tobą. Czy podnieca cię to, że on czy ona tak bardzo ufa twojej wewnętrznej spójności, że ma ochotę poddać się całkowicie? Jeśli tak, to oznacza, że twoja esencja seksualna jest bardziej męska. Podnieca cię to, że ukocha­na osoba ufa twojej głębokiej integralności i poczuciu kierunku.
A teraz wyobraź sobie, że ukochana osoba patrzy ci głęboko w oczy i wychwala cię z całego serca – Jesteś taka piękna (Jesteś taki piękny).
Bardzo cię kocham. Pragnę cię. Chcę posiąść każdą cząstkę ciebie. Czy to jest dla ciebie podniecające? Czy podnieca cię, że on czy ona widzi twoje prawdziwe piękno i chce cię posiadać, pragnąc zanurzyć się we wspaniałości twojego otwartego blasku i wejść w najgłębsze zakamar­ki twojego serca? Jeśli tak, to masz bardziej kobiecą esencję seksualną. Podnieca cię z serca wypowiedziana pochwała i namiętne pragnienie twojej najgłębszej miłości-światła.
Oczywiście, chroniące cię zewnętrzne pancerze mogą, jak na razie, przemawiać głośniej, niż twoje najgłębsze pragnienia. Możesz czuć się wewnętrznie zmieszany i podzielony. Otaczające cię skorupy, które nagromadziłeś przez lata i przeróżne seksualne sposoby obrony, mogą opierać się tym działaniom, które pozwoliłyby twojej wewnętrznej esencji otworzyć się w pełni i ofiarować swoje najgłębsze dary uko­chanej osobie i światu.
Nieważne jak wiele masz warstw ochronnych i niezależnie czy jesteś kobietą czy mężczyzną – jeżeli w głębi siebie masz męską esencję sek­sualną, będziesz czuć się wolna – wolny tylko wtedy , gdy odkrywasz najgłębszy cel swojego serca i zestrajasz swoją życiową misję oraz związki ze swoją najgłębszą integralnością. Ostatecznie zdajesz sobie sprawę, że żyjesz po to, aby uświadomić sobie, że jedyne co możesz zrobić – to otworzyć się na miłość, która ożywia wszystko.
Jeśli masz kobiecą esencję seksualną, tylko wtedy będziesz czuć mi­łość, o której wiesz, że jest możliwa, gdy oddajesz swoje ciało otwarte na dawanie i przyjmowanie miłości, ofiarowując bezbronny blask swoje­go serca. Wtedy, ponieważ moc miłości rozkwita w życiu, twoja tęsk­nota otwiera się w pełni na miłość żyjącą we wszystkim.
Co najbardziej pragniesz ofiarować? Co zawsze najbardziej pra­gnąłeś dawać, pomimo odgrywania swoich sztucznych ról? Przyznaj się do swojej ochrony, zaryzykuj uwolnienie troskliwie budowanych pancerzy i ofiaruj prosto z serca misję życia albo miłość-światło, które zawsze chciałeś czy chciałaś dać. Ofiaruj całkowicie integral­ność, miłość i wszystkie swoje dary. Otwarta tak szeroko klarowność twojego celu jest nie do zatrzymania, przepełnia cię blask miłości. Żyj wolny, kochaj w pełni i umieraj, całkowicie pozbawiony pancerza.

29. Niech samo spełnienie ci nie wystarcza

Kiedy jakaś chwila wydaje się szczególnie cudowna, niech posłuży ci do otwarcia się na jeszcze głębszą prawdę.

Niektórzy ludzie odczuwają nieporównywalną z niczym ekstazę, spełniając swe najbardziej szalone marzenia, wygrywając na loterii miliony dolarów czy zgarniając nagrodę Nobla. Wiele matek trzyma przy piersi nowo narodzone dziecko, czując obezwładniającą rozkosz niewyobrażalnej miłości. Tego typu chwile – chociaż piękne – sprawiają, że mamy kompletnie złudne wyobrażenie o życiu.
Boska męskość w tobie to nieskończona świadomość. Kiedy tracisz z nią kontakt, poszukujesz nieskończoności w ramach ograniczoności swojego życia – w koncie bankowym, sławie, związkach, sukcesach.
Wszystko co daje ci posmak ucieczki w nieograniczony bez-stres, bezpieczne lądowanie, wytrysk, wielki sukces zawodowy – wydaje się być źródłem niemal świętej rozkoszy. Boska kobiecość w tobie to siła życia, obfita energia lub światło miłości. Kiedy tracisz z nią kontakt, poszukujesz błogiej pełni poprzez
swoje ciało, zmysły czy związki. Cokolwiek pochłania cię w pełni miłości – począwszy od dzieci, przez seks, aż po ulubioną czekoladę – może przynosić niemal boskie doznania.
Każda chwila jest okazją, aby otworzyć się na swoją prawdziwą na­turę, którą jest jednocześnie nieskończona świadomość i obfita miłość. Niestety, większość ludzi, traci kontakt ze swoją najgłębszą otwarto­ścią. Odczuwając jej brak, stają się wielbicielami drapania, które tylko chwilowo zaspokaja swędzenie. Oddają cześć substytutom. To co mę­skie wielbi zdobycze, rozumienie i sukces, a to co kobiece oddaje się dzieciom, niebiańskim tkaninom, smakowitemu jedzeniu i związkom niosącym obietnicę miłości.
Drugorzędne substytuty takie jak sport czy robienie zakupów mogą być silnie uzależniające, ale moc tych większych – rodzicielstwa i pracy – jest ogromna. Oddany rodzic może latami troszczyć się o swoje dzie­ci, zanim te wyprowadzą się z domu. Człowiek biznesu może stracić najlepsze lata życia, wyciskając siódme poty, zanim jego motywacja osłabnie, a jałowość życia i wypalenie zajrzą mu w oczy.
