Posts Tagged ‘Edukacja’

Czy wiesz, że jeśli chodzi o szczepionki, kształcenie lekarzy jest tak naprawdę tylko trening posłuszeństwa?

George Bernard Shaw żyjący w latach 1856–1950 powiedział, że
lekarz jest równie dobrym konsultantem w dziedzinie szczepień jak rzeźnik w kwestiach wegetarianizmu.
czy od tamtego czasu coś się zmieniło w tej kwestii?

Lekarzy nie uczy się prawdy na temat tego, co zawierają szczepionki.

 

Błędy logiczne i krytyczne myślenie w 100 minut – napisy PL 

Materiał składa się z dwóch 50 minutowych wykładów prowadzonych przez Hansa i Nathaniela Bluedorn. Dla kogo? Od około 10 lat w górę.
Część 1: Uczenie się myślenia logicznego – dowiesz się jak wykrywać propagandę i błędy logiczne w TV i internecie.
Część 2: Używanie myślowej skrzynki narzędziowej – dowiesz się
badać dwie strony kontrowersyjnych zagadnień.

Więcej na: http://trivium.wybudzeni.com

 

Norman Dodd o Fundacjach zwolnionych z opodatkowania [USA] – napisy PL

Historia, którą zaraz usłyszymy stanowi brakujący element układanki współczesnej historii. Bez tej wiedzy, wiele współczesnych wydarzeń pozostaje poza granicami naszego zrozumienia. Jest to wywiad przeprowadzony przez G. Edwarda Griffina z Normanem Doddem, który w 1954 r. był dyrektorem sztabu specjalnej Komisji Kongresowej badającej fundacje zwolnione z podatku, nazywanej czasem Komisją Reece’a.
Usłyszą Państwo historię o tym, że duże fundacje zwolnione z opodatkowania w USA takie jak Carnegie Endowment, Ford Foundation, Guggenheim Foundation i The Rockefeller Foundation co najmniej od 1945 r. działały w celu promowania ukrytego programu. Motyw ten nie ma nic wspólnego z pozorną działalnością organizacji dobroczynnych, dobrymi uczynkami czy filantropią. Usłyszymy, że rzeczywistym celem było m.in. stworzenie kolektywnego państwa na skalę światową, włączając w to Związek Radziecki, które miałoby być zarządzane zza kulis sceny politycznej przez tą samą grupę ludzi, która sprawuje kontrolę nad fundacjami zwolnionymi z opodatkowania.

Dodd: Rowan Gaither był wówczas Prezesem Fundacji Forda. Posłał po mnie, kiedy znalazłem dogodny termin, aby wybrać się do Nowego Jorku. Poprosił, żebym stawił się w jego biurze, co też zrobiłem. Po wymianie uprzejmości, Pan Gaither oznajmił:

„Panie Dodd, poprosiliśmy Pana o przybycie ponieważ pomyśleliśmy sobie, że być może mógłby Pan nieoficjalnie zdradzić nam, dlaczego Kongres jest zainteresowany działalnością fundacji takich jak ta”. 

Zanim mogłem nawet zastanowić się nad odpowiedzią, Pan Gaither zaczął mówić dalej i oznajmił dobrowolnie:

„Panie Dodd, wszyscy zgromadzeni tutaj ludzie, którzy przyczynili się do formułowania polityk mieli do czynienia z OSS (Biuro Służb Stategicznych) podczas wojny, lub z europejską administracją gospodarczą po wojnie. Mieliśmy doświadczenie w operowaniu zgodnie z wytycznymi, które pochodzą i pochodziły z Białego Domu. Nadal operujemy zgodnie z tymi wytycznymi. Czy chciałby Pan dowiedzieć się, co jest istotą tych wytycznych?”

Odpowiedziałem:

„Tak, Panie Gaither, bardzo chętnie”, po czym powiedział: „Panie Dodd, naszym zadaniem jest działanie w odpowiedzi na podobne wytyczne, których istotą jest fakt, że użyjemy naszej możliwości do przyznawania dotacji by przyczynić się do zmiany życia w Stanach Zjednoczonych tak, aby mogły zostać w wygodny sposób połączone ze Związkiem Radzieckim”. 

