Posts Tagged ‘Kłamstwo’

Kłamstwo w którym żyjemy – napisy PL

Manipulacje komunikacyjne – przesłuchanie podejrzanego

Krzysztof Szymanek

Perswazja – wróg czy sprzymierzeniec prawdy?

Właściwości ludzkiej mowy stwarzają możliwości nie tylko prostego przekazywania informacji czy wyrażania intencji, ale również dostarczają narzędzi sterowania stanami wewnętrznymi i procesami motywacyjnymi człowieka; za pomocą słów potrafimy perswadować: wywierać wpływ na poglądy, działania i zachowania innych ludzi. Perswazja obejmuje wielką różnorodność metod i technik, jej cele osiągać można nie tylko dzięki rzeczowej argumentacji, np. wskazując przesłanki, z których logicznie wynika przedkładana teza, ale też poprzez składanie obietnic, grożenie, schlebianie, rzucanie obelg, budzenie emocji, powoływanie się na autorytety, używanie specjalnie dobranych wyrażeń, odpowiednie komponowanie wypowiedzi — to tylko przykładowe pozycje w niezmiernie bogatym arsenale środków perswazyjnych, którego nie podejmujemy się tutaj skatalogować.
Skuteczna perswazja stanowiła główny przedmiot zainteresowania retoryki, sztuki, która osiągnęła swoje wyżyny w antycznej Grecji i Rzymie. W ramach retoryki wykrywano środki przekonywania i ich sprawnego oraz celowego stosowania. Poddano drobiazgowym badaniom wszystkie aspekty perswazji, począwszy od zbierania materiałów potrzebnych do ułożenia mowy, a skończywszy na właściwej postawie ciała i mimice oratora, ówcześni mówcy osiągali zdumiewające wyniki, a ich perswazja była naprawdę zniewalająca. Sławny retor Gorgiasz powiada w Platońskim dialogu:

„gdyby mówca i lekarz weszli do jakiegoś miasta […] i tam na zgromadzeniu ludowym lub jakimś innym powstał spór, kogo z dwóch kandydatów wybrać na lekarza […] byłby wybrany nie lekarz, lecz mówca”.

Specyfika systemu demokracji greckich państw-miast dawała skutecznemu mówcy nieograniczone możliwości. W państwie, w którym demokratycznie o wszystkim decydują niewykształcone, często przypadkowo dobrane gremia czy tłumy, sztuka przekonywania zapewnia wszystko: władzę, godności i stanowiska, pieniądze, sławę, a nawet bezkarność. Nie dziwi więc, że umiejętność skutecznego przemawiania stała się dobrem poszukiwanym i niezwykle wysoko cenionym, przy czym retorzy nauczali tej sztuki wyłącznie w kontekście czysto technicznej sprawności, jawnie głosząc, że krasomówstwo nie ma nic wspólnego z moralnością. Retor Gorgiasz w cytowanym dialogu Platona powiada, że przekonywanie to taka sama działalność, jak każda inna: może być wykonywana mniej lub bardziej sprawnie, nie można nikomu czynić zarzutu z tego, że sprawnie przekonuje. Nauczanie perswazji jest jak nauczanie boksu – jeśli zaś ktoś z posiadanej umiejętności czyni niewłaściwy użytek, to już nie wina nauczyciela.
Godzi się w tym miejscu powiedzieć, że nauczania retorów nie da się tak gładko porównać do nauczania sztuki boksu – właściwsze byłoby uznanie ówczesnego nauczyciela retoryki raczej za takiego – niegodnego swego miana – nauczyciela boksu, który zaprawia swoich wychowanków w stosowaniu wszelkich – również tych brudnych, gwałcących zasady fairplay – ciosów, mając na uwadze wyłącznie osiągnięcie celu, jakim jest pokonanie przeciwnika na ringu.
Typowe dla greckich demokracji staje się nadużywanie uwodzicielskiej mocy słowa, stosowanie jej potęgi bez oglądania się naprawdę i słuszność, a także ogromna władza w ręku biegłych w oratorskiej sztuce – władza pozbawiona drogowskazu moralnego, nie osadzona na gruncie ogólnie uznawanych przez społeczność wartości. Tak oczywiste niebezpieczeństwo dla ładu moralnego, dla wszelkiego porządku społecznego musi budzić niepokój myślicieli poczuwających się do odpowiedzialności za kultywowanie ogólnoludzkich wartości. Sokrates protestuje przeciw odseparowaniu nauczania retoryki od obywatelskiego wychowania w duchu dobra, prawdy i sprawiedliwości, oddzieleniu retoryki od wiedzy i mądrości. Filozof z pasją piętnuje retorykę jako sztukę pozorów i złudzeń, która do wydawania wyroków nie potrzebuje wiedzy o tym, jak się rzeczy mają w rzeczywistości. To kosmetyka, która choremu nadaje wygląd zdrowego, ale nie leczy. To sztuka przyprawiania potraw, która chce zająć miejsce medycyny, uzurpując sobie prawo do orzekania, które pożywienie jest najzdrowsze.
Myśl, że sprawność retoryczna powinna być ukierunkowana na obronę prawdy i słuszności, przewija się u najznamienitszych myślicieli antyku. Zarówno Arystoteles, jak i Cycero, Katon czy Kwintylian byli wyznawcami zasady, że mówca powinien być rzecznikiem wiedzy i prawdy. Znana formuła Katona Starszego obligowała mówcę do służenia naczelnym wartościom na mocy samej definicji tego słowa: orator est vir bonus dicendiperitus. (Mówca to mąż dobry, biegły w mówieniu).
Dużo łatwiej jednak formułować głęboko słuszne zalecenia, jak rzeczywi-stość ma wyglądać niż wskazać realne drogi do osiągnięcia i utrzymaniajakie- goś możliwego do przyjęcia stanu rzeczy. Byłoby doprawdy pięknie, gdyby kunszt perswazji wykorzystywali raczej dobrzy ludzie w godziwych intencjach niż źli ludzie w intencjach niegodziwych. Problem właśnie w tym, że tak nie jest i nigdy nie będzie. Według wszelkiego prawdopodobieństwa, dopóki istnieć będzie sztuka perswazji, sprawiedliwi i niesprawiedliwi na równi będą czerpać z jej technik i wykorzystywać je do osiągnięcia po prostu tych celów, które za pomocąowychtechnikdasię osiągnąć.
Nawiasem mówiąc, wiek XX dobitnie, w przejmujący sposób, ukazał nam triumffałszu i złaposługującego się właśnie orężem nieodpartej perswazji. Zdaje się zresztą, że pośród tytanów tej sztuki znaleźć można więcej nikczemnych kreatur niż szlachetnych bojowników o prawdę.
Czy wobec tego warto rozpowszechniać sztukę perswazji? Czy krzewienie jej pomaga, czy przeszkadza w ujawnianiu prawdy i demaskowaniu fałszu? Pogląd, iż upowszechnianie sztuki przekonywania w ostatecznym rachunku jakoś sprzyja prawdzie i słuszności, zdaje się pośrednio wspierać Arystoteles, który uważa, że jeśli prawda przegrywa, to na skutek nieudolności jej obrońców. W Retoryce pisze:

„Prawda i sprawiedliwość mająw sobie z natury więcej siły niż ich przeciwieństwa. To co prawdziwe […] jest z natury łatwiejsze do udowodnienia i bardziej wiarygodne”.

Rozwijając tę myśl, dopowiedzielibyśmy: niechaj wszyscy uczą się sprawnej perswazji — przy równych umiejętnościach technicznych prezentowanych przez każdą ze stron zwyciężą obrońcy prawdy, a to z tego prostego powodu, że będą mieli łatwiejsze zadanie do wykonania: kto ma za sobą prawdę, ma również swoisty handicap.
Trudno byłoby wskazać materiał, na podstawie którego dałoby się zweryfikować, pozytywnie czy też negatywnie, powyższe twierdzenie. Być może potwierdziłoby się ono w świecie zamieszkiwanym wyłącznie przez bezinteresownych poszukiwaczy prawdy (w realnym świecie to bardzo rzadki okaz trochę podejrzanego dziwaka). Jednak nasza skomplikowana rzeczywistość jest dziedziną, w której działa jednocześnie wiele trudnych do wyważenia, tu znoszących się, tam wzajemnie wzmacniających sił. Tutaj swój handicap ma również kłamstwo i fałsz: możliwe, że prawda jest z natury bardziej – dla kogoś nie- uprzedzonego — wiarygodna, łatwiej jej dowieść, ale nieprawda bywa za to dużo łatwiejsza do przełknięcia, jest milsza i układniejsza. Prawda, jak już to dawno odnotowali filozofowie, przegrywa z próżnością, korzyścią, nadzieją. Psychologia społecznapoucza, iż wygodne rozładowanie dysonansu poznawczego więcej może znaczyć niż słuszność, stąd ludzkie interesy, pragnienia i oczekiwania zawsze będą poważnym konkurentem prawdy.

Dodajmy też, że niedopuszczalnym uproszczeniem jest pogląd, iż istnieje jakiś określony, naturalny podział ludzi na obrońców prawdy i jej wrogów wraz z wizją toczonej nieustannie przez te obozy wojny. Rzeczywistość okazuje się bardziej złożona; zauważamy dużo więcej rozmaitych frontów zmagań. Krzyżują się one w najrozmaitszych punktach, ogniskują wokół rozmaitych problemów. Rano bywamy obrońcami prawdy, a wieczorem jej wrogami, bardzo często w dobrej wierze bronimy tego, co tylko wydaje się nam prawdziwe i słuszne. Nasze pozycje określa nie tylko stosunek do prawdy, ale też i do innych wartości, którym służymy. Już dawno zauważono, że nie sposób pogodzić wszystkich wartości — każda z nich – a więc i prawda — jest uwikłana w ogólny rachunek korzyści i strat. Nieraz nie bronimy prawdy, bo wybieramy sprawiedliwość. Nieraz kłamiemy, bo nie chcemy krzywdy innego człowieka.
Stoimy jednak na stanowisku, że zasady sztuki przekonywania i perswazji zasługują na rozpowszechnianie — a to z tego powodu, że nie można sobie wyobrazić bez ich pomocy efektywnej komunikacji wszędzie tam, gdzie chodzi o skuteczne rozstrzyganie sporów, kształtowanie poprawnych opinii, dochodzenie do głosu rozsądku i prawdy. Właściwie nie sposób bronić i krzewić prawdy, osiągać zgody i porozumienia bez stosowania technik skutecznej perswazji. Wszyscy nimi się posługujemy – bezrefleksyjnie, żywiołowo i intuicyjnie, lub też w pełni świadomie, konsekwentnie i planowo. Wprawdzie techniki perswazji służyć mogą- i służą – produkowaniu komunikatów sugestywnych, choć wprowadzających w błąd, lecz są też niezbędne do tego, by skutecznie torować drogę racjonalnemu myśleniu przez usuwanie rozmaitych przeszkód i blokad – bądź tych stworzonych przez brak odpowiednich dyspozycji jednostki, bądź tych, które wzniesione zostały przez irracjonalne siły. By rozwinąć tę myśl, wyjdźmy od prostej konstatacji, że nawet najlepiej przemyślane, logiczne argumenty nie przekonają osoby, która nie będzie chciała lub nie będzie w stanie się z nimi zapoznać, nie zrozumie ich treści, czy też — pozostając pod wpływem zniekształcających osąd mechanizmów psychologicznych – błędnie oceni ich wartość. Muszą zaistnieć powody, dla których komunikat zostanie przez adresata przyjęty, rozpatrzony i oceniony. Musi on mieć nie tylko ochotę, ale i możliwości dokonania tego: musi nie tylko dysponować odpowiednimi wiadomościami i zdolnością przetwarzania danych, ale również choćby mieć na to czas. Nierzadko na straży błędnych poglądów stoją utrwalone uprzedzenia, emocjonalnie ugruntowane postawy, irracjonalny sposób myślenia, niechęć do zmiany zakorzenionych mniemań. Ludzkie poglądy są częstokroć wytworem racjonalizacji, iluzji i pragnień, a nie swobodnych przemyśleń. Skuteczne przekonywanie musi liczyć się z takimi właśnie przeszkodami, bez ich bowiem rozpoznania, a następnie zniwelowania – lub obejścia, ominięcia — bywa niemożliwe utorowanie drogi prawdzie i słuszności.
Przykładem manewru omijającego blokady psychologiczne jest taka oto taktyka, znanajuż Arystotelesowi. Otóż ludzie skłonni są z góry, bez zastanowienia, przypisywać niższe prawdopodobieństwo tym twierdzeniom, które zdają się prowadzić w swoich konsekwencjach do niepożądanych psychologicznie, np. niewygodnych czy niemiłych poglądów. Kiedy więc jednostce przedstawia się racje na rzecz twierdzenia, którego ona z powyższych powodów uznać nie chce, wywołuje to u niej swoisty nadkrytycyzm, przejawiający się kwestionowaniem całkiem poprawnych dowodów, wynajdywaniem rzekomych usterek w argumentacji itp. W takiej sytuacji nieraz skuteczna bywa taktyka przedstawiania kolejnych kroków wywodu w taki sposób (np. przez sugerowanie, że chodzi o coś innego), by poddana perswazji osoba zaakceptowała przesłanki, nie podejrzewając, że z logiczną koniecznością wynika z nich twierdzenie będące przedmiotem dowodzenia, co zostaje ujawnione dopiero w ostatnim stadium wywodu.
Taktyka niniejsza z pewnością ogólnie sprzyja prawdzie, choć można też pewnie znaleźć ijakieś moralnie śliskie jej zastosowanie. Można zresztą podać znacznie więcej technik, niekoniecznie tak wyrafinowanych, ułatwiających wprowadzenie odbiorcy komunikatu na drogę racjonalnego myślenia.

Wszystkie opisywane wyżej zjawiska były dostrzegane już przez antycznych praktyków i teoretyków sztuki przekonywania, wyliczyli oni mnóstwo chwytów retorycznych służących temu, by słuchacza zainteresować, pobudzić jego uwagę i utrzymać ją na odpowiednim poziomie. Komunikat perswazyjny miał być oprócz tego zbudowany w sposób ułatwiający jego recepcję; cel ten osiągano przez odpowiedni układ treści, właściwie dobraną kolejność argumentów, zastosowanie rozmaitych środków wyrazu: figur retorycznych i środków stylistycznych. Wszystko to służyło regulowaniu przepływu informacji i nadaniu jej formy dostosowanej do możliwości odbiorcy.
Techniki perswazyjne oferującoś jeszcze ważniejszego – wskazują, jak dostarczyć odbiorcy podstaw do racjonalnego rozumowania tam, gdzie nie potrafi ocenić zbyt trudnych dla niego argumentów. Pokazują, jak dostarczyć rzetelnych „znaków dowodów” temu, kto nie potrafi pojąć samych dowodów. Aby omówić to jaśniej i dokładniej, musimy najpierw zająć się pewnymi kwestiami dotyczącymi argumentacji.
Perswazja bywa odróżniana od argumentacji i w takim przeciwstawieniu słowa „perswazja”, „perswazyjny” stająsię często synonimem słów „manipulacja” czy „manipulacyjny”. Tak więc mówi się o „argumentach perswazyjnych” jako argumentach wykorzystujących pozaracjonalne środki wywierania wpływu na poglądy odbiorcy, np. argumenty z autorytetu, argumenty apelujące do emocji czy osobistej korzyści albo te, w których atakuje się osobę przeciwnika zamiast jego tez (argumentum ad kominem). „Argumenty rzeczowe” zaś to „logiczne dowodzenie” postrzegane jako bardzo szczególna, wyróżniona forma kształtowania poglądów, najbardziej wartościowa, rzetelna, godna człowieka rozsądnego i racjonalnego. W pewnym opracowaniu spotykamy twierdzenie, że:

„W stosunku do rozsądnego człowieka najskuteczniejszym narzędziem argumentowania jest podanie dowodu (w logicznym rozumieniu) przedkładanej tezy”.

W takiej optyce ideałem argumentu jest argument dedukcyjny, który powstaje, gdy przedstawia się przesłanki, z których wynika logicznie żądana konkluzja. Argument tego typu, wyodrębniony i badany już przez Arystotelesa, stanowi przedmiot logiki formalnej. Jeśli tylko przesłanki takiego argumentu są prawdziwe, to prawdziwość konkluzji jest dana z logiczną koniecznością. Argument dedukcyjny w ujęciu logiki formalnej ma znamienną właściwość: albo jest w pełni poprawny, albo całkiem niepoprawny – albo daje 100% pewności co do słuszności konkluzji, albo nie daje jej wcale. Ma on też niezwykle cenną, z punktu widzenia
możliwości racjonalnej jego oceny, właściwość: jest zamknięty w tym sensie, że nie potrzeba żadnej informacji poza tą zawartą w przesłankach, by stwierdzić logiczne wynikanie, a więc i fakt dedukcyjności argumentu.
Postrzeganie „logicznego dowodu” pozbawionego pierwiastków „perswazyjnych” jako jedynego sposobu rzetelnego przekonywania nie wytrzymuje konfrontacji z empiryczną rzeczywistością. Przekonanie, że 2 razy 2 równa się 4, podzielają wszyscy zdrowi na umyśle dorośli członkowie naszego społeczeń-stwa, jednak z dowodem, że tak naprawdę jest, miała do czynienia jedynie garstka spośród najbardziej wykształconych. Czyżby więc przekonanie, że to matematyczne twierdzenie jest prawdziwe, u niemal wszystkich opiera się na podstawach irracjonalnych?
Właściwa recepcja i ocena argumentu może pozostawać poza zasięgiem możliwości intelektualnych jednostki. Argumenty dedukcyjne są zresztą, przy pewnych zastrzeżeniach, których z braku miejsca nie wyszczególnimy, względnie łatwe w ocenie. Najczęściej jednak w praktyce mamy do czynienia z niezmiernie kłopotliwymi argumentami niededukcyjnymi, które teraz skrótowo omówimy.
Już pobieżna analiza argumentacji występującej w życiu społecznym pokazuje, że argument dedukcyjny to najwyższa rzadkość. Nawet najlepiej potwierdzone twierdzenia naukowe przyjmowane są na podstawie argumentów, którym daleko do ideału dedukcyjności – ich przesłanki tylko częściowo wspierają konkluzję: może się zdarzyć, że konkluzja jest fałszywa mimo prawdziwości przesłanek. Gdybyśmy mieli polegać wyłącznie na dedukcji, musielibyśmy zawiesić sąd co do większości ważnych dla nas spraw, nie bylibyśmy w stanie podejmować najprostszych życiowych decyzji. Niestety, musimy zadowalać się prawdopodobieństwem, i – co ciekawe – prawdopodobieństwo nam na ogół wystarcza. W życiu codziennym z powodzeniem posługujemy się argumentami uprawdopodobniającymi.
Argumenty uprawdopodobniające mają wiele właściwości, których klasyczna logika zupełnie nie przewiduje, nie potrafi ich też zadowalająco wytłumaczyć. W tej samej kwestii mogą istnieć mocne argumenty pro i mocne argumenty contra. Z tych samych przesłanek często wyprowadza się przeciwstawne konkluzje. Argumenty uprawdopodobniające są otwarte: nawet bardzo mocny w świetle posiadanej wiedzy argument może być obalony przez nową informację. Sytuację komplikuje dodatkowo brak możliwej do praktycznego stosowania miary prawdopodobieństwa, pozwalającej operować posiadanymi danymi, analizować pośrednie kroki wywodu i, choćby w przybliżeniu, porównywać wartość różnych racji. Ocena argumentów tego typu uwikłana jest w grę trudnych do wyważenia bądź wręcz niewymiernych szans, możliwości i prawdo-podobieństw, nie wiadomo, jakie informacje mogą okazać się istotne, nie wiadomo, jakie znaczenie mają takie czy inne dane. Aby prawidłowo ocenić prosty argument w rodzaju skoro A, więc B, trzeba niekiedy dysponować szeroką i dobrze ugruntowaną wiedzą specjalistyczną. Przykładowo: z tego, że jądro atomu zbudowane jest z dokładnie 100 nukleonów o masie m każdy, wcale nie wynika, wbrew pozorom, że masa tego jądra wynosi 100* m.
Tak więc dopiero specjalistyczna wiedza pozwala nieraz dostrzec błahość argumentów pozornie nie do odparcia albo też wielką moc pozornie słabych dowodów. Nie trzeba mówić, jak szerokie pole do wszelkiego typu manipulacji otwiera taki stan rzeczy.
Gdzie chodzi o twierdzenia nie należące do sfery potocznego doświadczenia, tam ocena argumentu jest z reguły rzeczą niezwykle trudną. Argumentację polityka, profesora ekonomii, zachwalającego jakiś program ekonomiczny – albo ganiącego go -jest w stanie rzetelnie ocenić nieznaczny procent — jeśli nie promil – wykształconych osób. Podobne parametry charakteryzują dyskurs we wszystkich sferach życia publicznego. Tymczasem w Polsce 5 0% dorosłych nie rozumie słowa pisanego, dalszych 20% rozumie – ale słabo. Potrzebne są metody przemówienia do rozsądku owej większości 70% obywateli takimi kanałami informacji, które potrafią oni właściwie spożytkować — przecież to oni w wyborach decydują, który z programów ekonomicznych, społecznych, politycznych itd. będzie wcielony w życie.
Potrzebne techniki wypracowano w obrębie sztuki perswazji. Dostarcza ona wielu użytecznych „dowodów pośrednich” czy „znaków dowodów”, dających w pełni racjonalne przesłanki uznawania twierdzeń. Wprawdzie ostatecznym kryterium prawdy jest argument skonstruowany zgodnie z zasadami właściwymi danej dyscyplinie, niemniej częstokroć wystarczy wykazać, że takowy argument istnieje, bez wchodzenia w zawiłości matematyki, ekonomii itd. niemożliwe do strawienia przez laika.

Skupmy uwagę na jednej z technik, pozycji klasycznej na liście chwytów perswazyjnych. Chodzi o ethos – „charakter” nadawcy komunikatu perswazyjnego: wiadomo, że na wiarygodność argumentacji mają wpływ cechy osoby argumentującej. Nie jestem w stanie ocenić argumentacji przedłożonej przez ekonomistę, profesora B. —jego argumenty potrafię ocenić jedynie z grubsza. One przekonują mnie, aczkolwiek wiem, że nie potrafiłbym ich obronić przed zarzutami innego fachowca, powiedzmy profesora S., przeciwnika profesora B. Jednakowoż gdyby te same argumenty słowo w słowo przedstawił polityk L., niekompetentny populista, nie miałyby one dla mnie najmniejszego znaczenia, nie wywarłyby żadnego wpływu na moje poglądy. Sądzę, że moje postępowanie jest w pełni racjonalne. Kiedy bowiem argumenty przedstawia jako własne profesor B., to otrzymuję nie tylko informację o treści przesłanek i konkluzji, ale również informację, że za tymi przesłankami i konkluzją stoi wiedza i rozumowanie znamienitego fachowca. Moje własne, ułomne rozpoznanie argumentacji jest wsparte tą właśnie informacją i pozwala, po uwzględnieniu i rozważeniu szeregu dodatkowych okoliczności (np. czy profesor B. nie ma powodów do manipulowania), na przeprowadzenie porządnego rozumowania prowadzącego do konkluzji proponowanych przez B. Gdy te same argumenty przedstawia populista, odpowiednie rozumowanie przekonuje mnie, że np. są powody, by domniemywać, że argumentujący nie zna jakichś istotnych faktów, praw itp. albo też ukrywa informacje, które obróciłyby wniwecz jego wywody.
Na zakończenie dodajmy następującą refleksję. Często, pośrednio bądź bezpośrednio, oskarża się metody perswazji o niemoralność. Jednak zdarzają się wypadki, że za niemoralne uznamy właśnie ich poniechanie, oznacza to bezskuteczność w dziele krzewienia prawdy i słuszności. Potrafimy też wyobrazić sobie sytuację, w której podanie nienagannie poprawnego logicznego dowodu twierdzenia miałoby manipulacyjny charakter. Działanie takie może bowiem być sabotażem, ten zaś będzie jego jedynym celem.

Manipulacje komunikacyjne w praktyce: przesłuchanie podejrzanego

Poniższe opracowanie nie powinno być traktowane ani jako podręcznik dla oficerów śledczych, ani tym bardziej jako użyteczny przewodnik dla przestępców. Zawiera ono opis niektórych technik komunikacyjnych stosowanych w przesłuchaniach przez oficerów śledczych. Omówione w nim zostały te tylko metody, które mają charakter manipulacyjny, a przez to stanowią oryginalny materiał ilustracyjny w dyskusji o zjawisku komunikacji interpersonalnej. Wybraliśmy właśnie przesłuchanie (a nie np. wywiad rekrutacyjny) wyłącznie z tego powodu, że w teorii komunikacji temat ten nigdy dotąd nie został wykorzystany.

1. Wprowadzenie

W niniejszym artykule wyrazu manipulacja używamyjako terminu technicznego, pozbawionego pejoratywnej konotacji, którą ma on zazwyczaj w użyciu potocznym. Terminem tym obejmujemy ogół taktyk i trików perswazyjnych, bez względu na ich ocenę moralną. Prywatne zestawy gotowych strategii komunikacyjnych tego rodzaju wypracowują dla własnych celów, doskonaląc je przez cały okres swojej zawodowej aktywności, przedstawiciele wszystkich profesji związanych w jakikolwiek sposób z wpływem społecznym: pracownicy handlu, reklamy, public relations, kadra kierownicza, politycy i nauczyciele, dziennikarze, adwokaci, kaznodzieje itp. Niektóre firmy, np. Amway, podają swoim akwizytorom gotowe listy chwytów manipulacyjnych, o sprawdzonej przez lata praktyki skuteczności, w postaci instrukcji postępowania z klientem. Inne oczekują od swoich pracowników odpowiedniego przygotowania szkolnego. W wielu jednak dziedzinach, np. w polityce i handlu, adepci przeważnie uczą się właściwych technik komunikacyjnych najkosztowniejszą i zabierającą najwięcej czasu metodą prób i błędów.
W każdej sferze życia obowiązują oczywiście dokładnie te samc prawa ogólne dotyczące skuteczności aktów komunikacyjnych, ó charakterze logicznym i psy-chologicznym, opisane w bardzo bogatej literaturze tego przedmiotu. Na przykład, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z reklamą podpasek, czy z homilią, wzrost poziomu szumów spowoduje zmniejszenie zawartości informacyjnej przekazu, a lubiany polityk (podobnie jak lubiany brygadzista, sprzedawca, nauczyciel) wywoła korzystne dla siebie zachowanie odbiorcy łatwiej niż polityk (brygadzista, sprzedawca, nauczyciel) nie lubiany. Zarazem jednak każda sfera wypracowała własne, specyficzne (choć zgodne z zasadami powszechnymi) chwyty perswazyjne. W tym opracowaniu opiszemy niektóre praktyki komunikacyjne wykorzystywane przez oficerów śledczych w trakcie przesłuchań osób podejrzanych w sprawach kryminalnych.

Aspekt perswazyjny pojawia się oczywiście w każdym rodzaju przesłuchania, gdyż „przesłuchanie traktuje się jako złożony, zadaniowy proces komunikacji interpersonalnej”. Wszakże — z punktu widzenia teorii komunikacji — właśnie przesłuchanie podejrzanego, a nie świadka, stanowi sytuację wyjątkowo ciekawą, a to ze względu na grę, jaką prowadzą w nim ze sobą przesłuchujący i przesłuchiwany.
Posunięcia w tej grze determinowane są zarówno diametralną rozbieżnością interesów prowadzącego sprawę policjanta i domniemanego przestępcy, jak też szczególną sytuacją prawną podejrzanego, który przez polski – i nie tylko polski — wymiar sprawiedliwości, z niezupełnie zrozumiałych powodów, traktowany jest bez porównania łagodniej niż świadek, co w gruncie rzeczy oznacza ustawowo usankcjonowaną nierówność ludzi wobec prawa. Świadek np. nie może kłamać ani – z bardzo nielicznymi wyjątkami – odmówić złożenia zeznania, można też wobec niego stosować środki przymusu, podczas gdy podejrzany ma prawo nie składać żadnych wyjaśnień, a gdy z tego prawa nie skorzysta, może do woli i bezkarnie kłamać; kiedy decyduje się nie odpowiedzieć na jakieś pytanie, nie musi nawet podawać powodów odmowy. W konsekwencji

„przesłuchanie podejrzanego jest z reguły działaniem o znamionach kooperacji negatywnej”.

Jeśli w tej dziwnej sytuacji prawnej osoba faktycznie winna decyduje się czasem wyjawić cokolwiek, a niekiedy wręcz przyznać się do popełnienia czynu, o który jest podejrzana, zawdzięczać to można jedynie umiejętnościom komunikacyjnym i przebiegłości przesłuchującego (lub ewentualnie głupocie przesłuchiwanego). Waga owych umiejętności komunikacyjnych organów śledczych jest ogromna, gdyż „w 90% spraw występują głównie dowody osobowe, bo innych w tych sprawach po prostu nie ma”.
Uzyskanie zadowalających informacji od świadka jest o tyle łatwiejsze, że zarówno za odmowę złożenia zeznania, jak i za złożenie zeznania fałszywego grozi mu odpowiedzialność karna i oficer śledczy może bez ceregieli tę możliwość wykorzystać, odpowiednio świadka strasząc. Z tego powodu w dalszych rozważaniach wspomnimy wprawdzie kilkakrotnie o zeznaniach świadków, przede wszystkim jednak będziemy się odwoływać do metod przesłuchania podejrzanych – do sytuacji, które z komunikacyjnego punktu widzenia stawiają przed przesłuchującym o wiele wyższe wymagania. Ma on tu bowiem do dyspozycji wyłącznie techniki perswazyjne, jako że jednoznacznie zakazane są: środki przymusu (fizycznego i psychicznego), groźby i obietnice, wykorzystanie złego stanu zdrowia lub osłabionej odporności psychicznej, hipnoza’, a także narkoanaliza. Dodajmy, że stosowanie tych metod jest niedopuszczalne nawet za zgodą podejrzanego!