Wszelkie substytuty, to jakiekolwiek życiowe aktywności, które mylisz z prawdą samego życia – jedzenie, uprawianie seksu, wycho­wywanie dzieci, zarabianie pieniędzy, zdobywanie sławy czy pozycji, wyrażanie twórczych impulsów, podtrzymywanie relacji. Prawda jest taka – jeśli myślisz, że któraś z tych rzeczy ma szczególnie boski i wy­zwalający charakter, jesteś na najlepszej drodze do wielkiego cierpie­nia. Owszem, możesz wyrażać boską miłość i wolność poprzez każdą z tych rzeczy, ale jeżeli myślisz, że to one są źródłem twojego szczęścia, staniesz się jak narkoman, zależny od substytutu, który nieuchronnie przestanie cię zaspokajać.
Jeśli masz bardziej kobiecą esencję seksualną, jesteś tak zbudowana, że pewne rzeczy naciskają twoje wewnętrzne guziki związane z miło­ścią. Nie pomyl tego z nią samą. Ale kiedy masz coś przeciwko swo­jemu dziecku i wypływa to z pozornie doskonalej miłości, otwórz się i na taką miłość. Bądź ogromem miłości jaki wywołuje w tobie twoje cudowne dziecko. Jednak zawsze pamiętaj, że żyje mnóstwo samot­nych kobiet o pustych sercach, które były kiedyś rozpromienionymi matkami, przepełnionymi szczęściem pośród śmiechu ich dzieci.
Jeżeli masz bardziej męską esencję seksualną, łatwo jest spędzić go­dziny, dni, a nawet lata, totalnie angażując się w sprawy nie cierpiące zwłoki. Jak mnich oddający się modlitwie, twoje życie może zostać poświęcone obrazom twojego zbawienia odkryciom, realizacji, tworzeniu czy osiągnięciom, które mają cię wyzwolić Ale jeśli do tej pory zrealizowałeś już jakieś cele, wiesz, że szczęście płynące z osiągnięć mi­jało – bez względu jak były szlachetne – i znowu musiałeś szukać spo­sobu, aby jeszcze bardziej uwolnić się od pełnej napięcia motywacji.
Wypełniony bezgraniczną miłością, możesz dzielić szczęście z dzieć­mi, nie tłumiąc ich swoim poczuciem braku. Otwarty niczym wolna świadomość, możesz poprzez własną misję ofiarować dary światu, bez napięcia, aby odnieść sukces.
Istotą każdego działania i związku w życiu jest obdarowywanie. Ofiaruj więc siebie w pełni. Otwórz się niczym bezgraniczna miłość i pozbawiona granic wolność. Zawsze dawaj z bezkresnej pełni swo­jego otwartego serca, ale nie sprowadzaj rodziny czy kariery do roli substytutów dla szczęścia, które jest twoją najgłębszą istotą.
W chwilach, które wydają się cudowne, nie zadowalaj się blaskiem tymczasowego spełnienia. Uścisk dziecka czy owoce kariery mogą, na chwilę, wydawać się zdecydowanie wystarczające. Jednak nawet wte­dy, praktykuj bycie prawdziwie spełnionym i całkowicie wyzwolonym w każdej chwili, ponieważ tym właśnie jesteś. Urodziłeś się, aby żyć jako bezgraniczna miłość i otwartość Urodziłeś się, by przekazywać swoje najgłębsze dary. Dlatego nie obarczaj dzieci, pracy czy powoła­nia obowiązkiem, by łudzili cię namiastką spełnienia przez całe życie.

30. Już teraz bądź wolny jak miłość

Robienie prowadzi do robienia jeszcze więcej, a to nigdy nie zaspokaja twoich najgłębszych pragnień.

Z reguły, życie determinuje potrzeba działania. Coś jest nie tak, czujesz się nie całkiem kompletny, więc działasz. Jednak bez względu na to co robisz, w ostatecznym rozrachunku, ży­cie okaże się chwilami intensywne, lecz szybko zapomniane, pozornie ważne, ale nie całkiem zadowalające – przelotne wspomnienie o przy­jemnościach i bólach, zyskach i stratach, zdrowiu i chorobie, miłości i samotności. A potem umrzesz, jak wielu przed tobą. Dżyngis Khan, księżna Diana i Frank Sinatra nie żyją. Odeszli z tego świata. W końcu słońce wybuchnie i ziemia też zniknie. Wszystko co się połączyło, ule­gnie rozpadowi. To jest gwarantowane.
Starania o różne rzeczy – twoje sprawy zawodowe, intymny związek – wydają się takie ważne. Wewnętrzna męskość wciąga cię w przygo­dę, której stawką jest sukces lub porażka. Robić, robić, robić … i za­wsze gdzieś kołacze pytanie – uda mi się czy nie? – nieustannie czekasz na ten dzień w przyszłości, kiedy odniesiesz wystarczający sukces, aby w końcu żyć tak jak tego pragniesz.
Do tego czasu, będziesz ćwiczył uwagę, aby koncentrowała się na ro­bieniu, jakby życie mogło ci gdzieś umknąć w międzyczasie. Ale jedyne co naprawdę się liczy to twoje wnętrze. Możesz być milionerem, ma­jąc dwadzieścia czy osiemdziesiąt lat, a twoje życie może być jałowe i pozbawione znaczenia, dopóki nie nauczysz się bardziej czuć, pod warstwami twojego robienia, tego otwartego istnienia, które niektórzy nazywają Bogiem, Prawdą czy Miłością. Czy coś robisz czy nie, życie ma swoją głębię. Czy coś robisz czy nie, ta chwila już jest otwarta, nieskończenie pełna, bez granic Już jesteś wolny, ale męskość w tobie wierzy, że potrzebujesz na to zasłużyć, więc działasz.
Wewnętrzna kobiecość uwikłana jest w dramat miłości i nie-miłości. Dzień po dniu i rok po roku, sprawdza – Jestem kochana, nie jestem kochana, … kochana, nie kochana, kochana, nie kochana… – jak gdyby cały świat obracał się wokół twojego emocjonalnego spełnienia. To tak jakbyś miała przeczekać złe czasy i wtedy wspaniała bliskość sta­nie się możliwa. To tak, jakby twój kochanek miał dojrzeć albo mia­łabyś znaleźć właściwego partnera, który naprawdę będzie cię kochał, tak jak tego pragniesz.
