Posts Tagged ‘Media’

Paryż 13.11.2015 – Le Carillon – atak czy ćwiczenia? [napisy PL]

Jest to materiał o jednym z wydarzeń do jakiego doszło 13 listopada 2015 roku. W materiale jest na przykład wzmianka o przeprowadzanych ćwiczeniach SAMU (ratownictwo medyczne) tego dnia oraz kilka nieścisłości wokół knajpy Le Carillon, Le Petit Cambodge i Voltaire.

 

Kolektywna Konspiracja – Edward Griffin – napisy PL

 

Nazywam się Ed Griffin, jestem pisarzem. W swoich książkach poruszam kontrowersyjne tematy. Sądzę, że to bardzo ważne książki. Zajmuję się tematami takimi jak historia bankowości, zagadnienia związane ze zdrowiem, ONZ i polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych. Tematy te budzą w ludziach emocje, ponieważ mam zdecydowane poglądy. Uważam jednak siebie za badacza, staram się też być historykiem najlepiej jak potrafię. Zajmuję się więc w głównej mierze faktami, nie opiniami. Param się tym przez większą część swojego dorosłego życia. Zacząłem się interesować tego rodzaju zagadnieniami w 1959 roku. W 1960 roku całkowicie mnie już pochłonęły. Porzuciłem pracę w dużej firmie ubezpieczeniowej i zająłem się w pełnym wymiarze godzin pisaniem oraz wypowiadaniem się na te tematy.

Rozwój ruchu Tea Party i paradygmat lewica-prawica są w jakimś sensie powiązane, a jednak stanowią w dużym stopniu odrębne wątki intelektualne. Uważam, że w pierwszej kolejności należy omówić i zrozumieć na czym polega paradygmat lewica-prawica. Większość z nas, w tym z pewnością również i ja, wychowuje się w przekonaniu, że trzeba wybrać – przynajmniej, jeśli się jest inteligentnym – między opowiedzeniem się po prawej stronie a opowiedzeniem się po lewej stronie sceny politycznej. Trzeba mieć określone poglądy polityczne. Gdy byłem młodszy, myślałem, że ekstremalna prawa strona to coś jak faszyzm lub nazizm, a ekstremalna lewa strona to oczywiście komunizm lub socjalizm tylko trochę odbiegający od komunizmu. To był paradygmat, którego mnie nauczono i który w tamtym czasie zdawał się mieć sens. Jednak kiedy bardziej zainteresowałem się tymi zagadnieniami i dowiedziałem się o nich więcej, zacząłem sobie uświadamiać, że podstawowa filozofia między tymi tak zwanymi ekstremalnymi lewicowcami, czyli komunistami i socjalistami, a tak zwaną filozofią po prawej stronie wyznawaną przez faszystów i nacjonalistów, jest w istocie jednakowa. Jak to możliwe? Przecież powinny być swoimi przeciwieństwami. Później zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, że istnieje coś wspólnego dla tych wszystkich filozofii, co zostało pominięte w mojej edukacji. To była ideologia kolektywizmu. Zacząłem sobie uświadamiać, że rzeczą wspólną dla nich wszystkich jest coś, co się nazywa kolektywizmem. To słowo nie jest dziś zbyt poprawnie używane, nie ma go współcześnie w słowniku większości ludzi. Odkryłem jednak, że jakieś sto lat temu było bardzo powszechne. Ludzie dużo pisali o kolektywizmie. Jego przeciwieństwem jest indywidualizm. To dwa słowa, które dzisiaj są w pewnym sensie zapomniane, ale moim zdaniem powinny wrócić do łask, powinno się je zrozumieć i częściej używać. Uświadomiłem sobie, że komunizm i faszyzm, czyli tak zwane przeciwieństwa, są po prostu rodzajami kolektywizmu. Są tą samą rzeczą. Według obu tych ideologii grupa jest ważniejsza niż jednostka, jednostkę trzeba w razie konieczności poświęcić w imię wyższego dobra większej liczby. Pełnia władzy powinna należeć do państwa, a ludzie powinni być posłuszni państwu w imię wyższego dobra większej liczby i tym podobne. Według obu ideologii prawa przyznaje państwo. Nie są częścią istoty ludzkiej, nie są dane przez Boga, nie są utrwalone w ciele i duszy człowieka. Muszą być nadane przez państwo. Wszystkie te ideologie, kiedy się je analizuje jedną po drugiej – komunizm i faszyzm, nazizm i socjalizm – one wszystkie na tym polegają. Skąd więc bierze się konflikt? Zacząłem się nad tym zastanawiać. Zdałem sobie sprawę, że to w jakimś sensie oszustwo – właściwie to sądzę, że ogromne oszustwo, wielka ściema, ponieważ ludzie nawet dzisiaj myślą, że muszą wybierać między prawą a lewą stroną, nie zdając sobie sprawy, że niezależnie od tego co wybiorą, akceptują zasadniczo tę samą, leżącą u podłoża ideologię. Prawdą jest, że przywódcy tych grup – Stalinowie tego świata, Adolfowie Hitlerowie tego świata, Mao Zedongowie tego świata i tak dalej – że przywódcy tych grup reprezentujący lewą lub prawą stronę, że będą się  nawzajem zwalczać, że będą prowadzić ze sobą wojny, wielkie bitwy, jakie widzieliśmy podczas Drugiej Wojny Światowej. Ale z jakiego powodu walczą? Ideologii? W żadnym wypadku, ponieważ się co do niej zgadzają. To o co walczą ze sobą to dominacja. Kto będzie rządził? Tylko z tego powodu walczą. Kiedy zrozumie się tę historyczną prawdę, nietrudno zauważyć, że to samo dzieje się nawet dzisiaj, a już na pewno dzieje się w amerykańskiej [polskiej] polityce. Mamy lewą i prawą stronę, w pewnym sensie uosobione dzisiaj w Partii Republikańskiej reprezentującej z założenia prawą stronę i Partii Demokratycznej reprezentującej z założenia lewą stronę. A zatem jest wybór, prawda? Dlaczego więc, skoro istnieje wybór, przechodzimy od Republikanów do Demokratów, a po czterech latach wracamy znów do Republikanów? Wciąż to robimy, robimy to od końca Pierwszej Wojny Światowej. Jak to jest, że nasz kraj podąża ciągle w tym samym kierunku, głębiej i głębiej w kolektywizm, niezależnie od tego która partia jest u władzy, ponieważ obie wierzą w kolektywizm, ponieważ obie wierzą w wielki rząd. Ich slogany są inne, ich przywódcy są różni, a biedny wyborca, który próbuje się w tym wszystkim rozeznać, pada ofiarą oszustwa, przekrętu, wpada w pułapkę. Sądzę, że to ważna rzecz, którą trzeba zrozumieć – to, że paradygmat lewica-prawica jest politycznym oszustwem, który bardzo opłaca się tym, którzy wiedzą co robią. Faktem jest, że zarówno Partia Republikańska, jak i Partia Demokratyczna pozostają w rękach stosunkowo niewielkiej grupy liczącej około 4 tysięcy członków, znanej jako Council on Foreign Relations. To są ludzie, którzy tak naprawdę pociągają za sznurki zarówno w Partii Republikańskiej, jak i w Partii Demokratycznej. Pisano nawet na ten temat. Facet o nazwisku Carroll Quigley, były profesor historii na Uniwersytecie Georgetown – nawiasem mówiąc mentor Williama Clintona, kiedy Clinton studiował na tej uczelni – napisał kilka książek o tej grupie, o pochodzeniu tych ludzi, o tym, że mają korzenie w Europie, w szczególności w Anglii. W jednej ze swoich książek zawarł bardzo interesujące stwierdzenie, że ok, tak wygląda prawdziwy świat, jak to jest, że my, kolektywiści, my, elita, jak możemy rządzić światem, gdy jednocześnie chcemy, żeby przeciętny człowiek myślał, że żyje w „demokracji”, że żyje w ustroju, w którym jego głos ma znaczenie, w świecie, który pozwala mu myśleć, że ma obowiązek tworzyć własne polityczne przeznaczenie. To jest pieczołowicie pielęgnowany mit, który politycy chcą stworzyć, żeby ludzie byli zadowoleni, żeby bez względu na to, co im się przydarza, powiedzieli: „Cóż, ja na nich zagłosowałem” lub „Ja to sprawiłem” lub „Ten rząd to mój rząd. Niezależnie od tego, jak jest zły, ja jestem za to odpowiedzialny”. Dopóki ludzie mają właśnie takie spojrzenie na tę kwestię, nie skarżą się tak bardzo na zły stan rzeczy, ponieważ sami go spowodowali – tak przynajmniej sądzą. Tak więc Quigley zajmuje się kwestią jak można pozwolić ludziom myśleć, że kierują własnym politycznym przeznaczeniem, podczas gdy w tym samym czasie my, elita, kierujemy ich politycznym przeznaczeniem, a oni o tym nie wiedzą. Jak to zrobić? Quigley podaje błyskotliwą odpowiedź. Twierdzi, że to bardzo proste. Muszą istnieć dwie główne partie polityczne. Obie muszą mieć te same nadrzędne cele, te same podstawowe, fundamentalne zasady. Partie te powierzchownie dla użytku publicznego będą się ze sobą kłóciły przy użyciu sloganów, koncepcji przywództwa, stylu i tym podobnych, ale to my będziemy kontrolować je obie. To jest właśnie ta strategia. To jest to całe oszustwo skrywające się za paradygmatem lewica-prawica. Jeśli zrozumiesz historię, jeśli zrozumiesz tę rzeczywistość, wtedy będziesz mógł powiedzieć, „Tak, mamy lewą [lewicę] i prawą stronę [prawicę], ale to są po prostu przeciwne strony tego samego obrzydliwego medalu, a ten medal nazywa się kolektywizm”. Jak to się odnosi do współczesnego ruchu Tea Party? Ruch Tea Party wydaje się bardzo autentycznym, spontanicznym ruchem, zapoczątkowanym przez ludzi niezadowolonych zarówno z rządu Busha, jak i z kandydatury Obamy. Nie podobało im się ani jedno ani drugie. Byli to ludzie, którzy rozumieli mniej więcej – choć może nie pod względem intelektualnym czy historycznym – że w obu partiach obecny jest kolektywizm. Na pewno rozumieli, że coś jest nie tak. Nie chcieli, żeby ten stan rzeczy trwał dłużej. A więc ruch Tea Party… Pomyślmy o tym, co to znaczy? Cofamy się do historycznego epizodu, kiedy osadnicy wrzucili skrzynie z herbatą do Zatoki Bostońskiej w ramach protestu przeciw podatkom, ograniczeniu swobód i Ustawie Stemplowej i tak dalej, czyli działaniom Brytyjczyków wymierzonym przeciwko koloniom. Tak więc ruch Tea Party był tak naprawdę buntem przeciwko potężnemu rządowi, niezależnie od tego, z którego obozu się wywodził, czy z Partii Republikańskiej, czy z Partii Demokratycznej. Niedługo trwało, zwłaszcza, kiedy ruch Tea Party zaczął nabierać rozpędu… Miałem zaszczyt dobrze się temu przyjrzeć, ponieważ zostałem zaproszony do uczestnictwa w tych wydarzeniach, które działy się na samym początku. Pamiętam pierwsze wydarzenie, na które poszedłem – było na nim może kilkaset osób, ale wszyscy byli oddani zasadom, które uczyniły ten kraj tak wspaniałym. Nie miały one nic wspólnego z Republikanami ani z Demokratami, ale z filozofią polityczną, ideą ograniczonego rządu i władzy w rękach ludzi, a nie rządu. Tak więc na początku obserwowałem tę niewielką grupę, a potem, w ciągu kolejnych kilku lat, grupa ta rosła i rosła aż wreszcie powstał bardzo duży ruch i już na tym etapie partie polityczne, przywódcy również, ale przede wszystkim partie polityczne, zaczęły mu się bardzo uważnie przyglądać. Politycy powiedzieli, „Zaraz zaraz, to jest coś, co my powinniśmy robić”, ponieważ są ekspertami od aranżowania ruchów i pozwalania ludziom myśleć, że to ich ruch. To był autentyczny, spontaniczny ruch obywatelski, który na początku nie miał nic wspólnego z partiami politycznymi. Przywódcy dwóch głównych partii nie mogli na coś takiego pozwolić, więc dokładnie się temu przyjrzeli i demokraci uznali, że nie odpowiada im natura i slogany ruchu Tea Party i zaczęli go atakować. Starali się zrobić z członków tego ruchu zgraję idiotów, świrów i szajbusów. Republikanie z kolei pomyśleli, „Hmm, to coś, co możemy wykorzystać”. Zaczęli więc wchodzić w ten ruch najlepiej, jak potrafili i próbowali go przejąć. To był ich cel – przekabacić ruch Tea Party na swoją stronę. Dziś ten proces jest w dalszym ciągu w toku. Wciąż trwają bardzo usilne próby przeniesienia ruchu Tea Party na front republikański. Przykro mówić, ale mają w tym pewne sukcesy, w głównej mierze dzięki znanym osobom, które są blisko związane z Partią Republikańską. Mówię oczywiście o kandydatce Sarze Palin, która jest od początku do końca republikanką i świetnie reprezentuje obraz prawej strony, pasuje do niego idealnie, jest doskonałą prawicową kolektywistką z Partii Republikańskiej. Potrafi wygłaszać przemówienia pełne zapału, emocji i treści kierowane przeciwko tym złym lewicowcom, demokratom o ekstremalnych poglądach. Dobrze sobie z tym radzi. Wszystko, co mówi jest prawdą, ale przeciwko złym prawicowcom nie przemawia, ponieważ sama należy do tej grupy. Jej misją nie jest odbudowa podstawowych zasad w Ameryce, ale przywrócenie do władzy Republikanów. To jest jej misja. No i oczywiście mamy ludzi takich jak Glenn Beck, za którym stoi władza w postaci Fox Broadcasting System. Ogromna władza. Beck też zawsze wygłasza pełne zapału, przekonania i treści przemówienia  przeciwko tym złym lewicowym demokratom. Nie ma nic złego w tym, co mówi. Złe jest to, czego nie mówi. Nigdy nie atakuje nikogo z Partii Republikańskiej. Mamy ludzi takich jak Rush Limbaugh, który jest bardzo dobry w ujawnianiu prawdy o demokratach, w odkrywaniu absurdów filozofii lewicowej, ale nigdy nie powie niczego złego o prawicowcu ani o Republikaninie. Tak to właśnie wygląda. Ma się rozumieć, po stronie demokratów dzieje się to samo, jest ten sam zespół, kibice i gracze, którzy pracują razem. Przeciętny wyborca znajduje się w samym środku tego wszystkiego i nie ma najmniejszego pojęcia co się dzieje. Sądzi po prostu, że debata polega na tym, że musi wybrać na kogo będzie głosować, na Republikanów albo na Demokratów. Jak długo wyborcy pozostają w tej roli, są niczym piłeczka tenisowa w czasie meczu. Przerzuca się ich tam i z powrotem przez siatkę, najpierw na prawo, potem z powrotem na lewo i znów na prawo, od Republikanów do Demokratów. Gra trwa bez końca. Chociaż jest możliwe, że któryś gracz wygra, piłeczka tenisowa nigdy nie zwycięży w tej grze. Myślę, że nadszedł czas, żeby ludzie przestali być piłeczkami tenisowymi i całkowicie wycofali się z tej gry.