2. Struktura przesłuchania

Niektórzy autorzy, trochę na siłę, najwcześniejsze refleksje o wiarygodności wypowiedzi świadków przypisują Arystotelesowi i Cyceronowi. Teoretyczne problemy zeznań badane są systematycznie od niemal dwóch stuleci; na początku XIX w. podobno interesował się nimi nawet słynny francuski matematyk, twórca rachunku prawdopodobieństwa Pierre Laplace’. Friedrich Arntzen, w swojej szeroko cytowanej monografii, pierwszą próbę stworzenia psychologii zeznań jako dyscypliny naukowej datuje na rok 1900. Ciekawe, że mimo tego względnie długiego okresu kształtowania się omawianej dyscypliny polskie opracowania dotyczące techniki przesłuchań (w przeciwieństwie do pozostałych działów kryminalistyki) są zaskakująco ogólnikowe imało konkretne. Poziomem rzeczowości często nie odbiegają one zbyt daleko od wskazówek tego autora, który doradza organom śledczym, aby przesłuchanie podejrzanego cechowała „pomysłowość, kompetencja i wnikliwość”. Bardziej rzeczowy i praktyczny punkt widzenia nie pojawia się nawet w tych pracach, w których tzw. metody przesłuchań stanowią centralny punkt zainteresowania. Mimo wszystko postaramy się w niniejszej części krótko przedstawić pochodzące z prac autorów polskich koncepcje teoretyczne wiążące się z fazami przesłuchania i klasyfikacją stosowanych metod.
Strategie komunikacyjne w przesłuchaniu, czy to świadka, czy podejrzanego, skierowane są na „uzyskanie środka dowodowego”, przez wydobycie od przesłuchiwanego odpowiedzi na „siedem złotych pytań” dotyczących badanej sprawy: Co się wydarzyło, gdzie i kiedy, a ponadto — w jaki sposób i dlaczego doszło do zdarzenia, jakimi środkami dokonano czynu, kto był sprawcą, a kto ofiarą.
O strukturze przesłuchania w pewnej mierze przesądza już kodeks postępowania karnego, który stanowi, iż „osobie przesłuchiwanej należy umożliwić swobodne wypowiedzenie się, a dopiero następnie można zadawać pytania”. Zgodnie z tym artykułem, polscy autorzy konsekwentnie wyróżnia ją w przesłuchaniu następujące fazy: wstępną (w której dokonuje się np. sprawdzenia tożsamości) i końcową (dokumentacyjną), które leżą poza obszarem naszego zainteresowania, oraz dwie fazy zasadnicze, mianowicie „etap swobodnej wypowiedzi i etap szczegółowych pytań”; lub „stadium spontanicznych wyjaśnień i stadium indagacyjne”;
czy wreszcie „etap zeznania spontanicznego i etap pytań”. Te dwie fazy centralne, przynajmniej w odniesieniu do przesłuchania świadków, łączy pewna ciekawa zależność statystyczna: dane uzyskane w fazie wypowiedzi spontanicznych są mniej kompletne, lecz bardziej wiarygodne, przeciwnie niż w fazie pytań szczegółowych, w której otrzymuje się wprawdzie więcej informacji, ale jednocześnie wzrasta w niej ilość informacji błędnych.

Wyodrębniono od pięciu, poprzez osiem lub dziewięć, aż do dwunastu szczegółowych metod przesłuchania. Są to na przykład: metoda częściowego ujawnienia dowodów, metoda całkowitego ujawnienia dowodów (nota bene wyśmiana w pewnej monografii), metoda wykorzystania informacji o podejrzanym, metoda odtworzenia przebiegu zdarzenia, metoda perswazji, w której apeluje się do uczuć lub do rozsądku przesłuchiwanego, metoda wykorzystania sprzeczności w wyjaśnieniach (tzw. reducńo ad absurdum) itp. Istnieją ponadto dwa szczególne rodzaje przesłuchania: konfrontacja i okazanie21. W niektórych podręcznikach dodatkowo wymienia się techniki prawnie niedopuszczalne, czasem też wskazuje się na ograniczenia prezentowanych metod. Na przykład wykorzystanie informacji o podejrzanym, zwane też „metodą wszechwiedzy”, nie robi wrażenia na oswojonych z policyjnymi chwytami recydywistach, a reducńo ad absurdum bywa nieskuteczne w stosunku do podejrzanych o niskiej inteligencji. Jak już wspomnieliśmy wcześniej, sposób prezentacji tej tematyki w polskiej literaturze przedmiotu wydaje się zbyt ogólny i znacznie przeteoretyzowany. Rozważania o „metodach przesłuchania” mają przeważnie charakter czysto klasyfikacyjny i trudno się w nich dopatrzyć praktycznych elementów instruktażowych. Sporo w nich rozmaitych komunałów i pseudo praktycznych porad, jak takie, aby w trakcie przesłuchania „zachować obiektywizm” i „uważnie obserwować podejrzanego”. Dlatego w dalszych partiach niniejszego opracowania oprzemy się głównie na literaturze zagranicznej.

3. Podstawowe taktyki werbalne w przesłuchaniu

W polskich opracowaniach bardzo często pojawia się opinia, iż zamierzonym rezultatem przesłuchania niejest przyznanie się przesłuchiwanego, lecz ustalenie prawdy: „w żadnym razie uzyskanie przyznania się podejrzanego do zarzucanego mu czynu nie może być ani podstawowym, ani wyłącznym celem przesłuchania”. W dzisiejszym prawodawstwie bowiem „przyznanie się do winy utraciło wagę koronnego środka dowodowego”, którą jako „królowa dowodów” (confessio est regina probationum) miało w prawie rzymskim. Wagę tę utraciło ono jednak wyłącznie w sali sądowej, w śledztwie natomiast do dziś – tak samo jak dwa tysiące lat temu — przyznanie się stanowi zazwyczaj moment najważniejszy i przełomowy. Tego prostego faktu nie ignorują na ogół autorzy zachodni. Uzyskanie przyznania się do winy traktują oni, nie owijając w bawełnę i bez zbędnej hipokryzji, jako główny cel przesłuchania co najmniej na tym etapie, w którym prowadzący śledztwo sam, w sensie subiektywnym, jest już przekonany, iż podejrzany popełnił zarzucany mu czyn.
Jeżeli ktoś występuje w roli podejrzanego, a nie świadka, to siłą rzeczy muszą istnieć jakieś materialne okoliczności wskazujące na jego winę. Te materialne dowody mogą jednak być bardziej lub mniej przekonywające i w rezultacie prze¬świadczenie przesłuchującego o winie przesłuchiwanego może byś silniejsze lub słabsze. W takiej sytuacji, gdy owo przeświadczenie jest względnie słabe, zale¬ca się przede wszystkim — wzorowaną na metodach badań poligraficznych — tzw. analizę behawioralną i zwracanie bacznej uwagi na symptomy kłamstwa (ten problem omówimy szczegółowo w części 5) oraz stosowanie tzw. taktyki przynęty.
Pytanie-przynęta tak jest zbudowane, aby sugerowało istnienie dowodu winy, który w rzeczywistości może nie istnieć. Celem takiego pytania jest zasianie wątpliwości w umyśle podejrzanego, o ile jest on faktycznie winny: powinien on, choć przez chwilę, zwątpić w opłacalność kłamstwa. Przynęty bądź suge¬rują znajomość pewnych faktów, podczas gdy w rzeczywistości przesłuchują¬cy odpowiedniej wiedzy nie posiada, bądź odwrotnie – sugerują nieznajomość faktów w rzeczywistości przesłuchującemu znanych. Pierwszy chwyt może sprowokować ujawnienie prawdy, drugi zaś stanowi ukrytą zachętę do kłam¬stwa, dającego się wykorzystać w dalszych etapach przesłuchania. Konstruk¬cja przynęty widoczna jest w kilku poniższych przykładach, nawiązujących do sytuacji z autentycznych śledztw.
Załóżmy, że w sprawie o zabójstwo Marii Kowalskiej podejrzany twierdzi, że przebywał we własnym mieszkaniu w owej chwili, gdy czyn został popełnio¬ny; załóżmy też, że przesłuchujący w danej fazie śledztwa nie jest jeszcze całko¬wicie przekonany o winie przesłuchiwanego. Wówczas pytanie o to, czy prze¬bywał on wtedy akurat w okolicy domu Kowalskiej, nie ma sensu, gdyż na pewno, niezależnie od winy czy niewinności podejrzanego, spotka się ono z na¬tychmiastowym zaprzeczeniem, nie posuwając sprawy do przodu. Lepsze w tej sytuacjijest właśnie pytanie-przynęta, np. takie: „Czy wyobraża pan sobie jakiś powód, dla którego jeden z sąsiadów zamordowanej mógłby twierdzić, że wi¬dział pana w tym czasie w pobliżu jej domu?”. Dobrym posunięciem jest dodanie zastrzeżenia: „Wcale nie oskarżam pana o morderstwo. Być może przechodził pan tamtędy przypadkowo”. Oczywiście, pytanie takie można zadać także wtedy, a może nawet zwłaszcza wtedy, gdy prowadzący sprawę żadnym tego rodzaju zeznaniem sąsiada nie dysponuje. Rozważmy możliwe reakcje podejrza¬nego. Jeśli jest on niewinny i naprawdę był w krytycznym momencie we wła¬snym mieszkaniu, wówczas natychmiast, i to ostro, zaprzeczy możliwości, aby ktokolwiek widział go w pobliżu domu denatki: on przecież wie, że nikt go tam widzieć nie mógł. Sytuacja podejrzanego, który jest faktycznie winny, przedsta¬wia się inaczej: on z kolei wie, że był na miejscu zbrodni, musi więc co najmniej rozważyć możliwość, iż ktoś go tam widział. Nawetjeśli ostatecznie dojdzie do wniosku, że to niemożliwe, zaprzeczenie nie będzie ani tak szybkie, ani tak gwał¬towne, jak osoby niewinnej. Gdy zaś uzna, że ktoś jednak mógł go widzieć, zapewne powie: „Przepraszam, zupełnie zapomniałem. Wyszedłem wtedy na chwilę po gazetę – tam w pobliżu jest kiosk. Ale zaraz wróciłem do domu”. Zbędne byłoby dodawać, że po tego rodzaju reakcjach podejrzany, z osoby o nie do końca ustalonej winie, staje się automatycznie osobą o winie subiektywnie pewnej, choć oczywiście taka sytuacja w przesłuchaniu nie stanowi jeszcze dowodu.
Pytanie-przynęta może zostać zadane w praktycznie dowolnej sytuacji, a za¬warta w nim sugestia może mieć różną siłę. Jego istotą jest to, że osoba faktycz¬nie winna musi się zastanowić i wymyślić odpowiedź, podczas gdy osoba niewin¬na może udzielić odpowiedzi bez namysłu. Oto kilka dodatkowych przykładów takichpytań: „Niedługo zdejmiemy odciski palców z sejfu. Czy wśród nich mogą się znaleźć pańskie? Może kiedyś niechcący dotknął pan tego sejfu?”; „Czyjest pan pewny, że nikt nie widział pana jadącego samochodem, który mógł być pańską granatową corollą, w rejonie wypadku ok. godz. 20.30? Pewnie prze¬jeżdżał pan tamtędy przypadkiem i zapomniał pan o tym”; „Jakpan myśli, gdzie w ubiegłym tygodniu nasz świadek mógł pana widzieć w towarzystwie Jana Nowaka?”. Na to ostatnie pytanie tylko osoba nie mająca żadnych związków z Nowakiem odpowie krótko i natychmiast: „Nigdzie!”.
Przynętę może też stanowić propozycja fikcyjnego zadość uczynienia, np. o postaci następującej:
„Nawet jeśli to nie pan ukradł, najlepiej byłoby, gdyby pan zwrócił jakąś sumę poszkodowanemu, powiedzmy – połowę całej kwoty. Może wtedy się odczepi i wycofa oskarżenie”.
Osobę niewinną taka propozycja oburzy, natomiast winna niekiedy ją przyjmie, zawsze zaś co najmniej ją rozważy. Inne metody stosowane w sytuacji, gdy na gruncie dotychczasowych wyników śledztwa wina podejrzanego nie stała się dla prowadzącego sprawę jednoznacznie przesądzona, omówimy dalej.

W odniesieniu do podejrzanych, których wina wydaje się pewna lub niemal pewna, Inbau, Reid i Buckley25 proponują początkującym oficerom śledczym i prokuratorom opanowanie specjalnej procedury złożonej z dziewięciu kroków. Jejcelem jest uzyskanie od podejrzanego przyznania się do winy w formie możliwej do wykorzystania w sądzie.Dokładna znajomość szczegółów składających się na powyższe „kroki” nie jest konieczna i nie będziemy ich tu przedstawiać, gdyż w przesłuchaniu chodzi nam nie o jego aspekt prawny, lecz komunikacyjny. Z tego zaś punktu widzenia w owej dziewięcioetapowej procedurze
dają się wyodrębnić cztery wyraźne grupy technik, które – prócz pierwszej – w przesłuchaniu nie muszą oczywiście występować koniecznie w przyjętej niżej kolejności.
Grupa pierwsza:   Oskarżenie;
Grupa druga:   Rozgrzeszenie;
Grupa trzecia:   Usprawiedliwienie;
Grupa czwarta:   Prowokacja.

Grupy te opiszemy teraz bardziej szczegółowo.

I. Oskarżenie
Po ewentualnych czynnościach wstępnych przesłuchujący ostro ijasno wyra-ża swoje przekonanie o winie przesłuchiwanego, używając wypowiedzi zbliżo¬nej w formie do następujących: „Panie Wycycki, zgromadzony materiał dowo- dzijednoznacznie, że to pan, w nocy z 14 na 15 sierpnia pozbawił życia Geno¬wefę Kowalską”, „Panie Przycycki, zeznania świadków pogrążyły pana całkowicie: to pan włamał się do sklepu jubilerskiego przy Stawowej”, „Panie Zacycki, na tym etapie śledztwa nie mamy już żadnej wątpliwości, że to pan wziął z kasy kwotę 300 tysięcy złotych”. Ponieważ – przynajmniej teoretycznie – nie można wykluczyć ewentualności, iż podejrzany, skonfrontowany z tak dobitnie wyrażonym zarzutem, z miejsca przyzna się do winy, należy mu taką możliwość zapewnić, tzn. po pierwszym oskarżeniu powinno się zrobić kilku¬sekundową przerwę i uważnie obserwować reakcję. Jednak odpowiedzią naj¬bardziej prawdopodobną będzie oczywiście zaprzeczenie. Werbalnemu zaprze¬czeniu wszakże będą towarzyszyć różne oznaki niewerbalne, w znacznej mie¬rze zależne od tego, czy przesłuchiwany jest winny, czy niewinny. Oznaki te bardziej szczegółowo omówimy dalej, tu ograniczymy się do kilku najbardziej charakterystycznych cech. Przeciętnie biorąc, w przypadku osoby niewinnej: (a) reakcja na oskarżenie jest natychmiastowa, (b) zaprzeczenie wyrażone jest prosto i jednoznacznie, (c) często przyjmuje ono formę nieuprzejmą, lub wręcz niegrzecznąw stosunku do przesłuchującego (np. „Co pan tu bredzi?”); w przy-padku osoby winnej jest odwrotnie: (a) jej reakcja jest opóźniona, (b) często jest formułowana jest w sposób złożony i niejednoznacznie (np. ironicznie: „I kogo jeszcze zabiłem według was?”), a ponadto (c) bywa poprzedzana łagodzącymi jej wymowę zwrotami grzecznościowymi (np. „Bardzo mi przykro, ale nie mogę się z panem kapitanem zgodzić”).
Nawet jeśli reakcja podejrzanego zachwiała przekonaniem przesłuchującego ojego winie, oskarżenie należy powtórzyć i bez zwłoki przejść do kolejnych etapów procedury, nie pozostawiając tym razem czasu na zaprzeczenia i dalsze polemiki. Zresztą do zaprzeczeń absolutnie nie wolno już dopuścić w żadnej z dalszych faz. Pierwsze oskarżenie ma charakter sondy i jest to jedyny mo¬ment, w którym można podejrzanemu pozwolić na bezpośrednią negatywną reakcję. Taktyka niedopuszczania do zaprzeczeń ma źródło w psychologicznym mechanizmie konsekwencji, utrudniającym ludziom wycofanie się z raz podjętej decyzji. W odniesieniu do przesłuchania mechanizm konsekwencji działa w ten sposób, że im częściej da się podejrzanemu okazję do zaprzeczeń i pole¬miki z oskarżeniem, tym trudniej będzie mu potem przyznać się do winy. Konkretne metody zapobiegania zaprzeczeniom podamy w części 4; tu podkreślmy tylko raz jeszcze, że „przesłuchujący powinien czynić wszelkie możliwe wysił¬ki, aby nie dopuścić do wielokrotnego zaprzeczenia oskarżeniu”.

II. „Rozgrzeszenie”
Podstawowym celem taktyk grupy drugiej, nazwanych tu, z braku bardziej pre-cyzyjnego terminu, taktykami rozgrzeszenia, jest zmniejszenie u podejrzanego poczucia winy i poprawienie jego samooceny. Opisane niżej taktyki będą sku-teczne tylko wtedy, gdy zarówno w grupie pierwszej, jak i we wszystkich po-zostałych przesłuchujący zapanuje nad pokusązademonstrowania niechęci w sto-sunku do podejrzanego. Wykluczone jest zatem okazywanie przesłuchiwanemu wrogości, braku szacunku lub poniżanie go w jakikolwiek sposób. Objawy zło¬ści, niecierpliwości i lekceważenia, a także obraźliwy język mogą się u przęsłuchującego (bardzo sporadycznie!) pojawiać wyłącznie jako wykalkulowana stra¬tegia manipulacyjna, starannie wcześniej przygotowana i przećwiczona. Jest nie do pomyślenia, aby były one wynikiem niekontrolowanego wybuchu, gdyż we wszystkich dziedzinach życia takie zachowanie daje, z nielicznymi tylko wyjątkami, wynik niekorzystny dla tej strony aktu komunikacyjnego, która ne-gatywne emocje okazuje.
W tym miejscu może się pojawić następujące pytanie: po co właściwie mamy poprawiać samoocenę u podejrzanego, którego uważamy za winnego, a jedynie poszukujemy jego dowodów winy? Postępowanie takie tylko z pozoru jest nie-dorzeczne. Otóż wbrew potocznemu przekonaniu, za to w zgodzie z teorią dy-sonansu poznawczego28, większe poczucie winy nie ułatwia przyznania się, lecz je utrudnia. Z punktu widzenia skuteczności próby pobudzenie wyrzutów su-mienia byłyby więc czystą amatorszczyzną i stratą czasu. Zalecane jest postę-powanie dokładnie odwrotne, polegające na redukowaniu ewentualnego poczu¬cia winy. Zresztą co do przestępstw kryminalnych, pamiętajmy, że ich sprawcy są często w najwyższym stopniu zdemoralizowani, to też naiwnością byłoby wierzyć, iż uda się wywołać u nich wyrzuty sumienia tak nieznośne, aby mogły one doprowadzić do przyznania się. Aprzy tym – dodajmy tojako ciekawostkę – policjanci uważają przyznanie się do winy wywołane rzekomo wyrzutami sumienia za wybitnie mało wiarygodne. Gdy do takiego przyznania się docho¬dzi, stosują oni rutynowe sprawdzenie prawdomówności przez podsunięcie ja¬kiegoś dodatkowego, fikcyjnego przestępstwa, do którego osoba trapiona jako¬by wyrzutami sumienia często również się przyznaje.
Najogólniejsza instrukcja dla przesłuchujących mogłaby być taka: w ciągu całego przesłuchania należy umożliwić przesłuchiwanemu zachowanie twarzy; gdy dzięki umiejętnym zagraniom przesłuchującego podejrzany „dojdzie do wniosku, że nie jest on taką dziką bestią, jak pierwotnie sam o sobie sądził, będzie mu znacznie łatwiej przyznać się do winy” 29. Jak już sto lat temu pisał Hans Gross, klasyk kryminalistyki:
Byłoby postawąbezlitosną, lub raczej psychologicznym błędem, oczekiwa¬nie od kogokolwiek, że bez wahania i bez zwłoki przyzna się do popełnionej zbrodni. […] Drogę do przyznania się trzeba mu wygładzić, czyniąc to zadanie łatwiejszym.

Przy założeniu, że przesłuchiwany jest winny zarzucanego mu czynu, dla podniesienia jego samooceny (i zredukowania ewentualnych wyrzutów sumienia) w omawianej obecnie drugiej fazie przesłuchania stosuje się m.in. takie techniki werbalne, których celem jest wyrobienie u podejrzanego przekonania, iż:
(A)   każdy na jego miejscu postąpiłby tak samo;
(B)jego czyn nie był aż tak zły, jak mu się wydaje;
(C) czyn ten popełnił kierując się szlachetnymi pobudkami.

Sposób zastosowania taktyk (A), (B) i (C) w konkretnych sytuacjach zależy od rodzaju sprawy i wymaga każdorazowo starannego przygotowania. Ogólny cel tych chwytów jest jednak zawsze taki sam, a ich konstrukcję wystarczająco wyjaśniają poniższe typowe przykłady.

Ad. A) Istotą tej techniki jest odwołanie się do rzekomej powszechności danego rodzaju przestępstwa. Zgodnie bowiem z zasadą społecznego dowodu słuszności30 łatwiej rozgrzeszyć się przed sobą samym z czynu, który popełniło również wielu innych ludzi, choć oczywiście z prawnego punktu widzenia po¬wszechność nie jest żadnym usprawiedliwieniem. W jednej ze spraw o dokona¬nie gwałtu na nieletniej oficer śledczy spowodował przyznanie się przez wmó¬wienie podejrzanemu, że molestowanie nastolatek jest tak powszechne, iż on sam (ów oficer) wielokrotnie dokonywał w młodości różnych lubieżnych czy¬nów, których obiektem były – bez ich przyzwolenia – jego koleżanki z młod¬szych klas. Z kolei w sprawie ucieczki sprawcy z miejsca wypadku drogowe¬go Inbau, Reid i Buckley zalecają przedstawienie podejrzanemu następującej „wer¬sji rozgrzeszającej”:
Osobiście jestem przekonany, że taki człowiek jak pan nigdy nie zrobiłby czegoś takiego z rozmysłem. Myślę, że wiem, co się stało. Pański samochód w coś uderzył. Nie był pan pewien, co to było, choć miał pan może wątpliwości; poddał się pan panice i odjechał. Teraz wie pan już, że postąpił pan źle. Niczym się pan nie różni od wszystkich innych ludzi i – w takich samych okolicznościach — ja też prawdopodobnie zrobiłbym to samo, co pan. Jednak teraz, gdy szokjuż minął, powinien pan, jako prawy obywatel, wyznać, co się zdarzyło naprawdę. Jest oczywiste, że nie zrobił pan tego z premedytacją.
Naturalnie, przedstawiony w ostatnim zdaniu pogląd, iż ucieczka nie była rozmyślna, nie musi być wyrazem szczerego przekonania przesłuchującego. Na początku zawsze chodzi tylko o potwierdzenie przez podejrzanego jakiegoś – choćby bardzo drobnego — związku ze sprawą.

Ad. B) Ta technika polega na przedstawieniu danego czynu jako całkowicie możliwego do zaakceptowania — choć może nie z prawnego, lecz na pewno z moralnego punktu widzenia. Na przykład w odniesieniu do zabójstwa na tle seksualnym celowe będzie podsunięcie podejrzanemu takiego wariantu wyda¬rzeń, w którym ofiaraposzłaz nim dobrowolnie, po czymzmieniłazdanie i nagle zaczęła bez powodu krzyczeć, do zabójstwa zaś doszło „niechcący”, podczas próby uciszenia krzyków ofiary. Nawet jeśli taka wersja wypadków jest całko¬wicie nieprawdopodobna, podejrzany — jeżeli jest winny — może się jej uchwycić, gdyż sugerowana tu zmiana w stosunku do rzeczywistych wydarzeń jest dla niego korzystna: zbrodnie na tle seksualnym są w dzisiejszych czasach powszechnie ocenianejako bardziej niegodziwe niż jakiekolwiek inne. Oczywiście, również w tym wypadku wydobycie przyznania się do „nieumyślnego zabójstwa” to tyl¬ko pierwszy krok pewnej serii manipulacji. Jeśli podejrzany zaprzeczał dotąd jakimkolwiek związkom z ofiarą, to lepsze jest takie przyznanie niż żadne. Po nim przyjdzie kolej na wydobycie wyznań bardziej obciążających.
Zmianę oceny moralnej można uzyskać nie tylko przez odwrócenie kwalifi¬kacji czynu (np. z przestępstwa planowanego na nieplanowane). Zabiegiem po¬średnim między techniką (A) i techniką (B) jest powołanie się na to, że dany rodzaj przestępstwa bywa popełniany przez tzw. szanowanych obywateli („Nie¬potrzebnie się pan tak zagryza. Kradzież to w końcu nic takiego – kradną nawet senatorzy, ministrowie i księża”.).

Ad. C) Istotą tej techniki jest podpowiedzenie podejrzanemu rzekomej przyczyny popełnienia przez niego przestępstwa, mniej nagannej niż przyczyna fak¬tyczna, lub motywu bardziej szlachetnego niż rzeczywisty. Często wykorzystywanym chwytem bywa tu sugestia, że czyn został popełniony pod wpływem narkotyków lub alkoholu, w stanie niepełnej poczytalności, wreszcie pod przymusem. Również przestępcy działający z zemsty są w niektórych kręgach ła¬twiej rozgrzeszani niż przestępcy działający z chęci zysku; umiejętnie zasugero¬wanego motywu zemsty szczególnie chętnie uchwycą się podejrzani w spra¬wach o pobicie, zabójstwo i podpalenie. Kiedy mamy do czynienia z rabunkiem i chęci zysku nie da się zaprzeczyć, pomocna może być sugestia, że pochodzą¬ce z rabunku pieniądze były podejrzanemu niezbędnie potrzebne dla jakichś wyższych celów, np. na operację matki, na wykształcenie dzieci lub na pokrycie honorowego długu. W sprawach o zabójstwo bardzo dobre wyniki daje wyra-żenie przypuszczenia, iż podejrzany działał w samoobronie, nawet gdy taka wersja jest absolutnie nierealna:
Joe, przypuszczam, że nie wyszedłeś z domu po to, żeby odnaleźć tego gościa i zrobić mu to, co zrobiłeś. Myślę jednak, że obawiałeś się czegoś z jego strony i dlatego wziąłeś pistolet — dla własnej ochrony. Wiedziałeś jaki on jest – kawał sukinsyna. A kiedy go spotkałeś, on zapewne powiedział coś bardzo obraźliwego i zrobił taki ruch, jakby sięgał po broń. W tej sytuacji musiałeś działać w obronie własnego życia. Czy to tak mniej więcej przebiegło, Joe?
Jak we wszystkich omawianych chwytach, jeśli podejrzany da się złapać na ten haczyk, to pierwszy krok został zrobiony – wiadomojuż na pewno, że to on popełnił czyn. Gdy podejrzany spisze (i podpisze!) tę wersję swojego wyjaśnienia, można spokojnie przejść do próby wykazania, że jednak działał on z rozmy¬słem i zabójstwo zostało przez niego z góry zaplanowane.

III. „Usprawiedliwienie”

O ile w manipulacjach drugiej grupy chodzi o zmniejszenie naganności czynu, którego popełnienie zarzuca się podejrzanemu, o tyle grupa trzecia zawiera chwy¬ty zmierzające do całkowitego lub częściowego zdjęcia z niego odpowiedzialno¬ści za ten czyn. W praktyce efekt ten osiąga się przez przerzucenie winy bądź na pechowe okoliczności sprawy i szczególną sytuację (np. ekonomiczną) po¬dejrzanego, bądź najego wspólników, rodzinę, a nawet na ofiarę przestępstwa33. W nieco karykaturalnym uproszczeniu rzecz przedstawia się następująco: tak¬tyki grupy drugiej mają na celu wmówienie podejrzanemu, że jego czyn właści¬wie nie był w ogóle przestępstwem, taktyki grupy trzeciej zaś zmierzajądo wmówienia mu, że „faktyczną” odpowiedzialność za ten czyn ponosi w gruncie rze¬czy ktoś inny. Po zastosowaniu chwytów z tych grup osoba, która faktycznie popełniła przestępstwo, powinna się poczuć usprawiedliwiona i rozgrzeszona.
Psychologiczną podstawę skuteczności omawianych obecnie technik sta-nowi fakt, że nikt nie lubi być jedyną osobą odpowiedzialną za jakieś fatalne zdarzenie. Naturalnym w takich wypadkach odruchem, zgodnym z teorią dysonansu poznawczego, jest poszukiwanie współwinnych, przeważnie wyimaginowanych. Przesłuchujący powinien ułatwiać podejrzanemu te poszukiwania. I Za każdym razem, gdy podpowiada on jakiegoś rzekomego dodatkowego wino¬wajcę, zdejmuje on z podejrzanego część odpowiedzialności i usprawiedliwia go wjego własnych oczach, stwarzając tym samym korzystniejsze warunki do przyznania się. Zauważmy tu na marginesie, że w przesłuchaniu podejrzanego chodzi przecież tylko o uzyskanie jego przyznania się do popełnienia czynu. To, czy poczuwa się on przy tym do winy, powinno być organom śledczym najzu¬pełniej obojętne. Podamy teraz kilka przykładów typowych chwytów należą¬cych do tej grupy taktyk komunikacyjnych.
Kiedy chodzi o gwałt, zrzucenie winy na ofiarę może przebiegać następująco:
John, ta dziewczyna świetnie się bawiła, gdy pozwoliła ci całować się i dotykać piersi. Jej to wystarczało. Ale mężczyźni są skonstruowani inaczej. Mężczyznę można bezkarnie drażnić i podniecać tylko do pewnej granicy; gdy ta granica zostanie przekroczona, podniecenie musi znaleźć ujście. Dziew¬czyna powinna zdawać sobie z tego sprawę i jeśli nie chciała iść na całość, powinna się była zatrzymać znacznie wcześniej i nie robić z tobą tego wszystkiego, co ta laseczka robiła.
W sprawie o molestowanie dziesięcioletniej dziewczynki przez pięćdziesię¬cioletniego mężczyznę prowadzący śledztwo zasugerowałpodejrzanemu, iż ofiara musiała już wiedzieć wszystko o seksie z TV, filmów, od kolegów z podwórka itp., tę wiedzę zaś wykorzystała, aby podejrzanego celowo podniecać po to tyl¬ko, żeby zobaczyć, co on zrobi. Cel zastosowanego chwytu został osiągnięty i podejrzany przyznał się do zarzucanych mu czynów, trzymając się zasugero¬wanej wersji, iż wina leżała po stronie dziecka. Zgodnie z przewidywaniami umknęło jego uwagi to, że nawet gdyby wersja taka była prawdziwa, w oczach sądu w niczym nie zmniejszało tojego odpowiedzialności. Podobnie można prze¬rzucić ciężar winy na okradzionego pracodawcę (mało płacił i pomiatał pracow¬nikami), na pobitego przechodnia („to on zaczął”), czy choćby na pazernych kredytodawców, którzy nieludzko wysokimi odsetkami od zaciągniętej pożyczki „zmusili” podejrzanego do rabunku czy malwersacji. Oto interesujący przykład przerzucenia głównego ciężaru winy na wspólnika, pochodzący z autentycznej sprawy o podpalenie dużego i ubezpieczonego na znaczną sumę budynku. Pod¬palaczem okazał się jeden z pracowników firmy zajmującej budynek przed wy¬padkiem. W śledztwie stwierdził on, że ogień podłożył na prośbę właściciela
firmy. Ponieważ aresztowany na tej podstawie właściciel początkowo nie przy¬znawał się do winy, przesłuchujący oficer zastosował taktykę trzeciej grupy:
Wszyscy wiemy — i pan też o tym wie — że w tym, co pański pracownik mówi o podłożeniu ognia, jest nieco prawdy. Ale wiemy także, że człowiek pańskiego pokroju nie zrobiłby czegoś takiego, gdyby nie zostało mu to przez kogoś zasugerowane. Wygląda mi na to, że ten facet, który u pana pracował, sam wpadł na ten pomysł. Wiedział, że jest pan w finansowym dołku, a nie chciał stracić dochodów. Może też szukał czegoś więcej, kto wie. Na ile go poznałem, mógł to zrobić choćby tylko po to, żeby wpędzić pana w kłopoty. Może chciał wyrównać z panem rachunki za coś, co mu pan kiedyś zrobił? Tego nie wiemy i nie będziemy wiedzieć, dopóki nam pan tego nie powie. Jednak wiemy tyle: budynek podpalono; zrobił to pański pracownik; twierdzi on, że pan kazał mu to zrobić. Wiemy też, że nie powiedział pan całej prawdy35.
Pod wpływem tej przemowy podejrzany przyznał, że wiedział o planach podpalenia budynku i jedynie im nie zapobiegł. Zgodnie z sugestią prowadzące¬go śledztwo potwierdził on, że podpalenie było pomysłem pracownika, anie jego samego. Oczywiście, podobnie jak w poprzednich przykładach, przyzna¬nie się podejrzanego do jakiegoś związku z przestępstwem stanowiło tylko pierwszy wyłom w jego dotychczasowej taktyce, polegającej na całkowitym odrzucaniu oskarżenia. Gdyby się tej taktyki trzymał do końca, być może wykręciłby się od kary. Kiedyjednak ów pierwszy wyłom został zrobiony, przesłuchujący z łatwością wykazał podejrzanemu, że koncepcja, iż to pracownik sam wpadł na pomysł podpalenia swojego miejsca pracy, nie trzyma się kupy, uzyskując ostatecznie bezwarunkowe przyznanie się do winy.
W gruncie rzeczy odpowiedzialność za czyn popełniony przez przesłuchiwaną osobę można próbować zwalić na kogokolwiek, kto ma lub miał jakiś związek z podejrzanym: na żonę, dzieci, teściów, sąsiadów, a nawet na urząd skarbowy, rząd czy policję – jest to wyłącznie kwestia pomysłowości przesłuchującego oficera. Oto przykład takiego manewru w sprawie o defraudację: –
Joe, wiemy, że twoja żona domagała się od ciebie więcej pieniędzy, niż zara¬biasz. Zależało ci na niej i chciałeś dać jej to wszystko, o co prosiła – choć tyle nie miałeś. Zrobiłeś to dla niej, a nie dla własnej korzyści. O to wszystko, co od ciebie dostała, nie miała prawa cię w ogóle prosić. Teraz pewnie to zrozumiała i powinna stać przy tobie w tej ciężkiej chwili. Joe, nadszedł czas, abyś powiedział prawdę.3′
Ogólnym zaleceniem przy stosowaniu taktyk grupy trzeciej jest wyraźne okazywanie podejrzanemu zrozumienia i współczucia w związku z fatalną sytuacją, w którą został on wciągnięty (ma się rozumieć – bez własnej winy) przez pechowy zbieg okoliczności lub przez wspólnika, żonę, przełożonego itd.