W międzyczasie, ból pustki odbija się echem w twoim ciele, więc robisz coś, aby to zagłuszyć Opychasz się jedzeniem. Mówisz. Dzwo­nisz. Kupujesz. Tęsknisz. Nigdy nie będę kochana. Jestem kochana. Czy naprawdę jestem kochana? Dzień po dniu, twoja nadzieja na miłość blednie, dopóki w końcu nie zadowolisz się związkiem, który jest wy­starczająco dobry, ale nie tak dobry jak wewnętrznie wiesz, że mógłby być. Więc dalej wyczekujesz – nie-otwarta i niespełniona. Mój part­ner nie daje mi takiej miłości jakiej pragnę, więc i ja powstrzymam swoją miłość.
Czekanie na miłość lub robienie czegokolwiek, aby być kochaną jest tak samo nieskuteczne jak nadzieja ryby pływającej w oceanie, która chce poczuć wodę i zmoknąć. Już teraz, miłość jest tym kim je­steś. Miłość jest tym co żyje twoim życiem, oddycha twoim oddechem i porusza twoim ciałem.
Miłość chce otworzyć ci serce w tej chwili. Możesz odczuć jak ona pragnie, by płynąć przez twoje ciało, właśnie w tym momencie. Często musisz odrzucić miłość, żeby poczuć jej brak. Często musisz zamknąć serce, stłumić oddech i napiąć ciało, aby poczuć się samotną i pustą.
Jednak tak długo jak wątpisz lub ochraniasz siebie, żadne robienie nie doprowadzi do większej miłości.
Jeśli rozejrzysz się dokoła, prawie każdy coś robi w napięciu – albo próbując zasłużyć na poczucie wolności albo pragnąc głębszej miłości.
Z pozoru wygląda, jakby w życiu chodziło o robienie. To prawda, że życie jest ciągle zmieniającym się działaniem. Ale to nie robienie przy­niesie ci prawdziwą wolność i godną zaufania miłość, której najbardziej pragniesz. Dzięki robieniu zdobędziesz prawdopodobnie więcej pienię­dzy. Robienie pomoże ci spotkać innych ludzi i poprawić umiejętności w relacjach. Ale nawet z pieniędzmi i związkami, nadal będziesz czuła się niespełniona, dopóki nie przestaniesz zamykać się w lęku i nie otwo­rzysz swobodnie, taka jaka jesteś, właśnie w tym momencie.
Jak ryba w bezdennym, czystym oceanie, wczuj się w przestrzeń wo­kół siebie, jakby to rzeczywiście była woda. Wdychaj i wydychaj, jakbyś oddychała gęstością wody, wciągając ją w siebie i wypuszczając tętnią­cą życiem klarowność, która cię otacza. Czuj wodę przenikającą ciało i zmiękczającą łuski uczuć na twojej skórze, aż do pełnego otwarcia.
Z serca, odczuwaj na zewnątrz, poprzez wodę przestrzeni. Czuj dźwięki jako wibracje w tej wodzie, jakby głośna muzyka miała rozwi­brować twoje galaretowate wnętrze. Poczuj przedmioty wokół siebie. Otwierasz się, więc twoje uczucia rozszerzają się poprzez wodę coraz dalej i dalej. Kiedy wczuwasz się w otaczającą wodę, czy to odczuwa­nie ma gdzieś swój kres?
Czy istnieje granica tej chwili? Gdy doświadczasz tego co jest dalej, poza najbliższym otoczeniem czy twoje uczucie trafia na ścianę czy ra­czej rozprzestrzenia się i otwiera poza to co widzialne, jak otwarta kla­rowność oceanu? Niech to co czujesz rozlewa się poprzez i poza twoje otoczenie, jak woda, która nie ma granic – otwieraj się bez końca.
Otwierając się, pozostań całkowicie wrażliwa, miękka, nasączona wodą. Twoje serce otwiera się jak galaretka miłości, wibrując każdym dźwiękiem, rozświetlona każdym kolorem i promieniem światła. Kiedy ludzie podchodzą do ciebie, czuj jakby woda pomiędzy wami gęstniała i wirowała, dotykając twojego serca na różne sposoby, przez wir konsy­stencji i emocji każdej osoby. Całym sercem, odczuwaj wszystkich.
Poszerzając swoje pozbawione granic odczuwanie, otwieraj się. Przepeł­niona każdym doświadczeniem, otwieraj się. W każdej chwili, otwieraj się.
Będąc otwarta, jesteś wolna i to co robisz może wzmocnić i przy­nieść wolność innym. Będąc otwarta, jesteś miłością, a twoje związki mogą rozprzestrzeniać miłość na świat. Ale jeśli czekasz na jakiś dzień w przyszłości, aby otworzyć się na to kim jesteś, to nic co robisz nie przyniesie ci wolności ani miłości, za którymi najbardziej w sercu tę­sknisz.
Wielu ludzi, których znasz, zdobyło mnóstwo pieniędzy i było w wielu związkach, jednak ich serca, ani nie są wolne od lęku, ani pełne miłości. Robienie to realia życia. Ale jego nagrody są przerekla­mowane.
Już teraz otwórz serce Bądź wolna jak ta chwila i żywa niczym miłość

32. Traktuj seksualność jak sztukę

Męskość kieruje, kobiecość zaprasza.

Jak utrzymać żywą namiętność w intymności, na równi ze wszystkich codziennymi obowiązkami, które muszą być wypełnione?
Żeby zrozumieć sztukę seksualnego obdarowywania, zacznij od wyczuwania w jaki sposób mówienie i działanie wpływa na twoją, ukochaną osobę. Kiedy stajesz się bardziej otwarty, każde twoje słowo i gest może być darem – albo nie.
Otwartość zawiera w sobie wszelkie jakości, zarówno męskie jak i kobiece. Kobiecość jest siłą życia, feerią światła i miłości, które tańczą
jako twoje ciało, emocje i blask pełni tej chwili. Męskość jest świadomością samą w sobie, nicością prostej obecności, pustką lub cichym świadkiem rodzącej się chwili.