Istnieją pewne kwestie, o których ludzie po lewej stronie i po prawej stronie w amerykańskiej polityce nigdy nie rozmawiają. Powodem, dla którego o nich nie rozmawiają jest to, że się wzajemnie zgadzają. Demokraci i Republikanie zgadzają się w pewnych kwestiach, więc nie chcą ich poruszać w publicznej debacie, ponieważ to ujawniło by fakt, że obie partie są zasadniczo takie same. Rozmawiają tylko o tych zagadnieniach, co do których się nie zgadzają. Okazuje się, że kwestie, w których się zgadzają, to kwestie najważniejsze. Kwestie, w których się nie zgadzają, mają relatywnie niewielkie znaczenie. Rzeczą, co do której się zgadzają jest na przykład nasza polityka zagraniczna. Obie zgadzają się, że ostatecznym pożądanym celem jest uczynienie ze Stanów Zjednoczonych światowego rządu, nie jakiegokolwiek światowego rządu, lecz światowego rządu opartego na modelu kolektywizmu, innymi słowy wielkiego, potężnego, scentralizowanego światowego rządu. Gdyby miał to być światowy rząd oparty na zasadach wolności – wolności wyboru, wolności kultury, niewielkiej lub zerowej interwencji w życie normalnych istot ludzkich – mogłaby to być wspaniała rzecz, ale nie taki światowy rząd lewa i prawa strona mają na myśli. Mówią o totalnym światowym rządzie, w którym wszystkie najważniejsze decyzje podejmuje rząd, a ludzie na dole żyją zasadniczo w społeczeństwie feudalnym, są służącymi i chłopami. To wysokiej klasy technologiczny feudalizm. Zarówno lewa, jak i prawa strona zgadzają się, że to jest ostateczny cel, więc nigdy nie rozmawiają na ten temat w publicznej debacie. Inną kwestią, co do której się zgadzają jest dominacja systemu bankowego w naszej gospodarce i w dużym stopniu również w naszej polityce. Obie partie są zgodne, że banki pełnią nadrzędną rolę, że banki trzeba chronić, że banki trzeba finansować, że trzeba je ratować z problemów finansowych, że nie można im pozwolić zbankrutować. Kiedy banki udzielają złych kredytów krajom trzeciego świata albo kiedy udzielają złych pożyczek wielkim korporacjom, zarówno Republikanie, jak i Demokraci zgadzają się, że muszą wkroczyć z pieniędzmi podatników – uzyskanymi albo z podatków albo z inflacji – i uratować banki. Obie partie zgadzają się, że należy to robić dając pieniądze wielkim korporacjom i krajom trzeciego świata, żeby mogły nadal płacić bankom raty odsetkowe. Tak więc to są dwie najistotniejsze kwestie, przed którymi stoimy. Okazuje się, że Republikanie i Demokraci zgadzają się co do nich. Jeśli ktoś chce, może dodać trzeci temat, którym jest nasza rola na Bliskim Wschodzie. Obie partie na przemian mówią, że zakończymy tę wojnę na Bliskim Wschodzie, sprowadzimy nasze wojska do domu i tak dalej, ale to tylko retoryka. Przechodzimy od jednej partii do drugiej, a wojna wciąż trwa, wojna się rozwija, finansowanie wojny trwa. Mamy więc trzy główne problemy, być może najważniejsze ze wszystkich, i nie ma debaty między Republikanami a Demokratami w temacie co należy w tych kwestiach zrobić. Może istnieć debata pod względem retoryki i przemówień, ale kiedy przychodzi czas na głosowanie w kongresie, nie istnieje między nimi żaden podział. Już samo to powinno najdobitniej wskazywać jak wygląda dziś rzeczywistość polityczna. Każdy, kto ma otwarte oczy jest w stanie dostrzec ten fakt przyglądając się jedynie tym trzem kwestiom.

Naprawdę uważam, że kiedy Ron Paul ubiegał się o stanowisko prezydenta i ku zdumieniu wszystkich uzyskał tak duże poparcie, pomimo przeszkód, jakie przed nim stawiano i pomimo całkowitego braku zainteresowania ze strony głównych mediów, do tego stopnia, że był praktycznie nieznany wielu ludziom… Nawiasem mówiąc, sądzę, że gdyby media poświęciły mu choć w przybliżeniu tyle samo uwagi, co Republikanom i Demokratom – mam na myśli kandydatów w starym stylu z Partii Republikańskiej i Demokratycznej – prawdopodobnie zostałby prezydentem.

Tak czy inaczej, to był w pewnym sensie fenomen, że ktoś bez poparcia elity władzy, kto mówił tak jasno o wielu kwestiach – o tych właśnie kwestiach, o których my mówiliśmy, czyli o wojnie, gospodarce, ratowaniu banków, o Systemie Rezerwy Federalnej i o kwestii narodowej suwerenności – to są zagadnienia, których Republikanie i Demokraci reprezentujący główny nurt nie chcą poruszać, ponieważ się co do nich zgadzają. Ron Paul nie zgadzał się z tym, co robiły Partia Republikańska i Partia Demokratyczna i mówił o tym. Fakt, że pomimo tego, że był jedynym, który mówił o tych kwestiach, zyskał takie poparcie, przekonuje mnie, że w Amerykanach jest uśpiona moc, uśpiona świadomość, czekająca tylko na obudzenie. Sądzę, że ci, którzy kontrolują system dwupartyjny bardzo się tego boją. Nie chcą, żeby Amerykanie się ocknęli i dlatego tak ciężko dziś pracują, aby nałożyć kontrolę na Internet, ponieważ przekaz Rona Paula był rozpowszechniany przede wszystkim przez Internet, nie przez główne kanały komunikacji. Dziś obserwujemy więc nieustanne starania ze strony polityków reprezentujących dominujący nurt, którzy obmyślają różne sposoby, różne powody, różne preteksty, aby nałożyć kontrolę na Internet. Wymyślili na przykład wprowadzenie licencji, tak że ludzie nie będą mogli nawet założyć bloga bez licencji od rządu. Chcą nałożyć filtry na wyszukiwarki, żeby nie można było wyszukiwać pewnych wyrazów i tak dalej. Myślę, że w ten sposób, podejmując próby takich działań w naszym kraju, w dużym stopniu naśladują to, co już się dzieje na przykład w Chinach. Podziwiają system działający w Chinach. Politycy w Ameryce, choć wypowiadają się z pogardą o zamkniętym społeczeństwie Chin, robią wszystko co mogą, żeby naśladować Chińczyków. Jest to jeden z przejawów rzeczywistości, któremu powinniśmy się przyjrzeć. Co to oznacza dla przyszłości? Uważam, że dopóki Internet pozostaje otwarty i wolny, jego oddziaływanie jest bardzo korzystne, ponieważ w końcu mamy możliwość odcięcia się od mediów głównego nurtu. Ale z drugiej strony myślę, że jeśli rządy na świecie, a w szczególności nasz własny rząd, że jeśli uda im się nałożyć ograniczenia prawne i kontrolę na Internet, to obawiam się, że szanse na ruch jednostki przeciwko elicie władzy będą istotnie bardzo znikome.

Sądzę, że wprowadzenie człowieka do Białego Domu nie jest tak ważne jakby się początkowo zdawało. Właściwie to sądzę, że to jest niemal przeciwskuteczne, ponieważ jak długo skupiamy się na wprowadzeniu człowieka do Białego Domu, istnieje zasadnicze założenie, że to wszystko, co musimy zrobić. Taka jest natura Amerykanów. Chcą szybkich i prostych rozwiązań problemów. Chcą wiedzieć na kogo będziesz głosował. I tyle. To dlatego, że myślą, iż spełniają swój obywatelski obowiązek idąc do głosowania raz na 2 lata i być może poświęcając 20 minut na stawianie znaczków na kawałku papieru. Po wszystkim mogą powiedzieć, „W porządku, spełniłem swój obowiązek, ochroniłem swój kraj”. To nie działa w ten sposób, ponieważ decyzje zapadają zanim pójdziesz do głosowania i napiszesz ołówkiem te znaczki na kartce. Kandydaci już zostali wyselekcjonowani. Pytanie brzmi: kto wybiera kandydatów, na których ludzie głosują? Kto kształtuje kwestie, na które ludzie głosują? Głosowanie nic nie znaczy. Wszystko jest załatwione już przed tym etapem. Dopóki ludzie rozumują w kontekście na kogo będziemy głosować, jakiego człowieka wprowadzimy do Białego Domu, patrzą w złym kierunku, nie zdają sobie sprawy z wymiaru problemu. Nie twierdzę, że nie powinniśmy mieć odpowiedniego człowieka w Białym Domu, to może być bardzo ważne, twierdzę natomiast, że mamy przed sobą znacznie większe zadanie. Ludzie muszą stać się aktywni w polityce, muszą stać się aktywni w swoich społecznościach, muszą rozpowszechniać poglądy i współtworzyć opinię publiczną oraz świadomość dotyczącą najważniejszych zagadnień, tak, aby było możliwe wybranie odpowiedniego człowieka. Ron Paul prawdopodobnie zyskałby większe poparcie, gdyby ludzie lepiej rozumieli jak działa System Rezerwy Federalnej. Kiedy zaczął o tym mówić na początku swojej kampanii, większość ludzi reagowała, „Co? O czym on mówi?” Jednak dzięki Internetowi i za sprawą dystrybucji tak wielu materiałów dotyczących Systemu Rezerwy Federalnej – łącznie z moją książką, która prawdopodobnie odegrała w tym niewielką rolę – pojawiła się znaczna liczba osób, które rozumiały i mówiły, „Chwileczkę, przecież System Rezerwy Federalnej nie jest agencją rządową, to kartel, kartel bankowy, który działa wbrew interesom publicznym”. Kiedy rozległo się wystarczająco dużo takich głosów i ludzie rozumieli o czym mówią, poparcie nagle zaczęło się przesuwać w stronę Rona Paula zamiast się od niego odsuwać. Tak, ludzie nadal mówili, „Nie wiem o co mu chodzi”, jednak coraz więcej ludzi mówiło też, „WIEM o co mu chodzi i trafia w samo sedno”. Jeśli się z tym dotrze do zwykłych ludzi, kiedy wystarczająco dużo osób zacznie mówić, „Tak, on ma rację”, wówczas inni, którzy nic na ten temat nie wiedzą, zaczną słuchać i pytać, „O czym oni mówią?” i sami zaczną się tym interesować. Uważam, że doszliśmy prawie do momentu, w którym szala przechyla się na jedną ze stron, kiedy zwykli ludzie naprawdę rozumieją, że za Systemem Rezerwy Federalnej kryje się oszustwo. Sądzę, że gdyby Ron Paul i inni kandydaci po prostu nadal kładli nacisk tylko na tę kwestię, to właśnie sprawiłoby różnicę, to mogłoby stanowić różnicę między odzyskaniem naszego kraju a niezrobieniem tego.

Wracając do polityków starej daty z Partii Republikańskiej, prawdą jest, że jeśli porównamy to z Obamą…  Obama doszedł do władzy za sprawą pięknej retoryki o zmianie i wywieraniu pozytywnego wpływu, o powrocie Ameryki do korzeni i tak dalej, a ludzie odpowiedzieli na to emocjonalnie. Tak właśnie było, brakowało w tym jakiejkolwiek treści. Ale za to brzmiało dobrze. A ludzie byli źli, byli źli na reżim prezydenta, nie podobała im się administracja  Busha. Czuli złość, więc każdy, kto mówił o zmianie był ich człowiekiem, prawda? Dobrze, a teraz jesteśmy tutaj, zatoczyliśmy następne koło. Ludzie znowu są rozgniewani, ale tym razem na administrację Obamy. A więc ponownie rozgrywa się to samo polityczne oszustwo, ale tym razem po stronie Partii Republikańskiej. Teraz kandydaci z Partii Republikańskiej wygłaszają wspaniałe, emocjonalne, pokrzepiające stwierdzenia o tym, jak to kochają swój kraj, o odbudowie konstytucji, powrocie naszego kraju do korzeni, wprowadzeniu zmian, ograniczeniu władzy rządu i tak dalej. Jeżeli przyjrzymy się temu, kto mówi te rzeczy, to mamy ludzi takich jak na przykład Newt Gingrich. Jeśli spojrzymy na historię jego głosowań, zauważymy, że w całej swojej karierze politycznej głosował przeciwko konstytucji częściej niż za nią. Jest świetnym mówcą, stosuje wszystkie właściwe zwroty i słowa-klucze, ale oto mamy faceta, który mówi o powrocie do konstytucji, podczas gdy sam jest jednym z jej wielkich przeciwników, co pokazuje sposób jego głosowania w kongresie. Doszliśmy do punktu, w którym ludzie muszą przestać słuchać retoryki i zacząć patrzeć na faktyczną historię głosowań tych ludzi. Nie obchodzi mnie czy to Republikanie czy Demokraci, nie o to tu chodzi. Lenin bardzo dobrze to ujął. Napisał, „Słowa to jedno, czyny – drugie”. Mówił swoim zwolennikom, „Powiedzcie im to, co chcą usłyszeć. Nie martwcie się tym, że kłamiecie. Oni chcą słyszeć kłamstwa. Słowa to jedno, powiedzcie im, co chcą usłyszeć, niech was wybiorą, zdobądźcie władzę, a kiedy już będziecie u władzy, wtedy róbcie to, co chcecie. Słowa to jedno, czyny – drugie”. Propagował więc kłamstwo. Wierzcie mi, zawodowi politycy dobrze rozumieją tę taktykę. Nigdy by się z tym nie ujawnili i nie propagowali tej taktyki. Zaprzeczają temu, ale spójrzcie na historię ich głosowań. Nie słuchajcie ich słów, popatrzcie na czyny i wtedy będziecie wiedzieć w jaką grę z nami grają.

Zarówno Republikanie, jak i Demokraci, zarówno lewicowcy, jak i prawicowcy stosują taktykę dyskredytowania swoich przeciwników – i są w niej bardzo dobrzy. Wiedzą, że jeżeli dojdziemy do momentu, w którym toczy się poważna debata dotycząca jakiejś ważnej kwestii, najlepszą rzeczą, jaką można zrobić jest wycofanie się z tej debaty, trzymanie się z dala od tych kwestii, bo w przeciwnym razie przegrają. Zaczynają więc atakować charakter swojego przeciwnika lub jego inteligencję albo zaczynają szukać czegoś w jego przeszłości, co sprawi, że będzie wyglądał na złego człowieka. To się nazywa demonizowanie, demonizują przeciwnika. To stara taktyka, stosowana od bardzo dawna. Tak, widziałem przez lata, jak postępowali z John Birch Society, która jest po prostu organizacją edukacyjną zajmująca się zasadami i rzeczywistymi faktami historycznymi. Udało im się mniej więcej przekonać wszystkich w Ameryce, że członkowie John Birch Society w najlepszym razie są grupą staruszek w tenisówkach, a w najgorszym zgrają nazistów, faszystów, rasistów, a nawet komunistów. Nie miało znaczenia jak ich nazywali, trzeba było po prostu wymyślić dla nich jakąś brzydką nazwę. Jeżeli robisz coś takiego odpowiednio często i w głównych kanałach komunikacji, którym większość ludzi wierzy… więc tę taktykę stosuje się bardzo umiejętnie i sądzę, że powinniśmy być jej świadomi. Powinniśmy również zdawać sobie sprawę z faktu, że ludzie, o których mówimy, to elita władzy. Trudno znaleźć lepsze określenie. Ludzie, którzy naprawdę chcą kontrolować międzynarodowy, kolektywistyczny rząd, nie są głupi. Mają dużo pieniędzy i komitety doradcze, które opracowują dla nich strategie. Jedną ze strategii, którą zawsze stosowali jest kierowanie własną opozycją. Próbują kierować własną opozycją przede wszystkim dlatego, że wiedzą, iż będzie opozycja, więc po co czekać na pojawienie się prawdziwej opozycji, jeśli wiadomo co się wydarzy. Wypuść własnych ludzi i pozwól im udawać, że są twoją opozycją. Wszyscy za nimi pójdą, zwłaszcza jeśli są dobrze opłacani i wygłaszają odpowiednie przemówienia, wypowiadają właściwe słowa, na przykład te sympatyczne przemówienia wyborcze. Jednak tak naprawdę kontrolują ich ci sami ludzie, przeciwko którym występują w swoich przemówieniach. Zetknąłem się z tym, kiedy prowadziłem badanie nad Systemem Rezerwy Federalnej. Zdałem sobie sprawę, że na samym początku ci sami bankowcy, którzy stworzyli ten kartel i opracowali Ustawę o Rezerwie Federalnej – to był ich projekt ustawy – kiedy nadszedł czas, by zyskać dla niej poparcie wśród ludzi, ci sami bankowcy sfinansowali i faktycznie wypuścili własną opozycję. Niektórzy z nich zaczęli wygłaszać przemówienia i udzielać wywiadów gazetom. Mówili, „Och, ten projekt ustawy jest zły, zły dla Ameryki, zaszkodzi naszej gospodarce”. Wiedzieli, że przeciętny człowiek, który będzie to czytał w gazecie, powie, „O mój Boże, dobry Boże, posłuchajcie tego, tym bankowcom nie podoba się Ustawa o Rezerwie Federalnej… hmm, to znaczy, że musi być całkiem dobra”. Grają więc z nami w tę grę. Wiemy, że coś takiego dzieje się i dziś. Na przykład w ruchu Tea Party, jeśli chcą go zdyskredytować, jeśli nie potrafią tego kontrolować, powiedzmy, że jeśli jedna z partii nie potrafi tego kontrolować, będzie musiała to zdyskredytować, a więc właśnie to zrobi i sądzę, że już tego próbowała – że próbowała wysłać do ruchu Tea Party prawdziwych szajbusów albo ludzi, którzy udają szajbusów. Jeżeli są prawdziwymi szajbusami, już oni dopilnują, żeby zostali sprowadzeni do ruchu Tea Party. I za każdym razem, kiedy pojawia się ekipa telewizyjna z kamerami i robi zdjęcia, czy robi te zdjęcia 10.000 Amerykanów z klasy średniej, którzy wiedzą o czym mówią, czy wybiera dwóch lub trzech szajbusów w kapeluszach z folii aluminiowej? Albo facetów ze swastyką na ramieniu i tak dalej? To na tym się skupiają. Uważam, że niektórzy z tych ludzi są tam wysyłani celowo tylko po to, żeby demonizować i dyskredytować ten ruch. Większości Amerykanów trudno w to uwierzyć, ponieważ nie zdają sobie sprawy, że polityka to naprawdę twarda gra. Nie uświadamiają sobie, że uczestniczą w niej zawodowcy.