IV. Prowokacja

W trzech dotychczas opisanych fazach przesłuchania na ogół uzyskuje się od przesłuchiwanego wartościowe informacje, pozwalające wyrobić sobie jaśniej¬szy pogląd na przebieg wypadków. Nawet jednak wtedy, gdy taktyki „rozgrze¬szenia i usprawiedliwienia” nie doprowadziły wprost do rozstrzygających rezul¬tatów, zwiększają one podatność podejrzanego na chwyty komunikacyjne gru¬py czwartej, prowokujące bezpośrednio do przyznania się, a przynajmniej do złożenia wyjaśnień pożądanych przez prowadzącego śledztwo. Najlepszy mo¬ment dla zastosowania tych chwytów nadchodzi wtedy, kiedy podejrzany rezy¬gnuje z prób zaprzeczania oskarżeniu, zaczyna zaś siedzieć cicho i potulnie słu¬chać. Poniżej wymieniamy cztery najpopularniejsze taktyki czwartej grupy, ale oczywiście każdy doświadczony oficer śledczy ma w zanadrzu wiele innych skutecznych rodzajów prowokacji:
A)   sugerująca alternatywa;
B)   przesadzone oskarżenie;
C)   dobry i zły policjant;
D)   sprowokowanie konfliktu ze wspólnikiem lub świadkiem.

Ad. A) W tej technice daje się podejrzanemu do wyboru propozycję dwóch alternatywnych wyjaśnień okoliczności przestępstwa, z których jedno stawia go, zarówno w sensie prawnym jak i moralnym, w sytuacji wyraźnie gorszej niż drugie. Sugerująca alternatywa przyjmuje przeważnie postać pytania, które jest tak zbudowane, aby jedna z dwóch możliwych odpowiedzi wiązała z popeł¬nieniem przestępstwa czynnik błędu lub fatalnego przypadku i wykluczała premedytację, np. „Czy strzelałeś z rozmysłem, po to, żeby zabić, czy może pistolet wypalił przypadkowo?”. Z oczywistych powodów łatwiej jest przyznać się do błędu niż do celowego przestępczego działania. Praktyka dowodzijednak, że po zadaniu takiego pytania nie wystarczy po prostu czekać na odpowiedź. Lepsze skutki uzyskuje się, gdy przesłuchujący wyrazi zarazem głębokie przekona¬nie, że właśnie korzystniejsza z dwóch przedstawionych w alternatywie wersji jest tą, która wydarzyła się naprawdę, i będzie wywierał presję, aby przesłuchi¬wany za tą wersją się opowiedział. Oto przykład takiego postępowania:
Joe, użyłeś tych pieniędzy dla zapłacenia zaległych domowych rachunków, czy też wydałeś je na hazard? (…) Nie wyglądasz na człowieka, który zrobiłby coś takiego po to, żeby zdobyć pieniądze na hazard. (…) Jestem pewien, że przeznaczyłeś pieniądze dla swojej rodziny, na zapłacenie rachunków. Zrobiłeś to dla rodziny, prawda, Joe?”
Pytanie zawierające sugerującą, alternatywę nie może podawać w wątpli-wość faktu, iż to właśnie przesłuchiwany jest sprawcą. Nie jest ono, i pod żadnym pozorem nie może być, pytaniem o to, czy podejrzany popełnił dany czyn, lecz o to, dlaczego ten czyn popełnił. Taka budowa sprawia, że kto decyduje się na nie odpowiedzieć przez wybór jednego, choćby i korzystniej-szego członu sugerowanej alternatywy, ten w istocie przyznaje się, a kwestią dyskusyjną pozostaje jedynie stopień jego winy. Gdy ten stan został osiągnię¬ty, można w którymś z dalszych etapów powrócić do członu początkowo pozornie odrzuconego, zawierającego tę gorszą wersję wydarzeń. Oto przykład takiej alternatywy, której odrzucony składnik może łatwo stać się przed¬miotem ponownej analizy, kiedy tylko podejrzany wybierze człon dla siebie dogodny: „Czy to ty przyniosłeś pistolet na miejsce zdarzenia, czy też przy¬niósł go któryś z twoich kolegów?”. Przy tej okazji zwróćmy uwagę na to, że pytający użył słów „miejsce zdarzenia”, a nie np. „miejsce zbrodni”. Nie jest to przypadek. Generalnie rzecz biorąc, w przesłuchaniu w ogóle, ajuż zwłaszcza w pytaniach alternatywnych, należy unikać słów o silnym negatywnym nacechowaniu, gdyż wywołują one opór osoby przesłuchiwanej i skłaniają ją do ostrożności.

Ad. B) Psychologiczne działanie techniki przesadzonego oskarżeniajestpo- dobne do działania opisanej wyżej alternatywy, gdyż – podobniejak tamta – daje ona podejrzanemu do wyboru mniejsze i większe zło. Chwyt ten polega na oskar¬żeniu przesłuchiwanego o popełnienie przestępstwa cięższego, niż to naprawdę miało miejsce, np. o kradzież sumy znacznie większej niż faktyczna, lub dodat¬kowych przedmiotów, które w rzeczywistości nie zostały wyniesione podczas rabunku, przypisanie podejrzanemu serii zabójstw zamiast jednego itp. Przesłu¬chiwany w takiej sytuacji woli niekiedy szybko przyznać się do prawdziwej wersji zdarzenia, mniej dla niego niebezpiecznej, niż ryzykować posądzenie o czyn niepopełniony. W praktyce ten fragment przesłuchania może przebiegać np. następująco:
Przesłuchujący:   Poszkodowany twierdzi, że wziął pan z tej szuflady
bardzo dużąkwotę, zdaje się, że do 48 000 zł, albo coś koło tego.
Przesłuchiwany: Ależ panie poruczniku, tam nie było nawet pięciu ty-sięcy!
Zauważmy, że wtręty w rodzaju „do 48 000″ czy „coś koło tego”, odbierają wypowiedzi przesłuchującego cechy jawnego kłamstwa, gdyż oczywiście kwota 5000 zł mieści się w przedziale „do 48 000 zł”.

Ad. C) Technika dobry-zły policjant jest powszechnie znana, ograniczymy się więc tylko do krótkiego komentarza. W zasadzie metoda ta wymaga udziału dwóch przesłuchujących. Jeden, zazwyczaj niższy stopniem, odgrywa rolę przy¬jaznego, wyrozumiałego i współczującego, drugi zaś, zwykle rzeczywisty lub fikcyjny przełożony pierwszego, zachowuje się grubiańsko, udaje wściekłość i zdecydowanie wrogie nastawienie do podejrzanego. „Dobry policjant” stara się mitygować obelżywe zachowanie „złego policjanta” i momentami pozornie staje w obronie podejrzanego. Uzyskuje się w ten sposób korzystny z punktu widzenia podatności na perswazję efekt tzw. huśtawki emocjonalnej38. W pew¬nym momencie „zły policjant” wychodzi na chwilę z pokoju, pozwalając sobie naparę niepochlebnych uwag zarówno pod adresem przesłuchiwanego, jak i me¬tod stosowanych przez drugiego przesłuchującego. Po jego wyjściu „dobry po-licjant” szybko proponuje podejrzanemu rodzaj konspiracji przeciw „złemu po¬licjantowi”, zwracając się do podejrzanego w tonie zbliżonym do następujące¬go: „Cieszę się, że nic mu pan nie powiedział. On tu wszystkich tak traktuje, to prawdziwy kawał chama. Jeżeli powie mi pan teraz prawdę, to pokażemy mu, kto tu jest człowiekiem. Damy mu lekcję przyzwoitości”.
Metodę tę stosuje się z dobrym skutkiem przede wszystkim wtedy, gdy podejrzany zachowuje się apatycznie i nie nawiązuje dialogu z przesłuchującym, ograniczając się do zaprzeczeń. Wtedy właśnie na scenę wkracza „zły poli¬cjant”. Wadą tej techniki jest to, że obecnie wszyscy ją doskonale znają np. z filmów sensacyjnych, i przez to niewielu da się na nią nabrać. Lepsze skutki w dzisiejszych czasach daje odgrywanie obu ról wyżej naszkicowanej komedii przez lego samego przesłuchującego. W jednym momencie finguje on złość („Do diabła z tobą. Myślałem, że jesteś przyzwoitym człowiekiem, ale widocznie się myliłem. Nie obchodzi mnie, co się z tobą stanie”), w następnym uspokaja się („Święty straciłby cierpliwość. Ale myślę, że jest dla ciebie iskierka nadziei”), a nawet przeprasza za swoje zachowanie („Nie wiem, co mi się stało. Pierwszy raz straciłem panowanie nad sobą”). Cykl ten, powtarzany kilkakrotnie, powo¬duje huśtawkę nastrojów dokładnie tak samo, jak w wykonaniu dwóch osób i wytwarza u podejrzanego skłonność do udzielania potrzebnych przesłuchują¬cemu informacji po prostu dlatego, że owocują one sympatyczniejszą atmosferą.

Ad. D) Konflikt ze wspólnikami lub świadkami wywołuje się po to, aby pod wpływem irytacji i poczucia niesprawiedliwości podejrzany powiedział coś wię¬cej, niż pierwotnie zamierzał. Cel ten osiąga się np. przez zasugerowanie, a w sprzyjających okolicznościach po prostu poinformowanie podejrzanego, że wspólnik (lub świadek) powiedział coś niesłusznie go obciążającego, albo że podejrzanego oszukańczo wykorzystywał przed sprawą dla swoich egoistycz¬nych celów, skrzywdził go przy podziale łupu, flirtował zjego żonąitp. Gdy w przestępstwie uczestniczyło dwóch lub więcej współsprawców, na ogół lep¬sze wyniki daje zastosowanie tej metody w stosunku do sprawcy o najmniej¬szym kryminalnym doświadczeniu i najniższym stopniu demoralizacji, ewentu¬alnie w stosunku do tego, którego udział w zdarzeniu był względnie niewielki. Przesłuchujący może nawet wyraźnie zaznaczyć, że uważa danego podejrzane¬go za najmniej winnego, wbrew temu co mogą jakoby mówić o nim inni uczest¬nicy zdarzenia. Jeśli metody tej używa się jako blefu, a opiera się na rzeczywi¬stej informacji pochodzącej od świadka lub wspólnika, istnieje niebezpieczeń¬stwo rozpoznania fałszu przez podejrzanego i zmarnowania psychologicznych efektów wcześniejszych stadiów przesłuchania. Z tego powodu powinna ona być stosowana dopiero wówczas, gdy zawiodły wszystkie inne sposoby – jako; ostatnia deska ratunku.

4. Pomocnicze techniki werbalne

Z ogólnej teorii perswazji wiadomo, że komunikat perswazyjny oddziałuje na odbiorcę bądź w trybie centralnym, bądź peryferyjnym3′. Taktyki przedstawio¬ne w poprzednim paragrafie wykorzystują zdecydowanie ten drugi tryb, gdyż ich istotąjest gra na emocjach. Oczywiście, taki sposób postępowania nie we wszystkich sytuacjach śledczych jest odpowiedni. W stosunku do podejrzane¬go o niskiej wrażliwości, za to o wysokiej inteligencji, lepsze rezultaty daje poważne, logiczne rozumowanie, w którym — najogólniej mówiąc — dowodzi się, że wyjawienie prawdy będzie dla niego korzystniejsze niż jej ukrywanie. Tak więc gdy prowadzący sprawę oficer ma silne atuty merytoryczne, których roz¬ważenie jest w zasięgu intelektualnych możliwości podejrzanego, można – i należy – stosować „taktykę” polegającą na rzeczowej argumentacji, która z natury rzeczy nie ma charakteru manipulacyjnego (dlatego nie stanowi przedmiotu naszych obecnych rozważań).
Ponieważ czytelnik niniejszego artykułu z pewnością zna wszystkie ważniejsze reguły sztuki uzasadniania twierdzeń, nie będziemy tu ich omawiać. Po¬prawna argumentacja w sprawach kryminalnych niczym się nie różni od argumentacji dotyczącej czegokolwiek innego. Przypomnijmy więc tylko, że jedną z podstawowych metod skutecznego (w sensie logicznym) przekonywania jest wykorzystanie wewnętrznych sprzeczności i niezgodności z faktami, które to cechy nieodwołalnie pojawiają się w wypowiedziach, kiedy przesłuchiwany kłamie. Dla inteligentnych osób przyłapanie na kłamstwie zazwyczaj stanowi samo w sobie silną zachętę do mówienia prawdy. Także jednak w odniesieniu do ta¬kich osób nie zawadzi początkowe „przygotowanie artyleryjskie” w postaci za¬stosowania chwytów opisanych w poprzedniej części. Warto też zawsze – na¬wet wtedy, gdy w danej sprawie dysponuje się tzw. niezbitymi dowodami (któ¬re ostatecznie aż nazbyt często okazują się nie takie mocne, jak sądziliśmy) – pamiętać, że „powodzenie przesłuchania zależy m.in. od tego, wjakim stopniu pracownik śledczy zdoła nawiązać kontakt z podejrzanym oraz pozyskać jego zaufanie”40.
We wszystkich fazach przesłuchania mogą wystąpić dwie sytuacje wyma-gające reakcji werbalnych szczególnego rodzaju. Pierwsza polega na tym, że przesłuchiwany systematycznie ponawia niepożądane próby odpierania zarzu¬tów, druga na tym, że staje się on pasywny i przestaje reagować na słowa prze¬słuchującego. Te dwie sytuacje omówimy teraz bardziej szczegółowo.
Rzadko zdarza się, aby podejrzany po przedstawieniu mu oskarżenia powie¬dział po prostu: „W porządku, złapaliście mnie. Przyznaję się — jestem winny”. Znacznie częściej próbuje on zaprzeczać zarówno samemu oskarżeniu, jak i je¬go różnym faktualnym elementom, zgromadzonym przez policję. Mówiliśmy już, że przesłuchujący nie może dopuścić do wielokrotnego powtarzania za¬przeczeń. Próby takie należy stanowczo i bezceremonialnie przerywać, mówiąc np. „Chwileczkę, jeszcze nie skończyłem”, „Proszę najpierw posłuchać”, „Jeszcze trochę cierpliwości, chcę powiedzieć coś ważnego dla pana”, albo wręcz „Te¬raz ja mówię”, i powtarzając te zdania za każdym razem, gdy zajdzie potrzeba. Wobec podejrzanych, którzy są faktycznie winni, postępowanie takie jest za¬zwyczaj łatwiejsze niż w stosunku do osób niewinnych. Rzecz w tym, że osoba winna ma skłonność do poprzedzania zaprzeczeń jakimś zwrotem grzeczno¬ściowym, np. „Pozwoli pan, że coś powiem…”, „Tu muszę panu porucznikowi przerwać…”, „Proszę posłuchać…” itp. Tak zbudowanym protestom podejrza¬nego nietrudno zapobiec, wpadając mu w słowo jeszcze w fazie owej konwen¬cjonalnej kurtuazji i nie dopuszczając do sformułowania zasadniczej myśli wła¬śnie przez wypowiedzenie jednego z wyżej podanych zdań. Po tym zabiegu powinno się natychmiast przejść do przygotowanej wcześniej legendy „roz¬grzeszającej” lub „usprawiedliwiającej” (czy ewentualnie do niej powrócić, jeśli próba zaprzeczenia wypadła w trakcie jej rozwijania). Jeśli podejrzany jest nie¬winny, to na ogół wyraża swój sprzeciw wprost, zwykle ostrym i niegrzecz¬nym tonem, bez poprzedzania go uprzejmościami. Jednak również w takim wy¬padku przesłuchujący przeważnie może zaobserwować symptomy nadchodzą¬cego zaprzeczenia, tyle że mają one postać sygnałów niewerbalnych: przesłuchiwany kręci głową, wykonuje energiczne ruchy rękami, pochyla się do przodu itp. Na sygnały takie należy reagować identycznie, jak na wyżej opi¬sane zwroty grzecznościowe – nie można dopuścić do nadania zaprzeczeniu postaci werbalnej. Warto jednak wtedy odnotować w pamięci, że zachowanie podejrzanego w jakimś stopniu nie zgadza się z założeniem o jego winie.
Na dalszych etapach przesłuchania, szczególnie w trakcie stosowania taktyk grupy czwartej, u podejrzanego mogąwystąpić oznaki depresji i rezygnacji: prze¬staje mówić, nie nawiązuje kontaktu wzrokowego i siedzi nieruchomo, w pozycji zamkniętej. Kiedy stan taki trwa dłużej, częstym błędem jest przerwanie przesłu¬chania i ofiarowanie podejrzanemu czasu na odpoczynek. Tymczasem małomów- ność i objawy apatii mogą być symptomami nadchodzącego wyznania winy. Na przykład z powodu późnej pory przerwano przesłuchanie, bez wyciągania żad¬nych szczegółów mogących stanowić materialne dowody, zaraz po przyznaniu się podejrzanego do winy (!), ten zaś drugiego dnia, gdy wypoczął, wycofał przy¬znanie się i nie wykazał już więcej skłonności do składania prawdziwych wyja¬śnień. W efekcie prowadzący sprawę był zmuszonyjąumorzyć. Otłowski przy¬tacza następujące dane statystyczne: „większość przesłuchań, w czasie których podejrzani przyznali się do zarzucanych im czynów, trwała dłużej niż 2 godziny, przy czym wszystkie przesłuchania trwające dłużej niż 4 godziny za¬kończyły się pozytywnym rezultatem”. Są więc solidne podstawy do stwier¬dzenia, że „w wielu przypadkach podejrzany ujawniłby prawdę, gdyby przesłu¬chujący chociaż o kilka minut przedłużył przesłuchanie'”.
Gdy podejrzany przejawia pasywny nastrój, Inbau, Reid i Buckley radzą przesłuchującemu: (a) przysuwać się bliżej do przesłuchiwanego, (b) mówić głośniej, z większym przekonaniem i ogólnie — nie dać przesłuchiwanemu ani na chwilę odetchnąć, (c) nie wprowadzać nowego motywu, lecz powracać do najprostszych spośród wprowadzonych wcześniej motywów rozgrzeszających lub usprawiedliwiających, (d) podkreślać, że szczere wyznanie będzie „korzystne dla wszystkich zainteresowanych”, (e) na wszelkie inne sposoby przynaglać podejrzanego do rezygnacji z kłamstwa, okazując mu zarazem sympatię i współ¬czucie, (!) jeśli w tej fazie przesłuchania, co często się zdarza, podejrzany zu¬pełnie się rozkleja, w żadnym wypadku nie wychodzić z pokoju i nie dać mu się wypłakać, lecz poważnym i przyjaznym tonem nakłaniać do wyznania całej praw¬dy. Nade wszystko zaś autorzy ci przestrzegają: „nigdy nie kończ przesłucha¬nia, gdy czujesz się zniechęcony i gotowy do poddania się, lecz jeszcze je kon¬tynuuj przez jakiś czas, choćby przez 10 czy 15 minut'”13. Jak więc widać, w trakcie długotrwałej sesji należy walczyć nie tylko z depresją podejrzanego, lecz także z własną.
Innym problemem są padające ze strony podejrzanego pytania o to, co się z nim stanie, jeżeli wyzna prawdę. Pojawiają się one często jako reakcja na zachęcające taktyki grupy drugiej i trzeciej. Pod żadnym pozorem nie wolno wtedy czynić żadnych obietnic, do których zresztą organ śledczy nie jest ustawowo uprawniony, gdyż o karze rozstrzyga wyłącznie sąd. Uczynienie obietnicy może nawet zniweczyć wartość dowodową zeznania, ponieważ w czasie śledztwa „niedopuszczalne jest czynne wprowadzenie w błąd”4’1. Wzorcowa odpowiedź w takiej sytuacji to: „Trudno mi powiedzieć, co się stanie. O tym zadecyduje sędzia. Ale wiem z doświadczenia, że szczere wy¬znanie jest zawsze najlepsze”. Takie słowa robią dobre wrażenie, gdyż brzmią odpowiedzialnie i uczciwie. Oczywiście, pytanie podejrzanego o to, co go czeka, jeśli przyzna się do winy, jest najlepszym sygnałem, iż przesłuchanie zmierza we właściwym kierunku i możliwość przyznania się podejrzany za¬czyna serio brać pod uwagę.

Wszyscy autorzy zgodnie zalecają, aby w przesłuchaniu zarówno podejrzanego, jak i świadka uparcie dopytywać się o wszystkie, nawet najdrobniejsze szczegóły wydarzeń, które miały miejsce w trakcie przestępstwa, a także wcześniej i później. Gdy np. kobieta twierdzi, że została zgwałcona o godz. 22°°, to powinno się ją poprosić o opis wszystkiego, co nastąpiło pomiędzy 20:00 a 22:30. Jest to pożądane co najmniej z trzech powodów:
(1) Osoba fałszywie oskarżająca zwykle podaje o wiele więcej szczegółów dotyczących czasu przed głównym zajściem i po nim, niż momentu tego zajścia. Odwrotnie postępują osoby prawdomówne, które koncentrują się przede wszystkim na samym przestępstwie.
(2) Rzeczywiste ofiary zwykle opisują swoje stany emocjonalne i odczucia, np. „Wtedy uderzył mnie w twarz i to strasznie bolało”. Osoby oskarżające fałszywie zazwyczaj nie są tak twórcze, aby wyobrazić sobie emocjonalne skutki przestępstwa.
(3) Sprawozdanie, w którym następstwo składników zdarzenia jest przedstawione z absolutną dokładnością, jest bardziej podejrzane niż takie, w którym pewne elementy pojawiają się niezgodnie z ich faktycznym następstwem czasowym.

Na zakończenie tej części wykładu przytoczymy protokół pewnego przesłuchania, którego dramatyzm ma swoje źródło głównie w tym, że zostało ono wzorowo przeprowadzone. W sprawie, o której mowa, osobnik o imieniu Jack był podejrzany o zamordowanie nożem żony, z którą był w separacji, i trójki małych dzieci. Protokół poniższy nie obejmuje pierwszej fazy, czyli fazy oskar¬żenia. Wypowiedzi prowadzącego sprawę oficera (O) i Jacka (J) uzupełnimy własnymi komentarzami wiążącymi dane partie sesji z omówionymi wyżej technikami werbalnymi.
O: Jack, jesteś przyzwoitym człowiekiem i jestem pewien, że chciałeś uczci¬wie postąpić ze swoją żoną. Poszedłeś do jej mieszkania z zamiarem porozma¬wiania o separacji i omówienia spraw finansowych, jak normalna ludzka isto¬ta, ale ona prawdopodobnie zaczęła się z tobą kłócić. Wściekła się i straciła rozum do tego stopnia, że przyparła cię do kuchennego stołu…
[W tej części produkowanej przez oficera legendy (gdyż tak trzeba nazwać przedstawiany przez niego przebieg zdarzenia, niezbyt przecież prawdopodobny) zawarte są zarówno elementy usprawiedliwienia (Jack nie poszedł do mieszkania żony z zamiarem zamordowania jej), jak i rozgrzeszenia (to żona niejako zmusiła Jacka do obrony, kto wie, czy nie życia).]
O: … A kiedy tak stałeś, przyciśnięty do stołu, gdy ona robiła ci to piekło, twoja ręka przypadkowo natrafiła na nóż i użyłeś go bez zastanowienia. Mogę to zrozumieć i łatwo mogę sobie wyobrazić, jak to się stało -jeśli tak było…
[Dodatkowy element usprawiedliwienia: nóż znalazł się w ręku Jacka w wy-niku pechowego zbiegu okoliczności. Ten element będzie dalej eksploatowany wielokrotnie.]
O: … Bo jeżeli to ty wykorzystałeś chwilę przerwy, żeby po nóż sięgnąć do szufla¬dy, a potem go użyłeś, to byłoby coś całkiem innego. Gdyby tak było, to w ogóle nie chciałbym z tobą gadać. Ale jeśli nóż był nie w szufladzie, tylko na stole, o który się opierałeś, gdy ona wciskała ci palec w twarz i krzyczała na ciebie, a ty namacałeś go i użyłeś odruchowo, to taki przebieg wypadków mogę łatwo zrozumieć. No więc, Jack, czy on był na stole, czy w szufladzie?…
[Jest to wzorowo zbudowana sugerująca alternatywa. Przesłuchujący nie roz¬waża problemu, czy Jack zabił swojążonę ani czy zrobił to nożem; chce się jedynie dowiedzieć, gdzie ów nóż się znajdował. Zauważmy też przy okazji, że to przesłu¬chujący stale mówi i – nawet gdy zadaje pytanie — nie daje przesłuchiwanemu czasu na odpowiedź, a więc także na ewentualne zaprzeczenie oskarżeniu.]
O: … Jestem pewien, że był na stole, a nie w szufladzie. Był na stole, prawda, Jack? Na pewno nie musiałeś grzebać w szufladzie, żeby go znaleźć. Jack, czy on był na stole, czy w szufladzie? Jack, to jest teraz absolutnie najważniejsza sprawa. Czy on był na stole, czy w szufladzie?
[Przesłuchujący kilkakrotnie powtarza pytanie alternatywne, stosując znaną z literatury” taktykę presji komunikacyjnej. Daje przy tym – bardzo prawidłowo – wyraźnie do zrozumienia, żejego zdaniem zdarzenie przebiegało wedle wariantu korzystniejszego dla Jacka, choć oczywiście w rzeczywistości w to nie wierzy.]
J: (mamrocze) Na stole.
O: Dobrze, Jack, od początku tak myślałem. A co się stało potem?
J: Zrobiłem jej to.
O: Chcesz powiedzieć, że użyłeś noża?
J: Tak.
[Mamy tu pierwsze przyznanie się, dotyczące na razie „łagodniejszej” wersji zdarzeń. Zwróćmy też uwagę na to, że przesłuchujący oficer mówi stale o „użyciu noża”, a nie o „morderstwie” czy „zbrodni”. Jest to zgodne ze wspomnianym przez nas ogólnym zaleceniem, aby w miarę możności używać słów neutral¬nych, zwłaszcza zaś unikać słów o wyraźnej konotacji negatywnej.]
O: Ile razy użyłeś tego noża, Jack?
J: Parę razy.
O: Czy zrobiłeś jej to od przodu, czy od tyłu?
J: Od przodu.
O: A czy w ogóle uderzyłeś ją gdzieś z tyłu?
J: Nie.
[Są to wyłącznie pytania sprawdzające, gdyż oczywiście prowadzący spra¬wę oficer wiedział, że sprawca wbił ofierze nóż tylko od przodu i że zrobił to kilka razy.]
O: Co się działo potem?
J: Dzieciaki płakały.
O. I co zrobiłeś?
J: Wepchnąłem je do wanny.
[Tu i w następnych partiach przesłuchania wyraźnie widać kluczową rolę wstępnego przyznania się do winy. Po jego uzyskaniu wydobycie od podejrza¬nego dalszych wyjaśnień staje się znacznie łatwiejsze.]
O:   Do wanny w łazience?
J:   Tak.
O:   Co było potem?
J:   Zrobiłem im to samo.
O:   To znaczy, użyłeś wobec nich noża?
J:   Tak.
O:   I co dalej?
J:   Chciałem to samo zrobić z sobą. Ale nie miałem dość odwagi, więc wy¬szedłem.
O:   A co się stało z nożem?
J:   Zostawiłem go w łazience.
O:   Gdziew łazience?
J:   Z nimi, w wannie.
[Na tym etapie podejrzany przyjął pełnąodpowiedzialność za zbrodnię. Od tego momentu poczynając, przesłuchujący nie musi się już kłopotać starannym doborem słów, by nie ranić uszu zabójcy, i może bez ograniczeń pytać o różne brakujące szczegóły. Może też, a nawet powinien, powrócić do odrzuconego wcześniej członu alternatywy, czyli do mniej wygodnego dla sprawcy wariantu wyda¬rzeń, oczywiście trzymając się nadal taktyk z grup opisanych w poprzednim para¬grafie. W trakcie naszego przykładowego przesłuchania przebiegło to następująco:]
O: Jack, powiedziałeś wcześniej, że nóż był na stole, a nie w szufladzie. Teraz jest ważne, abyś wyznał nam całąprawdę. Wiemy, że nóż wcale nie leżał na stole…
[Naturalnie, przesłuchujący w rzeczywistości nie musi tego wiedzieć.]
O: … W tej chwili niepokoi mnie, czy ten nóż wziąłeś rzeczywiście z szuflady, czy też przyniosłeś go ze sobą, od początku zamierzając go użyć. No więc, Jack, czy nóż był w szufladzie, czy przyniosłeś go ze sobą? Był w szufla-dzie, prawda?
[I tak dalej. Mamy tu kolejny przykład prawidłowo zbudowanej sugerującej alternatywy, w której obecnie „lepszy” dla Jacka człon jest w istocie tym „gorszym” dla niego członem z alternatywy poprzedniej.]