Nawiasem mówiąc, prawie spadłem z krzesła. Oczywiście tak się nie stało, ale odpowiedziałem wtedy p. Gaitherowi:

„Panie Gaither, teraz mogę udzielić odpowiedzi na Pana pierwsze pytanie. Zmusił Pan Kongres Stanów Zjednoczonych, aby wydał 150 tys. dolarów na odkrycie tego, co właśnie sam mi Pan powiedział. Oczywiście, zgodnie z prawem jest Pan upoważniony do udzielania dotacji na tej cel, jednak nie wydaje mi się, że jest Pan upoważniony do zatajenia tej informacji przed obywatelami tego kraju, wobec których jest Pan zobowiązany poprzez zwolnienie od podatku. Dlaczego więc nie przekaże Pan obywatelom tego, co właśnie mi Pan powiedział?”

Jego odpowiedź brzmiała następująco:

„Nie dopuścimy się takiej rzeczy”.

Odpowiedziałem wtedy:

„Panie Gaither, oczywistym jest, że zmusił Pan Kongres do wydania tych pieniędzy w celu dowiedzenia się tego, co mi Pan właśnie powiedział”. 

(…)

Kiedy przybyłem do biura Fundacji, zastałem dra Josepha Johnsona, prezesa będącego następcą Algera Hissa, dwóch wiceprezesów wraz z ich doradcą, partnerem kancelarii prawnej Sullivan & Cromwell. Dr Johnson (ponownie po wymianie uprzejmości) oznajmił:

„Panie Dodd, otrzymaliśmy Pana list. Możemy udzielić odpowiedzi na Pana pytania, ale byłoby z tym dużo kłopotu. W związku z tym przygotowaliśmy kontrpropozycję. Jeśli wyśle Pan członka Pańskiego personelu na dwa tygodnie do Nowego Jorku, damy tej osobie dostęp do biblioteki i ksiąg protokołów od początku działania tej Fundacji. Jesteśmy zdania, że wszystko to, o czym chce się dowiedzieć Pan lub Kongres będzie jasne po zapoznaniu się z księgami protokołów”. 

Z początku pomyślałem, że postradali umysły. Miałem dobry obraz tego, co mogłyby zawierać te księgi. Zdałem sobie jednak sprawę, że dr Johnson zasiadał na stanowisku dopiero przez 2 lata, a wiceprezesi byli stosunkowo młodymi mężczyznami. Doradca również wyglądał na młodego człowieka. Domyśliłem się, że prawdopodobnie nigdy nie zapoznali się z lekturą ksiąg protokołów. 

Powiedziałem, że mogę kogoś takiego wysłać i że zgadzam się na ich warunki. Wróciłem do Waszyngtonu i wyznaczyłem członka mojego personelu wykonującego zawód prawnika Waszyngtonie. Była częścią mojego personelu po to, aby upewnić się, że nie łamię żadnych zasad ani nie działam sprzecznie z procedurami Kongresu. Na dodatek była nastawiona nieprzychylnie wobec celowości dochodzenia. Kathryn była zrównoważoną, błyskotliwą i kompetentną osobą, a jej nastawienie względem dochodzenia było następujące:

„Co może być nie tak z fundacjami? Robią tyle dobrego”.

Mając na uwadze szczere przekonanie Kathryn robiłem wszystko, co w mojej mocy, aby nie zrazić jej w jakikolwiek sposób. Wytłumaczyłem jej jednak, że niemożliwym byłoby przeczytanie wszystkich odręcznych protokołów spisywanych na przestrzeni 50 lat w 2 tygodnie. Z tego powodu musiała skoncentrować się na tzw. „czytaniu pobieżnym”.

Wyznaczyłem przedziały czasowe, na których miała się skupić i tak wybrała się do Nowego Jorku. Wróciła po 2 tygodniach z następującym materiałem nagranym na winylowych wałkach na dyktafonie: W 1908 r. czyli wtedy, kiedy Fundacja Carnegie rozpoczęła swoja działalność, podczas posiedzenia członków zarządu po raz pierwszy w naukowy sposób poruszono kwestię będącą tematem dyskusji aż do końca roku. Padło następujące pytanie:

„Czy istnieje jakikolwiek środek bardziej skuteczny niż wojna zakładając, że chce się wpłynąć na zmianę sposobu życia całego narodu?”

Stwierdzili, że ludzkość nie zna bardziej skutecznego środku, jeśli chce się osiągnąć ten cel. W 1909 r. poruszyli kolejną kwestię, mianowicie:

„w jaki sposób możemy uwikłać USA w wojnę”?

            Wątpię, aby istniał wtedy bardziej odległy temat dla społeczności amerykańskiej niż zaangażowanie tego kraju w wojnę. Było kilka sporadycznych epizodów z Bałkanami, ale nie sądzę, aby wielu ludzi nawet wiedziało, gdzie znajdują się Bałkany. W końcu udzielają następującej odpowiedzi: musimy przejąć kontrolę nad Departamentem Stanu. Siłą rzeczy rodzi się kolejne pytanie:

„jak można to osiągnąć?”

