Posts Tagged ‘Marian Mazur’

Współczesna Edókacja i Poprawność Polityczna – napisy PL

 

Szkoły używają terminu „osiągnięcie” w taki sposób, że fani George’a Orwella mogą dostrzec w tym nowomowę. Pomyślcie o testach osiągnięć.
Czy tego pojęcia używa się w Australii? Testy osiągnięć? Bardzo powszechne w Stanach. O jakie osiągnięcie chodzi?
Jeśli chodzi o nauki ścisłe, osiągnięcie ma miejsce w następujących, ograniczonych przypadkach:
– kiedy coś odkryjesz;
– kiedy zmodyfikujesz czyjeś odkrycie;
– kiedy odkryjesz, że coś, co było uważane za prawdę jest błędne lub na odwrót;
– i w końcu kiedy zmarnujesz znaczącą ilość czasu kończąc w ślepym zaułku przy jednoczesnym prowadzeniu starannych zapisków po to, żeby ktoś inny nie musiał marnować czasu w tym samym ślepym zaułku.
Poza tymi czterema kategoriami nie ma mowy o osiągnięciu. – John Gatto

 

Z książki Mariana Mazura „Historia naturalna polskiego naukowca„:
Naukowcem jest ten, kto poszukuje odpowiedzi na pytania, na które dotychczas nikt nie odpowiedział, za pomocą metod umożliwiających udowodnienie odpowiedzi.
W ramach samej nauki są to pytania:
co jest?” (fakty),
co jest jakie?” (właściwości),
co od czego jak zależy?” (związki).
Zastosowania nauki w praktyce dotyczy pytanie: „jak co osiągnąć?” (optymalizacja).
(…)
Na pytanie, kto jest naukowcem, nie można odpowiedzieć wskazując jakiś jeden określony typ intelektualny – jest to cała galeria różnych typów ludzi. Opracowanie typologii naukowców byłoby interesującym i pożytecznym zadaniem; wymagającym jednak obszernych i wnikliwych studiów, toteż ograniczę się tutaj do szkicowego zarysu tej sprawy.
Na czele listy należałoby umieścić naukowców pionierów, naukowców awanturników, naukowców ryzykantów, naukowców artystów czy jak by ich tam jeszcze nazwać, coś w rodzaju ludzi, którzy stojąc na leśnej polanie dręczą się pytaniem: „ale co jest w tym lesie?” Łamią uznane prawa i teorie naukowe, tworząc nowe. Oni też bywają autorami zaskakujących pomysłów wynalazczych.
Tuż za nimi można by wymienić naukowców klasyków, mistrzów rzemiosła naukowego, kapłanów strzegących ładu w nauce, którzy nie wyjdą poza obręb owej leśnej polany, ale postarają się wszystko na niej wykryć w ramach istniejących praw.
Klasycy, nie cierpiący pionierów jako burzycieli umiłowanego ładu, skorzy są do nazywania ich ,,pseudouczonymi”, do czego zresztą pionierzy dają im nierzadko powody, jako że w lesie niewiadomości nie ma drogowskazów, łatwo więc o obranie błędnego kierunku. Pionierzy odwzajemniają się im epitetem „wrogów postępu w nauce”, w czym także miewają słuszność.
Pomimo tego antagonizmu, a może raczej dzięki niemu, na tych dwóch grupach naukowców stoi rozwój nauki. Bez pionierów groziłaby nauce stagnacja, bez klasyków nauka mogłaby zejść na manowce i stać się szarlataństwem. Gdy pionierskie idee w konflikcie z kanonami rzemiosła naukowego wychodzą zwycięsko, wówczas jako nowe prawdy zostają włączone do skarbca wiedzy. Im bardziej są rewolucyjne, tym trudniejszy jest ich poród. Iluż to kontrowersjami była usiana droga od wystąpienia Semmelweisa do stworzenia aseptyki czy od opublikowania teorii względności przez Einsteina do powszechnego jej uznania. Z uznaniem pionierskich idei twórcy ich awansują z „pseudouczonych” na „uczonych”, polana leśna zostaje poszerzona, a naukowcy kapłani zaczynają strzec czystości tych idei przed zakusami następnych naukowców awanturników. Bywa też przeciwnie: idee nie wytrzymujące próby zostają odrzucone (niekiedy niesłusznie – i po latach przeżywają swój renesans), a jedynym ich śladem są w historii nauki wzmianki o bezdrożach, po jakich błądziła myśl ludzka w poszukiwaniu prawdy. Jednakże pionierzy, którym zdarzyło się pobłądzić w lesie nauki, nie zasługują na ośmieszanie. Z taką postawą można się spotkać np. w stosunku do flogistonowej teorii spalania (według której spalanie polega na wydzielaniu pewnej substancji, nazwanej „flogistonem”, przejawiającym się jakoby w postaci płomienia), której błędność została wykazana przez Lavoisiera, autora tlenowej teorii spalania (według której spalanie polega na pobieraniu pewnej substancji nazwanej „tlenem”, czego dowodem jest przyrost masy spalonego ciała). Tymczasem „flogistonowcom” trzeba przyznać dwie zasługi: pogląd, że ogień nie jest czymś pierwotnym („żywiołem”, jak to określali starożytni), lecz zjawiskiem pochodnym, oraz pogląd, że wchodzi tu w grę jakaś szczególna substancja – pomylili się tylko co do kierunku.
Wzorowy byłby naukowiec łączący pionierstwo z rzemiosłem, dostatecznie śmiały, a zarazem dostatecznie krytyczny.
Trzecie miejsce należałoby przyznać naukowcom stymulatorom, naukowcom postulatorom, naukowcom reżyserom, którzy sami nie podejmują rozwiązywania problemów, ale są obdarzeni zdolnością ich wynajdywania, stawiania i podsuwania innym, a jak wiadomo, właściwe postawienie problemu to już część jego rozwiązania. Ci nie wyjdą z polany do lasu, ale mogą pokazać, czego brakuje na samej polanie. Mogą pomóc w rozwiązaniu problemu przez wskazanie repertuaru metod i źródeł informacji. Tego rodzaju naukowcy, których można by też nazwać metodologami, są przydatni do organizowania, koordynowania i przewodniczenia w zespołowej pracy naukowej.
Jako czwartą grupę można wymienić naukowców erudytów, naukowców kompilatorów, naukowców krytyków, mających upodobanie w gromadzeniu, konfrontowaniu i przetrawianiu cudzych idei, aby je potem podać w sposób usystematyzowany i krytycznie oceniony. Są oni zwykle autorami wartościowych monografii naukowych, a ich umiejętności są szczególnie cenne w kształceniu młodych naukowców. Można by ich porównać do ogrodników, którzy na zarastającej dziko polanie jedne rośliny poprzystrzygają, drugie poprzesadzają w osobne grządki, ułatwiając innym orientację. To apostołowie porządku formalnego w sposobie pisania prac naukowych, w słownictwie, w symbolice, w prowadzeniu protokołów pomiarowych itp.
Na tym trzeba by zakończyć listę rzeczywistych naukowców. Następujące dwie grupy spełniają pożyteczną rolę, ale nie wnoszą do nauki nic nowego, a tylko jej osiągnięcia ugruntowują.
W tym charakterze na piątym miejscu listy można by umieścić wykonawców czynności odbywających się według aktualnych wymagań nauki, jak np. zbieranie danych statystycznych, wykonywanie pomiarów we wskazany sposób, wykonywanie obliczeń według wskazanych wzorów itp. Normalnie czynności takie wykonuje personel techniczny, ale niemało jest u nas ludzi, którzy statystycznie zaliczani są do naukowców, choć ich pułap intelektualny wyznacza im przydatność tylko do tego rodzaju prac.
Na szóstym miejscu można wymienić oświatowców, zajmujących się przekazywaniem istniejącej wiedzy innym. Rzecz jasna, wymienienie zawodu oświatowca dopiero na tym miejscu nie ma nic wspólnego z oceną, bardzo przecież wysoką, społecznej roli oświaty. Wynika ono jedynie z okoliczności, że przedstawiona tu lista jest ułożona w kierunku malejącego stopnia twórczości naukowej u różnych grup naukowców nominalnych. Jest bezsporne, że przekazywanie wiedzy nie jest tym samym co jej tworzenie, a do nieporozumień na tym tle dochodzi zwykle wskutek żywej jeszcze tradycji łączenia zawodu naukowca z zawodem oświatowca i wielości znaczeń, w jakich wyraz „nauka” jest u nas używany.
Pozostaje wymienić jeszcze trzy grupy, wprawdzie także związane z nauką, ale w sposób dla niej szkodliwy.
Spośród nich, na siódmym miejscu, należałoby wymienić administratorów, przy czym nie mam tu na myśli personelu wykonującego rozmaite pożyteczne usługi w instytucjach naukowych, jak choćby dokonywanie zakupów aparatury czy prowadzenie księgowości, lecz ludzi mających upodobanie w administrowaniu pracą naukowców, co jest oczywistym nieporozumieniem, polegającym na pomieszaniu wysuwania potrzeb, czyli stawiania zadań wobec nauki (co byłoby bardzo sensowne), z zarządzaniem metodami pracy (co jest pozbawione sensu). Temat ten omówię szczegółowiej w jednym z następnych rozdziałów.
Na ósmym miejscu wymieniłbym pseudonaukowców, blagierów, którzy pod pozorami wkładu do nauki uprawiają „wieszczenie”, tj. wypowiadają nie udowodnione poglądy w sposób mający sprawiać wrażenie naukowo udowodnionych bądź dobierają tendencyjnie argumenty do przyjętych z góry twierdzeń.
I wreszcie na ostatnim, dziewiątym miejscu trzeba wymienić pasożytów nauki, tj. karierowiczów, którzy nie mają kwalifikacji do uprawiania zawodu naukowca, a tytuły naukowe zdobyli dzięki względom pozanaukowym.
Ludzi wszystkich wymienionych kategorii można znaleźć w spisie naukowców nominalnych, ale trzeba przecież z niego odliczyć grupy: siódmą, ósmą i dziewiątą jako szkodzące nauce, a co najmniej zbędne, jak również grupy: piątą i szóstą, które chociaż pożyteczne, nie wzbogacają nauki. Pozostają cztery pierwsze grupy, z których czwarta bliższa jest przekazywaniu wiedzy niż jej tworzeniu. A zatem realizacja rewolucji naukowej musiałaby się w zasadzie opierać na grupach pierwszej i drugiej, a w pewnym stopniu również na trzeciej – jest to w sumie garstka naukowców.

Z książki Mariana Mazura Cybernetyka i charakter:
Naukowców interesuje rzeczywistość, jaka jest. Doktrynerów interesuje rzeczywistość, jaka powinna być.
Naukowcy chcą, żeby ich poglądy pasowały do rzeczywistości. Doktrynerzy chcą, żeby rzeczywistość pasowała do ich poglądów.
Stwierdziwszy niezgodność między poglądami a dowodami naukowiec odrzuca poglądy. Stwierdziwszy niezgodność między poglądami a dowodami doktryner odrzuca dowody.
Naukowiec uważa naukę za zawód, do której czuję on zamiłowanie. Doktryner uważa doktrynę za misję, do której czuje on posłannictwo.
Naukowiec szuka „prawdy” i martwi się trudnościami w jej znajdowaniu. Doktryner zna „prawdę” i cieszy się jej zupełnością.
Naukowiec ma mnóstwo wątpliwości, czy jest „prawdą” to, co mówi nauka. Doktryner nie ma najmniejszych wątpliwości, że jest „prawdą” to, co mówi doktryna.
Naukowiec uważa to, co mówi nauka za bardzo nietrwałe. Doktryner uważa to, co mówi doktryna, za wieczne.
Naukowcy dążą do uwydatniania różnic między nauką a doktryną. Doktrynerzy dążą do zacierania różnic między nauką a doktryną.
Naukowiec nie chce, żeby mu przypisywano doktrynerstwo. Doktryner chce, żeby mu przypisywano naukowość.
Naukowiec unika nawet pozorów doktrynerstwa. Doktryner zabiega choćby o pozory naukowości.
Naukowiec stara się obalać poglądy istniejące w nauce. Doktryner stara się przeciwdziałać obalaniu poglądów istniejących w doktrynie.
Naukowiec uważa twórcę nowych poglądów za nowatora. Doktryner uważa twórcę odmiennych idei za wroga.
Naukowiec uważa za postęp, gdy ktoś oderwie się od poglądów obowiązujących w nauce. Doktryner uważa za zdrajcę, gdy ktoś oderwie się od poglądów obowiązujących w doktrynie.
Naukowiec uważa, że jeżeli coś nie jest nowe, to nie jest wartościowe dla nauki, a wobec tego nie zasługuje na zainteresowanie. Doktryner uważa, że jeżeli coś jest nowe, to jest szkodliwe dla doktryny, a wobec tego zasługuje na potępienie.
Naukowcy są dumni z tego, że w nauce w ciągu tak krótkiego czasu tak wiele się zmieniło. Doktrynerzy są dumni z tego, że w doktrynie w ciągu tak długiego czasu nic się nie zmieniło.

Reklamy
Zachowanie – Marian Mazur

Dzięki p. Maciejowi Węgrzynowi udostępniamy dotychczas niepublikowany fragment pracy prof. Mariana Mazura (1909-1983) wybitnego polskiego naukowca o międzynarodowej sławie (elektrotermia, cybernetyka), pioniera – mimo reżimowej anatemy, a potem licznych przeszkód – szeroko zakrojonych interdyscyplinarnych badań nad cybernetyką; autora wielu niezwykle inspirujących, oryginalnych i odkrywczych prac z zakresu psychocybernetyki, cybernetyki teoretycznej, informacjologii, zarządzania, terminologii, metodyki, historii nauki czy naukoznawstwa; Mistrza dla wielu pokoleń przedstawicieli niezliczonych dyscyplin naukowych na czele z humanistyką; współtwórcy polskiej szkoły cybernetyki; promotora jego wybitnego kontynuatora doc. Józefa Kosseckiego. Na podstawie kopii maszynopisu od str. 336.

Informacja dla osób niezaznajomionych z twórczością Mariana Mazura: w zrozumieniu terminologii zawartej w tekście pomocna będzie praca M. Mazura „Cybernetyka i charakter” dostępna na stronie http://www.autonom.edu.pl albo J. Kosseckiego „Tajniki sterowania ludźmi” (html)

VI. Zachowanie

34. Tendencje

Gdybyśmy stojąc u źródła rzeki rzucili na powierzchnię wody kawałek korka, a następnie obserwowali, co się z nim stanie, to stwierdzilibyśmy, że popłynąłby on unoszony nurtem rzecznym. Na podstawie obserwacji moglibyśmy z dużą dokładnością określić drogę przebytą przez korek. Gdybyśmy, następnie rzucali inne jeszcze kawałki korka i obserwowali przebytą przez nie drogę, to stwierdzilibyśmy, że każdy z nich przebyłby inną drogą, przy czym różnice mogłyby być nawet dość znaczne — jeden kawałek korka popłynąłby głównym nurtem, inny dostałby się po drodze w wiry rzeczne, jeszcze inny obijałby się o kamienie wystające ponad powierzchnię wody itp.

Pomimo tych różnic stwierdzilibyśmy jednak że drogi wszystkich kawałków korka miałyby ze sobą coś wspólnego, a mianowicie dążenie do poruszania się w kierunku od źródła rzeki, do morza. Nie znaczy to wcale, że każdy z nich rzeczywiście dopłynąłby do morza: niektóre z nich, być może utknęłyby na mieliźnie lub w jakimś załamku brzegu rzeki. Nie mniej dążenie płynięcia od źródła do morza ma rzeka jako całość. Oparcie się na tym dążeniu pozwala nam nawet wyodrębniać rzekę właśnie jako pewną całość, chociaż żadna kropla wody nie popłynie w rzece po raz drugi, jak mówi hinduskie przysłowie, nie można wykąpać się dwa razy w tej samej wodzie Gangesu. Pomimo że nie wiemy, co się stanie z każdą kroplą wody z osobna, możemy w oparciu o znajomość dążenia przewidywać, co się będzie działo w ogólności z wodą w rzece.

Podobnie przedstawia się sprawa współdziałania homeostatu z korelatorem, a więc ogólnie mówiąc, zachowania się organizmu. Wiemy już, że każda zmiana rozkładu przewodności środowiska korelacyjnego wywołuje emocje a następnie refleksje, która spowoduje jakąś zmianę w środowisku korelacyjnym, co z kolei wywoła inną emocję i refleksję, przy czym wśród tych przebiegów powstaną ewentualnie jakieś decyzje itd. Przebiegi te będą jednak miały coś ze sobą wspólnego, a mianowicie dążenie pozwalające odróżnić zachowanie się organizmu w pewnej sytuacji od jego zachowania się w innej sytuacji lub od zachowania się innego organizmu w podobnej sytuacji, a nawet wyróżnia pewne typowe rodzaje zachowania się organizmów w pewnych typowych sytuacjach. Tak pojmowane zespoły przebiegów w zachowaniu się organizmu będziemy nazywać tendencjami.

W stosunku do języka potocznego termin „tendencja” określa ogólnie takie pojęcia jak „wola”, „rozum”, „uczucie”. Według potocznego traktowania tych pojęć można by je definiować w taki sposób, że rozum jest tendencją do poznania, uczucie jest tendencją do oceniania, wola zaś jest tendencją do osiągnięcia. Wielu z ludzi ma skłonność do przeciwstawiania woli jako przejawu „ducha” uczuciom jako przejawom potrzeb „ciała”, przy czym aktem woli jest dokonywanie wyboru („wolna wola”) wbrew tym potrzebom, przy czym może się to odbywać z mniejszym czy większym natężeniem („słaba wola”, „silna wola”). Przy cybernetycznym traktowaniu człowieka jako struktury samodzielnej rozróżnienia tego rodzaju są bezprzedmiotowe, sprowadzają się one bowiem do tego, że za przejaw woli uważa się rozstrzygnięcie rozterki na rzecz atrakcji późniejszej, a za przejaw uczucia rozstrzygnięcie rozterki na rzecz atrakcji wcześniejszej (odwrotnie jest z repulsjami, co w istocie na to samo wychodzi). Na przykład rezygnacja z palenia papierosów czy picia wódki, uchodząca za przejaw „siły woli”, jest w istocie daniem pierwszeństwa przyjemności z posiadania lepszego zdrowia, której się będzie doznawać dopiero po pewnym czasie, przed przyjemnością doznawania wspomnianych narkotyków już teraz. Podobnie przedstawia się sprawa z uczniem, który zabiera się do uczenia wzorów matematycznych, z których będzie mógł odnosić korzyści dopiero w odległej przyszłości, zamiast teraz grać w piłkę. Pacjent, który naraża się na ból, składając wizytę lekarzowi czyni to aby uniknąć większych przykrości w przyszłości, itp. Dawanie pierwszeństwa emocjom późniejszym przed wcześniejszymi, lub na odwrót jest zawsze wynikiem rozstrzygania rozterek bez względu na to jak rozstrzygnięcie wypadnie, jest to zawsze proces zdeterminowany — na żadną „wolną wolę”, ani „silną wolę” nie ma w nim miejsca, niemniej skoro w języku potocznym doszło do rozróżnienia „woli” i „uczucia” osobnymi nazwami, musiało się to z jakichś powodów, chociażby nie uświadomionych, okazać potrzebne.

Powody te możemy łatwo wymienić. Dawanie pierwszeństwa atrakcjom późniejszym jest równoznaczne z dążeniem do zapewnienia sobie pewnych korzyści (mocy socjologicznej) na przyszłość, ale jak już wiemy, dążenie do zwiększenia mocy socjologicznej, i to dalekowzroczne, jest oznaką endodynamizmu, w przeciwieństwie do egzodynamizmu cechującego się dążeniem, żeby już zaraz używać życia. A zatem różnica między przejawami „woli” i „uczuć” sprowadza się do położenia osi charakteru na wykresie dynamizmu. Łatwo stwierdzić, że z dwóch dążeń za przejaw „woli” jest uważane to dążenie, któremu odpowiada oś charakteru położona bardziej na prawo (od strony endodynamizmu) a za przejaw „uczucia” to dążenie, któremu odpowiada oś charakteru położona bardziej na lewo (od strony egzodynamizmu). Jeżeli jeden przedsiębiorca z całym zaparciem i konsekwencją dąży do zdobycia wielkiego majątku, a drugi zadowala się spokojnym funkcjonowaniem swojego małego przedsiębiorstwa, to jest to różnica między endodynamizmem a endostatyzmem. Jeżeli jeden pracownik z uporem dąży do zajęcia stanowiska dyrektorskiego, drugi zaś cieszy się, że wszelkie kłopoty spadają na jego zwierzchników, to jest to różnica między endostytyzmem a statyzmem. Jeżeli ktoś ślęczy nad sporządzaniem bilansów jako księgowy zamiast być trampem pogwizdującym sobie na włóczeniu się od miasta do miasta, to jest to różnica między statyzmem a egzodynamizmem. Gdy się wybitnych organizatorów, wodzów i finansistów nazywa potocznie „tytanami silnej woli”, a o poetach i kurtyzanach mówi, że „żyją uczuciami”, to w istocie jest to tylko rozróżnieniem endodynamików i egzodynamików. Nic też dziwnego, że w postępowaniu dzieci widzi się przewagę uczuć, a w postępowaniu starców przewagę woli skoro z biegiem życia charakter zmienia się w kierunku od egzodynamizmu do endodynamizmu. Tylko dynamizm stanowi kryterium, które sprawia, że przy porównywaniu postępowania endodynamika i statyka przypisuje się „silną wolę” endodynamikowi, a przy porównywaniu postępowania statyka i egzodynamika przypisuje się „silną wolę” statykowi. I dlatego właśnie uważamy rozróżnianie „woli” i „uczucia” za nieistotne, a jedno i drugie będziemy określać jako tendencje, każda z nich może być silna lub słaba i każda jest zdeterminowana.

Tych potocznych nazw będziemy używać jedynie w odniesieniu do przykładów różnych tendencji, nawiązując do językowych przyzwyczajeń czytelników. Nie należy też mieszać uczuć z emocjami, gdyż, jak widzieliśmy, uczucia są pewnym rodzajem tendencji, natomiast emocje są elementem wszelkich tendencji.

W potocznym traktowaniu pojęcia „rozum” można się spotkać z pomieszaniem dwóch różnych zjawisk. Jeśli traktuje się rozum jako podstawę rozważań, namysłu itp., to jest to utożsamianie rozumu, z obiegami refleksyjnymi. Natomiast jeżeli traktuje się rozum jako prawidłowość wnioskowania, to jest to utożsamianie rozumu z tendencjami statycznymi, a więc z dążeniem do zgodności z przyjętymi zasadami.

Wiązanie rozumu z obiegami refleksyjnymi przejawia się w przekonaniu, że rozumem są obdarzeni ludzie, nie mają zaś rozumu zwierzęta, rośliny i maszyny. Jak już omawialiśmy w rozdz. 15 „Obiegi korelacyjne i obiegi refleksyjne” jeśli przy którymś z nich nie nastąpi decyzja i jeśli nie pojawią się nowe bodźce prowadzą do przeświadczenia tj. do powtarzania się tych samych obiegów refleksyjnych. Tylko wtedy gdy zmiana potencjału refleksyjnego wywołuje zmianę wyobrażenia, następny obieg refleksyjny różni się od poprzedniego. Różnych obiegów refleksyjnych może więc być tym więcej, im więcej różnych wyobrażeń może powstawać w korelatorze, a więc im więcej jest w nim rejestratorów, czyli im wyższy jest poziom struktury samodzielnej. Przy niskim poziomie ilość możliwych wyobrażeń jest ograniczona z powodu małej ilości rejestratorów, toteż przy dużej ilości obiegów refleksyjnych muszą się one z konieczności zacząć powtarzać, a więc dość wcześnie powstaje przeświadczenie. Przy bardzo niskim poziomie ilość rejestratorów jest tak mała, że do wystąpienia przeświadczenia dochodzi bardzo szybko, nie zauważa się więc objawów obiegów refleksyjnych. To właśnie jest źródłem poglądu, że rośliny i niższe zwierzęta nie mają „rozumu”. Trudności z przyjęciem takiego poglądu w stosunku do zwierząt wyższych, których zachowanie wskazuje na występowanie większej ilości obiegów refleksyjnych starano się ominąć za pomocą sformułowania, że to zachowanie nie jest przejawem „rozumu” lecz „instynktu”. Zwracaliśmy już na to uwagę w rozdz. 21 „Organizmy jako struktury samodzielne”.

Z powyższych rozważań wynika, że im wyższy jest poziom, tym więcej odbywa się obiegów refleksyjnych, tym dłużej więc one trwają i tym trudniej dochodzi do decyzji ponieważ zanim potencjał estymacyjny zdąży przekroczyć potencjał decyzyjny, powstaje następny obieg refleksyjny, który zmienia rozpływ mocy korelacyjnej i decyzja się odwleka.

A zatem charaktery o bardzo wysokim poziomie cechuje nadmiar refleksji, wahanie się, niezdecydowanie, ograniczona zdolność do czynu. Klasycznym tego przykładem literackim jest Hamlet.

Głupiec jest zbyt pochopny w działaniu, mędrzec zaś zbyt powolny. Dlatego to Archimedes został zamordowany przez żołdaka a nie na odwrót. Jak powiedział umierający Hamlet: „wiele mógłbym wam rzeczy powiedzieć, gdybym miał czas”.

Natomiast utożsamianie rozumu z tendencjami statycznymi przejawia się w przekonaniu, że „rozum” jest czymś obiektywnym, bezstronnym w porównaniu z „wolą” i „uczuciem”, to zaś wynika z okoliczności, że tendencje statyczne są tendencjami pośrednimi między tendencjami endodynamicznymi i egzodynamicznymi. To co się potocznie nazywa „rozumem”, jest w istocie tendencją charakterystyczną dla statyków i dlatego statykami byli wszyscy wielcy filozofowie. Żałosny koniec z reguły spotykał zachłannych zdobywców, ponieważ kierowali się tendencjami skrajnie endodynamicznymi (które przedstawiali sobie jako „genialną intuicję”(, nie słuchając rad swoich bardziej statycznych doradców. Rozum statyków nie trafiał też nigdy do przekonania wielkim artystom (a więc skrajnie egzodynamicznym) czemu dał wyraz m.in. Mickiewicz, potępiając „mędrca szkiełko i oko”. W powstawaniu tendencji ważną rolę odgrywa konfrontacja charakteru z sytuacją danego organizmu, czyli aktualnym stanem jego otoczenia. W każdej sytuacji występuje mniejsze czy większe niedopasowanie do charakteru danego organizmu. Pomijając już niedopasowanie do warunków pobierania energii, jak np. nieurodzajna ziemia, tereny do polowania ubogie w zwierzynę, mało płatna posada itp., chodzi przede wszystkim o to, że sytuacja organizmu jest wynikiem charakterów innych organizmów, w związku z czym może występować niedopasowanie między charakterem danego organizmu a charakterami otaczających go organizmów. Na przykład, pracownik jakiejś instytucji ma nie dowolne warunki pracy lecz w znacznym stopniu ukształtowane przez charakter jego zwierzchnika, mąż żyje w warunkach ukształtowanych w pewnym stopniu przez charakter jego żony i na odwrót, przy czym może tu występować niedopasowanie pod wzglądem niektórych lub nawet wszystkich parametrów charakteru, a więc dynamizmu, szerokości i poziomu. Społecznik wśród karierowiczów odczuwa niedopasowanie dynamizmu, człowiek tolerancyjny wśród fanatyków odczuwa niedopasowanie szerokości, intelektualista wśród prostaków odczuwa niedopasowanie poziomu itp.

W związku z tym tendencje można by określić jako zwalczanie niedopasowania. Organizm stara się za pomocą tendencji osiągnąć dopasowanie miedzy swoim charakterem a swoją sytuacją. Ponieważ dotyczy to każdego organizmu, więc życie społeczności jest grą tendencji, w której każdy organizm stara się zmienić swoją sytuację, dlatego też zdarza się, że ludzie zmieniają posady lub nawet zawód, szukają sobie innego środowiska, rozwodzą się itp. nawet bez zmiany na inną organizm kształtuje swoją sytuację, a przy tym sam jest przez nią kształtowany, co w rezultacie prowadzi do zmniejszenia niedopasowania. Wyniku takiej gry tendencji zależy od tego, ilu osobników reprezentuje poszczególne tendencje. Tak na przykład, przekonania, że uczciwość powinna zwyciężać dzięki „sile moralnej” jest złudzeniem — uczciwość zwycięża tylko wtedy, gdy nieuczciwy jest wyjątkiem wśród uczciwych, natomiast przegrywa uczciwy będący wyjątkiem wśród złodziejów. Dlatego nie wystarcza sama propaganda uczciwości, trzeba jej ponadto zapewnić przytłaczającą większość.

W każdej tendencji można wyróżnić dwie istotne cechy: kierunek tendencji oraz stopień szczególności tendencji.

Kierunek tendencji jest określony parametrem charakteru wymagającym dopasowania, tendencja może być skierowana na uzyskanie sytuacji odpowiadającej danemu charakterowi pod względem dynamizmu, szerokości lub poziomu.

Stopień szczególności tendencji jest określony dokładnością rozróżniania i traktowania obiektów, do których tendencja jest skierowana. Im mniej receptorów ma organizm, tym mniej szczegółów może odróżniać w swojej sytuacji, a im mniej ma on estymatorów, tym mniej dokładnie może kształtować sytuację. A zatem stopień szczególności tendencji zależy od ilości elementów korelacyjnych danego organizmu dających się wykorzystać w tendencjach, czyli od jego poziomu aktualnego. Z tego też powodu organizmy o niskim poziomie potencjalnym są ograniczone do tendencji bardzo prymitywnych. W dalszych rozdziałach omówimy rozmaite tendencje przechodząc od tendencji ogólnych do coraz bardziej szczególnych.

Tendencje źródłowe

Za tendencje źródłowe będziemy uważać tendencje określone wyłącznie przez właściwości samego organizmu, a więc niezależne od sytuacji organizmu. Określanie takich tendencji jako „źródłowe” jest ponadto uzasadnione tym, że stanowią one podstawę wszystkich innych tendencji.

Do występowania tendencji źródłowych potrzebne jest spełnienie tylko jednego warunku, a mianowicie zdolność do rozróżniania bodźców pożądanych od niepożądanych. Do tego celu potrzebne jest współdziałanie korelatora z homeostatem czyli emocje, będące wobec bodźców pożądanych atrakcjami a wobec bodźców niepożądanych repulsjami. Ponieważ w korelator i homeostat są wyposażone wszelkie struktury samodzielne, więc też w każdej strukturze samodzielnej występują tendencje źródłowe. Mogą one występować nie tylko w organizmach lecz nawet w najprostszych autonomach, co się wiąże z okolicznością, że autonomy, podobnie jak organizmy, działają dla własnego bezpieczeństwa i wobec tego muszą mieć przynajmniej tendencję do obrony tego bezpieczeństwa.

Gdy w początkowym stanie korelatora nie było zarejestrowanych żadnych skojarzeń, czyli gdyby struktura samodzielna miała w tym stanie poziom aktualny równy zeru, to przy pojawieniu się pierwszych bodźców nie mogłaby ona ocenić, czy są to bodźce pożądane czy niepożądane. Dopiero po wystąpieniu skutków tych bodźców zostałyby w korelatorze skojarzenia, dzięki którym następne bodźce tego rodzaju mogłyby wywoływać atrakcje bądź repulsje. W ten sposób struktura samodzielna zdobyłaby pewne.

Do tego rodzaju przejawów tendencji poznawczych należy wiele innych nastrojów, jak np. nastrój przygnębiający, nastrój ponury, nastrój senny, nastrój pogodny, nastrój podniosły, nastrój wesoły itp.

Ponieważ nastroje ułatwiają zaspokajanie tendencji poznawczych wśród szumu informacyjnego, więc też często stosuje się umyślne organizowanie szumu informacyjnego w celu łatwiejszego przekazywania informacji. Polega to na ujednolicaniu bodźców, aby wywołać określony nastrój. W szerokim zakresie wykorzystuje się to w sztuce, a więc w teatrze, filmie, powieściach itp. Na przykład, w celu wywołania nastroju jesiennej melancholii pokazuje się widzom pożółkłe liście opadające z drzew, dla gwałtownych przeżyć dobiera tło w postaci szalejącej burzy z grzmotami i błyskawicami, rodzącą się miłość pokazuje się na tle nocy księżycowej, zwątpienie podkreśla się strugami deszczu spływającymi po szybach w ciemną noc, itp., wszystko to przy akompaniamencie odpowiedniej muzyki. Sposoby te były wykorzystywane już tyle razy, za stosowanie ich uchodzi za zbyt daleko posuniętą rozwlekłość, w związku z czym są określane jako banalne. Bo wywoływania nastrojów w sztuce wykorzystuje się również ludzi, lecz tylko jako sztafaż, bez wnikania w ich charaktery Rolę sztafażu pełnią oracze idący za pługiem, rybacy zarzucający sieci, żołnierze uderzający rytmicznie butami o bruk, itp.

Do wytwarzania odpowiednich nastrojów służą togi i cała procedura w sądach, namaszczony sposób mówienia i specjalny ceremoniał w kościołach, łopoczące sztandary i optymistyczne melodie w obchodach państwowych, itp. środkami tymi dąży się do przekazywania uczestnikom uogólnionych i łatwo przyswajalnych informacji mających służyć do określonych celów.

W stosunku do autonomów można sobie pozwolić na dobieranie takich czy innych skojarzeń początkowych gdyż jako struktura sztuczna autonomu musiałby być doprowadzony do stanu samodzielności przez człowieka, przy czym obojętne jest, czy człowiek odegrałby tę rolę w trakcie budowy autonomu czy wkrótce potem, Natomiast każdy organizm zdany jest przede wszystkim na siebie toteż bez pewnego poziomu pierwotnego wiele organizmów musiałoby zginąć zanim zdążyłoby zebrać jakiekolwiek doświadczenia. Dzięki posiadaniu poziomu pierwotnego organizmy mają od urodzenia pewne tendencje źródłowe, dzięki którym mogą uniknąć przynajmniej niebezpieczeństw wynikających z samego działania organizmu np. śmierci z głodu. Poziom pierwotny sprawia, że każdy organizm potrafi zaspokoić głód i pragnienie oraz rozmnażać się nawet gdyby nie uzyskał żadnych nowych skojarzeń w ciągu życia, czyli gdyby jego poziom aktualny nigdy nie wzrósł ponad poziom pierwotny. Tendencje źródłowe najbardziej odpowiadają pobocznemu pojęciu „instynktów” jak np. instynkt samozachowawczy, instynkt seksualny, instynkt macierzyński, instynkt walki (dla samej walki a nie dla korzyści ze zwycięstwa) itp.

Twierdzenie że w odróżnieniu od człowieka wszelkie inne organizmy mają jedynie instynkt jest niesłuszne dlatego, że pomija związek między tendencjami a poziomem. Tylko w odniesieniu do organizmów o najniższym poziomie można by mówić z dużym przybliżeniem, że występują w nich jedynie tendencje źródłowe. Im wyższy jest poziom, tym więcej dołącza się tendencji bardziej szczególnych, co u zwierząt wyższych można stwierdzić zupełnie wyraźnie. Również zachowanie się małych dzieci i ludzi dzikich jest w przeważającym stopniu „instynktowne”, tj. wynikające z tendencji źródłowych, sprowadza się bowiem głównie do spraw związanych z zaspokajaniem głodu i innych instynktów. Wynika to z niskiego poziomu aktualnego tych istot. Tendencje źródłowe są ze wszystkich najogólniejsze. Ażeby odczuwać lęk, ból, głód lub żądze seksualne nie trzeba mieć żadnych informacji o otoczeniu (dlatego mówi się, ze instynkty są „ślepe”. Nie należy tego jednak mieszać z potrzebą informacji w celu znalezienia sposobów uwolnienia się od lęku, zdobycia pożywiania itd. ponieważ wchodzi to już w zakres innych tendencji.

Tendencje poznawcze

Organizm mógłby się ograniczyć do tendencji źródłowych, gdyby do ich zaspokajania wystarczały dowolna bodźce z otoczenia, W rzeczywistości oprócz bodźców pożądanych organizm spotyka w swoim otoczeniu również bodźca obojętna a nawet niepożądane!

Wśród bodźców, które się najpierw pojawią, jeden okaże się dostatecznie silny, ażeby wywołać moc korelacyjną wystarczającą do tego, żeby potencjał estymacyjny przekroczył potencjał decyzyjny. Gdyby nawet wszystkie początkowe bodźce były bardzo słabe i wobec tego wywoływały bardzo mały potencjał rejestracyjny, to wskutek wzmagania się z czasem tendencji źródłowych zmierzających do zaspokojenia głodu wzrastałby potencjał refleksyjny, aż wreszcie w sumie z małym nawet potencjałem rejestracyjnym utworzyłby potencjał korelacyjny wystarczający do wywołania decyzji i reakcji. A zatem do decyzji zawsze przy którymś bodźcu dojść musi, przy silnych bodźcach wcześniej, przy słabych później. Dlatego nawet noworodek, gdy jest dostatecznie głodny, zaczyna ssać wszystko, co mu się znajdzie w ustach, nie robi zaś tego, gdy jest nasycony.

Ssać potrafi od razu, gdyż do tego ma już skojarzenia objęte poziomem pierwotnym. Skutki tej pierwszej w życiu decyzji i reakcji zostają zarejestrowane w korelatorze jako odpowiednie skojarzenie, które w przyszłości będzie sprawiać, że następny bodziec tego samego rodzaju będzie wywoływać atrakcję bądź repulsję w zależności od tego, czy skutki poprzedniego bodźca okazały się pomyślne czy nie. W ten sposób organizm zyskał jedno doświadczenie i podniósł swój poziom aktualny nieco ponad poziom pierwotny. Podobnie dzieje się z rozmaitymi następnymi bodźcami, dzięki czemu doświadczenie organizmu wzbogaca się i poziom aktualny wzrasta.

Wśród narastających w ten sposób skojarzeń powstaje w korelatorze również skojarzenie , że doznawanie nowych bodźców jest użyteczne bez względu na to, czy skutki ich okażą się pomyślne czy nie. Użyteczność ich polega na tym, że umożliwiają organizmowi orientację jakim bodźcom należy sprzyjać a jakich unikać. To skojarzenie jest źródłem tendencji poznawczych zmierzających do szukania nowych bodźców. Odpowiadają one pojęciu nazywanemu potocznie „ciekawością”.

Tendencje poznawcze przejawiają się u dzieci w oglądaniu i dotykaniu nieznanych przedmiotów, później zaś, w miarę wzrastania poziomu aktualnego, w zadawaniu pytań „co to jest?” i „dlaczego?”, tendencje poznawcze łatwo też zaobserwować u wyższych zwierząt np. psy i koty oglądają i obwąchują nieznane im przedmioty. Zarówno dzieci jak i zwierzęta interesują się nowymi przedmiotami głównie z punktu widzenia ich przydatności do spożycia, co jest przejawem tendencji źródłowych.

Z punktu widzenia teorii informacji nowe bodźce stanowią dla organizmu szum informacyjny, z którego organizm wyławia informacje użyteczne, przy czym, jak już wspomnieliśmy, informacjami użytecznymi mogą być zarówno bodźce pożądane jak i niepożądane. Wśród pojawiających się bodźców wiele z nich jest powtórzeniem poprzednich bodźców. Te powtórne bodźce stanowią dla organizmu rozwlekłość informacyjną.

Jak to wykazaliśmy w rozdz. 13 „Skojarzenia”, powtarzające się bodźce przyczyniają się do zwiększania przewodności korelacyjnej dróg odpowiadających skojarzeniom między takimi bodźcami, nawiązując do podanego tam przykładu obserwacji wielu domów możemy powiedzieć, że powtarzanie się takich cech wszystkich domów, jak dach lub ściany, stanowi dla obserwatora rozwlekłość informacyjną. Z drugiej strony wiemy już, że powtarzania się tych cech prowadzi do uogólniania pojęcia „domu” jako obiektu mającego ściany i dach, z odsunięciem innych cech, np. koloru ścian lub kształtu dachu, jako szczególnych, a więc nieistotnych dla pojęcia „dom”. Jak widzimy, rozwlekłość informacyjna jest podstawą tworzenia pojęć ogólnych. Z tego punktu widzenia rozwlekłość informacyjna jest zjawiskiem korzystnym, gdyż do wyobrażania sobie wynikających z niej pojęć ogólnych wystarcza stosunkowo mała ilość elementów korelacyjnych, a mianowicie potrzebne są do tego celu tylko te elementy korelacyjne, między którymi występują drogi o zwiększonej przewodności korelacyjnej. Inaczej mówiąc, do wywoływania wyobrażeń pojęć ogólnych potrzebna jest ilość informacji wyrażająca się małą liczbą bitów. Stanowi to dla organizmu udogodnienie, ponieważ przelotność informacyjna korelatora jest ograniczona, wobec czego organizmowi łatwiej jest w obiegach refleksyjnych przechodzić do coraz to innych wyobrażeń a więc oceniać otoczenie w pełniejszym zakresie, Przejawia się to w tworzeniu osobnych nazw dla pojęć ogólnych, dzięki czemu komunikowanie ich między ludźmi mówiącymi tym samym językiem wymaga niewielkiej liczby bitów, co jest korzystne przy odbieraniu informacji ze względu na ograniczoną przelotność informacyjną dróg łączących receptory z rejestratorami oraz przy wydawaniu informacji ze względu na ograniczoną przelotność informacyjną dróg łączących estymatory z efektorami.