5. Symptomy kłamstwa i analiza behawioralna

Istnieją różne okoliczności, które nie wiążą się bezpośrednio z treścią danej wypowiedzi, ale same przez się zwiększają prawdopodobieństwo, że wypo¬wiedź tajest prawdziwa. Dla poparcia tego stwierdzenia weźmy choćby zeznanie świadka, które w pewnej sprawie obciążajakąś konkretną osobę. Takie ze¬znanie zyskuje bardzo wysoki stopień wiarygodności wtedy, gdy wiadomo na przykład, że świadek lubi obwinionego lub go w ogóle nie zna, albo nie zauważa obciążającego charakteru swojego zeznania, a także wówczas, gdy zeznanie zawiera poważne samooskarżenie47. I analogicznie niektóre cechy zarówno sa¬mej wypowiedzi, jak i kontekstu sytuacyjnego, mogąobniżać jej wiarygodność, a nawet dawać niemal stuprocentową pewność, że mamy do czynienia z kłamstwem.
Celowe składanie fałszywych wyjaśnień przez podejrzanego, choć samo przez się nie stanowi nigdy dowodu w sprawie, nadzwyczajnie wzmacnia – i nie bez racji – subiektywną pewność przesłuchującego, iż podejrzany jest faktycznie winny przestępstwa. Z tej przyczyny ważna jest nie tylko zdolność trafnego rozpoznawania symptomów kłamstwa, gdy się one pojawiają, lecz także umiejętność zaaranżowania, nie budząc podejrzeń przesłuchiwanego, takiej sytuacji komunikacyjnej, w której dla osoby faktycznie winnej (ale też tylko dla winnej!) kłamstwo staje się posunięciem bardzo kuszącym.
Wyżej wspomnieliśmy już o typowych reakcjach na najbanalniejszą sytuację tego rodzaju, tj. na jawne oskarżenie o popełnienie przestępstwa. Wyliczmy tujeszcze raz, nieco dokładniej, charakterystyczne elementy zachowania podej¬rzanych po przedstawieniu zarzutu. Odpowiedź osoby winnej jest wyraźnie opóźniona w czasie, niejest zdaniem prostym, lecz złożonym (np. „Gdybym to zrobił, to na pewno bym się przyznał”, zamiast „Nie zrobiłem tego”) i poprzedza ją konwencjonalny zwrot grzecznościowy (np. „Bardzo mi przykro, ale…”) lub prośba o udzielenie głosu (np. „Czy mogę coś powiedzieć?”). Ponadto osoba winna pozwala swoje protesty łatwo przerwać, prosi o powtórzenie zarzutu („Co pan ma na myśli?”, „Chyba nie dosłyszałem” itp.), gdyjest oczywiste, iż dobrze go zrozumiała, lub mówi, że choć nie ma z danym przestępstwem nic wspólnego, to jednak może się do niego przyznać, jeśli prowadzącemu przesłu¬chanie na tym zależy – takie propozycje zdarzają się zaskakująco często. Inną typową reakcjąjest podawanie przez podejrzanego tzw. zastrzeżeń, czyli rzeko¬mych powodów, dla których nie może on być winny, np. „Nie strzelałem, bo w ogóle nie mam broni”, „To nie ja ukradłem, ponieważ pieniądze nie są mi potrzebne” itp. Osoba niewinna prawie nigdy nie przedstawia zastrzeżeń tego rodzaju, ograniczając się do krótkiego, ostrego zaprzeczenia oskarżeniu, często przyjmującego formę obraźliwą dla przesłuchującego. Poważnym sygnałem kłam¬stwa jest zwłaszcza zgłoszenie wielu różnych zastrzeżeń w tej samej kwestii. Choć to zapewne zbędne, dodajmy na wszelki wypadek, że powyższy opis zachowania ma charakter statystyczny. Oznacza to, że nie wszystkie wymienio¬ne tu elementy, i nie u wszystkich podejrzanych, musząsię koniecznie pojawić.
Modelowe, opisane w podręcznikach oznaki kłamstwa (drżenie rąk, unika¬nie kontaktu wzrokowego, nerwowe ruchy adaptacyjne itp.) w warunkach prze¬słuchania mogą mieć inną wymowę niż w zwykłym dialogu i ich interpretacja wymaga niezwykłej ostrożności. Źródłem symptomów kłamstwa i tzw. przecieków są przede wszystkim strach przed wykryciem i poczucie winy. (Trzeci z czynników, czyli radość oszukiwania, w przesłuchaniu raczej pojawić się nie może). Z tych źródeł pierwsze ma zdecydowanie większe znaczenie:

„podstawowym czynnikiem powodującym zmiany fizjologiczne, zapisywane i interpretowane jako symptomy kłamstwa, jest zaniepokojenie możliwością ewentualnego wykrycia kłamstwa. […] Świadomość czynienia zła czy występujące u danego osobnika wyrzuty sumienia mogą również stanowić pewien czynnik, lecz wydaje się, że ich wpływ na zmiany o charakterze psychologicznym jest raczej niewielki”. Brak u przesłuchiwanego obawy, że kłamstwo może zostać zdemaskowane, jest nawet w stanie „spowodować, że ustalenie diagnozy kłamstwa okaże się niemożliwe”.
Omawiana emocja —strach przed wykryciem – wywołuje odruchy fizjolo¬giczne, które zewnętrznie przybierają formę np. jąkania się, pocenia, rozszerze¬nia źrenic, podwyższenia tonu głosu, wzrostu liczby tzw. ruchów adaptacyjnych (np. rozpinanie i zapinanie kołnierzyka, poprawianie się na krześle, pocie¬ranie dłonią o dłoń itp.) i jednoczesnego zmniejszenia liczby ruchów ilustracyjnych, zaniku mimiki, odchylania się od przesłuchującego, przyjęcia zamkniętej postawy i niezliczonych innych. O tym, z jaką liczbą sygnałów mamy tu do czynienia, niech świadczy fakt, że w fizjodetekcji kłamstwa możliwy jest pomiar trzynastu różnych parametrów51. Bardzo obszernie o tych zagadnieniach pisze EkmanS2. Rzecz jednak w tym, że identyczne objawy niewerbalne towa¬rzyszą uczuciu strachu w ogóle (a nie tylko strachu przed przyłapaniem na kłam¬stwie), a dla wielu łudzi, nawet gdy są oni całkowicie niewinni, samo przesłu¬chanie jest okolicznością dostatecznie przerażającą. Uczciwy człowiek może sprawiać wrażenie kłamcy zwłaszcza wtedy, gdy nagle uświadamia sobie, że okoliczności świadczą przeciw niemu”. Nawet ekspert może mieć trudności z trafnym rozpoznaniem wymowy opisanych zachowań, zatem amator tym bar¬dziej powinien wykazać jak najdalej idącą powściągliwość. Na tej podstawie niektórzy autorzy powątpiewają w ogóle w celowość obserwacji podejrzanego podczas przesłuchania, gdyż ich zdaniem jego zachowanie i tak nie jest w stanie dostarczyć dowodów przeciw niemu. Opinie tego rodzaju poddamy krytyce w zakończeniu niniejszej części.

Mimo tych zastrzeżeń przedstawimy tu – nie bez obaw – listę wybranych wskazówek werbalnych i behawioralnych, uznawanych w literaturze przedmiotu za symptomy w miarę pewne. Podkreślamy jednak raz jeszcze, że owe „pewne symptomy” są w rzeczywistości właśnie bardzo niepewne,
(a) Jedna z najważniejszych wskazówek to czas odpowiedzi: szybka odpowiedź wskazuje na prawdziwość, opóźnienie odpowiedzi wskazuje na możliwość, że jest ona fałszywa. Osoba składająca fałszywe zeznanie może dla odroczenia odpowiedzi symulować namysł („Muszę się zastanowić”, „Chwileczkę, niech no pomyślę” itp.).
(b) Podobnie prośba o powtórzenie pytania lub jego wyjaśnienie („Nie dosłyszałem”, „Nie zrozumiałem” itp.) świadczy o tym, że podejrzany chce zyskać na czasie, aby przygotować sobie fałszywą odpowiedź,
(c) Zeznanie prawdziwe zawiera dużo drobnych i często dziwnych szczegółów (np. dotyczących kolo¬rów i kształtów) oraz opisów stanów emocjonalnych i odczuć, np. bólu czy złości. Zeznania fałszywe są bardziej ogólnikowe,
(d) Zeznania prawdziwe obfitują w błędy chronologiczne, tzn. zeznający przedstawia zdarzenia nie w takiej kolejności, w jakiej następowały, lecz w miarę ich pojawiania się w pamięci. Bezbłędna konstrukcja zeznania, wymagająca niespotykanej w praktyce, perfekcyjnej pamięci, jest poważnym sygnałem ostrzegawczym, iż zostało ono wcześniej przygotowane,
(e) Osoby winne są nadmiernie uprzejme, w sposób wyraźnie nieadekwatny do sytuacji,
(f) Ludzie niewinni nie unikają bezceremonialnych określeń dla danego rodzaju czynu („gwałt”, „rabunek”, „oszustwo”, „morderstwo”) i utrzymują przy ich wypowiadaniu nieskrępowany kontakt wzrokowy, winne zaś używają delikatniejszych określeń i takiego kontaktu unikają,
(g) Osoby winne wspomagają się zaklęciami i przysięgami („na grób mojej matki, niech Bóg czuwa nad jej duszą”). Osoba niewinna nie odczuwa potrzeby składania przysiąg,
(h) Niewinni zarówno zachowują się, jak i wypowiadają serio. Śmiech i pozwalanie sobie na żarty są sygnałem kłamstwa,
(i) Prawdomówni na ogół nie oponują gdy proponuje się im (niekoniecznie serio) badanie poligraficzne, a niekiedy nawet o nie proszą. Kłamcy podają przeszkody (np. zdenerwowanie, zły stan zdrowia, przekonanie o zawodności detektora), z powodu których nie mogą się na takie badanie zgodzić,
(j) Po zakończeniu przesłuchania niewinni ludzie wychodzą z pomieszczenia bardzo niechętnie i próbują wybadać przesłuchującego, czy udało im się przekonać go o swojej niewinności. Faktyczni sprawcy przestępstwa starają się pokój przesłuchań jak najszybciej opuścić.

Zamiast interpretacji samych oznak niewerbalnych — interpretacji zawsze niepewnej, gdy nie prowadzi jej dobrze wyszkolony psycholog, jakim przecież nie jest oficer śledczy – stosuje się tzw. analizą behawioralną, wzorowaną w pewnym stopniu na testach kontrolnych w badaniach poligraficznych. Stosuje się ją dla wytypowania faktycznego winnego w grupie kilku podejrzanych. Jej podstawą jest zestaw specjalnych pytań, na które – przeciętnie rzecz biorąc – osoby winne reagują w zasadniczo odmienny sposób niż niewinne, i to zarówno gdy chodzi o treść i logikę odpowiedzi, jak i na poziomie niewerbalnym. Pewne elementy ta¬kiego działania były już zawarte w opisanej wyżej taktyce przynęty, a także w zale¬ceniu, aby wydobywać od przesłuchiwanego jak najwięcej szczegółów zdarzenia.
Przykładem chwytu z omawianego obecnie zakresu może być pytanie: „Czy myślał pan kiedykolwiek, choćby tylko przez moment, o zabiciu kogokolwiek?”, zadane osobie podejrzanej w sprawie o zabójstwo. Praktyka dowodzi, że w ta¬kich okolicznościach energiczne zaprzeczenie, np. „Nie, nigdy” lub „Zwariował pan?”, jest charakterystyczne dla podejrzanego, który zbrodni nie popełnił, pod¬czas gdy odpowiedź w rodzaju „No cóż, każdy chyba ma takie myśli od czasu do czasu” może świadczyć o jakimś związku podejrzanego ze sprawą. Choć opisane dalej prawidłowości nie sprawdzają się zawsze, ich ewentualne pojawienie się umacnia istniejące wcześniej podejrzenia i wskazuje kierunek dalszych badań.
Poniżej podajemy kilka przykładowych pytań analizy behawioralnej. Jeśli przesłuchiwany jest bardziej świadkiem niż podejrzanym i chodzi o pierwszy z nim kontakt, to przed przystąpieniem do ich zadawania nie wolno zapomnieć o przeprowadzeniu wstępnego wywiadu na różne tematy neutralne, jak perso¬nalia, samopoczucie, sytuacja rodzinna itp. Wywiad taki jest pożądany z dwóch powodów. Po pierwsze, przeprowadza się go po to, żeby przesłuchiwany mógł się oswoić i z sytuacją w ogóle, i z osobą przesłuchującego, po drugie zaś po to, aby przesłuchujący miał okazję zapoznać się z normalnym zachowaniem przesłuchiwanego i charakterystycznymi dla niego reakcjami, mogącymi stanowić materiał porównawczy.

Oto zapowiedziana lista wybranych pytań, ze wskazaniem typowych zachowań, jakich po ich zadaniu można się spodziewać.

1.   Czy wie pan, po co pana tu wezwaliśmy?
Załóżmy, że sprawa dotyczy zamordowania sąsiadki podejrzanego lub gwałtu tak głośnego w okolicy, iż podejrzany nie może tej sprawy nie znać, choćby z prasy bądź od znajomych. Wówczas odpowiedź „Nie mam pojęcia” albojedy- nie mgliste i ogólnikowe nawiązanie do zdarzenia („Może chodzi o ten wczoraj¬szy wypadek?”) sygnalizuje związek przesłuchiwanego ze sprawą. Bezpośrednia odpowiedź „Pewnie szukacie mordercy Zofii Kowalskiej” jest charaktery¬styczna dla osoby niewinnej.

2.   Jak pan myśli, dlaczego ktoś zrobił coś takiego?
Osoba winna zwykle mimowolnie powtarza to pytanie, unika kontaktu wzro¬kowego i próbuje wykręcić się od jednoznacznej odpowiedzi, mamrocząc np.
„Nie zastanawiałem się nad tym”, „Nie jestem jasnowidzem” itp. Niekiedy w wy¬niku tego pytania może zostać ujawniony prawdziwy motyw („Może ktoś po- trzebowałjej pieniędzy”, „Pewnie z kimś darła koty”). Jeśli przesłuchiwanyjest niewinny, to może powiedzieć „To chyba zrobił szaleniec” albo „Nikt nie mógł mieć powodów, żeby to zrobić”, lub cokolwiek innego w tym stylu, ale w każ¬dym razie powie to głośno i wyraźnie, a także w widoczny sposób pochyli się w kierunku przesłuchującego, patrząc mu w oczy.

3.   Kto spośród mających związek ze sprawą na pewno tego nie zrobił?
Charakterystyczna odpowiedź osoby niewinnej to: „Moim zdaniem tych pieniędzy na pewno nie ukradł X, Y, Z…”; faktyczni sprawcy zazwyczaj nikogo nie wykluczają: „Nie wiem, każdy może czasem zrobić coś takiego”.

4.   Kto pańskim zdaniem mógł to zrobić?
To pytanie jest logicznie równoważne poprzedniemu, lecz psychologicznie biorąc nie ma ono tego samego ciężaru. Faktyczny sprawca, mimo najdalej idących wysiłków przesłuchującego, nie wskaże nikogo. Osoba niewinna zaś może ujawnić swoje podejrzenia, gdy się ją odpowiednio zachęci, np. w nastę¬pujący sposób: „Proszę pana, nie ma najmniejszych wątpliwości, że to zrobił ktoś z pańskiego otoczenia, jeśli nie pan sam. W tej chwili nie chodzi nam o do¬wody, lecz o pańskie podejrzenia, choćby najsłabsze. Ulży panu, gdy nam pan ujawni swoje domysły, a my ich na pewno nikomu nie zdradzimy”.

5.   Kto według pana miał dobrą okazję, żeby to zrobić?
Jeśli przesłuchiwanyjest niewinny, to zwykle wskaże jakąś grupę osób, które miały możność popełnienia czynu (np. „Zdaje się, że sprzątaczki mają klucz do działu finansowego”, „Kilku informatyków zostało w pracy po godzinach”), lub może nawet wskazać siebie samego, jeśli teoretycznie to właśnie on miał najlepszą sposobność. Osoba winna ani nikogo wyraźnie nie wskaże, ani nikogo nie wykluczy.

6.   Jaka kara pańskim zdaniem powinna spotkać osobę, która to zrobiła?
Propozycja wysokiej karyjest charakterystyczna dla osoby niewinnej. Osoba winna będzie się starała uniknąć bezpośredniej odpowiedzi: „Nie wiem, nie jestem prawnikiem”, „To zależy, może to był przypadek” itp. Jeśli przesłuchi¬wanyjest faktycznie winny, lecz z powodu okoliczności sprawy musi wskazać wysoki wyrok, np. karę śmierci, jego zachowanie będzie wyraźnie wskazywać, że wyrok taki nie byłby po jego myśli.

7. Z kim pan rozmawiał o tym zdarzeniu?
Osoby niewinne, w przeciwieństwie do sprawców czynu, chętnie rozma-wiają o głośnym przestępstwie ze swoją rodziną i przyjaciółmi. Toteż odpowiedź „Z nikim nie rozmawiałem” jest symptomem winy.
8.   Czy kiedykolwiek w swoim życiu myślał pan o zrobieniu czegoś po¬dobnego?
Odpowiedź „Nie” jest charakterystyczna dla osób niewinnych, odpowiedź „Tak” – dla winnych, o czym już pisaliśmy bardziej szczegółowo, odnosząc to pytanie do konkretnej zbrodni.

9.   Czy zgodziłby się pan na zastosowanie wykrywacza kłamstwa?
O typowych reakcjach na to pytanie również wspominaliśmy już wyżej, przy okazji niewerbalnej charakterystyki winnego.

10.   Jak w skali od 1 do 10 ocenia pan swój zakład pracy?
To ostatnie pytanie jest z powodzeniem stosowane w odniesieniu do prze¬stępstw popełnionych w miejscu pracy i na niekorzyść pracodawcy, np. mal¬wersacji, nielegalnego handlu wytworami zakładu itp. Osoba niewinna zwykle ocenia wysoko (7 punktów i więcej) zarówno swoją pracę, jak pracodawcę. Osoba winna, podświadomie szukając usprawiedliwienia dla popełnionego przestępstwa, daje ocenę niską (6 punktów lub mniej).

Jak widać, w analizie behawioralnej nie chodzi o to, żeby zdobyć dowód winy, lecz o to, żeby wyrobić sobie zdecydowane subiektywne przekonanie o winie bądź niewinności podejrzanego. I to jest chyba najgłębsza różnica między podejściem do zagadnienia w opracowaniach polskich i amerykańskich. Auto¬rzy polscy koncentrują się na środkach dowodowych i na prawnym aspekcie przesłuchania. Autorzy amerykańscy rozważajągłównie czynnik psychologiczny i środki służące wypracowaniu solidnego, najbardziej prawdopodobnego w danych warunkach obrazu sprawy, choćby nawet nie został on wyłoniony na mocy logicznego dowodu.

Popieramy to podejście, a przekonanie o jego zasadności wesprzemy taką oto bajkową analogią. Wyobraźmy sobie, że pewien oficer śledczy ma do dyspozycji wróżkę, która zawsze, ze stu procentową pewnością, w okazanej jej grupie osób potrafi wskazać faktycznego winnego, jeśli rzecz jasna winny w tej grupie w ogóle się znajduje.
Załóżmy przy tym, że jest to jedyna umiejętność wróżki – nie potrafi ona podać żadnych dowodów, świadczących przeciw tej osobie, stąd też jej „ekspertyza” dla sądu nie ma wartości. Nie znaczyłoby to przecież, że byłaby ona bezwartościowa również dla prowadzącego sprawę oficera. Jest akurat wręcz przeciwnie. Informacja o tym, kto jest winny, o ile tylko można na niej polegać, pozwala we właściwym kierunku i bez straty czasu poprowadzić dalsze badania, właśnie w poszukiwaniu dowodów możliwych do zaakceptowania w sądzie. Oczywiście, nikt nie może zaofe¬rować policji tego rodzaju nadprzyrodzonej pomocy. Ajednak istnieją metody dające w praktyce efekty bardzo podobne do działania takiej wróżki.

6. Taktyki niewerbalne

Do taktyk niewerbalnych stosowanych w przesłuchaniach zaliczamy takie czyn¬niki, jak organizacja przestrzeni w pomieszczeniu, w którym przesłuchanie się odbywa, używane przez przesłuchującego rekwizyty, kolejność jego działań, ogólna charakterystyka jego wyglądu i zachowania. W niniejszej części omówi¬my najczęściej stosowane techniki z tej grupy.
Pokój przesłuchań musi oczywiście spełniać przede wszystkim wymagania techniczne wynikające zjego przeznaczenia (lustro weneckie, stolik dla protoko- lantaitp.). Z komunikacyjnego zaśpunktu widzenia -urządzenie wnętrza ma wspomagać inne elementy taktyczne przesłuchania i zwiększać ich skuteczność. Przede wszystkim więc pokój przesłuchań powinien zapewniać całkowitą prywatność i dyskrecję, a w każdym razie sprawiać wrażenie, iż to zapewnia, gdyż bez atmos¬fery pewnej intymności podejrzany może mieć silne opory w ujawnianiu krępujących, często bardzo dla niego wstydliwych okoliczności sprawy. Wedle Knappa i Hall, dla stworzenia takiej atmosfery konieczne jest, aby wszystkie drzwi w po¬koju były zamknięte, aby nie był on zbyt jaskrawo oświetlony, a także aby był on odizolowany od nadmiernych hałasów”. Wpokoju przesłuchań nie powinny się znajdować żadne typowe symbole dające jednoznaczne skojarzenie z policją, a drzwi, choć zamknięte, nie powinny mieć widocznych zamków i rygli, aby podejrzany nie odniósł wrażenia, że został uwięziony; z zasięgu jego ręki należy usunąć wszystkie drobne przedmioty, którymi mógłby się on bawić; krzesła powinny być proste, z twardymi oparciami, gdyż miękkie fotele sprzyjają rozleniwieniu i odpływom uwagi, nie tylko zresztą u podejrzanego — u przesłuchującego również. Do pokoju w trak¬cie sesji nie powinny wchodzić, nawet na krótko, osoby postronne.

Innym ważnym czynnikiem w organizacji przestrzeni jest to, aby przesłuchujący nie był oddzielony od przesłuchiwanego żadnym fizycznym przedmio¬tem, nie tylko stołem, lecz nawet teczką. „Zalecenia dla pracowników policji w kwestii metod przesłuchiwania podkreślają często konieczność zmniejszenia dystansu i eliminacji obiektów (biurko), które mogłyby dać podejrzanemu względne poczucie bezpieczeństwa. U podstaw tych zaleceń leży teoria, że naruszenie przestrzeni osobistej podejrzanego (‚przy braku szans na obronę) da przesłuchu¬jącemu oficerowi psychologiczną przewagę […] [a ponadto] obiekt pełniący funkcję bariery może ograniczać przyjazną interakcję i percepcję bliskości”5’. Inbau, Reid i Buckley dodająw tej sprawie, że „gdy ktoś jest bliżej drugiej oso¬by w sensie fizycznym, tojest też bliżej w sensie psychologicznym. Każdy przed¬miot, taki jak stół czy biurko pomiędzy przesłuchującym a podejrzanym, przeszkadza w osiągnięciu tego celu i powinien zostać usunięty”.
Jest pożądane, aby do pokoju przesłuchań nie wprowadzał podejrzanego sam przesłuchujący, lecz inny policjant, który powinien wskazać podejrzanemu krzesło i powiedzieć np. „Kapitan X przyjdzie tu za parę minut porozmawiać z pa¬nem” . Taka kolejność czynności eliminuje niezręczną dla prowadzącego przesłu¬chanie konieczność przedstawiania się, a dodatkowo postępowanie o tak wysokim stopniu sformalizowania nadaje zjawiającemu się potem oficerowi aurę autorytetu i kompetencji. Osłabia to siły obronne i wiarę w skuteczność kłamstwa u podejrzanego, gdy jest on faktycznie winny, niewinnemu zaś dodaje odwagi przez wrażenie profesjonalizmu, z jakim jest traktowany. Po wejściu do pokoju przesłuchujący powinien usiąść w odległości ok. 1,5 m od przesłuchiwanego, aby w miarę rozwoju wydarzeń przysuwać się do niego coraz bardziej, aż do wkroczenia w jego strefę osobistą a nawet intymną. W początkowych fazach przesłuchania lepiej nie robić żadnych notatek: „Zasadą powinno być, że spontanicznych wyjaśnień nie protokołuje się, bowiem pisanie nadaje tej czynności urzędowy klimat i może speszyć podejrzanego. Istotne i trudne do zapamiętania szczegóły można notować, lecz należy to uczynić w sposób dyskretny”5′; notowanie „uprzytomni podejrzanemu prawne znaczenie jego wypowiedzi”.

Gdy nadchodzi czas sporządzenia protokołu, należy zadbać o to, aby czynność ta przebiegała sprawnie: „Jest niewiele czynników, które tak bardzo rozpraszałyby świadka i wprowadzały zamęt w jego zeznaniach, jak nieudolne protokołowanie”.
Ubiór przesłuchującego powinien licować z charakterem sytuacji. Zaleca się ubranie cywilne (nie mundur!), tradycyjne, a nawet konserwatywne, bez krzykliwych kolorów, kojarzące się z doświadczeniem i powagą. Dobrze jest, gdy przesłuchujący ma w ręku grubą teczkę aktową, którą przez dłuższy czas przegląda przed rozpoczęciem badania i do której także później sięga od czasu do czasu, „uważnie czytając” wyjmowane z niej papiery i popatrując z troską na podejrzanego. Dla zwiększenia wrażenia można po zadaniu pytania powiedzieć, patrząc w papiery: „Teraz radziłbym dobrze pomyśleć, zanim spróbuje nas pan wprowadzić w błąd”‚2. Oczywiście, teczka nie musi zawierać żadnych istotnych materiałów. Jest to tylko teatr, mający sprawiać wrażenie wszechstronnej wiedzy, pełnej kontroli nad sytuacją i starannego przygotowania do sprawy, do której swoją drogą przesłuchujący musi rzeczywiście być starannie przygotowany. Przesłuchanie należy prowadzić w żywym tempie, bez wyraź¬nych przerw między replikąa następnym pytaniem, gdyż „podejrzany nie powi¬nien mieć czasu na zastanawianie się nad odpowiedziami”‚3. Podkreślmy tu, że zasada ta dotyczy tylko osób podejrzanych o popełnienie przestępstwa – tempo przesłuchania świadków może być wolniejsze’4.
Zachowanie przesłuchującego, podobnie jakjego ubiór, powinno być spo-kojne, poważne i tak cierpliwe, aby sygnalizowało to podejrzanemu, iż prze-słuchujący ma bardzo dużo czasu i nie da się go zmęczyć, a także iż zależy mu nie tyle na wydobyciu zeznania, ile na ustaleniu prawdy. „Istnieją wpraw-dzie sytuacje, w których sporadycznie wybuch emocji może spowodować użyteczne zeznanie świadka, zwłaszcza gdy zachodzi podejrzenie o fałszywe zeznanie. W normalnych jednak wypadkach rzeczowe, spokojne, pozbawione emocji przesłuchanie daje lepsze wyniki”‚5. Bez względu na rodzaj przestęp-stwa, jakiego podejrzany mógł się dopuścić, należy go traktować z szacunkiem, a nawet z pewną serdecznością: „ciepły ton badania, który powinien być oczywiście tylko rutyną, według naszych obserwacji prowadzi o wiele częściej do zadowalających wyników niż ostry styl””. Jest wskazane, aby przesłuchujący nie wykonywał zbyt wielu zbędnych ruchów: „Siedź spokojnie i powstrzymaj się od chodzenia po pokoju. Uwaga stale skupiona na po-dejrzanym ułatwia wykrycie kłamstwa. Ponadto podskakiwanie na krześle i krę¬cenie się po pokoju są dowodem niecierpliwości przesłuchującego, co może wywołać u podejrzanego myśl, że jeśli będzie kłamał jeszcze przez chwilę, to przesłuchujący da sobie spokój. […] Przesłuchujący nie powinien też bawić się ołówkiem, piórem czy innymi przedmiotami. Robi to wrażenie utraty pew¬ności siebie albo utraty zainteresowania sprawą”‚7. Ważne pytania lepiej jest kamuflować, zadając je mimochodem (co znakomicie opanował porucznik Columbo ze słynnego amerykańskiego serialu): „Okoliczności, o których pra¬cownik śledczy chce się koniecznie dowiedzieć, powinny być objęte pytaniami pozornie mało ważnymi, wynikłymi jak gdyby z niedosłyszenia wypowie¬dzi poprzednich lub nawet pomyłek”‚8.
Ważne są też reakcje przesłuchującego na zachowanie przesłuchiwanego. W tej sprawie podaje się dwa zalecenia: aby nie przejawiać zainteresowania za¬chowaniami dewiacyjnymi, oraz nie reagować na wybuchy emocjonalne, np. na płacz. Doświadczenie uczy, że próby uspokajania podejrzanego prowadzą donikąd, skłaniając go jedynie do powtarzania takich zachowań.