Jest kwestią prawdy historycznej, że grupa ludzi, których niekiedy nazywamy kapitalistami, wielkie, niesamowicie bogate rodziny – Rotschildowie, Rockefellerowie – stojący na czele wielkich amerykańskich korporacji, jak AT&T, Ford Motor Company i tak dalej, że ludzie myślą o nich jako o wielkich kapitalistach. To historyczny fakt, że wielu spośród tych ludzi zapewniło niezbędne środki finansowe, które umożliwiły dojście do władzy takich reżimów jak reżim Hitlera, w znacznym stopniu finansowany przez amerykańskich i brytyjskich finansistów. Podobnie w komunistycznej Rosji, grupa zwolenników Lenina była mocno finansowana przez amerykańskich i londyńskich bankowców. Kusi, by powiedzieć, „Cóż, oni stworzyli własną opozycję” i uważam, że to po części prawda, choć nie posuwałbym się aż tak daleko. Moim zdaniem ci ludzie rozglądają się, by ustalić jaki rodzaj rodzimej opozycji istnieje i jaki rodzaj rodzimych grup się rozwija, jakie powstają ruchy, które oni naprawdę chcieliby kontrolować. Być może niekoniecznie je tworzą, ale obserwują, które z nich wysuwają się na pierwszy plan i do tych właśnie wkraczają. I jeśli ktoś ma wystarczająco dużo pieniędzy – miliony dolarów – nie jest mu szczególnie trudno uzyskać wpływ na prawie każdą nową grupę, która walczy z opozycją i szuka pieniędzy. Grają zatem w tę grę, grali w nią zarówno w Związku Radzieckim, jak i w nazistowskich Niemczech. Sądzę, że robią to samo w Ameryce. Myślę, że jest to jedna z rzeczy, które teraz dzieją się z ruchem Tea Party. Nie sądzę, że to oni go stworzyli, ale postrzegają go jako ruch, który ma potencjał, by stać się potężną siłą, a więc poświęcają mu największą uwagę i wydają mnóstwo pieniędzy, aby sprawdzić, czy mogliby go wykorzystać dla własnych celów.

Inną taktyką jest to, że opozycja wie, iż Amerykanie i w ogóle ludzie na całym świecie z chęcią oddaliby swoją wolność i swoje wygody, jeśli w ich umyśle byłoby to sposobem zapewnienia sobie bezpieczeństwa i ochrony przed jakiegoś rodzaju zagrożeniem, które napawa ich strachem. Z tego powodu reżimy, które walczą o to, by utrzymać lojalność podlegających im ludzi, są bardzo niebezpiecznymi reżimami. Instynktownie wiedzą, że muszą iść na wojnę. Wiedzą, że w czasie wojny ludzie bez względu na wszystko gromadzą się przy swoich przywódcach, ponieważ trwa wojna. Jeżeli przegramy wojnę, zostaniemy najechani, zostaniemy podbici przez jakieś wroga, którego się obawiamy. Na przestrzeni historii słabe rządy traciły wpływ na własnych poddanych, tradycyjnie wszczynały wojny lub operacje pod fałszywą flagą przeciwko sobie samym. Nadal tworzą własnych wrogów, chcą być ofiarą, aby móc zgrupować za sobą swoich obywateli, a każdy, kto wciąż chce krytykować przywódców tych rządów otrzymuje piętno nie-patrioty lub nawet zdrajcy. A więc to jest stara sztuczka, wielokrotnie stosowana na przestrzeni wieków. Pisał o niej Machiavelli, który stwierdził, że w każdym momencie w historii widać przykłady jej użycia. Czy obecnie wykorzystuje się ją w Ameryce? Jak najbardziej. Przykro mi to mówić, ale tak.

Interesujące dla mnie jest to jak organizacje, których nazwa brzmi tak niewinnie jak w przypadku fundacji zwolnionych z opodatkowania, mogą mieć tak ogromny wpływ na politykę państwa, a także politykę zagraniczną i gospodarczą. Ogólne wrażenie, jakie sprawiają wielkie organizacje jak Fundacja Rockefeller czy Fundacja Forda, te wielkie megality zwolnione z opodatkowania, jest takie, że spełniają dobre uczynki. Podobno zajmują się jakiegoś rodzaju działalnością charytatywną, projektami edukacyjnymi. O rany, jaka jest różnica między tym wyobrażeniem a rzeczywistością, kiedy przypatrzymy się niektórym z nich. Wydają wiele, jeśli nie większość swoich pieniędzy na promowanie określonych projektów, które można wprawdzie opisywać jako filantropijne, ale w rzeczywistości są bardzo polityczne w swej naturze. Na myśl przychodzi w szczególności Fundacja Forda, ponieważ mimo że wydaje miliony, setki milionów dolarów przypuszczalnie na to, by polepszyć sytuację społeczną i ekonomiczną mniejszości, pieniądze te prawie zawsze trafiają do bardzo radykalnych mniejszości, które już nawet nie są mniejszościami, ale radykalnymi grupami forsującymi polityczne zmiany i niesłychanie destrukcyjne ruchy w Stanach Zjednoczonych. Wszystkie radykalne ruchy latynoskie – nie tylko latynoskie, ale w ogóle ruchy radykalne w rodzaju „obalić Stany Zjednoczone” albo „odetnijmy podatki i zwróćmy je Meksykowi” – one wszystkie są finansowane przez Fundację Forda z pieniędzy zwolnionych z opodatkowania. To trwa od dziesięcioleci. Ostatecznie trzeba dojść do wniosku, że dyrektorzy Fundacji Forda wiedzą dokładnie co robią, nie popełniają błędu, a na pewno nie popełniają tego samego błędu przez dekady. Wiedzą dokładnie co robią. Próbują podzielić Amerykę, próbują osłabić Amerykę, próbują ściągnąć Amerykę w dół, żeby przestała być światowym mocarstwem, żeby się chwiała i klęczała i dała się wygodnie połączyć ze wszystkimi pozostałymi krajami na świecie i żeby była skłonna zrezygnować ze swojej kultury, wolności, systemu sądowniczego i systemu ekonomicznego, a wszystko po to, by można ją było uratować przed jakiegoś rodzaju wewnętrznym chaosem, rewolucją, głodem i tak dalej. Inaczej mówiąc, ci ludzie celowo próbują osłabić Amerykę. Wszystko to dzieje się – nie wszystko, większość – większość z tych rzeczy dzieje się dzięki pomocy fundacji zwolnionych z opodatkowania. Co za piękna przykrywka dla czegoś, co dzieje się już od tak dawna.

Z pewnością nastąpiła zmiana w funkcjonowaniu amerykańskiego rządu. Na początku rząd posiadał określony system hamulców i równowagi, zgodnie z którym władza wykonawcza, sądownicza i ustawodawcza miały być bezwzględnie równe, żeby mogły się nawzajem kontrolować. Na przestrzeni lat nastąpiła zmiana, której początki sięgają Pierwszej Wojny Światowej, kiedy zdarzył się wielki kryzys, przed którym musieliśmy się bronić, kiedy zagrażali nam zagraniczni wrogowie. Od tego czasu wraz z każdym kolejnym kryzysem mieliśmy coraz silniejszy bodziec do tego, by zmienić formę naszego rządu po to, aby w założeniu zwiększyło się nasze bezpieczeństwo. A zatem stopniowo odchodziliśmy od systemu hamulców i równowagi. Proces ten wzmocniły decyzje Sądu Najwyższego, nowe przepisy prawa oraz media, a w głównej mierze apatia Amerykanów, jeśli nie ich totalna ignorancja w kwestii tego, jak powinno być, ponieważ nie uczą już o tym w szkołach. A więc stało się. Niezależnie od tego jak to się stało, faktem jest, że się stało. Obecnie więc nie ma już systemu hamulców i równowagi między trzema rodzajami władzy. Według realistycznej oceny mamy dyktaturę, demokratyczną dyktaturę, a większość władzy leży w rękach prezydenta Stanów Zjednoczonych. Pierwotnie prezydent miał pełnić taką rolę, jak prezes jakiejkolwiek korporacji, miał przyjmować polecenia od zarządu. Nie określał polityki, a już na pewno nie najważniejszej polityki. Być może miał coś do powiedzenia w pomniejszych kwestiach, jednak kluczowe decyzje podejmował zarząd, czyli kongres. Praca prezydenta polegała po prostu na wprowadzaniu w życie tej polityki. Tak kiedyś było w Ameryce, prezydent był relatywnie nieważną postacią. Był wybierany przez stany i jego zadaniem było wdrażanie polityki ukształtowanej przez kongres. Dziś już tak nie jest. Dziś prezydent jest zasadniczo tym samym, co król. Nie nazywamy go królem, nie mówimy „wasza wysokość”, tylko „panie prezydencie”, ale prezydent posiada niemal nieograniczoną władzę, taką samą, jak każdy wielki władca w historii. Kongres natomiast, choć wciąż o nim myślimy jako o ważnym organie, na dobrą sprawę wycofał się i pozwala prezydentowi robić co tylko chce. Kongres teoretycznie posiada władzę portfela, ponieważ może głosować w kwestii pieniędzy na finansowanie projektów prezydenta, ale i to obeszli, ponieważ teraz prezydent – nie tylko prezydent, ale na drodze całego tego procesu wypracowano sposoby i środki, dzięki którym w porozumieniu z Systemem Rezerwy Federalnej może ustanowić finansowanie bez  udziału kongresu. Dzisiaj zatem prezydent ma specjalne fundusze na to i specjalne fundusze na tamto i specjalne fundusze na jeszcze coś innego. Prezydent może ot tak sobie ustanowić każdy rodzaj finansowania, a kongres nie ma nic do powiedzenia. Dochodzimy więc do smutnego wniosku, że Stany Zjednoczone nie są już tym krajem, którym były. Pytanie brzmi co z tym zrobimy. Dawne metody, jak pisanie listu do swojego kongresmena już nie działają. Czas na fundamentalną zmianę, ale ona nie nastąpi dopóki więcej Amerykanów w pierwszej kolejności nie zda sobie sprawy z rzeczywistości, z tego, w jakiej sytuacji obecnie się znajdują. Oni wciąż żyją w świecie marzeń, wciąż czytają podręczniki do historii, patrzą na rysunki przedstawiające George’a Washingtona w białych skarpetach i tak dalej i na rysunki przedstawiające podpisywanie Deklaracji Niepodległości i myślą, że nadal tak jest. Już tak nie jest, kochani. Zatem ludzie żyją w tym świecie marzeń. Pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie w jakiej rzeczywistości żyjemy, w jakiego rodzaju systemie żyjemy, a dopiero kolejnym określenie jaki rodzaj systemu chcemy odbudować. Według mnie powrót do ideałów z naszej pierwotnej Konstytucji to wielki krok naprzód, nie wstecz. Od czasu Pierwszej Wojny Światowej cofamy się w kierunku monarchii. Musimy iść naprzód do przeszłości, jeśli mogę tak to sformułować. Ale nic się nie stanie dopóki duża liczba Amerykanów nie zrozumie, że to się musi stać. Czy to jest spojrzenie pesymistyczne czy optymistyczne? Sądzę, że optymistyczne w dłuższej perspektywie i pesymistyczne w krótszej, ponieważ nic takiego nie zdarzy się powiedzmy do listopada, nie zdarzy się podczas najbliższych wyborów. Amerykanie zawsze skupiają się na tym, jak mogą do czegoś doprowadzić szybko, żeby móc wrócić do przerwanej gry w golfa. Nie chcą poświęcać tym sprawom zbyt wiele czasu. „Będę aktywny może przez kilka miesięcy, oddam głos na kandydata czy coś, ale proszę nie przeciągajcie tego, bo jestem zbyt zajęty”. Chcą wiedzieć w jaki sposób możemy odwrócić sytuację do następnych wyborów. Nie da się tego zrobić do następnych wyborów, ale to jest możliwe i to jest właśnie optymistyczna część. Uważam, że jeśli mamy realistyczne spojrzenie na procesy zachodzące w polityce, rozumiemy, że czasami potrzeba pokolenia lub dwóch, aby mogły zajść naprawdę ważne zmiany. Jeżeli to zrozumiemy i uświadomimy sobie naszą rolę w doprowadzeniu do tych zmian, wtedy wieczorem kładąc się spać będziemy mogli powiedzieć, „O rety, naprawdę coś z tym robię, mam wpływ na rzeczywistość i zmiana naprawdę nastąpi”.

Nie wiem w którym momencie organy administracyjne rządu zyskały całkowitą dominację. Wiem jedynie, że zmiana następowała stopniowo i że za każdym razem był to gwałtowny ruch. Ilekroć mamy kryzys, ilekroć jest wojna, atak terrorystyczny albo kryzys bankowy,  niezależnie od tego, jakiego rodzaju jest to kryzys, pęd w kierunku totalitaryzmu zwiększa się, a potem zwalnia aż do następnego kryzysu. Nie wiem czy potrafię powiedzieć w którym momencie to się stało, ale mogę powiedzieć, że się stało i dzieje się również obecnie.

Tak, widziałem klip, w którym Hillary Clinton mówi… Powiedziała chyba, że dobrze jest być tak blisko głównej siedziby Council on Foreign Relations, ponieważ nie musiała sięgać zbyt daleko, żeby się dowiedzieć co myśleć i jak postępować w odniesieniu do konkretnych kwestii czy coś w tym sensie. Jestem pewien, że zawstydziło ją to stwierdzenie i prawdopodobnie wydała coś w rodzaju sprostowania, że nie do końca to miała na myśli. Ja jednak sądzę, że powiedziała dokładnie to, co chciała powiedzieć. Większość ludzi działających w polityce wie, że Council on Foreign Relations to centrum życia politycznego. To tam znajduje się cała władza. Nie masz zielonego światła w polityce, jeśli włącznik nie jest włączony w siedzibie Council on Foreign Relation. Z tego powodu wszyscy główni kandydaci na stanowisko prezydenta pojawiają się na konferencjach CFR. W Internecie można co jakiś czas obejrzeć klipy z nimi. Wygłaszają przemówienia raz przed dużą widownią, innym razem przed małymi grupami, ale jest dla mnie jasne, że sprowadza się ich na te konferencje i traktuje w bardzo miły sposób, a następnie członkowie CFR zadają im pytania, żeby sprawdzić w jaki sposób myślą, jak by się zachowali w konkretnych okolicznościach i jaki jest ich pogląd na tę czy inną kwestię. Jeżeli ich odpowiedzi są możliwe do zaakceptowania, dostają zielone światło. Council mówi, „W porządku, to jest człowiek, któremu możemy zaufać, którego możemy poprzeć”. Jeśli udzielą niewłaściwych odpowiedzi, nie sądzę, żeby kiedykolwiek otrzymali jakikolwiek rodzaj zielonego światła. Nawet ludzie tacy jak Hilary Clinton wiedzą… Hillary Clinton piastuje wysokie stanowisko,  jest jednym z najbardziej wpływowych polityków, ale w porównaniu z Council on Foreign Relations jest tylko pionkiem i wie, że musi zyskać aprobatę CFR.

Uważam, że ludzie, którzy monitorują scenę polityczną z pewnością zwrócili uwagę na rosnącą świadomość Amerykanów. Pytanie jednak brzmi czy się tym martwią. Nie sądzę, ponieważ wiemy, że myśleli o tym na długo przed tym zanim do tego doszło. Ci ludzie nie są głupi. Wiedzieli, że będzie istnieć opozycja wobec ich planów, kiedy będą się zbliżać do końca gry. Wiedzą, że kiedy ludzie zaczynają tracić wolność gospodarczą i że kiedy spada na nich jeden kryzys za drugim, opozycja się pojawi, a więc zaplanowali to dawno temu i sądzę, że to, czego tu jesteśmy świadkami… Chyba Alex Jones nazwał to ”końcem gry”. Zbliżają się do końca gry i mają na tę okoliczność plan. Ten plan to wprowadzenie stanu wojennego. Kiedy ludzie czują gniew, wychodzą na ulicę i demonstrują, a w końcu stają się nieposłuszni, w końcu uciekają się do przemocy, w końcu zaczynają tłuc szyby, w końcu ktoś zostaje ranny, w końcu ktoś traci życie, w końcu zostaje wprowadzony stan wojenny i to jest właśnie to, o co im naprawdę chodzi, chcą pretekstu dla wprowadzenia stanu wojennego. Wszystkie systemy kolektywistyczne w końcu degenerują się w państwo policyjne, ponieważ to jedyny sposób, w jaki można ten system utrzymać w całości. A zatem czy martwią się, że świadomość ludzi się zwiększa? Sądzę, że nie, ponieważ uwzględnili to w swoich planach. Ujmijmy to w ten sposób: z całą pewnością nie są tym zaskoczeni.