Dzięki wzrastaniu przewodności korelacyjnej w wyniku rozwlekłości informacyjnej przy powtarzaniu się bodźców organizmu uzyskuje też ułatwienie w zaspokajaniu tendencji poznawczych, polegające na zwiększeniu przyswajalności informacji.

Można to zademonstrować na prostym przykładzie matematycznym. Gdyby czytelnicy niniejszej książki otrzymali następujący komunikat cyfrowy: 4916253549S4, to nie popełnimy chyba przesady twierdząc, że żaden a nich nie potrafiłby po jednorazowym (a może nawet wielokrotnym) przeczytaniu powtórzyć tego komunikatu, a to oznacza, że komunikat ten jest trudno przyswajalny. Dzieje się tak dlatego, że każda z cyfr komunikatu prowadzi do pobudzenia wielu rejestratorów, wskutek czego moc korelacyjna rozpływa się na wiele dróg w środowisku korelacyjnym, a więc w każdej z nich z osobna moc jest bardzo mała i wobec tego wywołuje nieznaczny wzrost przewodności korelacyjnej każdej drogi — bodźce reprezentujące poszczególne cyfry komunikatu (np. ujrzenie cyfr w druku lub usłyszenie) nie zostały zarejestrowane (zapamiętane). Sprawa zmienia się jednak radykalnie, gdy wskażemy, że pierwsza cyfra komunikatu jest kwadratem liczby 2 (2 = 4(, druga kwadratem liczby 3 (3 = 9(, dwie następne kwadratem liczby 4 (4 = 16(, dwie dalsze kwadratem liczby 5 (5 = 25) itd. Gdy czytelnik czyta te objaśnienia, to wyraz „kwadrat” stanowi dla niego bodziec powtarzający się kilkakrotnie, który za każdym razem wywołuje w korelatorze czytelnika potencjał rejestracyjny i przepływ mocy korelacyjnej po taj samej drodze, co w rezultacie daje większy wzrost przewodności korelacyjnej tej drogi, niż gdyby taki bodziec pojawił się tylko jednorazowo. W ten sposób powstało u czytelnika skojarzenia cech wspólnych dla poszczególnych cyfr lub ich grup, a więc uogólnienie związku między nimi. Podobnym uogólnienie następuje, gdy wskażemy, że 3 = 2 +1, 4 = 3 + 1, 5 = 4 + 1 itd., a więc że w podanym przykładzie liczby podnoszone do kwadratu mają tę wspólną cechę, że następna cyfra jest większa o 1 od poprzedniej, czyli że mamy do czynienia z ciągiem liczb naturalnych. Po tych wyjaśnieniach czytelnik, zamiast ze słabą rejestracją dwunastu nie skojarzonych ze sobą cyfr ma do czynienia ze znacznie silniejszą rejestracją dwóch pojęć ogólnych, jakimi są ciąg liczb naturalnych i podnoszenie do kwadratu. Dzięki temu informacje zawarte w komunikacie stały się przyswajalne.

Przykładem ułatwień informacyjnych, spowodowanych rozwlekłością informacyjną jest wszelka symetria! Ułatwienie polega na tym, że gdy się zna zasadę symetrii i jeden istotny fragment, wówczas — bez żadnych dodatkowych informacji — zna się całość. W sztuce unika się nadmiernej symetrii gdyż odbiorcom o wysokim poziomie daje ona za duże ułatwienia informacyjne tj. dostarcza bodźców zbyt ubogich (dlatego tez symetria w sztuce bywa nazywana „estetyką głupich”).

Dla ułatwień informacyjnych powstają również wszelkie klasyfikacje. Użyteczność ich polega na tym, że przez wskazanie przynależności jakichś nowo poznanych bodźców do odpowiedniej klasy w znanej klasyfikacji toruje się dla skojarzenia tych bodźców najkrótsze drogi, a więc mające największą przewodność korelacyjną. Dzięki temu skojarzenie ich zostaje łatwiej zarejestrowane.

Objaśnimy to za pomocą przykładów. Gdybyśmy chcieli wytworzyć u kogoś skojarzenie biotytu z muskowitem to przez samo wymienienia nazw „biotyt” i „muskowit” komuś, kto tych nazw nigdy przedtem nie słyszał, z pewnością nie doprowadziłoby do zapamiętania takiego skojarzenia. Moglibyśmy to osiągnąć przez opisanie cech biotytu i muskowitu i wskazanie cech wspólnych jako podstawy skojarzenia, ale doszło by do tego z wielkim trudem, ponieważ opisy te zawierały ty wiele informacji, które musiałyby być zarejestrowane. Tym czasem gdy powiemy, że biotyt jest czarną a muskowit białą odmianą miki, to ten komunikat jest łatwo przyswajalny dzięki temu, że mika jest minerałem powszechnie znanym, wobec czego w korelatorze odbiorcy komunikatu potrzebna jest jedynie rejestracja prostych skojarzeń barwy czarnej i białej z miką. Ponadto bez dodatkowych informacji wiadomo to, że prawdopodobnie biotyt i muskowit mają typowe cechy miki, jak połysk, łupliwość itp.

Jako drugi podany przykład oparty na treści niniejszej książki. Gdybyśmy zapytali czytelnika przed jej przeczytaniem, jaki widzi związek między regulatorem temperatury a mózgiem, to prawdopodobnie okazałoby się, że nie ma on żadnych skojarzeń między tymi dwoma obiektami a w najlepszym razie bardzo odległe. Obecnie moglibyśmy odpowiedzieć krótko, ze regulator temperatury i mózg są korelatorami, a z odpowiedzi tej wynikało by od razu, że jeden i drugi mają wspólne wszystkie istotne cechy korelatorów, jak np. istnienie rejestratorów, estymatorowi środowiska korelacyjnego itd. Opisany proces zwiększania przyswajalności informacji można przedstawić schematycznie jak na rys. 36.1, wytwarzanie skojarzeń między bodźcami S1 i S2 bezpośrednio (rys. 36.1 a) przez ich szczegółowe opisywanie wymaga utorowania długich dróg przewodzenia w środowisku korelacyjnym, podczas gdy przez nawiązanie do wspólnej klasy S (rys. 36.2) potrzebne jest zwiększenie przewodności tylko na drogach skojarzeń każdego z bodźców S i S z klasą S w obrębie samej klasy S przewodność korelacyjna już jest duża, nie wymaga więc zwiększenia. Z rozważań tych wynika, ze poznawanie nowych bodźców jest ułatwione, gdy bodźce się powtarzają oraz gdy występują w skojarzeniach ze znanymi bodźcami.

Wykorzystuje się to w dydaktyce, np. podając nie tylko wzory matematyczne lecz i ich interpretację, ilustrując definicje pojęć przykładami, nawiązując do rozważań poprzednich, zapowiadając cel rozważań przyszłych. Również i w niniejszej książce robimy z tego użytek, co łatwo stwierdzić choćby na podstawie częstości występowania w niej takich zwrotów jak np. „czyli”, „tzn.”, „tj.”, „itp.”.

Gdyby organizm przejawiał tylko tendencje źródłowe, to zbiór bodźców występujących w otoczeniu stanowiłby dla organizmu szum informacyjny. Dzięki tendencjom poznawczym organizm stara się wyodrębnić z szumu bodźce mogące stanowić informacje użyteczne. Gdy za względu na rodzaj bodźców występujących w danej sytuacji lub ze względu na aktualny stan organizmu nie dochodzi do wyodrębnienia bodźców użytecznych, tan. organizm musi na razie uznawać wszystkie bodźce za nieużyteczne, wówczas tendencje poznawcze prowadzą przynajmniej do znalezienia cech wspólnych dla większości bodźców, a więc do uogólnienia bodźców składających się na szum informacyjny. Uogólnienia takie są „nastrojami”. W ten sposób organizm ułatwia sobie orientację w otoczeniu, gdyż zamiast szukania skojarzeń między wszystkimi poszczególnymi bodźcami (rys. 3.1 a) może się ograniczyć do skojarzeń poszczególnych bodźców z nastrojem, np. w celu stwierdzenia, czy dany bodziec jest zgodny z nastrojem czy nie. Dzięki temu ocena poszczególnych bodźców jest ułatwiona, jeśli bowiem jakiś nastrój jest dla organizmu pożądany, to każdy bodziec nie pasujący do tego nastroju jest niepożądany. Ułatwienie polega na tym, ze zamiast sprawdzania bodźca pod względem rozmaitych jego cech sprawdza się go jedynie pod względem przynależności do danego nastroju.

Dla ilustracji weźmy np. nastrój pogrzebowy. To jedno uogólnienie obejmuje mnóstwo szczegółów, jak np. spokój, ciemne stroje osób, powolne ruchy, przyciszone głosy, przyćmione światła itp. Gdyby w tej sytuacji ktoś się głośno roześmiał, to inne obecne osoby nie zainteresowałyby się powodem śmiechu, lecz przede wszystkim stwierdziłyby, że ktoś naruszył nastrój, a więc że stan ułatwienia informacyjnego został zagrożony wprowadzeniem pewnej trudności informacyjnej, jako że obecni musieliby ponieść pewien trud na zbadania, o co chodzi i czy może to być dla nich użyteczne. Trudu takiego nie chcą oni ponosić, skoro akceptowali już cały nastrój.

Do tego rodzaju przejawów tendencji poznawczych należy wiele innych nastrojów, jak np. nastrój przygnębiający, nastrój ponury, nastrój senny, nastrój pogodny, nastrój podniosły, nastrój wesoły itp.

Ponieważ nastroje ułatwiają zaspokajanie tendencji poznawczych wśród szumu informacyjnego, więc też często stosuje się umyślne organizowanie szumu informacyjnego w celu łatwiejszego przekazywania informacji. Polega to na ujednolicaniu bodźców, aby wywołać określony nastrój. W szerokim zakresie wykorzystuje się to w sztuce, a więc w teatrze, filmie, powieściach itp. Na przykład, w celu wywołania nastroju jesiennej melancholii pokazuje się widzom pożółkłe liście opadające z drzew, dla gwałtownych przeżyć dobiera tło w postaci szalejącej burzy z grzmotami i błyskawicami, rodzącą się miłość pokazuje się na tle nocy księżycowej, zwątpienie podkreśla się strugami deszczu spływającymi po szybach w ciemną noc, itp. wszystko to passy akompaniamencie odpowiedniej muzyku Sposoby te były wykorzystywane już tyle razy, za stosowanie ich uchodzi za zbyt daleko posuniętą rozwlekłość, w związku z czym są określane jako banalne. Do wywoływania nastrojów w sztuce wykorzystuje się również ludzi, lecz tylko jako sztafaż, bez wnikania w ich charaktery. Rolę sztafażu pełnią oracze idący za pługiem, rybacy zarzucający sieci, żołnierze uderzający rytmicznie butami o bruk itp.

Do wytwarzania odpowiednich nastrojów służą togi i cała procedura w sądach, namaszczony sposób mówienia i specjalny ceremoniał w kościołach, łopoczące sztandary i optymistyczne melodie w obchodach państwowych, itp. środkami tymi dąży się do przekazywania uczestnikom uogólnionych i łatwo przyswajalnych informacji mających służyć do określonych celów.

Powstawanie dróg o dużej przewodności korelacyjnej, na którym polega uogólnianie informacji, prowadzi do interesującego zjawiska interpolacji i ekstrapolacji wyobraźni. Jeżeli w korelatorze powstaną dwie odrębne grypy wyobrażeń polegające na tym samym uogólnianiu, to każdej z tych grup odpowiadają drogi o dużej przewodności korelacyjnej, jedynie między grupami przewodność korelacyjna jest mała, to też drogi łączące te grupy stanowią główną przeszkodę dla przepływu mocy korelacyjnej. Z czasem przepływ mocy korelacyjnej spowoduje, że przewodność i tych dróg wzrośnie, a wówczas dwie odrębne grupy staną się jedną dużą grupą wyobrażeń o tym samym rodzaju uogólnienia. Takie wypełnianie luk w uogólnianiu wyobrażeń jest interpolacją wyobrażeń.

Istnienie dużej grupy wyobrażeń uogólnionych sprawia, że dla skojarzeń z jakimiś nowymi wyobrażeniami największą przewodność korelacyjną mają najkrótsze drogi łączące te nowe wyobrażenia z grupą wyobrażeń uogólnionych. Dzięki temu rozpływ mocy korelacyjnej kieruje się przede wszystkim na takie drogi, co prowadzi do jaszcze większego wzrostu ich przewodności korelacyjnej. W ten sposób odbywa się rozszerzanie grupy wyobrażeń uogólnionych czyli ekstrapolacja wyobrażeń.

Dla zilustrowania tych zjawisk nawiążemy do podanego poprzednio przykładu komunikatu liczbowego, w którym uogólnianie jest określone podnoszeniem liczb naturalnych do kwadratu. Dzięki ujawnieniu przez nas zasady tego uogólnienia czytelnicy nie tylko przyswoili sobie ten komunikat, ale — w oparciu o zjawisko ekstrapolacji — mogliby go dalej kontynuować, staje się bowiem dla nich oczywiste, że po cyfrach 6 i 4 (8 do kwadratu to 64) musiałyby następować cyfry 8 i 1 (92 to 81) itd. Podobnie ciąg liczb 1, 2, 3, 4, 6, 7, 8 nasuwa każdemu — wskutek zjawisk interpolacji — wyobrażenie brakującej cyfry 5.

Na zjawiskach interpolacji i ekstrapolacji polega zamiłowanie do kolekcjonerstwa. Filatelista odczuwa dotkliwie lukę w posiadanej serii znaczków i poszukuje znaczka mogącego wypełnić tę lukę, bibliofil poszukuje brakującego mu tomu, podróżnik dąży do zbadania krainy oznaczonej białą plamą na mapie, alpinista, wspina się na niezdobyty jeszcze szczyt górski itp.

Takie same przyczyny skłaniają uczonych do wypełniania łuk w aktualnym stanie wiedzy np. do poszukiwania pierwiastków brakujących w tablicy Mendelejewa, i rozszerzania jej zasięgu.

Ekstrapolacja wyobrażeń stworzyła też metafizykę. Podobnie jak w matematyce wymienienie dowolnie dużej liczby skłania do wymienienia jeszcze większej, co doprowadziło do wytworzenia pojęcia „nieskończoności”, tak samo człowiek wytwarzał sobie wyobrażenia najdawniejszej przeszłości („stworzenie świata”) i najpóźniejszej przyszłości („sąd ostateczny i „życie wieczne”).

Podobnie okoliczność, że ludzkie charaktery spotyka się tylko w pewnym zakresie parametrów charakteru, skłania ludzi do ekstrapolacji tego zakresu. Takie pojęcia jak „Bóg” i „Szatan” okazują się ekstrapolacjami dynamizmu, szerokości i poziomu. Według rozpowszechnionych wyobrażeń „Bóg” to istota obejmująca całą skałę dynamizmu („ideał dobra, prawdy i piękna”, co jest zbiorem następujących analogii: dobro — endodynamizm, prawda — statyzm piękno – egzodynamizm), a więc o nieskończenie wielkiej szerokości charakteru (nieskończenie wielka wyrozumiałość), i odznaczająca się nieskończenie wysokim poziomem: (nieskończenie wielka mądrość) a podobnym tle powstało pojęcie „Szatana”, przy czym z konieczności nastąpiło rozdwojenie tego pojęcia na „Szatana przewrotnego” „nieludzko” wyolbrzymiony endodynamizm) i na „Szatana rozpustnego” („nieludzko” wyolbrzymiony egzodynamizm). Nic dziwnego, że każdy śpiewak grający rolę Mefistofelasa w „Fauście” Goethego zastanawia się, który z tych dwóch typów Szatana wybrać do interpretacji aktorskich.

„Bóg — życie wieczne” ma swoje przeciwieństwo w „śmierci — wiecznej martwocie” Wszystkie te ekstrapolacje są widoczne na wykresie charakteru (rys. 36.2)

Rzecz jasna, powstały w ten sposób zbiór pojęć nie może mieć luk, to też „Bóg”, „Szatan” i „Śmierć” są w wierzeniach ludowych traktowane jako postacie z którymi można się porozumiewać.

Dlatego też według tych wierzeń Bóg ma partnerów w osobach Mędrców, Szatan rozpustny kusi rozpustników, a Szatan przewrotny chciwców. Śmierci zaś niezdolnej do przekazywania informacji z powodu braku elementów korelacyjnych w zdezorganizowanych organizmach przyznano możność przekazywania informacji przynajmniej w ilości 1 bita (umrzesz teraz lub „jeszcze nie teraz”).

Ekstrapolacja wyobrażeń stanowi istotę dowcipu. Umiejętne opowiadanie dowcipów polega na tym, że opowiadający podaje najpierw tylko te szczegóły, które prowadzą do ekstrapolacji złudnej, a dopiero na końcu opowiadania występuje szczegół usuwający złudzenie, a szczegół taki stanowi pointę dowcipu. Na przykład opowiadają, że Ampere bardzo lubił koty, a kiedyś miał ich nawet dwa, jednego dużego i jednego małego. Ponieważ koty często wchodziły i wychodziły z jego pracowni, przy czym Ampere musiał się za każdym razem odrywać od pracy, aby im otwierać drzwi, więc pewnego razu wezwał stolarza i powiedział „proszę u dołu drzwi wywiercić dwa otwory, jeden większy dla dużego kota a drugi mniejszy dla małego, na co stolarz odpowiedział: „a czy nie wystarczyłby jeden większy otwór?”. „Potrzebne są dwa różne otwory.” (Jest to ekstrapolacja zasady superpozycji, według której suma przyczyn wywołuje sumę skutków poszczególnych przyczyn.) Byłoby to słuszne przy przypuszczeniu, że obydwa koty muszą przechodzić przez drzwi jednocześnie, i na tym polega złudność omawianej ekstrapolacji. Złudzenie to usunęła odpowiedź stolarza wskazująca, że przecież koty mogą przechodzić kolejno, do czego wystarcza jeden większy otwór.

Inny przykład: Bonę, która wyszła na spacer z dwojgiem bardzo podobnych do siebie dzieci, pyta ktoś: „czy to dwojaczki?” na co Bona odpowiada: „nie, trojaczki! trzecie zostało w domu”. Słysząc o dużym podobieństwie dwojga dzieci słuchacz dzięki ekstrapolacji istotnie wyobraził sobie, że chodzi o dwojaczki, to też pytanie zadane Bonie wydało mu się zupełnie naturalne. Odpowiedź Bony wskazała na złudność takiej ekstrapolacji! Równie dobrze odpowiedź mogła brzmieć, że chodzi o czworaczki, z których dwoje pozostało w domu, lub o pięcioraczki, z których, troje pozostało w domu itd. Ludzie źle opowiadający dowcipy (mordercy point) podają za wcześnie szczegół wykluczający ekstrapolację złudną. Gdyby w ostatnim przykładzie opowiadanie zaczęło się następująco: „Bona opiekująca się trojaczkami wzięła dwoje z nich na spacer…”, to opowiadanie nie wywołałoby u słuchacza ekstrapolacji złudnej, i dowcip zostałby zniweczony. Autorzy powieści kryminalnych starają się naprowadzić czytelników na jedną lub nawet kilka ekstrapolacji złudnych, a dopiero w końcu powieści podają szczegóły usuwające złudzenie. Gdyby zapytać kogokolwiek, co jest przedstawione na rys., to najprawdopodobniej odpowiedź brzmiałaby, że kwadrat i koło. Odpowiedź ta byłaby oczywiście niesłuszna, gdyż obydwa rysunki przedstawiają tylko rozmaicie ugrupowane punkty.

Opowiedz taka jest wynikiem okoliczności, że przewodność korelacyjna wyobrażenia kwadratu jest wskutek uprzednich obserwacji bardzo wielu kwadratów tak duża, iż pokazanie czterech punktów (rys. 3.3 a) mogących stanowić wierzchołki kwadratu wystarcza do interpolacji wszystkich brakujących punktów na bokach kwadratu. Podobnie jest z wyobrażeniom koła na rys. 36.3 b. Tymczasem zarówno punkty przedstawione na rys. 36.3 a, jak i na rys. 36.3 b mogą leżeć na okręgu koła.

Jak wynika z dotychczasowych rozważań tendencje poznawcze, wbrew rozpowszechnionemu przekonaniu, nie prowadzą do obiektywnego poznawania rzeczywistości. Poznanie jest zniekształcone tym, że w każdej chwili w korelatorze każdego organizmu istnieje pewien określony rozkład przewodności korelacyjnej. Każdy następny bodziec wywołuje skojarzenie, któremu odpowiada droga o możliwie najmniejszej przewodności korelacyjnej, a więc droga w jak największym stopniu obejmująca już istniejące odcinki o dużej przewodności korelacyjnej (por. rys. 36.1 b). Znaczy to, że wyobrażenia aktualnej rzeczywistości zależą nie tylko od tego, jaka ta rzeczywistość jest, lecz od stanu dotychczasowych wyobrażeń w korelatorze.

Mówiąc praktycznie: aby kogoś do czegoś przekonać, nie wystarczy mieć słuszność: wynik zależy ponadto od stanu korelatora u przekonywanego, a więc od przeszłości przekonywanego, która doprowadziła do tego, czym jest jego teraźniejszość. Ale to nie wszystko. Istnieje jeszcze druga, i to ważniejsza przyczyna zniekształcania wyobrażeń rzeczywistości. Każdy organizm przejawia w swoim postępowaniu własny interes, podyktowany przez jego homeostat i wymagający realizacji za pośrednictwem tendencji źródłowych. Wyobrażenia w korelatorze nie są dokładnym odpowiednikiem doznanych bodźców i związków miedzy nimi, ponieważ działania homeostatu organizmu sprawia, że bodźce atrakcyjne wywołują wyobrażenia wzmocnione przez wzrost potencjału refleksyjnego. Jak już mówiliśmy, w ten sposób ujawnia się dynamizm charakteru. Wskutek tego przekonywanie kogokolwiek jest o tyle skuteczne, o ile prowadzi do skojarzeń z najsilniejszymi wyobrażeniami, a więc o ile pozostaje w zgodności z interesem przekonywanego. Ponieważ interes organizmu przejawia się w dynamizmie jego charakteru, więc przekonywanie w tej samej sprawie da inny wynik np. u endodynamika niż u statyka lub egzodynamika.

Wielu ludziom wydaje się, że aby kogoś o czymś przekonać wystarczy mu to udowodnić w sposób logiczny. Tymczasem może to być przekonywające tylko dla ludzi uznających zasady (a więc i zasady logiki), tj. dla statyków. Kto tego nie rozumie, ten zawsze będzie się dziwić, dlaczego wielu polityków, którym wytknięto kłamstwo, nie przejawia żadnego zawstydzenia, lub dlaczego obrazy wielu malarzy nie są zgodne z zasadami perspektywy.

Nie można nikomu udowodnić, że powinien się zakochać w blondynce zamiast w szatynce, że powinien lubić muzykę lub być religijny. Słusznie ktoś powiedział, że dyskusje nie służą do przekonywania lecz do wymiany poglądów. Dyskusje prowadzą do zgodności poglądów tylko wtedy, gdy u przekonywanego powstanie wyobrażanie, że cudza teza jest zgodna z jego własnym interesem, każdy bowiem dopasowuje tezy do swojego interesu a nie interes do tez. Zasady logiki, którymi Sokrates, typowy statyk, szermował przez całe życie, nie zdołały go obronić przed wyrokiem śmierci. Sędziowie skazali go, gdyż wyobrażali sobie, ze ich interes jest zagrożony. „Wróg ludu” Ibsena jest dramatem lekarza uzdrowiskowego, który zyskał sobie uznanie współobywateli odkryciem szkodliwości wód uzdrowiska, ale został przez nich potępiony, gdy wyobrazili sobie, że odkrycie to ich zrujnuje. O kierowanie się własnym interesem nie można nawet mieć do nikogo pretensji, ponieważ nikt nie może sobie zmienić własnego interesu: w tym celu musiałby wymiesić swój organizm na inny. Rzecz jasna, nie chodzi tu o „interes” w znaczeniu trywialnym, jak np. zarobienie dużo pieniędzy, odziedziczenie majątku itp. lecz o interes w najogólniejszym znaczeniu — nie zgodne jest z interesem organizmu to co zakłóca jego równowagę, zgodne zaś to co ją przywraca. Z tego punktu widzenia główna wygrana na loterii może się okazać sprzeczna z interesem „szczęśliwego” gracza a zgodne z interesem organizmu może być nawet pielęgnowanie trędowatych. Humanitaryzm nie jest wcale rezygnacją z własnego interesu i przeciwnie, jest on jak najbardziej zgodny z interesem całej ludzkości i wszystkich ludzi z osobna.

O ile tendencje źródłowe są związane tylko z samym organizmem, to tendencje poznawcze wymagają istnienia otoczenia są bowiem przejawem postawy organizmu względem jego otoczenia. Do poznawania otoczenia może wystarczyć nawet mała ilość rejestratorów, tyle że to poznawanie będzie dość ogólne, bez rozróżnienia wielu szczegółów.

A zatem do przejawiania tendencji poznawczych są zdolne nawet organizmy o dość niskim poziomie, tendencje poznawcze są jednak mniej ogólne niż tendencje źródłowe, w ogóle nie wymagające rozróżniania szczegółów w otoczeniu.

Tendencje poznawcze mogą przemieść organizmowi większe korzyści sytuacjach obfitujących w wiele bodźców. Stąd pochodzi skłonność gawiedzi do gapienia się na zajścia uliczne, bójki, kłótnie itp. Ludzie kulturalni nie robią tego, ponieważ nie spodziewa ją się znaleźć informacji użytecznych w takich zbiorach bodźców przypadkowych, natomiast szukają informacji użytecznych w zbiorach bodźców zorganizowanych, np. w dziełach sztuki. Fabularne dzieła sztuki, jak np. powieści, filmy, przedstawienia teatralne, obrazy itp. dostarczają im bodźców mających często związek z ich własną sytuacją i umożliwiających im dzięki temu wytwarzacie użytecznych wyobrażeń, nie fabularne zaś dzieła sztuki, jak muzyka, balet, architektura, malarstwo abstrakcyjne itp. wprowadzają przynajmniej pewne uporządkowane stanu informacyjnego przez wywoływali określonych nastrojów. Podobne zadania spełnia turystyka.

363

Tendencje zdobywcze

Kiedy organizm dąży do sytuacji odpowiadającej jego charakterowi, a więc dopasowany do jego dynamizmu, szerokości i poziomu, wtedy występuje niedopasowanie sytuacji do któregokolwiek parametru charakteru, wówczas pojawiają się tendencje zdobywcze zmierzające do zmiany sytuacji w celu uzyskania jej dopasowania do charakteru. Na przykład, endodynamik zatrudniony na podrzędnym stanowisku dąży do zajęcia stanowiska kierowniczego zgodnie z cechującym endodynamików dążeniem do zdobywania mocy socjologicznej. Człowiek tolerancyjny przeciwstawia się ograniczeniom narzucanym mu przez nie tolerancyjne środowisko a człowiek o wysokim poziomie chce mieć do czynienia z innymi ludźmi o równie wysokim poziomie, tendencje zdobywcze przejawiają się jako uczucia niechęci i antypatii do ludzi utrudniających dopasowanie sytuacji do charakteru, jak na przykład, egzodynamik odczuwa niechęć do statyków zmuszających go do utrzymywania pedantycznego porządku, wykształcony pracownik odczuwa niechęć do wydającego mu rozkazy niewykształconego zwierzchnika, człowiek liberalny odczuwa niechęć do ograniczających go fanatyków itp. Do przejawiania tendencji zdobywczych organizm potrzebuje więcej elementów korelacyjnych niż przy samych tendencjach poznawczych, gdyż oprócz rozpoznania sytuacji musi on mieć skojarzenia umożliwiające przekształcanie sytuacji. A zatem organizmy zdolne do tendencji zdobywczych muszą mieć wyższy poziom niż organizmy zdolne tylko do tendencji poznawczych.

Tendencje zdobywcze są tym silniejsze, im większa jest rozbieżność między sytuacją a charakterem, oraz im większą moc koordynacyjną ma dany organizm Okoliczności te sprawiają, że egzodynamicy, dysponując dużą mocą koordynacyjną, reagują niezmiernie silnie nawet na niezbyt wielkie niedopasowanie sytuacji do swojego charakteru: to właśnie jest przyczyną, dlaczego rewolucje bywają przede wszystkim dziełem młodzieży i poetów. A u endodynamików, zwłaszcza pochodzących z nizin społecznych, tendencje zdobywcze, pomimo małej mocy koordynacyjnej, są silne z powodu dużej rozbieżności między sytuacją a charakterem. Mała moc koordynacyjna sprawia, że realizują oni te tendencje w sposób powolny a wytrwały.

Jak z tego wynika, tendencje zdobywcze nie występują u ludzi zadowolonych z życia (brak rozbieżności między sytuacją a charakterem) i u zupełnie ujarzmionych niewolników (brak mocy koordynacyjnej spowodowany koniecznością zużywania całej mocy dyspozycyjnej jako mocy roboczej). Tym się objaśnia brak skłonności bunt buntowniczych w społeczeństwach cieszących się dobrobytem oraz u niewolników nawet gdy wiedzą, że idą na śmierć (i wobec tego niczym nie ryzykowaliby buntując się).

Gdy pomimo silnych tendencji zdobywczych sytuacja nie daje się zmienić, tendencje te przejawiają się jako uczucie zwane frustracją, towarzyszy mu uporczywe utrzymywanie się wysokiego potencjału refleksyjnego spowodowanego atrakcyjnością wyobrażeń rozmaitych środków zaspokojenia tendencji zdobywczych, ale narastające wyobrażenia daremności wysiłków sprawiają wreszcie, że homeostat znajduje nowy stan równowagi, w którym tendencje zdobywcze przestają występować — jeśli nawet pojawią się wreszcie możliwości ich realizacji, to nie wywołują już atrakcji. Ilustracją takiego stanu jest powieść Londona „Martin Eden”, której bohater popadł w stan zobojętnienia u progu wielkich sukcesów.

Gdy tendencje zdobywcze są niezbyt silne, co zachodzi przy niezbyt dużym niedopasowaniu sytuacji do charakteru, wówczas stają się one tendencjami wyrównawczymi, zmierzającymi nie do śniony sytuacji lecz do jej uzupełniania. Wynikiem tendencji wyrównawczych są m.in. rozmaite hobby, amatorstwo, dyletantyzm. Jak na przykład, egzostatyk będący z zawodu kasjerem, a więc uprawniający zajęcie odpowiednie dla statyków, zajmuje się w wolnych chwilach malarstwem, jest członkiem chóru, bierze udział w amatorskich przedstawieniach teatralnych itp. Endostatyk, pracujący jako urzędnik i odczuwający z tego powodu pewien niedosyt roli kierowniczej, grywa z zamiłowaniem w szachy lub brydża, gdzie może samodzielnie kierować przebiegiem gry. Tendencje wyrównawcze przejawiają się również w przypadkach, gdy mąż, któremu żona niezupełnie odpowiada, znajduje sobie przyjaciółkę, gdy ojciec, niemający w swoim zawodzie żadnych podwładnych, wyżywa się we władzy nad dziećmi, itp.

Tendencje zdobywcze zmierzająca do uzyskania dopasowania sytuacji do dynamizmu charakteru w celu zwiększenia mocy socjologicznej bywają nazywane w języku potocznym „ambicjami”. Ponieważ zwiększanie mocy socjologicznej jest tym łatwiejsze, im wyższy ma się poziom, więc tendencjom zdobywczym zmierzającym do zwiększenia mocy socjologicznej często towarzyszą wzmożone tendencje poznawcze zmierzające do podwyższania poziomu, zwane potocznie „aspiracjami”.

Ambicje są tym większe, im większe jest niedopasowanie sytuacji do dynamizmu, ale tym trudniej jest osiągnąć cel ambicji im mniejszą ma się moc socjologiczną. Z drugiej jednak strony, duże niedopasowanie sytuacji do dynamizmu jest (z wyjątkiem przyczyn przypadkowych) wynikiem posiadania małej mocy socjologicznej. Wskutek tego powstaje błędne koło: mała moc socjologiczna spowodowała duże nie dopasowanie, wywołując przez to silne tendencje zdobywcze, ale nie dające się zaspokoić właśnie z powodu małej mocy socjologicznej. Tendencje zdobywcze dałyby się łatwo zaspokoić przy dużej mocy socjologicznej, ale przy dużej mocy socjologicznej tendencje zdobywcze nie powstałyby, gdyż byłyby niepotrzebne. Aby mieć dużo pieniędzy, trzeba mieć duże przedsiębiorstwo, ale aby mieć duże przedsiębiorstwo, trzeba mieć dużo pieniędzy, krótko mówiąc: aby mieć pieniądze trzeba mieć przedtem pieniądze. Aby mieć wpływowych znajomych, trzeba zostać dygnitarzem, ale żeby zostać dygnitarzem, trzeba mieć wpływowych znajomych. Jak widać, niedopasowanie sytuacji do dynamizmu i mała moc socjologiczna są ze sobą powiązane w taki sposób, że wywołują silne tendencje zdobywcze, ale nie dające się zrealizować Wydobycie się z tego stanu jest więc niezwykle trudne, mozolne i zależne nieraz od pomyślnego zbiegu okoliczności, co wielu ludzi, którym udało się zrobić karierę lub zdobyć sławę, potwierdza w swoich wspomnieniach z wczesnego okresu przebywania bariery dzielącej ich od źródeł dużej mocy socjologicznej.

Zdobywanie mocy socjologicznej napotyka trudności wynikające głównie z ograniczeń źródeł mocy socjologicznej. I tak na przykład, ograniczona jest ilość ziemi ornej, złóż surowcowych (węgla, rud metali itp.(, stanowisk władzy, możliwości zarobkowych itp. W zasadzie tylko postęp nauki i techniki prowadzi do zwiększenia mocy socjologicznej dla wszystkich, co się przejawia np. w poprawie ogólnej zdrowotności, wydłużeniu życia ludzkiego, odkrywaniu nowych źródeł energii, budowie doskonalszych maszyn itp. Zwiększanie mocy socjologicznej z innych źródeł sprowadza się do tego, że jedni starają się ubiec innych w opanowaniu takich źródeł. Ubiegają, czyli powstaje konkurencja.

Ograniczoność źródeł mocy socjologicznej sprawia, że dążenia jednych do zmiany sytuacji spotyka się z dążeniami do utrzymania jej bez zmian u tych, którym zmiana sytuacji grozi zmniejszeniem ich mocy socjologicznej. Jeżeli zagrożeni mają dosyć dużo mocy socjologicznej, ażeby uniemożliwić zmianę sytuacji to powstaje stan, w którym nic się na pozór nie dzieje, w istocie jednak u obu stron występują silne tendencje zdobywcze przejadające się we wzmożonych obiegach refleksyjnych! Wytwarzają one u jednych gotowość do zaatakowania, gdy nadarzy się sposobność, u drugich zaś gotowość do odparcia ataku. Tendencje takie określa się potocznie jako uczucia wrogości, nienawiści itp. Powstające na tym tle uczucia ambicjonalne są silnie zróżnicowane w zależności od poziomu osobników konkurujących ze sobą w zdobywaniu mocy socjologicznej.

Wyłączając z rozważań przypadki pośrednie, można rozróżnić ludzi:

1. o wysokim poziomie i dużej mocy socjologicznej,

2. o wysokim poziomie i małej mocy socjologicznej,

3. o niskim poziomie i dużej mocy socjologicznej,

4. o niskim poziomie i malej mocy socjologicznej.

Ponieważ każdy z wymienionych tu typów może się znaleźć w konkurencji z każdym z nich, więc otrzymuje się w ten sposób szesnaście możliwych rodzajów uczuć ambicjonalnych.

Ponadto sprawa się komplikuje wskutek tego, że tendencje powstają w oparciu o wyobrażenia a nie o obiektywną miarę mocy socjologicznej i poziomu. A zatem zamiast jednego rzeczywistego poziomu danego osobnika wchodzą w grę dwa poziomy wyobrażania: domniemany poziom, jaki każdy sam sobie przypisuje, i poziom, jaki inni mu przypisują! krótko mówiąc, każdy człowiek reaguje na to. czy inni niedoceniają czy też przeceniają jego poziom. Nie jest też wcale obojętne, czy ocena pochodzi od osobnika o wysokim czy niskim poziomie (według wyobrażeń ocenianego). To samo dotyczy oceny mocy socjologicznej. Wskutek tego istnieje mnóstwo wariantów uczuć ambicjonalnych, o czym też świadczy mnogość nazw, jakie powstały w języku potocznym na określa ale rozmaitych odcieni tych uczuć. Nie mniej, ludzie mający rozwinięte umiejętności postępowania z innymi dobrze rozróżniają nasuwające się w związku z tym subtelności.

Aby lepiej zorientować czytelników w tych zagadnieniach omówimy przynajmniej przypadki najwyraźniejsze. Aby uprościć terminologię, będziemy nazywać „oceną własną” to, co ktoś sam o sobie sądzi, a „oceną cudzą” to, co ktoś inny o nim sądzi. Sprawa prawdziwości lub fałszywości oceny własnej i oceny cudzej nie odgrywa żadnej roli, gdyż każda ocena jest oparta na wyobrażeniach oceniającego, a jak wiemy, od wyobrażeń zależą emocje (atrakcje i repulsje(, a więc i sterowanie się organizmu. Nawet jeżeli zdaniem wielu postronnych osób czyjeś oceny te są fałszywej to wartość takiego poglądu może mieć tylko znaczenie statystyczne, gdyż każda spośród tych osób wypowiada go w oparciu o własne wyobrażenia. Gdyby to nawet spowodowało zmianę oceny własnej lub oceany cudzej, to również tylko dzięki zmianie wyobrażeń u oceniającego.

W zakresie oceny własnej każdy człowiek ma pogląd na własny poziom (kwalifikacje) i na własną moc socjologiczną (osiągnięcia). Wywołuje to w nim określona uczucia ambicjonalne, a mianowicie w przypadku niedosytu (tj. gdy się uważa własną moc socjologiczną za zbyt małą w stosunku do własnego poziomu) jest to pragnienie awansu, w przypadku nasycenia (tj. gdy się uważa własną moc socjologiczną za odpowiednią do własnego poziomu) jest to pragnienie stabilizacji, czyli tendencja skierowana przeciw naruszaniu stanu nasycenia, a w przypadku przesytu (tj. gdy się uważa własną moc socjologiczną za zbyt dużą w stosunku do własnego poziomu) jest to pragnienie degradacji. Pragnienie awansu i pragnienie degradacji, pomijając przeciwstawność tych tendencji, różnią się ponadto możliwościami ich realizacji. Pragniecie awansu niekoniecznie prowadzi do awansu, gdyż może napotkać silne opory ze strony zagrożonego otoczenia, natomiast pragnienie degradacji można zrealizować bez żadnych trudności a nawet z pomocą otoczenia, zwłaszcza w stosunku do ludzi, których niski poziom w zupełności uzasadniałby potrzebę degradacji. Pragnienie degradacji spotyka się rzadko, ponieważ z powodu ograniczoności źródeł mocy socjologicznej przypadki przesytu są o wiele rzadsze niż przypadki niedosytu, a poza tym właśnie dlatego, że dobrowolna degradacja jest tak ułatwiona, ludzie przesyceni obawiają się popaść znów w niedosyt, z którego, być może, nie znajdą już możliwości awansu. Nie mniej przypadki dobrowolnej degradacji zdarzają się, czego przykładem może być abdykacja Dioklecjana lub rezygnacja syna Cromwella z założenia nowej dynastii. Historia zna też wielu władców, którzy jeśli nawet formalnie nie abdykowali, to jednak praktycznie rezygnowali ze znacznej części władzy na rzecz energicznych ministrów, jak np. Ludwik XIII w stosunku do Richelieu. Przejawem pragnienia degradacji jest także trwonienia pieniędzy przez ludzi, którym przyszła one nadmiernie łatwo, z dużego spadku, wielkiej wygranej na loterii, kradzieży itp.

Tendencje zdobywcze przejawiające się jako pragnienie awansu maleją przy zwiększaniu się mocy socjologicznej, a wzrastają przy jej zmniejszaniu się w stosunku do poziomu; i tu znów trzeba podkreślić, że nie chodzi o rzeczywistą moc socjologiczną ani rzeczywisty poziom lecz o wyobrażenia o nim. Dlatego też tendencje zdobywcze nie maleją u człowieka, którego wyraźnie awansowano, ale który uważa otrzymany awans za nieznaczny albo któremu zmieniło się wyobrażenie o jego własnym poziomie, a mianowicie gdy ocenia on swój poziom wyżej niż przedtem. Na odwrót, tendencje zdobywcze zmaleją, gdy ktoś przecenia swoja powodzenia lub gdyż zaczął oceniać swój poziom niżej niż przedtem, gdy uświadomił sobie, że ma za niskie kwalifikacje).