7. Problemy etyczne

U wrażliwszych osób przedstawione metody wydobywania zeznań mogą bu-dzić poważne zastrzeżenia moralne. W działaniach przesłuchującego wykorzy¬stuje się bowiem mechanizmy psychologiczne, których funkcjonowania i efek¬tów przesłuchiwany sobie nie uświadamia. Przesłuchiwany nie zna również rzeczywistego celu tych działań, a jego nieświadomość w tym względzie jest warunkiem skuteczności opisanych taktyk. W pewnym sensie prowokują one podejrzanego do działania na własną szkodę. Czy więc stosowanie tak dwuznacznych metod śledczych można uznać za rzecz moralnie dopuszczalną? Otóż — z całą pewnością jest to dopuszczalne. To stanowisko postaramy się uzasadnić na zakończenie niniejszego artykułu.
Zacznijmy od tego, że przedstawione chwyty stosuje się w zasadzie wy-łącznie w przesłuchaniu podejrzanego, a nie wszystkich osób mających zwią¬zek ze sprawą czyli świadków (choć w odniesieniu do świadków kłamiących stosuje się je również). Słowo „podejrzany” jest w prawodawstwie terminem technicznym i oznacza „osobę, co do której wydano postanowienie o przedsta¬wieniu zarzutów””. Postanowienie takie wydaje się, gdy fakty wyraźnie wska¬zują że to ta właśnie osoba popełniła dany czyn. Ostatecznie może się wpraw¬dzie okazać, iż owe fakty nas zwiodły, warto jednak wiedzieć, że w praktyce śledczej, odmiennie niż w filmach kryminalnych, główni podejrzani niemal za¬wsze okazują się rzeczywistymi sprawcami. Zasadnicza różnica pomiędzy „rze¬czywistym sprawcą” a „podejrzanym, który okazał się rzeczywistym sprawcą” jest taka, że w tym drugim wypadku ktoś musiał rzecz udowodnić. Bez tego elementu „rzeczywisty sprawca” chodziłby wolno, stając się (co też jest regułą) rzeczywistym sprawcą coraz to nowych przestępstw. Już choćby z tego po¬wodu metody stosowane w przesłuchaniu, jak zresztą wszystkie inne metody stosowane w kryminalistyce, muszą być przede wszystkim skuteczne. Natural¬nie, nie oznacza to, że w tej dziedzinie cel w pełni uświęca środki. Poza sku- tecznościąsąteż inne ważne powody skłaniające do akceptacji opisanych tech- nikjako moralnie dopuszczalnych.
Aby uzyskać od podejrzanego kompletne wyjaśnienie okoliczności popeł-nienia przestępstwa oraz przyznanie się do winy, z całąpewnościątrzeba stoso- wucjakieś metody. Jest praktycznie wykluczone, aby zdrowy na umyśle czło¬wiek podał wszystkie obciążające go szczegóły zdarzenia po prostu w wyniku uprzejmej prośby oficera śledczego: „A teraz może zechce nam pan opowie¬dzieć, jakiego to czynu karalnego dopuścił się pan ostatnio, a także gdzie to było i kiedy”. Nie ma co liczyć ani na to, że sprawcę będą dręczyć ciężkie wyrzuty sumienia, prowadzące do samoistnego wyznania winy, ani na to, że poczucie obywatelskiego obowiązku każe mu uczciwie współpracować z wymiarem sprawiedliwości w celu doprowadzenia siebie samego do więzienia. Sumienie pozwoliło przesłuchiwanemu dokonać gwałtu, rabunku czy zabójstwa i z pewnością nie będzie mu ono dokuczać podczas śledztwa z tego błahego powodu, że w swoich wyjaśnieniach – w obronie własnej przecież – oszukał przesłuchującego, co zresztą ma prawo bezkarnie czynić dowolną ilość razy. Tak więc, cokolwiek mieliby na ten temat do powiedzenia moraliści, policja musi stosować jakieś metody przesłuchania, a całkowita szczerość, co może tych moralistów zaskoczy, nie jest żadną metodą, gdyż zawsze prowadzi ona do katastrofy komunikacyjnej – zarówno w przesłuchaniach kryminalnych, jak i we wszystkich innych dziedzinach życia. Jak bowiem całkowita szczerość oficera śledczego miałaby wyglądać w praktyce? Gdyby był on naprawdę uczciwy, to rzeczywistego sprawcę musiałby powstrzymywać od składania prawdziwych wyjaśnień, gdyż mogą mu one tylko zaszkodzić. Przy najmniejszej oznace osłabienia woli u podejrzanego przesłuchujący powinien go ostrzegać: „Chwileczkę, proszę pana, proszę lepiej nic nie mówić. Lepiej dla pana będzie pójść w zaparte. Polskie prawo tak jest skonstruowane, aby kłamanie w żywe oczy było najkorzystniejszą strategią dla morderców, bandytów i złodziei. Jest pan tu pierwszy raz, więc nie ma pan jeszcze odpowiedniego doświadczenia, lecz tę prostą zasadę zna każdy recydywista. Z pierwszej swojej sprawy nauczył się onjedne- go: mówienie prawdy nie popłaca. Jeśli był na tyle tępy, że tego faktu nie odkrył sam, to z całą pewnością w więzieniu nauczyli go tego towarzysze niedoli”.
Bezwzględnym wymogiem w odniesieniu do wszelkich metod właściwych kryminalistyce, a więc również taktyk stosowanych w przesłuchaniu, powinno być to, aby chroniły one podejrzanego w tym wypadku, gdyfaktycznie niejest on winny zarzucanego mu czynu. Wszystkie zaś techniki śledcze, które prowadzącego sprawę przybliżają do prawdy, służą temu właśnie celowi, gdyż przyczyniają się do wykrycia rzeczywistego sprawcy, oddalając zagrożenie od niesłusznie podejrzewanego. Oskarżenie osoby niewinnej, w ramach prawidłowo prowadzonej procedury prawnej, niejest samo w sobie dla tej osoby aż takim nieszczęściem, jak laik mógłby sobie wyobrażać. Przecież w stan oskarżenia stawia się kogoś tylko wtedy, gdy okoliczności sugerują iżjest on przestępcą. Znajduje się więc on i tak, bez żadnych działań ze strony policji czy prokuratury, w cieniu podejrzenia, w którym mógłby pozostać na zawsze. Otwarte postawienie zarzutu i skrupulatne zbadanie sprawy pozwalają osobie niewinnej całkowicie się oczyścić z ciążących na niej podejrzeń.
Na koniec zauważmy raz jeszcze, że wszystkie triki komunikacyjne, z jaki¬mi czytelnik zapoznał się w niniejszym opracowaniu, choćby najbardziej podstępne, nie tyle służą uzyskaniu dowodów w sprawie, ile raczej wydobyciu od podejrzanego wskazówki, gdzie i jak takich dowodów szukać. Osoba niewinna po prostu nie może dostarczyć użytecznych wskazówek tego rodzaju, musiałaby bowiem znać takie okoliczności zdarzenia, które zna tylko przestępca. Żadna opisana tu metoda nie jest w stanie spowodować, aby przyznała się do popełnienia danego czynu osoba, która faktycznie go nie popełniła. Nie ma wśród nich ani groźby użycia siły (nie mówiąc już o realnym jej użyciu), ani obietnicy nagrody, ani innych podobnych działań, które mogłyby osobie niewinnej nasunąć myśl, że może przyznanie się do niepopełnionego czynu będzie korzystniejsze niż trzymanie się prawdy. Krótko mówiąc, metody te są skuteczne wyłącznie w odniesieniu do osób rzeczywiście winnych. I ten właśnie fakt stanowi najgłębsze etyczne uzasadnienie ich stosowania.

 

Źródło: http://forum.wybudzeni.com/index.php/topic,1689.0.html

Zagadnienie prawdy w nauce

Mazur M., 1981, Zagadnienie prawdy w nauce. Zeszyty Naukowe Stowarzyszenia PAX, nr 1 (30), s. 79-92.
Zeskanował i opracował Mirosław Rusek (mirrusek@poczta.onet.pl).

 

1. Prawdy i nieprawdy

Na temat „problemu prawdy” napisano już bez mała całe biblioteki, ale obfitość tej literatury nie świadczy bynajmniej o trudności owego „problemu” lecz o jego fikcyjności. Szukano bowiem odpowiedzi na pytanie „co to jest prawda?” a to w istocie nie było rozwiązywaniem żadnego problemu lecz tylko domniemywaniem się znaczenia słowa „prawda”. Ponieważ domniemań może być tyle, ile osób zechce je snuć, więc jedynym tego rezultatem były jałowe spory, czyje domniemanie jest „słuszne”, i wprowadzanie zamętu do sprawy prostej, podczas gdy do niej należy podejść we właściwy sposób, tj. od analizy zjawisk, jak się to robi w naukach ścisłych.

Sposobu takiego dostarcza cybernetyka (1).

W każdym torze informacyjnym występuje transformacja oryginałów (tj. komunikatów na początku toru) w obrazy (tj. komunikaty na końcu toru). Relacja między dwoma oryginałami jest informacją nadawaną, a relacja między dwoma obrazami jest informacją odbieraną.

Jeżeli informacja odbierana jest identyczna z informacją nadawaną, to jest ona transinformacją (informacją wierną, prawdziwą). Na przykład, odległość z Londynu do Rzymu jest dwukrotnie większa niż odległość z Londynu do Genewy – jeżeli na mapie występuje taki sam stosunek długości odcinków przedstawiających te odległości, to w tym zakresie mapa jest wierna, stanowi źródło prawdy. Tak samo jest we wszelkich pomiarach, obserwacjach itp.

Wynikają stąd dwa ważne twierdzenia:

l) jeżeli dwie informacje są prawdziwe, to ich wypadkowa jest również prawdziwa (np. jeżeli zmierzono, że jedna góra jest o 200 metrów wyższa od drugiej, a druga jest o 300 metrów wyższa od trzeciej, to bez mierzenia można powiedzieć, że pierwsza góra jest o 500 metrów wyższa od trzeciej),
2) jeżeli z informacją prawdziwą jest identyczna inna informacja, to i ona jest prawdziwa (np. jeżeli kopia jest zgodna z dokumentem autentycznym, to zawiera informacje prawdziwe).

Po takim uporaniu się z prawdami zobaczmy, jak się przedstawiają zniekształcenia informacji odbieranych, czyli nieprawdy. Wchodzą tu w grę – w odróżnieniu od informowania wiernego – dwie możliwości: informowanie pozorne oraz informowanie fałszywe.

Informowanie pozorne (pseudoinformowanie) powstaje, gdy liczba obrazów jest nierówna liczbie oryginałów, przy czym może to być:
informowanie rozwlekłe (pseudoinformowanie symulacyjne), gdy jednemu oryginałowi odpowiada kilka obrazów (np. gdy ktoś mówi, że „zbudowano wiele zakładów przemysłowych, fabryk i wytwórni”, chociaż wszystkie te wyrazy oznaczają jedno i to samo, przez co powstaje tylko pozór obfitości informacji),
informowanie ogólnikowe (pseudoinformowanie dysymulacyjne), gdy kilku oryginałom odpowiada jeden obraz (np. gdy ktoś zamiast „weszli mężczyzna i kobieta” mówi: „weszły dwie osoby” – niby prawda ale zubożona, pozór prawdy).

Informowanie fałszywe (dezinformowanie) powstaje, gdy brakuje jakichś oryginałów lub obrazów, przy czym może to być:
zmyślanie (dezinformowanie symulacyjne), gdy obrazowi nie odpowiada żaden oryginał (np. gdy w spisie figuruje towar, którego nie ma w magazynie),
zatajanie (dezinformowanie dysymulacyjne), gdy oryginałowi nie odpowiada żaden obraz (np. gdy w spisie nie figuruje towar, który jest w magazynie).

Informowanie może być wzbogacone o domniemanie (parainformowanie), gdy z informacjami nadawanymi i odbieranymi sumują się informacje uprzednio zapamiętane (parainformacje) u nadawcy i odbiorcy, przy czym można rozróżniać domniemanie trafnedomniemanie nietrafne.

Domniemanie trafne występuje, gdy parainformacje u odbiorcy są takie same jak u nadawcy (na tym polega rozumienie słów, zdań, aluzji, dzieł sztuki, itp.).
Domniemanie nietrafne występuje, gdy parainformacje u odbiorcy i nadawcy są niejednakowe (prowadzi to do nieporozumień), przy czym może to być:
domniemanie bezpodstawne, gdy parainformacje są u odbiorcy, a nie ma ich u nadawcy (np. dopatrzenie się aluzji, której nie było),
domniemanie niedomyślne, gdy parainformacje są u nadawcy, a nie ma ich u odbiorcy (np. niedopatrzenie się aluzji, która była).

Dla kompletności systematyki trzeba dodać, że możliwe jest także informowanie o informowaniu (metainformowanie), informowanie o metainformowaniu (meta-metainformowanie), informowanie o meta-metainformowaniu (meta-meta-metainformowanie), i tak dalej aż do nieskończoności.

Podobnie jak informowanie, również metainformowanie (oraz meta-metainformowanie itd.) może być wierne, pozorne (rozwlekłe lub ogólnikowe), fałszywe (zmyślanie lub zatajanie) bądź polegać na domniemaniach (trafnych lub nietrafnych).

Jako przykłady metainformowania można wymienić metadecydowanie jako decydowanie o sposobach decydowania, metadyskutowanie jako dyskutowanie o sposobach dyskutowania, metanauczanie jako nauczanie o sposobach nauczania, itp.

Ogromna większość ludzi, w tym nawet bardzo wykształconych, nie odróżnia metainformowania od informowania, co może prowadzić do przykrych skutków, zwłaszcza w prawodawstwie. Na przykład, informacja o karalności „czynów szkodliwych” wymaga z kolei informacji o tej informacji (metainformowanie), a mianowicie wyjaśnienia, co się uważa za szkodliwe, a co nie, gdyż bez tego sprawca może nie wiedzieć, czy przekracza prawo.

Gdyby kodeks karny miał się składać wyłącznie z takiego rodzaju przepisów, to można byłoby go zredukować do dwóch paragrafów: „1. Przestępstwa są karalne. 2. Co było przestępstwem, oceni prokurator”.

Rozróżnienie miedzy informowaniem a metainformowaniem pozwala też uchwycić różnice między fałszem a kłamstwem. Fałszem jest dezinformowanie, kłamstwem zaś jest metadezinformowanie przedstawiające to dezinformowanie jako transinformowanie.

Inaczej mówiąc, kłamstwem jest przedstawianie fałszu jako prawdy. Nie ma kłamstwa, gdy fałsz jest przedstawiany jako fałsz (np. autor powieści historycznej fałszuje historię, ale przed zarzutem kłamstwa chroni go wyraz „powieść” umieszczony przezeń pod tytułem książki).

Z tego punktu widzenia dość niefortunne jest sądowe wyrażenie „kara za fałszywe zeznania” – powinno by się mówić o karze za kłamliwe zeznania, gdyż źródłem fałszywych zeznań mogą być przecież omyłki, złudzenia itp., za co nie ma powodu nikogo karać.

Przedstawiona tu systematyka informowania będzie przydatna w sprawach poruszanych poniżej.

2. Czy prawdomówność jest cnotą

Pogląd, że należy mówić prawdę, jest tak rozpowszechniony, że aż stał się sprawą moralności, a prawdomówność uchodzi za zaletę charakteru. „To brzydko kłamać” – mówią rodzice dzieciom, które gdy dorosną, będą mówić to samo swoim dzieciom. Podobnie mówią nauczyciele swoim uczniom. Prawdomówności żądają urzędy dając obywatelom do wypełnienia rozmaite ankiety (personalne, paszportowe, celne itp.), a często nawet dopisując zdanie, że „powyższe dane podałem zgodnie z prawdą” lub coś w tym rodzaju, aby w ten sposób przypomnieć wypełniającemu obowiązek prawdomówności. Zgodnie z prawdą mają być sporządzane wszelkie sprawozdania i meldunki. Sądy żądają prawdomówności od świadków i w tym celu inscenizują teatralne składanie przysięgi (lub „oświadczenia w miejsce przysięgi”). W krajach anglosaskich wypracowano nawet formułę: „będę mówił prawdę, całą prawdę i tylko prawdę”, co w świetle systematyki informacji znaczy: „będę informował wiernie, niczego nie tając i nie zmyślając”.

Z drugiej jednak strony wiele jest przypadków, w których prawdomówność jest potępiana, a nawet karalna. Zdanie: „ależ pani staro wygląda” zostałoby uznane za przejaw chamstwa. Weredycy, mający zwyczaj mówić wszystkim „prawdę w oczy”, to nieprzyjemni ludzie, których wszyscy unikają. Człowiek rozgadujący się o przypadkowo zaobserwowanej dyzlokacji wojsk ryzykuje postawienie przed sądem za „ujawnienie tajemnic państwowych”, a gdyby tam powoływał się na obowiązek prawdomówności, to powinien czuć się szczęśliwy, jeżeli zostanie uznany tylko za głupca. Zwolniony z obowiązku prawdomówności jest oskarżony w procesie karnym, adwokat fantazjujący na temat jego „ciężkiego dzieciństwa”, tudzież prokurator, który z okruchów udowodnionych informacji usiłuje skomponować obraz przebiegu zbrodni.

Jakże to więc w końcu jest z prawdomównością – obowiązuje czy nie? A jeżeli czasem tak, a czasem nie, to kiedy?

Sprawa staje się jasna, jeżeli się ją potraktuje na podstawach cybernetycznych. Każdy proces sterowania jest przeprowadzany dla osiągnięcia określonego celu. Koniecznym tego warunkiem jest, żeby sterujący miał prawdziwe informacje o obiekcie sterowanym. Znaczy to, że człowiek dążący do jakiegoś celu, będzie szukał prawdziwych informacji, które go do tego celu przybliżają, pozostanie obojętny wobec informacji nie mających z tym celem nic wspólnego, a będzie potępiał informacje (choćby prawdziwe), które mu w osiąganiu celu przeszkadzają.

Biorąc to pod uwagę łatwo zauważyć, że wymaganie prawdomówności pojawia się zawsze w przypadkach zależności jednych ludzi od innych, przy czym jest ono nieodwzajemniane. Rodzice żądają prawdomówności od dzieci, ale nie przychodzi im nawet na myśl, że również sami powinni być wobec nich prawdomówni. Nauczyciele są skłonni do karania uczniów, ale gdy nauczyciel dopuścił się czynu karygodnego, zostaje to przed uczniami zatajone. Gdy przesłuchiwanemu zdarzy się o coś zapytać prokuratora, słyszy zaraz że „ja tu jestem od zadawania pytań”.

Sprawy te zasługują na to, żeby się im przyjrzeć nieco bliżej. Przenieśmy się w tym celu do czasów niewolnictwa, w których rola niewolników polegała na wykonywaniu pracy, a rola panów na przymuszaniu ich do tego. Skąd jednak wiadomo, czy niewolnicy wykonali narzuconą im pracę? Ponieważ była to praca ciężka, uzasadnione było podejrzenie, że starali się wykonać jej jak najmniej. Aby się przekonać o faktycznym stanie rzeczy, trzeba byłoby przeprowadzić kontrolę wykonanej pracy. Jednakże kontrola to także praca, wyszłoby więc na to, że niewolnicy wykonali jakąś pracę, ale jej kontrola obciążałaby ich panów. Ci jednak nie byli skłonni do ponoszenia żadnych trudów, choćby tylko kontrolnych, toteż wcześniej czy później musieli wpaść na pomysł, żeby i tym obciążyć samych niewolników (lub posłużyć się nadzorcami, przeprowadzającymi kontrolę z upoważnienia panów, ale to nie zmieniało istoty rzeczy, bo i nadzorcy woleli przerzucać trudy kontroli na samych niewolników).

Czy jednak niewolnicy kontrolowaliby samych siebie uczciwie? Mogli by przecież meldować wykonanie pracy, którą w rzeczywistości wykonali tylko częściowo. Aby temu zapobiec, panowie (lub nadzorcy) musieliby wziąć na siebie kontrolę tej samokontroli niewolników (metakontrola), co jednak było już trudem znacznie mniejszym, wystarczało bowiem wyrywkowe wychwycenie choćby jednego kłamstwa, aby zakwestionować cały meldunek. I tak doszliśmy do tego, że kontrola pracy niewolników została zastąpiona kontrolą ich prawdomówności. W konsekwencji, oprócz kar za opieszałość, spadały na niewolników również kary za kłamstwo.

Niewolnictwa dawno już nie ma, ale mechanizm sprawy pozostał. Na przykład, aby wymierzyć pasażerowi należne cło, celnik powinien by dokładnie przetrząsnąć jego bagaż. Chcąc jednak zaoszczędzić sobie tego trudu zaczyna on od pytania: „co pan ma do oclenia”? Prawdziwość otrzymanej odpowiedzi celnik sprawdza przez zajrzenie tu i ówdzie, ale gdy znajdzie choćby jeden przedmiot zatajony przez pasażera, przeprowadza kontrolę szczegółową, przy czym zakwestionowane przedmioty zostaną skonfiskowane (wraz z opakowaniem i środkiem transportu, np. samochodem), pasażer zaś zostanie ukarany za przemyt.

Podobnie urząd podatkowy, zamiast zbadać dochody płatnika, żąda od niego zeznania podatkowego, które następnie porównuje z własnymi doniesieniami, a stwierdziwszy zatajenie jakiejś kwoty, odrzuca zeznanie i wymierza podatek według własnej oceny (oczywiście wysokiej).

Wszystko to wyjaśnia, że prawdomówność nadawcy informacji jest kwestią interesów odbiorcy tych informacji, a cała otoczka moralna została dorobiona w celu dodatkowego obrzydzenia kłamstwa ludziom podległym i sprawienia, żeby nawet kontrola wyrywkowa stała się zbędna! Stąd pochodzi uznanie prawdomówności za cnotę.

Niewątpliwie przyczyniła się do tego ważna okoliczność, że prawdomówność odgrywa rolę nie tylko między osobami nadrzędnymi a podrzędnymi, lecz także między osobami równorzędnymi. Kolega może oczekiwać prawdomówności od innego kolegi tylko o tyle, o ile sam jest wobec niego prawdomówny. Stało się milczącą umową społeczną, żeby, w pewnym zakresie (np. z wyłączeniem spraw ściśle osobistych, a zwłaszcza intymnych) przestrzegać obowiązku wzajemnej prawdomówności po prostu dlatego, że tak jest łatwiej żyć. W gruncie rzeczy ma to postać wzajemnej wymiany usług, na zasadzie partnerstwa. Sprowadza się ona do przestrzegania prawdomówności, jeżeli jest dla partnera użyteczna, i jej unikania, jeżeli jest dla niego przykra lub szkodliwa.

W nowoczesnych społeczeństwach jest jednym z naczelnych problemów, jak powinny się układać stosunki między rządzącymi a rządzonymi. Nie mogą one być podobne do dawnych stosunków między panami a niewolnikami, gdyż wywołuje to narastającą nienawiść niewolników, wyładowującą się w końcu w krwawych rewolucjach, toteż dojrzewa idea, żeby były one oparte na partnerstwie, w którym chodzi o podział decydowania odpowiednio do posiadanych kwalifikacji.

Oczywiście, sprzeczne z tą ideą jest stosowanie cenzury, zmierzającej do ukrywania błędów popełnianych przez rządzących i tłumienia objawów niezadowolenia rządzonych. Wynika ono z niezrozumienia, że podstawą partnerstwa jest jednakowość stopnia prawdomówności u obu partnerów. Przypuszczenie rządzących, że dzięki cenzurze mogą oni wiedzieć prawie wszystko a rządzeni prawie nic, jest złudne. Im miej rządzeni wiedzą o rządzących, tym mniej rządzący wiedzą o rządzonych. Taka już jest uroda cybernetycznego zjawiska zwanego sprzężeniem zwrotnym.

W związku z systematyką informowania można by sądzić, że prawdomówność jest nakazem informowania wiernego i zakazem wszelkiego innego. Tymczasem przy tak rygorystycznym postawieniu sprawy szkody byłyby niewspółmiernie większe od pożytków.

Zakaz rozwlekłości zapobiegałby traceniu czasu na odbieranie wielu informacji, z których wystarczyłaby jedna – ale utrudniłby bardzo przyswajanie informacji.
Zakaz ogólnikowości zapobiegałby zacieraniu szczegółów – ale zmusiłby odbiorców do przetrawiania mnóstwa informacji bezwartościowych.
Zakaz zmyślania zapobiegałby wprowadzeniu odbiorców w błąd – ale zniszczyłby wszelką twórczość informacyjną, np. sztukę.
Zakaz zatajania zapobiegałby pozbawieniu odbiorców dopływu informacji użytecznych – ale pozbawiłby ich również ochrony przed dopływem informacji szkodliwych.

Jak widać, prawdomówność nie jest sprawą, w której można by abstrahować od rozróżniania informacji użytecznych i szkodliwych.

Dla ilustracji rozpatrzmy następujący przykład.

Przypuśćmy, że na zapleczu wiejskiego kina, mieszczącego się w drewnianym budynku, pojawił się ogień. Gdy kierownik kina powiadomił o tym widzów, rzucili się oni tłumnie do drzwi, przy czym wiele osób zostało stratowanych. Postawiony przed sądem za spowodowanie paniki i śmierć pewnej liczby osób, kierownik bronił się argumentem, że postąpił zgodnie z moralnym obowiązkiem mówienia prawdy. Sąd jednak odrzucił ten argument i wydał wyrok skazujący.

W podobnej sytuacji, inny kierownik kina zataił powstanie ognia i starał się go ugasić, ale pożar tak szybko się rozszerzał, że wielu widzów nie zdążyło opuścić sali i spaliło się żywcem. Postawiony przed sądem za nieostrzeżenie widzów i spowodowanie śmierci pewnej ich liczby, nie mógł się nawet powoływać na nakazy prawdomówności i otrzymał wyrok skazujący.

Jakże więc należało postąpić? Przykładowy kierownik powinien ocenić, czy ma szanse ugasić ogień. Jeżeli tak, to powinien to zrobić jak najszybciej bez niepokojenia widzów. Jeżeli nie, to powinien zająć się ich ewakuacją jak najsprawniej. Gdyby w każdym z tych przypadków nie obeszło się bez ofiar, to w razie postawienia przed sądem powinien uzasadnić, że postąpił w sposób najwłaściwszy (najmniej zły) z możliwych.

Ale to jest zagadnienie podejmowania optymalnych decyzji, a nie przestrzegania moralnych nakazów mówienia prawdy. Inaczej mówiąc, sprawa należy do cybernetyki, a nie do etyki.
Wzgląd na użyteczność występuje nawet w dekalogu, gdzie wcale nie zabrania się kłamstwa w ogólności, lecz tylko kłamstwa na szkodę bliźniego.

3. Nauka i nienauka

Podobnie jak w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: „co to jest prawda?”, tak samo w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: „co to jest nauka?” napisano mnóstwo publikacji wprowadzających jedynie zamęt.

Tymczasem i tutaj sprawa jest jasna, jeżeli, zamiast na domniemaniach znaczeń słów, oprzeć się na analizie zjawisk. Biorąc pod uwagę informacje podawane jako prawdziwe oraz dowody ich prawdziwości, otrzymuje się z ich analizy następujące trzy możliwe rodzaje wypowiedzi:

l) twierdzenia, czyli wypowiedzi zawierające informacje podawane jako prawdziwe, poparte dowodami ich prawdziwości – należą one do nauki,
2) zapewnienia, czyli wypowiedzi zawierające informacje podawane jako prawdziwe, ale nie poparte żadnymi dowodami – należą one do filozofii,
3) zwierzenia, czyli wypowiedzi nie zawierające informacji podawanych jako prawdziwe, a więc i dowodów prawdziwości – należą one do sztuki.

Przypisanie poszczególnym możliwościom nazw „nauka”, „filozofia”, „sztuka”, może się nie zupełnie pokrywać z nawykami językowymi rozmaitych osób, ale nie o nazwy tu chodzi lecz o różnice między wymienionymi możliwościami. Równie dobrze można by te możliwości ponazywać inaczej, lub po prostu ponumerować, a jednak w niczym nie zmieniłoby to sensowności ich rozróżnienia.

Zresztą czyżby nazwy te zostały tu użyte nietrafnie? Przecież koncepcje filozoficzne nie tylko nie są udowodnione, ale nawet spotyka się coraz częściej publikacje filozoficzne, których autorzy wręcz oświadczają, że od filozofii nie można żądać dowodów! Wyrażenia w rodzaju „filozofia naukowa”, „nauki filozoficzne”, „filozofia – królowa nauk” itp. można złożyć na karb przeświadczenia, że podciąganie pod naukę i naukowość „nobilituje”.

Co się tyczy sztuki, to nawet o powieściach historycznych nie można powiedzieć, że spełniają wymagania ścisłości historycznej, a wysuwanie pretensji z tego powodu jest bezpodstawne. Sienkiewicz, podając w „Panu Wołodyjowskim” przebieg rozmowy między Sobieskim a Azją Tuhajbejowiczem bynajmniej nie zapewniał, że taka rozmowa się odbyła ani że jakiś Azja w ogóle istniał.

Nie można zaprzeczyć, że zdarzają się wypowiedzi filozoficzne bądź artystyczne, odczuwane przez wielu ludzi jako przedstawiające jakieś prawdy, ale jest to coś innego niż prawdy naukowe, czyli twierdzenia udowodnione.

Należy przyznać, że nawet w nauce uzyskanie zupełnego dowodu jakiegokolwiek twierdzenia jest niemożliwe. Wyjątek zdają się w tym stanowić logika i matematyka ale tylko pozornie, ponieważ są to nauki abstrakcyjne, a dowodzenie w nich wszelkich twierdzeń polega jedynie na poprawności operacji formalnych. Natomiast w naukach konkretnych dowody twierdzeń są zawsze obarczone błędami obserwacji i pomiarów, i conajwyżej można dążyć do ich zmniejszenia.

Można więc powiedzieć, że naukowość polega na udowadnianiu twierdzeń w stopniu osiągalnym w aktualnym stanie nauki. Innymi słowy, podstawowym warunkiem przynależności do nauki – w odróżnieniu od filozofii i sztuki – jest poczuwanie się do obowiązku udowodnienia prawdziwości wypowiedzi.

Jest zrozumiałe, że nauka dąży do posługiwania się wyłącznie informacjami wiernymi, gdyż tylko takie mogą prowadzić do zupełnych dowodów prawdziwości twierdzeń. Wszelako, wspomniane powyżej trudności sprawiają, że w nauce nie brak też informacji fałszywych (nie mówiąc już o pozornych). Nie są one jednak kłamstwami, jeżeli naukowiec zaznaczy, że nie są to informacje wierne, czyli – jak o tym już była mowa – uzupełni informacje fałszywe metainformacjami wiernymi.

Na przykład, gdy naukowiec prowadzi na wykresie krzywą na podstawie punktów otrzymanych z pomiarów, to krzywa ta jest zmyśleniem, powstałym w jego wyobraźni. Nie będzie to jednak sprzeczne z naukową rzetelnością, jeżeli na wykresie zostaną zaznaczone również punkty pomiarowe, ujawniając czytelnikowi odchylenia miedzy nimi a poprowadzoną krzywą.
Tego rodzaju kłopoty z prawdą występują wewnątrz nauki. Poza tym jednak nauka miewa też kłopoty natury zewnętrznej, o czym będzie mowa w następnym rozdziale.

4. Prawo do prawdy w nauce

Do niedawna – w skali dziejów – naukowcy byli ludźmi niezależnymi. Mogli stawiać i rozwiązywać problemy, jakie chcieli. Dla kogo to robili? Przede wszystkim dla własnej satysfakcji z wykrywania nieznanych dotychczas prawd, ale ponadto pragnęli uznania ze strony innych naukowców, toteż przekazywali im swoje prace w drodze korespondencji, przedstawiali swoje osiągniecie na zebraniach towarzystw naukowych organizowanych do takich celów, i wreszcie publikowali je w czasopismach naukowych, których liczba szybko wzrastała. W ten sposób utarło się przeświadczenie, że wiedza naukowa jest dobrem przeznaczonym dla każdego, kto zechce się z nią zapoznać i z niej korzystać.