Ruch w kierunku światowego rządu kolektywistycznego trwa już od pewnego czasu. Nie sposób określić jego absolutne źródło, ale z pewnością pisano o nim na przełomie XIX i XX wieku. W tamtym czasie w różnych częściach świata powstawały grupy i organizacje, dla których kolektywistyczny rząd był celem. Jedną z najbardziej interesujących grup była grupa utworzona przez Cecila Rhodesa. Powstała po śmierci Rhodesa na mocy jego testamentu. Jego ogromną fortunę przeznaczono na utworzenie tajnego stowarzyszenia – bo tym właśnie była ta grupa, Rhodes zastrzegł, że musi pozostać tajnym stowarzyszeniem. Wszystkie jego pieniądze poszły na ten cel. To z tajnego stowarzyszenia Rhodesa powstała Council on Foreign Relations. Istniały też inne podobne organizacje na brytyjskich terytoriach zależnych. Wszystkie one miały za swój cel utworzenie ujednoliconego światowego rządu opartego na modelu kolektywistycznym. A zatem ten ruch polityczny i intelektualny ma ponad stuletnią historię. Z całą pewnością zyskał znaczenie w miarę, jak Pierwsza Wojna Światowa nabierała rozpędu i wreszcie w czasie Drugiej Wojny Światowej. Wszyscy najważniejsi gracze na światowej scenie mówili o globalnym rządzie. Próbowali utworzyć Ligę Narodów, ale się nie udało. Wreszcie utworzyli Organizację Narodów Zjednoczonych, która przetrwała, więc teraz starają się po prostu pompować w ONZ konstrukcję globalnego rządu, który zawsze sobie wyobrażali. To jest przedsięwzięcie wykraczające poza jedno pokolenie, przedsięwzięcie trans-pokoleniowe, innymi słowy to nie jest wizja tylko jednej osoby. Ludzie, którzy je zapoczątkowali dawno już nie żyją, ale ich spadkobiercy kontynuują realizację tego marzenia. Jestem pewien, że oni postrzegają to jako wspaniałą rzecz, jako koniec narodów, jak to zostało historycznie zdefiniowane. Postrzegają to jako coś korzystnego, ponieważ twierdzą, że to położy kres wojnie. Mogą sprzedać ten pomysł jako wielki krok w kierunku braterstwa, ujednoliconego, globalnego… używają tych wszystkich słów, żeby to dobrze brzmiało. Ale kiedy zaczniemy badać rzeczywistą taktykę, którą oni stosują, to już nie jest tak różowo. Ich działania opierają się na zasadzie kolektywizmu, o którym już kilkakrotnie wspomniałem, a to oznacza, że rząd ma pełnię władzy, że jest to despotyczny rząd, ten sam rodzaj systemu, o którym myślał Adolf Hitler, a przecież prowadziliśmy wojnę, by zniszczyć jego i jego system, ten sam rodzaj systemu, o którym myślał Józef Stalin, a prowadziliśmy zimną wojnę i robiliśmy wiele innych rzeczy, by dopilnować, że nic takiego się nie zdarzy, ten sam rodzaj systemu, o którym myślał Mao Zedong, a także Benito Mussolini. Wszyscy potężni kolektywiści w historii mieli za swój cel ujednolicony, światowy rząd oparty na modelu kolektywizmu, a my, choć do niedawna walczyliśmy z takimi zapędami, teraz sami jesteśmy największymi zwolennikami kolektywizmu. Nie nazywamy tego tyranią, nie nazywamy tego faszyzmem, nazizmem, komunizmem – mamy na to lepszą nazwę. Nazwa, którą wybrali kolektywiści to „nowy porządek świata”. To ich ulubione określenie. Ale kiedy zbadamy naturę i istotę tego „nowego porządku świata”, okaże się, że jest to system kolektywistyczny, czyli potężny rząd i mali ludzie na dole, spełniający rozkazy. To jest koncepcja podlegająca ewolucji od ponad stu lat. Wygląda na to, że teraz zaczyna być widoczna. Widzimy, jak narody Europy połączyły się w Unię Europejską. Na dobrą sprawę wszystkie te państwa utraciły swoją suwerenność na rzecz Unii Europejskiej. Zawsze mówiono, że to krok w kierunku prawdziwego światowego rządu, że jest nim w pierwszej kolejności zjednoczenie małych rządów na świecie w regionalne grupy, takie jak Unia Europejska. Istnieje taki zamysł w stosunku do Azji i Afryki, a teraz mówi się o realizacji tej samej koncepcji na kontynencie północnoamerykańskim. Unia Północnoamerykańska, bo taką nazwę wymyślono, miałaby być połączeniem Stanów Zjednoczonych, Meksyku i Kanady. Zwolennicy tego procesu zaprzeczają, jakoby był w toku, ale z całą pewnością jest i to od ponad dekady. Jeśli się zbada niektóre przepisy prawne i decyzje administracyjne ustanawiane i podejmowane przez rząd federalny na wszystkich poziomach, widać, że oni często używają wyrazu „harmonizacja”, co oznacza, że zharmonizują lub spróbują zharmonizować nasze przepisy prawne z przepisami prawnymi Kanady i Meksyku, także ten proces już na dobre trwa. Widzimy, jak euro zastępuje waluty narodowe w Europie. Jedna, regionalna waluta. Teraz mówią o tym samym tutaj w Stanach Zjednoczonych. Pozbądźmy się amerykańskiego dolara, pozbądźmy się meksykańskiego peso, pozbądźmy się kanadyjskiego dolara i stwórzmy nową walutę dla tych trzech państw, która prawdopodobnie będzie się nazywać amero. To nazwa, którą zdają się obecnie forsować. Ta konstrukcja światowego rządu opartego na modelu kolektywizmu jest budowana systematycznie krok po kroku. Codziennie można zajrzeć do gazety i znaleźć dowód, że dodano kolejną cegłę, kolejną belkę i że proces ten trwa i trwa bez końca. Czy to jest dobry czy zły proces? Czy to jest nieunikniony proces? Po pierwsze nie sądzę, że jest nieunikniony, ponieważ muszą go przeprowadzić ludzie i ci ludzie muszą chcieć go przeprowadzić albo nie chcieć go przeprowadzić. Jest zaawansowany, ponieważ ludzie u władzy, ludzie, których my wybieramy, ludzie, którzy stoją na czele naszego własnego rządu, ludzie, którzy stoją na czele rządów tych pozostałych krajów, wszyscy ci ludzie na szczycie opowiadają się za tym procesem. Dlatego właśnie to się dzieje. Na poziomie wyborcy, nie sądzę, żeby większość ludzi w ogóle wiedziała, że to się dzieje. Ale gdyby wiedzieli, prawdopodobnie powiedzieliby, „Nie uważam, że to dobry pomysł”. A zatem trudność zawsze polega na tym, jak to przeprowadzić zanim będzie za późno w taki sposób, żeby Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi czy Niemcy, a teraz Meksykanie czy Kanadyjczycy za bardzo się tym nie przejęli. Taka zawsze była stosowana przez nich strategia. To oznacza, że muszą zaprzeczać, że to się dzieje i prowadzić dalej tę politykę za zamkniętymi drzwiami. Nie poddają tych kwestii pod głosowanie w kongresie. Realizują ten proces na drodze administracyjnej, nie zaś ustawodawczej. Stosują te wszystkie strategie i taktyki. Czy to jest dobra rzecz czy zła rzecz? Według mnie to bardzo zła rzecz, ponieważ uważam, że kolektywizm jest cmentarzem cywilizacji, a z pewnością cmentarzem wolności. Jeśli się o tym pomyśli, w żadnym kolektywistycznym systemie na świecie wolność nigdy nie miała się dobrze. Ludzie, którzy nie zgadzali się ze swoimi przywódcami, zawsze kończyli w gułagu czy w jakimś innego rodzaju obozie koncentracyjnym. Sądzę, że należy zrozumieć te wszystkie czynniki po to, abyśmy mogli opracować inteligentny plan co zrobić w tej sytuacji, ponieważ nasze rozważania są czysto akademickie, dopóki nie opracujemy planu działania. Pierwszym krokiem do tego, by wiedzieć co zrobić w tej sytuacji jest wiedzieć czego nie robić. Rozumiem przez to, że nie należy ulegać paradygmatowi lewica-prawica, bo choć zarówno prawe skrzydło, jak i lewe skrzydło obrały sobie za cel kolektywistyczny rząd, to wzajemnie się zwalczają. Jeżeli wpadniemy w tę pułapkę, nie będziemy robić nic innego jak tylko walczyć raz z lewicowcami, a raz z prawicowcami – nie ma żadnej różnicy, ponieważ niezależnie od tego, po której jesteś stronie w tej bitwie, i tak forsujesz strategię globalistycznego rządu. A zatem w pierwszej kolejności trzeba uważać, żeby nie wpaść w pułapkę paradygmatu lewica-prawica. Drugą rzeczą jest wiedzieć czego się chce. Nie wystarczy wiedzieć czego się nie chce. Oczywiście, że nie chcemy tyranii, oczywiście, ale czego chcemy? Cóż, przeciętny zjadacz chleba powie po prostu, że chce być wolny. Ale kiedy zapytasz tę osobę czym jest wolność… To dobre pytanie, prawda? Co to jest wolność? Wiele osób sądzi, że wolność to po prostu nieprzebywanie w więzieniu. To jest ich definicja. Nie siedzisz w więzieniu, jesteś wolny. Nie ma dla nich żadnego znaczenia, że nie wolno ci żyć tam, gdzie chcesz żyć, zatrudniać tego, kogo chcesz zatrudnić, podróżować tam, dokąd chcesz podróżować, wydawać swoich pieniędzy tak jak chcesz je wydawać, pisać to co chcesz napisać, wejść w Internet i powiedzieć to co chcesz powiedzieć – uważają, że to nieważne dopóki nie siedzisz w więzieniu. To właśnie nazywają wolnością. Nie sądzę, by wolność według tej definicji warta była tego, by o nią walczyć. Musimy zatem wiedzieć, czego chcemy, czym jest wolność. Z tego powodu utworzyliśmy Freedom Force International, jako próbę zdefiniowania wolności. I zdefiniowaliśmy ją, posiadamy credo wolności, które naszym zdaniem stanowi bardzo pozytywne ujęcie tego czym ona jest. Mamy też przykazania wolności, rzeczy, których nie wolno robić. To bardzo proste rzeczy, ale wszystkie wielkie ruchy w historii zaczęły się od prostych koncepcji. Obecnie ruch wolnościowy w Ameryce i na całym świecie bardzo potrzebuje prostych koncepcji, prostych zasad, jakichś ideałów, w które można wierzyć. Stare porzekadło mówi, że jeśli w nic nie wierzysz, ulegniesz byle czemu. Jest w tym wielka prawda. A zatem pierwszym krokiem do zatrzymania tego pędu w kierunku globalnego, kolektywistycznego, despotycznego rządu jest wiedzieć w co wierzymy i czym jest wolność, umieć określić wolność, być w stanie jej bronić, odpierać twierdzenia kolektywistów, że ten system jest lepszy od tamtego z tego lub innego powodu. I wreszcie na końcu pojawia się pytanie kto to zrobi. Łatwo jest stracić nadzieję, zniechęcić się i powiedzieć, „Nikogo to nie obchodzi. Mój sąsiad kosi trawę. To dobry facet, gadamy o baseballu, pogodzie i o najnowszych filmach, ale on nie chce rozmawiać o polityce, gospodarka też go nie obchodzi. Nie chce nic wiedzieć na ten temat, a już na pewno nie chce brać żadnego rodzaju osobistej odpowiedzialności za monitorowanie i zmianę obecnego systemu”. Jak zatem zatrzymać ten wielki pęd w kierunku globalnego rządu, którym kierują potężni ludzie będący u steru władzy, jeśli nikt na ulicy o to nie dba? Odpowiedź jest następująca: wszystkie ruchy w historii determinowało zawsze mniej niż 3 procent populacji. Nie potrzebujesz wszystkich. Zresztą to niemożliwe. Coś takiego nigdy się nie zdarzy. Nie zdarzyło się wcześniej, nie zdarzy się teraz i na pewno nie zdarzy się w przyszłości. Przełomowych zmian dokonuje zawsze 3 procent społeczeństwa lub nawet mniej. Jeśli jesteś w stanie dotrzeć do 3 procent ludzi, których to naprawdę obchodzi i którzy naprawdę mają odpowiednie predyspozycje, są skłonni do poświęceń i oddani stojącemu przed nim zadaniu, to zmiana może się dokonać, a twój sąsiad będzie dalej pchał kosiarkę w tę stronę, w którą zmierza system. Zawsze tak było. A zatem nie musi nas zniechęcać fakt, że nie każdy się tym interesuje. Naszym zadaniem jest znaleźć ten jeden, dwa lub trzy procent ludzi, których to naprawdę obchodzi, podzielić się z nimi naszym przekazem, połączyć z nimi siły, a następnie zdobyć władzę. Zdobycie władzy oznacza, że musimy dostać się do polityki, odzyskać ośrodki medialne. Musimy przekazać tę informację. Musimy sprawić, aby nasz głos było słychać w wielkich ośrodkach władzy w społeczeństwie, w partiach politycznych, związkach zawodowych, organizacjach kościelnych, ośrodkach medialnych i tak dalej. To tam my – te 3 procent lub mniej – musimy wziąć się do roboty, to tam musimy stoczyć bitwę, to tam musimy ugodzić wroga i to tam odzyskamy wszystkie poszczególne kraje świata.

Istnieje fałszywa rywalizacja między lewicą a prawicą. Na ringu wrestlingowym stoi zawodnik w czarnej masce, a za chwilę wchodzi facet w niebieskiej pelerynce i zaczynają ten wielki zabawny mecz. To wspaniałe widowisko. Są kibice i komentatorzy po lewej i prawej stronie. Widowni podoba się ten mecz, oglądanie go sprawia im przyjemność. To ekscytujące, prawda? Zawodnicy wyrzucają się nawzajem z ringu, biją się, są raz na górze, raz na dole, wydaje się, że jeden z nich wygrywa, ale za chwilę okazuje się, że przegrywa. Cóż, ten mecz przegrał, ale wraca za tydzień, a więc nie przegapcie kolejnego meczu. Wraca legenda ringu, wszystko się kończy. Tak właśnie wygląda amerykańska polityka. Obaj zawodowi zapaśnicy trochę się pobiją w trakcie meczu, a potem spotkają się w szatni, poklepią się po plecach, pójdą razem na piwo i powiedzą, „To było całkiem niezłe przedstawienie, co zrobimy w przyszłym tygodniu?” To jest amerykańska polityka. Zarówno po lewej, jak i po prawej stronie mamy kibiców, spikerów programów informacyjnych, gospodarzy talk-show i to oni kształtują debatę. Nie pozwalają Amerykanom dyskutować o naprawdę istotnych kwestiach. Nie pozwalają im nawet pomyśleć o naprawdę istotnych kwestiach, czyli o tym czy zachowamy amerykańską suwerenność i czy pozwolimy, aby System Rezerwy Federalnej, który jest kartelem bankowym, nadal kierował naszym rządem. Nie pozwalają nam rozmawiać na te tematy. Dopóki polegamy na zabawnych zapaśnikach i sowicie opłacanych komentatorach w mediach, którzy zatrzymują naszą uwagę na drugorzędnych kwestiach, nigdy nie wydostaniemy się z tego bagna. Pierwszą rzeczą jest więc rozpoznać problem, sprawdzić kto jest opozycją, a potem odejść od tych ludzi.

Sądzę, że przedstawienie w wykonaniu Glenna Becka jest bardzo interesujące. Facet odwala kawał dobrej roboty. Ja osobiście mam mały problem z jego osobowością telewizyjną, do mnie on zbytnio nie przemawia, jednak wiele osób takiego problemu nie ma, ponieważ on wydaje się tak szczery, tak emocjonalny i wydaje się takim patriotą i kocha swój kraj i tak dalej. To się bardzo dobrze sprzedaje. Czy ja kwestionuję jego szczerość? Tak, bo wiem, że to jest show i wiem, że jeśli rzeczywiście byłby tak bardzo zaniepokojony losem Ameryki i jeśli byłby tak wielkim patriotą, za jakiego się podaje, ujawniałby przestępcze działania po prawej stronie tak samo, jak po lewej. Wtedy wiedziałbym, że jest szczery. Ale ponieważ jest tak dobrze zdefiniowany dokładnie po środku, atakuje tylko tych po lewej stronie, a złe uczynki polityków prawicowych puszcza płazem. Stąd wiem, że to jest zabawny mecz wrestlingowy.