Kiedy pogłębiasz zdolność otwierania się jako świadomość, dochodzisz do poznania tego kim jesteś i jak możesz żyć zgodnie ze swoim najgłębszym celem. Zdolność do poznania najgłębszego celu i świadome kierowanie własnym życiem, tak samo jak życiem innych ludzi, jest częścią męskiego aspektu – niezależnie czy jesteś mężczyzną czy kobietą.
We współczesnej kulturze większość ludzi gloryfikuje męskie dążenie
do celu i umniejsza siłę magnetyzmu, który jest nieodłączny dla kobiecego sposobu życia. Każdego ranka, kiedy budzisz się z głębokiego snu, możesz poczuć jak światło dnia przyciąga i zaprasza świadomość do przedstawienia jakim jest życie. W każdej chwili, kobiecy magnetyzm zaprasza męskość do działania. Niestety w dzisiejszej anty-kobiecej kul­turze oczekuje się, że mężczyźni i kobiety w większym stopniu będą wydawać polecenia i wycofywać się emocjonalnie, niż zaangażują się w pełni w życie i jego odczuwanie, które zachęca do działania.
Na przykład, oczekuje się, że pokierujesz kimś – nawet gdy chodzi o ukochaną osobę – raczej przez powiedzenie co ma zrobić, niż zapro­szenie jej do działania poprzez wyrażenie swoich uczuć. Twoje mę­skie stwierdzenie – proszę włącz ogrzewanie – jest uważane za bardziej uczciwe, niż kobieca „prośba-przez-wyrażenie-uczucia” – jest mi na­prawdę zimno. Ludzie, którzy są szczególnie dumni z męskiej zdolności działania, postrzegają taki kobiecy styl wyrażania jako pełen manipu­lacji i pokrętności.
Rzeczywiście w obszarze biznesu i przyjaźni, używanie męskości, aby skierować kogoś w stronę konkretnego działania jest często skutecznym sposobem, by czegoś dokonać, ale w krainie intymności, gdzie przepływ energii seksualnej często określa jakość danej chwili, to co mówisz doty­czy bardziej sztuki erotycznej, niż sprawnego funkcjonowania.
W jaki sposób twój styl rozmawiania wzmacnia lub redukuje seksu­alny przepływ? Namiętność seksualna zawsze płynie pomiędzy dwo­ma energetycznymi biegunami – męskim i kobiecym. Dzieje się to po­dobnie jak w przepływie elektryczności między biegunem ujemnym i dodatnim oraz w magnetyzmie, w przepływie pomiędzy biegunem południowym i północnym. Jeśli oboje z partnerem jesteście akurat w swojej męskości – na przykład wspólnie akcentujecie jakość kiero­wania – seksualny przepływ ustaje, ponieważ nie ma kobiecego daru zaproszenia i wyrażania uczuć, by dopełnić polaryzację. Dotyczy to każdego rodzaju związku, zarówno hetero- jak i homoseksualnego.
Kiedy wskazujesz kierunek, stajesz na biegunie męskości. Załóżmy, że jesteś kobiecą partnerką w intymnym związku. Kiedy mówisz swo­jemu, męskiemu kochankowi co robić, precyzując przebieg działania – proszę, zdejmij buty – twoja męska energia nie pozwoli na zaistnienie polaryzacji. Seksualnie zneutralizowałaś przepływ. Twój męski part­ner poczuje się zniechęcony. Żeby od-tworzyć łuk seksualnej polary­zacji, któreś z was – ty lub twój kochanek – musi zaoferować kobiecą energię zaproszenia. Możecie swobodnie wybierać, kto w danej chwili odgrywa męski, a kto kobiecy biegun i kogo męska obecność, a kogo kobieca promienność, będzie bardziej pożądana w przepływie seksu­alnej namiętności.
Efekt seksualnej neutralizacji, wywołanej brakiem polaryzacji może być bardzo subtelny, chociaż jego skutki gromadzą się w miarę upły­wu czasu. Załóżmy znowu, że w związku jesteś partnerem o kobiecej esencji. Jeśli wystarczająco często akcentujesz męskie sposoby kiero­wania – Czy możesz wynieść śmieci? Odebrałbyś dzieci ze szkoły? – mo­żesz przez nieuwagę stworzyć kompletny brak pociągu seksualnego, a nawet niechęć pomiędzy tobą i kochankiem. Twój męski ukochany potrzebuje czuć twoją kobiecą energię, aby zaistniał łuk seksualnego przyciągania i przywiódł go do ciebie.
Jeśli chcesz ofiarować dar kobiecej energii w swojej intymności, niech będzie to raczej energia, która ciągnie, niż taka która popycha. Zachęcaj do działania poprzez wyrażanie w pełni tego co czujesz, zamiast kiero­wania przez określanie toku działania (w postaci pytań określających to działanie). Otwórz drzwi, ale nie proś ukochanego, żeby przez nie przechodził. Jeśli chcesz podtrzymać swobodny przepływ seksualnej polaryzacji, pozwól otwartym drzwiom być zaproszeniem.
Zamiast – czy mógłbyś zdjąć buty? – otwórz drzwi za pomocą – uwiel­biam dotykać twoje stopy. Raczej niż – czy możesz wynieść śmieci? – za­proś działanie, przez ujawnienie swojego zmysłowego świata – zaczynam czuć smród z kosza. Zamiast – czy odebrałbyś dzieci ze szkoły? – pode­przyj działanie słowami – martwię się o dzieci, które czekają w szkole. Po prostu zachęć do działania, wyrażając swoje uczucia i pozwól ukocha­nemu, aby sam sprecyzował, jaki kierunek działania powinien podjąć
Ktokolwiek wyznacza kurs działania poprzez kierowanie – słowami czy zachowaniem – niesie w danej chwili męską energię. Jeżeli mówisz – czy mógłbyś zatankować samochód? – to w swojej prośbie określasz i precyzujesz działanie partnera. Ale jeśli powiesz – martwię się, bo kończy się benzyna – stwarzasz zaproszenie do działania dzięki wyra­żeniu własnych uczuć W danej chwili otwierasz przestrzeń dla partne­ra, aby wypełnił ją męskim działaniem. Oferujesz ukochanemu ocean możliwości, by wypłynął na niego i żeglował.