W zależności od rozmaitych okoliczności tendencje zdobycze oparta napocenia własnej przejawiają się jako uczucia zapału (gdy łatwo jest zwiększać moc socjologiczną) lub zniechęcenia (gdy trudno jest zwiększać noc socjologiczną(, mściwości względem ludzi, którzy uniemożliwili awans lub spowodowali degradację, lub wdzięczność w stosunku do ludzi, dzięki którym otrzymało się awans wyższy od odpowiadającego poziomowi (uczucia wdzięczności nie występują bądź zanikają, gdy awansowany uważa, że awans nie jest wyższy, niż odpowiada jego poziomowi. Naraża się wtedy na zarzut „niewdzięczności”. Ludzie wytwarzają sobie też pogląd na cudzy poziom i cudzą moc socjologiczną. Wywołuje to w nich uczucia ambicjonalne, które względem konkurentów dościgających w awansie przejawiają się jako zawiść a względem konkurentów prześcigających w awansie jako zazdrość. Uczucie zawiści jest tym silniejsze, im szybciej wzrasta poziom aktualny dościgających konkurentów (gdyż prowadzi to do wyobrażenia o wysokim poziomie potencjalnym tych konkurentów a więc o dużej możliwości prześcignięcia). Jeżeli uczucia zawiści doznają ludzie o dużej mocy socjologicznej lecz niskim poziomie, to zdają oni sobie sprawę z braku szans na dalsze zwiększanie własnej mocy socjologicznej, wobec czego wykorzystują oni swoją dużą noc socjologiczną do pognębienia, maltretowania takich wybijających się konkurentów, dopóki ci mają jeszcze za małą moc socjologiczną! w tych przypadkach tendencje zdobywcze przejawiają się jako tzw. „sadyzm” zwierzchnika w stosunku do podwładnego, tj. dążenie do utrzymania przewagi nie przez zwiększanie mocy socjologicznej przez hamowanie jej wzrostu u innych, tendencje zdobycze względem konkurentów, którym zaczyna się nie powodzić słabną, przy czym pojawia się uczucie ulgi, które wobec niepowodzenia konkurentów dościgających jest uczuciem lekceważenia a wobec niepowodzenia konkurentów prześcigających uczuciem uciechy). Uczucie to jest dobrze znane z historii rewolucji, które doprowadziły do upadku rozmaitych koronowanych miernot).

Pod wpływem własnych tendencji zdobywczych ocenia się rozmaite cudze tendencje zdobywcze. Gdy konkurent dąży do uzyskania mocy socjologicznej ponad jego domniemany poziom, przypisuje mu się „zarozumiałość”, a gdy konkurent rzeczywiście tę nadmierną moc socjologiczną osiągnął, przypisuje mu się uczucie „pychy”, dążenie do jej dalszego zwiększenia określa się jako „zachłanność”. Gdy konkurent osiągnął moc socjologiczną odpowiednią do jego domniemanego poziomu, przypisuje mu się uczucie „dumy”. Gdy konkurent przecenia posiadaną moc socjologiczną, przypisuje mu się „próżność”.

Źródłem uczuć ambicjonalnych są również rozbieżności między oceną własną i oceną cudzą poziomu i mocy socjologicznej danego osobnika. Do rozbieżności ocen dochodzi z dwóch powodów. Po pierwsze, osobnik oceniający sam siebie i inny osobnik, który go ocenia, kierują się własnymi interesami, a interesy te mogą być przecież różne. Po drugie, ocena cudza jest często fragmentaryczna, na przykład, moc socjologiczną innych ludzi ocenia się często na podstawie ich ubrania, mieszkania, wydatków itp., poziom zaś na podstawie sposobu mówienia, zachowania się przy jedzeniu itp., a to może się okazać zawodne.

Ocena cudza w stosunku do oceny własnej poziomu i mocy socjologicznej może być pochlebna (przecenianie) lub niepochlebna (niedocenianie). W każdym jednak z tych dwóch przypadków nie jest obojętna, czy chodzi o poziom czy o moc socjologiczną. Różnica polega na tym, że (posiadana) moc socjologiczna w znacznie większym stopniu zależy od poziomu niż od (dostępnej) mocy socjologicznej Możliwe są raptowne zmiany mocy socjologicznej. natomiast poziom może się zmieniać tylko w sposób powolny. Dlatego tez jeżeli między posiadaną mocą socjologiczną a poziomem nie ma odpowiedniości, to w dążeniu do osiągnięcia tej odpowiedniości łatwiej jest, mimo wszystko, w krótkim czasie zwiększyć móc socjologiczną, gdy jest za mała, niż podwyższyć poziom, gdy jest za niski. Odpowiedniość można uzyskać przez rzeczywiste zwiększenie mocy socjologicznej bądź podwyższenie poziomu przez zmianę wyobrażeń będących podstawą własnej oceny mocy socjologicznej i poziomu (tzn. można sobie wyobrażać, że się ma większą moc socjologiczną lub wyższy poziom niż w rzeczywistości). Z przyczyn omówionych powyżej wyobrażenia odgrywają większą rolę we własnej ocenie poziomu niż mocy socjologicznej. Dlatego więcej jest ludzi mających złudzenia co do własnej wartości niż co do uzyskanych korzyści. Wskutek tego niedocenianie czyjegoś poziomu i niedocenianie czyjejś mocy socjologicznej wywołują różne uczucia ambicjonalne — ludzie są znacznie wrażliwsi na niedocenianie ich poziomu.

Upraszczając sprawę przez pominięcie rozmaitych okoliczności ubocznych można rozróżnić sześć głównych uczuć ambicjonalnych wywołanych rozbieżnością między oceną własną i oceną cudzą poziomu i mocy socjologicznej.

Człowieka mającego poczucie odpowiedniości między posiadana mocą socjologiczną a poziomem nie ma niedopasowania sytuacji do charakteru, a więc nie ma i tendencji zdobywczych. Jest to stan określany potocznie jako zadowolenie „miłości własnej”. Za niska ocena cudza poziomu lub mocy socjologicznej narusza to wyobrażenie zakłócając równowagę organizmu. Wywołuje to „urazę”, „zranienie miłości własnej” (tabl. 37-1 p.1) tj. tendencję do usunięcia źródła zakłócenia przez skorygowanie cudzej oceny. Do tego celu człowiek urażony wykorzystuje posiadaną moc socjologiczną stosując represje wobec nie doceniającego na przykład, zwierzchnik odmawia awansu podwładnemu, który wyraził się o nim lekceważąco. Okazania w ten sposób dużej mocy socjologicznej ma zarazem być dowodem przeciw niedocenianiu mocy, a pośrednio także przeciw niedocenianiu poziomu, co wiąże się z wyobrażeniami urażonego, że — wobec występującej u niego odpowiedniości między posiadaną mocą socjologiczną — duża moc socjologiczna świadczy też o jego wysokim poziomie. Jeżeli człowiek mający poczucie odpowiedniości między posiadaną mocą socjologiczną a poziomem spotyka się przecenianiem jego mocy socjologicznej lub poziomu, to zakłóca mu to również równowagę organizmu, ale nie ma on innego sposobu usunięcia tego zakłócenia niż wyprowadzenie przeceniającego z błędu. Uczucia ambicjonalne przejawiają się tu jako zażenowanie (tab. 37-1 p.4). Tak na przykład, zażenowany jest urzędnik, którego przez pomyłkę wzięto za ministra.

Ludzie odczuwający brak odpowiedniości między posiadaną mocą socjologiczną a poziomem mogą się znaleźć w jednej z czterech następujących sytuacji: przy dużej mocy socjologicznej i niskim poziomie mogą się spotkać z niedocenianiem mocy socjologicznej lub z przecenieniem poziomu, a przy małej mocy socjologicznej i wysokim poziomie z przecenieniem mocy socjologicznej lub niedocenieniem poziomu. Przyczyną niedoceniania lub przeceniania jest to, że ludzie z otoczenia wrobiwszy sobie najpierw ocenę czyjejś mocy socjologicznej wnioskują z niej o poziomie i na odwrót, z oceny poziomu wnioskują o mocy socjologicznej, kierując się własnym wyobrażeniem odpowiedniości między mocą socjologiczną a poziomem.

Człowiek o niskim poziomie lecz dużej mocy socjologicznej odczuwa niedopasowanie, do usunięcia którego byłoby potrzebne podniesienie poziomu, tego zaś nie da się zrobić od razu (a przy niskim poziomie potencjalnym nawet nigdy). Dla takiego osobnika posiadanie dużej mocy socjologicznej jest jedynym atutem mogącym sugerować, że i poziom jest odpowiednio wysoki, tymczasem jeśli ktoś inny podaje w wątpliwość, czy ta moc socjologiczna jest rzeczywiście duża (gdyż wydaje mu się nieprawdopodobne, żeby osobnik o niskim poziomie mógł mieć dużą moc socjologiczną(, to niedoceniony w ten sposób osobnik, sądząc, że niedoceniający zna tylko fragment jego mocy socjologicznej, stara się zademonstrować ją w całej okazałości. Uczucia ambicjonalne przejawiają się u niego jako chęć imponowania (tabl. 37-1 P2). Stąd pochodzi u rozmaitych nowobogackich skłonność do popisywania się przepychem, posiadaniem cennych antyków, znajomościami wybitnych ludzi, itp.

Natomiast jeżeli tego rodzaju ludzie spotkają się z przecenieniem ich poziomu (ze strony kogoś, komu wydaje się nieprawdopodobna, żeby osobnik o dużej mocy socjologicznej mógł mieć niski poziom(, to nie pozostaje im nic innego niż utrzymywanie przeceniającego w błędzie (ze swojej dużej mocy socjologicznej nie mogą robić większego użytku niż dotychczas, ponieważ nie jest ona kwestionowana). Uczucia ambicjonalne przejawiają się u nich jako lęk przed kompromitacją (tabl. 37-1 P4). Dlatego ludzie nie przyznają się do żadnych sprawek, których ujawnienie mogłoby ich poniżyć w opinii. Na uczuciu lęku przed kompromitacją żerują szantażyści, przy czym ich ofiary o małej mocy socjologicznej ulegają szantażowi, natomiast ofiary o wielkiej mocy socjologicznej dążą do unieszkodliwienia szantażysty (z zamordowaniem włącznie) co jest ulubionym motywem wielu autorów powieści kryminalnych). Lękiem przed kompromitacją objaśnia się również wrażliwość ludzi na pochlebstwa, czego przykładam jest choćby postać Nerona.

Jeśli człowiek o wysokim poziomie i małej mocy socjologicznej spotyka się z niedocenianiem jego poziomu (ze strony kogoś, komu wydaje się nieprawdopodobne, żeby osobnik o małej mocy socjologicznej mógł mieć wysoki poziom(, to wobec małej mocy socjologicznej musi on poprzestać na stwierdzeniu swojej bezsilności wobec Uczucia ambicjonalne przejawiają się w takich przypadkach jako uczucie upokorzenia (tab. 37.1 p3). Takie uczucie ma np. człowiek wykształcony, którego z powodu wytartego ubrania nie chciano wpuścić do wytwornego lokalu gastronomicznego lub wzięto za żebraka, natomiast jeżeli ludzie o wysokim poziomie i małej mocy socjologicznej spotykają się z przecenianiem ich mocy socjologicznej ) ze strony kogoś, komu wydaje się nieprawdopodobne, żeby osobnik o wysokim poziomie mógł mieć małą moc socjologiczną(, to starają się oni utrzymać przeceniającego w błędzie eksponując swoją małą moc socjologiczną, aby wywołać wrażanie, że jest ona fragmentem ich rzekomej dużej mocy socjologicznej. Uczucia ambicjonalne przejawiają się wtedy jako chęć zachowania pozorów (tab. 37.1 P5) Tak na przykład, biedni ludzie, których ktoś nieświadomy uważa za bogatych, rujnują się na kosztowne przyjęcia lub prezenty, aby podtrzymać to mniemanie.

Omówione tu uczucia ambicjonalne wynikające z rozbieżności ocen zestawiono w tabl. 37-1.

Silne tendencje zdobywcze mogą doprowadzić do walki o moc socjologiczną między poszczególnymi ludźmi, rodzinami, grupami społecznymi a nawet narodami i ich związkami. Wzajemna zwalczanie się konkurentów zmierzające do zmiany sytuacji na własną korzyść przez zmianę jej na niekorzyść przeciwnika stanowi konflikt.

tabl. 37.1

Uczucia ambicjonalne przy rozbieżności ocen poziomu lub mocy socjologicznej.

Lp.

Ocena własna

Ocena obca

Rozbieżności ocen

Uczucie ambicjonalne

Wysoki poziom i duża moc

Niski poziom i mała moc

Niedocenianie poziomu i mocy

Uraza

Niski poziom lecz duża moc

Niski poziom więc chyba mała moc

Niedocenianie mocy

Chęć imponowania

Wysoki poziom i mała moc

Mała moc więc chyba niski poziom

Niedocenianie poziomu

Upokorzenie

Niski poziom i mała moc

Wysoki poziom i duża moc

Przecenianie poziomu i mocy

Zażenowanie

Wysoki poziom i mała moc

Wysoki poziom więc chyba duża moc

Przecenianie mocy

Chęć zachowania pozorów

Niski poziom lecz duża moc

Duża moc więc chyba wysoki poziom

Przecenianie poziomu

Lęk przed kompromitacją

W każdym konflikcie występują u każdej ze stron rozterki atrakcyjno-repulsyjne, przy czym od rozstrzygnięcia tych rozterek zależy przebieg konfliktu. Przypomnijmy (rozdz. 17 „Rozterki”) że rozstrzygnięciem rozterki atrakcyjno-repulsyjnej może być decyzja zmierzająca do atrakcji pomimo towarzyszącej jej repulsji bądź rezygnacja z atrakcji w celu uniknięcia repulsji. Tendencje zdobywcze zmierzają do zwiększenia mocy socjologicznej, co stanowi atrakcję zaś realizacja tych tendencji wymaga użycia mocy socjologicznej a często i mocy fizjologicznej, co stanowi repulsję i rozterka kończy się decyzją, gdy atrakcja jest większa od repulsji, rezygnacją zaś, gdy repulsja jest większa od atrakcji.

Rozpatrzmy najpierw pewien szczególny przypadek, gdy tendencje zdobywcze występują tylko u jednej ze stron. Przypadek taki nie jest konfliktem lecz napaścią (strona napadająca, zwłaszcza w polityce międzynarodowej, chętnie nazywa to „konfliktem”, sugerując przez to, że i strona napadnięta przejawia tendencje zdobywcze). Przed napaścią, u strony napadającej występuje rozterka atrakcyjno-repulsyjna, której rozstrzygnięciem jest decyzja. U strony napadniętej nie ma żadnej rozterki wobec braku tendencji zdobywczych. Po napaści, u strony napadniętej występuje rozterka repulsyjna między repulsją związaną ze zużyciem mocy na obronę a repulsja związaną ze stratą mocy w wyniku kapitulacji. Może też to być rozterka atrakcyjno-repulsyjna, jeżeli tymczasem u napadniętego wystąpią tendencje zdobywcze. Dalszy ciąg pokrywa się z przebiegiem właściwych konfliktów, do omawiania których obecnie przystępujemy.

Z punktu widzenia procesów sterowniczych konflikty mogą się opierać na sprzężeniu zwrotnym ujemnym lub dodatnim.

Sprzężenie zwrotne ujemne występuje w konfliktach, w których u strony zdobywającej moc socjologiczną kosztem drugiej strony rozstrzyganie rozterek atrakcyjno-repulsyjnych przesuwa się od decyzji do rezygnacji. Konflikt ma wówczas przebieg oscylacyjny (por. rys. 2.3) polegający na tym, że u każdej ze stron występują na przemian decyzje i rezygnacje. Praktycznie biorąc, strony atakują się na przemian i na przemian ustępują, gdy ataki zaczynają pociągać za sobą zbyt duże straty. Konflikt taki może być długotrwały i prowadzi w zasadzie do utrzymania stanu posiadania obu stron („równowaga sił”).

Sprzężenie zwrotne dodatnie występuje w konfliktach, w których u obu stron rozstrzygnięciem rozterek atrakcyjno-repulsyjnych jest decyzja, co prowadzi do wzmagania się reakcji obu stron (por. rys. 2.2). Zazwyczaj występuje w tych przypadkach sprzężenie destruktywne, polegające na tym, że gdy jedna strona przyczyni drugiej stronie pewnych strat, to druga strona w odwet przyczyni pierwszej stronie większych strat, na co pierwsza strona przyczyni drugiej jeszcze większych strat, itd. aż do chwili gdy u jednej ze stron wystąpi zanik tendencji zdobywczych, czyli gdy rozterka atrakcyjno-repulsyjna przemieni się w rozterkę repulsyjną, rozstrzygniętą na rzecz kapitulacji.

Jest bardzo charakterystyczne, że ogromna większość ludzi widzi możliwość przejawiania tendencji zdobywczych tylko w sprzężeniu destruktywnym, spodziewając się naturalnie, że doprowadzi do kapitulacji drugiej strony). Tymczasem istnieje takie sprzężenie konstruktywne, które jest również sprzężeniem dodatnim, i również wiąże się z rozstrzyganiem rozterek atrakcyjno-repulsyjnych, ale polega na tym, że gdy jedna strona przyczyni drugiej stronie pewnych korzyści, to druga strona przyczyni pierwszej stronie większych korzyści, wobec czego pierwsza strona przyczyni drugiej stronie jaszcze większych korzyści itd., aż do stanu nasycenia, gdy strony przestaną przejawiać tendencje zdobywcze lub do stanu wyczerpania się możliwości dalszego zwiększania mocy socjologicznej. Sprzężenie konstruktywne powstaje wprawdzie w wyniku tendencji zdobywczych, ale nie jest konfliktem, gdyż tendencje te nie są sprzeczne. Obydwa te rodzaje sprzężeń zilustrujemy przykładami w postaci następujących dialogów między zwierzchnikiem a podwładnym.

Przykład sprzężenia destruktywnego.

Zwierzchnik: „ten pracownik opuszcza się w pracy, trzeba mu obniżyć wynagrodzenie”. Podwładny: „skoro mi mniej płacą, to będę się mniej wytężał”.

Zwierzchnik: „pracownik znów się opuścił, trzeba mu jeszcze bardziej obniżyć wynagrodzenie”.

Podwładny: „przy tak niskim wynagrodzeniu jeszcze za dużo pracuję”, itd., aż do chwili gdy pracownik zostanie zwolniony lub sam wystąpi o zwolnienie.

Przykład sprzężenia konstruktywnego.

Zwierzchnik: „tego pracownika niedoceniałem, trzeba mu podwyższyć wynagrodzenie”.

Podwładny: „zaczynają mi płacić więcej, zacznę pracować wydajniej, aby nie zmienili zdania i nie cofnęli podwyżki”.

Zwierzchnik; „to coraz lepszy pracownik, trzeba mu jeszcze podwyższyć wynagrodzenie”. Podwładny: „gdy będę jeszcze lepiej pracował, to będę jeszcze lepiej zarabiał” itd. aż do stanu gdy pracodawcy nie opłaca się dawanie dalszych podwyżek a pracownikowi dalsze zwiększanie wkładu pracy.

Jak widać, sprzężenie konstruktywne przynosi obu stronom korzyści, podczas gdy sprzężenie destruktywne przynosi obu stronom straty. Wobec tego wydaje się oczywiste, że w interesie wszystkich powinno leżeć unikanie konfliktów i zaspokajanie tendencji zdobywczych w oparciu o sprzężenie konstruktywne. Tymczasem praktyka życiowa wskazuje, że sprzężenie konstruktywne należy raczej do wyjątków. Mogą tu wchodzić w grę dwie przyczyny.

Po pierwsze, sprzężenie destruktywne nie zawsze daje w wyniku straty. Może się np. okazać że pracownik, któremu obniżono stawkę wynagrodzenia akordowego, będzie zmuszony zwiększyć wydajność swojej pracy, aby utrzymać dotychczasową wysokość zarobków, a być może nawet zdoła ją przekroczyć. Skłoni to pracodawcę do wniosku, że obniżka stawki akordowej była posunięciem celowym, ponieważ dała wzrost produkcji przy mniejszym koszcie jednostkowym robocizny, i że wobec tego należało by dalej iść w tym kierunku i jeszcze bardziej obniżyć stawkę akordową (wiedzą o tym robotnicy i dlatego wystrzegają się osiągania dużej wydajności). Podobnie w czasach niewolnictwa starano się biciem skłonić niewolników do wydajniejszej pracy, a osiągnięcie tego celu uważano za potwierdzenie skuteczności takiej metody postępowania i zachętę do jeszcze większego okrucieństwa; Stosującym z powodzeniem postępowanie według sprzężenia destruktywnego nie wydaje się potrzebne postępować według sprzężenia konstruktywnego, a wielu z nich nie przychodzi nawet na myśl, że taki sposób postępowania istnieje. Drugą przyczyną jest okoliczność, że o ile do wywołania sprzężenia destruktywnego wystarczy chęć tylko jednej strony (silniejszej(, to w sprzężeniu konstruktywnym konieczne jest współdziałanie obu stron. Strona inicjująca sprzężenie konstruktywne jest narażona na ryzyko, że druga strona uzna to za oznakę słabości i zacznie postępować według sprzężenia destruktywnego, co jej przyniesie korzyści kosztem pierwszej ze stron. Taki przypadek zachodzi np. gdy pracownik po otrzymaniu podwyżki uzna, że skoro obecnie więcej zarabia, to nie musi już z takim wytężaniem pracować, lub gdy pracodawca uzna wzrost zarobków wydajniej pracującego pracownika za oznakę, że pracownik ten był dotychczas zbyt wysoko opłacany. W tym, czy sprzężenie stanie się destruktywne czy też konstruktywne, największą rolę odgrywają bodźce rozpoczynające sprzężenie, a ponieważ w tym stadium zaangażowane moce obu stron są małe, więc też najłatwiej jest wtedy przekształcić sprzężenia destruktywne w konstruktywne. Niestety, rzadko tak się dzieje, ponieważ, jak już mówiliśmy, w rozterkach atrakcyjno-repulsyjnych występujących u obu stron na początku konfliktu atrakcja ma wyraźną przewagę nad repulsją, co prowadzi do decyzji zmierzającej do konfliktu zamiast do rezygnacji z niego. Później, gdy konflikt już jest w toku i zdążył przynieść obu stronom poważne straty i spowodował zaangażowanie dużych mocy, żadna strona nie chce go przerwać bez doprowadzenia przeciwnika do kapitulacji. Znanych jest wiele procesów sądowych, które rozpoczęły się od drobiazgów bez większego znaczenia, a w następstwie stały się pieniactwem rujnującym obie strony. Do takich niekończących się konfliktów należą również waśnie rodowe, jak tradycyjna włoska „vendetta”. Wielu nieszczęść będących wynikiem. przewlekłych konfliktów można byłoby uniknąć, gdyby którakolwiek ze stron zdecydowała się przejść od sprzężenia destruktywnego do sprzężenia konstruktywnego czyli zastosować się do chrześcijańskiej maksymy; „jeżeli ktoś na ciebie kamieniem, to ty na niego chlebem”.

Z powyższych rozważali wynika, że postępowanie według sprzężenia konstruktywnego prowadzi do najlepszych rezultatów dla obu stron, jednak postępowania takiego jedna strona na drugiej nie może wymusić. Konieczne jest obustronne zaufanie, ale do jego wywołania tendencje zdobywcze nie wystarczają, konieczne są ponad to tendencje sprzymierzeńcze, o których będzie mowa w następnym rozdziale.

Tendencje sprzymierzeńcze

W związku z tendencjami zdobywczymi mówiliśmy o zwiększaniu mocy socjologicznej w drodze napaści lub konfliktów. Istnieją jednak również bezkonfliktowe możliwości zwiększania mocy socjologicznej, a mianowicie w drodze wymiany. Wymiana polega na tym, że każda strona zwiększa swoją moc socjologiczną dzięki odstąpienia części mocy strony drugiej. Do wymiany dochodzi dzięki temu, że każda strona zdobywa to czego jej brakuje, zbywa zaś to co ma w nadmiarze.

Jako przykład można przytoczyć współżycie roślin i owadów; motyle ułatwiają zapylanie kwiatów, a kwiaty żywią motyle. Należy tu jednak mieć na uwadze, że motyle nie w tym celu siadają na kwiatach, żeby je zapylać, lecz żeby znaleźć pożywienie, a roślinom chodzi nie o to, żeby żywić motyle, lecz żeby się rozmnażać. Każdy z tych organizmów wyzyskuje swoją moc socjologiczną do uzależniania innych organizmów od siebie wyłącznie dla swoich własnych potrzeb. Mamy tu więc przypadek kompensacji dwóch tendencji zdobywczych. Są to tylko tendencje zdobywcze, ponieważ żadnej roślinie nie zależy na tym, żeby motyle siadające na jej kwiatach rzeczywiście znalazły pożywienie, ani żadnemu owadowi nie zależy na tym, żeby kwiaty zostały zapylone. Roślina nie zmieni swojego zachowania, gdy motyl odleci głodny, ani motyl nie zmieni swojego postępowania, gdy kwiat nie zostanie zapylony. Zachodzi tu przypadek gdy awans jednej strony jest mniejszą degradacją drugiej, dzięki czemu wymiana jest korzystna dla obu stron.

Innym przykładem są transakcje handlowe. Nabywca otrzymuje towar tracąc pieniądze, sprzedawca otrzymują pieniądze tracąc towar. Jednak i w tym przykładzie należy mieć na uwadze, że nabywca przychodzi do sklepu po to, żeby otrzymać towar a nie żeby sprzedawca otrzymał, pieniądze podobnie sprzedawca obsługuje nabywcę po to żeby otrzymać pieniądze a nie żeby nabywca otrzymał towar. Nabywca wyzyskuje okoliczność, że jest w posiadaniu pieniędzy, sprzedawca zaś, że jest w posiadania towaru: każda strona wyzyskuje moc socjologiczną dla uzależnienia od siebie drugiej strony. Są to tylko tendencje zdobywcze, ponieważ nabywca nie interesuje się, czy sprzedawca sprzedał towar z zyskiem czy nie, ani sprzedawca nie interesują się, czy towar był nabywcy potrzebny, czy nie. I tu zachodzi przypadek gdy awans jednej strony jest mniejszą degradacją drugiej, dzięki czemu wymiana jest korzystna dla obu stron. W ten sposób dochodzi do neutralizacji sprzecznych tendencji zdobywczych.

Przytoczone przykłady dotyczyły wymiany jednoczesnej. Jednak do zwiększania mocy socjologicznej jednoczesność wymiany nie jest konieczna. Zwiększanie mocy socjologicznej jednej ze stron kosztem drugiej może nastąpić w innym czasie niż zwiększenie mocy socjologicznej drugiej strony kosztem pierwszej, co, jak wiadomo, nosi nazwę „kredytu”.

W naszych rozważaniach nie chodzi jednak o kredyt w zwykłym znaczeniu handlowym lub bankowym. Jeżeli jedno przedsiębiorstwo dostarcza Innemu przedsiębiorstwu towary bez natychmiastowej zapłaty gotówkowej, lecz ma możność wyegzekwowania należności w razie odmowy jej uiszczenia, lub gdy bank udziela pożyczki pod zastaw kosztowności, to takie przypadki niczym się w zasadzie nie różnią od wymiany jednoczesnej. Przedsiębiorstwa i banki udzielające takiego kredytu nic nie ryzykują, toteż w swojej działalności mogą się w zupełności zadowolić tendencjami zdobywczymi.

Na pozór nieco inaczej wygląda sprawa we wspomnianym powyżej przykładzie współżycia roślin i owadów, jako ze nie każdy pyłek kwiatu zostanie przeniesiony przez motyla i nie na każdym kmiecie motyl znajdzie pożywienie. Statystycznie jednak sprawa sprowadza się do jednoczesności, ponieważ na łące fruwa tak wiele motyli i rośnie tak dużo kwiatów o tak wielu pałkach, że każdy z zainteresowanych organizmów osiąga swój cel.

Sprawa zmienia się w sposób zasadniczy, gdy jako podstawę kredytu wprowadzić zaufanie. Przedsiębiorstwo lub bank, udzielają kredytu bez możności wyegzekwowania należności lub bez rekompensaty, ryzykuje że dług nie będzie spłacony, co w wyniku przyniesie straty.

A jednak kredyt oparty tylko na zaufaniu bywa udzielany, ponieważ jest to korzystne. Korzyść polega na tym, że dłużnik obdarzony zaufaniem ma interes w tym, żeby dług spłacić, gdyż zachęca to wierzyciela do ponownego udzielenia kredytu, gdy w przyszłości dłużnik będzie go znów potrzebował. Poza tym wierzyciel może liczyć na wzajemność dłużnika, gdyby w przyszłość: role się odwróciły. Wielką zaletą kredytu opartego na zaufaniu jest to, że można go uzyskać nawet w razie chwilowego braku pokrycia, a więc również w stanie zmniejszonej mocy socjologicznej.

Jednakże czynnik zaufania wprowadza konieczność odróżniania dłużników godnych zaufania od dłużników, którym zaufać nie można. Tej konieczności nie miał ani sprzedawca w sklepie wobec nabywcy płacącego za towar gotówką ani bank udzielający pożyczek pod zastaw.

A zatem do wyróżniania kontrahentów godnych zaufania organizm musi mieć dodatkowe skojarzenia zarejestrowana w środowisku korelacyjnym. Kontrahentów takich trzeba także popierać, tj. pomagać im w zdobywaniu mocy socjologicznej, aby oni z kolei mogli udzielić kredytu, gdy zajdzie potrzeba. Kontrahent, na którego pomoc można liczyć, jest sprzymierzeńcem. Aby utrzymać sprzymierzeńca w zdolności do udzielania pomocy, trzeba my tez pomagać, gdy sam potrzebuje pomocy. Do posiadania sprzymierzeńcom służą tendencja sprzymierzeńcze. Ze wspomnianej już okoliczności, że do wyróżniania sprzymierzeńców spośród innych ludzi potrzebne są dodatkowe skojarzenia, wynika, że do przejawiania tendencji sprzymierzeńczych organizm potrzebuje więcej elementów korelacyjnych niż przy samych tendencjach zdobywczych. A zatem organizmy do tendencji sprzymierzeńczych muszą mieć wyższy poziom niż organizmy zdolne tylko do tendencji zdobywczych.

Tendencje sprzymierzeńcze cechuje doraźna bezinteresowność. Nie jest to jednak bezinteresowność bezwzględna. Każdy człowiek potrzebuje i ewentualnie znakuje sprzymierzeńców, ale inni także potrzebują sprzymierzeńców i niektórzy w nim właśnie szukają sprzymierzeńca — w tym właśnie przejawia się brak bezinteresowności bezwzględnej chociaż istnieje doraźna bezinteresowność poszczególnych aktów.

Najprostszym przykładem ilustrującym takie pojmowanie bezinteresowności jest uprzejmość. Kulturalny człowiek, zachowując się uprzejmie względem innych ludzi, ogranicza przez to swoją moc socjologiczną, czyli dopuszcza dobrowolnie do własnych małych degradacji, aby zapewnić pewne awanse innym otaczającym go ludziom. Na przykład, ustępując w pociągu swoje miejsce choremu nie liczy na to, że ów chory pasażer pomoże mu zdjąć z półki ciężką walizkę. Co więcej, rozmaite uprzejmości są często skierowane do całego zbiorowiska ludzi, bez oglądania się na to, że nie wszyscy jego członkowie ma to zasługują! Na przykład, idąc do teatru ubieramy się odpowiednio, aby przyczynić się w ten sposób do wzmożenia nastroju pożądanego przez innych , chociaż z pewnością nie zasługują na to niektórzy widzowie, którzy właśnie zabrali się do jedzenia cukierków głośno szeleszcząc ich opakowaniami.

Wszelkie tego rodzaju przysługi wyświadcza się bezinteresownie, jeżeli każdą z nich brać z osobna. Natomiast nie są one bez interesowne w ujęciu statystycznym. Wyświadcza się je w przeświadczeniu, że inni kulturalni ludzie, dopuszczając dobrowolnie do swoich rozmaitych małych degradacji, zapewniają pewne awanse innym. W sumie, awans każdego organizmu przewyższają jego degradacje, dzięki czemu życie wszystkich staje się wygodniejsze i przyjemniejsze. Przeświadczenie to jest tak powszechne, że organizacja społeczeństw oparto głównie na ustaleniu rozmaitych awansów i degradacji.

W przykładzie dotyczącym uprzejmości mamy do czynienia ze stosunkowo ogólnymi tendencjami sprzymierzeńczymi. Mogą się one jednak odnosić również do pewnych bardziej ograniczonych zbiorowisk ludzkich, jak np. narodowości, grupy społeczne, a nawet poszczególni ludzie. Im mniejsze są zbiorowiska ludzkie występujące względem siebie w roli sprzymierzeńców, tym silniej uwydatnia się sprzężenie konstruktywne, o którym była mowa w poprzednim rozdziale. Jednocześnie im mniejsze jest zbiorowisko ludzkie traktowane jako sprzymierzeniec, tym mniejszą rolę odgrywa statystyczne prawdopodobieństwo rewanżu między sprzymierzeńcami, tym dokładniejsze więc musi być rozeznanie cech sprzymierzeńca mogących stanowić podstawę zaufania, zwłaszcza gdy chodzi o poszczególnych ludzi.

Nasuwa się pytanie, po czym można rozpoznać takie cechy. Jak poznać na przykład, czy dopuszczony do udziału we władzy nie stanie się rywalem, czy współlokator nie zechce zatruwać życia innym mieszkańcom, itp. Potocznie zaleca się w tym celu postępowanie oparte na doświadczeniu zwanym „znajomością ludzi”, „znajomością życia” itp. W praktyce sprowadza się to do zasięgania opinii o kandydacie na pracownika, wspólnika, współlokatora itp. a zwykle ogranicza się do oceny ludzi na podstawie rozmaitych okoliczności jak np. wykształcenie, zawód, wiek, rysy twarzy, sposób mówienia, sposób ubierania się itp.

Taki sposób oceny ludzi nasuwa dwa zastrzeżenia. Po pierwsze, jest on zawodny: w zbyt wielu przypadkach okazało się, ze wykształcenie nie jest gwarancją kultury, zawód — solidności, itp. Po drugie, jest on pozbawiony jednoznacznej motywacji, dlaczego np. na jednych ludziach lepsze wrażenie wywiera zawód nauczycielki niż aktorki, a na innych odwrotnie, dlaczego ludzie o wymuskanym stroju jednym się podoba ją a innych rażą, itd.

Jest oczywiste, że najpewniejszą podstawą zaufania między sprzymierzeńcami jest wspólność interesów (co wcale nie oznacza jednakowości interesów). Wiemy jednak, że interes organizmu przejawia się jako dynamizm jego charakteru. Przecież to w zależności od dynamizmu organizm dokonuje selekcji bodźców na pożądane i niepożądane, dlatego tez można być z góry pewnym, ż dany człowiek będzie postępował — w zakresie szerokości swojego charakteru tak jak to wynika z jego dynamizmu, a jego postępowanie będzie się zmieniać tylko w miarę powolnych zmian dynamizmu z biegiem życia, Gruboskórność czy subtelność postępowania będzie zależna od poziomu danego osobnika, co jednak nie wpływa na kierunek jego postępowania, określony przez dynamizm charakteru, o rozpoznawaniu dynamizmu była szczegółowo mowa w rozdz. 29 „Przejawy dynamizmu”.

Obecnie będą nas interesować przejawy tendencji sprzymierzeńczych w zależności od dynamizmu. Nawiązując do języka potocznego będziemy te przejawy nazywać sympatiami.

Biorąc pod uwagę podział charakterów na trzy klasy A — endodynamicy, B — statycy, C — egzodynamicy, otrzymamy cztery rodzaje tendencji sprzymierzeńczych, które poniżej omówimy.

Ludzie o określonym dynamizmie szukają sprzymierzeńców w ludziach o takim samym dynamizmie wtedy, gdy identyczność dynamizmu prowadzi do zwiększania mocy socjologicznej, jest to możliwe dzięki temu że organizmy o jednakowym dynamizmie znajdują się przeważnie w podobnych warunkach (ponieważ każdy a tych organizmów kierował się własnym dynamizmem w doborze swoich warunków istnienia (, a więc mają przeważnie wspólnych wrogów. Liczne zbiorowisko podobnych organizmów może łatwiej zwalczać wspólnych wrogów, gdy mają oni przeciw sobie zwiększoną moc socjologiczną całego zbiorowiska zamiast małej mocy socjologicznej poszczególnych jego członków z osobna. Jak wiadomo, tego rodzaju wspólne postępowanie nosi nazwę „solidarności”.

Tendencje sprzymierzeńcze między charakterami o jednakowym dynamizmie będziemy nazywać sympatiami prostymi. Przy podziale charakterów na pięć klas będą to sympatie między następującymi parami sprzymierzeńców.

A — A,

AB — AB,

B — B,

BC – BC,

C – C.

Rys. 38-1

Na rys. 38-1 podano przykłady kilku sympatii prostych: sympatia egzodynamika X do egzodynamika X (C- C), rys. 38-1 a, sympatia endostatyka X do endostatyka T (AB — AB), rys. 38-1 b. sympatia statyka X do statyka T (B — B), rys. 38-1c.

Ludzie o określonym dynamizmie szukają sprzymierzeńców w ludziach o przeciwnym dynamizmie wtedy, gdy zwiększenie mocy socjologicznej wynika właśnie z przeciwieństwa dynamizmu. Na przykład, egzodynamik mógłby intensywniej używać życia, gdyby mu zmniejszono moc roboczą zwiększając przez to moc koordynacyjną. Potrafi to dla niego zrobić endodynamik dzięki zdobywanej przezeń dużej mocy socjologicznej. Z drugiej strony, endodynamik mógłby łatwiej zdobywać moc socjologiczną, gdyby go do tego silniej pobudzano — potrafi mu to zapewnić egzodynamik dzięki intensywnemu używaniu życia.

Tendencje sprzymierzeńcze między charakterami o przeciwnym dynamizmie będziemy nazywać sympatiami kontrastowymi.

na rys. 38.2 podano przykłady kilku sympatii kontrastowych.

sympatia endodynamika X do egzodynamika Y (A i C), (rys. 38.2a).

sympatia statyka X do statyka Y (B i B) rys. 38.2b.

sympatia egzostatyka X do endostatyka Y (BC i AB), rys. 3-2c.

Zaskakująca może być dla czytelnika zbieżność przykładów podanych na rys. 38-1c i na rys. 38-2b, a mianowicie potraktowanie sympatii między statykami (B — B) jako sympatii prostej a zarazem jako sympatii kontrastowej. Wyjaśnienie tej sprawy jest następujące: Jeżeli dla osobnika X dobierać charakter o coraz mniejszym endodynamizmie a dla osobnika Y charakter o coraz mniejszym egzodynamizmie, to kontrast między tymi charakterami będzie coraz mniejszy aż w końcu zejdą się one na osi statyzmu (B). Wynika stąd, że sympatię statyka do statyka można równie dobrze uważać za szczególny przypadek sympatii prostej i za szczególny przypadek sympatii kontrastowej (o kontraście zerowym). Jest to sytuacja analogiczna do tej, którą się spotyka w geometrii: punkt przecięcia dwóch prostych należy zarówno do jednej jak i do drugiej prostej.

Jak już mówiliśmy w rozdz. 20 „Zmienność dynamizmu” z biegiem życia zmienia się dynamizm charakteru w kierunku od egzodynamizmu do endodynamizmu, czemu towarzyszy wzrost mocy socjologicznej.

Można wyróżnić trzy przyczyny tego wzrostu mocy socjologicznej. Po pierwsze, organizm o rosnącym endodynamizmie jest coraz bardziej nastawiony na zdobywanie mocy socjologicznej. Po drugie, zdobywanie mocy socjologicznej jest tym łatwiejsze, im większą moc socjologiczną się już posiada. Po trzecie, zdobyte już doświadczenie zwiększa umiejętność zdobywania mocy socjologicznej (wpływ wzrostu poziomu aktualnego na tendencje poznawcze i tendencje zdobywcze).

Z biegłem życia organizmu, w miarę zmniejszania się mocy koordynacyjnej do zera (śmierć organizmu(, zwiększanie a nawet choćby tylko zachowanie zdobytej mocy socjologicznej staje się coraz trudniejsze. Z tego powodu organizm jest zainteresowany w szukaniu sprzymierzeńców przydatnych do wyręczania go. Sprzymierzeńców takich szuka on w organizmach o stosunkowo znacznej jeszcze mocy koordynacyjnej, a więc młodszych od siebie. Ponieważ organizmy młodsze znajdują się we wcześniejszej fazie przebiegu dynamizmu, więc na sprzymierzeńców wybiera on wśród nich takie organizmy, które pod względom endodynamizmu niewiele ustępują jemu samemu. A więc np. dla endodynamika sprzymierzeńcem może być statyk lub endostatyk, ale nie egzodynamik lub egzostatyk, ponieważ jako sprzymierzeńcy w zdobywaniu mocy socjologicznej byliby nieodpowiedni z powodu zbyt wczesnej fazy ich dynamizmu, ani też endodynamik, ponieważ miałby już zbyt małą moc koordynacyjną. Krótko więc mówiąc, chodzi o znalezienie sprzymierzeńca znajdującego się w nieco wcześniejszej fazie dynamizmu, aby zwiększyć jego przydatność jako zastępcy i następcy udostępnia mu się własna doświadczenia.