Ich odpowiedź brzmi:

„musimy przejąć władzę i objąć kontrolę nad dyplomatyczną maszynerią tego kraju.”

Ostatecznie postanawiają skupić się na tym celu. Mijają lata, aż w końcu jesteśmy świadkami I wojny światowej. Odnotowują wtedy w protokole szokujący raport, w którym widnieje informacja o nadaniu telegramu do prezydenta Wilsona w którym przestrzega się go przed tym, aby nie dopuścił do zbyt szybkiego zakończenia wojny. Oczywiście ostatecznie wojna dobiega końca.

            Ich uwaga skupiła się wtedy na zapobieganiu powrotu do życia obywateli USA sprzed 1914 r., kiedy to wybuchła I wojna światowa. Dochodzą do wniosku, że należy przejąć kontrolę nad edukacją w USA, jeśli chce się zapobiec temu procesowi. Zdają sobie sprawę, że jest to całkiem duże przedsięwzięcie przekraczające ich możliwości, dlatego zwracają się z propozycją do Fundacji Rockefellera: Fundacja Rockefellera zajmie się edukacją w obrębie kraju, a edukacją międzynarodową zajmie się Fundacja Carnegie. Zdecydowali, że kluczem do sukcesu tych dwóch przedsięwzięć jest wprowadzenie zmian w sposobie nauczania historii USA. Z tego powodu zwrócili się do czwórki najwybitniejszych nauczycieli historii USA w całym kraju – ludzi takich jak Charles i Mary Byrd z pewną propozycją. Zapytali, czy mogliby zmienić sposób, w jaki prowadzą zajęcia. Spotkali się ze stanowczą odmową.

            Stwierdzili, że niezbędne będzie utworzenie „stadniny” złożonej z własnych historyków. Tym razem zwrócili się do Fundacji Guggenheima specjalizującej się w przyznawaniu stypendium mówiąc:

„Czy przyznalibyście stypendium wskazanym przez nas młodym doktorantom kształcących się w dziedzinie historii Ameryki, którzy według nas będą odpowiedni?”

Odpowiedź jest twierdząca.

            Mając na uwadze ten warunek gromadzą 20 potencjalnych nauczycieli historii USA i zabierają ich do Londynu, gdzie zaznajamia się ich z tym, czego się od nich oczekuje – kiedy, gdy i jeśli będą trzymać się ustaleń po kątem uzyskania stopnia doktora.

            Ta właśnie grupa 20 historyków stała się ostatecznie zaczątkiem Amerykańskiego Towarzystwa Historycznego. Pod koniec lat 20. XX w. Fundacja Carnegie przyznaje Amerykańskiemu Towarzystwu Historycznemu 400 tys. dolarów na badania historii Ameryki pod kątem tego, czego można się spodziewać w przyszłości w Stanach Zjednoczonych.

            Zwieńczeniem badań jest praca składająca się z 7 tomów, przy czym ostatni z nich stanowi podsumowanie zawartości pozostałych sześciu tomów. Istotą ostatniego tomu jest następujące stwierdzenie:

przyszłość tego kraju leży w kolektywiźmie administrowanym z charakterystyczną dla Ameryki skutecznością.

Which path for mankind?

Źródło diagramu: http://www.freedomforceinternational.org/pdf/futurecalling1.pdf

 

Zobacz na:

Ideologia, strategia, sztuka operacyjna i taktyka w ruchu demokratyczno-narodowym

O ład w historii – Feliks Koneczny

Społeczne funkcjonowanie pojęć prawdy i piękna w różnych cywilizacjach

Nauka o cywilizacjach – Józef Kossecki

Współczesna Edókacja i Poprawność Polityczna – napisy PL

 

Szkoły używają terminu „osiągnięcie” w taki sposób, że fani George’a Orwella mogą dostrzec w tym nowomowę. Pomyślcie o testach osiągnięć.
Czy tego pojęcia używa się w Australii? Testy osiągnięć? Bardzo powszechne w Stanach. O jakie osiągnięcie chodzi?
Jeśli chodzi o nauki ścisłe, osiągnięcie ma miejsce w następujących, ograniczonych przypadkach:
– kiedy coś odkryjesz;
– kiedy zmodyfikujesz czyjeś odkrycie;
– kiedy odkryjesz, że coś, co było uważane za prawdę jest błędne lub na odwrót;
– i w końcu kiedy zmarnujesz znaczącą ilość czasu kończąc w ślepym zaułku przy jednoczesnym prowadzeniu starannych zapisków po to, żeby ktoś inny nie musiał marnować czasu w tym samym ślepym zaułku.
Poza tymi czterema kategoriami nie ma mowy o osiągnięciu. – John Gatto