Różnica między kierowaniem i zapraszaniem może wydawać się niewielka, ale z czasem potrafi wytworzyć wielką dysproporcję w prze­pływie seksualności między partnerami w związku. Kierując ukocha­nym, rzeczywiście szybciej uzyskasz efekt, ale równocześnie zdepola- ryzujesz i osłabisz łuk namiętności między wami.
Twój męski partner, nie obeznany z oferowaniem własnego kierow­nictwa jako daru dla kobiecości, może rzeczywiście woleć, abyś stero­wała sama i określała czego chcesz za pomocą jasnych sugestii – ale po­tem, nie wiedząc czemu traci seksualne zainteresowanie tobą. Dlatego chwila po chwili możesz decydować co jest dla ciebie ważniejsze – sku­teczne funkcjonowanie czy seksualna polaryzacja. Możesz umiejętnie wybierać pomiędzy skutecznością precyzowania kierunku, a podtrzy­mywaniem biegunowości. Możesz wybierać – kierować czy zapraszać
Możesz kochać partnera, kiedy oboje wyrażacie swoją męskość i próbujecie kierować daną sytuacją. Ale to, jak cały dzień traktujecie własną seksualność – naenergetyzowani w przyciągającej się bieguno­wości czy zneutralizowani w skuteczności – przepełnia wasze ciała w łóżku nocą. Tylko wtedy będziesz chciała oczarować lub być ocza­rowaną przez ukochanego, kiedy jedno z was jest kochająco otwarte jako promienna, poddana, dzika, kobieca siła życia, a drugie – kocha­jąco otwarte, jako męska świadomość, siła jasnego celu, pewne kiero­wanie i całkowita obecność
Jeżeli zrzekasz się własnego kierownictwa, aby ofiarować swój ko­biecy dar zachęcania, to aby podtrzymać dwa bieguny seksualne, twój ukochany musi zrewanżować się, ożywiając męski dar świadomego kierowania. Musi być obecny i pewny, zauważając co powinno być zrobione, a potem uczciwie za tym podążać. Prawdopodobnie nie chciałabyś porzucić własnego męskiego przewodnictwa, gdyby twój ukochany był rozproszony, nieświadomy czy słaby.
Jeśli jesteś męskim partnerem, możesz pogłębiać swoją obecność, poznając swój wewnętrzny, głęboki cel. Zadawaj sobie pytania – Po co żyję? Co muszę zrobić albo kim się stać, abym w chwili śmierci umie­rał kompletny, z uśmiechem na twarzy, wiedząc, że dałem wszystko co miałem do ofiarowania? Co musisz zrobić dzisiaj, abyś idąc spać wie­czorem wiedział, że dałeś wszystko, kochałeś całym sercem i ofiarowa­łeś najprawdziwsze dary, które miałeś do dania? Życie w ten sposób, dzień po dniu, jest sposobem, by przygotować się na śmierć Kiedy potrafisz zestroić codzienne działania z przywołaniem własnego, naj­głębszego celu, żyjesz pełen pasji, z honorem i bez żalu.
Wolny od poczucia ciężaru, działasz pewnie, klarownie i precyzyj­nie. Jeśli twój głęboki cel zawiera w sobie małżeństwo i posiadanie rodziny, możesz wzorowo i chętnie odbierać dzieci ze szkoły i wynosić śmieci, ponieważ jest to częścią twojego powołania, częścią sposobu w jaki ofiarowujesz, dzień po dniu, swoje najgłębsze dary.
W przeciwnym razie, gdy nie jesteś w kontakcie z własnym głę­bokim powołaniem i sposobem w jaki powinieneś ofiarować miłość za życia, będziesz czuł, że nie kierujesz się swoim wnętrzem. Twój kurs będzie nieprecyzyjny. Decyzjom i działaniom zabraknie zaan­gażowania. Z powodu braku pewności i kierunku, będziesz zmuszał swoją kobiecą partnerkę do pobudzania męskiej energii w związku. W poczuciu nieobecności własnej misji, będziesz robił rzeczy, których w rzeczywistości nie chcesz.
Pozbawiony głębokiego poczucia celu, by kierować własnym ży­ciem, będziesz sterowany tym, co na zewnątrz – względami finanso­wymi, potrzebami dzieci czy ukochanej – i w końcu zaczniesz obwi­niać ich za swój brak spełnienia. Poczujesz się rozżalony i uwięziony wykonując codzienne obowiązki. W relacjach z partnerką i rodziną zaczniesz się wycofywać, niepewny co robić, pogrążony w dwuznacz­ności, z poczuciem winy i złości. Twoim działaniom zabraknie spój­ności i konsekwencji. Kobieca partnerka nie będzie w stanie zaufać ci w codziennym życiu, ani otworzyć się na ciebie seksualnie.
Kiedy ćwiczysz, aby głęboko się otwierać i tym samym pozwalać, by męski cel ujawniał się w życiu, twoje działania zaczną wypływać z głębokiej, wewnętrznej pewności. Będziesz robił to, co czujesz pro­sto z serca, a w relacjach z najbliższymi zaczniesz ofiarowywać swoją głębię i miłość, bez niechęci czy wycofania. Staniesz się kimś kochają­cym i intensywnie obecnym.
Kiedy kierujesz się własnym, wewnętrznym celem, twoja świado­mość jest klarowna i jasna. Działania – precyzyjne i doprowadzane do końca. Prowadzi cię głębokie poczucie misji i dlatego jesteś ze swoją ukochaną tylko wtedy, gdy głęboko tego pragniesz. Ona czuje, że posiadasz silne poczucie celu, niezakłócone pragnienie i trwasz w niezmąconej obecności. W każdej chwili męskiej klarowności, kiedy jesteś ze swoją ukochaną, jesteś z nią W pełni.