Biorąc to pod uwagę można określić wiedzę naukową jako zbiór udostępnionych twierdzeń i ich dowodów. Aby być naukowcem, trzeba więc spełniać trzy warunki: l) formułować nowe twierdzenia, 2) podawać ich dowody, 3) twierdzenia te i ich dowody udostępniać w sposób ścisły i zrozumiały przez ich opublikowanie.

Z powstaniem uniwersytetów naukowcy utrzymywali się przeważnie z wynagrodzenia za wykłady, co nie zmniejszało ich niezależności, ponieważ uniwersytety były instytucjami samorządnymi, a w nich sami naukowcy byli samorządni, na wykładach przedstawiali własne dociekania lub referowali cudze, a jedynymi osobami, które się tym interesowały, byli studenci kompletujący sobie swobodnie program studiów według tematyki zapowiedzianej przez wykładowców.

Zaczęło się to zmieniać, gdy zadaniem uniwersytetów stawało się kształcenie do określonych zawodów, do których były dostosowane obowiązkowe programy studiów. Ograniczało to swobodę naukowców o tyle, że w swoich wykładach musieli przedstawiać wiedzę potrzebną do danego zawodu, a nie wiedzę przez nich samych stworzoną lub najbardziej ich interesującą.

O wiele bardziej radykalne zmiany nastąpiły, gdy się okazało, że badania naukowe mogą być przedsięwzięciem bardzo rentownym i odgrywającym doniosłą rolę w technice, gospodarce, wojskowości, medycynie itp. Wówczas zaczęto tworzyć instytuty naukowe, których zadaniem było prowadzenie badań naukowych do określonych celów. Ograniczyło to znacznie swobodę naukowców w wyborze problemów i publikowania osiągniętych wyników, co jest zrozumiałe wobec faktu, że pracodawca, którym było wielkie przedsiębiorstwo a nawet państwo, mógł odmówić finansowania badań uznanych za nie interesujące. Stan taki przetrwał do dzisiejszych czasów.

W wyniku wspomnianych przemian naukowcy popadli w rozmaite sploty demoralizujących zależności, wśród których dla uproszczenia, można rozróżnić mikrozależności i makrozależności.

Jako mikrozależności będziemy tu określać bliskie zależności, np. od dyrekcji instytutu lub od innych naukowców. Sprzeciwienie się im w imię prawdy naukowej może stać się grobem kariery w tym zawodzie. Skrytykowanie publikacji innego naukowca zostaje przezeń uznane za akt osobistej wrogości. Wydanie negatywnej opinii o czyjejś rozprawie doktorskiej może spowodować, że jej promotor zemści się na takim opiniodawcy dyskwalifikując rozprawę jego własnego doktoranta. Łatwo powstają kliki uprawiające „klakierstwo”, „cmokierstwo” wychwalające mierne prace swoich członków, oraz „gwizdactwo” ośmieszające wartościowe prace członków kliki konkurencyjnej. Rzecz jasna, są to już objawy zjawisk patologicznych w nauce.

Jeszcze większą rolę jednak odgrywają makrozależności, czyli zależności naukowców od doktryn, polityki rządowej, nastrojów społeczeństwa itp.

Aby wyjaśnić, o co tu chodzi, weźmy pod uwagę historię. Normalnie, każda nauka powinna prowadzić badania zjawisk przeszłych po to, żeby ich wyniki były przydatne do wpływania na zjawiska przyszłe. Dzięki temu prawdy odkryte np. w fizyce mogą być wykorzystane w konstruowaniu urządzeń technicznych, jak mosty, samoloty, czy elektrownie.

Tymczasem historycy nie dążą do wykrywania praw rządzących dziejami (a próby tego rodzaju określają lekceważąco jako „historiozofię”), ograniczając się do ustalania drobnych faktów, nie interesując się przeszłością ani teraźniejszością (co możnaby jeszcze uzasadnić definicją historii jako nauki o dziejach przeszłych, choć doprawdy nie ma powodu, dlaczego nie miałaby to być nauka o dziejach w ogóle), ani nawet przeszłością „bliską”. To ostatnie historycy uzasadniają niedostępnością wielu dokumentów politycznych zwalnianych z archiwów dopiero po określonym czasie, ale jasne jest, że w istocie chodzi tu o nienarażanie się jeszcze żyjącym byłym politykom, lub wręcz o zakazy czynnych jeszcze polityków. Tak pojmowana historia jest raczej działalnością służebną, niż nauką. A już cechy patologiczne ma historia zmyślająca lub przekraczająca fakty.

Jako inny przykład można przytoczyć protesty rozmaitych organizacji z nieprawdziwego zdarzenia tudzież felietonistów usiłujących epatować horrorami swoich czytelników przeciwko badaniom z zakresu atomistyki, inżynierii genetycznej itp., z uzasadnieniem, że spowodują one katastrofalne skutki dla ludzkości.

Tymczasem, podobnie jak toksykologowie rozwijając naukę o truciznach nie spowodowali trucia ludzi, tak samo żadni naukowcy nie nakazywali rzucania bomb atomowych, ani niszczenia naturalnego środowiska człowieka. Tego rodzaju nakazy wychodzą zawsze od polityków. Wspomniane protesty stawiają sprawę tak, jak gdyby władcy postępowali jak dzieci, które użyją niezwłocznie wszystkiego, co im umożliwi nauka, na którą też spada za to odpowiedzialność.

Marian Mazur
http://www.autonom.edu.pl

Konieczne kłamstwa, proste prawdy – Daniel Goleman

Link do skanu na mega

Kilka fragmentów na zachętę z książki. Jest w niej bardzo wiele na temat samooszukiwania siebie i nawet nie zdawania sobie z tego sprawy oraz jakie są tego konsekwencje.

Wprowadzenie

Trudno mi sformułować temat niniejszej książki, mimo że traktuje ona o czymś, co jest nam wszystkim bardzo bliskie. Trudność polega na tym, że nie dysponujemy słowami, które precyzyjnie określałyby, o co mi chodzi. To między innymi sprawia, że tak mnie intryguje ten temat – istnieją, zdaje się, ważne fragmenty naszego życia, które są dla nas w pewnym sensie białymi plamami; dziurami w przeżywaniu, zamaskowanymi brakami w słownictwie. Z tego, że są rzeczy, których nie doznajemy, zdajemy sobie sprawę jedynie bardzo mgliście albo wcale.
Właśnie te białe plamy w przeżywaniu są moim tematem.
Niemożność uprzytomnienia sobie pewnych aspektów naszego życia wydaje się spowodowana przyczynami leżącymi głęboko w naszej jaźni. Jej rezultatem jest niezdolność do zwrócenia uwagi na pewne zasadnicze aspekty otaczającej nas rzeczywistości, przez co powstają luki w tym strumieniu świadomości, który w każdym momencie określa nasz świat.
Tak więc moim tematem jest to, jak postrzegamy, a może bardziej jak nie postrzegamy tego, co uchodzi naszej uwagi.
Innymi słowy, ten fragment, który nie dociera do świadomości. Dziura w postrzeganiu. Sprawy wymazane gumką z karty postrzegania.
Tę niezdolność widzenia rzeczy takimi, jakimi rzeczywiście są, można metaforycznie nazwać „ślepą plamką”. W anatomii ślepą plamką (ściślej: ślepą plamką Mariotte’a [Edme Mariotte (1620-1684), francuski fizyk, zajmował się optyką i badaniami właściwości gazów i cieczy. W 1666 r. wykrył istnienie ślepej plamki w oku, ponadto w 1676, niezależnie od R. Boyle’a, podał prawo określające zachowanie gazów w stałej temperaturze, znane jako prawo Boyle’a-Mariotte’a.]) nazywa się lukę w polu widzenia, wynikłą z budowy oka.
Na dnie każdej gałki ocznej znajduje się fragment siatkówki, pozbawiony komórek światłoczułych (wyściełających całą resztę siatkówki), a więc niewrażliwy na bodźce świetlne, utworzony przez tarczę nerwu wzrokowego, czyli miejsce, w którym zbierają się wszystkie włókna nerwowe wewnętrznej warstwy neuronów siatkówki i przechodzą w nerw wzrokowy. W rezultacie w informacjach dostarczanych do mózgu jest luka dotycząca tego fragmentu pola widzenia. Ślepa plamka nie rejestruje niczego.
Zwykle ten brak danych jest kompensowany informacjami z drugiego oka. Tak więc zazwyczaj nie dostrzegamy naszych ślepych plamek. Ale kiedy zamkniemy jedno oko, ślepa plamka ujawni się. Aby dostrzec swoją ślepą plamkę, zamknij czytelniku lewe oko, przytrzymaj książkę przed sobą w wyciągniętej prawej ręce i skup wzrok na krzyżyku. Bardzo powoli zbliżaj książkę do oka i oddalaj z powrotem. Gdzieś w odległości od dwudziestu pięciu do czterdziestu centymetrów od oka będziesz miał złudzenie, że kropka znikła [Warto zwrócić uwagę, że w momencie kiedy czarna kropka „znika”, wychodzi na jaw „oszustwo” naszego mózgu – o czym autor nie wspomina. Otóż zamiast czarnej kropki nie zobaczymy „dziury” w polu widzenia, nie zobaczymy „miejsca, w którym nic nie ma”. Zobaczymy papier. Mózg wypełni „dziurę” informacjami z sąsiedztwa. Jeszcze wyraźniej można się o tym przekonać, jeśli przerysuje się kropkę i krzyżyk na kolorową kartkę i powtórzy eksperyment.].

krzyzyk i kółko
Dostrzeżenie własnej ślepej plamki jest bardzo pouczające: przeżycie to dostarcza konkretnej analogii dla znacznie subtelniejszych zjawisk psychicznych.
Pozwólcie, że przedstawię kilka przykładów takich zjawisk, zaczerpniętych z rozmaitych sfer życia. Wszystkie one zdają się świadczyć o istnieniu schematu, którym będę się tutaj zajmował.
Weźmy przykład kobiety, która w trakcie psychoterapii przypomina sobie, iż kiedyś, jako pięcioletnie dziecko, słyszała, że jej matka płacze w nocy. To wspomnienie zaskakuje kobietę, zupełnie nie pasuje do jej świadomych wspomnień z tamtych czasów. Był to okres wkrótce po wyprowadzeniu się ojca z domu. Matka wtedy wydzwaniała do niego błagając, żeby wrócił, jednakże w obecności dziewczynki utrzymywała pozory zupełnie innego stanu uczuciowego – zaprzeczała, że brakuje jej męża, i sprawiała wrażenie osoby beztroskiej i nie przejmującej się sytuacją: „Przecież dobrze nam razem tylko we dwie, prawda?”.
Córka pojęła, że o smutku matki się nie wspomina. Ponieważ matka ukrywała te uczucia, jej córka także miała je stłumić. Wielokrotnie słyszała wersję na temat rozwodu, odpowiadającą wizerunkowi, jaki jej matka pragnęła stworzyć; opowieść przerodziła się w pamięci dziewczynki w niezbity fakt. Takie niepokojące wspomnienia, jak matka płacząca w nocy, zbłakły w pamięci i skryły się w jej zakamarkach, by ujawnić się wiele lat później w trakcie psychoanalizy.
Temat katastrofalnego wpływu skrywanych tajemnic na ludzkie życie jest tak częsty w literaturze, iż wskazuje na powszechność przeżyć tego rodzaju. Opiera się na nim historia Edypa, podobnie jak fabuła powieści Forda Madoxa Forda pt. The Good Soldier, czy też niektóre sztuki Ibsena. Ibsen nazwał tego rodzaju tajemnicę, czyli taki mit rodzinny, który zastępuje niezbyt wygodną prawdę, „zakłamaniem” albo „życiowym kłamstwem” [W oryginale: vital lie (użyte także w tytule niniejszej książki), co oznacza „kłamstwo konieczne po to, by żyć”. Zwrot ten pochodzi z angielskiej wersji Dzikiej kaczki Henryka Ibsena (w innym angielskim przekładzie używa się słowa life-illusion, „złudzenie, na którym opiera się życie”). W polskim tekście Dzikiej kaczki, w przekładzie Jacka Friichlinga (z autoryzowanego tekstu niemieckiego – sic!) brzmi to bądź ,.życiowe kłamstwa” (Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1988; Zysk i S-ka, Poznań 1994), bądź – „życiowe zakłamanie” (Wyd. KAMA, Warszawa 1994). W związku z tym w tekście będę używał obu tych sformułowań. Natomiast w tytule, na życzenie wydawcy, użyto zwrotu „konieczne kłamstwa”.].
Takie życiowe kłamstwo to coś często spotykanego. Oto pewien psychiatra relacjonuje wypowiedź kobiety, zasłyszaną na jakimś przyjęciu’.
Czuję się bardzo blisko związana z rodziną. Kochają mnie i okazują to. Kiedy nie zgadzam się z matką, potrafi rzucić we mnie czymś, co ma pod ręką. Pewnego razu trafił jej się nóż i trzeba było mi założyć dziesięć szwów na nodze. Kilka lat później ojciec chciał mnie udusić, bo zaczęłam chodzić z chłopakiem, który mu nie przypadł do gustu. Naprawdę bardzo się o mnie troszczą.
Mechanizm zaprzeczania, widoczny jak na dłoni w powyższym przykładzie, to niezawodny wskaźnik zakłamania. Kiedy brutalność faktów jest zbyt oczywista, by je zignorować, zmienia się ich wymowę. Kłamstwo pozostaje nie zdemaskowane dzięki przemilczeniom, wykrętom, zaprzeczaniu w żywe oczy, w czym solidarnie uczestniczy cała rodzina. Zmowę podtrzymuje odwracanie uwagi od przerażających prawd albo owijanie ich w bawełnę, żeby się można było z nimi pogodzić. Pewien terapeuta zajmujący się rodzinami z takimi problemami, jak stosunki kazirodcze lub alkoholizm, w następujący sposób opisuje funkcjonowanie życiowego zakłamania:
Bagatelizuje się wszelkie aluzje do prawdziwej natury problemu, wyśmiewa się je, pokrętnie wyjaśnia, nie nazywa się rzeczy po imieniu. Ogromną rolę w bagatelizowaniu tego, co się naprawdę dzieje, odgrywa język, czyli słowa. By ukryć rzeczywistą naturę zjawisk, nagminnie używa się eufemizmów. Określenia: „lubi wypić”, małżeńskie
„Nieporozumienie” lub „surowa dyscyplina” mogą oznaczać alkoholizm, bicie żony lub maltretowanie dzieci. Mówi się o „drobnym wypadku” w celu wytłumaczenia siniaków i złamań, gdy mamy do czynienia z przemocą w rodzinie. Twierdząc: „zaszkodziło mu”, usprawiedliwia się zachowanie po nadużyciu alkoholu.
Pewien człowiek, którego ojciec był alkoholikiem, ujął to tak: „W naszej rodzinie obowiązywały dwie wyraźne reguły: pierwsza, że wszystko jest w porządku, i druga, że nikomu ani słowa”.
A oto przykład innego rodzaju. Jesse Jackson [ (ur. 1941), amerykański polityk znany z działalności na rzecz Murzynów, wybitny mówca. Bez powodzenia starał się o nominację Partii Demokratycznej na kandydata w wyborach prezydenckich w USA w latach 1984 i 1988.], wspominając dzieciństwo w Karolinie Południowej, opowiada następującą historię o spotkaniu z mężczyzną imieniem Jack, białym właścicielem miejscowego sklepiku spożywczego.
Tego dnia śpieszyłem się wyjątkowo, ponieważ przed sklepem czekał na mnie mój dziadek, który dał mi parę groszy na herbatniki czy coś innego. Wewnątrz znajdowało się ośmiu czy dziesięciu czarnych, a ja powiedziałem: „Jack, poproszę herbatniki”. On w tym czasie kroił mortadelę czy coś tam. Zagwizdałem, żeby zwrócić jego uwagę. Nagle rzucił się na mnie z pistoletem. Wycelował w głowę i powiedział: „Nigdy więcej na mnie nie gwiżdż!”. Moją uwagę zwróciło to, że pozostali czarni w sklepie zachowywali się tak, jakby tego nie widzieli. Krzątali się wśród półek. Strach głęboko zapuścił w nich korzenie. Ja bałem się nie tyle pistoletu, ile tego, co zrobi mój ojciec. Wrócił właśnie z frontu drugiej wojny światowej, wiedziałem, że jest porywczy, a na dodatek miał umysł otwarty dzięki kontaktowi z Europą w czasie wojny. Narastał w nim sprzeciw wobec panującego systemu. Wiedziałem, że jeśli ojciec się o tym dowie, to albo zabije Jacka, albo sam zginie. Tak więc stłumiłem to przeżycie. Dopiero wiele lat później wyszło na jaw. Ale tak się żyło w naszej „strefie okupowanej”.
W pewnym sensie drugą stronę medalu przedstawia Barney Simon, południowo-afrykański dramaturg, kiedy snuje refleksje na temat niewypowiedzianych prawd o apartheidzie. Jeśli w Ameryce Północnej Murzyni tłumią gniew przeciwko białym, to w Afryce Południowej biali muszą tłumić ciepłe uczucia wobec czarnych.
Wszyscy biali mieszkańcy Afryki Południowej mieli w dzieciństwie murzyńskie nianie. Pamiętam tę, która służyła u nas w domu, Rose… Pierwsze kilka lat życia spędza się na plecach czarnej kobiety. Spędza się je z policzkiem przytulonym do jej karku. Słucha się jej piosenek, jej języka. Chodzi się z nią do parku i siaduje wśród innych czarnych – jak ona – kobiet. Wchodzi się do jej pokoju i może nawet zastaje tam jej kochanka. Poznaje się nawzajem, blisko, intymnie. Ale w końcu przychodzi moment,  kiedy Afryka Południowa mówi ci, że ta bliskość jest czymś wstrętnym, jest zbrodnią, gorzej niż zbrodnią – grzechem. Każe ci się wyrzucić z pamięci to, czego się dowiedziałeś.

Historia wojen i wojskowości to bogata kopalnia przejawów tego, co próbuję uchwycić, weźmy na przykład wypadki jawnej odmowy przyjęcia do wiadomości prawdy.

•   W czasie pierwszej wojny światowej, na tydzień przed pierwszym niemieckim atakiem gazami bojowymi, pewien niemiecki dezerter przyniósł ostrzeżenie, że taki atak ma nastąpić. Pokazywał nawet ochronne maski, które zostały wydane siłom niemieckim. Francuski dowódca uznał doniesienie za absurdalne i zmyl głowę łącznikowi za to, że zameldował się z pominięciem drogi służbowej.
•   W czasie drugiej wojny światowej doniesiono Hermannowi Goringowi, że nad jednym z miast niemieckich zestrzelono aliancki myśliwiec, pierwszy, który znalazł się tak daleko od linii frontu. Oznaczało to, że alianci dysponują nowym myśliwcem dalekiego zasięgu, będącym w stanie konwojować bombowce nad terytorium Niemiec. Góring, który sam był pilotem, „wiedział”, że to niemożliwe. Jego odpowiedź brzmiała: „Stwierdzam stanowczo, że Akwizgran znajduje się poza zasięgiem myśliwców amerykańskich… W związku z powyższym oficjalnie rozkazuję, że ich tam nie było”.
•   Podczas tej samej wojny, w dniu rozpoczęcia ofensywy niemieckiej na Związek Sowiecki, jednostka ochrony pogranicza wysłała meldunek do kwatery głównej: „Znajdujemy się pod ostrzałem. Co mamy robić?”, na co dowództwo odpowiedziało: „Chyba zwariowaliście”.

Następny z kolei przykład, tym razem na znacznie większą skalę, znajdziemy, jeśli rozważymy los ludzkości. „Światowe zapasy broni atomowej – stwierdzono w jednym z artykułów «The Wall Street Journal» – narastają w tempie jednego miliona dolarów na minutę, obecnie liczba głowic przekracza pięćdziesiąt tysięcy”. Równocześnie – według danych Światowej Organizacji Zdrowia – pięćdziesiąt milionów dzieci umiera rocznie z powodu biegunki, największego zabójcy na świecie – a tak łatwego do opanowania za pomocą najprostszych środków higienicznych i przez poprawę odżywiania.
Psychiatrzy ukuli termin „atomowe odrętwienie” na określenie tej masowo obserwowanej niezdolności do odczuwania strachu, gniewu i buntu, adekwatnych do sytuacji, w jaką ludzkość wpędził wyścig zbrojeń. Ludzie zachowują się tak, jakby aplikowali sobie środki znieczulające, jakby niebezpieczeństwo było zbyt ogromne, by się nim przejąć.
Lester Grinspoon, psychiatra, zauważa, że w ramach „atomowego odrętwienia” ludzie „odmawiają przyjmowania informacji, które mogłyby sprawić, że mgliste lęki staną się wystarczająco konkretne, by wymagać od człowieka stanowczego działania”, a także „świadomie unikają wyciągania wniosków z informacji, które do nich dotarły”. Innymi słowy, traktują ten problem, problem nas wszystkich, jakby dotyczył kogoś innego.
Przytoczone przykłady pokazują, jak skutecznie wypaczone postrzeganie może ukrywać bolesną prawdę. We wszystkich cytowanych opisach mamy do czynienia z uspokajaniem przemożnych obaw poprzez wypaczenie postrzegania rzeczywistości.
Postrzeganie to gromadzenie informacji niezbędnych do przeżycia. Niepokój (lęk) to reakcja, która pojawia się, gdy informacje kwalifikowane są jako oznaki zagrożenia. Najciekawsze jest to, że możemy użyć postrzegania do zaprzeczenia zagrożeniu, do łagodzenia niepokoju.
Takie samooszukiwanie się może być pod wieloma względami użyteczne. Pod innymi – nie.
W Związku Sowieckim każde czasopismo miało własnego cenzora. Ale dziennikarze i redaktorzy rzadko mieli do czynienia ze skreśleniami cenzury, pisząc bowiem automatycznie wykonywali robotę za cenzora, z góry przyjmując jego wymagania. Lew Poliakow, rosyjski emigrant, który pracował jako fotoreporter w Związku Sowieckim, opowiada o swoich odwiedzinach w pewnym miasteczku nad Morzem Kaspijskim, gdzie przyjechał jako wysłannik czasopisma dziecięcego. W mieście znajdowały się dwie duże instytucje: ośrodek naukowy i obóz pracy przymusowej. Przyjął go tam miejscowy funkcjonariusz partyjny i powiedział: „Słuchaj, ty jesteś zapracowany i ja jestem zapracowany. Ułatwmy sobie nawzajem robotę. Jak tylko zobaczysz drut kolczasty, po prostu odwróć się do niego plecami i dopiero wtedy rób zdjęcie”.
Inny fotograf-emigrant, Lew Nisniewicz, sfotografował głosowanie w Związku Pisarzy. W kadrze znalazł się agent KGB, który pilnie obserwował, jak członkowie związku głosują. Zdjęcie opublikowano w szeroko czytanej „Litieraturnoj Gazietie”, jednakże postać agenta odcięto, zostali tylko głosujący pisarze, trzymający w górze swoje mandaty. Obraz nasuwał myśl o spontanicznym entuzjazmie, nie dając żadnej wskazówki o innych siłach, które wtedy miały wpływ na członków związku.
Wypadki takiej ewidentnej cenzury są łatwe do rozpoznania. Ale zmiany, jakie zachodzą w naszej świadomości, nie są łatwe do uchwycenia. Niemniej jednak przykład z wykadrowanym zdjęciem jest wyjątkowo trafny jako metafora tego, co się dzieje w naszej psychice. To, na co zwracamy uwagę, znajduje się wewnątrz ram naszej świadomości, to, co zostaje odcięte – znika.
Rama obrazu prowadzi nasz wzrok ku temu, co jest przez nią otoczone, a odwraca od tego, co na zewnątrz. Określa, co jest obrazem, a co nie. Dobra rama tworzy margines, który stapia się z obrazem w ten sposób, że zauważamy tylko to, co jest oprawione, a nie samą ramę.
Podobnie jest z uwagą. To ona określa, co zauważamy, ale jest tak wyrafinowana, że z rzadka tylko uświadamiamy sobie, w jaki sposób zauważamy. Uwaga stanowi ramę wokół tego, co przeżywamy.
Ram się na ogół nie zauważa – z wyjątkiem może pozłacanych barokowych potworności. Ale tak samo jak zła rama kłóci się z oglądaniem, rujnuje obraz, tak zniekształcona uwaga wypacza nasze przeżywanie i wstrzymuje działanie.
Wykoślawiona świadomość może prowadzić do katastrofy. Dyżurnym tematem greckiej tragedii antycznej jest łańcuch fatalnych przypadków, rozpoczęty przez niewielką wadę percepcji na wstępie. Filozof społeczny Hannah Arendt wiele pisała o tym, jak mieszanina oszukiwania samego siebie i wolnej woli pozwala nam wyrządzać zło w przekonaniu, że czynimy dobro.
Skłonność do uśmierzania bólu za pośrednictwem zniekształcania uwagi może być niedomaganiem, na co współczesna wrażliwość jest szczególnie podatna. John Updike w swoim artykule o Kafce formułuje to celnie:

„Stulecie, które minęło od urodzenia Franza Kafki, charakteryzowało się ideą «modernizmu» – świadomością nowości, która pojawiła się w dziejach jako coś nowego. W sześćdziesiąt lat po swojej śmierci Kafka ucieleśnia jeden z przejawów tej modernistycznej mentalności: doznanie lęku i wstydu, nie wiadomo skąd się biorące, a więc niemożliwe do ukojenia; poczucie, że wszystko jest nieskończenie trudne, pętające wszelką aktywność; te wrażenia są tak dojmujące i bolesne, jakby system nerwowy odarty ze swoich dawnych osłon konwenansów społecznych i wierzeń religijnych rejestrował każde poruszenie jako dotkliwy cios”.

Ślepe plamki szczególnie kuszą umysły nadwrażliwe na ból. Oferują łatwą pociechę w obliczu bolesnych faktów zarówno wtedy, kiedy źródło owego bólu jest głęboko wewnętrzne, jak na przykład wspomnienia dziecięcej krzywdy albo poranna sprzeczka z małżonkiem, jak i wówczas, gdy jest ono publiczne – tortury i morderstwa popełniane przez dyktatorskie reżimy albo też groza wojny atomowej.
Jakieś filtry selekcjonujące postrzeganie są bezwzględnie konieczne, choćby ze względu na ogromny potok informacji, który w każdym momencie dociera do naszych zmysłów. Kora mózgowa, najnowsza część ludzkiego mózgu, większość swojej energii poświęca na wybieranie z tego potoku. „Prawdę mówiąc – twierdzi neurofizjolog Monte Buchsbaum – filtrowanie czy też radzenie sobie z tym ogromnym nadmiarem informacji, jakim ludzkie oczy, uszy i inne organy zmysłów obciążają ośrodkowy układ nerwowy, jest jednym z głównych zadań kory mózgowej”.
Postrzeganie jest wyborem. Odsiewanie informacji jest więc korzystne. Ale właśnie ta sprawność mózgu czyni go podatnym na deformację tego, co dociera do świadomości po odrzuceniu reszty. Buchsbaum posuwa się do twierdzenia, że różnice między ludźmi, w związku z tym, co odsiewają,

„prowadzą do tego, że różne osoby tworzą w swej świadomości całkowicie odmienne obrazy zewnętrznego środowiska, w zależności od tego, jakie nastawienie towarzyszy procesowi przyjmowania i odrzucania sygnałów zmysłowych”.

Skuteczność sposobów, prowadzących do wypaczenia naszego postrzegania, ma daleko idące skutki. Jak ujął to William James: „Moje przeżycia są tym, w czym zgodziłem się uczestniczyć. Tylko to, co zauważam, kształtuje mój umysł”. Ale dodaje też: „Bez selekcji, którą kieruje zainteresowanie, nasze doświadczenie byłoby jednym wielkim chaosem”. Według Jamesa uwaga jest aktem woli, wybór tego, co zostanie przyswojone przez umysł, jest wyborem świadomym. Według Freuda tymczasem uwagę kształtują siły psychiki nieświadomej, krainy znajdującej się poza zasięgiem dyktowanych wolą decyzji.
Obaj, James i Freud, mieli częściowo rację. Uwagę modyfikują zarówno siły świadome, jak i nieświadome. Niektóre z nich nie szkodzą nam, na przykład ograniczenia pojemności, ustanowione przez konstrukcję psychiki. Niektóre mają dla nas zasadnicze znaczenie, jak skłonność do zwracania uwagi na bodźce najsilniejsze i aktualne. Inne modyfikacje uwagi – co postaram się wykazać – mogą się obracać przeciwko nam. Najważniejszą z nich jest samooszukiwanie się spowodowane wymianą typu „coś za coś” między lękiem a uwagą.

HANDEL WYMIENNY

Wymiana, polegająca na tym, że płacimy zniekształceniem świadomości za poczucie bezpieczeństwa, stanowi – w moim przekonaniu – zasadę, wokół której skupia się ludzka aktywność w rozmaitych dziedzinach i na wielu poziomach organizacji życia. Moim zamiarem jest naszkicować to powiązanie między uwagą a lękiem, które uznaję za element skomplikowanej sieci wplecionej w funkcjonowanie mózgu, strukturę naszej psychiki i tkankę życia społecznego.
Pragnę się skoncentrować na tym, w jaki sposób napływają informacje i jak ten potok jest zniekształcany przez współgranie bólu i uwagi. Dostrzeżenie związku między bólem a uwagą nie jest osiągnięciem nowym. Freud dawno temu rozpracował go z właściwą sobie błyskotliwością. Jednakże współczesne badania i poglądy, zwłaszcza w dziedzinie przetwarzania informacji, oferują bardziej dopracowaną koncepcję wewnętrznej dynamiki procesów psychicznych, koncepcję, którą daje się rozciągnąć na funkcjonowanie życia grupowego i rzeczywistości społecznej.
Ani Freud, ani żaden inny współczesny mu badacz psychiki ludzkiej nie byli w stanie dokonać tego przeskoku na wyższe poziomy organizacji, ponieważ dopiero w ostatnich dekadach psychologia poznawcza wypracowała model funkcjonowania umysłu, model, dużo bardziej szczegółowy i oparty na znacznie solidniejszych podstawach, niż to było w przeszłości. Model ten pozwala nam wreszcie pojąć, jak kształtuje się nasze przeżywanie i jakie ukryte siły rzeźbią osobistą i społeczną rzeczywistość.
Obszar rozciągający się od mechanizmów psychicznych do funkcjonowania życia społecznego to dziedzina, w którą będziemy się zagłębiać w tej książce. Nasza podróż rozpocznie się jednakże na poziomie znacznie bardziej podstawowym: od układu funkcjonalnego odczuwania bólu przez nasz mózg. Na poziomie neurofizjologii kryje się podstawowy model tego handlu wymiennego między bólem a uwagą. Mózg, jak się przekonamy, dysponuje zdolnością znoszenia bólu poprzez maskowanie jego żądła, ale za cenę ograniczenia pola świadomości.
Ta sama zasada powtarza się na każdym następnym poziomie zachowań ludzkich: w mechanizmach psychicznych, w strukturze charakteru, w życiu zbiorowym, w społeczeństwie. W każdej z tych sfer rodzaj „bólu”, który jest odgradzany od świadomości, staje się coraz bardziej wyrafinowany, od stresu i lęku, przez bolesne tajemnice do zagrażających bądź niewygodnych faktów z dziedziny życia społecznego.
Podsumowując, moje tezy obracają się wokół następujących przesłanek:
•   Psychika aktywnie chroni samą siebie przez przytępianie uwagi.
•   Mechanizm ten wytwarza ślepą plamkę: strefę wyłączonej uwagi i samooszukiwania
się.
•   Ślepe plamki istnieją na każdym z głównych poziomów organizacji zachowań ludzkich, od psychicznego do społecznego.