Oparta na tym sympatia do organizmów o wcześniejszej (ale niezbyt wczesnej) fazie dynamizmu będziemy określać jako sympatia protekcyjna, Sympatie protekcyjne mogą odczuwać np. nauczyciele do uczniów, rodzice do dzieci, władcy do swoich następców itp. Na rys. 38-5 są przedstawione przykłady kilku sympatii protekcyjnych:

sympatia: endodyanamika X do statyka Y (A–B), rys.38-5

sympatia statyka X do egzodynamika Y (B—C rys. 38-3bf

sympatia endostatyka X do egzostatyka Y (AB—BC), rys. 38.-3c.

Organizm może łatwiej zdobywać moc socjologiczną w miarę wzrastania jego endodynamizmu, gdy jago sprzymierzeńcem jest organizm o jeszcze większym endodynamizmie, a więc organizm o dużej mocy socjologicznej i o dużym doświadczaniu w jej zdobywania. Sprzymierzeniec taki staje się wzorem do naśladowania.

Oparte na tym sympatia do organizmów o późniejszej fazie dynamizmu będziemy określać jako sympatie adoracyjne. Sympatie adoracyjne mogą odczuwać np. uczniowie do nauczycieli, adepci rozmaitych sztuk do mistrzów, dzieci do rodziców, itp. Jak widać, sympatie adoracyjne są przeciwieństwem sympatii protekcyjnych.

Na rys. 38-4 są przedstawione przykłady kilku sympatii adoracyjnych.

Sympatia statyka X do endodynamika Y (B i A(, rys. 38-4a(

sympatia egzodynamika X do statyka Y (C — B) rys. 38-„4b

sympatia egzostatyka X do endostatyka Y (BC – AB) rys. 38-4c.

Sympatie są szczególniejsze od uczuć ambicjonalnych o tyle, że nie są one skierowane do wszystkich organizmów przyczyniających się do awansu danego organizmu, lecz tylko do tych, które mogą zapewnić ten awans bez doraźnej rekompensaty, a więc do organizmów nadających się na sprzymierzeńców.

Z drugiej strony sympatie są uczuciami jeszcze na tyle ogólnymi, że nie odnoszą się one do poszczególnych organizmów lecz do pewnego typu organizmów, a mianowicie do typu określonego fazą dynamizmu. W związku z tym, do odczuwania sympatii nie jest konieczna ani zupełna dokładność osi charakteru ani zupełna równość szerokości (na rys. 38-1, 38-2, 38-3 i 38-4 zachowano zupełną dokładność jedynie dla umieszczenia ujęcia schematycznego). Nie jest także konieczna wzajemność sympatii (wynika to z okoliczności, że sympatie są uczuciami skierowanymi do pewnego typu organizmów a nie do poszczególnych organizmów). Jeden statyk może się solidaryzować z całą grupą statyków (sympatia prosta(, przy czym niektórzy mogą ze swojej strony odczuwać potrzebę solidarności a inni nie. wszyscy z nich mają do niego sympatię adoracyjną. Adorowani mistrzowie sportu nawet nie znają adorujących ich osób.

Sympatie są przejawem szukania sprzymierzeńców, ale rodzaj sprzymierzeńców wynika z aktualnych potrzeb danego organizmu, i dlatego w określonych warunkach istnienia organizmu może on odczuwać pewne sympatia, a nie odczuwać innych. Na przykład, organizm o dużej mocy socjologicznej nie odczuwa sympatii prostych ponieważ nie potrzebuje wzmocnienia swojej sytuacji życiowej, ani sympatii adoracyjnych, ponieważ nie ma potrzeby na nikim się wzorować. Jeżeli ma on przy tym dużą moc koordynacyjną, to powstają w nim sympatie kontrastową, a jeżeli małą moc koordynacyjną, to sympatie protekcyjne. W stanach mniej ostro zarysowanych kojarzą się ze sobą rozmaite potrzeby, a więc i rozmaite rodzaje sympatii. Należy tu mieć na uwadze, że tendencje sprzymierzeńcze przejawiają się odpowiednio do wyobraźni, na podstawie których organizm ocenia otoczenie, toteż oceny dokonywane przez poszczególne organizmy mogą się bardzo różnić. Wskutek tego może nie być odpowiedniości sympatii między dwoma organizmami. Na przykład, wychowawca nie doceniając rozwoju swojego wychowanka ma dla niego ciągle jaszcze sympatię protekcyjną, chociaż u wychowanka sympatia adoracyjna do wychowawcy przeszła już w sympatię prostą. Tego rodzaju nie porozumienia spotyka się często w stosunkach między rodzicami a dorastającymi dziećmi. Pouczanie innych jest przez nich dobrze przyjmowane, gdy mają sympatię adoracyjną do pouczającego. Nic dziwnego, że pouczanie ludzi dorosłych, rzadko mających do kogokolwiek sympatię adoracyjną, budzi u nich niechęć.

Z tendencjami sprzymierzeńczymi wiąże się także zagadnienie autorytetu. Wielu ludziom brakuje autorytetu, chociaż się bardzo o niego starają. Żądają uznania swojego autorytetu nauczyciele od uczniów, zwierzchnicy od podwładnych, starsi od młodszych itp., a gdy to okazuje się bezskuteczne, starają się autorytet wymusić przez narzucanie określonych form, np. nauczyciel wymaga, żeby uczniowie wstawali przy jego wejściu do klasy, oficer wymaga salutowania od żołnierzy, zwierzchnik wymaga tytułowania go przez podwładnych itp. Tego rodzaju wymuszone formy mają sens, dopóki chodzi o tendencje zdobywcze („ja tu rządzę, więc musicie mi być posłuszni” natomiast nie stwarzają autorytetu. Autorytet jest sprawą tendencji sprzymierzeńczych, a w szczególności sympatii adoracyjnych, i dlatego nie daje się wymusić. Co więcej, tam gdzie istnieją sympatie adoracyjne, adorujący sami używają form podkreślających te sympatie, nawet gdy adorowani nie żądają tego lub nawet sobie nie życzą. W zakresie sympatii adoracyjnych etykieta jest potrzebą adorujących a nie adorowanych.

Na sympatiach adoracyjnych polegają również uczucia religijne. W sporach na tematy religii można się nieraz spotkać a argumentem, że wykształcenie zmniejsza religijność, na co obrońcy religii odpowiadają, że religijni bywali nawet wielcy uczeni. Jest w tym nieporozumienie — religijność nie jest sprawą poziomu lecz dynamizmu. Egzodynamicy mogą mieć sympatie adoracyjne do statyków, statycy zaś do endodynamików, ale endodynamicy, zwłaszcza skrajni, nie miewają sympatii adoracyjnych, gdyż nie mają już do kogo (podobnie jak egzodynamicy nie mają do kogo mieć sympatii protekcyjnych); Dlatego też, chociaż bywali religijni uczeni, to nie spotkano jeszcze religijnych bankierów.

W świetle omówionych pojęć nawet kompleks Edypa można by określić jako przejście sympatii syna do matki z adoracyjnej w kontrastową, w związku z czym sympatia adoracyjna do ojca przechodzi w antypatię. W tendencjach sprzymierzeńczych płeć nie ma znaczenia. Tak np. sympatie proste mogą występować równio dobrze między organizmami różnej płci, a sympatie kontrastowe między organizmami tej samej płci. Dotyczy to również sympatii protekcyjnych i adoracyjnych. Przedmiotem sympatii mogą być nie tylko osoby z bezpośredniego otoczenia, lecz także osoby nieznane na przykład, autor książki może mieć sympatię protekcyjną dla nieznanych sobie czytelników, którym udostępnia swoją wiedzę, a których dynamizm charakteru jedynie sobie wyobraża. Mogą to nawet być organizmy fikcyjne: na przykład, młodzi chłopcy mają sympatie adoracyjne dla bohaterów powieści awanturniczych. Do tej kategorii należą też sympatie dla znanych aktorów, gwiazd filmowych, itp., (fikcyjność polega tu na tym, za widzowie przeważnie przypisują swoim ulubieńcom dynamizm charakteru kreowanych postaci a nie rzeczywistego charakteru samych aktorów). Niejednokrotnie mówiliśmy już o względności pojęcia „słuszności” i „niesłuszności”, podkreślając, że w stosunku do siebie człowiek uznaje za słuszne tylko to, co odpowiada jego dynamizmowi i mieści się w szerokości jego charakteru. Dlatego np. jako statyk uznaje za słuszne co innego, niż uznawał, gdy był egzodynamikiem, i co innego, niż będzie uznawał, gdy stanie się endodynamikiem. Obecnie może tę tematykę rozszerzyć na sprawę oceny „słuszności” w stosunku do otoczenia. Ponieważ każdy człowiek szuka sobie sprzymierzeńców odpowiednio do swojego dynamizmu, a tendencje sprzymierzeńcze mogą się przejawiać w postaci rozmaitych przedstawionych powyżej sympatii, więc ocena słuszności postępowania sprzymierzeńców będzie zależną od rodzaju sympatii. Tak na przykład, endodynamik będzie aprobował cechy endodynamiczne u osób, do których odczuwa sympatię prostą, jak i cechy egzodynamiczne u osób, do których odczuwa sympatię kontrastową. Dlatego właśnie zdarza się, że jakiś zwierzchnik faworyzuje pracownika będącego skończonym leniem, a ma wieczne pretensje do pracownika zdolnego i pracowitego, lub że jakaś matka aprobuje kaprysy syna, których dziesiątej części nie tolerowałaby u córki, itp. Odwoływanie się do „poczucia sprawiedliwości” okazuje się w takich przypadkach zawodne, i nic dziwnego — „słuszność” nie jest sprawą logiki ale tendencji. Kierowanie się sympatiami w ocenach przyczyniło się do powstania w wielu sprawach podwójnej terminologii. To samo pojęcie na inną nazwę przy nastawieniu sympatycznym, inną zaś przy antypatycznym: np. sympatyczna jest „rozmowność” antypatyczna zaś „gadatliwość”, sympatyczna jest „oszczędność”, antypatyczne zaś „skąpstwo”, sympatyczna jest „szczodrość”, antypatyczna zaś „rozrzutność”, itp. W tym co się potocznie określa jako „znajomość ludzi”, „doświadczenie życiowe” itp., taka podwójna terminologia odgrywa niemałą rolę i wprowadza wiele zamętu w porozumiewaniu się ludzi między sobą. Podwójność ocen występuje szczególnie wyraźnie w odniesieniu do zdobywania mocy socjologicznej przez konkurentów i sprzymierzeńców, a wynika zaś stąd, że do konkurentów skierowane są tendencje zdobywcze, do sprzymierzeńców tendencje sprzymierzeńcze. Jak na przykład, gdy uczucie względem dościgającego konkurenta jest zawiścią, to dla dościgającego sprzymierzeńca jest uznaniem, gdy uczucie dla prześcigającego konkurenta jest zazdrością, to dla prześcigającego sprzymierzeńca zaś podziwem, gdy niepowodzenia konkurenta wywołuje lekceważenie, to niepowodzenie sprzymierzeńca wywołuje współczucie.

Tendencje wzajemne

Przypomnijmy z poprzedniego rozdziału, że tendencje sprzymierzeńcze są skierowano do pewnego typu ludzi traktowanych jako sprzymierzeńcy ze względu aa ich charakter, a więc ze względu na ich dynamizm, szerokość i poziom. Sprzyjanie sprzymierzeńcom jest korzystne dla organizmu, ponieważ i sprzymierzeńcy sprzyjają jego interesom z tym, że wymiana korzyści nie zachodzi jednocześnie lecz w zależności od potrzeby, a więc tendencje sprzymierzeńcze są doraźnie bezinteresowne, chociaż nie są bezinteresowne na dłuższą metę. Nie wymagając od sprzymierzeńców natychmiastowego rewanżu udziela się im przez to pewnego kredytu opartego na zaufaniu; tendencje sprzymierzeńcze są zaspokajane przez to, że rewanż ze strony sprzymierzeńców jako grupy kiedyś jednak następuje, przy czym jest nieistotne, czy rewanżuje się akurat ten właśnie sprzymierzeniec, któremu wyświadczono jakieś przysługi czy którykolwiek inny z grupy sprzymierzeńców. Na przykład, nauczyciel odczuwający sympatie protekcyjne do uczniów swojej klasy lub swojej szkoły lub w ogóle do młodzieży, jest zadowolony, gdy doznaje sympatii adoracyjnych ze strony uczniów w ogóle, a nie koniecznie od tego słabego ucznia, którym opiekował się bardziej niż innymi; Podobnie robotnik, który kieruje się sympatiami prostymi pomógł w czymś koledze, jest zadowolony, gdy w potrzebie doznał pomocy ze strony kolegów, niekoniecznie od tego samego, któremu sam przedtem udzielił pomocy.

Może się jednak zdarzyć, że osobnik, który traktuje innego osobnika jako sprzymierzeńca, sam jest przez niego traktowany jako sprzymierzeniec, zachodzi więc wzajemność sympatii. Przy dużym dopasowaniu charakterów obu sprzymierzeńców, bodźce pochodzące od jednego z nich są szczególnie pożądane dla drugiego i wywołują w nim reakcje będące bodźcami szczególnie pożądanymi dla pierwszego, w którym wywołują reakcje będące bodźcami szczególnie pożądanymi dla drugiego itd. Dzięki temu każdy sprzymierzeniec ceni coraz bardziej drugiego jako sprzymierzeńca, aż do pewnego stanu maksymalnego nasycenia u obu sprzymierzeńców. Dzięki bardzo dużemu dopasowaniu charakteru takich sprzymierzeńców stan te wyróżnia się swoją intensywnością spośród sprzężeń między innymi dowolnymi sprzymierzeńcami. Zgodnie z pewnymi tradycjami językowymi stan ten można by nazwać „afektem”. Organizm dąży do takiego stanu, jako najbardziej odpowiadającego jego interesom. Do osiągania i utrzymania takiego stanu służą tendencje wzajemne.

Tendencje wzajemne powstają na podstawce tendencji sprzymierzeńczych, wymagają jednak większej ilości skojarzeń z powodu konieczności dokładniejszego rozpoznania sprzymierzeńca wyróżnionego. A zatem tendencje wzajemne wymagają wyższego poziomu charakteru niż tendencje sprzymierzeńcze. Ze względu na wielką ilość skojarzeń wykorzystywanych w afekcie do jednego osobnika, pozostałych skojarzeń nie wystarcza już na równoczesny afekt do innego osobnika, dlatego też afekty cechują się wyłącznością. Daleko idące dopasowanie charakterów zwiększa wzajemne zaufanie partnerów afektu inaczej mówiąc, obdarzają się oni kredytem, na długi, praktycznie nieograniczony czas.

Ponieważ afekty wynikają z sympatii, więc i rodzaje afektów odpowiadają rodzajom sympatii.

Afekty wynikające z sympatii prostych odpowiadają pojęciu „przyjaźni” (nie chodzi tu oczywiście, o znaczenia, w jakim używa się niekiedy wyrazów „przyjaciel”, „przyjaciółka” mając na myśli kochanka lub kochankę).

Przy podziale na pięć klas charakteru otrzymuje się pięć typów przyjaźni:

A i A przyjaźń endodymamików,

AB i AB przyjaźń endostatyków,

B i B przyjaźń statyków,

BC i BC przyjaźń egzostatyków,

C i C przyjaźń egzodynamików.

Pryncypialność statyków sprawia, że przyjaźń staje się dla obu zaprzyjaźnionych statyków prawem i obowiązkiem, których naruszanie zasługuje na napiętnowanie jako zdrada. Do podtrzymywania przyjaźni statyków bardzo się przyczynia wspólność interesów życiowych.

Powyższe cechy są tym mniejsze, im bardziej dynamiczne charaktery wchodzą w grę. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest to, że im większy jest dynamizm, tym mniejsze jest przywiązanie do zasad, a więc tym mniejsza staje się niewzruszalność przyjaźni. Drugą przyczynę stanowią motywy rywalizacji, tym silniejsze, i bardziej dynamiczne są charaktery.

Nastawienie endodynamików na zdobywanie mocy socjologicznej sprawia, że zasięg ich wpływów wzrasta. Przyjaźń trwa dopóty, dopóki strefy działania obu endodynamicznych przyjaciół nie zachodzą na siebie, zaś skoro się to już stanie, każdy z nich dąży do uzależniania drugiego od siebie, a wówczas kończy się przyjaźń. Przyjaciółmi mogą być dwaj wodzowie dwóch różnych armii, a nie dwaj wodzowie tej samej armii, wówczas bowiem jeden z nich musiałby przestać być wodzem, na co jednak nie pozwala mu jego endodynamizm. Triumwirat Cezara, Pompejusza i Krassusa mógł istnieć dopóki każdy z triumwirów panował nad osobną strefą, musiał się jednak rozpaść, gdy wyniknęła sprawa władzy nad całym imperium rzymskim.

Nastawienie egzodynamików na rozpraszanie mocy socjologicznej związane z chęcią użycia, jakkolwiek odwrotna do nastawienia endodynamików, prowadzi do podobnych skutków, jeżeli chodzi o przyjaźń. Potrzebną im moc socjologiczną egzodynamicy muszą czerpać z jakichś źródeł, tym rozleglejszych, im większy jest egzodynamizm. Gdy źródła te zachodzą na siebie, a zwłaszcza gdy stają się jednym i tym samym źródłem, każdy egzodynamik chce mieć wyłączność korzystania z niego, a to się nie da pogodzić z przyjaźnią. Mogą być przyjaciółkami dwie primadonny dwóch różnych teatrów, ale nie dwie primadonny w tym samym teatrze. Jako przykład można też przytoczyć rywalizację Mickiewicza i Słowackiego, o której Słowacki napisał „dwóch nas, jak dwóch słońc, za wiele na niebie”!

Afekty wynikające z sympatii kontrastowych odpowiadają pojęciu „miłości” we właściwym znaczeniu tego słowa, a nie jak w konwencjonalnych wyrażeniach „miłość ojczyzny”, „miłość macierzyńska” itp.

Przy podziale charakterów na pięć klas otrzymuje się następujące trzy typy miłości:

A i C miłość dynamików,

AB i BC miłość między partnerem endostatycznym i partnerem egzostatycznym,

B i B miłość statyków.

W odniesieniu do statyków istnieje zbieżność przyjaźni i miłości, analogiczna do zbieżności sympatii prostych i sympatii kontrastowych. Z tych samych więc przyczyn, jakie kształtują przyjaźń statyków, statycy traktują miłość jako zobowiązanie. Pryncypialność statyków przejawia się w rozmaitych formach zewnętrznych, jak deklaracje słowne (oświadczyny(, symbole (kwiaty, prezenty, wymiana pierścionków) i ściśle ustalony ceremoniał (zaślubiny). Mają one podkreślać obowiązywanie określonych zasad. Również wierność jest traktowana nie jako przejaw miłości lecz jako zasada. Zdradzony statyk boleje nie tyle nad zachwianiem czy zanikiem miłości ile nad złamaniem danego mu przyrzeczenia, a więc naruszeniem zasady, na której polegał, największego zagrożenia miłości, jakim jest sama gotowość do zdrady, statyk nie dostrzega, dopóki nie zostanie naruszona wierność.

Im większy jest dynamizm partnerów w miłości, tym mniejszą rolę odgrywają zasady, tym słabsze są cechy obowiązkowości, tym mniejsza jest zbieżność miłości z przyjaźnią.

W miłości dynamików nie ma mowy o zasadach i obowiązkowości — pozostaje tylko to, co jest w miłości istotne, a mianowicie, że każdy z partnerów jest dla drugiego niezbędnym dopełnieniem. W miłości dynamików istnieje wierność, lecz jako konsekwencja miłości, a nie jako zobowiązanie. Gdy jeden z dynamicznych kontrahentów miłości przejawia skłonności do zdrady, drugi kontrahent nie wytyka mu naruszania zasady wierności, lecz sam także przejawi skłonności do zdrady. Wówczas u obu partnerów powstaje odczucie niebezpieczeństwa utraty drugiego partnera i przywraca zakłóconą równowagę. Brak takiego odczucia świadczy, że miłość już wygasła, trzeba się więc rozejść.

Afekty wynikające z odwzajemnienia sympatii protekcyjnych i sympatii adoracyjnych odpowiadają potocznej nazwie „przywiązania”. W związku z tym afekt wynikający z sympatii protekcyjnych można określić jako „przywiązanie protekcyjne”, afekt zaś wynikający z sympatii adoracyjnych jako „przywiązanie adoracyjne”.

Partner, u którego występuje przywiązanie protekcyjne, jest protektorem, partner, u którego występuje przywiązanie adoracyjne, jest „adoratorem”. Zgodnie z warunkiem wyłączności afektów, protektor proteguje tylko jednego adoratora, adorator zaś adoruje tylko jednego protektora. Jak wynika z rozważań nad sympatiami protekcyjnymi i sympatiami adoracyjnymi, protektorem jest zawsze kontrahent bardziej endodynamiczny (mniej egzodynamiczny(, adoratorem zaś kontrahent mniej endodynamiczny (bardziej egzodynamiezny).

Przy podziale charakterów na pięć klas otrzymuje się następujące trzy typy przywiązania:

A — B przywiązania między endodyamikiem i statykiem.

AB — BC przywiązanie między endostatykiem i egzostatykiem,

B — C przywiązanie między statykiem i egzodynamikiem.

Naturalnym terenem występowania przywiązania jest życie rodzinne, jako ze przeciętna różnica wielu rodziców i dzieci, wynosząca 25 — 35. lat, sprzyja powstawaniu takich układów klas charakteru jak A — B, AB — B, B – C. Może wtedy występować przywiązanie między jednym z rodziców i jednym z dzieci, będącym jego ulubieńcem.

Znane też są w historii starożytnego Rzymu przykłady przywiązania między cezarami i ich ulubieńcami. Przywiązanie było także nierzadkim zjawiskiem w patriarchalnym rzemiośle między mistrzem i wybranym uczniem, którego mistrz wtajemniczył w arkana swojego kunsztu. Przywiązanie zdarza się tez między wybitnym uczonym i wybranym przezeń młodym kontynuatorem jego idei naukowych. Biorąc pod uwagę wzajemność i wyłączność afektów można przedstawić afekt jako sprzężenie dwóch organizmów (rys. 39.1(

Dla uproszczenia zaznaczono tylko receptory, korelatory i efektor, jako organy biorąca bezpośredni udział w takim sprzężeniu. Dopóki w grę wchodzą tylko sympatia, osobnik X traktuje osobnika T jako sprzymierzeńca, tzn. wyróżnia go jedynie dlatego, że należy on do typu osobników, dla których dobra osobnik X dopuszcza pewną własną degradację bez doraźnej rekompensaty.

Podobnie zachowują się osobnik Y względem osobnika X. Jeżeli w tym stanie rzeczy bodziec, pochodzący od organizmu Y odebrany przez receptory organizmu X, wywoła zwiększoną atrakcję w organizmu X, to wzrośnie działania efektorów organizmu X będzie stanowić odpowiednio silniejszy bodziec dla organizmu X. Jeżeli i organizm Y zareaguje podobnie , to jego zachowanie się będzie stanowić dla organizmu X bodziec silniejszy niż poprzednia i wywoła w organizmie X jeszcze większą atrakcję, itd. W ten sposób atrakcje obu organizmów wzrastają do stanu, w którym cała moc koordynacyjna każdego ze sprzężonych organizmów zużyta się na reakcje odnoszące się do pozostałego organizmu. W krótkim okresach czasu może to nawet być cała moc dyspozycyjna (bo tylko na krótki czas organizm może dopuście zmniejszenie mocy roboczej do zera).

A zatem w stanie afektu każdy z organizmów odbiera silne bodźce i silnie na nie reaguje, przy czym reakcje każdego organizmu są zarazem bodźcami dla organizmu z nim sprzężonego. Inaczej mówiąc, obydwa organizmy sterują się wzajemnie, przy czym obieg sterowniczy jest sprzężeniem zwrotnym (ponieważ działanie efektorów wywiera wpływ na bodźce odbierane przez receptory) dodatnim (ponieważ działanie efektorów wzmaga bodźce odbierane przez receptory) podwójnym (ponieważ taki proces sterowniczy występuje u każdego z dwóch organizmów) i konstruktywnym (emocje powstające w jednym organizmie pod wpływem drugiego są atrakcjami) Okoliczność, że wzajemna bodźce mają duże natężenie, zaznaczyliśmy na rys. 39.1 podwójnymi liniami obiegu sprężenia.

Rozpatrzymy teraz kilka modyfikacji takiego sprzężenia. Załóżmy, że zamiast organizmu X podstawiono jakiś inny organizm Z. Jeżeli organizm Z będzie reagował dokładnie tak samo jak organizm X, to organizm X nie spostrzeże żadnej różnicy i pozostanie w stanie afektu jak gdyby zamiana sprzężonego a nim organizmu nie nastąpiła. Jest to zupełnie uzasadnione , ponieważ żaden organizm nie może zidentyfikować innego organizmu (ani w ogóle żadnego przedmiotu) inaczej niż za pomocą swoich receptorów, skoro więc receptory nie rozróżniają bodźców pochodzących od różnych organizmów, to rozpatrywany organizm nie może stwierdzić, że w grę wchodzą różne organizmy z nim sprzężone. Omawiane założenia nie jest bynajmniej tylko teoretyczne. Organizm ludzki ma wielkie zdolności identyfikacyjne dzięki swojemu wysokiemu poziomowi, nie mniej zawodzą go one w tych przepadkach,: gdy w grę wchodzi mała ilość cech rozpoznawczych (wielka liczba rejestratorów organizmu ludzkiego pozostaje wtedy niewykorzystana). Jak wiadomo, rodzona matka ma trudności w rozpoznaniu noworodka, wskutek czego zdarzały się zamiany dzieci nie spostrzeżone przez ich matki i nie wpływające na ich uczucia do zamienionych dzieci. Po ostatniej wojnie opowiadano o żołnierzu który stale dyktował przyjacielowi listy do swojej starej matki pełne synowskiego przywiązania. Gdy zginął, przyjaciel pisywał do niej listy fikcyjne, nie mając serca do wyjawienia staruszce faktycznego stanu rzeczy. Pikantny przykład podstawienia osób można znaleźć w pamiętnikach d’Artagnana, w których opowiada on, jak spędził noc miłosną w roli hrabiego de Wardes (opis tej sceny wykorzystał Dumas w „Trzech muszkieterach”.

Jest nawet możliwe, to organizm X będzie odbierać bodźce od organizmu X i oddziaływać na organizm Z nie wiedząc, że sprzężone z nim są dwa organizmy a nie jeden. Próbką takiego stanu rzeczy jest bijatyka, w której uderzony sam uderza w odwet kogoś zupełnie niewinnego. Omawiany motyw sprzężenia z dwoma osobnikami został wykorzystany przez Rostanda („Cyrano de Bergerac”) w scenie balkonowej, gdzie afekt Roksany, podsycany przez Cyrana, jest skierowany do Krystiana.

Pójdźmy jeszcze dalej i wyobraźmy sobie afekt, w którym organizmu sprzężonego w ogóle nie ma, a zamiast niego jest tylko komentator informujący o nieistniejących reakcjach nieistniejącego organizmu. Podczas wojny grasowali w krajach okupowanych liczni wydrwigrosze, którzy podając się za ludzi wpływowych podtrzymywali dla zysku afekt np. czyjejś żony przenosząc od niej wiadomości do rzekomo żyjącego jeszcze więźnia i przekazując jej rzekomo jego odpowiedzi. I wreszcie możliwy jest afekt do organizmu, który nigdy nie istniał. Na każdego człowieka oddziaływają liczne i różnorodne bodźce pochodzące z jego otoczenia. Jeżeli jakiś budzący jego zaufanie komentator wskaże na niektóre z tych bodźców jako pochodzące od rzekomego sprzymierzeńca, to tego rodzaju postępowanie może wzbudzić i podtrzymywać u takiego człowieka afekt do całkowicie fikcyjnej istoty. Komentatorami takimi byli kapłani, którzy przedstawiali rozmaite zjawiska żywiołowe (pioruny, powodzie, susze itp. jako przejaw gniewu bogów, a np. urodzaj jako przejaw ich łaskawości). Z drugiej strony skłaniali wyznawców do składania ofiar, interpretując je zależnie od okoliczności bądź jako środek przebłagania bogów bądź też jako sposób wyrażenia im wdzięczności. W tym przypadku podstawą afektu jest współzależność bodźców i reakcji wynikająca jedynie z interpretacji komentatora.

Opisane powyżej afekty jednostronne, w których współzależność bodźców i reakcji występuje dzięki ingerencji organizmów postronnych (bez względu na to, czy stwarzających bodźce fikcyjne czy tylko nadających istniejącym bodźcom odpowiednią interpretację) to można określić jako „afekty niby – odwzajemnione”. Istotne jest w nich to, że organizm otrzymuje takie bodźce, jak gdyby jego afekt był rzeczywiście odwzajemniony.

Rys. 39.2 — przedstawiono sprzężenie organizmu X z nieistniejącym organizmem Y.

Powyższe rozważania pozwalają zrozumieć istotę afektów jednostronnych, których nikt nie podsyca, czyli „afektów nieodwzajemnionych”. Weźmy pod uwagę takie sprzężenie organizmów X i Y, w którym organizm X reaguje na bodźce silnie a organizm Y coraz słabiej. Prowadzi to do stanu, w którym tendencje organizmu X są nadal afektem, a tendencje organizmu Y już nim być przestały (bądź nigdy nim nie były, a tylko organizm X oceniał je jako afekt).

Organizm X czuje się zagrożony utratą organizmu Y jako wyłącznego sprzymierzeńca (lub nawet jako sprzymierzeńca w ogóle). Aby podtrzymać sprzężenie organizmu X reaguje nadmiernie (w wyniku refleksji (dążąc w ten sposób do wzmożenia reakcji organizmu Y) stanowiących bodźce dla organizmu X).

Stan taki jest przedstawiony na rys. 39.3. Okoliczność, że organizm X otrzymuje bodźce zbyt słabe zaznaczono pojedynczą linią a okoliczność, że organizm X otrzymuje bodźce zbyt silne — linią potrójną.

Ponieważ reakcje organizmu X stanowią dla organizmu Y bodźce zbyt silne , organizm Y dąży do ich osłabienia reagując na nie coraz słabiej, tj. kierując coraz słabsze bodźce do organizmu X. W rezultacie dochodzi do zerwania sprzężenia. Teoretycznie dążenia reakcji organizmu X do zera musiałoby odpowiadać wzrastanie reakcji organizmu X do nieskończoności. Praktycznie reakcje organizmu X dochodzą do całkowitego wyczerpania mocy dyspozycyjnej i zaczynają naruszać jałową, a więc zagrażać życiu organizmu. Powstaje niezwykle ostra rozterka atrakcyjno-repulsyjna, w której atrakcji utrzymania afektu towarzyszy repulsja zagrożenia życia. Rozstrzygnięciem rozterki może być albo rezygnacja z afektu albo rezygnacja z życia. Taki właśnie przebieg afektów nieodwzajemnionych mają przypadki zawiedzionej miłości. Strona zakochana bez wzajemności odbierając słabe bodźce obiektu miłości przetrawia je w refleksjach prowadzących do powstania wielkich emocji. Zdawkowy wyraz sympatii, uśmiech, a nawet przejawy zwykłej uprzejmości wywołują przepływ gorących uczuć skłaniających do postępowania, które obiekt nieodwzajemnionej miłości traktuje jako narzucanie się i stara się ostudzić. Domaganie się objawów czułości i zapewnień miłości odnosi wręcz odwrotny skutek, gotowość do bezgranicznych poświęceń jest przyjmowana z zupełną oziębłością zapewnienia strony zakochanej w rodzaju „życie bez ciebie jest dla mnie pozbawione wartości” nie wywierają na obiekcie zawiedzionej miłości żadnego wrażenia. W literaturze powieściowej pełno jest opisów takich przeżyć.

Afekty są odczuwane jako coś bezgranicznego i ostatecznego. Jest to zrozumiałe, ponieważ afekty wiążą się z działaniem tak wielu elementów korelacyjnych, że niewiele ich pozostaje dla innych uczuć, stąd też pochodzi warunek wyłączności afektów. Dlatego też, gdy zakochany grozi, że zakocha się w kimś innym, lub stara się zachowywać jak gdyby był w kim innym zakochany, nie należy brać tego poważnie, bo w jego korelatorze nie ma miejsca na inną równoległą miłość, następna może powstać dopiero po wygaśnięciu poprzedniej.

O tym, że wygaśnięcie afektu zwalnia korelator dla nowego afektu, nie wiedzą ludzie bardzo młodzi, i dlatego zawód miłosny niekiedy kończy się dla nich tragicznie! Przeświadczenie, że życie straciło dla nich sens bezpowrotnie, popycha ich nieraz do samobójstwa, co nie zdarza się ludziom bardziej doświadczonym. Natomiast niebezpieczeństwo pojawia się znów w schyłkowej fazie życia. Ludzie przeżywający tzw. „drugą młodość” wiedzą wprawdzie o powtarzalności afektów, ale nie mają już czasu na oczekiwanie wygaśnięcia nieodwzajemnionej miłości i znalezienie innej. Dobrą ilustracją literacką takich przeżyć jest miłość Wokulskiego do Izabeli w „Lalce” Prusa. Do tej kategorii, choć na tle afektu przywiązania, należy załamanie się Jeana Valjeana (Viktor Hugo „Nedznicy”) po wyjściu jego przybranej córki za mąż. Zdarza się, że strona niekochająca, chcąc oszczędzić przykrości stronie zakochanej stara się zachowywać w sposób choćby w pewnym stopniu imitujący objawy afektu. W tym przypadku strona zakochana znajduje się w stanie afektu niby – odwzajemnionego. Może on trwać przez pewien czas, po czym — gdy strona niekochająca zmęczy się udawaniem — przechodzi w afekt nieodwzajemniony.

Na osobną uwagę zasługują afekty homoseksualne. Istnieją duże rozbieżności poglądów z punktu widzenia prawnego, moralnego i medycznego. Sprawa interesuje nas tutaj wyłącznie z charakterologicznego punktu widzenia. Istotną rolę w efekcie miłości odgrywają tendencje źródłowe zmierzające do sprzężenia dwóch organizmów różnej płci (przez co natura osiąga kontynuację gatunku) oraz tendencje wzajemne zmierzające do sprzężenia dwóch organizmów o przeciwnym dynamizmie charakteru (przez co natura osiąga wyrównanie charakteru potomstwa). Jeżeli następuje sprzężenie jakiegoś organizmu z inny organizmem o przeciwnej płci i przeciwnym dynamizmie charakteru, to obydwa ta wymagania zostają spełnione. Nie zawsze jednak występują taki zbieg okoliczności, przy czym możliwe są jedynie następujące trzy przypadki:

1. Jeżeli jakiś osobnik spotyka innego osobnika o nieodpowiedniej płci i nie odpowiednim dynamizmie, to do sprzężenia w ogóle nie dochodzi, ponieważ nie ma do niego żadnych podstaw.

2. Jeżeli jakiś osobnik spotyka innego osobnika o odpowiedniej płci ale nieodpowiednim dynamizmie, to sprzężenie może powstać tylko w razie złudzeń w ocenie dynamizmu partnera i ulegnie zerwaniu po ustaniu tych złudzeń.

3. Jeżeli jakiś osobnik spotyka innego osobnika o nieodpowiedniej płci, ale odpowiednim dynamizmie, to sprzężenie może powstać i będzie wówczas trwać aż do wygaśnięcia afektu jednej ze stron. Jak już wiemy, proces wygasania afektów jest dość długotrwały, nie mniej po jego zakończeniu każdy z partnerów ma szanse na odpowiedniejsze sprzężenie z kim innym. Jeżeli jednak trwaniu afektu towarzyszy zaspokajanie głodu seksualnego nawet w nienormalnej formie, to przyczynia się to do wzmocnienia afektu a nawet jego wygaśnięcie pozostawia skojarzenia skłaniające danego osobnika do szukania podobnego rodzaju sprzężeń następnych. Mówi się o nim wtedy, że ma skłonności homoseksualne.

Nienormalne zaspokajanie głodu seksualnego może odegrać istotną rolę tylko w stosunku do osobnika nie mającego jeszcze normalnych doświadczeń seksualnych; stąd pochodzi częstość przypadków uwiedzenia młodocianych przez doświadczonych homoseksualistów. Biorąc pod uwagę, że większość mężczyzn stanowią statycy (młodzi) i endodynamicy (starsi) a większość kobiet to egzodynamiczki (młodsze) i statyczki (starsze(, łatwo stwierdzić, że pewną rzadkością są egzodynamiczni mężczyźni i endodynamiczne kobiety, wskutek czego istnieją dość małe prawdopodobieństwa powstawania prawidłowych sprzężeń typy egzodynamik — endodynamiczka.

Krąg osób mogących mieć jakieś bliższa kontakty ze sobą jest zazwyczaj dość ograniczony, to też najczęściej zdarza się, że albo jakaś skrajna endodynamiczka albo jakiś skrajny egzodynamlk na próżno szukają się wzajemnie, często nawet nie wiedząc, że są dla siebie odpowiednimi partnerami, czemu się zresztą trudno dziwić wobec mającego statystyczne podłoże przyzwyczajenia, że to mężczyzna (endodynamik) utrzymuje kobietę (egzodynamiczkę(, która mu umila życie (a nie na odwrót, jak właśnie musiało by być, i zresztą bywa, w sprzężeniu egzodynamik — endodynamiczka). Mając trudności w znalezieniu odpowiednich dla siebie partnerów heteroseksualnych (z powodu malej ich liczebności) wymienione osobniki szukają sobie nieraz partnerów homoseksualnych o odpowiednim dynamizmie. Istotnie też obserwuje się, że uwodzącymi homoseksualistkami są kobiety władcze o męskim wyglądzie (endodynamiczki(, a uwodzonymi homoseksualistami są lalkowaci młodzieńcy o kobiecym wyglądzie (egzodynamicy). Różnica doświadczenia życiowego, a więc i wieku, między uwodzicielami i uwiedzionymi wprowadza dużą przymieszkę sympatii protekcyjnych i adoracyjnych, wskutek czego trudno się nieraz zorientować, czy jakąś parę homoseksualistów łączy afekt miłości czy przywiązania. Ponadto jednakowość płci sugeruje, że może chodzić o sympatie proste z czego homoseksualiści korzystają określając często swoje afekty wyrazem „przyjaźń” jako lepiej maskującym je przed opinią środowiska. Wydaje się, że zagadnienie homoseksualizmu zasługiwałoby na rozległe badania z charakterologicznego punktu widzenia, oparte na obszernych danych statystycznych.

Afekty występujące na miejsce innych, nie dających się zrealizować afektów, można określać jako afekty zastępcze. Wiele przemawia za tym, że homoseksualizm należy do kategorii afektów zastępczych.

Niewątpliwie afektem zastępczym jest przywiązanie osób bezdzietnych i osamotnionych do zwierząt domowych (psów, kotów). Dają oni w ten sposób ujście swoim niewyżytym sympatiom protekcyjnym. Natomiast dewocja jest afektem zastępczym dla niewyżytych sympatii adoracyjnych.

W związku z tendencjami zdobywczymi mówiliśmy o dopasowaniu sytuacji do charakteru. W tendencjach sprzymierzeńczych głównym czynnikiem sytuacji jest dynamizm sprzymierzeńców, a w tendencjach wzajemnych dynamizm jednego sprzymierzeńca wyróżnionego jako partnera afektu. W związku z tym dopasowanie sytuacji do charakteru staje się w tendencjach wzajemnych dopasowaniem charakterów obu partnerów afektu. A więc w przyjaźni dopasowanie charakterów polega na zgodności dynamizmu, w miłości na przeciwieństwie dynamizmu, a w przywiązaniu na różnicy fazy dynamizmu.