Gdzie spoczywa teraz twoja uwaga? Jeśli koncentrujesz się na tym, że swędzi cię policzek, ukochana natychmiast odczuje twoje rozpro­szenie tak głęboko, jak ty swoje drapanie. Jeśli z całą uwagą wczuwasz się w jej serce, oddychając jakby jej wnętrze było twoim, wtedy twoje oczy, gesty i oddech wyrażą jak bardzo jesteś z nią obecny. Ona zaufa bardziej twojemu głębokiemu i kochającemu spojrzeniu, niż rozpro­szonemu drapaniu się po policzku.
Możesz wzmacniać męską obecność – i tym samym powiększać zaufanie ukochanej oraz jej promienne oddanie – przez pogłębianie swojej uwagi. Zatrzymaj się teraz na moment i zwróć uwagę na swo­je myśli. Spróbuj poczuć skąd przychodzą. Odpręż się przez chwilę i zauważ pojedynczą myśl jak przypływa i odchodzi. Poczuj skąd się bierze i dokąd zmierza i wtedy otwórz się na tę przestrzeń. A teraz wczuj się w nią jeszcze bardziej, otwierając się na to skąd pochodzą wszystkie twoje myśli i gdzie znikają.
W ten sam sposób możesz ćwiczyć ze swoimi emocjami. Poczuj „miejsce” gdzie najbardziej je odbierasz. Jakąkolwiek emocję odczu­wasz, zdaj sobie sprawę gdzie ją czujesz i otwórz się na ten obszar. Pozostań otwarty, bez względu na rodzaj emocji.
Zauważ jak wszystko w tej chwili, łącznie z twoim ciałem, jest w trakcie nieustannego manifestowania się. Przypomnij sobie jak to jest, gdy widzisz swoje ciało we śnie i traktujesz je jakby było twoim rzeczywistym ciałem. Potem sen blednie, a ta szczególna postać two­jego ciała rozpływa się i inne ciało, które teraz wydaje się być twoim, zaczyna ukazywać się w następnym śnie, tym co określamy jawą. Na­bywając praktyki, możesz odczuwać manifestowanie się swojego ciała w każdej chwili. Podobnie jak myśl, emocja czy ciało we śnie, twoje fizyczne ciało kieruje na siebie twoją uwagę. Zwykle go nie zauważasz, gdy jesteś pochłonięty jakąś czynnością czy zadaniem.
Podążając w duchu praktyki, otwieraj się na przestrzeń, w której przejawia się teraz twoje ciało, tę samą gdzie ukazują się twoje sny i w której manifestuje się ta chwila. Swobodnie otwieraj się na to miej­sce. Odprężony, otwieraj się do tego stopnia, aż wyda ci się, że twoje ciało, myśli i emocje w magiczny sposób pojawiają się, manifestują i błyszczą jak świetlny pokaz, który możesz odczuć i zobaczyć.
Połącz się wewnętrznie ze swoim najgłębszym poczuciem celu. Jeśli jeszcze go nie znasz, wyobraź sobie, gdzie mógłbyś go poczuć, gdybyś go znał. Otwórz się na to wewnętrzne miejsce, w którym poczujesz swoje najgłębsze pragnienie serca i cel.
Ofiaruj ukochanej tę samą głębię odczuwania. Praktykuj wczuwanie się w swoją kochankę, patrzenie jej w oczy i tak głębokie odczuwanie jej istoty, że zaczniesz czuć otwartość, z której przychodzą i odchodzą jej myśli, gdzie płyną jej emocje, gdzie promienieje jej ciało i gdzie przebywa pragnienie jej serca. Ćwicz otwieranie się na tę przestrzeń, gdzie ty i ukochana czujecie teraz pojawiającą się chwilę i rozluźniaj się jeszcze głębiej w tej czującej otwartości. Praktykuj to w tej chwili oraz przez kolejne miesiące i lata swojego życia.
W każdej chwili, na nowo odkrywaj i otwieraj się na to najgłębsze miejsce-przestrzeń, które możesz odczuwać, w sobie i w swojej uko­chanej.
Chwila po chwili pozwalaj głębi obecności, by swobodnie manife­stowała się poprzez twoje ciało. Praktykuj oddychanie raczej głęboko do brzucha, niż górną częścią klatki piersiowej. Z brzucha wczuwaj się w ciało ukochanej. Przez stopy wczuwaj się ziemię pod tobą, a z brzu­cha i serca w swoją ukochaną. Otwórz czubek głowy na niebo nad tobą, zamiast ograniczać świadomość do myśli w głowie i obrazu ko­chanki w umyśle.
Z chwili na chwilę, w ciągu dnia i kiedy się kochasz, odczuwaj wszystko, czując jednocześnie poprzez wszystko, otwierając się na głę­bię wszystkiego. Praktykuj odczuwanie wszystkiego za pomocą sonaru ciała, wczuwając się całym sobą – łącznie ze stopami, brzuchem i klat­ką piersiową – w ciało ukochanej, wyczuwając jej napięcie, rozkosz, oddychając jej rytmem, doświadczając subtelnych zmian jej postawy, od głowy do palców stóp.
Jeśli zwracasz uwagę głównie na swoje myśli, twoja obecność zosta­je uwięziona w głowie. Być może myślisz, że jesteś obecny, ale ukocha­na tego nie poczuje.
Kiedy ćwiczysz odczuwanie myśli, emocji i energii ciała ukochanej – rzeczywiście wczuwając się w nią, jakbyś wczuwał się w czyjś napię­ty mięsień, chcąc go rozmasować albo w energię pomieszczenia, by jak najlepiej ustawić meble – wtedy twoja obecność wykroczy ponad to co zewnętrzne. Rozszerzy się tak daleko, jak otwiera się twoja czują­ca uwaga. Jeśli możesz objąć swoją otwartą, czującą uwagą ukochaną i całe pomieszczenie, wtedy zarówno kochanka jak i wszyscy inni, którzy są w tym miejscu, poczują i uhonorują twoją obecność.
Kiedy ukochana czuje, że wczuwasz się w nią z klarowną i głębo­ką obecnością, może ci zaufać Kiedy czuje, że naprawdę wyczuwasz wnętrze jej serca, może otworzyć się w rezonansie z twoim sercem, źródłem twojej integralności. Kiedy czuje, że w każdej chwili jesteś otwarty, ona też może swobodnie się otworzyć, niczym żywe światło chwili – włączając w to emocję, myśl i ciało.