Niniejsza książka podzielona jest na sześć części. Pierwsza z tych części to zarys handlu wymiennego między uwagą a bólem, pokazujący tę współzależność na poziomie funkcjonowania mózgu i sposobu, w jaki psychika radzi sobie z lękiem i stresem. Neurofizjologiczne mechanizmy tej wymiany wykorzystują wytwarzane w mózgu substancje z grupy opioidów, „morfiny mózgowej”, która osłabia wrażenie bólu i przytępia uwagę. Analogią tego fizjologicznego handlu jest mechanizm psychologiczny polegający na łagodzeniu lęku przez stępienie uwagi.
Część druga wypracowuje model funkcjonowania psychiki. Jego zadaniem jest ukazać mechanizmy umożliwiające ów handel wymienny między uwagą a bólem. Przedstawione są tu dwie zasadnicze koncepcje: pierwsza głosi, że nieświadomość odgrywa zasadniczą rolę w funkcjonowaniu psychiki, a druga – że umysł upakowuje informacje w „schematy poznawcze” czy „szablony”, coś w rodzaju kodu reprezentującego doświadczenie życiowe. Schematy poznawcze operują poza naszą uwagą, w nieświadomości. Ich zasadnicze zadanie polega na kierowaniu świadomości (uwagi) w stronę bodźców w danym momencie najistotniejszych, a ignorowaniu reszty. Jednakże gdy na schematy te ma wpływ lęk przed informacjami bolesnymi – tworzą się „ślepe plamki” w uwadze.
Część trzecia pozwala nam ujrzeć psychiczne mechanizmy obronne – te sztandarowe przykłady samooszukiwania się – w nowym świetle płynącym z przedstawionego modelu funkcjonowania umysłu. Część ta w nowy sposób przedstawia procesy psychiczne, kształtowane powiązaniami między uwagą a schematami poznawczymi, i ukazuje jak – poprzez samą strukturę psychiki – niedostrzeganie bolesnych prawd chroni nas od lęku.
Gdy takie łagodzenie bólu przez niedostrzeganie bolesnych prawd stanie się nawykiem, wówczas zaczyna wpływać na charakter człowieka. W części czwartej przyjrzymy się, w jaki sposób nawyki unikania lęku wskutek przytępienia uwagi są przekazywane z rodziców na dzieci. W trakcie kształtowania się osobowości zaczynają dominować określone zestawy mechanizmów obronnych, a wraz z nimi „ślepe plamki” i wynikające z tego samooszukiwanie się.
Część piąta opisuje życie w grupie, używając przykładu elementarnego – rodziny. Pokazuje, w jaki sposób wspólne schematy poznawcze dyrygują dynamiką procesów zachodzących w grupie. Odbywa się tu ten sam handel wymienny „ból-uwaga”, wykrawając „ślepe plamki” w zbiorowym polu widzenia grupy.
W części szóstej korzystamy z tego samego modelu, by rozpoznać społeczną konstrukcję rzeczywistości. Wspólne schematy poznawcze funkcjonują w życiu społecznym, tworząc „uzgodnioną” rzeczywistość. Ta rzeczywistość społeczna jest usiana „dziurami informacyjnymi”, którym zaprzecza się na mocy cichej zmowy. Łatwość powstawania takich społecznych „ślepych plamek” wynika z budowy umysłów poszczególnych jednostek. Ceną, jaką płaci za to społeczeństwo, są kolektywne złudzenia.
Nasza wyprawa to wyprawa zwiadowcza. Dokonamy po drodze rozpoznania terenu w rozmaitych dziedzinach przeżywania. Rzucimy okiem na obszary, do których mam nadzieję powrócić, by sporządzić ich dokładniejsze mapy. Do czytelników-niespecjalistów zwracam się z prośbą o wyrozumiałość i cierpliwość dla moich wywodów. Lektura ich będzie zapewne wymagała niekiedy wysiłku. Żywię jednakże nadzieję, że pilny czytelnik zostanie wynagrodzony lepszym zrozumieniem swoich własnych przeżyć.
Fachowców, którzy wezmą do ręki tę pracę – kolegów psychologów, specjalistów teorii poznania, neurofizjologów, socjologów i wszystkich tych, w których dziedziny wkraczam – proszę, by mi wybaczyli, jeśli stwierdzą pewną skrótowość w traktowaniu ich dyscyplin. Mając tak ogromny obszar do prześledzenia mogłem tylko musnąć powierzchnię każdej mijanej okolicy. Na przykład nie byłem w stanie wprost odwołać się do prac Rubena Gura i Harolda Sackheima, psychologów, którzy interesowali się rolą samooszukiwania się w zaburzeniach psychicznych, takich jak depresja. Ja podchodzę do tego zagadnienia w sposób zbliżony, jednakże patrzę z innego punktu widzenia.
Próba ekstrapolacji, którą podjąłem – wychodząc z modelu przetwarzania informacji w umyśle i dochodząc do obszarów osobowości, funkcjonowania grupy i rzeczywistości społecznej – nie była dotychczas, z tego, co mi wiadomo, podejmowana przez nikogo innego. Tak więc formułuję tutaj konkretną hipotezę, że nasze przeżywanie jest kształtowane i ograniczane przez handel wymienny „uwaga-ból”. Ów model zachowań ludzkich na wszystkich poziomach organizacji stanowi dla mnie wielkie ułatwienie w wykonaniu zadania. Jednakże równie wielki jest mój niepokój przed prezentacją tak daleko idącej syntezy.
Ta książka nie daje łatwych odpowiedzi (podejrzewam, że ich nie ma) ani nie zapewnia miarki, którą można by zmierzyć samego siebie. Po prostu dostarcza nowej mapy do przeżywania, szczególnie uwypuklając pewne ciemniejsze miejsca. Chodzi w niej o to, jak się rzeczy mają, a nie o to, jak można temu zaradzić. Ufam, że lepsze zrozumienie psychiki, zyskane dzięki ostatnim odkryciom naukowym, umożliwi nam pełniejszy wgląd w osobistą i zbiorową mentalność.
Moją intencją było odsłonić czytelnikowi na moment zasłonę, za którą kryje się to, co dzieje się na marginesie świadomości. Ta zasłona potrafi zakryć przed nami najistotniejsze rzeczy w dziedzinach, na których nam najbardziej zależy: w naszych najgłębszych myślach, naszych najistotniejszych związkach, grupach, z którymi jesteśmy najmocniej związani, w tworzeniu naszej wspólnej rzeczywistości. Chodziło mi o to, by zasygnalizować, że te zasłony istnieją i gdzie ich należy szukać. Ale nie twierdzę, że wiem, jak najlepiej je zerwać i czy w ogóle należy je zrywać.
Kiedy stajemy przed tymi zagadnieniami, mamy do czynienia ze szczególnym paradoksem. R. D. Laing ujął to w swoim „supełku” następująco:
Zasięg naszych myśli i naszych poczynań
ograniczony jest przez to, że nie zauważamy.
A ponieważ nie zauważamy,
że nie zauważamy,
nie jesteśmy w stanie
nic zmienić,
póki nie zauważymy,
że to niezauważanie
kształtuje nasze myśli i uczynki.

George Bateson ukuł wielce adekwatne określenie. Używał słowa dormitive, aby określić pewne zaciemnienie rzeczywistości, niezdolność do widzenia rzeczy takimi, jakimi są. Słówko dormitive wywodzi się z łacińskiego dormire, oznaczającego „spać”.
„Ukradłem to słowo Molierowi – wyjaśnił mi Bateson. – W zakończeniu dzieła Mieszczanin szlachcicem jest fragment w makaronicznej łacinie, przedstawiający komiczną scenę egzaminu ustnego z medycyny. Grupa medyków pyta kandydata: «Dlaczego opium usypia ludzi?», a ten triumfalnie oznajmia: «Ponieważ, uczeni doktorzy, zawiera ono czynnik usypiający (dormitive)». To znaczy, usypia ludzi, bo ich usypia.
Ten neologizm dormitive (albo może po polsku „siła usypiativa”? – przyp. tłum.) byłby tu nadzwyczaj odpowiedni. Kradnąc z kolei słowo Batesonowi, moglibyśmy nim określić siły, które są odpowiedzialne za usypianie marginesów naszej uwagi.
W katalogu czynników, które kształtują nasze postrzeganie, szczególną moją uwagę zwracają „usypiające” ramy, te wypaczenia i skrzywienia narzucone naszej uwadze przez potrzebę bezpieczeństwa. Jeśli uda nam się dostrzec, choć na moment, ramy ograniczające nasze przeżywanie, zyskamy odrobinę więcej wolności, żeby „rozepchnąć” trochę marginesy. Okaże się wtedy, że mamy więcej do powiedzenia o tym, czy chcemy tych ograniczeń narzuconych naszemu myśleniu i działaniu.
Chciałbym w tej książce zadumać się nad naszym wspólnym położeniem: skoro tak łatwo dajemy się ukołysać do snu, jak możemy się ocknąć? Pierwszym krokiem w tę stronę, jak mi się wydaje, jest zauważyć, że śpimy.

(…)
Na ogół to nie niebezpieczeństwo jako takie, lecz groźba niebezpieczeństwa wyzwala reakcję stresową. Podstawową cechą informacji, będącej wyzwalaczem stresu, jest niepewność. Niepewność to system zdalnego ostrzegania, wyzwalacz stanu podwyższonej gotowości, kiedy trzeba sprawdzić, czy istnieje jakieś realne zagrożenie. Trzask gałązki może oznaczać lub nie, że zbliża się drapieżnik. Ale to potomkowie tych małych ssaków naczelnych, które spinały się do działania na trzask gałązki, dożyły dzisiejszych czasów i mogą o tym pisać książki.
Najogólniej biorąc, każde zdarzenie nowe, dotąd niespotykane, każda rzecz niezwykła, niesztampowa wymaga bliższego zapoznania się, niechby tylko przelotnego. Nowe to – z definicji – nieznane. Nowość to niepewność, a niepewność z kolei może być zwiastunem niebezpieczeństwa.
Mózg reaguje na rzeczy nowe podwyższoną gotowością do reakcji stresowej (choć nie wyzwalając jej jeszcze), tak na wszelki wypadek. Reakcja stresowa jest związana z uwagą podwójnym wiązaniem: wzmożona uwaga wyzwala tę odpowiedź, a ośrodki odpowiedzialne za uwagę są pobudzane przez gotowość stresową. Jeśli zagrożenie zostanie potwierdzone, rozwija się pełna reakcja stresowa. Ożywienie, które wywołują rzeczy nowe i nieznane, też wywodzi się z tego mechanizmu: zetknąwszy się z czymś nowym, organizm przygotowuje się do działania reagując stanem niewielkiego podniecenia.
Taka – powszechnie występująca u zwierząt – reakcja zwana jest „reakcją rozpoznawczą”; to kombinacja podwyższonej aktywności mózgu, pobudzonych zmysłów i wzmożonej uwagi. Spokojna czujność kota, który obserwuje ptaka, to właśnie przykład takiej reakcji. Podobnie postępuje człowiek, który zastanawia się, czy szmer za oknem to złodziej, czy kot.
Jeśli zdarzenie, które wyzwoliło reakcję rozpoznawczą, zostało zakwalifikowane jako znane, nie niosące zagrożenia (to tylko kot), mózg i ciało obniża poziom pobudzenia. Lecz jeśli informacja zostanie zakwalifikowana jako zagrożenie (złodziej!), reakcja rozpoznawcza zamienia się w reakcję stresową.
Poziom pobudzenia mózgu zależy od tego, jak duży jest rozziew między tym, co jest spodziewane, a tym, co zostaje stwierdzone. Jeżeli zdarzenie nie wykracza poza normalność, hipokamp – ośrodek w śródmózgowiu – utrzymuje pobudzenie na niskim poziomie; zdarzenie zostaje zarejestrowane, wzięte pod uwagę, ale spokojnie. Hipokamp rejestruje znajomy bodziec, nie „kłopocząc” tym reszty mózgu. Wykonuje codzienny nudny kołowrotek zajęć. Tak jego rolę opisano w jednej z publikacji:

Jeśli witamy kogoś w progu swojego domu, nie musimy świadomie obserwować ścian, framug drzwi i tak dalej, a mimo to zauważamy je nieświadomie i dostosowujemy do nich swoje zachowanie. Co innego, jeśli zdarzy się trzęsienie ziemi – wtedy natychmiast zainteresujemy się świadomie tymi dotąd nieistotnymi bodźcami.

Jak ważną funkcję spełnia hipokamp w takich sytuacjach, widać najwyraźniej u pacjentów, którym operacyjnie go usunięto. Wtedy „każda zmiana w otoczeniu przybiera rozmiary trzęsienia ziemi… Każdy bodziec wdziera się (…) i rozprasza aktywne procesy psychiczne (…) które kierują zachowaniem„. To hipokamp zatem powstrzymuje mózg przed traktowaniem każdego zdarzenia jako alarmu i w ten sposób pozwala rutynie toczyć się poza świadomością .
Podczas reakcji stresowej część obwodu mózgowego, który wyzwala wydzielanie ACTH, przebiega od pnia mózgu przez hipokamp. Te szlaki również uczynniają uwagę. W rezultacie natężenie uwagi i pobudzenie stresowe są ze sobą splecione: pewne steroidy stresowe są uwalniane za każdym razem, gdy mózg wzmaga uwagę powyżej pewnego progu.

(…)

Niektórzy niewidomi – niewidzący wskutek wylewu lub urazu mózgu, a nie z powodu uszkodzenia oka – potrafią zrobić rzecz niewiarygodną. Jeśli umieścić przed nimi przedmiot i zadawać pytania, nie są w stanie odpowiedzieć, co to jest ani gdzie się znajduje. Jeśli poprosić ich, by sięgnęli po ten przedmiot, odpowiedzą, że to niemożliwe, przecież nie widzą. Jeśli jednak ich przekonać, by spróbowali, wydarzy się coś niezwykłego – wezmą przedmiot do ręki z pewnością, która zdziwi ich samych. Ta niezwykła zdolność wynika z tego – jak się okazało na podstawie badań psychologa Anthony’ego Mercela z uniwersytetu w Cambridge – że ludzie ci mają doskonały wzrok, natomiast nie wiedzą, że widzą. Filmując ruchy pacjentów za pomocą ultraszybkiej kamery Marcel prześledził dokładnie ruchy ich rąk, dłoni i palców podczas chwytania przedmiotów, których świadomie nie widzieli. Jak wykazała analiza filmów, te ruchy były absolutnie precyzyjne.
Jakie jest podłoże tego zjawiska? Neurologiczne wyjaśnienie przedstawia się następująco: uszkodzone fragmenty mózgu tych pacjentów odgrywały rolę w „uprzytomnianiu” sobie obrazów, a nie w widzeniu jako takim. Wzrok tych
ludzi jest sprawny, ale to, co widzą oczy, nie dostaje się do tej części mózgu, w którym wrażenia wzrokowe przekazywane są do świadomości. Zdolność chwytania przedmiotów u tych pacjentów wskazuje na niezwykłą cechę psychiki, polegającą na tym, że jedna jej część po prostu wie, co robi, a ta część, która powinna wiedzieć – czyli świadomość – nie ma o tym pojęcia.
Inne doświadczenia przeprowadzone przez Marcela wykazały, że także u ludzi, którzy nie ulegli urazom, umysł może o czymś wiedzieć, a nie być świadomym tego, co wie. Marcel dokonał tego odkrycia przypadkiem, kiedy zajmował się badaniami umiejętności czytania u dzieci. Wyświetlał na ekranie słowa, czasami tak krótko, że badane dzieci nie były w stanie ich przeczytać. Kiedy jednak prosił je, żeby zgadywały, jakie słowa wyświetlano, zaskoczyła go częstość „inteligentnych błędów” – dzieci podawały słowa blisko powiązane znaczeniowo z tymi z migawek, na przykład „dzień” zamiast „noc”. Zaintrygowany tym, zaczął badać to zjawisko metodycznie. Rzucał na ekran wyraz niekiedy tylko przez tysięczne części sekundy, za krótko, by badani nawet wiedzieli, że zobaczyli słowo. Potem podawał parę wyrazów, z prośbą o wybór tych, które miały znaczenie albo wygląd podobny do obrazu, który mignął. Jeśli na przykład nie dostrzeżonym wyrazem na ekranie było określenie book (książka), to wyrazem podobnym z wyglądu byłoby pojęcie look (spojrzenie), a spokrewnionym znaczeniowo – read (czytać). Mimo że badani kompletnie nie orientowali się, jakie słowo pojawiło się na ekranie, zgadywali z dokładnością około dziewięćdziesięciu procent, co jest wynikiem niebywałym, jeśli uwzględnić, iż nie zdawali sobie oni w ogóle sprawy, że widzieli jakieś słowo.
Zjawisko, które ujawniło się w tych doświadczeniach, Marcel nazwał „nieświadomym czytaniem”. Jest ono – podobnie jak zdolność chwytania przedmiotów przez niewidzących – niewytłumaczalne, jeśli wyznaje się obiegowy pogląd na temat psychiki. Ale współcześni badacze przyjęli dość radykalne założenie: duża część, a nawet większość ważnych czynności psychicznych zachodzi poza świadomością.
Słuszność tej tezy wspiera się na dwóch faktach, a mianowicie pojemności kanału świadomego, czyli ilości informacji, jaką może przechować pamięć krótkotrwała, oraz zdolności psychiki do funkcjonowania poza świadomością. Z badań psychologów poznawczych wynika, że pojemność pamięci krótkotrwałej wynosi „siedem plus/minus dwa”,
jak brzmiał tytuł słynnej publikacji George’a Millera na ten temat. Miller opierając się na szczegółowym przeglądzie danych z badań uznał, że człowiek jest w stanie zapamiętać mniej więcej siedem „jednostek”  pamięciowych. „Jednostka” to taka część informacji, którą zapamiętuje się naraz jako całość, na przykład cyfra albo litera. Dlatego zapamiętamy bez większego kłopotu sześcio- czy nawet siedmiocyfrowy numer telefonu. A co z dłuższymi numerami, zawierającymi na przykład kod kierunkowy? Zapamiętamy je pod warunkiem, że kilka cyfr połączy się w jedną jednostkę, np. „22″ jako „kierunkowy do Warszawy”.
Późniejsze badania Herberta Simona wskazują, że pojemność tego kanału może być jeszcze mniejsza: pięć plus/minus dwie jednostki. Skoro pole świadomości ma tak małą pojemność, a wszelka informacja musi przez nie przejść, aby dostać się do pamięci długotrwałej, to znaczy, że mamy do czynienia z bardzo wąskim gardłem. Bogactwo informacji wpływających do wejścia jest ogromne, Przejście do wąziutkiego pola świadomości wymaga więc niezwykle gęstego sita informacyjnego.
A jednak nie wszyscy teoretycy zgadzają się z poglądem, że umysł musi odrzucać tak wiele informacji. Niektórzy psychologowie – wśród nich wiedzie Ulric Neisser – uważają, że w ogóle nie istnieje zjawisko ograniczonej pojemności. Poglądom Neissera dostarczyła amunicji Gertruda Stein.
W latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia Gertruda Stein, zanim stała się znaną postacią literacką Paryża, studiowała psychologię na Uniwersytecie Harvarda u Williama Jamesa. Pod jego kierunkiem Stein wraz z kolegą-studentem Leonem Solomonsem przeprowadzili sprawdzian pojemności kanału świadomości na wiele dziesiątków lat wcześniej, zanim znalazł on się w psychologicznym modelu umysłu Oboje fascynowało zjawisko „pisania automatycznego”, które było jedną z przelotnych okultystycznych manii fin de siecle ‚u. Polega ono na tym, że człowiek trzyma ołówek nad kartką i czeka, żeby ręka zaczęła się poruszać „sama z siebie”. Nie daje jej żadnych świadomych poleceń; jeśli zostanie napisany jakiś tekst, ma on pochodzić z innego źródła niż świadoma psychika. Dla kogoś o zacięciu psychologicznym pismo będzie się wywodziło z nieświadomej części psychiki. Dla kogoś skłonnego do wiary w działanie sił nadprzyrodzonych będzie przekazem ze świata duchów.
Solomons i Stein wykorzystali siebie jako króliki doświadczalne i postanowili nauczyć się automatycznego pisania. Zaczęli od tego, że jedno zapisywało słowa dyktowane przez drugie, równocześnie czytając inny tekst. Na przykład Solomons czytał jakąś historię i w tym samym czasie zapisywał słowa wypowiadane przez Stein. Założyli, że czytanie zajmuje świadomość, natomiast akt pisania pozostaje pod kontrolą tej części psychiki, która leży poza obszarem aktualnej świadomości.
To był początkowy etap treningu. Później udawało im się wykonywać to zadanie równocześnie we dwójkę: oboje naraz czytali na głos różne teksty, pisząc w tym czasie coś innego. Teraz już zamiast pisać pod dyktando, pozwalali dłoni pisać „automatycznie”.

(…)

Nauka nowej umiejętności wymaga skupienia uwagi. Potrzebna jest nieustanna czujność, by sprostać wymaganiom nowego zadania. Czynność jest opanowana wtedy, kiedy da się ją wykonać bez myślenia o niej, całkiem lub prawie całkiem automatycznie. Gdy zostanie zakodowana w pamięci, bodźce, zdarzenia i reakcje, jakie się z nią wiążą, mogą pozostawać niezauważone.
Mistrz nie musi myśleć o krokach, przy których potyka się nowicjusz. Oto dlaczego arcymistrz szachowy José Capablanca, któremu zadano pytanie: „Ile możliwych ruchów rozpatruje pan na szachownicy podczas zastanawiania się nad następnym ruchem?” – odparł: „Jeden. Ten właściwy”.
Dopóki wszystko idzie naprzód płynnie, możemy oddawać się niezliczonym, bezmyślnym równoległym działaniom. Ale jeśli z jednym z tych działań zaczną się jakieś kłopoty, wtedy zagarnie całą naszą uwagę. Inne czynności ulegną spowolnieniu lub ustaną.
Pomyłka sprawia, że nasza uwaga kieruje się na jej naprawienie. W trakcie tego procesu to, co zwykle znajdowało się poza świadomością, wchodzi w pole świadomości i zajmuje je. Innym zadaniom można wtedy poświęcić niewiele uwagi lub nie poświęcić jej wcale.
Zjawisko odwrotne, czyli niemożność poświęcenia uwagi czynnościom normalnie wykonywanym automatycznie, stało się tematem anegdot o roztargnionych naukowcach, których świadoma część psychiki jest tak zajęta myśleniem o odkryciach i wynalazkach, że nie ma w niej miejsca na trywialne sprawy codzienności. Żona Einsteina, Elsa, ubierała go w palto i żegnała się z nim w przedpokoju, gdzie wkładał buty. Nieraz znajdywała go tam po trzech kwadransach, pogrążonego w myślach. Ale jeśli chodzi o większość z nas, to kiedy mamy do czynienia z czynnościami rutynowymi i dobrze opanowanymi, granice uwagi są dość elastyczne i nieświadoma część psychiki dobrze sobie radzi.

(…)

Szwajcarski pionier psychologii rozwojowej Jean Piaget badał, jak zmieniają się te szablony w trakcie rozwoju dziecka. Stwierdził, że rozwój poznania ma charakter kumulatywny. Zrozumienie wyrasta z tego, czego dowiedzieliśmy się wcześniej. Staliśmy się tym, kim jesteśmy, nauczyliśmy się tego, co wiemy, dzięki schematom poznawczym, które nabyliśmy po drodze. Gromadzą się one z czasem; schematy poznawcze, którymi dysponujemy w danym momencie, są produktem końcowym naszego osobistego życiorysu.
Do opisania, jak kształtują się te struktury psychiczne w interakcji ze światem, Piaget korzystał z pojęć „przyswojenie” i „przystosowanie”. Gdy dowiadujemy się nowych rzeczy, nasze schematy zmieniają się. Jako dziecko sądziłem, że każde drzewo, które nie ma liści, jest uschnięte, martwe. Wychowywałem się w Kalifornii i tam ten schemat sprawdzał się zawsze. Kiedy widziałem zdjęcia bezlistnych drzew, uważałem, że to drzewa uschnięte. Potem przeprowadziłem się na Wschód i ze zdziwieniem odkryłem, że drzewa tracą liście na zimę, ale nie usychają. Mój schemat uległ rewizji: drzewo pozbawione liści niekoniecznie musi być uschnięte.
W sytuacji gdy ktoś nie potrafi zrewidować schematu tak, by pasował do faktów, dochodzi do dziwacznych błędów w postrzeganiu. Dla unaocznienia tego problemu Ulric Neisser opowiada anegdotę o człowieku, który trafił do psychiatry, ponieważ uważał, że nie żyje. Po kilku sesjach terapeutycznych psychiatra stwierdził, że pacjent uparcie trzyma się swojego przekonania. W związku z tym pyta go:
– Pan wie, oczywiście, że trupy nie krwawią?
– Jasne, że wiem – odpowiada pacjent.
Psychiatra bierze igłę i wbijają pacjentowi w rękę aż do krwi.
– I co pan na to? – pyta.
– Coś podobnego! – wykrzykuje pacjent. – A jednak trupy krwawią!
Wzorzec jest w pewnym sensie hipotezą, pewnym założeniem określającym,
czym jest to, czego doświadczamy, i jak działa. Schemat, mówiąc słowami psychologa Davida Rumelharta, to „rodzaj nieformalnej, osobistej, nie sformułowanej hipotezy na temat natury zdarzeń, przedmiotów czy sytuacji, w obliczu których stajemy. Zestaw wszystkich schematów, którymi dysponujemy do interpretacji naszego świata, składa się na naszą prywatną teorię na temat natury rzeczywistości” .
Dzięki schematom dowiadujemy się więcej niż tylko to, co niosą zmysłom informacje. Jeśli widzimy samochód, możemy spokojnie przypuszczać, że jest wyposażony w te atrybuty, co zwykle – kierownicę, bak, fotele itd. – mimo że nie widzimy ich bezpośrednio. Podobnie jak w wypadku hipotezy, schemat ucieleśnia założenia, które przyjmujemy za prawdziwe z pełnym zaufaniem. To pozwala nam wyprowadzać wnioski, które wykraczają poza bezpośrednie dowody dostarczane przez zmysły. Takie skróty poznawcze pozwalają nam bezpiecznie żeglować wśród niepewności, z którą mamy najczęściej do czynienia, stawiając czoło światu.
Schematy, podobnie jak hipotezy, mogą się zmieniać. Właśnie poprzez rewidowanie starych i dodawanie nowych schematów gromadzimy wiedzę. Schematy to hipotezy, które podlegają weryfikacji. Kiedy znajdziemy się w sytuacji niepewnej, dwuznacznej, przywołujemy schematy, żeby ją wyjaśnić. Każdy schemat, z którym wychodzimy, jest równocześnie sprawdzany – czy trafnie dobrany, czy dobrze pasuje.
Do schematów, z których korzystamy, mamy na ogół pełne zaufanie. Ale kiedy dostrzegamy jakąś drobną rozbieżność – na przykład widzimy w tłumie twarz, chyba znajomą, ale nie jesteśmy o tym do końca przekonani – wtedy sprawdzamy dopasowanie schematu, biorąc pod uwagę większą liczbę dowodów, podobnie jak to robią naukowcy z hipotezami: Czy to może być ona? Czy może być tutaj teraz? Czy z bliska też wygląda jak ona? Czy ma te same ruchy, ubiera się jak ona? Te wszystkie pytania to małe sprawdziany hipotezy „To ona”.
Odmianą schematów poznawczych są stereotypy. Oto relacja Susan Fiske, psychologa poznawczego, o jej własnym stereotypie dotyczącym robotników pracujących w zakładach metalurgicznych. Można się z niej dowiedzieć wiele
o dynamice schematów poznawczych.

Kiedy przeprowadziliśmy się do Pittsburgha, zetknęłam się z nowym stereotypem (…) stereotypem „robociarza”. Robociarz to archetyp hutnika. Robociarz to – według tego szablonowego obrazu – kobieta lub mężczyzna, lecz zawsze twardziel; niezależnie od płci – sprośny. Robociarz zawsze pije piwo Iron City, ogląda wszystkie mecze Hutnika Pittsburgh, chodzi w trykotowej koszulce niezależnie od pogody. (…) Mój stereotyp robociarza tkwi we mnie jako abstrakcyjny przykład pewnego gatunku, nie jako zbiorowy obraz wszystkich hutników, których kiedykolwiek poznałam, chociaż ten stereotyp zawiera w sobie także pewne konkretne przykłady. Mam tendencję do ignorowania informacji, które nie przylegają do tego stereotypu (…) mam tendencję przypominać sobie jedynie informacje, które są z nim zgodne. (…) Robociarz, który czyta „Hustlera”.

Schematy dotyczą zarówno ogromnych sfer, jak i szczególików; funkcjonują na wszystkich poziomach przeżywania, na każdym szczeblu abstrakcji. „Tak jak hipotezy, schematy mogą dotyczyć rzeczy wielkich i drobiazgów – powiada Rumelhart – i reprezentują naszą wiedzę na wszelkich poziomach: od ideologii i kultury, do wiedzy o tym, jak zbudować poprawne zdanie w swoim języku, do znajomości znaczenia konkretnego wyrazu, czy też przyswojenia sobie tego, która litera alfabetu oznacza określoną głoskę”.
Pojęcie schematu jest także schematem. A więc za jego pomocą musimy sobie wyjaśnić to, w jaki sposób wyjaśniamy sobie rzeczy. Schematy organizują naszą wiedzę w czasie jej rozwoju. Jeśli zdamy sobie sprawę, w jaki sposób działają, zrozumiemy rozumienie.

(…)

Prowadzono jeszcze wiele innych badań potwierdzających, że informacja, która nigdy nie dotarła do pola świadomości, mimo to ma silny wpływ na nasze postrzeganie i działanie. Na przykład Howard Shevrin z Uniwersytetu Michigan rejestrował fale mózgowe u studentów-ochotników, którym pokazywał migawki
zawierające słowa lub obrazy. Migawki wyświetlano przez tysięczne części sekundy – zbyt krótko, by badani mogli uświadomić sobie ich znaczenie. Równocześnie ochotnicy mieli na głos wypowiadać nasuwające się im swobodne
skojarzenia.
Informacje z migawek wpływały na sposób kojarzenia badanych. Na przykład, kiedy pokazywano im zdjęcie pszczoły, skojarzenia ograniczały się do związanych z nią słów, takich jak: „truteń”, „żądło”, „miód”. Mimo że nie mieli pojęcia, jakie słowo czy obraz im pokazywano, wyraźnie odbierali informację poza świadomością i uruchamiali zgodne z tą informacją schematy poznawcze.
Wyjaśnienia Shewina pasują dobrze do roboczego modelu umysłu, który opisaliśmy .