Biorąc pod uwagę, że dynamizm charakteru zawiera się w pewnym zakresie, a więc uwzględniając szerokość charakteru można mówić o dopasowaniu zupełnym charakterów, gdy charaktery partnerów efekty są odpowiednie pod względem dynamizmu, jeżeli chodzi o oś charakteru, i mają równe szerokości. Na przykład, w przyjaźni występuje dopasowanie zupełne, gdy u obu partnerów osie charakterów pokrywają się, a szerokości są równe. W miłości dopasowanie zupełne występuje, gdy — przy równych szerokościach charakterów osie charakterów przypadają na wykresie po obu stronach osi statyzmu w jednakowych od niej odległościach (rys. 39.4(

Oczywiście, mogą występować rozmaita odchylenia od dopasowania zupełnego. Omówimy je bliżej w związku z afektem miłości jako najbardziej interesującym. Aby nie sprawiać czytelnikowi trudności w ocenie wzrokowej różnych szerokości charakteru i różnych położeń osi charakteru, będziemy na wykresach dynamizmu zaznaczać nie tylko rzeczywiste pasma charakteru, lecz ponadto przerzucać pasmo jednego ze sprzężonych, charakterów na drugą stronę osi statyzmu, co ułatwi porównania. Dla zaznaczenia, że chodzi o pasmo przerzucone, przedstawiono go w postaci prostokąta nie zaczernionego, w odróżnieniu od pasm rzeczywistych przedstawionych prostokątach zaczernionymi. Dopasowanie na pewnych odcinkach szerokości charakteru będziemy nazywać kompensacją charakteru. Przypadki niewielkich odchyleń od dopasowania zupełnego będziemy określać jako dopasowanie niezupełne. Na rys. 39.5 przedstawione są przykłady dopasowania niezupełnego nie odpowiadające sobie osie przy różnych szerokościach (rys. 39-5a) nie odpowiadające sobie osie przy jednakowych szerokościach (rys. 39.5b(, odpowiadające sobie osie przy różnych szerokościach (rys. 39-5c). Przy dopasowaniu niezupełnym niewielka część pasa jednego z charakterów nie ma odpowiednika w paśmie drugiego charakteru. Będziemy ją określać jako nie skompensowany odcień charakteru. Na rys 39-5 a nie skompensowany jest odcień endodynanaiczny charakteru X, na rys. 39.5 b nie skompensowany jest odcień endodynamiczny charakteru X i odcień statyczny charakteru Y, na rys 39-5.C nie skompensowany jest odcień endodynazmiczny i odcień stateczny charakteru X. Interesujące są skutki występowania nie skompensowanych odcieni charakteru. Omówimy tę sprawę bliżej na przykładzie przedstawionym na rys 39-5 a. Reakcje osobnika X w zakresie endodynamicznego odcienia jego charakteru stanowią bodźce odbierane przez receptory osobnika Y i ulegają zarejestrowaniu w jego korelatorze w postaci odpowiednich wrażeń. Wrażenia te w odróżnieniu od pozostałych wrażeń, dzięki którym istnieje afekt między osobnikami X i Y) nie wywołują u osobnika Y atrakcji, ponieważ dla endodynamieznego odcienia charakteru X nie ma w charakterze Y odpowiednika w postaci odcienia egzodynamiczmego. A zatem omawiane bodźca nie biorą udziału w afekcie. Wobec tego jednak osobnik X, w zakresie nie skompensowanego odcienia endodynamicznego, może mieć tendencje sprzymierzeńcze do jakiegoś innego osobnika niż osobnik Y. Wskutek istnienia nie skompensowana go odcienia charteru mogą więc powstawać wspomniane już poprzednio tendencje wyrównawcze. Osobnik Y w którego charakterze nie ma odcieni nie skompensowanych, odczuwa bez reszty afekt dla osobnika X. Zazwyczaj w sytuacjach tego rodzaju osobnik nie mający tendencji wyrównawczych (w danym przykładzie osobnik Y) ma swojemu partnerowi za złe jego tendencje wyrównawcze (zarzuca chęć „zdrady” itp.). Zarzuty tego rodzaju zatruwają współżycie zupełnie nie potrzebnie. Tendencje wyrównawcze zajmują zbyt małą liczbę elementów korelacyjnych ażeby mogły się stać podstawą nowego, „konkurencyjnego” afektu. Z konieczności tendencje wyrównawcze nie wykraczają poza kategorię sympatii, przy czym niekoniecznie muszą to być sympatie kontrastowe równie dobrze mogą wchodzić w grę wszelkie inne. W praktyce przejawiają się one jako pewne upodobania jednego z partnerów, jak np. że mąż lubi się nieraz obejrzeć za kobietami nieco strojniejszymi niż jego własna żona lub pójść od czasu do czasu z kolegami do baru, albo że żona lubi prowadzić bardziej towarzyski tryb życia itp. Ponieważ dopasowanie zupełne występuje niezwykle rzadko, tendencje wyrównawcze są zjawiskiem powszechnym a zwalczanie ich jest bezskuteczne. W przykładzie na rys. 39-5 b wystąpią u osobnika X tendencje wyrównawcze o odcieniu endodynamicznym a u osobnika Y tendencje wyrównawcze o odcieniu statycznym, W tym przypadku zachodzi więc obustronność tendencji wyrównawczych, co w praktyce prowadzi do wysuwania od czasu do czasu nieszkodliwych wzajemnych pretensji. W przykładzie na rys. 39-5c wystąpią u osobnika X tendencje wyrównawcze po obu stronach pasma jego charakteru, a więc zarówno o odcieniu endodynamicznym jak i odcieniu statycznym. Ponieważ osie charakterów odpowiadają sobie, więc skutki niezupełności dopasowania przejawiają się tylko w tym, że osobnik X, mając szerszy charakter, jest bardziej wyrozumiały niż osobnik Y i dąży do nieco „pełniejszego” życia. Na rys. 39-6 są przedstawione przykłady, w których nie skompensowana część pasma charakteru jest znacznie większa od części skompensowanej, występuje tu więc niedopasowanie charakterów. W przykładzie na rys. 39.6 a skompensowany jest tylko odcień statyczny charakteru X Reszta pasma tego charakteru jest tak duża, te tendencje powstające w jej zakresie mogą stać się afektem do innych osobników niż osobnik X. Odcień skompensowany staje się przeszkodą dla tego afektu, w wyniku czego sprzężenie między osobnikami X i X rozpada się W takich więc przypadkach tendencje powstające w nie skompensowanym zakresie pasma nie są już tendencjami wyrównawczymi lecz tendencjami zmierzającymi do zerwania dotychczasowego sprzężenia. Będziemy je określać jako tendencje rozprężne. W przypadku na rys. 39-6b tendencje rozprężne występują u obu partnerów, co tym szybciej prowadzi do rozpadu ich sprzężenia. Interesujący przykład niedopasowania jest przedstawiony na rys. 39.6c. U osobnika X wystąpią tendencje rozprężne zarówno endodynamiczne jak i statyczne. Jednakże każda z części pasma, odpowiadających tym tendencjom jest zbyt mała w stosunku do całego pasma charakteru X, ażeby któreś z tendencji rozprzężnych mogło przejść w afekt. W rezultacie osobnik X dąży do zerwania sprzężenia z osobnikiem T i do zastąpienia go innym osobnikiem o takie o samej osi charakteru lecz o znacznie większej szerokości charakteru. Dążenie te jest zaskakujące ł niezrozumiałe dla osobnika Y który ze swojego punktu widzenia oceniał dopasowanie jako zupełne, ponieważ całe jego pasmo charakteru było skompensowane, a nawet odpowiadały sobie osie charakteru. Na rys. 39.7 jest przedstawiony przypadek, w którym żadna część pasm obu charakterów nie jest skompensowana. Będziemy to określać jako niedopasowanie zupełne. W takim przypadku sprzężenie nie może w ogóle powstać. W związku z zagadnieniami dopasowania może się nasunąć pytanie, w jaki sposób dochodzi do sprzężeń charakterów niedopasowanych, skoro kompensacja zachodzi tylko w mniejszej części pasma charakteru. Sprzężenia tego rodzaju są jednak możliwe wskutek złudzeń charakterologicznych, czyli błędów popełnianych przez jednego osobnika w ocenie charakteru drugiego osobnika. Złudzenia charakterologiczne powstają w następujący sposób. Przypuśćmy, że osobnik X spotyka osobnika X po raz pierwszy w życiu, a więc początkowo nie wie nic o jego charakterze (rys. 39.8). Wygląd zewnętrzny (ubranie, wzrost, wydatniejsze rysy twarzy(, barwa głosu itp. są dla osobnika X pierwszymi bodźcami informującymi go o osobniku X. Przypuśćmy, że bodźce te oraz następne poglądy wygłaszane przez osobnika X, jego zachowanie się w różnych sytuacjach itp. odpowiadają odcieniom charakteru osobnika X, co wzbudza jego sympatię dla typu charakteru, jaki (według oceny osobnika X) reprezentuje osobnik X (rys. 39-8b; dla ułatwienia porównywania pasm charakteru przerzucono pasmo charakteru X na drugą stronę osi statyzmu). Osobnik X zauważa, że na bodźce pochodząc od niego osobnik X reaguje w sposób wzmożony, co z kolei przyczynia się do wzmożenia jego własnych reakcji powstaje sprzężenie, w którym sympatię osobnika X przechodzi w afekt dla osobnika X. Dopasowanie jest niezupełne, osobnik X ma niewielkie tendencje wyrównawcze (rys. 39-8). Osobnik X zaczyna otrzymywać od osobnika X nie tylko bodźce przypadające w skompensowanej część pasma swojego charakteru lecz także poza tym pasmem. Dokładniejsze rozpoznawanie charakteru X przez osobnika X wskazuje więc, że w danym sprzężeniu występują tendencje wyrównawcze po obu stronach: statyczne u osobnika X, egzodynamiczne u osobnika X. Dopasowanie jest niezupełne, sprzężenie trwa nadal, osobnik X pozostaje w afekcie (rys.39-8d). Z upływem czasu osobnik X, obok bodźców dotychczasowych, odbiera jeszcze niektóre inne bodźce od osobnika X, wreszcie jednak różnorodność ich wyczerpuje się — wszystkie następne bodźce zawierają się w określonym paśmie: osobnikowi X ujawnił się pełny charakter osobnika X. Okazuje się przy tym, ze kompensacja występuje prawie w całym paśmie charakteru X, a tylko w małej części pasma charakteru X, jest więc stan niedopasowania (rys. 39-8e) tendencje osobnika X są afektem, natomiast tendencje osobnika X nie wyszły poza sympatię. Wobec niedopasowania powstaną u osobnika tendencje rozprzężne, które doprowadzą do zerwania sprzężenia. Opisany przebieg wskazuje, że złudzenia charakterologiczne powstają wtedy, gdy rozpoznawanie charakteru jednego osobnika, przez drugiego rozpoczyna się od odpowiadających sobie części pasma charakteru. Gdyby w zachowaniu osobnika X ujawniły się najpierw egzodynamiczne odcienie jego charakteru, to nie wywołałyby one wzmożonych reakcji u osobnika X, wobec czego nie doszło by do sprzężenia. Ponieważ na podstawie fragmentarycznych bodźców nie można ocenić, do jakiej części pasma cudzego charakteru bodźce te się odnoszą, więc należy zapobiegać powstawaniu silnych atrakcji przed nagromadzeniem znacznej liczby wrażeń umożliwiających dokładniejsze rozpoznanie charakteru, tragiczne w złudzeniach charakterologicznych jest to, że strona zakochana opiera się zrozumieniu swojej pomyłki. Dokonawszy oceny (błędnej) charakteru obiektu swojego afektu uważa wszystko, co tej oceny nie potwierdza, za zakłócenia dające się usunąć. Na przykład, gdy strona niekochająca obraca się w towarzystwie innych osób (do czego skłaniają ją znaczna nie skompensowana część pasma własnego charakteru(, strona zakochana jest przeświadczona, że zaniedbywanie jej jest spowodowane szkodliwym wpływem tych osób, i stara się te osoby zwalczać. Typowe też dla tych przypadków jest wymuszanie objawów miłości (będące przejawem tendencji zdobywczych(, co w końcu sprawia, że u partnera nie tylko nie powstaje afekt, lecz zanika nawet sympatia. W ten sposób afekt niby — odwzajemniony strony zakochanej przejdzie w afekt nieodwzajemniony. Proces rozwiewania się złudzeń charakterologicznych i zanikania opartego na nich afektu wzbudza silne repulsje, jest więc ciężkim przeżyciem, ale przeciwdziałanie mu jest sprawą beznadziejną. Im wcześniej strona zakochana z tym się pogodzi, tym lepiej dla niej. Wszyscy zakochani powinni zrozumieć, że nie kochają swojego obiektu miłości lecz swoje o nim wyobrażenie, i nie mieć pretensji, gdy rzeczywistość temu wyobrażeniu nie odpowiada. Przedmiotem powyższych rozważań były złudzenia charakterologiczne polegające na tym, że pozorne dopasowanie okazało się niedopasowaniem. Możliwe też są przypadki odwrotne, a mianowicie, że pozorne niedopasowanie okazuje się dopasowaniem (niezupełnym). Dzieje się tak wtedy, gdy pasma obu charakterów odpowiadają sobie w znanej części z wyjątkiem pewnego odcienia charakteru, przy czym tak się złożyło, że początkowe bodźce odnosiły się do tego właśnie odcienia. Rozwiewanie się takich złudzeń przebiega bez wstrząsów, jako że jest zmianą atrakcyjną. O ludziach będących obiektem złudzeń charakterologicznych tego rodzaju mówi się potocznie, że „zyskują przy bliższym poznaniu”.

Ewolucja tendencji

Rozpatrując wszystkie tendencje, omówione w poprzednich rozdziałach, łatwo stwierdzić, że wykazują one pewne ogólne prawidłowości. Jedną z takich prawidłowości jest zależność tendencji od poziomu. Najniższego poziomu wymagają tendencje źródłowe jak już wspominaliśmy, mogą one istnieć nawet przy poziomie aktualnym równym zeru, wynikają bowiem tylko z istnienia homeostatu. Do rozeznania się w otoczeniu służą tendencja pozorne, przy czym organizm osiąga ten cel tym skuteczniej, im wyższy ma poziom aktualny, ale tendencje poznawcze mogą powstawać nawet przy niskim poziomie, gdyż sama z kolei przyczyniają się do podnoszenia poziomu. Jeżeli więc organizm rozpoczyna życie od pewnego poziomu pierwotnego wyższego od zera, to jest to pewnym ułatwieniem dla rozwijania się tendencji poznawczych, ale nie stanowi warunku koniecznego. Homeostat i korelator z jego elementami korelacyjnymi (poziomem potencjalnym) zapewniają wzrastanie poziomu aktualnego, poczynając nawet od stanu, gdy poziom aktualny jest równy zeru. Do przejawiania tendencji zdobywczych w celu zwiększania mocy socjologicznej potrzebny jest wyższy poziom niż do samego tylko rozeznania otoczenia. Dalszy wzrost poziomu jest potrzebny do przejawiania tendencji sprzymierzeńczych umożliwiających znajdowanie sprzymierzeńców w otoczeniu. I wreszcie najwyższy poziom jest potrzebny do przejawiania tendencji wzajemnych zmierzających do wyróżnienia najbardziej pożądanych sprzymierzeńców. Z punktu widzenia rodzaju obiektów poszczególnych tendencji można stwierdzić, że dla tendencji źródłowych, obiektem jest otoczenie bez żadnych rozróżnień, dla tendencji poznawczych obiektem jest otoczenie z ogólnymi rozróżnieniami, dla tendencji zdobywczych obiektem są kontrahenci w walce o moc socjologiczną, dla tendencji sprzymierzeńczych obiektem są sprzymierzeńcy, a dla tendencji wzajemnych obiektem są wybrańcy spośród sprzymierzeńców.

Zależność tendencji od poziomu aktualnego sprawia, że organizmy o wysokim poziomie potencjalnym w miarę wzrastania ich poziomu aktualnego nabywają zdolności do przejawiania coraz wyższych tendencji. Dlatego też u noworodków występują tylko tendencje źródłowe, u małych dzieci pojawiają się tendencje poznawcze, a następnie z wiekiem pojawiają się tendencje zdobywcze, tendencje sprzymierzeńcze i wreszcie tendencje wzajemne.

Między poszczególnymi tendencjami nie ma przeskoków i jest to jeden ciąg tendencji stanowiący po prostu jedną tendencję zachowania się organizmu w której tendencje będą się zmieniać z czasem, przeważają jedne nad drugimi itp.

Organizmy o niskim poziomie potencjalnym nie mogą osiągnąć wysokiego poziomu aktualnego, są więc ograniczone do najniższych tendencji. Tak na przykład, rośliny przejawiają głównie tendencje źródłowe oraz w pewnym stopniu tendencje poznawcze i tendencje zdobywcze. U zwierząt występują wyraźnie tendencje tych trzech rodzajów, a u zwierząt wyższych ponadto tendencje sprzymierzeńcze. Wysoki poziom organizmu ludzkiego zapewnia ludziom także zdolność do tendencji wzajemnych.

Podobna prawidłowość występuje również w odniesieniu do dynamizmu charakterów, jakie organizm spotyka w swoim otoczeniu. W tendencjach źródłowych dynamizm innych organizmów nie wchodzi w grę ponieważ w tych tendencjach otoczenie nie odgrywa roli. W tendencjach poznawczych dynamizm organizmów otaczających wymaga rozeznania jedynie w zakresie ogólnej orientacji w otoczeniu. W tendencjach zdobywczych rozeznanie dynamizmu musi być dokładniejsze z punktu widzenia możliwości zwiększania mocy socjologicznej i dotyczy każdego otaczającego organizmu mogącego być konkurentem w walce o moc socjologiczną. W tendencjach sprzymierzeńczych organizm musi wyraźnie odróżniać dynamizm grupy sprzymierzeńców, a w tendencjach wzajemnych nawet odcienie dynamizmu wybrańców.

Ponieważ każda tendencja szczególniejsza wynika z poprzedniej ogólniejszej tendencji, więc stąd wynika, że każdej tendencji muszą towarzyszyć wszystkie ogólniejsze tendencje na przykład, tendencjom poznawczym muszą towarzyszyć tendencje źródłowe, tendencjom zdobywczym muszą towarzyszyć tendencje źródłowe i tendencje poznawcze tendencjom sprzymierzeńczym muszą towarzyszyć tendencje źródłowe, tendencje poznawcze, tendencje zdobywcze, itd. Każda poprzednia tendencja jest potrzebna do wytworzenia następnej tendencji szczególniejszej, ale ją niekoniecznie wywołuje, do tego bowiem potrzebny jest odpowiednio wysoki poziom aktualny, a ponadto organizm musiałby mieć interes w przejawianiu następnej tendencji szczególniejszej. Na potwierdzenie tych prawidłowości można by przytoczyć bardzo wiele przykładów. Gdzie występuje miłość (tendencje wzajemne) tam musi występować popęd seksualny (tendencje źródłowe(, ale występowanie popędu seksualnego nie przesądza, że występuje miłość, zakochani odczuwają potrzebę określonych nastrojów (tendencje poznawcze(, jak np. muzyka, taniec, turystyka itp. ale nastroje same przez się nie przesądzają istnienia uczuć miłosnych. Odczuwają też oni potrzebę przejawiania sympatii (tendencje sprzymierzeńcze) i dlatego tak chętnie chodzą do kina, teatru itp. gdzie mogą wyróżniać typy bohaterów i bohaterek nadających się na sprzymierzeńców. Nastroje (tendencje poznawcze) pobudzają apetyt (tendencje źródłowe) i dlatego w lokalach gastronomicznych odbywają się produkcje muzyczne, bywalcy koncertów symfonicznych przynoszą ze sobą słodycze, spotkania towarzyskie są z reguły połączone z atrakcjami kulinarnymi itd. Sympatia (tendencje sprzymierzeńcze) do pewnych osób towarzyszy zainteresowania ich strojem (tendencje poznawcza(, ale sam strój nie przesądza jaszcze istnienia sympatii.

Z okoliczności, że podstawą tendencji szczególniejszych są tendencje ogólniejsze, wynikają znane powszechnie objawy dbałości o występowanie tendencji ogólniejszych, aby utrzymać tendencje szczególniejsze bądź nie przeszkadzać ich powstawaniu. A więc na przykład, orkiestry wojskowe grają dziarskie marsze armii wyruszającej na front, rewolucjoniści śpiewają pieśni rewolucyjne, dziewczęta wybierające się na spotkanie ze swoimi chłopcami spędzają wiele czasu przed lustrem, matki córek na wydaniu karmią przysmakami kandydatów do małżeństwa („przez żołądek do serca”(, klienci biur matrymonialnych żądają fotografii proponowanych im kandydatek, itp.

Mówiąc obrazowo, tendencje są jak wielopiętrowy budynek: każde piętro może istnieć tylko wtedy, gdy pod nim znajdują się wszystkie niższe piętra, i jest niezbędne do tego, żeby mogły powstać wyższe piętra.

W kolejności odwrotnej do narastania tendencji odbywa się zanikanie tendencji. Na przykład, gdy kobieta oświadcza mężczyźnie że ma dla niego „siostrzane uczucia”, to oznacza to zejście z tendencji wzajemnych na tendencje sprzymierzeńcze (sympatie), gdy interesują ją tylko pieniądze mężczyzny, to jest to zejściem na tendencje zdobywcze, a gdy chodzi jej już tylko o to, żeby mieć z kim porozmawiać i nie czuć osamotnienia, to sprawa sprowadza się do tendencji poznawczych (nastroje).

Współzależność tendencji sprawia, że przejawianie tendencji szczególniejszych z pominięciom tendencji ogólniejszych budzi repulsje u osób z otoczenia. Dlatego to w tylu krajach rozmowy z nieznajomymi zaczynają się od upewnienia o zdrowiu (tendencje źródłowe) interlokutora: „jak się pan miewa”, co wskutek tego zaczęło odgrywać rolę powitania, i nie wykraczają poza najprostsze nastroje (tendencje poznawcze) „jak się pani bawiła” „było bardzo miło” oraz tylokrotnie choć niesłusznie wyśmiewane rozmowy o pogodzie, bądź wymianę ogólnikowych poglądów na temat sztuki. Dyskusje polityczne wchodzą już w zakres tendencji zdobywczych. Zwierzania z własnej sytuacji życiowej, zasięganie rady itp. należą do tendencji sprzymierzeńczych, a zwierzania intymne do tendencji wzajemnych. Nie lubimy, gdy nieznajome lub mało znane osoby zwracają się do nas o pożyczkę, gdyż jest to odwoływaniem się od razu do tendencji sprzymierzeńczych z pominięciem tendencji ogólniejszych. Umiejętne swatanie polega na stworzeniu okazji do kolejnego narastania tendencji coraz szczególniejszych. Rozważania nad tendencjami-pozwalają stwierdzić, że między tzw. uczuciami pozytywnymi i negatywnymi jak np. „sympatia” i „antypatia”, „miłość” i „nienawiść” nie ma symetrycznej przeciwstawności. Symetria takich uczuć występowałaby, gdyby organizm, według kryteriów poszczególnych tendencji, wyszukiwał sobie zarówno najlepszych sprzymierzeńców jak i największych wrogów, a tak przecież nie jest: organizm szuka sobie sprzymierzeńców, a z pośród nich wybrańców, natomiast wrogów unika lub zwalcza. Pretensje do wrogów pochodzą stąd, ze przeszkadzają oni zwiększać moc socjologiczną, toteż zwalczanie wrogów jest przejawem tendencji zdobywczych, bez względu na natężenia wrogości. Organizm nie ma interesu w wyszukiwaniu „większych wrogów”, a wśród nich „największych wrogów”. Natężenie wrogości zależy od postępowania samych wrogów tj. od stopnia, w jakim przeszkadzają oni zwiększać moc socjologiczną, a ściślej zaś mówiąc, od wyobrażeń organizmu o szkodliwości ich postępowania. Dlatego „antypatia”, „nienawiść” itp. są przejawami tendencji zdobywczych (ambicji), podczas gdy „sympatie” są przejawem tendencji sprzymierzeńczych a „miłość” i „przyjaźń” przejawami tendencji wzajemnych. Jak widać, powszechne przekonanie i że nienawiść jest „uczuciem niskim” ma swoje uzasadnienie. Przejawy szczególnego zadowolenia jak śmiech, humor itp. Wymagają wyższego poziomu niż przejawy niezadowolenia! nic więc dziwnego, że zwierzęta się nie śmieją. Pies ma wyższy poziom niż kot, co łatwo stwierdzić na podstawie zdolności psów do uczenia się; w parze z tym idą też większa zdolności psów do wyrażania zadowolenia.

Przypadki gdy ludzie toczą ze sobą bezwzględną walkę o byt piętnuje się takimi określeniami jak „dżungla, prawo dżungli” itp. a więc aluzjami do walki o byt między dzikimi zwierzętami.

Można to objaśnić okolicznością, że na ogół poziom zwierząt wystarcza co najwyżej do przejawiania tendencji zdobywczych, natomiast do przejawiania tendencji sprzymierzeńczych a tym bardziej tendencji wzajemnych jest potrzebny tak wysoki poziom jakim cechuje się organizm ludzki, tym się tez objaśnia zainteresowanie człowieka dla najmniejszych nawet przejawów tendencji sprzymierzeńczych między jednymi zwierzętami a drugimi bądź między zwierzętami a ludźmi, chociażby to były fikcje literackie jak np. w „Księgach dżungli” Kiplinga.

Humanitaryzm można by określić jako potrzebę tendencji sprzymierzeńczych między wszystkimi ludźmi jako istotami o poziomie umożliwiającym powstawanie tendencji sprzymierzeńczych , wraz z tymi spośród wyższych zwierząt, których poziom uzasadniałby przypuszczenia o zdolności tych zwierząt do przejawiania tendencji sprzymierzeńczych, W stosunku do niższych zwierząt i roślin człowiek uważa się za zwolnionego od wymagań humanitaryzmu wątpiąc w ich zdolności do przejadania tendencji sprzymierzeńczych. Z omawianymi tu sprawami wiąże się też pojęcie moralności: Dopóki zachowania się organizmu nie wychodzi poza tendencje źródłowe i tendencje poznawcze, ocena tego zachowania się z punktu widzenia moralności nie miałaby sensu i nie ma nic moralnego ani niemoralnego w tym, że ktoś jest głodny lub odczuwa popęd seksualny, albo że stara się rozeznać swoje otoczenie. Problematyka moralna pojawia się dopiero przy tendencjach zdobywczych, a mianowicie gdy znajdują się one w sprzeczności z tendencjami zdobywczymi innych organizmów, co może prowadzić do sprzężeń destrukcyjnych. Liberalność jest więc sprawą wzajemnego postępowania organizmów będących członkami pewnej społeczności. Przy tendencjach sprzymierzeńczych i tendencjach wzajemnych problematyka moralna znów nie wchodzi w grę, ponieważ tendencje te prowadzą do sprzężeń konstruktywnych. A za tam normy moralne odnoszą się wyłącznie do tendencji zdobywczych! Celem ich stosowania tych norm jest zapobieganie sprzężeniom nadmiernie destruktywnym ze względu na ich szkodliwość dla społeczności jako całości.

Jeżeli nawiązać do traktowania tendencji zdobywczych jako zwiększania innym mocy socjologicznej tylko na zasadzie korzystnej doraźnej wymiany, a więc bez udzielania kredytu zaufania, oraz do traktowania tendencji sprzymierzeńczych i tendencji wzajemnych jako zwiększania innym mocy socjologicznej z udzielaniem krótszego czy dłuższego kredytu, to moralność można określić jako wymaganie pewnego minimum kredytu nawet przy tendencjach zdobywczych. W interesie społeczności jest, żeby ten minimalny kredyt był przez wszystkich udzielany i żeby nikt nie zawiódł się na udzieleniu kredytu. Przechodzień na ulicy nie może strzelać do innych przechodniów, aby uprzedzić ich w ataku na siebie i musi on okazać zaufanie, że im z ich strony nic nie grozi, im zaś nie wolno tego zaufania zawieść. Opierając się na zaufaniu instytucja zatrudniająca kasjera powierza mu klucze od kasy i kontroluje jej stan tylko od czasu do czasu. Klient kupując cukierki nie sprawdza zawartości opakowań; Rodzice posyłając dzieci do szkoły kierują się zaufaniem. że będą one miały należytą opiekę nauczycieli, pacjent powierza się zaufanym lekarzom, na wzajemnym zaufaniu polegają ludzie zawierający małżeństwo, itp. W rozmaitych przypadkach za zawiedzenie zaufania grożą represje prawne, bywają jednak sprawy nie objęte przepisami prawa bądź trudne do wykrycia, a poza tym w wielu przypadkach ukaranie sprawcy bynajmniej nie usuwa wyrządzonej przez niego szkody. Dla wszystkich takich spraw zasady moralne określają granice nieszkodliwości z punktu widzenia interesu społecznego.

Ponieważ zasady są przestrzegane przez statyków, więc też moralność stanowi skuteczny rygor społeczny o tyle, o ile ma poparcia przeważającej większości statyków, przeciw określonym zasadom moralnym mogą występować ci statycy, którzy uznają inne zasady, oraz egzodynamicy i endodynamicy jako ludzie o charakterach nie uznających żadnych zasad. Wskutek tego występuje trwały konflikt między skrajnymi dynamikami a resztą społeczeństwa, którego wynikiem jest kompromis polegający na tym, że statyczna część społeczeństwa godzi się z pewnym złagodzeniem zasad moralnych, a dynamiczna część społeczeństwa rezygnuj z postępowania naruszającego te zasady, granica takiego kompromisu zależy od ilościowego rozkładu dynamizmu członków społeczeństwa (por. rys. 27-1 i 2? .-2). W społeczeństwach o dużej przewadze statyków zasady moralności są ostrzejsze, tj. zawierają się w węższym przedziale dynamizmu, niż w społeczeństwach o małej przewadze statyków, z tego powodu inna uczciwość panują np. u Cyganów niż u Szwedów. A zatem można określić moralność jako szerokość charakteru społeczności. Oczywiście, różne społeczności mogą mieć różne moralności; Inna moralność obowiązuj np. wśród uczniów a inna wśród ich nauczycieli (np. moralność nauczycielska zakazuje uczniom kłamać a moralność uczniowska zakazuje im wydać winowajcę spośród kolegów). Inna moralność obowiązuje w kabarecie a inna w klasztorze, itp. Istnieje też moralność społeczności zawodowych (np. lekarzy(, moralność narodowa (szerokość charakteru narodowego) i moralność ogólna ludzi.

Występowanie przeciw zasadom moralnym przyczynia skrajnym dynamikom wiele przykrości za strony statycznej większości społeczeństwa, to też wygodniej im jest postępować przynajmniej na pozór w zgodzie z moralnością czyli uprawiać ‘hipokryzję”.

Brak zrozumienia dla charakterologicznej natury wszelkiej moralności prowadzi niekiedy do poważnych błędów w polityce socjalnej, jak to się np. dzieje w zwalczaniu prostytucji. Społecznicy zajmujący się tym zagadnieniem wyobrażają sobie, że środkiem do resocjalizacji prostytutek jest zapewnienie im spokojnej, regularnej, pracy. Tymczasem rozwiązanie problemu zależy od dynamizmu charakteru. Tylko prostytutki uprawiają swój proceder z braku środków utrzymania, a więc statyczki można „nawrócić” dając im zatrudnienie. Są jednak równie wykolejone endodynamiczki, które uprawiają prostytucję szukając w niej drogi do kariery, oraz wykolejone egzodynamiczki, które prostytucja pociąga ze względu na awanturniczy tryb życia. Jednym i drugim normalna, cicha praca nie stwarza sytuacji dopasowanej do ich charakterów, to też w odniesieniu do nich takie rozwiązanie chybia celu. Endodynamiczkom trzeba zapewnić zajęcie, w którym mogłyby rządzić, a egzodynamiczkom zajęcie bardzo urozmaicone, np. w jakiejś dziedzinie sztuki.

Bernard Shaw powiedział ironicznie, że do zasad moralności nie stosują się najwyższe i najniższe warstwy społeczeństwa. To twierdzenie jest słuszne o tyle, że skrajni endodynamicy dążąc bez skrupułów do kariery przeważnie osiągają cel i zajmują miejsce w górnej warstwie społeczeństwa, natomiast skrajni egzodynamicy w dążeniu do awanturniczego życia przeważnie wykolejają się spadając do warstwy włóczęgów i lumpów. Nie przeszkadza to jednak, że w najwyższych i najniższych warstwach społeczeństwa znajdują się również statycy przestrzegający zasad moralności, jak również że w średnich warstwach społeczeństwa są skrajni endodynamicy i egzodynamicy, którzy tych zasad nie uznają.

Zakres moralności nie zawsze pokrywa się z zakresem prawa. Gdy zakres moralności jest szerszy — społeczeństwo odczuwa pewne przepisy prawa jako ucisk. Gdy zakres moralności jest węższy, społeczeństwo uważa prawo za zbyt tolerancyjne i narzeka na anarchię.

Po obu wojnach światowych zauważono w różnych krajach objawy rozwydrzenia młodzieży określanej u nas nazwą „bikiniarzy” (nazwa „bikiniarz” ma swoje odpowiedniki w innych krajach, jak np. „teddy boy” w Anglii, „beatnik” w USA, „Halbstarke” w Niemczech). Początkowo sądzono, że zjawisko to jest wynikiem demoralizacji wojennej, ale przeciw temu przemawiał fakt, że wystąpiło ono dopiero w parę lat po wojnie i to również w krajach, które nie brały udziału w wojnie, jak np. Szwecja. Jego istotną przyczyną jest to, że we wszystkich krajach, również w neutralnych wojna spowodowała zaostrzenie rygorów (braki materiałowe, mobilizacja psychiczna społeczeństwa do obrony w czasie zagrożenia itp. czyli zwężenie moralności społecznej w kierunku czystego statyzmu. Dzieci mające w czasie wojny 8 — 10 lat odczuły to jako przykre ograniczenie ich egzodynamizmów nie rozumiejąc jednak jego przyczyn, toteż mając 15 — 17 lat a więc w kilka lat po wojnie, zareagowały nasilonym akcentowaniem egzodynamizmu, atakując ład społeczny na pokaz bez widocznej przyczyny.

O ile zasady moralności nie wywołują żadnych rozterek u statyków (gdyż uznają oni zasady) ani u endodynamików i egzodynamików (gdyż nie uznają oni zasad(, to u endostatyków i egzostatyków sprawa nie jest tak oczywista. W zależności od zakresy moralności obowiązującej w danej społeczności mogą oni przeżywać rozterki między dynamizmem i statyzmem swojego charakteru i w rozterkach takiego rodzaju statyzm stanowi czynnik zwany potocznie „sumieniem”.

Zakończenie

Nowe idee cybernetyki czy choćby ujęcia starych idei, znajdują silny oddźwięk u ogółu intelektualistów, o czym świadczy żywiołowy rozwój i rozpowszechnianie się cybernetyki. Trzeba jednak stwierdzić, że zdarzają się również przypadki niechęci do cybernetyki ze strony niektórych przedstawicieli dziedzin specjalnych. Sądzą oni, ze ogólne traktowanie zjawiska tak charakterystyczne dla cybernetyki nie może dać nic nowego specjalistom zajmującym się szczegółowo zjawiskami z ich specjalności; W związku z tym słyszy się nieraz argument, że znane już zjawiska cybernetycy ponazywali tylko innymi nazwami! na przykład: zdaniem niektórych fizjologów cybernetycy nazwali „sprzężeniem zwrotnym” to. co w fizjologii jest od dawna znane pod nazwą „reaferencji”! Takie postawienie sprawy jest nieporozumieniem w terminologii cybernetycznej nie chodzi inne nazwy zjawisk lecz o wskazanie ogólności zjawisk! Nazywając reaferencję „sprzężeniem zwrotnym” cybernetyka wskazuje, że chodzi o zjawisko występujące nie tylko w fizjologii lecz we wszelkich procesach sterowniczych i wobec tego podlegające pewnym ogólnym prawom, dzięki czemu zdobycze naukowe jednej specjalności można wykorzystywać w innych specjalnościach.

Bardzo możliwe, że i w stosunku do przedstawionej tu teorii będzie wysuwana argumentacja, że np. „tendencje” są znane w psychologii jako „uczucia”, „poziom” jako „inteligencja” itp. Moglibyśmy na to opowiedzieć, że w nazwie „tendencji” tkwi wskazanie na interes organizmów (a nawet wszelkich struktur samodzielnych) a w nazwie „poziom” wskazanie na ilościowe ujmowanie właściwości mogących występować nawet w automatach. Podobnie nazwa „korelacja” może dotyczyć zarówno mózgu ludzkiego jak i najprostszego regulatora technicznego.

Niemniej, gdyby sprawa sprowadzała się tylko do uogólnień znanych skądinąd pojęć, to może nie warto byłoby wprowadzać tylu nowych nazw, jakie czytelnik spotkał w niniejszej książce, a może nawet w ogolę napisać tej książki.

W istocie jednak chodzi o znacznie więcej. Celem naszym było pokazanie, że wśród wielkiej różnorodności przejawów charakteru można wyodrębnić czynniki główne, że te przejawy są wynikiem zjawisk prostych i dających się co do zasady odtwarzać środkami technicznymi, że charakter można ujmować za pomocą parametrów traktowanych jako wielkości fizyczne, a więc ze znaczną ścisłością, że charakter ulega zmianom prawidłowym i dającym się przewidywać, że zachowanie się w danych warunkach jest jednoznacznie umotywowane i zdeterminowane stanem struktury, i wreszcie że możliwa jest obiektywna ocena charakteru bez zamącenia tej oceny względami moralistycznymi.

Jest dość prawdopodobne, że określanie charakteru kilkoma zaledwie parametrami wyda się komuś niedokładne, nie ujmujące wszystkich przejawów charakteru. Byłby to pogląd niewątpliwie słuszny. Jednakże trzeba mieć zawsze na uwadze, że nauka nie określa i nigdy nie zdoła określić wszystkiego: nauka tylko zmniejsza niedokładność naszego poznawania rzeczywistości. Nie oznacza to jednak wcale bezradności nauki, jak skłonni są mawiać ludzie szukający wypełnienia braków wiedzy w religijnym objawieniu. Dokładność, z jaką nauka potrafi już obecnie określać rzeczywistość, jest często aż nadto wystarczająca dla wielu naszych potrzeb. Określając dokładniej profil koła wagonowego łatwo jest stwierdzić, ze jest on krzywą obfitującą w nieregularne wklęsłości i wypukłości, a przecież inżynier projektujący koła wagonowe traktuje ich profil jako idealnie regularny okrąg koła geometrycznego, bo okazuje się to w zupełności wystarczające do tego, żebyśmy mogli jeździć koleją. Dzieje się tak dzięki stwierdzeniu, ze kołowość koła wagonowego jest parametrem głównym czyli o wiele ważniejszym dla potrzeb praktycznych niż odchylenia od idealnej kołowości. Podobnie przypisujemy naszej planecie kształt kulisty i jest to określanie niedokładne ale do wielu celów zupełnie wystarczające, w rasie potrzeby większej dokładności mówimy, że Ziemia jest elipsoidom. Gdy i to nie wystarcza, wówczas bierzemy pod uwagę, że Ziemia jest elipsoidem spłaszczonym, zwiększając coraz bardziej dokładność określania kształtu ziemi moglibyśmy dojść do tak dokładnego opisu, ze uwzględniałby on nawet poszczególne ziarnka piasku na plaży w Nicei. Nie dążymy do tego jednak, ponieważ wymagałoby to ogromnego trudu, który w wyniku dałby nam opis ziemi potwornie skomplikowany bez żadnych praktycznych korzyści. Wadą prostoty jest zubożenie informacji, zaletą zaś ze prostota jest wygodna. Dążąc do prostoty musimy ograniczyć ilość informacji, rezygnując z informacji najmniej użytecznych. Z dwóch następujących informacji: „Ziemia jest kulista” oraz na płazy nicejskiej jest nieparzysta ilość ziaren piasku, zrezygnujemy raczej z drugiej informacji pomimo jej dokładności, a zadowolimy się pierwszą, gdyż- jakkolwiek niezbyt dokładna — jest ona o wiele bardziej istotna dla opisu Ziemi, a więc bardziej użyteczna.

Podobną rolę odgrywa opisywanie charakteru za pomocą jego głównych parametrów. Być może, okaże się dostatecznie użyteczne wyodrębnienie innych jeszcze, bardziej szczegółowych parametrów, ale idąc po tej drodze doszlibyśmy wcześniej czy później do stanu w którym doszukiwanie się jeszcze drobniejszych szczegółów stałoby się praktycznie nie opłacalne. We wszystkich dziedzinach nauk, wolno i trzeba wprowadzać uproszczenia, pod warunkiem, że odróżnia się przy tym sprawy istotne od mniej istotnych.

Pragnęlibyśmy też zapobiec następującemu nieporozumieniu: Użyteczność przedstawionej teorii widzimy w tym, że czytelnik ma jej podstawie będzie mógł lepiej zrozumieć siebie samego, otaczających go ludzi, a przez to udoskonalić swoje postępowanie. Któryś z czytelników mógłby na to odpowiedzieć, ze stanowiąc- zgodnie z tą teorią — strukturę zdeterminowaną nie będzie mógł inaczej postępować, niż to wyniknie z wymagań determinizmu. Ten najzupełniej słuszny pogląd nie stoi jednak w żadnej sprzeczności ze sformułowanym powyżej celem. Sam fakt przeczytania tej książki wprowadził zmiany w korelatorze czytelnika sprawiając, że czytelnik będzie wprawdzie nadał zdeterminowany ale przez zmienione już czynniki. I nie oznacza to bynajmniej, że czytelnik uzna za słuszne wszystko, co tu przeczytał. Zależy to m.in. od poprzedniego stanu jego korelatora i działania jego homeostatu. Pewną rolę odegra w tym także sprawdzalność tej teorii w praktyce, toteż sądząc na podstawie doświadczeń osób, które miały sposobność zapoznać się z nią przed ukazaniem się wydania książkowego, pozwalamy sobie prorokować, że czytelnik nie zdoła się już uwolnić od chęci oceniania rozmaitych osób ze swego otoczenia przynajmniej pod względem dynamizmu ich charakteru.