Musimy uświadomić sobie, że Fox News Network stanowi część imperium Ruperta Murdocha, podobnie jak wiele innych wielkich ośrodków medialnych, jak ABC, CBS, NBC – one wszystkie znajdują się w rękach członków Council on Foreign Relations i samego Murdocha jako członka Council on Foreign Relations. Co nam to mówi? To mianowicie, że istnieje ukryty plan, że ci ludzie mają ukryty plan i się tym chełpią. Nietrudno odkryć jaki to plan. Jest nim światowy rząd. Ich plan to utworzenie światowego rządu opartego na modelu kolektywizmu. Wiemy, że Murdoch nie zezwoliłby na istnienie spójnego programu czy ruchu wewnątrz swojego kanału w sieci, jeśli ów program czy ruch – przynajmniej w jego przekonaniu – nie służyłby forsowaniu tego planu. Wiemy zatem, że to fałszywa gra. Jak to wszystko składa się w całość? Mamy Fox Network, który reprezentuje prawe skrzydło paradygmatu lewica-prawica i mamy inne grupy po drugiej stronie, których nie będę wymieniał, ponieważ jest ich bardzo dużo, w każdym razie grupy reprezentujące lewe skrzydło tego paradygmatu. W zależności od tego kogo słuchasz, który kanał oglądasz, doświadczasz  efektu pomponiary. Po prawej stronie są dobrzy ludzie, a wszyscy po lewej są źli lub odwrotnie, wszyscy po lewej są dobrzy, a wszyscy po prawej źli. To nie przypadek, że Fox Network pełni rolę pomponiary wszystkiego co jest po prawej stronie, czyli przynajmniej w tej chwili Partii Republikańskiej. Odwalają kawał dobrej roboty. Kiedy Glenn Beck rysuje wykres pokazujący genealogię w powiązaniu z partią komunistyczną i tak dalej, nie mam wątpliwości, że to prawda, ale dlaczego nie zrobi tego samego na przykład z rodziną Busha i nie wskaże jej powiązania z nazistami w Niemczech czy też roli amerykańskich banków w sfinansowaniu przejęcia władzy przez Adolfa Hitlera? Dlaczego tego nie robi? Nigdy tego nie zrobi. Wyśmiałby każdego, kto zrobiłby coś takiego. Nazwałby go teoretykiem spisku czy jakoś podobnie. Taką rolę pełni i pełni ją bardzo dobrze.

Po to, żeby przerzucać piłeczkę pingpongową czy tenisową tam i z powrotem przez siatkę, od Republikanów do Demokratów i od Demokratów do Republikanów, potrzebni są eksperci w krytykowaniu drugiej strony. To część gry. Nie ma mowy o otwartej i obiektywnej analizie wiadomości, bo ludzie powiedzieliby, „Hmm chyba obie partie są wszawe”. Nie może tak być, bo nie tak się gra w tę grę. Po prawej stronie muszą działać ludzie, których rolą jest ujawnianie złych uczynków i sprzeciwianie się lewicowcom, a po lewej stronie ci, którzy ujawniają złe uczynki i sprzeciwiają się prawicowcom. Konieczne jest, by zawsze byli ludzie, którzy potrafią wyrazić poważny sprzeciw i krytykę drugiej strony. To zależy od tego, kto aktualnie sprawuje władzę. Oni wszyscy są źli. Zawsze łatwo jest znaleźć coś do skrytykowania. Oni wszyscy kłamią. Wszyscy składają obietnice, których nie zamierzają dotrzymać i których istotnie nie dotrzymują. Wszyscy uwikłani są w różnego rodzaju oszustwa i szwindle. Jest w tym nieuczciwość… To polityka. Oni wszyscy tacy są. Mogę zrobić zastrzeżenie dla jednego procenta, o którym nic mi nie wiadomo. Ron Paul prawdopodobnie taki nie jest. Nie można liczyć na to, że jest inaczej. Łatwo jest zatem… Kiedy jedna partia obejmuje władzę, druga daje jej trochę czasu, coś w rodzaju miodowego miesiąca, żeby było jasne, że niczego nie zmieni, a potem przechodzi do ofensywy i mówi, „Popatrzcie tylko co oni zrobili, jacy są źli”. I wtedy wyborcy myślą, „No tak, musimy się ich pozbyć”. Niesamowicie się więc nakręcają, tak jak teraz członkowie Partii Republikańskiej wzywający, żebyśmy odzyskali nasz kraj, odbudowali Konstytucję, wygonili CIA z naszych sypialni i odegnali od naszych komputerów i tak dalej, wszystkie te chwytliwe hasła. Ani jedno z tych słów nie jest wypowiadane na poważnie. Grają jedynie na sentymentach wyborców. Zależy im teraz wyłącznie na tym, by prezydentem został Republikanin. Ludzie nie przyjrzą się dokładnie kandydatowi z Partii Republikańskiej, ponieważ będą tak pełni pogardy i nienawiści wobec Demokraty, czyli Obamy, że powiedzą, „Nieważne kogo wybierzemy, każdy będzie lepszy niż on”. Oczywiście Obama w ten sam sposób został prezydentem. Ludzie powiedzieli, „Nic mnie nie obchodzi Obama, nie obchodzi mnie co mówicie, każdy będzie lepszy niż Bush”. To samo było z Bushem – każdy będzie lepszy niż Clinton. Amerykańska polityka to polityka nienawiści. Nie chodzi o to kogo lubisz albo kogo kochasz, ale o to kogo nienawidzisz. Tylko o to dzisiaj chodzi. To strategia, która jak się zdaje działa bardzo dobrze.

Ludzie zawsze przeżywają szok, kiedy dowiadują się, że jedni z największych masowych morderców w historii, najwięksi tyrani w historii byli popierani i finansowani przez bardzo zamożnych finansistów i siły w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Czasami idą bardzo blisko ramię w ramię. Każdy wie o zdobyciu władzy przez Hitlera, ale mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że partia nazistowska była finansowana przez wiele dynastii bankowych, które nadal istnieją w Stanach Zjednoczonych. One finansowały Hitlera. Wielkie korporacje amerykańskie weszły w spółkę z niektórymi niemieckimi korporacjami i w ten sposób powstał kartel o nazwie IG Farben. Włożyły ogromne kwoty jako inwestycję w nazistowską machinę wojenną. Włożyły pieniądze w partię polityczną Adolfa Hitlera, partię nazistowską. Wysłały nawet do Niemiec jednego ze swoich ekspertów od public relations – nazywał się bodajże Ivy Lee – żeby przeprowadził wywiad z Hitlerem, poddał go analizie i zgłosił sugestie jak poprawić jego publiczny wizerunek. Były mocno zainteresowane promowaniem nazistowskiego reżimu. To kwestia prawdy historycznej, a nie opinii. Może ci się to podobać lub nie, ale to jest prawda historyczna. Coś takiego zawsze się dzieje. Mao Zedong nie mógłby zdobyć władzy, gdyby nie bardzo potężne siły w Stanach Zjednoczonych. Przed końcem Drugiej Wojny Światowej przepędzono Japończyków, ale w Chinach panował duży podział. Chińscy nacjonaliści pod wodzą Czang Kaj-szeka opanowali znaczną część kraju, zaś druga część znajdowała się w rękach chińskich sił komunistycznych pod wodzą Mao Zedonga. Siły nacjonalistyczne i siły komunistyczne były zaciekłymi wrogami, pomimo tego, że walczyły do pewnego stopnia razem przeciwko Japończykom. Obie wiedziały, że kiedy wojna się skończy, tylko jedna z nich będzie mogła przetrwać, więc przygotowywały się na to, że będą ze sobą walczyć. Taki scenariusz nie leżał w najlepszym interesie ludzi w Waszyngtonie. Nie chcieli, żeby się spełnił, toteż wywierali nacisk na nacjonalistach, czyli na rządzie Czang Kaj-szeka, aby przyjął komunistów na kluczowe stanowiska, utworzył coś, co nazywano rządem koalicyjnym. Amerykanom zależało, aby komuniści objęli bardzo kluczowe stanowiska, ściśle mówiąc, aby stanęli na czele wojskowości. No i to by było na tyle. Nacjonaliści tego nie chcieli. Tak więc generał George Catlett Marshall, który w tamtym czasie dowodził wszystkimi operacjami militarnymi w Azji, po prostu odciął dostawy amunicji i broni dla nacjonalistów i dopilnował, żeby całe wyposażenie wojskowe porzucone przez Japończyków zostało przekazane komunistom. Dzięki tym dwóm posunięciom nie mogło być wątpliwości, że armia Mao Zedonga, która w tym czasie była już dużo lepiej znana i dużo lepiej wyposażona niż wojska komunistyczne, odniesie zwycięstwo – i tak też się stało. George Marshall później nawet się tym chełpił. Powiedział, „Ot tak rozbrajam w jednej chwili 30 dywizji armii Czang Kaj-szeka”. Wszystko to spowodowały Stany Zjednoczone. Decyzja o przejęciu władzy w Chinach przez komunistów została podjęta przez tak zwane siły kapitalistyczne w Stanach Zjednoczonych. Te wszystkie informacje są sprzeczne z konwencjonalną wiedzą historyczną, ale tak jak powiedziałem wcześniej, łatwo je odszukać w źródłach historycznych, nie są już dłużej kwestią opinii. Całość można podsumować stwierdzeniem, że niektóre z najbardziej brutalnych reżimów totalitarnych w historii były finansowane przez bardzo zamożnych ludzi, o których myślimy po prostu jako o kapitalistach. Mają wielkie fortuny, ale my nie zdajemy sobie sprawy z tego, że posiadanie wielkiej fortuny samo w sobie nie jest problemem. Chodzi o to, co robisz z tą fortuną i w jaki sposób ją zdobyłeś. Kapitalista wolnorynkowy to taki, który zdobywa majątek na drodze rywalizacji, dzięki istnieniu wolnego rynku oraz wytwarzaniu produktów i świadczeniu usług lepszej jakości i po niższej cenie. Kapitalista monopolistyczny to taki, który zdobywa majątek kupując lojalność polityków i przepychając określone przepisy prawne, żeby przechylić szalę rządu na swoją korzyść, a także dzięki stawianiu przeszkód na drodze konkurencji. Istnieją więc dwa rodzaje kapitalistów, jeśli już chcemy używać tego słowa. Musimy to powiedzieć jasno. Kapitaliści, o których mówimy, ci, którzy wspierali totalitarne reżimy, nie byli kapitalistami wolnorynkowymi. To byli kapitaliści monopolistyczni, którzy wierzyli w koncepcję kolektywizmu.

Kwestia ratowania banków z kłopotów finansowych jest bardzo prosta. Można ją skomplikować, ale u swojej podstawy jest naprawdę bardzo prosta. Chodzi o to, że banki, które posiadają Federal Reserve System – bo to jest kartel banków – mają wielki wpływ na nasz rząd federalny. Kiedy banki wpadły w kłopoty i były o krok od bankructwa… Większość banków, jeśli się spojrzy na ich bilans, rzeczywiście zbankrutowało, ponieważ udzieliły zbyt wielu złych kredytów krajom trzeciego świata lub wielkim korporacjom i te kraje i korporacje nie były w stanie dalej płacić odsetek od tych kredytów. Banki doszły do momentu, w którym musiały uznać te kredyty za niespłacalne. To by je zniszczyło, poszłyby na dno. Przestałyby funkcjonować. A zatem prezesi tych banków udali się do swoich przyjaciół w Waszyngtonie i powiedzieli, „Słuchajcie, musimy uratować Amerykę”. Nie powiedzieli, że musimy uratować banki, ale że musimy uratować Amerykę. Jeżeli banki upadną, kto wie co się stanie. Ameryka pójdzie na dno. Tak więc ich przyjaciele w kongresie przegłosowali miliardy, a ostatecznie biliony dolarów, żeby to wszystko umożliwić, żeby uratować General Motors i Forda, różne kraje i same banki. Amerykanom zostało to przedstawione jako wspaniałe posunięcie w imieniu Ameryki. Oto w jaki sposób uratujemy Amerykę – ratując banki. Prawie się udało – prawie, bo do tego czasu wystarczająco dużo ludzi uświadomiło sobie o co chodzi w tej grze. Wiedzieli, że System Rezerwy Federalnej generuje pieniądze z niczego. Wiedzieli, że to będzie miało swoje skutki i wiedzieli, że to oni będą musieli zapłacić rachunek albo w formie podatków albo inflacji. Ostatecznie zapłacili w formie inflacji, ponieważ politycy niechętnie podwyższają podatki tak bardzo jak powinni, żeby pokryć wydatki rządu, więc zawsze utrzymują podatki na tak niskim poziomie jak to tylko możliwe. No ale zebrali pieniądze poprzez inflację, ponieważ pompując nowe pieniądze w gospodarkę, rozcieńczyli siłę nabywczą wszystkich istniejących pieniędzy. Kiedy wyborcy uświadomili sobie, że to oni będą musieli zapłacić ten rachunek – nie rząd, ale obywatele, konsumenci, mieli zapłacić za ratowanie banków, to oni faktycznie je ratowali – a więc kiedy to sobie uświadomili, poczuli gniew. Jako wyraz sprzeciwu zapoczątkowali wielki ruch, było mnóstwo złości, zwłaszcza, gdy dowiedzieli się, że niektórzy z dyrektorów otrzymywali warte milion dolarów bonusy za doprowadzenie swojego banku do bankructwa. Emocje sięgały zenitu. Nawiasem mówiąc, uważam, że cała ta kwestia bonusów, choć ważna, była kwestią poboczną. Sądzę, że to był jeden z tych trików stosowanych przez media w celu odwrócenia uwagi publicznej od prawdziwego problemu. A prawdziwym problemem był fakt, że System Rezerwy Federalnej i kongres generowały te wszystkie pieniądze na ratowanie banków z niczego. To była zasadnicza kwestia, która mogła doprowadzić do bankructwa Ameryki, pozbawić ludzi pracy i domu. Mogła zniszczyć Amerykę, ale czy oni o tym mówili? Nie, mówili o tym jak to źle, że prezes jakiegoś banku otrzymał premię w wysokości miliona dolarów. To tam na dłuższy czas skierowano uwagę wszystkich. To była kwestia poboczna, przynajmniej według mnie. Tak to właśnie wyglądało. Co można na to wszystko powiedzieć? Mimo że coś takiego budzi w ludziach złość, fakt ten nie doprowadził do żadnej zmiany, ponieważ ludzie nie kontrolują swojego rządu. Sądzą, że tak, ale się mylą. Reprezentujący ich politycy mają zobowiązania wobec cechu bankowego i kartelu bankowego, jakim jest System Rezerwy Federalnej. To tam dziś znajduje się władza. Jeżeli potrzebujesz na to jakiegoś dowodu, wystarczy, że przyjrzysz się najnowszej historii, ratowaniu banków wbrew woli większości Amerykanów, pomimo złości większości Amerykanów. Pomimo sprzeciwu społeczeństwa kongres nie zawahał się i przegłosował ustawę. Prezydent Stanów Zjednoczonych ją podpisał, wszyscy na górze opowiadali się za nią, ale ludzie na dole jej nie chcieli, więc jak to możliwe, że plan został zrealizowany? Gdyby ludzie kontrolowali swój rząd, czy to by się wydarzyło? Nie. Oto jest niezbity dowód, że obywatele Stanów Zjednoczonych utracili kontrolę nad swoim własnym rządem.

Gniew związany z ratowaniem banków z tarapatów finansowych posłużył jako wielka siła napędowa dla ruchu Tea Party, ale pytanie brzmi czy ruch Tea Party będzie w stanie w jakikolwiek sposób to wykorzystać? Odpowiedź brzmi: nie, dopóki nie wymienią ludzi w Waszyngtonie, którzy doprowadzili do ratowanie banków. Ruch Tea Party nie będzie miał żadnej wartości, jeśli nie doprowadzi do wymiany polityków, którzy wywołali kryzys finansowy. To oznacza, że trzeba wymienić wszystkich, nie tylko Demokratów albo Republikanów. Wszystkich. Obawiam się, że obecnie ruch Tea Party… Podejmuje się próby, aby stał się rzecznikiem Partii Republikańskiej, tak by wyglądało, że wszystko co się dzieje w gospodarce, w tym ratowanie banków, że to wszystko jest skutkiem działania Demokratów, ale to nieprawda. Z pewnością odegrali w tym znaczącą rolę, lecz to wszystko dzieje się od dziesięcioleci i Republikanie też mają w tym swoją rolę. Niektórzy z  Republikanów, którzy dziś wstają i mówią, „Powinniśmy położyć kres ratowaniu banków”, to ci sami ludzie, którzy na początku głosowali za tą ustawą, tylko nikt nie sprawdza historii ich głosowań. A zatem tak, gniew Amerykanów związany z ratowaniem banków jest paliwem dla ruchu Tea Party. To dobrze, ale kluczową kwestią jest czy ruch ten pozostanie niezależny od politycznego wpływu Partii Republikańskiej.