Tak głęboko jak otwiera się ta chwila, ty odczuwasz wszystko, a ona pokazuje wszystko. Ona czuje, że głęboko bierzesz pod uwagę ją i wszystko co niesie ze sobą chwila. Może zaufać twojemu spójne­mu prowadzeniu i w pełni mu się poddać jako żywa miłość-światło, oddając siebie, by zostać otwarcie wziętą przez twoją jasną i klarowną obecność.
W każdym związku pojawiają się decyzje do podjęcia i ktoś musi to robić. Często, najlepsze dla partnerów jest wspólne decydowanie i kie­rowanie. Ale zawsze wielką ulgę sprawia kobiecie, gdy mężczyzna nie zobowiązuje jej do podejmowania każdej decyzji i kierowania każdym działaniem. Czasami kobiece serce potrzebuje się odprężyć, otworzyć i lśnić niczym miłość, gdy jest zabierana – pewnie i głęboko – do nie­skończonego miejsca, w którym otwiera się chwila.

34. Zaufaj mu bardziej, niż sobie

Aby kobieta doświadczyła najgłębszej seksualnej rozkoszy i otwartości, musi zaufać męskości ukochanego, bardziej niż ufa swojej własnej.

Większość kobiet jest zdolna do przeżywania bardzo głębokiego seksu. Będąc kobietą, twoje ciało i serce pragnie całkowitego zniewolenia, totalnego poddania, unoszenia się na fali rozkoszy i błogiej miłości. Ale na ogół seksualne doświadczenia nie są aż tak wspaniałe. Jeśli należysz do większości kobiet, czujesz w środku, że seks może być dużo lepszy niż zazwyczaj jest. Nawet gdy jeszcze go nie doświadczyłaś, przeczuwasz głębszy potencjał seksualny, chociaż możesz nie wiedzieć dokładnie jak go obudzić. U większości kobiet (i mężczyzn) istnieje potrzeba opanowania pewnych umiejętności seksualnych oraz rozwiązania emocjonalnych węzłów. Ale niezależnie jak wiele już udało ci się osiągnąć w tym zakresie i jak jesteś zrelaksowana, twój partner odgrywa ogromną rolę
w tym, na ile będziesz gotowa otworzyć się razem z nim seksualnie,
psychicznie, emocjonalnie i duchowo.
Głęboki, piękny seks obejmuje miłosną grę męskich oraz kobiecych sił i jakości. To co męskie, jest świadomością i manifestuje się w ciele jako obecność i wyznaczanie kierunku. To co kobiece, jest miłością- światłem i przejawia się na zewnątrz jako promienność i siła życia. Mężczyzna pociągający seksualnie jest bardzo obecny i pewny w wy­znaczaniu kierunku. Seksowna kobieta jest bardzo promienna i pełna witalności. Obecność i promienność przyciągają się wzajemnie i mogą osiągnąć swą jedność w głębokim, seksualnym zjednoczeniu.
W rzeczywistości, męskość i kobiecość są aspektami jednego, świa­domego światła, które nazywane jest boskością na wiele różnych spo­sobów. Dla najpełniejszego doświadczenia seksu, miłość jest koniecz­na, ale nie wystarczająca. Aby seks stał się świętym oczarowaniem i zniewoleniem, świadome światło musi wyrażać się jako dwoje – je­den partner uosabia męską siłę świadomości, obecności i celu, pod­czas gdy drugi ucieleśnia kobiecą siłę miłości-światła, promienności i siły życia. W dzisiejszych czasach, wielu mężczyzn i wiele kobiet oba­wia się nadać tym boskim ekspresjom wymiar seksualny. Dlaczego?
Każda osoba, kobieta i mężczyzna, ma w sobie zarówno męskość jak i kobiecość Przed laty, w tradycyjnym społeczeństwie mężczyzna zmusza­ny był, by zawsze odgrywać role męskie, a kobieta – kobiece To stwarzało poczucie fałszywej stabilizacji, ograniczenia i przytłoczenia. Współczesne trendy, poszły o krok dalej i idealizują zbalansowanych mężczyzn i zrów­noważone kobiety – każda osoba powinna uosabiać zarówno męskość jak i kobiecość w rodzaju psychologicznej całości i niezależności relacyj­nej. Bycie kompletnym dla samego siebie jest oznaką zdrowia psychicz­nego. Ale być w stanie zrobić kolejny krok oraz porzucić własne granice, by uświadomić sobie i wyrazić coś większego od siebie, to znak duchowej dojrzałości. Chcąc wznieść się poza zwykłą samo-wystarczalną całość ty i twój kochanek możecie nauczyć się przekraczać własne granice i zrezy­gnować z seksualnej autonomii na rzecz dwu-cielesnej, boskiej gry
Jeśli seksualnie wyrażasz kobiecość, chcesz być oczarowana i znie­wolona niezachwianą obecnością kochanka, pragniesz być zabrana poza wszelki opór, w nieodpartą pełnię miłości i uprowadzona w roz­kosz. Jeżeli wyrażasz męskość, chcesz poczuć zaufanie kochanki i być przyciągany do jej promiennego poddania, tak abyś mógł oddać się całkowicie zniewoleniu ukochanej. Ponieważ wasze serca ufają, po­rzucacie swoje granice, a wtedy męskość i kobiecość otwierają się – czasem dziko, czasem wzniośle – jako jedno, świadome światło.
Ale jeśli trzymasz się kurczowo psychologicznej całości, nie bę­dziesz gotowa porzucić swoich granic samo-wystarczalności. Jeżeli jesteś podobna do wielu współczesnych kobiet, to ciężko pracowałaś, by ustanowić zdrowe granice oraz zrealizować osobisty kierunek i cel. Zrzeczenie się kontroli nad własnym prowadzeniem wydaje ci się nie­bezpieczne. Jednak, o ile masz bardziej kobiecą esencję seksualną, to zaufanie i seksualne poddanie jest dokładnie tym, czego w głębi pra­gnie twoje serce. Zatem, jeżeli chcesz autentycznie otworzyć się w głę­bokiej, seksualnej grze, możesz praktykować zaufanie swojemu uko­chanemu, aby wyrażał to co męskie, podczas gdy ty – to co kobiece.