Być może, znajdą się. też czytelnicy, którym nasze ujęcie człowieka wyda się zimne i „bezduszne” wskutek traktowania go na jednej płaszczyźnie, ze zwierzętami, roślinami i maszynami, nawet w zakresie, który człowiek przywykł przypisywać tylko sobie, a mianowicie w zakresie tzw., potocznie zwanego „życia duchowego”. Jeżeli jednak ci czytelnicy zastanowią się głębiej na tym, co tu napisaliśmy, to nie będą się mogli oprzeć wzruszeniu na myśl, jak wiele może struktura dysponująca mocą wynoszącą zaledwie około setki kilokalorii na godzinę i sterująca się za pomocą kilkunastu miliardów elementów korelacyjnych rozmieszczonych w organie ważącym niewiele ponad kilogram, struktura zwana człowiekiem. I zamiast zajmować się metafizycznymi mirażami „życia pozagrobowego” okażą więcej dbałości o swoje i cudze życie rzeczywiste.

Na zakończenie pragniemy wyrazić życzenie, żeby praca niniejsza choć w małej części przyczyniła się do spełnienia się wypowiedzianych krótko przed śmiercią słów Franklina D. Roosevelta: dzisiaj, by cywilizacja przeżyła, musimy wszyscy studiować wiedzę o wzajemnych stosunkach ludzkich, o zdolności ludów do współżycia i współdziałania w nowym świecie.

Na tym kończy się maszynopis odnaleziony przez Zbyszka Zaniewskiego.
Zeskanował i odcyfrował: Maciej Węgrzyn
Poprawił: Krzysztof Kawalec
Źródło: https://socjocybernetyka.wordpress.com/2012/09/05/marian-mazur-zachowanie/

Zagadnienie prawdy w nauce

Mazur M., 1981, Zagadnienie prawdy w nauce. Zeszyty Naukowe Stowarzyszenia PAX, nr 1 (30), s. 79-92.
Zeskanował i opracował Mirosław Rusek (mirrusek@poczta.onet.pl).

 

1. Prawdy i nieprawdy

Na temat „problemu prawdy” napisano już bez mała całe biblioteki, ale obfitość tej literatury nie świadczy bynajmniej o trudności owego „problemu” lecz o jego fikcyjności. Szukano bowiem odpowiedzi na pytanie „co to jest prawda?” a to w istocie nie było rozwiązywaniem żadnego problemu lecz tylko domniemywaniem się znaczenia słowa „prawda”. Ponieważ domniemań może być tyle, ile osób zechce je snuć, więc jedynym tego rezultatem były jałowe spory, czyje domniemanie jest „słuszne”, i wprowadzanie zamętu do sprawy prostej, podczas gdy do niej należy podejść we właściwy sposób, tj. od analizy zjawisk, jak się to robi w naukach ścisłych.

Sposobu takiego dostarcza cybernetyka (1).

W każdym torze informacyjnym występuje transformacja oryginałów (tj. komunikatów na początku toru) w obrazy (tj. komunikaty na końcu toru). Relacja między dwoma oryginałami jest informacją nadawaną, a relacja między dwoma obrazami jest informacją odbieraną.

Jeżeli informacja odbierana jest identyczna z informacją nadawaną, to jest ona transinformacją (informacją wierną, prawdziwą). Na przykład, odległość z Londynu do Rzymu jest dwukrotnie większa niż odległość z Londynu do Genewy – jeżeli na mapie występuje taki sam stosunek długości odcinków przedstawiających te odległości, to w tym zakresie mapa jest wierna, stanowi źródło prawdy. Tak samo jest we wszelkich pomiarach, obserwacjach itp.

Wynikają stąd dwa ważne twierdzenia:

l) jeżeli dwie informacje są prawdziwe, to ich wypadkowa jest również prawdziwa (np. jeżeli zmierzono, że jedna góra jest o 200 metrów wyższa od drugiej, a druga jest o 300 metrów wyższa od trzeciej, to bez mierzenia można powiedzieć, że pierwsza góra jest o 500 metrów wyższa od trzeciej),
2) jeżeli z informacją prawdziwą jest identyczna inna informacja, to i ona jest prawdziwa (np. jeżeli kopia jest zgodna z dokumentem autentycznym, to zawiera informacje prawdziwe).

Po takim uporaniu się z prawdami zobaczmy, jak się przedstawiają zniekształcenia informacji odbieranych, czyli nieprawdy. Wchodzą tu w grę – w odróżnieniu od informowania wiernego – dwie możliwości: informowanie pozorne oraz informowanie fałszywe.

Informowanie pozorne (pseudoinformowanie) powstaje, gdy liczba obrazów jest nierówna liczbie oryginałów, przy czym może to być:
informowanie rozwlekłe (pseudoinformowanie symulacyjne), gdy jednemu oryginałowi odpowiada kilka obrazów (np. gdy ktoś mówi, że „zbudowano wiele zakładów przemysłowych, fabryk i wytwórni”, chociaż wszystkie te wyrazy oznaczają jedno i to samo, przez co powstaje tylko pozór obfitości informacji),
informowanie ogólnikowe (pseudoinformowanie dysymulacyjne), gdy kilku oryginałom odpowiada jeden obraz (np. gdy ktoś zamiast „weszli mężczyzna i kobieta” mówi: „weszły dwie osoby” – niby prawda ale zubożona, pozór prawdy).

Informowanie fałszywe (dezinformowanie) powstaje, gdy brakuje jakichś oryginałów lub obrazów, przy czym może to być:
zmyślanie (dezinformowanie symulacyjne), gdy obrazowi nie odpowiada żaden oryginał (np. gdy w spisie figuruje towar, którego nie ma w magazynie),
zatajanie (dezinformowanie dysymulacyjne), gdy oryginałowi nie odpowiada żaden obraz (np. gdy w spisie nie figuruje towar, który jest w magazynie).

Informowanie może być wzbogacone o domniemanie (parainformowanie), gdy z informacjami nadawanymi i odbieranymi sumują się informacje uprzednio zapamiętane (parainformacje) u nadawcy i odbiorcy, przy czym można rozróżniać domniemanie trafnedomniemanie nietrafne.

Domniemanie trafne występuje, gdy parainformacje u odbiorcy są takie same jak u nadawcy (na tym polega rozumienie słów, zdań, aluzji, dzieł sztuki, itp.).
Domniemanie nietrafne występuje, gdy parainformacje u odbiorcy i nadawcy są niejednakowe (prowadzi to do nieporozumień), przy czym może to być:
domniemanie bezpodstawne, gdy parainformacje są u odbiorcy, a nie ma ich u nadawcy (np. dopatrzenie się aluzji, której nie było),
domniemanie niedomyślne, gdy parainformacje są u nadawcy, a nie ma ich u odbiorcy (np. niedopatrzenie się aluzji, która była).

Dla kompletności systematyki trzeba dodać, że możliwe jest także informowanie o informowaniu (metainformowanie), informowanie o metainformowaniu (meta-metainformowanie), informowanie o meta-metainformowaniu (meta-meta-metainformowanie), i tak dalej aż do nieskończoności.

Podobnie jak informowanie, również metainformowanie (oraz meta-metainformowanie itd.) może być wierne, pozorne (rozwlekłe lub ogólnikowe), fałszywe (zmyślanie lub zatajanie) bądź polegać na domniemaniach (trafnych lub nietrafnych).

Jako przykłady metainformowania można wymienić metadecydowanie jako decydowanie o sposobach decydowania, metadyskutowanie jako dyskutowanie o sposobach dyskutowania, metanauczanie jako nauczanie o sposobach nauczania, itp.

Ogromna większość ludzi, w tym nawet bardzo wykształconych, nie odróżnia metainformowania od informowania, co może prowadzić do przykrych skutków, zwłaszcza w prawodawstwie. Na przykład, informacja o karalności „czynów szkodliwych” wymaga z kolei informacji o tej informacji (metainformowanie), a mianowicie wyjaśnienia, co się uważa za szkodliwe, a co nie, gdyż bez tego sprawca może nie wiedzieć, czy przekracza prawo.

Gdyby kodeks karny miał się składać wyłącznie z takiego rodzaju przepisów, to można byłoby go zredukować do dwóch paragrafów: „1. Przestępstwa są karalne. 2. Co było przestępstwem, oceni prokurator”.

Rozróżnienie miedzy informowaniem a metainformowaniem pozwala też uchwycić różnice między fałszem a kłamstwem. Fałszem jest dezinformowanie, kłamstwem zaś jest metadezinformowanie przedstawiające to dezinformowanie jako transinformowanie.

Inaczej mówiąc, kłamstwem jest przedstawianie fałszu jako prawdy. Nie ma kłamstwa, gdy fałsz jest przedstawiany jako fałsz (np. autor powieści historycznej fałszuje historię, ale przed zarzutem kłamstwa chroni go wyraz „powieść” umieszczony przezeń pod tytułem książki).

Z tego punktu widzenia dość niefortunne jest sądowe wyrażenie „kara za fałszywe zeznania” – powinno by się mówić o karze za kłamliwe zeznania, gdyż źródłem fałszywych zeznań mogą być przecież omyłki, złudzenia itp., za co nie ma powodu nikogo karać.

Przedstawiona tu systematyka informowania będzie przydatna w sprawach poruszanych poniżej.

2. Czy prawdomówność jest cnotą

Pogląd, że należy mówić prawdę, jest tak rozpowszechniony, że aż stał się sprawą moralności, a prawdomówność uchodzi za zaletę charakteru. „To brzydko kłamać” – mówią rodzice dzieciom, które gdy dorosną, będą mówić to samo swoim dzieciom. Podobnie mówią nauczyciele swoim uczniom. Prawdomówności żądają urzędy dając obywatelom do wypełnienia rozmaite ankiety (personalne, paszportowe, celne itp.), a często nawet dopisując zdanie, że „powyższe dane podałem zgodnie z prawdą” lub coś w tym rodzaju, aby w ten sposób przypomnieć wypełniającemu obowiązek prawdomówności. Zgodnie z prawdą mają być sporządzane wszelkie sprawozdania i meldunki. Sądy żądają prawdomówności od świadków i w tym celu inscenizują teatralne składanie przysięgi (lub „oświadczenia w miejsce przysięgi”). W krajach anglosaskich wypracowano nawet formułę: „będę mówił prawdę, całą prawdę i tylko prawdę”, co w świetle systematyki informacji znaczy: „będę informował wiernie, niczego nie tając i nie zmyślając”.

Z drugiej jednak strony wiele jest przypadków, w których prawdomówność jest potępiana, a nawet karalna. Zdanie: „ależ pani staro wygląda” zostałoby uznane za przejaw chamstwa. Weredycy, mający zwyczaj mówić wszystkim „prawdę w oczy”, to nieprzyjemni ludzie, których wszyscy unikają. Człowiek rozgadujący się o przypadkowo zaobserwowanej dyzlokacji wojsk ryzykuje postawienie przed sądem za „ujawnienie tajemnic państwowych”, a gdyby tam powoływał się na obowiązek prawdomówności, to powinien czuć się szczęśliwy, jeżeli zostanie uznany tylko za głupca. Zwolniony z obowiązku prawdomówności jest oskarżony w procesie karnym, adwokat fantazjujący na temat jego „ciężkiego dzieciństwa”, tudzież prokurator, który z okruchów udowodnionych informacji usiłuje skomponować obraz przebiegu zbrodni.

Jakże to więc w końcu jest z prawdomównością – obowiązuje czy nie? A jeżeli czasem tak, a czasem nie, to kiedy?

Sprawa staje się jasna, jeżeli się ją potraktuje na podstawach cybernetycznych. Każdy proces sterowania jest przeprowadzany dla osiągnięcia określonego celu. Koniecznym tego warunkiem jest, żeby sterujący miał prawdziwe informacje o obiekcie sterowanym. Znaczy to, że człowiek dążący do jakiegoś celu, będzie szukał prawdziwych informacji, które go do tego celu przybliżają, pozostanie obojętny wobec informacji nie mających z tym celem nic wspólnego, a będzie potępiał informacje (choćby prawdziwe), które mu w osiąganiu celu przeszkadzają.

Biorąc to pod uwagę łatwo zauważyć, że wymaganie prawdomówności pojawia się zawsze w przypadkach zależności jednych ludzi od innych, przy czym jest ono nieodwzajemniane. Rodzice żądają prawdomówności od dzieci, ale nie przychodzi im nawet na myśl, że również sami powinni być wobec nich prawdomówni. Nauczyciele są skłonni do karania uczniów, ale gdy nauczyciel dopuścił się czynu karygodnego, zostaje to przed uczniami zatajone. Gdy przesłuchiwanemu zdarzy się o coś zapytać prokuratora, słyszy zaraz że „ja tu jestem od zadawania pytań”.

Sprawy te zasługują na to, żeby się im przyjrzeć nieco bliżej. Przenieśmy się w tym celu do czasów niewolnictwa, w których rola niewolników polegała na wykonywaniu pracy, a rola panów na przymuszaniu ich do tego. Skąd jednak wiadomo, czy niewolnicy wykonali narzuconą im pracę? Ponieważ była to praca ciężka, uzasadnione było podejrzenie, że starali się wykonać jej jak najmniej. Aby się przekonać o faktycznym stanie rzeczy, trzeba byłoby przeprowadzić kontrolę wykonanej pracy. Jednakże kontrola to także praca, wyszłoby więc na to, że niewolnicy wykonali jakąś pracę, ale jej kontrola obciążałaby ich panów. Ci jednak nie byli skłonni do ponoszenia żadnych trudów, choćby tylko kontrolnych, toteż wcześniej czy później musieli wpaść na pomysł, żeby i tym obciążyć samych niewolników (lub posłużyć się nadzorcami, przeprowadzającymi kontrolę z upoważnienia panów, ale to nie zmieniało istoty rzeczy, bo i nadzorcy woleli przerzucać trudy kontroli na samych niewolników).

Czy jednak niewolnicy kontrolowaliby samych siebie uczciwie? Mogli by przecież meldować wykonanie pracy, którą w rzeczywistości wykonali tylko częściowo. Aby temu zapobiec, panowie (lub nadzorcy) musieliby wziąć na siebie kontrolę tej samokontroli niewolników (metakontrola), co jednak było już trudem znacznie mniejszym, wystarczało bowiem wyrywkowe wychwycenie choćby jednego kłamstwa, aby zakwestionować cały meldunek. I tak doszliśmy do tego, że kontrola pracy niewolników została zastąpiona kontrolą ich prawdomówności. W konsekwencji, oprócz kar za opieszałość, spadały na niewolników również kary za kłamstwo.

Niewolnictwa dawno już nie ma, ale mechanizm sprawy pozostał. Na przykład, aby wymierzyć pasażerowi należne cło, celnik powinien by dokładnie przetrząsnąć jego bagaż. Chcąc jednak zaoszczędzić sobie tego trudu zaczyna on od pytania: „co pan ma do oclenia”? Prawdziwość otrzymanej odpowiedzi celnik sprawdza przez zajrzenie tu i ówdzie, ale gdy znajdzie choćby jeden przedmiot zatajony przez pasażera, przeprowadza kontrolę szczegółową, przy czym zakwestionowane przedmioty zostaną skonfiskowane (wraz z opakowaniem i środkiem transportu, np. samochodem), pasażer zaś zostanie ukarany za przemyt.

Podobnie urząd podatkowy, zamiast zbadać dochody płatnika, żąda od niego zeznania podatkowego, które następnie porównuje z własnymi doniesieniami, a stwierdziwszy zatajenie jakiejś kwoty, odrzuca zeznanie i wymierza podatek według własnej oceny (oczywiście wysokiej).

Wszystko to wyjaśnia, że prawdomówność nadawcy informacji jest kwestią interesów odbiorcy tych informacji, a cała otoczka moralna została dorobiona w celu dodatkowego obrzydzenia kłamstwa ludziom podległym i sprawienia, żeby nawet kontrola wyrywkowa stała się zbędna! Stąd pochodzi uznanie prawdomówności za cnotę.

Niewątpliwie przyczyniła się do tego ważna okoliczność, że prawdomówność odgrywa rolę nie tylko między osobami nadrzędnymi a podrzędnymi, lecz także między osobami równorzędnymi. Kolega może oczekiwać prawdomówności od innego kolegi tylko o tyle, o ile sam jest wobec niego prawdomówny. Stało się milczącą umową społeczną, żeby, w pewnym zakresie (np. z wyłączeniem spraw ściśle osobistych, a zwłaszcza intymnych) przestrzegać obowiązku wzajemnej prawdomówności po prostu dlatego, że tak jest łatwiej żyć. W gruncie rzeczy ma to postać wzajemnej wymiany usług, na zasadzie partnerstwa. Sprowadza się ona do przestrzegania prawdomówności, jeżeli jest dla partnera użyteczna, i jej unikania, jeżeli jest dla niego przykra lub szkodliwa.

W nowoczesnych społeczeństwach jest jednym z naczelnych problemów, jak powinny się układać stosunki między rządzącymi a rządzonymi. Nie mogą one być podobne do dawnych stosunków między panami a niewolnikami, gdyż wywołuje to narastającą nienawiść niewolników, wyładowującą się w końcu w krwawych rewolucjach, toteż dojrzewa idea, żeby były one oparte na partnerstwie, w którym chodzi o podział decydowania odpowiednio do posiadanych kwalifikacji.

Oczywiście, sprzeczne z tą ideą jest stosowanie cenzury, zmierzającej do ukrywania błędów popełnianych przez rządzących i tłumienia objawów niezadowolenia rządzonych. Wynika ono z niezrozumienia, że podstawą partnerstwa jest jednakowość stopnia prawdomówności u obu partnerów. Przypuszczenie rządzących, że dzięki cenzurze mogą oni wiedzieć prawie wszystko a rządzeni prawie nic, jest złudne. Im miej rządzeni wiedzą o rządzących, tym mniej rządzący wiedzą o rządzonych. Taka już jest uroda cybernetycznego zjawiska zwanego sprzężeniem zwrotnym.

W związku z systematyką informowania można by sądzić, że prawdomówność jest nakazem informowania wiernego i zakazem wszelkiego innego. Tymczasem przy tak rygorystycznym postawieniu sprawy szkody byłyby niewspółmiernie większe od pożytków.

Zakaz rozwlekłości zapobiegałby traceniu czasu na odbieranie wielu informacji, z których wystarczyłaby jedna – ale utrudniłby bardzo przyswajanie informacji.
Zakaz ogólnikowości zapobiegałby zacieraniu szczegółów – ale zmusiłby odbiorców do przetrawiania mnóstwa informacji bezwartościowych.
Zakaz zmyślania zapobiegałby wprowadzeniu odbiorców w błąd – ale zniszczyłby wszelką twórczość informacyjną, np. sztukę.
Zakaz zatajania zapobiegałby pozbawieniu odbiorców dopływu informacji użytecznych – ale pozbawiłby ich również ochrony przed dopływem informacji szkodliwych.

Jak widać, prawdomówność nie jest sprawą, w której można by abstrahować od rozróżniania informacji użytecznych i szkodliwych.

Dla ilustracji rozpatrzmy następujący przykład.

Przypuśćmy, że na zapleczu wiejskiego kina, mieszczącego się w drewnianym budynku, pojawił się ogień. Gdy kierownik kina powiadomił o tym widzów, rzucili się oni tłumnie do drzwi, przy czym wiele osób zostało stratowanych. Postawiony przed sądem za spowodowanie paniki i śmierć pewnej liczby osób, kierownik bronił się argumentem, że postąpił zgodnie z moralnym obowiązkiem mówienia prawdy. Sąd jednak odrzucił ten argument i wydał wyrok skazujący.

W podobnej sytuacji, inny kierownik kina zataił powstanie ognia i starał się go ugasić, ale pożar tak szybko się rozszerzał, że wielu widzów nie zdążyło opuścić sali i spaliło się żywcem. Postawiony przed sądem za nieostrzeżenie widzów i spowodowanie śmierci pewnej ich liczby, nie mógł się nawet powoływać na nakazy prawdomówności i otrzymał wyrok skazujący.

Jakże więc należało postąpić? Przykładowy kierownik powinien ocenić, czy ma szanse ugasić ogień. Jeżeli tak, to powinien to zrobić jak najszybciej bez niepokojenia widzów. Jeżeli nie, to powinien zająć się ich ewakuacją jak najsprawniej. Gdyby w każdym z tych przypadków nie obeszło się bez ofiar, to w razie postawienia przed sądem powinien uzasadnić, że postąpił w sposób najwłaściwszy (najmniej zły) z możliwych.

Ale to jest zagadnienie podejmowania optymalnych decyzji, a nie przestrzegania moralnych nakazów mówienia prawdy. Inaczej mówiąc, sprawa należy do cybernetyki, a nie do etyki.
Wzgląd na użyteczność występuje nawet w dekalogu, gdzie wcale nie zabrania się kłamstwa w ogólności, lecz tylko kłamstwa na szkodę bliźniego.

3. Nauka i nienauka

Podobnie jak w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: „co to jest prawda?”, tak samo w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: „co to jest nauka?” napisano mnóstwo publikacji wprowadzających jedynie zamęt.

Tymczasem i tutaj sprawa jest jasna, jeżeli, zamiast na domniemaniach znaczeń słów, oprzeć się na analizie zjawisk. Biorąc pod uwagę informacje podawane jako prawdziwe oraz dowody ich prawdziwości, otrzymuje się z ich analizy następujące trzy możliwe rodzaje wypowiedzi:

l) twierdzenia, czyli wypowiedzi zawierające informacje podawane jako prawdziwe, poparte dowodami ich prawdziwości – należą one do nauki,
2) zapewnienia, czyli wypowiedzi zawierające informacje podawane jako prawdziwe, ale nie poparte żadnymi dowodami – należą one do filozofii,
3) zwierzenia, czyli wypowiedzi nie zawierające informacji podawanych jako prawdziwe, a więc i dowodów prawdziwości – należą one do sztuki.

Przypisanie poszczególnym możliwościom nazw „nauka”, „filozofia”, „sztuka”, może się nie zupełnie pokrywać z nawykami językowymi rozmaitych osób, ale nie o nazwy tu chodzi lecz o różnice między wymienionymi możliwościami. Równie dobrze można by te możliwości ponazywać inaczej, lub po prostu ponumerować, a jednak w niczym nie zmieniłoby to sensowności ich rozróżnienia.

Zresztą czyżby nazwy te zostały tu użyte nietrafnie? Przecież koncepcje filozoficzne nie tylko nie są udowodnione, ale nawet spotyka się coraz częściej publikacje filozoficzne, których autorzy wręcz oświadczają, że od filozofii nie można żądać dowodów! Wyrażenia w rodzaju „filozofia naukowa”, „nauki filozoficzne”, „filozofia – królowa nauk” itp. można złożyć na karb przeświadczenia, że podciąganie pod naukę i naukowość „nobilituje”.

Co się tyczy sztuki, to nawet o powieściach historycznych nie można powiedzieć, że spełniają wymagania ścisłości historycznej, a wysuwanie pretensji z tego powodu jest bezpodstawne. Sienkiewicz, podając w „Panu Wołodyjowskim” przebieg rozmowy między Sobieskim a Azją Tuhajbejowiczem bynajmniej nie zapewniał, że taka rozmowa się odbyła ani że jakiś Azja w ogóle istniał.

Nie można zaprzeczyć, że zdarzają się wypowiedzi filozoficzne bądź artystyczne, odczuwane przez wielu ludzi jako przedstawiające jakieś prawdy, ale jest to coś innego niż prawdy naukowe, czyli twierdzenia udowodnione.

Należy przyznać, że nawet w nauce uzyskanie zupełnego dowodu jakiegokolwiek twierdzenia jest niemożliwe. Wyjątek zdają się w tym stanowić logika i matematyka ale tylko pozornie, ponieważ są to nauki abstrakcyjne, a dowodzenie w nich wszelkich twierdzeń polega jedynie na poprawności operacji formalnych. Natomiast w naukach konkretnych dowody twierdzeń są zawsze obarczone błędami obserwacji i pomiarów, i conajwyżej można dążyć do ich zmniejszenia.

Można więc powiedzieć, że naukowość polega na udowadnianiu twierdzeń w stopniu osiągalnym w aktualnym stanie nauki. Innymi słowy, podstawowym warunkiem przynależności do nauki – w odróżnieniu od filozofii i sztuki – jest poczuwanie się do obowiązku udowodnienia prawdziwości wypowiedzi.

Jest zrozumiałe, że nauka dąży do posługiwania się wyłącznie informacjami wiernymi, gdyż tylko takie mogą prowadzić do zupełnych dowodów prawdziwości twierdzeń. Wszelako, wspomniane powyżej trudności sprawiają, że w nauce nie brak też informacji fałszywych (nie mówiąc już o pozornych). Nie są one jednak kłamstwami, jeżeli naukowiec zaznaczy, że nie są to informacje wierne, czyli – jak o tym już była mowa – uzupełni informacje fałszywe metainformacjami wiernymi.

Na przykład, gdy naukowiec prowadzi na wykresie krzywą na podstawie punktów otrzymanych z pomiarów, to krzywa ta jest zmyśleniem, powstałym w jego wyobraźni. Nie będzie to jednak sprzeczne z naukową rzetelnością, jeżeli na wykresie zostaną zaznaczone również punkty pomiarowe, ujawniając czytelnikowi odchylenia miedzy nimi a poprowadzoną krzywą.
Tego rodzaju kłopoty z prawdą występują wewnątrz nauki. Poza tym jednak nauka miewa też kłopoty natury zewnętrznej, o czym będzie mowa w następnym rozdziale.

4. Prawo do prawdy w nauce

Do niedawna – w skali dziejów – naukowcy byli ludźmi niezależnymi. Mogli stawiać i rozwiązywać problemy, jakie chcieli. Dla kogo to robili? Przede wszystkim dla własnej satysfakcji z wykrywania nieznanych dotychczas prawd, ale ponadto pragnęli uznania ze strony innych naukowców, toteż przekazywali im swoje prace w drodze korespondencji, przedstawiali swoje osiągniecie na zebraniach towarzystw naukowych organizowanych do takich celów, i wreszcie publikowali je w czasopismach naukowych, których liczba szybko wzrastała. W ten sposób utarło się przeświadczenie, że wiedza naukowa jest dobrem przeznaczonym dla każdego, kto zechce się z nią zapoznać i z niej korzystać.

Biorąc to pod uwagę można określić wiedzę naukową jako zbiór udostępnionych twierdzeń i ich dowodów. Aby być naukowcem, trzeba więc spełniać trzy warunki: l) formułować nowe twierdzenia, 2) podawać ich dowody, 3) twierdzenia te i ich dowody udostępniać w sposób ścisły i zrozumiały przez ich opublikowanie.

Z powstaniem uniwersytetów naukowcy utrzymywali się przeważnie z wynagrodzenia za wykłady, co nie zmniejszało ich niezależności, ponieważ uniwersytety były instytucjami samorządnymi, a w nich sami naukowcy byli samorządni, na wykładach przedstawiali własne dociekania lub referowali cudze, a jedynymi osobami, które się tym interesowały, byli studenci kompletujący sobie swobodnie program studiów według tematyki zapowiedzianej przez wykładowców.

Zaczęło się to zmieniać, gdy zadaniem uniwersytetów stawało się kształcenie do określonych zawodów, do których były dostosowane obowiązkowe programy studiów. Ograniczało to swobodę naukowców o tyle, że w swoich wykładach musieli przedstawiać wiedzę potrzebną do danego zawodu, a nie wiedzę przez nich samych stworzoną lub najbardziej ich interesującą.

O wiele bardziej radykalne zmiany nastąpiły, gdy się okazało, że badania naukowe mogą być przedsięwzięciem bardzo rentownym i odgrywającym doniosłą rolę w technice, gospodarce, wojskowości, medycynie itp. Wówczas zaczęto tworzyć instytuty naukowe, których zadaniem było prowadzenie badań naukowych do określonych celów. Ograniczyło to znacznie swobodę naukowców w wyborze problemów i publikowania osiągniętych wyników, co jest zrozumiałe wobec faktu, że pracodawca, którym było wielkie przedsiębiorstwo a nawet państwo, mógł odmówić finansowania badań uznanych za nie interesujące. Stan taki przetrwał do dzisiejszych czasów.

W wyniku wspomnianych przemian naukowcy popadli w rozmaite sploty demoralizujących zależności, wśród których dla uproszczenia, można rozróżnić mikrozależności i makrozależności.

Jako mikrozależności będziemy tu określać bliskie zależności, np. od dyrekcji instytutu lub od innych naukowców. Sprzeciwienie się im w imię prawdy naukowej może stać się grobem kariery w tym zawodzie. Skrytykowanie publikacji innego naukowca zostaje przezeń uznane za akt osobistej wrogości. Wydanie negatywnej opinii o czyjejś rozprawie doktorskiej może spowodować, że jej promotor zemści się na takim opiniodawcy dyskwalifikując rozprawę jego własnego doktoranta. Łatwo powstają kliki uprawiające „klakierstwo”, „cmokierstwo” wychwalające mierne prace swoich członków, oraz „gwizdactwo” ośmieszające wartościowe prace członków kliki konkurencyjnej. Rzecz jasna, są to już objawy zjawisk patologicznych w nauce.

Jeszcze większą rolę jednak odgrywają makrozależności, czyli zależności naukowców od doktryn, polityki rządowej, nastrojów społeczeństwa itp.

Aby wyjaśnić, o co tu chodzi, weźmy pod uwagę historię. Normalnie, każda nauka powinna prowadzić badania zjawisk przeszłych po to, żeby ich wyniki były przydatne do wpływania na zjawiska przyszłe. Dzięki temu prawdy odkryte np. w fizyce mogą być wykorzystane w konstruowaniu urządzeń technicznych, jak mosty, samoloty, czy elektrownie.

Tymczasem historycy nie dążą do wykrywania praw rządzących dziejami (a próby tego rodzaju określają lekceważąco jako „historiozofię”), ograniczając się do ustalania drobnych faktów, nie interesując się przeszłością ani teraźniejszością (co możnaby jeszcze uzasadnić definicją historii jako nauki o dziejach przeszłych, choć doprawdy nie ma powodu, dlaczego nie miałaby to być nauka o dziejach w ogóle), ani nawet przeszłością „bliską”. To ostatnie historycy uzasadniają niedostępnością wielu dokumentów politycznych zwalnianych z archiwów dopiero po określonym czasie, ale jasne jest, że w istocie chodzi tu o nienarażanie się jeszcze żyjącym byłym politykom, lub wręcz o zakazy czynnych jeszcze polityków. Tak pojmowana historia jest raczej działalnością służebną, niż nauką. A już cechy patologiczne ma historia zmyślająca lub przekraczająca fakty.

Jako inny przykład można przytoczyć protesty rozmaitych organizacji z nieprawdziwego zdarzenia tudzież felietonistów usiłujących epatować horrorami swoich czytelników przeciwko badaniom z zakresu atomistyki, inżynierii genetycznej itp., z uzasadnieniem, że spowodują one katastrofalne skutki dla ludzkości.

Tymczasem, podobnie jak toksykologowie rozwijając naukę o truciznach nie spowodowali trucia ludzi, tak samo żadni naukowcy nie nakazywali rzucania bomb atomowych, ani niszczenia naturalnego środowiska człowieka. Tego rodzaju nakazy wychodzą zawsze od polityków. Wspomniane protesty stawiają sprawę tak, jak gdyby władcy postępowali jak dzieci, które użyją niezwłocznie wszystkiego, co im umożliwi nauka, na którą też spada za to odpowiedzialność.

Marian Mazur
http://www.autonom.edu.pl

O szkole cybernetycznie – Źle z języków obcych – Mazur Marian

http://autonom.edu.pl/

Mazur Marian, 1965, Źle z języków obcych. Argumenty, nr 40 (381), rok IX, 3 października, Warszawa, s. 2 i 3. Z cyklu „O szkole cybernetycznie”.

Wykształconemu Polakowi potrzebne są cztery języki: angielski, francuski, niemiecki, rosyjski. Wynika stąd postulat, żeby każdy uczeń nauczył się w szkole wszystkich tych języków.
Okoliczność, że w szkole uczniowie uczą się rosyjskiego, oraz języka wybranego spośród trzech wymienionych języków zachodnioeuropejskich, a więc, że łącznie nauczane są wszystkie cztery języki obce, nie rozwiązuje sprawy; obywatelowi X, nie znającemu np. języka francuskiego, nic nie przyjdzie w rozmowie z Francuzem z tego, że obywatel Y zna ten język.
Można oczekiwać, że postulat ten zostanie uznany przez wielu czytelników za nierealny, skoro bowiem szkoła nie najlepiej daje sobie radę z nauczaniem dwóch języków obcych, to jak poradzi sobie z czterema?
A jednak wydaje się to zupełnie możliwe, pod warunkiem gruntownej zmiany systemu nauczania języków obcych w szkole.
Najpierw drobna ilustracja z moich własnych wspomnień. Do dziś pamiętam niemiecką czytankę o koniku polnym i mrówce: „Die Grille und die Ameise”. Jako student korzystałem z niemieckiej literatury technicznej. Podczas wojny miałem do czynienia z językiem niemieckim o tyle, o ile to było w ówczesnych warunkach potrzebne. Po wojnie zdarzało mi się podróżować po Niemczech, pisać artykuły i wygłaszać wykłady w języku niemieckim. Po tych wszystkich doświadczeniach mógłbym zapewnić czcigodnego pana Lorenza, autora ówczesnego podręcznika języka niemieckiego, że w żadnej z wyżej wymienionych sytuacji ani razu nie było mowy o mrówkach i polnych konikach. Natomiast pierwszym zdaniem, jakie usłyszałem po przekroczeniu granicy niemieckiej, było żądanie okazania paszportu, a pierwszym z mojej strony było pytanie, gdzie jest przechowalnia bagażu ręcznego.
Ponieważ ucząc się języka obcego można w określonym czasie zapamiętać tylko ograniczoną liczbę słów, więc też dobór tych słów musi być niezwykle staranny i wnikliwy. Nie ma nic złego w tym, że ktoś wie, jak się po niemiecku nazywa konik polny, ale zapamiętanie tej nazwy w szkole sprawiło, że nie został zapamiętany jakiś inny wyraz, o wiele bardziej potrzebny. Do niedawna nie wyobrażano sobie, że te sprawy przedstawiają się tak ostro. Dopiero wprowadzenie pojęcia ilości informacji unaoczniło, że podobnie jak w określonym czasie nie przepłynie więcej wody przez rurę o określonej średnicy, tak samo nie przepłynie więcej informacji przez tor informacyjny o określonej przelotności informacyjnej.
W szkolnych podręcznikach języków obcych ładuje się w ucznia znaczną liczbę słów, uważając, że jeśli zapamięta on sporą ich część, to zadanie szkoły jest spełnione.

Tymczasem wcale nie jest obojętne, czy uczniowi podano np. 2000 słów, z których zapamiętał 800, czy też podano mu 800 słów, z których zapamiętał wszystkie. Różnice polegają na tym, że w pierwszym z tych przypadków nie ma pewności, czy jest to rzeczywiście 800 słów, czy np. tylko 500, że nie wiadomo, jakie konkretnie słowa składają się na liczbę zapamiętanych 800 słów (a więc czy są one informacjami użytecznymi) i wreszcie, że uczeń niepotrzebnie tracił czas na zapoznawanie się z 1200 słów, których nie zapamiętał (a więc które okazały się szumem informacyjnym).

Wynika stąd następująca procedura:
W programie nauczania języka obcego powinna być ustalona dokładna liczba słów, które uczeń musi znać obowiązkowo, co do jednego. Rzecz jasna, przy tak ostrym wymaganiu, lista słów musi być ułożona oszczędnie, odpowiednio do czasu przeznaczonego na nauczanie danego języka obcego. Dobór słów takiego minimum językowego powinien być przeprowadzony metodami teorii informacji, z uwzględnieniem częstości występowania słów w typowych sytuacjach wymagających znajomości języka obcego. W wyniku otrzyma się zestawienie słów według malejącej częstości, z czego np. pierwsze 1000 słów ma stanowić wspomnianą powyżej listę słów obowiązkowych. Słowa te uczeń powinien znać wszystkie bez wyjątku, zarówno pod względem znaczenia jak też ortografii i podstawowych form gramatycznych. Jak na to wskazywałem w związku z nauczaniem języka polskiego), poprawność językowa jest powszechnie traktowana jako sprawdzian wykształcenia. Dlatego też, pomimo „taryfy ulgowej” z jaką tubylcy odnoszą się do błędów popełnianych przez cudzoziemców, usiłujących mówić ich językiem, o wiele lepsze wrażenie wywiera się mówiąc za pomocą 1000 słów zupełnie poprawnie niż za pomocą 2000 słów z błędami. Czy w liście napisanym w obcym języku popełni się kilkanaście błędów czy tylko kilka, efekt jest jednakowy pod tym względem, że autor listu ujawnił, iż nie zna dobrze tego języka.
W ramach minimum językowego należy również nauczyć ucznia typowych zwrotów potocznych w takim stopniu, żeby mógł ich używać bez zastanawiania się nad ich strukturą gramatyczną.
Wszystkie informacje z zakresu minimum językowego, a więc słowa z listy obowiązkowej, formy gramatyczne i niezbędne zwroty, powinny być rygorystycznie egzekwowane, jak tabliczka mnożenia. Żadne rozeznania mniej więcej zbliżone do poprawności nie mogą wchodzić w grę. Na znajomość języka składają się wiadomości, a nie poglądy.

Ile czasu potrzeba na opanowanie minimum językowego? W krajach o rozwiniętych wydawnictwach z zakresu podręczników języków obcych spotyka się często artykuły w rodzaju: „Angielski w 30 lekcjach” itp. W zasadzie jedną lekcję takiego podręcznika można opanować w jedną godzinę, ale dotyczy to czytelników dorosłych, wykształconych, znających już kilka innych języków. Jeśli przyjąć, że rok szkolny ma 40 tygodni, oraz że na język obcy można przeznaczyć 4 godziny tygodniowo, to czyni to 160 godzin rocznie, co oznacza, że uczeń mógłby przestudiować podręcznik aż pięciokrotnie w ciągu roku, a dziesięciokrotnie w ciągu dwóch lat. Tak duży zapas czasu powinien chyba wystarczyć do całkowitego i biegłego opanowania minimum językowego zawartego w podręczniku. Na opanowanie czterech języków obcych potrzeba więc ośmiu lat. Każdy rok z czterech można by przeznaczyć na inny język, w kolejności: rosyjski, francuski, angielski, niemiecki, po czym cykl ten powinien się powtórzyć w ostatnich czterech latach. Lista słów obowiązujących powinna być w zasadzie taka sama, pod względem polskich znaczeń, dla wszystkich czterech języków.
Jeśli chodzi o realność naszkicowanego tu programu, to w ciągu ośmiu lat każdy średnio zdolny uczeń może nie tylko opanować podstawowe minimum wymienionych czterech języków, lecz nawet je przekroczyć.
Mogłoby się wydawać, że minimum językowe to jeszcze nie znajomość języka obcego umożliwiająca swobodne z niego korzystanie. Tak źle nie jest. W każdym języku najwięcej jest wyrazów bardzo rzadko używanych. Jeżeli minimum językowe jest trafnie dobrane i całkowicie opanowane, to jest ono niemal zupełnie wystarczające w zakresie zwykłych potrzeb. Znakomicie w tym pomaga łatwość operowania wyrazami „międzynarodowymi” jak np. analiza, synteza, definicja, transformacja, redukcja itp. (które różnią się w różnych językach tylko drobnymi szczegółami i których wobec tego nie powinno być w minimum językowym), stanowiącymi podstawę wszelkiej terminologii zawodowej ludzi wykształconych.
Osobnym zagadnieniem jest sprawa nauczania języka łacińskiego. Łacina, jako język martwy, może być przydatna jedynie jako język pomocniczy, wobec czego należałoby zapytać, do czego. Zachodzi potrzeba posługiwania się terminami łacińskimi w medycynie, farmacji, zoologii i botanice, ale związane z tym wymagania nie wykraczają poza znajomość budowy rzeczowników i przymiotników.