Tak, myślę, że film „What in the world are they spraying?” („Co rozpyla się na świecie?”) będzie bardzo ważnym filmem, który zaszokuje wiele osób. Że coś rozpylają, to wiadomo. Sądzę, że wrodzona inteligencja każdego człowieka mówi mu, że to, co widzi na niebie, te przecinający się linie i białe smugi prowadzące od horyzontu do horyzontu, to nie są jedynie kryształki lodu, które ciągną się za silnikiem odrzutowym. Prawdą jest, że silnik odrzutowy wytwarza kryształki lodu na dużych wysokościach, gdzie panują niskie temperatury, ale są one bardzo szybko wchłaniane w atmosferę. Można zobaczyć je tuż za samolotem, gdy przelatuje po niebie, trochę białego dymu, który za nim podąża i znika. To zupełnie coś innego niż te kłębiące się chmury dymu, które ciągną się od horyzontu do horyzontu i rozprzestrzeniają się tak, że do wieczora całe niebo jest mlecznobiałe. A więc co oni rozpylają? Teraz już wiemy co to takiego. To skutek pojawienia się nowej gałęzi przemysłu, relatywnie nowej gałęzi przemysłu o nazwie geoinżynieria. Istnieje grupa naukowców, polityków i korporacji, która planuje zarobić bardzo dużo pieniędzy i osiągnąć także inne cele, inne ukryte cele, zmieniając naturę naszej planety. Twierdzą, że robią to, ponieważ chcą zatrzymać globalne ocieplenie. To jest ich główny pretekst. Powinienem teraz publicznie oświadczyć, że według mnie globalne ocieplenie to totalny mit, ale nie tym się teraz zajmujemy. Nawet gdyby to była prawda…  Oni twierdzą, że próbują zatrzymać globalne ocieplenie, ale w rzeczywistości ich działania mają dużo bardziej katastrofalne skutki niż jakiekolwiek efekty globalnego ocieplenia. Twierdzą, że chcą kontrolować pogodę, twierdzą, że chcą zwiększyć plony, twierdzą, ze chcą zmienić charakter gleby i wody dla poprawy losu ludzkości, oczywiście zawsze dla poprawy losu ludzkości. Zawsze robią to dla nas. To wielki przemysł. Twierdzą, że w tej chwili to wszystko znajduje się dopiero na etapie rozmów. Mówią, że rozmawiają o rozpylaniu glinu i baru do atmosfery i twierdzą, że muszą przeprowadzić badania, żeby sprawdzić czy te pierwiastki mają toksyczne działanie. Wypowiadają te wszystkie właściwe słowa tak jakby dopiero to wszystko rozważali. Istnieją jednak ewidentne dowody, że proceder ten trwa już od ponad dziesięciu lat. To się dzieje, dzieje się w tej właśnie chwili. Mamy dowody nie tylko na to, że się dzieje, ale i na to, że skutki tego procederu są tragiczne dla naszej planety. Rozpylanie tych pierwiastków niszczy życie roślin, niszczy plony, niszczy dziką przyrodę i jest katastrofalne dla ludzkiego zdrowia. Ludzie zapadają na bardzo poważne choroby, ponieważ wdychają te toksyczne substancje. Tak więc teraz już wiemy co rozpylają. Możemy zidentyfikować te substancje. Przeprowadzono liczne badania nie tylko gleby i wody, ale również wody deszczowej i śniegu, a więc wody, która pochodzi z nieba, o której nie można powiedzieć, że wzięła się z ziemi. Badania te przeprowadzono na atmosferze, wodzie deszczowej i śniegu w miejscach oddalonych o setki mil od ośrodków przemysłowych. Nie można więc powiedzieć czegoś w rodzaju, że substancje te zostały tam przywiane z jakiegoś komina. Otóż badacze odkryli niepokojąco wysoki poziom substancji toksycznych, w szczególności aluminium i baru, czyli tych właśnie pierwiastków, o których naukowcy mówią, „Zastanawiamy się, co by się stało, gdybyśmy rozpylili glin i bar w niebo. Zastanawiamy się…”. A naukowcy odkryli ogromne ilości właśnie tych pierwiastków w wodzie pochodzącej z nieba. Na przykład Góra Shasta. W śniegu na tej górze w ogóle nie powinno być aluminium, ponieważ śnieg pochodzi z nieba. W niebie nad terenem takim jak Góra Shasta – dziewiczym pustkowiu w Północnej Kalifornii – w ogóle nie powinno być aluminium. Istnieje wymóg rządowy, że jeśli poziom aluminium osiąga bodajże tysiąc cząsteczek na miliard, konieczna jest bezpośrednia interwencja ze strony Agencji Ochrony Środowiska, ponieważ tak wysoki poziom stężenia tego pierwiastka traktowany jest jako wysoce niebezpieczny i toksyczny. Tysiąc cząsteczek na miliard. W tym śniegu powinno być zero ppb, ale kiedy przeprowadzili badanie/, odkryli 60.000 ppm. Inaczej mówiąc, 60 razy więcej niż najwyższy dopuszczalny poziom glinu – w śniegu na Górze Shasta! Niebywale toksyczne. Ta woda zabije turystów, którzy ją piją, albo zwariują przez nią czy coś podobnego. Widzimy to wszędzie, nie tylko na Górze Shasta. Wysoki poziom trujących pierwiastków występuje również na pięknych hawajskich wyspach, gdzie rozpylanie jest prowadzone na dużą skalę. Pobiera się próbki deszczu i te substancje pochodzą z nieba, dokładnie te same substancje, o których naukowcy mówią, „Co by się stało, gdybyśmy wypuścili je w niebo?” Istnieje wiele dowodów na to, że ten proceder toczy się właśnie w tej chwili, co gorsza rozpylane są toksyczne substancje, a już  najgorsze jest to, że kłamią nam na ten temat. Taki jest właśnie przekaz naszego filmu „What in the world are they spraying?” („Co rozpyla się na świecie?”)

http://trivium.wybudzeni.com/2016/07/18/kolektywizm/

Dr Robert Willner wstrzykuje sobie HIV w TV [1994] – napisy PL

Poniżej kilka fragmentów z prelekcji Willnera

Ponieważ to nie jest pierwszy raz, kiedy kłuję się publicznie, robiłem to już kilka razy, dobrze wiem, co potem trafia do gazet. Dlatego przed rozpoczęciem chciałbym wyjaśnić parę kwestii zanim w ogóle zacznę. Chciałbym, żeby było bardzo jasne, że popieram odpowiedzialny seks.Nazywam to odpowiedzialny seks, ponieważ ma on o wiele szerszy zakres niż koncept ‚bezpieczny seks’.
W okresie czasu, kiedy szczególnie młodzież żyjąca w tym kraju jest zastraszona AIDS,
rzekomo śmiertelną chorobą, jako konsekwencją nieodpowiedzialnego zachowania seksualnego, zapomina się przypadkach chorób wenerycznych, czy dzieciach urodzonych poza małżeństwem i korzyści jakie daje małżeństwo.
Ale nie o AIDS to naprawdę interesujące.
Najwidoczniej, nie ma to wpływu na zachowanie seksualne młodych ludzi.
Nawet przez chwilę nie myślałem, że może nie mieć.

Tylko jedna rzecz może wpłynąć na zachowanie seksualne.
Jest to zrozumienie odpowiedzialności jaka związana jest z seksem.
Po pierwsze: masz do czynienia z uczuciami, emocjami oraz życiem drugiego człowieka, kiedy rozpoczynasz związek seksualny.
Po drugie: Możesz również mieć kontakt z sześcioma chorobami wenerycznymi.
Po trzecie: Może zdarzyć się niechciana i nieplanowana ciąża.
Są to bardzo ważne i poważne rzeczy do przemyślenia.
Brak odpowiedzialności i rozumu w tym obszarze może prowadzić do nieopisanego cierpienia drugiego człowieka oraz pociągnąć za sobą niewyobrażalne koszty.
Wiec niech nikt nie twierdzi, że popieram nieprzemyślany seks.
Jednak jestem przeciwnikiem okłamywania młodych ludzi.

Kiedy ogłoszono po raz pierwszy, że dr Robert Gallo odkrył wirusa, który rzekomo powoduje AIDS, to obwieszczenie zostało podane przez Margaret Heckler 23 kwietnia 1984 roku do gazet i mediów, bez ani jednego opublikowanego naukowego dokumentu w jakimkolwiek czasopiśmie medycznym w USA.
I, jak wiemy teraz, bez jakiegokolwiek dowodu, że wirus ten powoduje jakąkolwiek chorobę.
Media podłapały temat. Dla samej sensacji.
I wkrótce wirus, który rzekomo powodował AIDS, stał się wirusem, który powodował AIDS i zostało to udowodnione w prasie. I nigdzie więcej.
Ludzie zadają mi wiele pytań, kiedy pojawiam się przed kamerami i robię to, co wiele osób nazywa „sztuczką”.
Aby sprzedać książkę. Pochodzę z planety Ziemia.
I szczerze wierzę, że te osoby pochodzą z planety Uran.
Jak ktokolwiek może sugerować, że wstrzykuję sobie wirus, który powinien być śmiertelny, w celu sprzedania książki.
To szaleństwo.

Rzucę trochę światła na osobistości z Narodowego Instytutu Zdrowia, a szczególnie na Robert Gallo, Anthony Fauci, William Haseltine, Max Essex i resztę tych skandalistów najgorszego sortu. Bez wątpienia przestępcom winnym ludobójstwa.
Zachęcam ich, aby pozwali mnie do sądu. Marzę o tym, żeby pozwali mnie do sądu!
Ponieważ świadomie wypuścili śmiertelny medykament, a przed sądem miałbym okazję do przedstawienia niezbitego dowodu, tak jak zrobiłem to w książce „Deadly Deception”.

Dlaczego najwybitniejszy wirusolog na świecie, jeden z najbardziej znanych wirusologów, członek National Academy of Science jakim jest Peter Duesberg,
dlaczego ryzykowałby cała swoją karierę? Co mógłby na tym zyskać?
Stracił już swoje laboratorium, finansowanie, nie mogą zabrać mu tytułu profesora, ponieważ ma gwarancje zatrudnienia.
Dlaczego dr Charles A. Thomas, profesor medycyny na Harvardzie, mówi to samo?
Dlaczego Kary Mullis, zdobywca nagrody Nobla za osiągnięcia dziedzinie wirusologii w zeszłym roku, naraża się?
Możliwe, że wiemy coś, czego wy nie rozumiecie, że w momencie gdy z równania zabierzemy wirus, mamy całkowicie prostą do zrozumienia chorobę, łatwe do zrozumienia odpowiedzi i chciałbym przypomnieć tym, którzy nie są tego świadomi,
jeśli nie czytali mojej książki, że wiemy, co powoduje zespół nabytego niedoboru odporności od przynajmniej 70 lat.
Jest to w książkach medycznych. Jest tam po to, żebyście czytali. Przyczyną numer jeden na tej planecie jest niedożywienie i głód. To dzieje się w Afryce.
Spójrzcie na nagłówki w The Sunday Times (London) z 3 października ostatniego roku [1993], THE PLAGUE THAT NEVER WAS http://www.duesberg.com/subject/nhbib.html
gdzie na dwóch stronach widnieje artykuł o pladze, której nigdy nie było.
Artykuł jest o Philippe i Evelyne Krynen, którzy z ekipą 250 osób, ze swoim własnym laboratorium, lekarzami i szpitalem,
którzy przez pięć lat żyli w sercu śmiertelnej epidemii.
Albo rzekomej epidemii, przez 5 lat.

Nie jest wielką tajemnicą, co powoduje AIDS, wiemy o tym od 70 lat.
Numerem drugim powodującym AIDS są narkotyki/medykamenty. [z ang. zarówno narkotyk jak i lek]
I nie myśl tylko ulicznych narkotykach, ponieważ numerem jeden wśród powodów AIDS dzisiaj są dwa medyczne medykamenty.
AZT, medykament odkryty w latach 60, używany w chemioterapii  raka, jednak został wycofany ze względu na to, że był zbyt toksyczny, aby niszczyć raka. Medykament gorszy od raka.
Był używany u ludzi, którzy mieli osłabiony układ odpornościowy.
Wróćmy teraz do innych przyczyn AIDS.
Więc mamy nie tylko uliczne narkotyki oraz medykamenty, przyczyną numer trzy jest promieniowanie.
Tego boją się w Czarnobylu, Nagasaki oraz w Hiroszimie.
Ale przyczyną AIDS numer cztery jest chemioterapia.
Numerem cztery w przypadku śmierci osób z zespołem nabytego niedoboru odporności jest chemioterapia. A najbardziej toksycznym medykamentem w chemioterapii wszechczasów jest AZT [Zidovudine (ZDV), Azydotymidyna], którego teraz używają teraz, żeby leczyć AIDS.
Badanie z Concorde ukończone w zeszłym roku. Możecie to sobie wyobrazić, gdzie jest teraz prasa? [The Concorde Study and Its Impact on Clinical Decision-Making in HIV Care]
Gdzie jesteście ludzie?
Używają medykamentu, który kosztuje setki tysięcy dolarów rocznie i nie przynosi pozytywnych efektów.
Uwierzycie w to? Ale czy ktokolwiek poświęcił czas, żeby przyjrzeć się ulotce dołączanej do medykamentu?
To zabójca DNA. Znaczy to, że jest to terminator, tak jak w filmie.
Czyli niszczy życie. Kiedy zabijasz DNA, niszczysz życie.
W ulotce mówią również o efektach ubocznych. Kiedy zamierzacie nauczyć się, że nie ma czegoś takiego jak efekt uboczny medycynie.
Jest to niechciany efekt bezpośredni. I wiecie jakie są niechciane efekty bezpośrednie AZT?
Chłoniak – rak, jedna z chorób AIDS, jak to nazywają.
Oh, i inny tak zwany efekt uboczny, który tak naprawdę jest niechcianym efektem bezpośrednim.
Pancytopenia. Potrzebujecie definicji?
*Pan – wszystko,
*cyto – komórki,
*penia – utrata.

Utrata wszystkich Twoich komórek. To AIDS.
Jest to definicja AIDS.
Więc AZT z definicji, z dołączonej do niego ulotki, powoduje AIDS. I nikt nie przeżyje przyjmowania AZT.
W końcu doprowadzi do Twojej śmierci. A oni zmniejszają dawki.
Ponieważ to coś zwane AZT zabija ludzi zbyt szybko.
Tak jakby dać komuś dużą dawkę strychniny i umarłby w przeciągu pięciu minut.
Więc następnej osobie podają mniej, zazwyczaj kilka kropel, żeby przeżyli jeszcze cztery lub pięć dni.
A ty byś powiedział, że strychnina jest cudownym lekarstwem. Ten pacjent przeżył pięć razy dłużej. To jest to w jaki sposób przedstawiają to światu.

Co możemy powiedzieć o Narodowym Instytucie Zdrowia [National Institution of Health]? Prywatne i niezależne laboratoria, odkryły, że AZT jest 1000 razy bardziej toksyczny, niż wykazały to laboratoria NIH.
Można zrozumieć 5 procentowy, czy nawet 10 procentowy błąd w wynikach, ale błąd wielkości 10 000% czy nawet błąd wielkości stu tysięcy procent? To się nazywa oszustwo. I rozumiem, że wydostało się to, istnieją nawet listy i dokumenty na udowodnienie tego, ale Centrum Chorób Zakaźnych, ta sama organizacja,
która nie udzieliła pomocy czarnym chorym na syfilis tylko po to, żeby zobaczyć, co się stanie i co spowoduje ta choroba.
Ta sama organizacja, która przyznaje, że nie podda się teraz w sprawie AIDS tylko dlatego, że nikt nie byłby w stanie ponownie zaufać rządowi.

Naukowcy, a raczej ludzie udający naukowców, których w tym przypadku powinno nazywać się indoktrynerami obecnie nie zachowują się inaczej, niż politycy. I teraz mamy chorobę wywołaną przez politykę.
Czy nie jest to dziwne, że tego samego dnia lub dzień później,
Robert Gallo złożył podanie o patent na test na HIV po tym, jak został ogłoszony? Brzmi to jak premedykacja. To znaczy, że miał ten test już dostępny?
I to tego samego lub następnego dnia? Zgłosił podanie o patent.
Miał test i po prostu szukał jakiejś choroby, do której można byłoby go użyć.

Lekarz, który przeprowadza testy, wychwalał się ilościami przeprowadzonych testów.
A kiedy powiedziałem mu o książce, którą napisałem i powiedział do mnie: „Ćśśśś, nic nie mów. Moi pacjenci mogą to usłyszeć.”
Wyszedł mi wynik negatywny. I oczywiście, kiedy rozmawialiśmy o tym co zrobiłem w Cleveland tydzień temu, cóż, powiedział, że musiałbym się pokłóć jeszcze z trzysta razy, żeby zarazić się wirusem.

Rząd Stanów Zjednoczonych twierdzi, że każdego roku umiera 12 tysięcy osób od 1985 do 1992 roku. Dziecko w szkole publicznej powie, że kiedy epidemia się rozpoczyna i jedno dziecko jest zarażone to potem dopadnie ona każdego.
Tak powiedzą. 12 tysięcy osób rocznie przez siedem lat z rzędu?
To nie jest epidemia, z definicji to jest endemia.
I można by się spodziewać, że przez siedem lat, biorąc pod uwagę, że przenosi się drogą płciową, to chorych będzie prawdopodobnie od 15 do 20 milionów ludzi, biorąc pod uwagę aktywność seksualną kraju.