Jeszcze większą trudność stanowi fakt, że dzisiaj wiele kobiet ma bar­dziej rozwiniętą męskość, niż ich kochankowie Być może nie chcesz pod­dać się kierowaniu męskości partnera, ponieważ mu nie ufasz. I jeśli twoja męska strona jest bardziej rozwinięta niż u twojego ukochanego, czujesz, że nie powinnaś poddawać się jego męskości. Wydaje ci się, że lepiej będzie sterować sama sobą i podążać za własnym seksualnym przewodnictwem. Oczywiście czasami to najlepsze rozwiązanie, ale pamiętaj, że jeśli tak zro­bisz, nie możesz oczekiwać, że twój partner będzie cię pożądał.
Czy chciałabyś czuć, że twój mężczyzna cię pragnie, że tonie w two­jej kobiecej promienności? Albo inaczej, czy byłoby to dla ciebie po­ciągające, gdyby twój mężczyzna wolał swoją promienność zamiast twojej? Czy podniecałoby cię gdyby spędzał więcej czasu przed lu­strem niż ty, pragnąc siebie i podziwiając swoje własne piękno i blask?
Czy byłoby dla ciebie atrakcyjne seksualnie, gdyby twój partner był „samo-wystarczająco promienny” i cieszył się własnym blaskiem bar­dziej niż twoim? On tak właśnie się czuje, gdy jesteś „samo-wystar­czająco kierująca”, ufając bardziej swojemu prowadzeniu niż jego. Jeśli w głębi siebie masz kobiecą esencję seksualną to chcesz, by partner pragnął twojej promienności bardziej, niż własnej, a on chce byś pra­gnęła jego prowadzenia bardziej niż swojego. W taki sposób boskość pragnie wyrażać się i kochać poprzez wasze ciała.
Oto prosta i naga prawda – jeśli chcesz otworzyć się seksualnie jako kobieca boskość, nie doświadczysz najgłębszej rozkoszy zniewolenia i zachwytu, dopóki nie będziesz z kochankiem, który seksualnie może poprowadzić głębiej niż ty i dopóki nie zaufasz jego męskości bardziej niż własnej.
To zasadnicza kwestia. Nieważne na ile opanowałaś biegłość w sek­sualnych arkanach i jak jesteś otwarta emocjonalnie. Jeżeli nie ufasz męskiej sile partnera i jego kierownictwu bardziej niż własnemu, nie otworzysz się całkowicie. Nie porzucisz granic i nie poddasz się w głę­bokim zaufaniu, aby zostać seksualnie zniewoloną przez boską mę­skość Męska świadomość, obecność i prowadzenie twojego partnera muszą być zdolne do zabrania cię w głębszą, szczęśliwszą i bardziej otwartą miłość, niż możesz zabrać się sama. Jeśli nie otworzysz się całkowicie i nie zaufasz nawigacji ukochanego, seks nigdy nie będzie boskim zachwytem.
Kiedy zrównoważyłaś już własną, wewnętrzną męskość i kobie­cość oraz kiedy rozwinęłaś się jako autonomiczna, kompletna oso­ba, osiągnęłaś psychiczną integrację. Ale dla doświadczenia boskiego, seksualnego błogostanu, trzeba zrobić kolejny krok. Nie tracąc swojej zdolności do bycia całością w codziennym życiu, możesz uczyć się re­zygnować ze swoich granic w czasie uprawiania seksu, ofiarując cał­kowicie ciało, by zostało wzięte przez boską-męską siłę. Oczywiście jeżeli twoja własna męskość jest bardziej rozwinięta, niż twojego part­nera, nie zdołasz poddać się zupełnie – i nawet nie powinnaś! Dlacze­go podążać za seksualnym prowadzeniem partnera, jeśli twoje własne jest głębsze i bardziej autentyczne?
Zatem, jeżeli chcesz doświadczyć najpełniejszej boskiej gry jako kobieta, musisz wybrać kochanka, który wart jest twojego zaufania. Jeśli jesteś już w związku, twój ukochany może rozwijać w ciele głę­bię swojej obecności, a ty doskonalić zdolność do przyjmowania jego autentycznego prowadzenia. W szczególności, męska świadomość, obecność i kierowanie partnera, powinny być bardziej rozwinięte niż twoje, bardziej zdolne do wzięcia cię w całkowitą otwartość seksualną i duchowe poddanie, niż jesteś w stanie zrobić to sama.
O ile twój ukochany może ofiarować ci taki dar, to dlaczego nie uwolnić własnego seksualnego prowadzenia i nie poddać się zniewo­leniu, którego zawsze pragnęłaś?
Jeżeli nie ufasz męskiemu prowadzeniu bardziej niż swojemu, to najlepszym, czego możesz oczekiwać, jest miłość bez głębokiego ocza­rowania. Jeśli taka miłość jest wszystkim czego pragniesz, wtedy gra męskości i kobiecości nie będzie istotna. Możesz cieszyć się miłością do przyjaciół, do dzieci czy rodziców. Możesz kochać siebie. Możesz kochać boskość. Możesz kochać swojego intymnego partnera na wiele sposobów – tuląc się, uprawiając ogród, tworząc rodzinę. Miłość jest prawdziwą naturą twojej istoty, prawdziwą naturą wszystkich istot. Miłość jest otwartością każdej chwili.
Ale jeśli okazuje się, że tęsknisz za miłością, w której zawiera się tak­że zniewalająca gra seksualna i jeśli chcesz, by ktoś cię wziął, zawrócił ci w głowie i obezwładnił bezlitosną siłą boskiej, męskiej obecności, to musisz być z kochankiem, którego męskiemu prowadzeniu ufasz – i pragniesz – bardziej niż własnego. Tylko wtedy pozwolisz sobie na poddanie, przyjmowanie i rozkwitanie, szeroko otwarta, jak pełna światła chwila miłości.