Znajomość łaciny ułatwia uczenie się języków romańskich, ale trud uczenia się samej łaciny jest bez porównania większy niż wynikające z niej ułatwienia.
Jeżeli ponadto wziąć pod uwagę, że wykształcony człowiek spotyka się niekiedy z wtrąconymi wyrażeniami łacińskimi, to w sumie celowość nauczania łaciny w ciągu paru lat, po których zresztą bynajmniej nie nabywa się umiejętności władania tym językiem, wydaje się wątpliwa. Co najmniej można by brać pod uwagę nauczanie podstaw łaciny w ostatnim roku szkolnym. Co nie przeszkadza, że łacina może być pełnowartościowym przedmiotem uniwersyteckim.
Źródłem deprymująco mizernych wyników szkolnego nauczania, i to ograniczonego do dwóch tylko języków obcych, jest przede wszystkim nieprawdopodobne wprost marnotrawstwo czasu. Przy obecnym systemie nauczania z całą 30-osobową klasą na raz uczeń ma okazję powiedzieć jedno czy parę zdań na dwa tygodnie lub miesiąc! Drugim kapitalnym błędem szkolnego nauczania jest mniemanie, że uczniowi z mnóstwa czytanek i opowiadań coś przecież się utrwali, i z czasem zacznie on jakoś mówić w nauczanym w ten sposób języku.
Taki sposób uczenia się, obliczony na oczytanie i osłuchanie jest rzeczywiście skuteczny, ale tylko wtedy, gdy dziecko wychowuje się w środowisku całkowicie obcojęzycznym, gdzie wszystko, co słyszy, jest obcojęzyczne i tylko w tym języku musi mówić do rówieśników i nauczycieli, czyli uczy się języka obcego tak, jak gdyby to był język ojczysty.
Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że język, którego uczeń się uczy poza językiem ojczystym, jest językiem obcym, którym nie mówi żaden rówieśnik, a często również nauczyciel, i że usiłowanie rozmawiania w tym języku, gdy o wiele łatwiej można to zrobić w języku ojczystym, jest mówieniem „na niby”, grożącym z reguły ośmieszeniem. Uczenie się języka obcego jest nabywaniem umiejętności formalnych, składających się ze szczegółów, z których co do każdego można stwierdzić, czy się go zna, czy nie. Jedynie skuteczne jest powtarzanie wymaganych szczegółów tak długo, aż znajomość ich stanie się niezawodna. Mniej więcej tak, jak w „Pygmalionie” Higgins uczył Elizę.
Wdrożenie ucznia do bezwzględnie poprawnego operowania tym minimum, jakiego nauczył się w szkole, zapewni mu należytą samokontrolę, gdy później zechce samodzielnie rozszerzyć swoją znajomość danego języka.
Jednym z poważnych błędów w nauczaniu języka obcego w szkole jest traktowanie elementów języka jako oddzielnych „słówek”. Największe trudności w składaniu zdań w obcym języku nie wynikają z nieznajomości poszczególnych wyrazów, lecz za sposobu ich wiązania. Nie wystarczy więc nauczyć ucznia, co w obcym języku znaczą np. słowa: prosić, dziękować, życzyć itp; należy wpajać w niego pełne złożenia, np. prosić kogoś o coś, dziękować komuś za coś, życzyć komuś czegoś itp.
Błąd ten popełniają nie tylko autorzy podręczników szkolnych i nauczyciele, lecz często także autorzy słowników, wskutek czego nie ma po prostu gdzie znaleźć tego rodzaju informacji. Dlatego też szkoła powinna wywierać nacisk na wydawnictwa, żeby każdy wyraz w słowniku był zaopatrzony przynajmniej w podstawowe formy frazeologiczne. Podobnie nie wystarcza zaopatrywanie podręczników języków obcych tylko w spis rozdziałów; konieczny jest oprócz tego szczegółowy skorowidz, umożliwiający znalezienie każdej formy frazeologicznej podanej w tekście podręcznika.
Jest niepojęte, dlaczego szkoła tępi posługiwanie się słownikami języków obcych. Każdy uczeń powinien mieć własny normalny słownik i korzystać z niego bez ograniczeń, nawet przy wypracowaniach klasowych. Idzie o to, aby uczeń nabył szybkiej orientacji w wyszukiwaniu wyrazów w układzie alfabetycznym, oswoił się z oznaczeniami leksykograficznymi, a przede wszystkim nauczył się odróżniać subtelności znaczeniowe nawet poza podanymi w podręczniku. Argument, że uczniowie nie staraliby się nic zapamiętywać mając zawsze oparcie w słowniku, jest z gruntu niesłuszny – wertowanie słownika jest czynnością mozolną, toteż uczniowie szybko spostrzegą, że o wiele mniej trudu kosztuje pamiętanie wyrazów często występujących, zwłaszcza gdy chodzi o wyrazy z listy obowiązkowej, które wcześniej czy później i tak będą musieli sobie dobrze przyswoić. Łatwo też wyróżnić pilnych uczniów na tej podstawie, że kto musi zbyt często zaglądać do słownika, ten nie zdąży wykonać zadania w przewidzianym czasie.

Wiąże się z tym zakorzeniony system ćwiczeń opartych na opisywaniu „własnymi słowami”, zamiast na wykonywaniu tłumaczeń z polskiego na język obcy. Wskutek tego uczeń, zamiast pokonywać trudności językowe, omija je budując zdania topornie proste i dzięki temu gramatycznie bezbłędne, co stwarza tylko pozory, że dość dobrze opanował język. Ponadto uczeń ma tendencję do skracania opisów, w czym trudno mu coś konkretnie zarzucić. Tymczasem żaden z tych wybiegów nie jest możliwy przy tłumaczeniu zadanego tekstu polskiego.
Obecnie człowiek znający język obcy tylko ze szkoły zastanawia się przy wypełnianiu ankiety personalnej, czy w rubryce dotyczącej znajomości języków obcych napisać „w mowie” czy „w piśmie”, gdyż cokolwiek napisze będzie kłamstwem. To, co nam ze szkolnej znajomości języka obcego pozostało, stanowi okruchy bez ładu i składu. Rzucone przez „Politykę” hasło: „Obywatele, nie jąkać się” jest słuszne, ale powinno być adresowane nie do jąkających się obywateli, lecz do ich nauczycieli, toteż o wprowadzeniu egzaminów z języka obcego przy wstępowaniu na wyższe uczelnie można by powiedzieć parafrazując Gogola: „Kogo egzaminujecie? siebie egzaminujecie!”.

Szkoła bez lęku – Marian Mazur

 

Źródło: http://autonom.edu.pl

Mazur Marian, 1966, Szkoła bez lęku. Argumenty, nr 42 (436), rok X, 16 października, Warszawa, s. 5 i 10. Z cyklu „O szkole cybernetycznie”.
Zeskanował i opracował Mirosław Rusek mirrusek@poczta.onet.pl

Na sali sądowej znajdowali się sami oskarżeni – obecność publiczności nie była przewidziana. W pewnej chwili wszedł do sali nobliwie wyglądający pan i powiedział do oskarżonych: Jestem waszym adwokatem. Przyznajcie mi się szczerze do wszystkiego, gdyż tylko wtedy będę mógł wam pomóc. Po wysłuchaniu zwierzeń oskarżonych powiedział: Przestałem być waszym adwokatem, staję się zaś waszym prokuratorem. Po przesłuchaniu oskarżonych i sporządzeniu aktu oskarżenia odezwał się jeszcze raz: A teraz jestem waszym sędzią i wydam sprawiedliwy wyrok.
Takiej parodii sądownictwa nie ma w żadnym sądzie. Ale coś w tym rodzaju odbywa się codziennie we wszystkich szkołach. Najpierw nauczyciel–adwokat spieszy uczniom z pomocą objaśniając im nową lekcję, a nawet dopytuje się, czy może ktoś czegoś nie zrozumiał; gdy się tacy znajdą, udziela im wyjaśnień. Nazajutrz ta sama osoba, ale już jako nauczyciel–prokurator, zadaje uczniom wnikliwe pytania zmierzające do zdemaskowania ich niewiedzy, po czym, jako nauczyciel–sędzia, stawia stopień.
Niektórzy młodzi uczniowie, a więc jeszcze naiwni, dają się nabierać na nauczyciela–adwokata i przyznają się, że nie wszystko zrozumieli (zdarza się to na lekcjach fizyki lub matematyki). Nauczyciel powtarza objaśnienia, po czym już tylko do „wychylających się” zwraca się z zapytaniem, czy teraz wszystko jest dla nich jasne. Przeważnie nie jest jasne, bo za drugim razem nauczyciel nie powiedział nic innego niż za pierwszym, ale nie rozumiejący uczniowie tracą ochotę do szczerości, aby nie zarobić sobie na opinię tępaków. Co nie przeszkadza, że następnego dnia nauczyciel-prokurator ich przede wszystkim wyrwie do odpowiedzi.
Drugą nauczkę naiwny uczeń dostaje, gdy spróbuje dać do zrozumienia, że ocena otrzymana od nauczyciela-sędziego wydaje mu się niesprawiedliwa. Szybko będzie mógł się przekonać, że nie ma do czynienia z osobą nieomylną.
Rzecz jasna, uczeń to nie oskarżony, niemniej we wskazanej przeze mnie „trójosobowej” roli nauczyciela wobec ucznia tkwi pewien element, z którego nauczyciele nie zdają sobie sprawy.
Postaram się to objaśnić odwołując się do Pawłowa. Powszechnie znane są eksperymenty, w których Pawłow wywoływał u psów skojarzenia widoku mięsa z dźwiękiem dzwonka. W wyniku wytworzonego w ten sposób odruchu warunkowego sam dźwięk dzwonka wystarczał, żeby pies zaczął przejawiać apetyt na mięso. Natomiast mało kto wie o następującym eksperymencie. Pawłow sporządził dwie plansze, z których jedna przedstawiała koło, druga zaś elipsę i nauczył psa, że gdy widać elipsę, to zaraz będzie mięso, a gdy koło, to o mięsie mowy nie ma. W tym stanie rzeczy Pawłow zaczął stopniowo pokazywać psu plansze z coraz szerszymi elipsami. Początkowo pies uważał, że elipsa wąska czy nieco szersza to zawsze przecież elipsa, czyli zapowiedź mięsa. W końcu jednak elipsa stała się tak szeroka, że pies stracił orientację, czy to, co mu się pokazuje, jest elipsą czy kołem, a więc czy ma się nastawiać na otrzymanie mięsa czy nie. Wynikiem eksperymentu było silne rozdrażnienie psa.
Uczeń w szkole znajduje się właśnie w roli takiego psa. W pewnym okresie zaczyna on tracić orientację, czy nauczyciel jest jego sprzymierzeńcem, któremu można się zwierzać, czy też przeciwnikiem, którego należy się strzec. Szereg przykrych doświadczeń skłania go wreszcie do drugiego z tych przypuszczeń. Tu tkwi przyczyna znanego faktu, że z każdym rokiem przebywania ucznia w szkole nauczyciel traci jego sympatię (co prawda, po latach wspomina się z sentymentem szkołę i nawet najbardziej antypatycznych nauczycieli, ale jest to tylko sentyment dla własnej odległej już młodości i wszystkiego co się z nią wiązało). Utyskiwanie nauczycieli na trudności w zdobywaniu zaufania młodzieży wynikają z niezrozumienia, że chcąc to zaufanie zdobyć nie można być na przemian elipsą i kołem.
Nauczyciel-prokurator, a zarazem nauczyciel-sędzia, to człowiek budzący lęk i niechęć, a elementem utrzymującym te uczucia jest egzaminowanie w najszerszym tego słowa znaczeniu (odpowiedzi ustne, wypracowania domowe i klasowe, egzaminy końcowe).
Egzaminowanie jest czynnością nauczycieli od tak dawna zakorzenioną, że w końcu wszyscy przywykli do niej jak do czegoś nieuchronnego i oczywistego. Rozlegające się nieraz głosy krytyki nie dotyczą egzaminowania w ogóle, lecz co najwyżej jednej z jego postaci (potocznie zwanej właśnie „egzaminem”), przy czym najczęściej chodzi o egzaminy maturalne, ale i w tym przypadku nie sięga się istoty sprawy lecz okoliczności drugorzędnych, jak np. zakres egzaminu, sposób jego przeprowadzania (pisemny czy ustny) itp.
Dopiero cybernetyka postawiła całe zagadnienie w zupełnie nowym świetle oraz znalazła środki jego rozwiązania. Zanim przejdę do ich omówienia, chciałbym wymienić mankamenty tradycyjnego egzaminowania. Można tu wymienić co najmniej pięć zarzutów.
Po pierwsze, szkoła wymaga stale od ucznia natychmiastowej gotowości do poddania się egzaminowaniu. Gdy nauczyciel, wodząc wzrokiem po liście uczniów cedzi: a teraz… do tablicy… przyjdzie… cała klasa zamiera w oczekiwaniu, kto będzie następnym delikwentem. Gdy wreszcie padnie czyjeś nazwisko, reszta uczniów odpręża się z uczuciem ulgi. Również zadania klasowe są najczęściej urządzane znienacka. Dopiero egzamin maturalny ma przynajmniej tę kulturalną cechę, że jego termin jest zawczasu podawany do wiadomości zdających. Doprawdy, czyżby nikt we władzach szkolnych nie zdawał sobie sprawy, że utrzymywanie dzieci w ciągłym napięciu jest okrucieństwem? Niechby kto od dorosłych, w pracy zawodowej, zechciał wymagać w każdej chwili gotowości do natychmiastowego udzielenia żądanych informacji, i to bez możności posługiwania się dokumentami, notatkami i innymi środkami pomocniczymi… Szkoła spekuluje na nieświadomości młodzieży w tym względzie.
Po drugie, egzaminowanie odbywa się w sposób wyrywkowy, to znaczy, że o wiedzy ucznia nauczyciel wnioskuje na podstawie sprawdzenia jej niewielkiego fragmentu. Na zadanie wszystkich możliwych pytań nauczyciel nie ma czasu, a ponadto nie mógłby na tej samej lekcji zadać tych samych pytań innym uczniom, skoro słyszeli oni dopiero co odpowiedzi poprzednika. Oczywiście, pytanie pytaniu nierówne, toteż egzaminowanie wyrywkowe jest obarczone ryzykiem znacznego błędu. Wprawdzie w skali całego roku szkolnego wpływ przypadkowości maleje, ale nie zmienia to faktu, że dla ucznia egzaminowanie go przez nauczyciela ma posmak loterii. Szkoda wynika stąd taka, że uczeń, zamiast na zdobywanie wiedzy dla własnego dobra, nastawia się do zajęć szkolnych jak do gry, w której przeciwnikiem jest nauczyciel i z której trzeba wyjść obronną ręką.
Po trzecie, zakres podlegający egzaminowaniu nie jest dokładnie określony. W zasadzie od ucznia wymaga się znajomości informacji podanych w podręczniku, ale między tym co wchodzi a tym co nie wchodzi w ich zakres jest mglista strefa pograniczna, która dla egzaminowanego ucznia jest zawsze źródłem niepokoju i zdenerwowania. W dodatku większość nauczycieli lubuje się w zadawaniu pytań z tej właśnie strefy, jak gdyby w obawie, że zadawanie prostych pytań dotyczących głównych spraw przedmiotu nie przyczyni egzaminowanemu trudności i wobec tego mija się z celem egzaminowania.
Po czwarte, w szkole nie przyznaje się uczniom prawa do wielokrotnego odpowiadania z tego samego zestawu pytań. Jest w tym jakieś pomieszanie pojęć co do zadań szkoły. Przecież nie o to chodzi, żeby egzaminowanie traktować jako turniej, w którym uczeń ma coś do wygrania lub przegrania, lecz o doprowadzenie wiedzy ucznia do wymaganego stanu, przy czym jest obojętne, czy stwierdzenie tego stanu nastąpi za pierwszym czy np. za piątym razem. Jeżeli egzamin na samochodowe prawo jazdy lub egzamin pływacki można powtarzać wiele razy aż do skutku, to nie widać powodów, dlaczego takie samo traktowanie egzaminów miałoby być niemożliwe w szkole.
I wreszcie, po piąte, egzaminowanie w szkole jest głęboko niemoralne. Cóż bowiem jest przedmiotem egzaminowania? Rzecz jasna, wiedza egzaminowanego ucznia. Ale wiedza ta jest produktem dwóch czynników: starań nauczyciela i starań ucznia. A zatem odpowiedzialność za ujemny wynik egzaminu powinna obciążać zarówno nauczyciela jak i ucznia, a co najwyżej mogłaby być mowa o proporcjach rozdziału tej odpowiedzialności na każdego z nich w konkretnych przypadkach. Tymczasem traktuje się sprawę tak, jak gdyby tylko starania ucznia decydowały o jego wiedzy (przecież gdyby tak było naprawdę, to nauczyciele byliby niepotrzebni). Co więcej, w razie ujemnych wyników wspólnego trudu nauczyciela i ucznia konsekwencje w stosunku do jednego z tych wspólników wymierza drugi wspólnik!
Wszystkie te trudności cybernetyka rozwiązała przez wprowadzenie tzw. nauczania programowanego, opartego na posługiwaniu się maszynami uczącymi i maszynami egzaminującymi.
Na temat nauczania programowanego istnieje już dość obszerna literatura1). Zajmuje się ona rozmaitymi systemami nauczania programowanego, konstrukcją maszyn stosowanych do tego celu i relacjonowaniem przeprowadzonych eksperymentów, toteż ograniczę się tylko do omówienia wpływu, jaki ta metoda nauczania może wywrzeć na styl pracy w szkole.
Maszyna ucząca jest zaprogramowana w postaci dialogu między uczniem a maszyną. W dialogu tym uczeń otrzymuje od maszyny pewną ilość wiadomości, pytania sprawdzające opanowanie tych wiadomości przez ucznia, przy czym uczeń, odpowiadając na pytania, ma możność upewnienia się, czy jego odpowiedzi są trafne. W porównaniu z nauczycielem maszyny uczące mają wiele zalet. A więc program maszyny jest opracowany w sposób metodyczny, wnikliwy i staranny przez zespół autorów o najwyższych kwalifikacjach dydaktycznych. Dzięki temu program ten jest o wiele lepszy od toku lekcyjnego, jaki może zapewnić nauczyciel z reguły improwizujący, nieraz zmęczony, niewyspany, niezdrów, skłopotany sprawami osobistymi, niezdolny lub po prostu znudzony powtarzaniem tego samego kursu przez wiele lat.
Posługując się maszyną uczącą uczeń jest aktywny przez cały czas, natomiast na lekcji z nauczycielem jest przeważnie biernym słuchaczem.
Przy nauczaniu lekcyjnym tempo pracy wyznacza nauczyciel, przy czym jest ono dostosowane do uczniów o przeciętnych zdolnościach, toteż jest ono zbyt powolne dla uczniów zdolnych, a zbyt szybkie dla mniej zdolnych. Lekcja taka dla zdolnych uczniów staje się redundancją (powtarzaniem tych samych informacji) a dla mniej zdolnych szumem informacyjnym (informacjami niezrozumiałymi), wskutek czego jedni i drudzy zaczynają się nudzić i zabawiać czym innym, rozmawiać, zakłócać tok lekcji. Natomiast tempo pracy z maszyną uczącą wyznacza sam uczeń. Nikt go nie popędza, ani nie hamuje, opanowując szybko wiadomości zyskuje sporo wolnego czasu. Gdy ma trudności, może się zatrzymać nad nimi dłużej, nikomu tym nie przeszkadzając. Okoliczność, że przy pracy z maszyną uczeń jest stroną dyrygującą (a nie dyrygowaną jak na lekcji z nauczycielem) wyrabia w nim samodzielność, poczucie odpowiedzialności i umiejętność koncentrowania uwagi.
Maszyna ucząca jest cierpliwa – jej program może być powtarzany tyle razy, ile uczeń potrzebuje.
Maszyna ucząca nie objawia żadnych emocji, nie zżyma się gdy uczeń powoli pojmuje przekazywane mu wiadomości, nie irytuje się, dzięki czemu nauczanie przebiega w zupełnym spokoju. Również i uczeń nie ma tendencji do dąsania się, opryskliwości lub złośliwości, bo przecież nie znalazłoby to u maszyny żadnego odzewu. Oprócz maszyn uczących istnieją również maszyny egzaminujące, różniące się od maszyn uczących tym, że nie podają żadnych wiadomości, a zawierają tylko same pytania, z kontrolą trafności odpowiedzi. Zazwyczaj działanie ich polega na tym, że przy poszczególnych pytaniach uczeń otrzymuje kilka (np. pięć) propozycji odpowiedzi i ma spośród nich wskazać (przez naciśnięcie odpowiedniego przycisku) tę, którą uważa za trafną. W razie wskazania odpowiedzi błędnej musi wskazać inną odpowiedź itd., aż do skutku; bez dojścia do odpowiedzi trafnej blokada mechanizmu maszyny uniemożliwia uczniowi przejście do następnego pytania. Maszyna egzaminująca jest wyposażona w licznik zliczający wszystkie odpowiedzi (trafne i błędne) udzielone przez uczniów. Na przykład, jeżeli włożona do maszyny taśma zawiera sto pytań, to w wyniku egzaminowania ucznia, który na każde pytanie udzielił od razu trafnej odpowiedzi, licznik wskaże sto odpowiedzi. Na odwrót, jeżeli uczeń nie potrafił odpowiedzieć na żadne pytanie (tj. na każde z nich dał cztery błędne odpowiedzi, a więc pozostało mu tylko wskazać piątą, nareszcie trafną odpowiedź), to licznik wskaże pięćset odpowiedzi. Wskazania licznika zawierają się więc między tymi skrajnymi liczbami i stanowią zarazem ocenę wiadomości ucznia.
Maszyna egzaminująca pozwala sprawdzić, czy uczeń przyswoił sobie wszystkie wymagane wiadomości, w odróżnieniu od wyrywkowego ich sprawdzania przy egzaminowaniu przez nauczyciela. Dzięki temu unika się również przypadkowości w zadawaniu pytań oraz pretensji ucznia, że nauczyciel się do niego uprzedził i rozmyślnie zadał mu trudne pytania.
Wynik egzaminu jest określony przez licznik maszyny za pomocą dokładnej liczby i w ten sposób obiektywny. Odpadają tu pretensje ucznia, że nauczyciel dał mu ocenę „niesprawiedliwą”.
Za pomocą maszyny egzaminującej uczeń może wstępnie sprawdzić stan swojego przygotowania do egzaminu i powtarzać to sprawdzanie tyle razy, aż zdoła na każde pytanie dać od razu trafną odpowiedź.
Stosując maszyny egzaminujące można zrealizować postulat, żeby uczeń trwale zapamiętał wymagane wiadomości, np. stawiając warunek, żeby w określonym odstępie czasu uczeń co najmniej dwukrotnie dał na wszystkie pytania od razu trafne odpowiedzi.
Egzaminowanie ucznia przez maszynę może się odbywać w dowolnych terminach. Po prostu, egzamin należy uznać za zdany wtedy, gdy uczeń spełni wymagania. Wystarczy przy tym wyznaczyć graniczny termin, do którego ma to nastąpić. Natomiast okoliczność, po ilu próbach egzaminacyjnych uczeń osiągnął pomyślny wynik, jest bez znaczenia, nie ma więc podstaw do żądania, żeby stwierdzenie tego stanu nastąpiło akurat w jakimś narzuconym uczniowi dniu. Rzecz jasna, przy zastosowaniu maszyn egzaminujących zbędne staje się przepytywanie uczniów. Trud nauczyciela sprowadza się do zakładania taśm z pytaniami do maszyny egzaminującej i do odczytywania końcowych wskazań licznika.
Maszyny egzaminujące umożliwią ilościowe ujęcie informacji wymaganych od ucznia w poszczególnych przedmiotach i odpowiednie skorygowanie ich zakresu. Ponadto dzięki maszynom egzaminującym można będzie zebrać obszerny materiał statystyczny dotyczący tempa zapamiętywania i zapominania informacji przez uczniów w zależności od ujęcia programu, przygotowania ucznia itp., co z kolei posłuży do ulepszania programów.
Jasne jest, że przy zastosowaniu nauczania programowanego nauczycielowi pozostałaby tylko rola adwokata: pomaganie uczniom przez objaśnianie im trudnych miejsc w programie maszyny uczącej (gdyby okazał się on niezupełnie przyswajalny dla niektórych uczniów), uzupełnianie wiadomości nie objętych programem (uczniom przejawiającym zainteresowanie szersze niż zakres wymagany), udzielanie rad na temat techniki skutecznego uczenia się z maszyną uczącą, organizowania sobie pracy itp. W tym stanie rzeczy uczeń nie mógłby już grać roli cierpiętnika robiącego nauczycielowi łaskę odrabianiem zadań, lecz musiałby zabiegać o pomoc nauczyciela, aby sobie ułatwić i skrócić pracę z maszyną. Stosunki między nauczycielem a uczniem stałyby się jednoznaczne i oparte na wzajemnej życzliwości. Rolę nauczyciela-prokuratora (egzaminowanie) i nauczyciela-sędziego (wystawianie ocen) przejęłaby maszyna egzaminująca.
Zniknęłoby zaskakiwanie ucznia wypytywaniem i utrzymywanie go w ciągłej gotowości do odpowiadania, ponieważ stawianie pytań przez maszynę byłoby uzależnione od inicjatywy ucznia i nie pociągałoby dla niego żadnych skutków o charakterze dyskwalifikacyjnym, jako że technika nauczania programowanego polega właśnie na zadawaniu pytań i powtarzaniu ich tak długo, aż uczeń opanuje wymagane wiadomości.
Egzaminowanie straciłoby charakter wyrywkowy, ponieważ w nauczaniu programowanym uczeń musi umieć wszystko przewidziane programem, tj. odpowiedzieć na wszystkie zawarte w nim pytania. Eliminuje to czynnik przypadkowości, a spryt ucznia w dążeniu do wykpiwania się od pracy czyni bezużytecznym.
Również zakres egzekwowanych wiadomości byłby jasno określony. Wszystkie pytania byłyby uczniowi znane, z gwarancją, że maszyna egzaminująca nie zada ani jednego pytania więcej, niż to zostało przewidziane.
Uległaby też zatarciu różnica między przygotowywaniem się do egzaminu a samym egzaminem. Z kilku powtórek dialogu między uczniem a maszyną rolę egzaminu spełniałaby ostatnia powtórka, przy której uczeń odpowiedział trafnie na wszystkie pytania. I wreszcie zniknęłaby wspomniana powyżej niemoralność egzaminowania polegająca na tym, że za przedmiot oceny uważa się rzekomo wynik pracy ucznia, choć w rzeczywistości jest to wspólny wynik pracy ucznia i nauczyciela, przy czym oceniającym jest nauczyciel, a więc współwinowajca (w razie wyniku ujemnego).
Przy nauczaniu programowanym nauczyciel ani nie jest współtwórcą wyników pracy ucznia ani ich nie ocenia. Wprawdzie są to wyniki współpracy ucznia i maszyny, ale maszyna jako obiekt dokładnie jednakowy dla wszystkich uczniów i bezemocjonalny nie może być przyczyną różnic między wynikami pracy różnych uczniów. Poza tym maszyna pozostaje całkowicie do dyspozycji ucznia, więc tylko od niego samego zależy, co z jego współpracy z maszyną wyniknie. Jak wiadomo, sprzężenie zwrotne polega na tym, że nie tylko przyczyna oddziałuje na skutek, lecz i skutek oddziałuje na przyczynę, w wyniku czego przyczyna staje się swoim własnym skutkiem. Zachodzi to właśnie między uczniem a maszyną uczącą. W rzeczywistości więc nauczanie programowane sprowadza się do tego, że to sam uczeń, za pomocą maszyny, zadaje sobie pytania, sam na nie odpowiada, a przez to sam determinuje ocenę wskazaną przez licznik.
Wprowadzenie nauczania programowanego w pełnym zakresie oznaczałoby zmierzch egzaminów maturalnych, a w konsekwencji likwidację wszystkich toczących się o nie sporów, na wyrywkowe bowiem egzaminy nie ma w nauczaniu programowanym miejsca.
Taka metoda nauczania spowodowałaby też głębokie przemiany strukturalne szkoły. Tak na przykład, bezprzedmiotowe stałoby się tradycyjne pojecie lekcji. Przestałyby też istnieć klasy szkolne, a wraz z nimi straciłoby również sens przechodzenie z klasy do klasy, bądź pozostawanie na drugi rok w tej samej klasie.
Zamiast tego byłyby sale maszyn, a obowiązkiem ucznia, zamiast odsiadywania 45–minutowych lekcji, byłoby opanowywanie wyznaczonych dawek wiedzy. Po wcześniejszym wykonaniu tego zadania uczeń mógłby zabrać się do następnych tematów i w końcowym rezultacie skrócić sobie pobyt w szkole o rok czy dwa.
W praktyce przeprowadza się już eksperymenty z nauczaniem programowanym, ale przypominają one pierwsze samochody, w których konie zastąpiono silnikami, ale pozostawiono kształt bryczki. Eksperymenty te traktuje się tak, jak gdyby nic poza tym w szkole nie miało się zmienić. Tymczasem nauczaniu programowanemu musi towarzyszyć zmiana całego systemu szkolnego.
Między innymi zasługuje tu na poruszenie okoliczność, że nauczyciele nie odróżniają wiadomości od poglądów2) i dlatego nie rozumieją, że trzeba uczyć wiadomości, ale nie można „uczyć” poglądów; poglądy można jedynie dyskutować. Jeżeli nauczyciel uczy, że bitwa pod Waterloo została stoczona w 1816 roku, to wszystko w porządku. Natomiast nonsensem jest, gdy „uczy” on, jakie były przyczyny, że Napoleon tę bitwę przegrał. Na tę sprawę można mieć różne poglądy, przy czym nikt nie zdoła dowieść, że jego pogląd jest rozstrzygający. Można co najwyżej wymienić sporo faktów (a więc wiadomości), jak np. odsiecz Blüchera, spóźnienie się Grouchy, kiepskie zdrowie Napoleona, wyczerpanie Francji itd., ale niepodobna stwierdzić, jaki byłby wynik bitwy, gdyby któryś z tych faktów nie zaszedł.

Przy nauczaniu programowanym musiałoby nastąpić ścisłe oddzielenie wiadomości od poglądów. Przedmiotem pracy ucznia z maszyną uczącą mogą być wyłącznie wiadomości. Poglądów uczeń nie może się „nauczyć” ani od maszyny ani od nauczyciela. Nie mogą one stanowić przedmiotu nauczania, zwłaszcza ze stawianiem stopni za „nauczenie się” poglądów nakazanych. Poglądy może sobie uczeń tylko wyrabiać. Do tego celu powinny być organizowane w szkole dyskusje równolegle towarzyszące nabywaniu wiadomości za pomocą maszyn. Dyskusje takie stanowiłyby doniosły czynnik intelektualnego rozwoju ucznia, i w tym dopiero nauczyciel miałby do odegrania właściwą rolę. Maszyna nie ma wyrugować nauczyciela, lecz uwolnić go od najbardziej jałowej części jego pracy.
Jeżeli uda się do tego doprowadzić, będzie to niezmierną zasługą cybernetyki.

 


 

 

Fragment książki Mariana Mazura – Cybernetyka i charakter

Dziecko jako egzodynamik, potrzebuje doznawania mnóstwa bodźców wnoszących informacje o rzeczywistym świecie, aby na podstawie ich skojarzeń tworzyć w wyobraźni własny świat urojony.
Tymczasem traktowanie dzieci jest zupełnym tego przeciwieństwem. Zamiast dostarczać dzieciom informacji o rzeczywistości opowiada się im bajki. Zamiast pozostawiać dzieciom swobodę fantazjowania ładuje się w nie rzekomo „fantastyczne” i rzekomo „artystyczne” elaboraty bajkopisów. Już dawno „pisarze” nie mający nic do powiedzenia w literaturze z prawdziwego zdarzenia zrobili sobie zajęcie zarobkowe z produkowania „literatury dla dzieci”, a ostatnio powstał cały przemysł wydawniczy i filmowy do zaśmiecania dziecięcej wyobraźni.
Stworzono fikcyjny świat zaludniony wiedźmami, czarnoksiężnikami i krasnoludkami oraz załgany świat zwierząt, w którym nie istnieje walka o byt, jest natomiast wystawianie cenzurek: „zły wilk”, „chytry lis”, „pracowita mrówka”, „lekkomyślny konik polny” – chociaż wilk pożerający zająca nie jest bardziej „zły” niż zając pożerający trawę, a koniki polne utrzymują się w przyrodzie nie gorzej niż mrówki. Czworonożne zwierzaki w dziecięcych ubrankach chodzą na dwóch nogach, wiosłują na łodziach, jeżdżą samochodami, strzelają z pistoletów.
Ale to jeszcze nic w porównaniu z tym, co się w tym fikcyjnym świecie wyprawia z prawami fizyki. Nie obowiązuje w nim prawo ciążenia ani prawo zachowania energii, ani żadne inne. Dzieci przedstawiane w filmach dla dzieci spadają z wysokich skał, po czym biegną dalej, jak gdyby nic się nie stało. Wpadają do rzeki i nie toną. Przygniecione wielkimi głazami wypełzają spod nich bez trudności. Rozbijają pędzący samochód o drzewo bez żadnej dla siebie szkody itd. Niebezpieczeństwo okazuje się tylko zabawne.
To usypianie czujności dzieci staję się źródłem nieszczęść, rodząc beztroskę w zabawianiu się zapałkami, manipulowaniu niewypałami, wychylaniu się z okna, przebieganiu przez jezdnię, czepianiu się tramwajów itp.Jest ono źródłem bezradności dzieci w takich sytuacjach, jak np. gdy dziecko zabłądzi na ulicy, gdy ktoś obcy zwabia dziecko do siebie, gdy dziecko się skaleczy albo oparzy, gdy zapaliła się firanka, gdy domownik zasłabł lub stracił przytomność itd. Zamiast o tym, jak i kiedy zaalarmować sąsiadów, policję, pogotowie ratunkowe, straż pożarną, dziecko jest wyposażone w informacje o chatce z pierników, w której Małgosia ocaliła Jasia przed upieczeniem przez czarownicę.
Na listę absurdów należy też wpisać sposób mówienia do dzieci. Filmowe pieski mówią szczekliwie, z ludzka po psiemu. Ptaki mówią w sposób, o którym nie wiadomo, czy to szczebiot ptasi imitowany przez dzieci, czy szczebiot dziecięcy imitowany przez ptaki. Najwidoczniej bajkopisy sądzą, że mówiąc do dzieci trzeba naśladować ich naiwnie brzmiące głosy i słowa, a postacie na filmach kreskowych i na książkowych ilustracjach rysować w sposób naśladujący nieporadność rysunków dziecięcych. Czy bajkopisy zaczęliby sztucznie jąkać się rozmawiając z jąkałą? Albo robić błędy ortograficzne pisząc list do człowieka niewykształconego?
W pewnym serialu filmowym dla dzieci kreskowy puchacz pełniący rolę konferansjera kłapał dziobem recytując: „gazetki leśnej numer mam”. Dlaczego puchacz, a nie człowiek, dorosły i mówiący bez kłapania? Dlaczego „gazetki leśnej”, a nie aktualnego dziennika? Czy tym, co dzieci najbardziej interesuje, jest fałszywy las z fałszywym puchaczem i z fałszywą mową? Dopiero gdy dziecko stłucze lustro lub zegarek, wtedy u dorosłych koniec z językowym mizdrzeniem się do dzieci, zaczynają do nich mówić normalnie i już na temat realiów. Wywołuje to u dzieci awersję do dorosłych mówiących językiem normalnym, bo to zawsze oznacza, że nastąpią przykrości.
Czym się dzieci naprawdę interesują, można było zobaczyć na dokumentalnym filmie krótkometrażowym o objazdowym nauczycielu wtajemniczającym kilkuletnie dzieci w rozkosze malarstwa. Niczego im nie narzucał, pozwalał im mazać plamy na arkuszach papieru dłońmi maczanymi w farbach, doradzał, gdy był o coś pytany. Gdy dzieci miały już dość tego taszyzmu, zaczęły malować w sposób mający coś przedstawiać, a na zakończenie pobytu nauczyciela odbyła się wystawa dziecięcych obrazów. Tu pytanie do czytelników: jaki tematy zostały obrane przez dzieci jako treść obrazów?
Obrazy te miały tylko jeden temat: twarze ludzi dorosłych! Oto jest świat nęcący wyobraźnię dzieci.
Ale świat dorosłych jest dla nich hermetycznie zamknięty. Dzieci nic nie wiedzą o pracy zawodowej rodziców, zarobkach, wydatkach, nic nie wiedzą o życiu uczuciowym rodziców. W obecności dzieci nie omawia się spraw istotnych. Gdy przychodzą znajomi, dzieci się wydala („idźcie się pobawić”), a jeżeli nie ma dokąd, rodzice mają się na baczności wobec tematów poruszanych przez gości („nie przy dzieciach”). Od dzieci wymaga się mówienia prawdy – bez wzajemności.
Gdy dzieci same inicjują zabawę, bawią się w „tatusia i mamusię”, w „pana doktora”, w „policjantów i złodziei”, w „sklep” i inne okruchy podpatrzonej rzeczywistości.
Dzieci traktuje się tak, jak gdyby świat rzeczywisty nie istniał. Jego namiastką mają być rozmaite bajdy ciotki Adelajdy.
Dzieci, jak wszyscy egzodynamicy, pragną fantazjować, ale na podstawie skojarzeń między elementami zaczerpniętymi z rzeczywistości. Tymczasem bajkopisy dostarczają dzieciom elementów fikcyjnych i usiłują je w fantazjowaniu wyręczać.
Gdy dziecku się marzy, że jego kot lata nad domem, urojenie to jest procesem tworzenia. Natomiast gdy dziecko widzi latającego kota na filmie, nie tylko samo niczego nie tworzy, ale ma do czynienia z mistyfikacją cudzego tworzenia, gdyż autorom żaden kot się nie marzył, lecz tylko został przez nich wybrany jako temat w wyniku spekulacji, co by tu jeszcze niewyeksploatowanego rzucić na rynek w celu wyłudzenia pieniędzy od nierozsądnych rodziców. Świat przedstawiany przez bajkopisów jest nie tylko sfałszowany, ale nawet jego fałszowanie jest fałszywe.
Cała ta „twórczość” jest fałszywie zaadresowana. Wyobraźnia dzieci bowiem jest tak bujna, jak nigdy potem już nie będzie. Po kilkudziesięciu latach zostaną z niej tylko mizerne szczątki, również u dorosłych bajkopisów, i z takimi to szczątkami zwracają się oni do dzieci, mistrzów fantazjowania! Jest to taki sam bezsens, jak gdyby ktoś chciał skraplać fontannę.
Być może zechce ktoś wysunąć argument empiryczny: wiadomo przecież, że dzieci lubią bajki i nawet się o nie dopominają, a powszechność tego zjawiska świadczy, że mamy do czynienia z mocną empirią.
Tymczasem nic z tego nie jest prawdą. Dzieci lubią bajki, ale komponowane przez siebie, lubią je opowiadać, a nie żeby je im opowiadano. Dopominają się o bajki nie dlatego, że to są bajki, lecz dlatego, że chcą, żeby się coś działo, potrzebują bowiem elementów do fantazjowania, a tylko bajki im się udostępnia.
Rzekomo mocna empiria jest tylko fałszywą interpretacją. Natomiast mocna jest teoria, niepodważalne bowiem jest w niej twierdzenie, że życie rozpoczyna się od egzodynamizmu, oraz twierdzenie, że egzodynamizm przejawia się pragnieniem wydawania informacji.
Powszechność błędnego poglądu na rolę bajek bierze się stąd, że dorośli uważają się za wyłącznie kompetentnych do oceny, co dla dzieci jest dobre. Kiedy niedawno ktoś wpadł na pomysł, żeby o to zapytać same dzieci za pomocą ankiety, na pytanie „czy lubisz oglądać filmy kreskowe dla dzieci?”, otrzymano odpowiedzi, dla których reprezentatywna była wypowiedź dziewięcioletniego chłopca, że nie lubi, bo to są „głupoty”. Chłopiec ten zasłużył na miejsce w historii.
Dziecko to człowiek o określonym charakterze. Trzeba dzieci traktować poważnie, ponieważ one także traktują wszystko poważnie.
O ile w okresie dzieciństwa charakter jest wyłącznie egzodynamiczny, z prawie nieuchwytnymi różnicami, to w okresie młodości zaczyna się on coraz bardziej różnicować. Na początku tego okresu oprócz opóźnionych egzodynamików spotyka się egzostatyków, później zaś przyśpieszonych statyków. Nie rozumiejąc, że mają do czynienia z różnymi charakterami, nauczyciele traktują to jak różnice zachowania i starają się je usuwać przez „kształtowanie charakteru”, tzn. przerabianie wszystkich uczniów na statyków, a postępują tak, ponieważ sami są statykami. Wydaje im się, że dopiero przywiązanie do zasad czyni człowieka wartościowym.
Ponieważ wcześniej czy później nauczyciele swój cel osiągali, więc utrwaliło się w nich przeświadczenie, że był to skutek ich wychowawczych zabiegów. Nie przychodziło im na myśl, że przywiązanie do zasad jest fazą ewolucji charakteru, która sama nadejdzie („nie pchaj rzeki, sama płynie”), i która sama przeminie, bez względu na to, czy się to gani, czy pochwala. Żadna siła nie doprowadzi do wpojenia jakichkolwiek zasad egzodynamikowi, a więc człowiekowi, który jeszcze nie jest statykiem, ani endodynamikowi, który już nie jest statykiem.
Za podstawową zasadę do wpajania statyczni nauczyciele uważają utrzymywanie porządku, a jednakowość za jego ideał. Jednakowość to przeciwieństwo różnorodności, a różnorodność to przejaw egzodynamizmu, toteż wchodząc do szkoły dziecko staje się przedmiotem uporczywej walki statyzmu z egzodynamizmem. Nauczyciele lubią jednobarwność okładek zeszytów szkolnych – uczniowie wolą różnobarwność. Nauczyciele aplikują uczniom gimnastykę jako zajęcie, w którym wszyscy mają wykonywać jednakowe ruchy na komendę – uczniowie wolą zabawy ruchowe, w których każdy robi co innego i na co ma ochotę. Nauczyciele chcą, żeby uczniowie nosili mundurki szkolne – uczniowie unikają tego, jak tylko mogą, w czym są często wspierani przez rodziców, niechętnych ciągłym wydatkom na nowe mundurki, jako że młodzież szybko wyrasta ze starych. Nauczyciele mają na to argument, że obowiązek noszenia mundurków zapobiega rywalizacji między strojnymi uczennicami (bo głównie o dziewczęta w tym argumencie chodzi) z zamożnych rodzin a ich biedniejszymi koleżankami. Ale to tylko hipokryzja, przecież nie o usuwanie różnic społecznych tu idzie, lecz tylko o to, żeby w szkole nie było ich widać. Przypomina to takie szpitale, w których białe drzwi są w pobliżu klamki powleczone szarą farbą w celu „utrzymania czystości”, chociaż jest to tylko utrzymywanie niedostrzegalności brudu.
Poważniejszą jednak sprawą niż jednakowość wyglądu jest, że ideałem dążeń nauczycielskich jest „dobry uczeń”, pilny, posłuszny. Jest w tym niezrozumienie, że do szkoły chodzi się po to, żeby stać się tam wykształconym dorosłym, a nie „dobrym uczniem”. Podobnie jak na kurs samochodowy chodzi się po to, żeby stać się kierowcą, a nie dobrym kursantem. Dlatego właśnie za kierownicą samochodu ćwiczebnego siedzi kursant, a nie jego instruktor. To kursant podejmuje decyzję, instruktor zaś udziela mu uwag i na wszelki wypadek trzyma nogę na dodatkowym hamulcu. Tymczasem w zwykłej szkole uczeń nie ma nic do decydowania, ma tylko wchłaniać wiadomości, nauczyciel ustawia się do niego jak do podwładnego i za szczyt szczęścia uważa zrobienie z niego podwładnego wzorowego, czyli „ukształtowanie” jego charakteru. Kursant samochodowy wiedziałby, co zrobić, gdyby jego zechciano w podobny sposób traktować. Uczeń natomiast nie wie, że jest nabierany. Gdyby nawet wiedział, to nie umiałby na to zareagować. A gdyby umiał, to by nie zareagował, bo naraziłby się na represje.
Charakter nie jest do kształtowania, lecz do doskonalenia, przez stwarzanie sytuacji zgodnych z charakterem. Aby jednak doskonalić charakter ucznia, nauczyciel musiałby ten charakter najpierw rozeznać, a umiejętność tego rodzaju powinna być podstawową kwalifikacją do uprawiania zawodu nauczycielskiego. A tymczasem cóż nauczyciele wiedzą o charakterze swoich uczniów? Gdy mają do czynienia z charakterem przyśpieszonym , tj. z wczesnym statyzmem, uważają to za sukces swoich metod wychowawczych. Gdy mają do czynienia z charakterem opóźnionym , tj. z ciągle jeszcze trwającym egzodynamizmem, mówią że uczeń jest „trudny”, wpisują mu negatywne oceny ze sprawowania, monitują go za „krnąbrność” i nawołują, żeby się „poprawił”. Dowiedziawszy się po latach, że się wreszcie „ustatkował”, będą się oddawać złudzeniom, że to dalekosiężny wpływ ich nauczycielskich starań.
„Przerabianie” dynamizmu czyjegoś charakteru to strata czasu i energii, a jeżeli jest uporczywe, to prowadzi do walki (daremnej) i nienawiści (głębokiej). Dynamizmu charakteru nie można też nikomu wyperswadować, gdyż do perswazji ustawia się on tak właśnie, jak to wynika z jego dynamizmu charakteru. Aby skorzystać z perswazji, musiałby sobie wymienić homeostat na inny. „Kot miauczy, a pies szczeka” – powiedział Hamlet.