Sam ten fakt powinien poruszyć prasę odnośnie tego, kto mówi prawdę.
I gdy słyszycie kłótnię między politykami i gdy jeden wyzywa drugiego [etykietuje],
zamiast odpowiedzieć na konkretne zarzuty w naukowy sposób, to kto jest kłamcą?
Anthony Fauci i Robert Gallo, zamiast odpowiedzieć na ten konflikt naukowy i rozwiać wątpliwości, które dr Duesberg błyskotliwie wskazał, zamiast odpowiedzieć na te wątpliwości, nazywają go homofobem. Możecie to sobie wyobrazić? Mnie również nazywano homofobem.
Zastanawiam się. Przyszedłem tutaj i daje nadzieje.
Nie tylko dla gejów, ale też dla czarnych, Hiszpanów i innych wyrzutków społeczeństwa, którzy co dziwne, są grupami łączonymi z tak zwanym AIDS.
Widzicie, jeśli należycie do którejkolwiek z tych grup, macie AIDS.
Jednak jeśli nie należycie do żadnej z tych grup, dostajecie bardziej szanowaną diagnozę. Masz gruźlicę, chłoniaka, białaczkę, mięsaka Kaposiego, pneumocystoza
Ponad trzydzieści chorób. Gdzie jest prasa?
Jak mogą kupować historię o wirusie, wiedzącym w jakim kraju jest.
Trzy symptomy w Afryce, ale trzydzieści chorób w Stanach i Europie.
Jak mogą kupować historię, w której wirus ma uprzedzenia?
W Ameryce i Europie woli mężczyzn niż kobiety w stosunku 9:1, ale w Afryce kobiety są już tak samo zagrożone jak mężczyźni?
Wie, czy jesteś homoseksualny czy hetero, czy jesteś stanu wolnego czy w związku małżeńskim, czarny czy biały.
Powinien mieć stałą pracę w Urzędzie Emigracyjnym, ponieważ wykonuje kawał dobrej roboty. To jest to czym karmili publikę i zarówno wy jak i prasa, publikowaliście.
Zabawne jest, że za każdym razem, gdy wbijam sobie igłę, dostaje telefon z jakiegoś dużego programu telewizyjnego. Od podekscytowanych młodych ludzi łaknących prawdy. A trzy dni później dostaję telefon, że program został odwołany przez wyższe szczeble.

Widzicie, wierzyłem, że wirus powoduje AIDS od 1984 do 1988 roku.
I byłem jednym z niewielu lekarzy, którzy chcieli leczyć chorych na AIDS.
Lekarze byli tak przerażeni o swoje życie, że odmawiali leczenia pacjentów.
Przy okazji, ukłucie się w palec nie jest dla mnie niczym nowym.
Zdarzało mi się to wiele razy podczas leczenia chorych na AIDS.
I co jest niesamowite, mimo, że byliśmy tak bardzo narażeni na kontakt z tak bardzo śmiertelną chorobą, zachorowalność personelu medycznego na wszelkiego rodzaju choroby zajmującego się chorymi na AIDS jest o wiele mniejsza niż wśród ogółu społeczeństwa.
Po raz pierwszy w historii nauki. Przemyślcie to sobie.
Jak to może być możliwe? Być może wirus nie ma z tym nic wspólnego.
Nie tylko „być może”. Wirus nie ma z tym nic wspólnego.
W 1988 roku byłem zaproszony na kolację wydawaną przez Burroughs-Wellcome
z okazji świętowania przepchnięcia zgody na leczenie AIDS przy pomocy AZT.
I powiedziano nam, że możemy zadawać pytania w czasie kolacji, ponieważ Margaret Fischl miała przemawiać.
Kiedy wspomniała, że medykament AZT ma 56 objawów ubocznych, podniosłem rękę i zapytałem: „Doktor Fischl, jak przeprowadzasz badanie metodą podwójnie ślepej próby na medykament, który ma 56 efektów ubocznych? Musicie wiedzieć, skoro medykament jest komuś podawany.”
Spojrzała na mnie i na innych lekarzy tam obecnych i powiedziała: „Cóż, placebo ma 31 efektów ubocznych”.
Ponownie podniosłem rękę. „W jaki sposób placebo może mieć 31 efektów ubocznych?” „Jak substancja obojętna może mieć 31 efektów ubocznych?”
Wtedy nie wiedziałem, co w tym jest nie tak.
Ale wiedziałem, że dzieje się coś nie dobrego, dzieje się coś bardzo złego, jednak nie wiedziałem jak śmiertelnie złe to było.
Odpowiedź pojawiła się kilka lat później.
Jak może wiecie FDA wypuściła AZT na rynek po czterech miesiącach badań, zamiast zaplanowanych sześciu.
Skrócili je, ponieważ jedna grupa, w tym badaniu podwójnie ślepej gdzie nikt nie wiedział, co kto brał, czuła się lepiej, niż druga grupa.
I kierowani współczuciem, skrócili badania. Nie winię ich za to.
I faktycznie, grupa która dostała AZT czuła się o wiele lepiej niż grupa, która dostała placebo. Więc wypuścili medykament na rynek.
Ale osiemnaście miesięcy później, ich własna grupa dochodzeniowa z FDA sporządziła raport.
Wiecie, co w nim było?
Biorący udział w badaniu wiedzieli od pierwszego tygodnia, który badany dostał który medykament. Nie było żadnej podwójnie ślepej próby, to nie było tego typu badanie.
Co więcej, członkowie grupy, która dostała AZT przyznali, że niektórzy podzielili się swoim lekiem z członkami z grupy placebo.
Wyjaśnia to 31 efektów ubocznych w grupie placebo. Niektórzy z nich wzięli AZT.
Efekty uboczne.
A tak swoją drogą to takie informacje dyskredytują to badanie jako naukowe.
Podawanie AZT powinno zostać przerwane, a sam specyfik wycofany z użytkowania.
Jednak później w raporcie wyszło coś po czym szczęka opada.
Członkowie grupy na AZT w ciągu czterech miesięcy zostali poddani sześciokrotnie większej liczbie transfuzji krwi niż grupa placebo.
Co się dzieje, kiedy przeprowadzana jest transfuzja krwi? Wyglądasz lepiej, czujesz się lepiej, żyjesz trochę dłużej.
Jednak najważniejszym pytaniem i lekcją, którą można z tej sytuacji wyciągnąć…
Musisz zapytać „dlaczego”?
Dlaczego dawka AZT wymagała sześciokrotnie większej ilości transfuzji krwi w ciągu czterech miesięcy na badanych, niż ludzie na w grupie placebo.
Ponieważ masz do czynienia z zabójczym środkiem i potrzebujesz tych transfuzji krwi, aby przetrwać.
Przypadkowo sprawiają one, że wyglądasz trochę lepiej i zdrowiej od tej drugiej grupy.
Gdy przebrnąłem przez to wszystko, doszedłem do pytania: „Co naprawdę wywołuje AIDS?”. Musiałem to sobie powtórzyć dziesięć czy dwadzieścia razy w mojej książce i powiem to teraz jeszcze raz:
Znamy przyczynę od siedemdziesięciu lat. Dlaczego inni ludzie podczas tego badania zmarli? Powodem numer jeden jest niedożywienie i głód.
W przypadku niektórych badanych było to prawdą, ale było to prawdą tylko z powodu przyczyny numer dwa. Powodem numer dwa są medykament i narkotyki.

Przypominacie sobie, drodzy obecni z prasy, że kilka tygodni temu w gazetach ogłosiliście, że zabijamy naszych seniorów zbyt dużą ilością leków.
A jak ich leczyć? Odstawiając leki.
Jak umierają ci ludzie na tak zwany AIDS? Z powodu nr 2 czyli medykamentów.
Zarówno narkotyków ulicznych jak i leków farmaceutycznych.
Ale jeden wyróżniał się najbardziej i został połączony z 24 pracami naukowymi
na temat mięsaka Kaposiego to Poppers lub azotyn amylu. [wdychane azotyny wywołują relaksację mięśni gładkich w całym organizmie, w tym zwieraczy odbytu]
Bardzo rzadko spotka się przypadek mięsaka Kaposiego w Afryce, ponieważ nie używają tam poppersów. I jest to pierwsza ludzka choroba, której nie możemy przekazać małpom właściwym [antropoidy].
I mówię o potwierdzonych chorobach, ponieważ wirusolodzy wyskakują z ilością chorób większą, niż można to sobie wyobrazić.
I nikt nie zauważył, że większość z nich nigdy się nie rozpowszechniła?
Po prostu zniknęła z nagłówków gazet i nigdy o niej ponownie nie usłyszano.

Ponieważ od początku nie były żadnymi chorobami. Tak jak SMON, choroba z Japonii.
Przez piętnaście lat podejrzewali różne wirusy.
Niesamowite, prawda?
Spędzili nad tym piętnaście lat i wydali wiele milionów na te badania. A zgadnijcie, co zrobili nasi wirusolodzy?
Cóż, nikt się do nich nie umywa.
Przez dwadzieścia lat wojny z rakiem wydali ponad dwadzieścia miliardów dolarów szukając wirusa powodującego raka. I nic nie znaleźli.
Nie tylko nie mogli znaleźć retrowirusa, który byłbym idealnym wyborem, ponieważ nie zabija komórek, ale jest powielany przez komórki, czyli to samo, co robią komórki rakowe, ale nie znaleźli żadnej choroby którą mógłby wywołać. Ale zgadnijcie, co wybrali do przekrętu z AIDS? Był to retrowirus.
Przez dwadzieścia lat wydając dwadzieścia miliardów dolarów nie znaleźli nic, co ten wirus mógłby spowodować, oraz odkryli, że na pewno nie zabija komórek ponieważ gdyby tak było to popełniałby samobójstwo. Potrzebuje komórek, aby móc się replikować, żeby utrzymywać się przy życiu.
Epidemia zakończyła się jeszcze przed rozpoczęciem, czyli to jest niemożliwe.
Ale jest to wirus, na który poświęcili kolejne dwadzieścia miliardów dolarów, ale tym razem w przeciągu tylko dziesięciu lat.
I prosili o więcej. A teraz chcą nam dać szczepionkę.
Widzicie. Oh, z tego mogą być pieniądze.
Nie tylko mają test na HIV, który swoją drogą nie jest testem na wirusa tylko na odporność. Jak mówiłem, jest to pierwsza choroba w historii medycyny, gdzie, jeśli jesteś na nią odporny, umrzesz przez nią.
A teraz, chcą nam dać szczepionkę.
Test na HIV to test na przeciwciała, nie na obecność wirusa.
Cóż, przeciwciała to coś co zdobywasz, gdy użyjesz szczepionki, musisz produkować przeciw ciała, żeby móc walczyć z chorobą.
Pogubiłem się i nie rozumiem.
Skoro mamy już przeciwciała, to dlaczego chcemy tworzyć przeciwciała?
Trochę to zbędne, nie uważacie?

Tak przy okazji, jeśli weźmiecie te same przeciwciała i umieścicie je w laboratorium Gallo, zniszczycie jego kilkumiliardową kulturę, tą, na której zbija fortunę.
Bo widzicie, te przeciwciała niszczą kulturę bakterii.

Gallo został raz spytany przez prasę, co ma do powiedzenia w sprawie wyzwania postawionego przez dr Duesberga.
Odpowiedział: „Skoro się mylimy, czemu tylu ludzi nam wierzy?” [Zobacz na eksperyment Millgrama badający posłuszeństwo]
Właśnie widzę Hitlera i jego szturmowców, mówiących prasie: „Skoro się mylimy, czemu wszyscy robią to, co im każemy?”
Ponieważ oni prowadzą to przedstawienie. Nie patrzymy na jakieś proste kłamstwo naukowe.

Chciałbym powiedzieć jeszcze, że dr Michael Gottlieb, który zdobył sławę jako lekarz, który odkrył pierwsze cztery czy pięć przypadków AIDS, powiedział mi na antenie jakiś czas temu, że uwierzyłby w to co robię, gdybym przyjął w siebie litr krwi.
To już jest transfuzja krwi. I powiedziałem, że „musisz być chyba szalony.”
Co to udowadnia, skoro potrzeba litra krwi, żeby złapać AIDS? To nikt by nie miał wtedy AIDS.

Naprawdę łatwo jest stworzyć epidemię.
Po prostu bierzesz różne choroby, umieszczasz je pod jednym nagłówkiem jako nowa jednostkę chorobową i twierdzisz, że wszystkie zostały wywołane przez jednego wirusa. To bezsens.

Medycznym faktem jest, że antybiotyki są immunosupresyjne.

Kilka lat temu w gazetach doniesiono, że odkryto HIV w próbce krwi, która była przetrzymywana w laboratorium od lat 40tych.
Przeglądali czyjeś próbki i odkryli wirus HIV.
Który tak przy okazji pewnie krążył po świecie od tysięcy lat.
Ale skupmy się na tym jednym przypadku.
Skoro mamy wirus HIV w populacji w próbce krwi z lat 40-tych i w latach 40-tych byli homoseksualiści, ponadto według Alfreda Kinsey’a, [zobacz na film „Syndrom Kinsey’a] 10 do 15% heteroseksualnych par preferowało stosunek analny, gdzie w takim razie jest epidemia?
Nie były to czasy stosowne dla kogoś takiego jak łajdak Robert Gallo w latach czterdziestych, nie był wystarczająco duży, właściwie to pewnie dopiero się urodził, żeby ogłosić chorobę i zrobił przedstawienie na taką skalę.
Zostali złapani wir ciągnący ich w odmęt.
Teraz, kiedy prawda wychodzi na jaw, i odpowiedź brzmi „tak”. To zaszkodzi opinii i zaufaniu wobec NIH oraz CDC, FDA i AMA i mój Boże, jak bardzo jest im to potrzebne. To oburzenie jest konieczne, żeby oczyścić atmosferę.

Wszystko może stać się niszczące. Jest to współczesne, medyczne voodoo.
Jeśli lekarz powie ci, że umrzesz, założę się, że tak będzie.
Jako pierwszy wyłożę pieniądze na stół i powiem, że podbijesz statystyki i umrzesz, bo tak ci powiedziano. To jest amerykańskie voodoo.

Zawsze byłem trochę zdezorientowani przez limfocyty T.
Ponieważ limfocyty T nie są niczym więcej niż leukocytami [białe krwinki] i ich zadaniem jest walka z infekcją.
Ktoś kiedyś przyszedł do mojego gabinetu z bólem brzucha. Zrobiłem morfologię, wskaźnik WBC. To badanie mierzy również poziom limfocytów T.
Jeśli wynik białych krwinek był 5, 6, 7 tysięcy, to nic wielkiego nie było.
To ból brzucha, złe jedzenie lub jakaś infekcja wirusowa.
Wirusy to ciekawa sprawa, zawsze można na nie zwalić jak się nie wie co się dzieje, nawet ja myślę w ten sposób.
Ale kiedy wynik wychodził powyżej 20 tysięcy, wzywałem chirurga.
Ciało wytwarza limfocyty T, kiedy ich potrzebuje.
Jeśli ich nie potrzebujesz, to nie masz ich.
Po co chodzić z dużą ilością limfocytów T, skoro nie ma się niczego do zwalczania.
Powiem wam jedno, co wiadomo od zawsze. Nie ma żadnego związku pomiędzy ciężkością tak zwanego AIDS, a ilością limfocytów T.
Powiem wam dlaczego.
Wyglądacie na trochę zdezorientowanych, kiedy mówię wam,
że nie możecie mieć wysokiego poziomu białych krwinek [Leukocytów] chyba, że macie poważną infekcję. Co znaczy, że jeśli poziom białych krwinek nie jest wysoki, to nie jest źle. Jeśli nic innego nie dzieje się z tobą, to powiedziałbym, że jest to normalne.
Dlaczego chcesz mieć wysoki poziom białych krwinek?

CDC nie leczyło chorych syfilis, pomimo tego, że mieli odpowiednie leki, tylko po to, żeby zobaczyć, co się stanie, to samo CDC przyznało, że pomiędzy 40 a 60% ludzi wpisanych na listę chorych na AIDS nie było nawet badanych testem na obecność wirusa HIV. Nie robi to żadnej różnicy, ponieważ test i tak jest bezwartościowy.

Przy okazji, pozwólcie, że przedstawię wam bardzo ważną zasadę przy zajmowaniu się tematem chorób i śmierci. Odnosi się to zarówno do AIDS jak i do jakiejkolwiek choroby z jaką może borykać ludzkość. Tym zakończę dzisiejsze spotkanie.
Dżuma wybiła połowę populacji Europy.
Pytanie, jakie musisz zadać i na które trzeba odpowiedzieć, jeśli chcesz być racjonalnie myślącą ludzką istotą, to pytanie brzmi: dlaczego dżuma nie wybiła pozostałej połowy?
W USA, w 1919 roku, 80 milionów ludzi zmarło na grypę.
Moje pytanie to dlaczego pozostałe 92 miliony nie zmarło?
Odpowiedź na to pytanie jest prosta i każdy reporter powinien przekazywać to swoim czytelnikom, zarazek nie spowoduje choroby chyba, że natrafi ma odpowiedni grunt.