Zawsze zdajemy sobie sprawę jedynie z małego ułamka wszystkich bodźców dociera-
jących do naszych zmysłów. Zależnie od swoich potrzeb, zainteresowań czy intensyw-
ności bodźca czynnie wybieramy to, na co zwracamy uwagę. Jednakże sam proces do-
boru tematów jest nieświadomy. Mamy wrażenie, że coś nam „wskakuje” w pole świa-
domości, coś zwraca naszą uwagę, ale za tym „wskoczeniem” kryje się cały złożony
i nieświadomy proces. (…) Reasumując, badania uwagi i bodźców podprogowych wy-
kazują, że w naszych mózgach tętnią procesy poznawcze i emocjonalne, poprzedzają-
ce świadome poznanie.

(…)

Ernest Hilgard, wybitny badacz hipnozy z Uniwersytetu Stanforda, relacjonuje seans hipnotyczny, który zdarzył się w klasie szkolnej, gdy jednego ucznia-ochotnika zahipnotyzowano i zasugerowano mu, że będzie przez jakiś czas głuchy. Jako „głuchy” ochotnik nawet nie mrugnął na takie dźwięki, jak strzał czy łomot uderzanych o siebie kamieni.
Jeden z uczniów zapytał, czy „jakaś część” hipnotyzowanego nie rejestruje jednak dźwięków, przecież jego uszy najprawdopodobniej funkcjonują w dalszym ciągu. Prowadzący seans wyszeptał do ochotnika:

Jak wiesz, istnieją fragmenty naszego układu nerwowego, wypełniające funkcje, z których nie zdajemy sobie sprawy, na przykład krążenie krwi (…). Mogą także istnieć nieświadome procesy psychiczne, te, które znajdują swój wyraz w (…) snach. Wprawdzie wskutek hipnozy jesteś głuchy, ale być może jakiś twój fragment słyszy mój głos i przetwarza zasłyszane informacje. Jeśli tak jest, chciałbym, żeby podniósł się twój palec wskazujący u prawej ręki na znak, że tak rzeczywiście jest.

Ku konsternacji prowadzącego, palec się uniósł. Zaraz potem zahipnotyzowany uczeń odezwał się spontanicznie mówiąc, że czuje uniesienie palca, ale nie ma pojęcia, dlaczego się tak dzieje, i domagając się wyjaśnienia.
Prowadzący seans uwolnił następnie ochotnika od głuchoty hipnotycznej i zapytał, co jego zdaniem zaszło. „Pamiętam – rzekł ochotnik – że powiedział mi pan, iż będę głuchy, kiedy pan doliczy do trzech, a słuch mi powróci, kiedy położy mi pan rękę na ramieniu. Potem przez chwilę było cicho. Nudziło mi się tak siedzieć, więc zacząłem w myślach rozwiązywać problem statystyczny, nad którym poprzednio pracowałem. Byłem tym zajęty, kiedy nagle poczułem, że unosi mi się palec, i chciałbym prosić o wyjaśnienie tego zdarzenia”.
Hilgard (zakładając prawdomówność badanego) wyjaśnia, że umysł człowieka jest zdolny rejestrować i magazynować informacje poza polem świadomości. W pewnych warunkach można nawiązać kontakt i komunikować się z ową nieświadomą uwagą, ciągle poza polem świadomości danej osoby. Tę szczególną zdolność nazywa Hilgard „ukrytym obserwatorem”.

(…)

Analiza Neissera pokazuje, że pamięć – podobnie jak uwaga – jest podatna na zniekształcenia. Związki między uwagą a wspomnieniami są niezwykle bliskie. Wspomnienia to uwaga w czasie przeszłym – pamiętamy tylko to, co zauważyliśmy. Wspomnienia są więc podwójnie narażone, bo oprócz wstępnych zniekształceń tego, co zauważamy, podlegają wtórnym wypaczeniom podczas przypominania.
„Czy wszyscy tacy jesteśmy? – zapytuje Neisser. – Czy u każdego z nas wspomnienia są spreparowane, poprzekręcane, upozowane, egocentryczne?”. Studium pojedynczego przypadku nie stanowi wystarczającej podstawy, by udzielić wiążącej naukowo odpowiedzi na to pytanie. Mimo to Neisser przypuszcza, że w każdym z nas jest coś z Johna Deana. „Wspomnienia przeorganizowała mu własna ambicja; kiedy nawet stara się powiedzieć prawdę, nie może się powstrzymać, by nie podkreślić roli, jaką odegrał w każdym zdarzeniu. Ktoś inny na jego miejscu mógłby patrzeć na zdarzenia bardziej beznamiętnie, zastanawiać się nad swoimi przeżyciami z większym rozmysłem, relacjonować je wierniej. Niestety, takie cechy charakteru są rzadkością”.
Dean albo wiedział, że nagina prawdę, albo wierzył we własną wersję i sam siebie wprowadzał w błąd. Niezależnie od tego, czy była to obłuda zamierzona, czy mimowolna, rekonstrukcja wydarzeń w jego wykonaniu była doskonałą ilustracją wybiórczego przypominania.

(…)

„Własna przeszłość to narastające brzemię – napisał Bertrand Russell. – Łatwo sobie pomyśleć, że własne emocje były żywsze, niż są obecnie, a umysł bystrzejszy. Jeśli to prawda, to trzeba o tym zapomnieć, a jeśli się o tym zapomni, to prawdopodobnie przestanie być prawdą”. Przemyśleniom Russella odpowiada złowieszcze hasło z Roku 1984 Orwella: „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość”. A w królestwie psychiki w czyich rękach jest naprawdę przeszłość?
Pamięć jest rodzajem autobiografii, jej autorem jest ja”, wyjątkowo potężny zestaw schematów. Czasami nazywany jaźnią”, ego – jest tym zestawem schematów, który określa, co rozumiemy przez ja”, „sobie”, „mój”, który precyzuje poczucie bycia sobą w świecie.
„Ja” buduje się powoli, od dzieciństwa, i prawdopodobnie jest najbardziej podstawowym zgrupowaniem schematów w naszej psychice. Jego początki biorą się z interakcji między matką a niemowlęciem; rozwój formowany jest przez związki z rodzicami, rodziną, rówieśnikami, z każdym i ze wszystkimi ważnymi ludźmi, znaczącymi wydarzeniami w życiu człowieka. To jaźń kształtuje sposób, w jaki dana osoba filtruje i interpretuje swoje przeżycia, komponuje te wszystkie zmyślenia służące podnoszeniu własnej wartości, jak w przypadkach Deana i Darsee. Robiąc to jaźń ma do dyspozycji całą potęgę i wszystkie narzędzia – także zachęty – władzy w państwie totalitarnym. To jaźń sprawuje funkcję cenzora, dokonując wyboru i skreśleń w strumieniu informacji.

 


 

 

Źródło: http://michalpasterski.pl/2009/04/co-potrafi-twoja-plamka-slepa/

Co potrafi Twoja plamka ślepa

Co potrafi Twoja plamka ślepa

Plamka ślepa to miejsce na siatkówce oka, gdzie nie ma komórek odbierających światło. Jak to się w takim razie dzieje, że nasze oko obserwuje otaczający nas świat bez „dziur” w widzeniu?

Czytając ten artykuł będziesz mieć wyjątkową okazję przetestować swój własny wzrok, sprawdzić wielkość swojej plamki ślepej i doświadczyć, w jaki sposób Twój mózg sprytnie „dorabia” sobie obraz tam, gdzie tak naprawdę nie powinno go być.

Tylna część oka jest zbudowana z fotoreceptorów, komórek, które odbierają światło i zamieniają je w impulsy nerwowe przekazywane do mózgu. Na siatkówce jest jednak jedno miejsce, gdzie tych komórek nie ma- jest to plamka ślepa. Jest to miejsce, z którego odchodzi włókno nerwowe, przekazując informację o obrazie prosto do mózgu. O istnieniu plamki ślepej możesz przekonać się sam, patrząc na poniższy obrazek 15-25 centymetrów od monitora. Zasłoń lewe oko i skup swój wzrok na krzyżyku. Teraz zacznij przybliżać i oddalać głowę aż czarna kropka po prawej stronie zniknie.

blindspot1bw

 

Ale to jeszcze nie wszystko. Możesz dokładnie określić wielkość swojej plamki ślepej! TUTAJ znajdziesz specjalne miejsce, gdzie możesz sprawdzić jak duża jest plamka ślepa w Twoim polu widzenia. Aby to zrobić, wejdź na stronę (link w poprzednim zdaniu), zakryj lewe oko i spójrz na obraz tak aby nie widzieć czarnej kropki. Teraz manewruj wskaźnikiem myszki tak aby oscylować nim przy niewidzianej przez Ciebie kropce. Gdy nie widzisz wskaźnika, oddalaj go od tej kropki aż do momentu gdy go zobaczysz. Na granicy kliknij lewym przyciskiem myszy, co spowoduje zaznaczenie tego punktu. I tak samo zrób z różnymi kierunkami, aby obrysować kształt Twojej plamki ślepej.

Co potrafi Twoja plamka ślepa?

Okazuje się, że nasza plamka ślepa potrafi więcej niż nam się wydaje. Otóż mózg automatycznie wypełnia lukę w obrazie, która powstaje poprzez istnienie plamki ślepej. W końcu gdy patrzysz normalnie przed siebie, nie masz dwóch pustych kropek w swoim polu widzenia (każde oko ma swoją plamkę ślepą). Mózg wypełnia te obszary tym, co spodziewa się, że tam powinno być! Aby samemu tego doświadczyć, przetestuj kilka ciekawych przypadków działania plamki ślepej, które znajdziesz poniżej. Wszystkie obrazki pochodzą ze strony http://serendip.brynmawr.edu. Za każdym razem zasłaniaj lewe oko i patrząc na krzyżyk przybliżaj się oddalaj od ekranu, aż zniknie czarna kropka po prawej stronie.

 

blindspot1

 

blindspot1rev

 

Jak widzisz, Twój mózg potrafi wypełnić miejsce, w którym znajdowała się kropka kolorem, który tą kropkę otaczał. I potrafi to zrobić niezależnie od tego, jaki kolor wchodzi w grę.

 

blindspotline

 

W tym przypadku mózg w miejsce kropki uzupełnia linię. Robi tak dlatego, że „spodziewa” się ciągłości tej lini.

 

blindspotdotfield

 

Wyraźna, żółta kropka znika a zamiast niej pojawia się czerwona!

 

Wygląda na to, że rozglądając się wokół siebie widzimy też punkty, które są tylko „dopowiedziane” przez nasz mózg. Oczywiście w miarę możliwości mózg będzie uzupełniał brakującą informację danymi z drugiego oka, jednak gdy drugie oko ma ograniczone pole widzenia, mózg po prostu dorabia sobie spodziewany obraz.

Jak sprawić, aby kogoś głowa zniknęła

Tom Stafford, autor książki „100 sposobów na zgłębienie tajemnic umysłu”, z której pochodzą informacje zawarte w tym artykule, opisuje tam zabawną możliwość wykorzystania plamki ślepej. Gdy będziesz w pomieszczeniu, w którym znajdują się ludzie, zasłoń jedno swoje oko i wysuń przed siebie drugą dłoń z wysuniętym palcem wskazującym. Skup swój wzrok na tym palcu i wybierz jakąś osobę. Teraz przesuwaj swój palec tak, aż głowa tej osoby zniknie a zastąpi ją tło 🙂

Zachęcam cię również do przeczytania artykułu Efekt McGurka – słyszenie oczami, z którego dowiesz się jak to możliwe, że Twój mózg słyszy to, czego nie słychać.

 

Źródło: http://michalpasterski.pl/2009/04/co-potrafi-twoja-plamka-slepa/

Fragmenty książki Niedobry chłopiec – Olivia Goldsmith

 
(…)
– Pamiętaj, synu – powiedział. – Nie ma na świecie kobiety, która nie kupi twojego kłamstwa, jeśli chce w nie uwierzyć.
(…)

–   To jest podstawa. Zasada numer jeden: niedostępność.
–   Może dla kobiet. Ale muszę załatwiać swoje sprawy zawodowe.
–   Przez ostatnie sześć lat nic innego nie robiłeś, tylko pracowałeś. Jeśli chcesz kogoś poderwać, będziesz musiał zmienić obyczaje.
Pomyślał o Sam.
–   Dobra. W porządku – powiedział. – Więc jakie są dalsze zasady?
–   Zasada numer dwa: nieprzewidywalność. Wyrzuć zegarek. Jon zaczął odpinać pasek od zegarka.
–   Wygląda dziadowsko, co? Powinienem zmienić markę? Na swatcha?
Jęknęła tylko.
–   Boże! „Zły chłopiec” w ogóle nie potrzebuje zegarka. Albo się tradycyjnie spóźnia, albo przychodzi za wcześnie, ale nigdy na czas. Poza tym odpadają wszelkie logo. Żadnych malutkich aligatorów ani bumerangów. Jeśli ktoś chce sobie poczytać, niech kupi „Timesa”, zamiast gapić się na twój podkoszulek. I zapomnij o swoich firmowych ciuchach z Micro/Conu.
–   Nie zawsze noszę coś ze znakiem Micro/Conu – próbował się bronić.
Spojrzał na swój podkoszulek. Napis na jego piersi głosił: „W sześćdziesiąt sekund od dyskietki do twardego dysku”. Prawdę mówiąc, nigdy nie zauważał, co ma na sobie.
–   Chyba że śpisz nago. Ale ilekroć cię widziałam, zawsze miałeś na sobie coś ze znakiem firmy, a to jest takie żałosne.
Może miała rację?
–   Założę normalną koszulę – obiecał.
–   A zatem twoja praca domowa: jutro przychodzisz do pracy bez zegarka i bez ciuchów Micro/Conu. Potem spotkamy się u ciebie o siódmej.
Jon był pojętnym uczniem. W szkole zawsze dostawał dodatkowe punkty i trafnie odpowiadał na podchwytliwe pytania. Tylko w życiu prywatnym jakoś zawsze udawało mu się wszystko schrzanić.
–   Czy to jest test? Mam się spóźnić? Czy przyjść za wcześnie?
–   Na czas – powiedziała surowym głosem. – Nie graj w te gry ze swoim alchemikiem.
(…)
–   Nie mam czasu powtarzać wszystkiego od początku – ciągnęła Tracie. – Ale to nieważne. Zasada numer trzy: Nigdy nie pokazuj im swojego mieszkania.
(…)
–   Zasada numer cztery: Nigdy im niczego nie proponuj. To one mają się o ciebie troszczyć. To klucz do całej sprawy. I nigdy nie używaj takich słów, jak „układ” czy „moczowy”, jeśli nie jesteś weterynarzem, ginekologiem albo fanatykiem religijnym.
Chwyciła go za poły marynarki. Przez moment – bardzo krótki moment – Jon pomyślał, że Tracie chce go pocałować. To – albo cios głową.
–   To one będą ciebie prosić, żebyś poszedł z nimi do łóżka.
–   Z nimi? To będzie więcej niż jedna? – zapytał i uświadomił sobie, że jego głos zabrzmiał o oktawę wyżej.
Tracie, nie zwracając na niego uwagi, pociągnęła go za klapy, obróciła i ściągnęła z niego marynarkę.
–   No, nie tak od razu – powiedziała. – To kurs wyższego stopnia, dla zaawansowanych.
Teatralnym gestem rzuciła jego marynarkę do kosza na śmieci.
–   Zaraz! – zaczął protestować, ale przypomniał sobie jej przykazanie.
–   Żadnych marynarek sportowych. Koniec. I żadnej kratki, drobnej ani grubej. Tylko jednolite kolory. Ciemne. Prawdę mówiąc, na początek zaczniemy od starej formuły Henry’ego Forda: Każdy kolor, jaki chcesz, pod warunkiem, że jest czarny.
–   Czarny? Ale ja nie… każdy… – urwał. – W porządku – przytaknął.
Tracie powoli obeszła Jona dookoła, jak oficer podczas inspekcji oddziału.
–   Gdzie się tak ostrzygłeś? – spytała.
–   U Logana.
–   Nigdy więcej tam nie chodź, chyba że chcesz mu przyłożyć. Stefan spróbuje to jakoś naprawić. Jeśli go ubłagam.
Spojrzała na jego nogi.
–   Zapomnij o khaki. I nie próbuj kupować niczego w The Gap, Banana Republic, J. Crew czy L.L.Bean.
Jon rozpaczliwie usiłował zapamiętać jej słowa – żałując, że nie może sięgnąć po swojego palmtopa – i równocześnie nie czuć urazy.
–   Słuchaj, jeśli będziesz się tam ubierał, po prostu kobietom wszystko zwiędnie na twój widok.
–   Zwiędnie?
Tracie zrobiła wielkie oczy.
–   Tak jak mężczyznom opada, tak kobietom więdnie. Czasem mężczyzna tak wygląda, że na jego widok wszystko nam więdnie… żebyśmy miały pewność, że nigdy nie będziemy nosiły w sobie ani odrobiny takiego materiału genetycznego.
–   Okej. Więcej informacji, niż potrzebuję. – Zaczął się zastanawiać, czy coś, jeśli cokolwiek, zostało jeszcze z jego garderoby. – Więc skąd mam wziąć… – zaczął.
–   Będziesz nosił albo odlotowe ciuchy z dobrych sklepów z używaną odzieżą, albo naprawdę drogie rzeczy włoskich projektantów – powiedziała. – I będziesz je ze sobą łączył. Zobaczmy, co tam masz w szafie.
Przeszła przez pokój i otworzyła drzwi do jego garderoby. Jon poszedł za nią. Jego ubrania wisiały starannie posegregowane według wzorów materiału. Te w grubą kratkę po jednej stronie, w drobną po drugiej, zgodnie ze skalą barwną od jasnych kolorów do ciemnych. Tracie zrobiła gest naśladujący ruch karabinu maszynowego koszącego żołnierzy. Ściągnęła z wieszaka pierwszą z brzegu sportową marynarkę i rzuciła na podłogę.
–   Nie.
Wyciągnęła następną i też rzuciła na podłogę.
–   Nie – i nie – i – no nie!
–   Co jest złego w madrasie?
Tracie zignorowała jego słowa, posyłając mu mordercze spojrzenie. Otworzyła jedną po drugiej szuflady jego komody i przerzuciła szybko wszystkie jego rzeczy. Jon na moment wpadł w panikę, że już nic mu nie zostanie… ale nie miał czasu się zastanawiać, gdyż Tracie rzuciła mu czarny sweter z golfem, dżinsy i – w akcie rozpaczy – wyciągnęła własny pasek od spodni. Jon skurczył się w sobie.
–   Nie! Tylko nie pasek! Czy złe ubranie to aż taka zbrodnia?
–   Nie, ale kupowanie takiego chłamu powinno być karalne. Zdecydowanie musimy pójść na zakupy. Wątpię, czy z tego, co tu masz, uda mi się złożyć choć jeden przyzwoity zestaw. Rozumiesz? Rzecz w tym, że musisz wszystko zmienić: to, jak się ubierasz, co mówisz, gdzie się umawiasz, a nawet to, co jesz.
–   Nawet to, co jem? Może jednak trochę przesadzamy z tymi zmianami – powiedział.
–   Chwileczkę. Sam mnie o to prosiłeś. Tak? No to masz. – Tracie uniosła brwi. Bez słowa podała mu pasek i wskazała w stronę garderoby. Posłusznie poszedł się przebrać.
–   Mam się przebrać? Zmierzyła go wzrokiem.
–   Tylko spytałem – bąknął, wciągając dżinsy z wąskimi nogawkami.
–   Nigdy nie kwestionuj słów alchemika! – zawołała Tracie z jakiegoś miejsca koło drzwi. – Inaczej magia nie będzie działać.
Jeszcze raz przejrzała jego płaszcze i marynarki. Zebrała wszystkie odrzucone ubrania i upchnęła je do plastikowej torby.
Jon wyszedł z garderoby. Czuł się teraz mały i słaby jak prawdziwy Oz. Tracie odstawiła torbę i uważnie mu się przyjrzała.
–   Tak, teraz jest lepiej. Oprócz butów. Koniec z adidasami.
–   Żadnych adidasów? Ale…
Tracie uniosła brwi i obróciła się na pięcie.
–   To nie było „ale” – pośpieszył Jon z wyjaśnieniem. – To nie było nawet pytanie. Chciałem… tylko doprecyzować. Więc co mam nosić zamiast Nike’ów? Sandały?
Tracie odwróciła się do niego.
–   Tyłko nie myśl, że Jezus miał bogate życie osobiste. Słuchaj, buty są bardzo ważne. Porządni chłopcy noszą Niki, Topsidery, Kędy albo Conversy. Boże, co za nudziarstwo! Seksowni faceci noszą martensy albo buty wojskowe.
Tracie popatrzyła na niego, mrużąc oczy. Jon poczuł się… jakoś dziwnie. Z pewnością posuwała się za daleko.
–   Słuchaj – zaczęła z westchnieniem – muszę ci coś powiedzieć na temat spodni.
–   Spodni?
Tracie zdawała się nie słyszeć jego pytania.
–   Mówię ci to naprawdę w wielkim zaufaniu, ale chyba powinieneś to wiedzieć. Większość kobiet ma coś takiego, że biorą je spodnie.
–   Co?! – wykrzyknął Jon.
Obawiał się, że Tracie zaraz powie, że musi sobie skarpetkami wypchać spodnie w kroku i że kobiety wybierają swoich kochanków i mężów na podstawie rozmiarów wypukłości w kroku. Pomyślał, że dłużej tego nie wytrzyma, ale zanim zdążył jej powiedzieć, żeby przestała, Tracie zadała pytanie zupełnie bez związku z tematem.
–   Czy widziałeś Pożegnanie z Afryką?
–   Film? – upewnił się.
–   Tak. Z Robertem Redfordem i Meryl Streep.
–   Nie – odpowiedział.
–   A Wichry namiętności?
–   Nie znam nikogo powyżej czternastu lat, kto by to oglądał.
–   O, parę osób by się znalazło – stwierdziła Tracie. – Widzisz, właśnie w tych filmach szło o spodnie. Mnóstwo kobiet zwraca uwagę na spodnie.
–   O co, do diabła, chodzi z tymi spodniami? Westchnęła.
–   Łatwiej byłoby to wytłumaczyć, gdybyś widział te filmy – powiedziała. – Ale rzecz w tym, że tam szło o pewien rodzaj spodni. Nie za ciasnych, bo za ciasne…
Jon poczuł falę ulgi, która zalała go jak woda podłogę
w łazience stacji napraw. Nie będzie musiał wypychać spodni w kroku, choć nadal nie był pewien, jakiego typu spodni nie będzie musiał wypychać.
–   …ale i nie tych z zaszewkami. Boże, wszystko, tylko nie te khaki z zaszewkami, które sprawiają, że kiedy facet siada, jego spodnie wyglądają jak poduszka na kanapę. Chodzi o spodnie, które ściśle przylegają z przodu. Nie widziałeś, to nie wiesz, ale Robert Redford był już pomarszczonym chłopcem w średnim wieku, kiedy zagrał w Pożegnaniu z Afryką, a wyglądał tak świetnie w tych spodniach. Moja przyjaciółka Sara mówi, że biorą ją włosy zaczesane do tyłu, ale większość znanych mi kobiet twierdzi, że chodzi o spodnie.
–   Skąd się bierze takie spodnie? – spytał Jon zafascynowany.
–   Będę musiała pójść z tobą. Ponieważ chodzi nie tylko o to, jak leżą z przodu, ale także, jak opinają cię… z tyłu.
–   Jak wysoko sięgają? – spytał Jon, wyobrażając sobie jakiś rodzaj jednoczęściowego kombinezonu. – Zakrywają całe plecy?
Tracie z rozpaczą pokręciła głową.
–   Mówię o twoim tyłku. Czasami, muszę przyznać, kobiety patrzą na męskie pośladki.
–   Nie na krocze? – spytał Jon.
–   Nie bądź niesmaczny – powiedziała z naganą, po czym spojrzała w górę i na chwilę zapadło milczenie.
Nie miał pojęcia, co takiego zobaczyła na suficie, ale bez wątpienia patrzyła na to z upodobaniem. Może to był tyłek Roberta Redforda.
–   To zabawne – powiedziała. – Ale chodzi także o materiał. Nic błyszczącego. Niee. Facet w lśniących spodniach to… – pokręciła głową, jakby chciała odegnać od siebie jakąś myśl. – To musi być gładka, mocna tkanina. Widzisz, chodzi o pośladki, a zarazem nie chodzi o pośladki. Jeśli rozumiesz, o czym mówię.
Jon nie miał zielonego pojęcia. Ale nie chciał jej teraz powstrzymywać. Czuł, że lada moment będzie świadkiem jakiegoś biblijnego objawienia.
–   Rzecz w tym, że większość nagich pośladków nie wygląda zbyt fajnie, ale w dobrych spodniach, takich, które je jakby obejmują, takie pośladki, nie za duże i nie za płaskie, raczej dość wąskie, ale pełne… Rany!
–   Tracie, sama byś się zawstydziła, gdybyś posłuchała tego, co mówisz – przerwał jej Jon. – Mam rozumieć, że odpowiedzialne, dorosłe kobiety dokonują wyboru mężczyzny na podstawie spodni i butów? Takich szczegółów?
Tracie jeszcze szerzej otworzyła oczy.
–   Jezu! Jon. Nawet się nie domyślałam, że możesz być aż takim ignorantem. Znasz to powiedzenie: Diabeł tkwi w szczegółach. My, kobiety, godzinami omawiamy każdy detal. To wy zajmujecie się wielkimi sprawami, my siedzimy po uszy w detalach; jesteśmy detalami.
–   Ależ ja się zajmuję detalami. Przez cztery lata byłem analitykiem komputerowym. Same detale.
Tracie pokiwała głową, ale nie był to gest aprobaty.
–   No właśnie. Czy nie przyszła pora, żebyś porzucił swój celibat?
Jon usiłował szybko przemyśleć sprawę, obawiając się, że Tracie może mieć rację.
–   Słuchaj – ciągnęła dalej – w tej kwestii możesz mi zaufać. Nie mówię, że coś jest nie w porządku z twoją pracą. Po prostu nie jest sexy. Nie mów o niej nikomu.
Jon wzruszył ramionami, lekko urażony.
–   A jeśli któraś z nich mnie spyta, czym się zajmuję?
–   Każda zapyta. Kobiety lubią wszystko wiedzieć. Wtedy musisz być zagadkowy. Zagadkowość doprowadza kobiety do szaleństwa.
–   W pozytywnym czy negatywnym sensie?
–   W obu – roześmiała się. – Zajęło mi trzy miesiące, żeby się dowiedzieć, że Phil jest jedynakiem. Ale rzecz w tym, żeby wracały po jeszcze. Po prostu odchrząknij i powiedz, że za¬jmujesz się… handlem. Niech się same domyślają, czy chodzi o narkotyki czy remontowane silniki.
–   Zaraz, niech nieco uporządkuję tę sprzeczność: kobiety
uwielbiają zagadkowość, a równocześnie jak szalone grzebią się w detalach? Tak?
–   Tak. Beth przez półtorej godziny omawiała dziś w pracy ścieg białego, „rybackiego” swetra, jaki założył na pierwsze spotkanie facet, z którym się umówiła, i czy ten ścieg oznacza, że facet był gejem.
–   A oznacza? – spytał.
Rzuciła w niego czarną marynarką. Jon wcisnął ją na siebie.
–   Tak, jeśli nie jest rybakiem – powiedziała Tracie i uśmiechnęła się do niego.
Widząc zadowolenie na twarzy przyjaciółki, Jon wykonał serię póz supermodela.
–   W porządku. Teraz wyglądasz z grubsza jak człowiek. Jon podszedł do lustra i sprawdził swój wygląd. Rzeczywiście
(…)
–   A teraz posłuchaj – mówiła dalej. – Kiedy już pójdziesz z którąś z nich do łóżka, musisz pamiętać, żeby nie zostawać na noc. Nieważne, która jest godzina, ani to, czy konasz ze zmęczenia. Nawet w środku nocy musisz wstać z łóżka i pójść do domu. Zasada numer pięć i najważniejsza mówi: Nie wolno zostawać na noc.
–   Nigdy? Przecież Phil bez przerwy zostaje na noc – zaprotestował.
–   Ale na początku tego nie robił – przyznała Tracie. – Chodzi o to, że wtedy kobieta jeszcze bardziej ciebie pragnie. Najlepiej będzie, jeśli uda ci się wymknąć, kiedy ona śpi.
–   Nawet nie mówiąc do widzenia?
–   Możesz zostawić zdawkowy liścik.
–   Jaki?
–   Na przykład… – zawahała się. – Powiedzmy… „Muszę iść. Przez ciebie”. I żadnych podpisów w stylu: „Twój”. I za nic nie zostawiaj swojego numeru telefonu. – Jon aż otworzył usta z niedowierzania.
–   Przychodzę do niej, kocham się z nią, a potem zostawiam
jej karteczkę, że przez nią odchodzę? No co ty! Czy to znaczy, że mam uwodzić same masochistki?
–   Słuchaj, chodzi o to, żeby nie przestawała o tobie myśleć. Potem, kiedy już będziecie razem, możesz robić, co ci się podoba. Ale na początku musi czuć, że jesteś kimś wyjątkowym, że ona jest wyjątkowa i że musi być bardzo wyjątkowa, żeby ciebie zdobyć. I dlatego nigdy nie będziesz do nich oddzwaniał.
Oczy omal nie wyszły mu z orbit ze zdumienia.
–   Jak to? Kiedy wreszcie uda mi się którąś z nich namówić, żeby poszła ze mną do łóżka? O czym ty mówisz? Jeśli do niej nie oddzwonię, jak mam pójść z nią do łóżka drugi raz?
–   A kto ci powiedział, że masz z nią spać drugi raz? Śpij z następną. Na tym etapie liczy się bogactwo doświadczeń.
–   Więc mam zachowywać się jak łajdak? – spytał. – Chcesz powiedzieć, że to jest właśnie szczyt kobiecych marzeń? Łajdak w odpowiednio skrojonych spodniach?
–   No nie. Czy ty masz nas za idiotki? Mamy złożoną naturę. Ten nasz upragniony mężczyzna może zachowuje się jak łajdak, ale my potrafimy go oswoić, a przynajmniej wydaje nam się, że potrafimy. Pragniemy faceta, który jest nieprzystępny – ale za tą fasadą kryje się czułe serce, które potrafimy podbić. Marzymy o panterze, która słucha naszych rozkazów. W pewnym sensie chodzi o kobiecy odpowiednik tej dawnej męskiej szajby.
–   Co? Choroba psychiczna?
–   Nie. No wiesz. Chodziło o to, że mężczyźni nie chcieli kobiet, które łatwo zdobyć, bo to niby znaczyło, że każdy może je mieć.