Fragment książki Mariana Mazura  „Cybernetyka i charakter”

 

Rozdział 6. STEROWANIE 

 

Ile jest rodzajów problemów?

Sądzę, że niejednego czytelnika pytanie to przerazi. Skądże można wiedzieć, ile jest rodzajów problemów?  Z tyloma problemami ludzie się borykają, a nowych ciągle przybywa.

Metodą systemową można jednak stwierdzić, że jest tylko sześć rodzajów problemów i ani jednego więcej. A oto uzasadnienie:

Wobec dowolnego systemu możemy przyjąć jedną z dwóch postaw:

– albo pozostawić system w spokoju i tylko mu się przyglądać, aby się o nim jak najwięcej dowiedzieć, a wówczas będziemy mieć do rozwiązania problemy poznawcze;

– albo też przekształcić system w inny system, a wówczas będziemy mieć do rozwiązania problemy decyzyjne;

Inaczej mówiąc, możemy w system nie ingerować, albo ingerować, a ponieważ jest to podział logicznie zupełny, więc żadnych innych problemów poza dwiema wymienionymi ich grupami nie ma i być nie może.

 

Zajmijmy się najpierw grupą problemów poznawczych.

1. Eksploracja

Aby się zabrać do poznawania systemu, musimy się najpierw upewnić, czy on istnieje, w przeciwnym bowiem razie trudzilibyśmy się niepotrzebnie i tracili czas. Jest to obawa najzupełniej uzasadniona, istnieje przecież wiele słów, które nic nie znaczą, gdyż zostały wymyślone bez stwierdzenia jakiegokolwiek fragmentu rzeczywistości, dla którego miałyby służyć jako jego nazwa. Była o tym mowa w związku z „pseudosystemami” w rozdziale 4.

Klasyczny jest już przykład owych średniowiecznych mnichów trapiących się problemem, ile aniołów może się zmieścić na końcu szpilki, bez upewnienia się, czy system „anioł” w ogóle istnieje.

Coś podobnego przydarzyło się nawet naukowcom, i to z dyscypliny tak ścisłej jak fizyka, gdy postawili sobie problem zbadania właściwości eteru kosmicznego, a po latach zbędnych trudów obwieścili, że żaden „eter kosmiczny” nie istnieje. Na manowce zaprowadziło ich rozumowanie, że skoro promieniowanie rozprzestrzenia się bez przeszkód w próżni, to znaczy, że próżnia ma właściwości przepuszczania promieniowania, ale próżnia to tyle co nic, nic zaś nie może mieć jakichkolwiek właściwości, wobec czego musi to być jednak coś i nazwali to owym „eterem”.

A zatem pierwszym rodzajem problemów poznawczych jest eksploracja, tj. poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: „czy system istnieje? „. W języku potocznym jest to pytanie: „co jest? ” (wraz ze wszystkimi odmianami tego czasownika: co było?  co może być?  itp. )

Problemy takie ludzie rozwiązywali przez ciekawość („ale co tam jest? „) – szukając guza wędrowali, gdzie ich jeszcze nie było, włóczyli się po dżunglach, wypływali na dalekie morza, kopali w ziemi, rozglądali się po niebie, a w rezultacie odkrywali odległe lądy, nieznane gatunki zwierząt i roślin, różne minerały, wiele gwiazd itp.

Rozwiązywanie problemów eksploracyjnych to stwierdzanie faktów. 

 

2. Klasyfikacja

Po stwierdzeniu, że system istnieje, przychodzi kolej na pytanie: „z jakich elementów system się składa? „albo prozaiczniej „co jest jakie? ”

Problemy takie są rozwiązywane, gdy za odkrywcami idą opisywacze – ci chcą wiedzieć, pod jakim względem co do czego jest podobne, a pod jakim się różni, oprócz tego zaś, co jest w środku, więc krajali, co tylko mogli, łamali, rozłupywali, rozkładali w drobny mak, a Demokryt nawet powiedział, że najdrobniejszym elementem jest „atom” i jego się już rozbić nie da, ale miał rację niedługo, zaledwie około dwóch tysięcy lat, do czasów Rutherforda. Podstawowe zajęcie w tej grupie problemów, to mierzenie wszystkiego, co się mierzyć daje, oraz systematyzacja, typologia, klasyfikacja.

Rozwiązywanie problemów klasyfikacyjnych to stwierdzanie właściwości. 

 

3. Eksplikacja

Gdy wiadomo już, jakie są elementy systemu, pozostaje dowiedzieć się, jakie występują między nimi oddziaływania, czyli „co od czego jak zależy? „.

Są to problemy dla dociekliwych, którzy chcieliby nie tylko wiedzieć, ale i rozumieć, wyjaśnić, dlaczego jest tak, a nie inaczej, co się zmieni, gdy zmieni się co innego, znać przyczyny różnych skutków i skutki różnych przyczyn.

Problemy takie okazały się szczególnie trudne do rozwiązania. Można znać bardzo dokładnie składniki czegoś, a jednak nie wiedzieć, jaka jest zależność jednych od drugich, toteż wykrywanie praw przyrody idzie opornie. Barwę i temperaturę płomienia ludzie mieli sposobność poznać, kiedy pierwszy raz widzieli płonąc drzewo, w które uderzył piorun, ale z dowiedzeniem się, że jest między nimi zależność, trzeba było poczekać na Plancka. Ziemię ludzie mogli oglądać w każdej chwili, a słońce w każdy bezchmurny dzień, ale co się względem czego porusza powiedział im dopiero Kopernik, a o tym, dlaczego jabłka spadają na ziemię, a księżyc nie, dowiedzieli się od Newtona.

Rozwiązywanie problemów eksplikacyjnych to stwierdzanie związków.

I to w grupie problemów poznawczych już wszystko. Każdy problem poznawczy, jaki ktokolwiek zechciałby jeszcze wymyślić, będzie należał do którejś z trzech wymienionych grup. Nie może być inaczej, gdyż poznanie elementów i relacji jest poznaniem całego systemu.

 

Przejdźmy teraz do grupy problemów decyzyjnych.

4. Postulacja

Zanim zabierzemy się do przekształcania systemu w inny, musimy sobie najpierw powiedzieć, w jaki. Mamy tu więc do czynienia z rodzajem problemów decyzyjnych polegających na poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: „jaki system ma powstać? ” lub prościej: „co osiągnąć? „. Ktoś musi to określać, żądać, postulować, a ponieważ osiąganie czegokolwiek jest podyktowane jakimiś potrzebami, więc powinien to zrobić sam potrzebujący, albo ktoś w jego imieniu.

 Rozwiązywanie problemów postulacyjnych to wskazywanie celów. 

 

5. Optymalizacja

Po wskazaniu, jaki system ma powstać, przychodzi kolej na pytanie: „jak doprowadzić do powstania systemu? „, czyli po prostu: „jak osiągnąć? ”

W problemach takich chodzi więc o wybranie skutecznego postępowania, czyli o wskazanie decyzji, której podjęcie zapewniłoby osiągnięcie celu.

W przypadkach gdy do dyspozycji jest wiele równorzędnych sposobów postępowania, podejmowanie decyzji jest zadaniem łatwym, wystarczy zastosować którykolwiek. Na przykład: mając do zapisania czyjś numer telefonu nikt się nawet nie zastanawia, czy zrobić to piórem, długopisem lub ołówkiem, bierze to, co jest pod ręką.

Sprawa staje się trudniejsza, gdy sposobów jest mało, ale może wystarczyć tylko jeden, jeżeli jest znany i dostępny, jak to jest, na przykład, ze sposobem stosowanym, gdy się chce mieć dzieci.

Natomiast ogromne trudności powstają, gdy nie widać żadnego sposobu postępowania. Gdy chodzi o cele doniosłe, nie szczędzi się kosztów i trudu, aby znaleźć choć jeden sposób, np. w poszukiwaniu leków na choroby uchodzące za nieuleczalne.  Gdy chodzi o cele bez większego znaczenia, nie wkłada się zbytniego wysiłku. Jeżeli znajdzie się jakiś sposób, to dobrze, a jeżeli nie, to nie będzie nieszczęścia. Na przykład nie znaleziono dotychczas sposobu przeciwdziałania łysieniu, ale ostatecznie Juliusz Cezar był łysy jak kolano i wcale mu to nie przeszkodziło zdobyć Kleopatrę. Szczęściem w nieszczęściu jest, gdy nie mogąc znaleźć żadnego sposobu znajdzie się przynajmniej dowód, że żaden sposób nie istnieje – tak było np. z udowodnieniem, że zbudowanie perpetuum mobile jest niemożliwe. Nie jest to sukces, dobrze bowiem byłoby mieć maszynę mogącą pracować bez pobierania energii, ale nie będzie się już tracić czasu i pieniędzy na próby jej wynalezienia.

Przeciwieństwem poprzednich są problemy, gdy sposobów nie brakuje, a kłopoty są z celami. Chodzi o problemy maksymalnego wykorzystania posiadanych możliwości. Na przykład, jaki wybrać zawód? w jakiej instytucji szukać zatrudnienia? w jakiej miejscowości się osiedlić?  na co przeznaczyć pieniądze? itp.

Jednak właściwa optymalizacja obejmuje wszystko to razem. Jest wskazany cel do osiągnięcia, trzeba określić wszystkie sposoby postępowania mogące do tego celu prowadzić, rozeznać skutki uboczne każdego z nich i na tej podstawie wskazać decyzję optymalną, tj. postępowanie prowadzące do celu z zapewnieniem najkorzystniejszych skutków ubocznych (stanowiących kryterium optymalizacji). Jako przykład można wymienić zbudowanie czegoś najmniejszym kosztem albo w najkrótszym czasie, albo przy najmniejszym zużyciu materiałów itp.

Rozwiązywanie problemów optymalizacyjnych to wskazywanie sposobów. 

 

6. Realizacja

Gdy wiadomo już, jaki cel i w jaki sposób ma zostać osiągnięty, jedyne, co pozostaje, to osiągnąć ten cel, tj. zastosować prowadzący do niego sposób. Potrzebne są do tego jakieś środki, zasoby: energia, czyjaś praca, jakieś materiały, narzędzia. Trzeba te zasoby określić, odpowiadając na pytanie: „z czego osiągnąć? ”

Nie jest to pytanie o rodzaj środków – na to dała już odpowiedź optymalizacja – lecz o konkretne środki. Na przykład optymalizatorzy mogą sobie mówić, że na przewody elektryczne najlepiej nadaje się miedź, ale do realizacji cenna ta rada nie wystarcza; aby się do niej zastosować, tę miedź trzeba mieć. Nie wystarcza też powiedzieć, że do realizacji potrzebni są wykonawcy o określonych kwalifikacjach, trzeba ponadto, żeby tacy wykonawcy istnieli i zgadzali się podjąć trud realizacji.

O ile od postulatorów zależy, jakie cele będą wskazywane, a od optymalizatorów zależą sposoby ich osiągnięcia, to od realizatorów zależy, czy będą mogły być osiągnięte.

Od czasów niewolnictwa utrzymywał się nawyk myślenia, że wykonawcy o niczym nie decydują, lecz otrzymują decyzje do wykonania. Jest to błąd – nawet wykonawca pracy niewolniczej podejmował decyzje realizacji, dokonywał bowiem wyboru między realizacją a narażeniem się na represję. Wynik tego wyboru był z reguły tak oczywisty, że nikomu nie przychodziło na myśl, że jest to w ogóle jakiś wybór postępowania. W każdym razie nie przychodziło na myśl niewolnikom, a późniejszym wykonawcom starano się tak bardzo wpajać posłuszeństwo, że aż uczyniono z niego cnotę.

Rozwiązywaniem problemów realizacyjnych jest wykonywanie.

 

I to już wszelkie problemy decyzyjne, żadnych innych nikt nie wymyśli. Można to łatwo uzasadnić –

postulacja określa nowy system, jaki ma dopiero powstać,

optymalizacja określa mającą do niego prowadzić transformację,

realizacja zaś określa stary, istniejący dotychczas system, który na być poddany tej transformacji, aby powstał nowy.

 

Mamy więc tu do czynienia z nadsystemem, którego elementami są stary i nowy system, transformacja zaś jest zachodzącą między nimi relacją, nic więc już nie pozostaje do określenia.

Nie należy mieszać ingerencji ze zmiennością, tj. sądzić, że w problemach poznawczych systemy się nie zmieniają, skoro w nie się nie ingeruje, a w problemach decyzyjnych systemy się zmieniają, bo się w nie ingeruje. Bywają, i to często, problemy poznawcze, w których systemy się zmieniają i nic nie przeszkadza się im zmieniać nadal, oraz problemy decyzyjne, w których ingerencja jest potrzebna po to, żeby właśnie nie zmieniały się systemy, które by się bez tej ingerencji zmieniły. Tak jest np. w problemach regulacji. Można tu również wymienić systemy, które się nadal zmieniają, pomimo, że się w nie ingeruje po to, żeby się nie zmieniały. Tak jest np. w walce ze starością.

Na chwałę cybernetyki, a metody systemowej w szczególności, spróbujemy sobie wyobrazić, jak wyglądałaby systematyka rodzajów problemów sporządzona metodą obserwacyjną, empiryczną.

Trzeba byłoby szperać po wszystkich dyscyplinach, zarejestrować wszystkie występujące tam problemy i starać się jakoś pogrupować. Zajęłoby to lata, dziesiątki lat – metoda systemowa załatwia sprawę w godzinę.

Metoda empiryczna nie dawałaby żadnej pewności, czy się czegoś nie przeoczyło albo czy się coś nowego nie pojawi w przyszłości. Metoda systemowa, jako teoretyczna, gwarantuje zupełność zbioru możliwości, bez żadnej luki.

Problemy - klasyfikacja

Przy grupowaniu zaobserwowanych problemów nasuwałyby się rozmaite kryteria podziału, w tym wiele nieostrych, pewne problemy pasowałyby do kilku kryteriów naraz, inne do żadnego. W metodzie systemowej nie ma miejsca na takie wątpliwości, zapewnia ona systematykę rozłączną, problem należący do jednej grupy na pewno nie należy do żadnej innej.

Dla przejrzystości podaję wszystkie grupy problemów w zestawieniu na s. 105.

 

Dowolne zjawisko można uważać za transformację starego systemu w nowy system, albo – równie dobrze – za jeden system zmieniający się od jednego stany (stary podsystem) do drugiego stanu (nowy podsystem). Będziemy go tu określać jako „inny system” dla odróżnienia od sprzężonego z nim „systemu rozpatrywanego”, rozwiązującego problemy (poznawcze bądź decyzyjne) dotyczące owego „innego systemu”.

Oddziaływanie innego systemu na system rozpatrywany umożliwia obserwację (innego systemu przez system rozpatrywany).

Oddziaływanie systemu rozpatrywanego na inny system umożliwia modyfikację (innego systemu przez system rozpatrywany).

Na razie nie ma tu żadnych problemów, a tylko opis zachowania obu systemów.

Problemy pojawią się dopiero z wymaganiem:

– żeby dzięki obserwacji jednego stanu zbędna była obserwacja drugiego stanu (problemy poznawcze),

– żeby dzięki modyfikacji jednego stanu zbędna była modyfikacja drugiego stanu (problemy decyzyjne).

Dla przykładu, w ogrodzie można zaobserwować oderwanie się jabłka od gałęzi i można zaobserwować jabłko leżące na ziemi. Dzięki rozwiązaniu problemu poznawczego wystarczy zaobserwować oderwanie się jabłka, aby wiedzieć (bez patrzenia), że będzie ono leżeć na ziemi.

Podobnie można zmodyfikować jabłko tak, żeby przestało wisieć na gałęzi (strącić) i można zmodyfikować jabłko tak, żeby upadło na ziemię (rzucić). Dzięki rozwiązaniu problemu decyzyjnego wystarczy strącić jabłko, aby osiągnąć (bez rzucania) leżenie jabłka na ziemi.

Pomimo że problemy poznawcze i decyzyjne tak wyraźnie różnią się od siebie, są one od siebie nieodłączne. Aby coś poznać, trzeba w tym celu coś zrobić, a więc decydować. I na odwrót, aby coś osiągnąć, trzeba do tego coś wiedzieć, a więc poznać. Decydowanie pomaga poznawać, a poznawanie pomaga decydować.

Jak z tego widać, nauka, jako działalność polegająca na rozwiązywaniu problemów, jest jedna. Było potwornym w skutkach nieporozumieniem, że przez tysiące lat do nauki zaliczano wyłącznie problemy poznawcze, pozostawiając problemy decyzyjne w rękach ludzi, którzy nie mieli pojęcia o ich rozwiązywaniu, a nawet nie wiedzieli, że to są problemy. Jeszcze i dziś ogromna większość ludzi podejmujących decyzje nie orientuje się, że decyzja, jako rozwiązywanie problemu decyzyjnego, wymaga dowodu trafności.

O ile w problemach poznawczych chodzi o zmiany w innym systemie, do których prowadzi określone zachowanie systemu rozpatrywanego – to w problemach decyzyjnych chodzi o zachowanie systemu rozpatrywanego, jakie prowadzi do określonych zmian w innym systemie. W celu udogodnienia terminologii dotyczącej takiego zachowania systemu rozpatrywanego wprowadzimy następującą konwencję terminologiczną:

Sterowanie jest to zachowanie systemu prowadzące do określonych zmian w innym systemie.

A teraz pytanie, gdzie w podanym zestawieniu rodzajów problemów znajduje się problematyka sterowania?

Jest ona przede wszystkim w grupie 5 „optymalizacja”, ale niewiele jeszcze lat temu trzeba byłoby na takie pytanie odpowiedzieć, że nigdzie. To znaczy, stosując metodę systemową, gdyby już była znana, zawsze można byłoby pokazać optymalizację w systematyce rodzajów problemów, tylko nie można byłoby pokazać optymalizatorów, nie było takiej grupy specjalistów.

Sprawa ta ma głębokie dno. Rzecz w tym, że w epoce niewolnictwa (doprawdy, co za pouczająca epoka!) władcom nawet się nie śniło, że są trzy rodzaje problemów decyzyjnych, a całkiem na jawie uważali, że władza jest niepodzielna. I nic dziwnego, skoro realizatorami byli niewolnicy, ci zaś pracowali z przymusu, nie mieli nic do gadania, a pozostałe dwa rodzaje problemów decyzyjnych skupiały się w rękach władców, którzy by się nawet szczerze zdziwili, że są to dwa rodzaje. Zresztą wielu władców zdziwiłoby się i teraz – to jedna z tych spraw, którym drogę toruje dopiero nauka jutrzejsza.

Tak też pozostało, gdy po przymuszaniu niewolników nastąpiło przymuszanie wolnych wykonawców, a decydowanie nadal uważano za coś jednolitego. Zresztą jakżeby było odróżniać optymalizację od postulacji, skoro nikomu nie zależało na decyzjach optymalnych, bo chociaż większość podejmowanych decyzji urągała swoją błędnością temu, co dziś nazywamy optymalizacją, powodując niesamowite marnotrawstwo sił, to jednak władca marnował przecież siły nie swoje, lecz rzeszy wykonawców, więc jego to nie bolało. Do podejmowania decyzji nie trzeba było być mądrym, lecz uprawnionym, popełnianie błędów cudzym kosztem było przywilejem. Wcale nie należało do rzadkości, że władzę obejmował dwudziestoletni półgłówek tylko z tej racji, że przedtem na tronie zasiadał jego tatuś.

Zdarzali się co prawda władcy, którzy czując przez skórę, że z decydowaniem nie wszystko jest takie proste, jak się ich poprzednikom wydawało, stwarzali sobie surogat optymalizatorów przez powoływanie doradców. Nigdy jednak nie oznaczało to oddawania w ich ręce decyzji optymalizacyjnych, skądże znowu, mogli oni doradzać to i owo, ale co z tego jest dobre, a co nie, najlepiej wiedział sam władca, jako że władcy wszystko wiedzieli najlepiej: jak dowodzić wojskiem, jak budować miasta, jak wychowywać młodzież, jaka religia jest prawdziwa ( cuius regio, eius religio ) i jaka sztuka jest moralnie zdrowa. Trzeba też dodać, że nawet tak wynaturzona idea optymalizacji rozpływała się w nicości, gdy wpływowi niedoradcy spostrzegli, jak niewpływowi doradcy stają się wpływowymi, toteż aby uniemożliwić takie przepływanie wpływów, doprowadzali z reguły do zinstytucjonalizowania doradztwa. Oznaczało to, że członkiem rady przybocznej, rady starszych, senatu, czy jak one się tam jeszcze nazywały, można było zostać tylko z uprawnienia, a nie z rozumu, i w ten sposób błąd ciążący na postulatorach przenosił się na optymalizatorów.

Niemniej z czasem dokonywał się wyłom w łączeniu optymalizacji z postulacją, ściśle zaś: dwa wyłomy, obydwa nieodwracalne i obydwa spowodowane przez naukę.

Pierwszy z nich postępował powoli, niedostrzegalnie, przez wieki, i polegał na tym, że pewne specjalności stawały się coraz trudniejsze, a w końcu stały się tak trudne, że żaden władca nie tylko nie mógł do nich wtykać swoich trzech groszy, ale nawet nie rozumiałby, o czym mowa. Takimi dyscyplinami stały się przede wszystkim medycyna i technika.

Oczywiście, nawet nie będąc samemu lekarzem lub inżynierem, można w stosunku do tych dyscyplin uprawiać postulację, np. żądać zwalczania chorób zawodowych lub budowania automatów, ale optymalizacja w tych dyscyplinach już od dawna jest w rękach specjalistów. Nie można sobie wyobrazić premiera czy prezydenta dyktującego chirurgom, jak wykonywać operację nerek, albo inżynierom, jak konstruować regulatory elektroniczne.

Jednakże wyłom ten bynajmniej nie doprowadził do wyodrębnienia piątej grupy problemów. Nie istniała ona nadal, a to, co powinna była zawierać, było rozparcelowane między postulatorów i realizatorów. Linia podziału była dość wyraźna: władcy pogodzili się z oddaniem wykonawcom decyzji optymalizacyjnych najeżonych trudnościami fachowymi, wywołujących skutki wczesne i wyraźnie określone co do odpowiedzialności za te skutki. Sobie zatrzymywali decyzje optymalizacyjne łatwe, o skutkach odległych, praktycznie nieodpowiedzialne.

Na przykład, aby móc wykonać swoją pierwszą operację, chirurg musi już mieć za sobą lata niezwykle trudnych studiów, skutki operacji będą widoczne zaraz, a błąd przy niej popełniony ma wyraźnie określonego sprawcę. Natomiast zmiana programu nauczania, np. historii, to produkt nieobowiązujących wypowiedzi konferencyjnych, na których wygłaszanie możne sobie pozwolić ktokolwiek, skutki zmiany ujawnią się najwcześniej za dziesięć lat, gdy z kilkunastoletniego ucznia będzie początkujący zawodowiec, a gdy się ujawnią, to któż potrafi stwierdzić, że ich przyczyną była ta właśnie zmiana programu nauczania. Nic dziwnego, że o strukturze szkolnictwa z beztroską łatwością decydowali urzędnicy administracyjni od wszystkiego.

Rzecz paradoksalna, pozostawienie lekarzom i inżynierom decyzji optymalizacyjnych bynajmniej nie zostało potraktowane jako przekazanie im części władzy – zostało im to zaliczone do obowiązków pracowniczych jako podstawa do pociągania ich do odpowiedzialności za niepowodzenia.

W sumie nie zmieniło to uświęconego podziału na zwierzchników (postulatorów) i podwładnych (realizatorów), lecz tylko przyczyniło się do zmiany proporcji w rozdziale decyzji optymalizacyjnych na część przypadającą zwierzchnikom (jako przywilej) i część przypadającą poddanym (jako trud).

Drugi wielki wyłom nastąpił późno, ale – w skali dziejowej – miał przebieg błyskawiczny i naruszył tradycyjny podział: zwierzchnik – podwładny. Był to wyłom dokonany przez cybernetykę, czemu trudno się dziwić, przecież to nauka o sterowaniu, w której centrum znajduje się problematyka optymalizacji, przedtem bezdomna i sublokatorska. O ile do postulowanego celu dobierano doraźnie i po amatorsku sposób jego osiągnięcia, to cybernetyka wprowadzała teoretyczne zasady postępowania i okazała ich uniwersalność, co potwierdziło się w praktyce po wynalezieniu komputerów . Procedury optymalizacyjne wymagają znakomitego opanowania matematyki, statystyki, programowania, nie może być nawet mowy o przydzielaniu ich trochę postulatorom, a trochę realizatorom, bo ani jedni, ani drudzy nie zrozumieli by z nich ani słowa. Zresztą słów w nich niewiele, prawie wszystko to symbole logiczne i matematyczne.

Dopiero to właśnie doprowadziło do wyodrębnienia problematyki optymalizacyjnej oznaczonej numerem 5 w podanej powyżej systematyce problemów, i do wytworzenia się zawodowej grupy optymalizatorów, ekspertów wypracowujących decyzje optymalne, głównie w elektronicznych ośrodkach obliczeniowych, odpowiednio do zgłoszonej postulacji.

Taką zmianę w strukturze problematyki decyzyjnej nie tylko tolerowano, lecz nawet wyraźnie jej sprzyjano, przeznaczając coraz większe fundusze na instalowanie komputerów i rozwój ośrodków obliczeniowych, głównie do opracowywania decyzji gospodarczych.

Zaczęły się przy tym nawarstwiać rozmaite nieporozumienia. Tak na przykład wyobrażano sobie, że zamiast ludzi decyzje podejmować będą komputery, z ponieważ są to maszyny przetwarzające informacje w sposób pod wieloma względami doskonalszy (znaczna pojemność komputerów, duża niezawodność operacji, a przede wszystkim imponująca ich szybkość), niż to może robić mózg ludzki, więc i decyzje takie będą zapewne znacznie trafniejsze.

Były w tym co najmniej dwa nieporozumienia.

Po pierwsze, komputery nie podejmują żadnych decyzji. Wskazywana przez nie decyzja wynika z ich zaprogramowania i dostarczania danych wejściowych, a jedno i drugie jest dziełem ludzi. Skoro komputery potrafią przetwarzać wielkie ilości informacji, a te informacje muszą im być dostarczane przez ludzi, to również ci ludzie muszą być zdolni do obejmowania wielkich ilości informacji. Jest to tak samo, jak gdyby ktoś chciałby zwyciężać dzięki sporządzaniu bardzo wielkiej szabli, zapominając, że jego ręka powinna być zdolna do jej udźwignięcia. Głównym zyskiem z zastosowania komputerów jest szybkość otrzymywania wyniku, ale jeżeli dostarczy się im dane ubogie albo niepewne, albo fałszywe, to chociaż szybko, otrzyma się decyzje dalekie od trafności.

Po drugie, nawet na epoce komputerów zaciążył nawyk traktowania decyzji jako czegoś jednolitego, bez zrozumienia, że czym innym są decyzje postulacyjne, czym innym zaś decyzje optymalizacyjne. Komputery mogą służyć tylko do wypracowywania decyzji optymalizacyjnych, jest to sprawa programu operacji wprowadzonych do komputera przez optymalizatorów. Natomiast decyzje postulacyjne to sprawa danych dotyczących celu i sytuacji, w jakiej cel ma być osiągnięty, ale nie jest to zadanie dla optymalizatorów z ich wspaniałymi komputerami, lecz dla postulatorów. Błędnych decyzji postulacyjnych nie naprawią nawet najdoskonalsze decyzje optymalizacyjne.

Na przykład, gdy rozkaz wysadzenia mostu w najkrótszym czasie saperzy wykonają bardzo sprawnie, to co z tego za korzyść, jeżeli rozkaz był błędny, bo spowodował odcięcie cofających się własnych oddziałów? – lepiej już byłoby, gdyby saperzy wykonali go w sposób nieoptymalny, z opóźnieniem. Albo na cóż zda się optymalna budowa fabryki, której wyroby nie znajdują nabywców, gdyż nie odpowiadają im potrzebą?

Nic dziwnego, że po okresie zauroczenia komputerami dawały się słyszeć utyskiwania, że „nie spełniły pokładanych w nich nadziei”. Tymczasem nie spełniły one tego, czego spełniać nie miały, tj. naprawiać błędnych „decyzji w ogóle”, a w istocie decyzji postulacyjnych. Natomiast dobrze spełniają swoje właściwe zadanie, jakim jest rozwiązywanie problemów optymalizacyjnych, oczywiście należycie postawionych. To tylko prysnęła iluzja, że to, co ludzie spartaczą w grupie 4, komputery naprawią w grupie 5.

Przypomina się tu anegdota o dyrektorze wielkiego przedsiębiorstwa, który kupił nowy zegarek, ponieważ stary się zepsuł i zdaniem zegarmistrza nie nadawał się już do naprawy. Dyrektor ów, dla żartu postanowił sprawdzić orzeczenie zegarmistrza za pomocą niedawno zakupionego nowoczesnego komputera. Ku jego zdumieniu orzeczenie komputera brzmiało: „Nowy zegarek wyrzucić używać starego. „Pełen obaw, czy aby nie kupił wadliwie skonstruowanego komputera, dyrektor polecił zbadać, dlaczego komputer daje ciągle taką samą, niewątpliwie taką samą odpowiedź. Jak się okazało, wynikała ona z porównania nowego zegarka, który spóźniał się dwie sekundy na tydzień, a więc nigdy nie wskazywał właściwego czasu, ze starym nie chodzącym zegarkiem który wskazywał właściwy czas dwa razy na dobę, czyli czternaści razy na tydzień, był więc wyraźnie lepszy. Wynika stąd morał, że komputery nie zwalniają ludzi od myślenia.

Przejdźmy obecnie do bliższego omówienia procesów sterowania.

Na podstawie definicji sterowanie można sformułować następujące definicje pochodne:

– system sterujący jest to system, którego działanie prowadzi do określonych zmian w innym systemie,

– system sterowany jest to system, w których do określonych zmian prowadzi działanie innego systemu,

– tor sterowniczy jest to system, za którego pośrednictwem system sterujący oddziaływuje na system sterowany, bądź za którego pośrednictwem system sterowany oddziałuje na system sterujący.

– obwód sterowniczy jest to obwód sprzężenia zwrotnego utworzony z systemu sterującego, systemu sterowanego i torów sterowniczych.

Przedstawiając system sterujący i system sterowniczy za pomocą prostokątów, a tory sterownicze za pomocą linii otrzymuje się schemat obwodu sterowniczego widoczny na rys. 6. 1.

Obwód sterowniczy

Rys. 6. 1 Obwód sterowniczy

 

Nasuwa się pytanie, czy jest system sterujący z punktu widzenia problemów decyzyjnych – postulatorem?  optymalizatorem?  realizatorem?

Jest on wszystkim tym naraz, jako że do sterowania konieczne jest określenie zmian, jakie w systemie sterowanym ma spowodować (postulacja), oraz zastosowanie sposobu ich spowodowania (optymalizacja) i środków do ich spowodowania (realizacja).

O tym, że miejsce problematyki sterowania jest przede wszystkim w optymalizacji, wspomniałem poprzednio dlatego, że w rozpatrywaniu wyodrębnionych procesów sterowania zakłada się, iż postulacja już nastąpiła, a realizacja jest zapewniona, wobec czego sterowanie staje się tylko problemem optymalizacji.

Niemniej postulacja i realizacja są nieodłączne od sterowania, powinny więc być brane pod uwagę. Rola ich uwydatnia się wyraźnie, gdy postulowane cele bywają różnorodne, a wskutek wykorzystywania środków realizacji do jednego celu może ich zabraknąć do innego (np. gdy systemem sterującym jest społeczeństwo, jako zbiór ludzi o rozmaitych, a nieraz rozbieżnych interesach, systemem sterowanym zaś, całe otoczenie, a nie jego niewielkie fragmenty).

W konsekwencji struktura systemu sterującego musi być taka, żeby występowały cztery sprzężenia:

– sprzężenie między optymalizatorem a otoczeniem (zapewniające obserwację otoczenia i sposoby modyfikacji otoczenia),

– sprzężenie między optymalizatorem a postulatorem (zapewniające współzależność sposobów z celami),

– sprzężenie między realizatorem a postulatorem (zapewniające zasilanie z otoczenia i środki modyfikacji otoczenia).

Struktura systemu sterującego spełniająca powyższe wymagania jest przedstawiona na rys. 6. 2.

W schemacie tym jest godne uwagi, że optymalizacja i realizacja są procesami współrzędnymi w stosunku do postulacji. Znaczy to, że nie tylko sposoby i środki są zależne od celów, a cele są zależne od sposobów i środków, lecz za pośrednictwem postulacji, także sposoby są zależne od środków, a środki od sposobów.

Tak na przykład, materiały dobiera się do projektów budowy, ale i projekty budowy dobiera się do materiałów. Posiadane wojsko dostosowuje się do planów wojennych, ale i plany wojenne dostosowuje się do posiadanego wojska. Leki dostosowuje się do sposobów leczenia, ale i sposoby leczenia dostosowuje się do leków itp.

Odmienny od omawianego schematu, a dość rozpowszechniony, jest pogląd, że prawidłowa organizacja przedsięwzięć wymaga kolejności: cel – projekt – wykonanie. Pogląd ten opiera się na milczącym lub nieświadomym założeniu, że sposobów i środków jest pod dostatkiem, trzeba mieć tylko dobre chęci, żeby się nimi posłużyć, do celów dobierając sposoby, a potem do sposobów środki.

Klarowność sterowania bywa też zacierana przez naruszanie rygoru, żeby traktować systemy z punktu widzenia ich funkcji jako przetworników oddziaływań, a nie ze względu na to, czy stanowią oddzielne obiekty, np. poszczególne osoby. Rygor ten znaczy, że jeżeli pewien człowiek występuje w kilku rolach, to na schemacie sterowania powinien figurować w postaci tyluż systemów. I na odwrót, jeżeli kilku ludzi występuje we wspólnej roli, to na schemacie powinni figurować oni jako jeden system.

Łatwo zauważyć, że możliwe są trzy sytuacje, w których jeden człowiek spełnia wszystkie trzy funkcje sterownicze. Sytuację te można wyrazić następująco:

– wiem co i jak osiągnąć (połączenie funkcji postulatora i optymalizatora), ale niech to zrobi ktoś inny,

– wiem co osiągnąć i mogę to zrobić (połączenie funkcji postulatora i realizatora), ale niech ktoś inny powie jak,

– wiem jak coś osiągnąć i mogę to zrobić (połączenie funkcji postulatora, optymalizotora i realizatora).

Tymczasem z cybernetycznego punktu widzenia, niezależnie od liczby osób, w każdej z powyższych sytuacji występują trzy systemy, tj. postulator, optymalizator i realizator.

Jednym z głównych i najczęściej popełnianych błędów w cybernetycznych dociekaniach na temat ludzkiego zachowania jest branie pod uwagę tego, co wiadomo o ludziach, a tymczasem w cybernetyce wolno się powoływać tylko na to, co wiadomo o systemach.

Abstrahowanie od wiedzy o człowieku jest szczególnie wymagane w tej książce, bo przecież chodzi w niej dopiero o poznanie człowieka, i to wyłącznie na podstawach cybernetycznych.

Wprawdzie poruszam obszernie sprawy ludzkie na podstawie wiedzy pochodzącej skądinąd, ale wyłącznie w przykładach, nigdy w twierdzeniach, jak to wyraźnie widać, na przykład, w rozdziale 5. W przeciwnym razie była by ta książka jedynie cybernetyki dydaktycznej , tj. wyrażaniem znanej rzeczywistości w terminologii cybernetycznej.

Można się też spotkać z definicjami sterowania sugerującymi, że nawet gdy proces sterowania odbywa się w urządzeniach technicznych, to jednak przynajmniej do stawiania celów sterownia niezbędny jest człowiek.

Jest to niesłuszne – w cybernetyce niedopuszczalne jest takie ograniczenie. Należy określać funkcjonowanie systemu nie przesądzając, jakim obiektem jest ten system.

Kończąc rozważania w tym rozdziale, można powiedzieć że w wąskim znaczeniu problematyka sterowania należy do grupy problemów dotyczących sposobów postępowania, tj. problemów optymalizacyjnych, ale wiąże się ona bezpośrednio z postulacją celów postępowania i ich realizacją. Ponadto decyzje dotyczące wyboru postępowania wymagają znajomości związków stwierdzonych w problemach eksplikacyjnych, ale są to związki między właściwościami stwierdzanymi w problemach klasyfikacyjnych, których rozwiązywanie wymaga uprzedniej eksploracji. Tak więc okazuje się, że sterowanie to problematyka osadzona w otoczce wszelkich rodzajów problemów.

Z jakiejkolwiek więc strony patrzeć, jest widoczne, że cybernetyka jest nauką interdyscyplinarną obejmującą całą rzeczywistość.