„Komary szukają stojących zbiorników wodnych, a nie powodują, że staw staje się nieruchomy”. – Rudolf Yirchow

A odpowiedzą na wszystkie choroby nie jest rozwalenie ludzkiego ciała za pomocą dubeltówki, ale po prostu zapobieganie wywołania choroby.
Poprzez życie w spokoju i harmonii, nie tylko z innymi ludźmi, ale z każdym organizmem na tej planecie.

„Żeby ludzie mogli czynić zło, muszą najpierw uwierzyć, że to co robią, jest dobre, inaczej nie mogliby tego robić.” Aleksander Sołżenicyn

PROCEDURY ABORCYJNE: Odkrywanie tego czym jest ten wybór – napisy PL

Te same czynności, ale zaledwie 7.5 centymetra lub długość Twojej karty płatniczej w portfelu oddzielają zabójstwo od „usprawiedliwionej” aborcji.
Osoby przeprowadzające aborcję nie lubią, aby mówić, że to co robią to po prostu zabijanie dzieci, a raczej wolą użyć eufemistycznego pojęcia zabieg przerywania życia lub terminacja. Czemu w kodeksie karnym nie nazwać morderstwa zabiegiem przerwania życia?
Jeśli cofniemy się w czasie do okresu 2 wojny światowej to Niemcy na terenach okupowanych w tym w Polsce wspierali jak to się wtedy nazywało spędzanie płodu, a dziś zabiegi przerywania życia, za to u siebie karali surowo.
Używając nowego określenia na zabójstwo lub mord, można by powiedzieć, że Niemcy w czasie 2 wojny światowej nie zabijali naszych rodaków tylko masowo przeprowadzali zabiegi przerywania życia.
Czym dzisiejsi promotorzy aborcji w Polsce różnią się w kwestiach zasadniczych od promotorów hitlerowskiej polityki demograficznej Niemiec względem Polaków?
Czy to nie jest współczesny nazizm?
Zawsze można kryć się za stwierdzeniem, że to jest zgodne z prawem, ale czy jest to etyczne lub moralne? Warto przypomnieć, że partia hitlerowska wbrew rewolucyjnej legendzie doszła do władzy drogą legalną, większością głosów w wyborach i działała zgodnie z prawem w ramach konstytucji weimarskiej. Częste słowa jakie wtedy padały to:

„Postępujemy według prawa…”*

Hans Frank i cześć jego kariery polegała właśnie na tym, że zawsze umiał wymyślić prawo, uzasadniające wszelkie postępowania. Od ustaw norymberskich po warszawskie getto wszystko miało uzasadnienie „prawniczo-ideowe i prawniczo praktyczne”. Mamy w Polsce paragrafy na ludzi, którzy odważyli by się nosić symbole nazistowskie. Ze złapanego delikwenta robi się medialne przedstawienie, ale nie rusza nas realne działanie, promowanie i wprowadzanie hitlerowskiej polityki demograficznej? O co chodzi?

W książce Józefa Kosseckiego Totalna wojna informacyjna XX wieku a II RP autor piszę, że podstawowe założenia polityki władz okupacyjnych niemieckich wobec ludności polskiej, zostały zawarte w opracowanym na zlecenie Urzędu dla Spraw Rasowo-Politycznych NSDAP, przez doktora E. Wetzla, kierownika Centrali Doradczej Urzędu dla Spraw Rasowo-Politycznych, oraz doktora G. Hechta, kierownika Oddziału dla Volksdeutschów i mniejszości w Urzędzie dla Spraw Rasowo-Politycznych, dokumencie zatytułowanym Sprawa traktowania ludności byłych polskich obszarów z rasowo-politycznego punktu widzenia, noszącym datę 25 listopada 1939 roku. Czytamy w nim m. in.:

Opieka lekarska z naszej strony ma się ograniczyć wyłącznie do zapobieżenia przeniesieniu chorób zakaźnych na teren Rzeszy. (…) Wszystkie środki, które służą ograniczeniu rozrodczości, powinny być tolerowane albo popierane. Spędzanie płodu musi być na pozostałym obszarze Polski niekaralne. Środki służące do spędzania płodu i środki zapobiegawcze mogą być w każdej formie publicznie oferowane, przy czym nie może to pociągać za sobą jakichkolwiek policyjnych konsekwencji. Homoseksualizm należy uznać za niekaralny. Przeciwko instytucjom i osobom, które trudnią się zawodowo spędzaniem płodu, nie powinny być wszczynane policyjne dochodzenia. (…)**.

 

W jednym z wystąpień Józefa Kosseckiego na temat demografii cytował książkę prof. Rosseta . Demografia polska w służbie postępu społecznego 1946-1971. Profesor Rosset zwraca uwagę że

” Hitlerowski plan depopulacji przewidywał redukcje świadczeń chorobowych z tytułu ubezpieczenia społecznego, ograniczenie lecznictwa szpitalnego, zawieszenie zasiłków rodzinnych i świadczeń z tytułu macierzyństwa , obowiązujący na terenach włączonych do rzeszy niemieckiej zakaz zawierania małżeństw przez mężczyzn w wieku poniżej 28 lat i przez kobiety w wieku poniżej 24 lat. Całkowity zakaz zawierania małżeństw przez osoby wywiezione do Niemiec na roboty.„

Dalej pan Józef wspomina o tym, że w 1971 roku uczestniczył w interdyscyplinarnej konferencji demograficznej w której uczestniczył ówczesny krajowy specjalista do spraw ginekologii i położnictwa, który wyraźnie powiedział, że optymalny wiek do pierwszej ciąży to jest 20-24 lata, a reszta to już mogą być nawet do 50. Jeżeli pierwsza ciąża nie nastąpi miedzy 20 a 24 rokiem życia, to potem prawdopodobieństwo różnych komplikacji rośnie, w ostateczności 25- 29 lat. Mowa tutaj jest o pierwszej ciąży. Jak widzimy specjaliści niemieccy III rzeszy znali się na ginekologii i położnictwie i bardzo precyzyjnie planowali politykę depopulacyjną w stosunku do ludności Polski.***

 

———

*  Edmund Osmańczyk, Dokumenty pruskie  1947 r

** W. Głębocki, K. Mórawski, Kultura walcząca 1939-1945, Z dziejów kultury polskiej w okresie wojny i okupacji, Warszawa 1985, s. 294.

*** J. Kossecki o Marszu Niepodległości oraz katastrofie demograficznej w kontekście debaty sejmowej

Zeszyty Oświecimskie 2

Propaganda szczepionkowa obnażona – napisy PL [Infowars.com]

 

 

Manipulacja – Taka sytuacja


Przystępnie i z humorem o manipulacji w Mediach.

Vonsky Channel on Facebook: https://www.facebook.com/vonskychannel

Coś na temat statystyk i drażnienia czułych punktów z książki :Wirus umysłu”

 

CZŁOWIEK, KTÓRY UGRYZŁ PSA
Funkcjonuje takie stare powiedzenie dziennikarzy: jeśli pies pogryzie człowieka, nie ma żadnej sensacji, ale jeśli człowiek ugryzie psa – to dopiero jest wiadomość! Wszyscy wiedzą, że psy gryzą ludzi. Opis kolejnego przypadku nikogo nie interesuje. Jednak kiedy dzieje się coś niezwykłego albo paradoksalnego, wszyscy chcą się o tym dowiedzieć.
Dochodzimy więc do kolejnej skłonności dziennikarzy – umiłowania spaw niezwykłych i nieoczekiwanych. Nic bardziej naturalnego: ludzie lubią słuchać o takich rzeczach. Media mają moc nagłaśniania podobnych wydarzeń, co powoduje, że przedstawiany przez nie obraz zniekształca rzeczywistość. Z telewizji niewiele dowiadujemy się o przyziemnych, zwyczajnych sprawach. To, co widzimy – przestępstwa, katastrofy i nadludzkie wyczyny sportowców – jest światem oderwanym od codziennej rzeczywistości.
Szkopuł w tym, że zniekształcony obraz świata utrudnia życie.
W roku 1992 w Stanach Zjednoczonych 37 776 ludzi zginęło od postrzału, a 40 982 osoby straciły życie w wypadkach samochodowych.5 Wystarczy rzucić okiem na gazetę, by zorientować się, że kwestii broni palnej poświęca się dużo więcej miejsca niż niebezpieczeństwom związanym z transportem samochodowym – mimo że prawie połowa zgonów od kuli to samobójstwa. Nie chcę przez to powiedzieć, że niepotrzebnie tyle się mówi o pistoletach i rewolwerach – w końcu jest to względnie nowy i coraz większy problem, podczas gdy do zagrożeń komunikacyjnych zdążyliśmy już przywyknąć – a tylko to, że nierealnie oceniamy grożące niebezpieczeństwo.
Nietrudno obliczyć, że prawdopodobieństwo tego, iż statystyczny mieszkaniec Stanów Zjednoczonych zginie w wypadku samochodowym, wynosiło w omawianym roku 1 : 6 224, natomiast dla zgonów spowodowanych użyciem broni palnej (z wyłączeniem samobójstw) było ponad dwa razy mniejsze -1 : 13 005. Jeśli nie należysz do grupy ryzyka, a więc nie jesteś przestępcą ani policjantem, prawdopodobieństwo zmniejsza się jeszcze bardziej. A czego ludzie bardziej się boją: pistoletów czy samochodów?
Większość bardziej obawia się broni palnej. Jedną z przyczyn tego zjawiska jest zapewne odwrócenie przez media proporcji zagrożeń. Wykrzywiony obraz powoduje, że opinia publiczna domaga się od polityków zdecydowanego działania; uzyskuje jedynie to, że politycy licytują się w propozycjach niezbyt udanych rozwiązań.
Spróbujmy uzmysłowić sobie, co to właściwie znaczy, że prawdopodobieństwo czyjejś śmierci wynosi 1 : 6 500 albo 1:13 000. Przypuśćmy, że jesteś jednym z 650 mieszkańców wysepki na południowym Pacyfiku. Zarabiasz na życie łowieniem ryb w lazurowych wodach, otaczających Twoją cudowną krainę. Mniam, mniam, pyszne rybki! Niestety, raz na dziesięć lat zbłąkany rekin przepływa obok wyspy i zjada rybaka – i tak właśnie wygląda prawdopodobieństwo, że pożre Cię rekin. Mniej więcej takie samo było prawdopodobieństwo śmierci w wypadku samochodowym w 1992 roku.
Raz na dwadzieścia lat dwóch mieszkańców Twojej wyspy wdaje się w sprzeczkę z powodu ryby, a może kobiety, i jeden z nich przeszywa drugiego włócznią. Mniej więcej tak samo kształtuje się prawdopodobieństwo gwałtownej śmierci z użyciem broni, wynoszące w 1992 roku w Stanach Zjednoczonych 1 : 13 000.
Źródło: „Advance Report of Finał Mortality Statistics, 1992″ w Monthly Vital Statistics Report, Tom 43, Nr 6, suplement, z 22 marca 1995; wydanie poprawione, nakładem Ministerstwa Zdrowia Stanów Zjednoczonych (Państwowa Służba Zdrowia, Ośrodek Zwalczania i Profilaktyki Chorób oraz Narodowy Ośrodek Statystyki Medycznej).

To doprawdy smutne wydarzenia, o których mówi się na wyspie przez kilka dni, ale nie są one życiowym problemem większości mieszkańców. Zdarzają się, odchodzą w przeszłość, życie zaś toczy się dalej.
Ale teraz wyobraź sobie, że jest 392 000 takich wysp jak Twoja, połączonych siecią telewizyjną WKI (Wyspiarski Kanał Informacyjny). Razem na wszystkich wyspach mieszkałoby około 254 milionów osób, czyli mniej więcej tyle, ilu mieszkańców mają obecnie Stany Zjednoczone. I oto co wieczór WKI podaje, że tego dnia 107 osób zostało pożartych przez rekiny, 54 osoby natomiast zginęły od ciosu włóczni. Pojawienie się telewizji zmieniło niespodziewanie obraz świata: życie przestaje być sielanką przerywaną raz na kilka lat sporadyczną tragedią – staje się pełnym strachu, morderstw i przemocy koszmarem.
Interesujące, prawda? Wystarczyło wprowadzić telewizję, żeby zmienić wyobrażenie ludzi o własnym świecie, w którym nie przybyło przecież reki¬nów ani zabójców. Co się stało?
To wszystko wina wiadomości telewizyjnych, nowego, doskonałego ośrodka szerzenia się memów drażniących czuły punkt niebezpieczeństwa.
Nasze wyczulenie na memy związane z niebezpieczeństwem powstało w czasach, kiedy nikomu nie śniło się jeszcze o telewizji: im szybciej reagowaliśmy na zagrożenie, tym większe mieliśmy szansę przeżycia i rozmnożenia się.
Nawyk oglądania telewizji, która tylko napędza strachu przed czającym się wszędzie niebezpieczeństwem, niczemu nie służy i nie ułatwia życia. Oglądanie telewizji jest nałogiem, z którym trudno zerwać, ponieważ niebezpieczeństwa, jakie widzimy, naprawdę pobudzają czułe punkty i przyciągają uwagę. Odstawienie narkotyku wymaga wiele hartu ducha.
Powróćmy na nasze szczęśliwe niegdyś wyspy. Otóż ludzie doszli do wniosku, że rząd powinien coś zrobić z nowym powszechnym „zagrożeniem”. Wskutek tego politycy zaczęli rozprawiać o potrzebie wprowadzenia pięciodniowego okresu oczekiwania na zakup włóczni, a przedsiębiorcy zabrali się do sponsorowania programów informujących o zaletach środków odstraszających rekiny. Jednak najgorsze było to, że ludzie przestali cieszyć się życiem jak dawniej. Ogarnął ich lęk, wywołany przez nic innego, jak tylko wiadomości telewizyjne.
Czy musiało do tego dojść? Co by się stało, gdyby producenci pierwszych programów informacyjnych postanowili nadawać pozytywne i krzepiące wieści zamiast niepomyślnych i strasznych informacji?

Po pierwsze, żeby utrzymać się na powierzchni, media muszą rozpowszechniać to, co budzi zainteresowanie, czyli drażni czułe punkty. Tak się złożyło, że jesteśmy wyczuleni na takie memy, jak niebezpieczeństwo, kryzys, udadzą, terytorium i tak dalej. Nic na to nie poradzimy.
Media mają tylko jeden sposób przetrwania: muszą odwoływać się do spraw, na które jesteśmy wyczuleni.
Załóżmy, że na wyspach powstanie konkurencyjna sieć telewizyjna, TWS (Telewizja Wiecznej Szczęśliwości), pokazująca zachody słońca, zadowolonych ludzi i palmy kołyszące się na wietrze. Po pewnym czasie kierownictwo przeprowadza ankietę i dowiaduje się, że pewne programy są częściej oglądane od innych. Ponieważ szefowie TWS nadal odżegnują się od tematu niebezpieczeństwa, szukają innych możliwości wzbudzenia zainteresowania publiczności. Znajdują je, dajmy na to, w dziedzinach jedzenia i seksu. Nie trzeba długo czekać, by nowy program TWS, Gotuj z nami, wyspiarzami osiągnął taką samą popularność jak konkurencyjny cykl pt. Co piszczy w paszczy rekina. Innym pomysłem TWS mógłby być konkurs piękności; nowo wybrana Miss Archipelagu z pewnością odbierze oglądającym program mężczyznom ochotę na własne żony.
Jeśli TWS udało się odebrać część publiczności stacji WKI, dlaczego nie miałaby się pojawić trzecia sieć telewizyjna, nadająca programy zwracające uwagę na sprawy jedzenia, seksu oraz niebezpieczeństwa. Po pewnym czasie najwyższe notowania zaczęłyby osiągać tasiemcowe seriale i filmy typu Wojna wulkanicznych amazonek, które i tym razem skupiłyby na sobie uwagę, odbierając spokój ducha i zniekształcając świat.
Znasz chyba ludzi, którzy są chorzy, jeśli nie obejrzą wieczornych wiadomości albo innych interesujących programów. Telewizja to narkotyk, który wciąga, niewiele dając w zamian.
Lepiej zrobisz, jeśli wyłączysz odbiornik.

 

Poniżej pewne statystyki z Polski:

Według danych, które oszacował Instytut Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, każdego roku z powodu błędów lekarskich umiera od 7 do 23 tys. osób – czytamy w „Rzeczpospolitej”.

Najczęstsze pomyłki lekarzy to zabieg na niewłaściwym pacjencie, operacja narządu po odwrotnej stronie, pozostawione ciało obce, oparzenia sprzętem lub środkami chemicznymi.

Od 2011 r., kiedy znowelizowano ustawę o prawach pacjenta, do komisji wojewódzkich, sądów i izb lekarskich trafia coraz więcej skarg od poszkodowanych. W tym roku już 64 tys. osób podejrzewa, że złamano ich prawa jako pacjentów. Co najmniej 2,5 tys. pacjentów twierdzi, że padło ofiarą lekarzy

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Bledy-lekarzy-kosztuja-zycie-do-23-tys-Polakow-rocznie,wid,16028056,wiadomosc.html?ticaid=11307f