 

Z książki Mariana Mazura „Historia naturalna polskiego naukowca„:
Naukowcem jest ten, kto poszukuje odpowiedzi na pytania, na które dotychczas nikt nie odpowiedział, za pomocą metod umożliwiających udowodnienie odpowiedzi.
W ramach samej nauki są to pytania:
co jest?” (fakty),
co jest jakie?” (właściwości),
co od czego jak zależy?” (związki).
Zastosowania nauki w praktyce dotyczy pytanie: „jak co osiągnąć?” (optymalizacja).
(…)
Na pytanie, kto jest naukowcem, nie można odpowiedzieć wskazując jakiś jeden określony typ intelektualny – jest to cała galeria różnych typów ludzi. Opracowanie typologii naukowców byłoby interesującym i pożytecznym zadaniem; wymagającym jednak obszernych i wnikliwych studiów, toteż ograniczę się tutaj do szkicowego zarysu tej sprawy.
Na czele listy należałoby umieścić naukowców pionierów, naukowców awanturników, naukowców ryzykantów, naukowców artystów czy jak by ich tam jeszcze nazwać, coś w rodzaju ludzi, którzy stojąc na leśnej polanie dręczą się pytaniem: „ale co jest w tym lesie?” Łamią uznane prawa i teorie naukowe, tworząc nowe. Oni też bywają autorami zaskakujących pomysłów wynalazczych.
Tuż za nimi można by wymienić naukowców klasyków, mistrzów rzemiosła naukowego, kapłanów strzegących ładu w nauce, którzy nie wyjdą poza obręb owej leśnej polany, ale postarają się wszystko na niej wykryć w ramach istniejących praw.
Klasycy, nie cierpiący pionierów jako burzycieli umiłowanego ładu, skorzy są do nazywania ich ,,pseudouczonymi”, do czego zresztą pionierzy dają im nierzadko powody, jako że w lesie niewiadomości nie ma drogowskazów, łatwo więc o obranie błędnego kierunku. Pionierzy odwzajemniają się im epitetem „wrogów postępu w nauce”, w czym także miewają słuszność.
Pomimo tego antagonizmu, a może raczej dzięki niemu, na tych dwóch grupach naukowców stoi rozwój nauki. Bez pionierów groziłaby nauce stagnacja, bez klasyków nauka mogłaby zejść na manowce i stać się szarlataństwem. Gdy pionierskie idee w konflikcie z kanonami rzemiosła naukowego wychodzą zwycięsko, wówczas jako nowe prawdy zostają włączone do skarbca wiedzy. Im bardziej są rewolucyjne, tym trudniejszy jest ich poród. Iluż to kontrowersjami była usiana droga od wystąpienia Semmelweisa do stworzenia aseptyki czy od opublikowania teorii względności przez Einsteina do powszechnego jej uznania. Z uznaniem pionierskich idei twórcy ich awansują z „pseudouczonych” na „uczonych”, polana leśna zostaje poszerzona, a naukowcy kapłani zaczynają strzec czystości tych idei przed zakusami następnych naukowców awanturników. Bywa też przeciwnie: idee nie wytrzymujące próby zostają odrzucone (niekiedy niesłusznie – i po latach przeżywają swój renesans), a jedynym ich śladem są w historii nauki wzmianki o bezdrożach, po jakich błądziła myśl ludzka w poszukiwaniu prawdy. Jednakże pionierzy, którym zdarzyło się pobłądzić w lesie nauki, nie zasługują na ośmieszanie. Z taką postawą można się spotkać np. w stosunku do flogistonowej teorii spalania (według której spalanie polega na wydzielaniu pewnej substancji, nazwanej „flogistonem”, przejawiającym się jakoby w postaci płomienia), której błędność została wykazana przez Lavoisiera, autora tlenowej teorii spalania (według której spalanie polega na pobieraniu pewnej substancji nazwanej „tlenem”, czego dowodem jest przyrost masy spalonego ciała). Tymczasem „flogistonowcom” trzeba przyznać dwie zasługi: pogląd, że ogień nie jest czymś pierwotnym („żywiołem”, jak to określali starożytni), lecz zjawiskiem pochodnym, oraz pogląd, że wchodzi tu w grę jakaś szczególna substancja – pomylili się tylko co do kierunku.
Wzorowy byłby naukowiec łączący pionierstwo z rzemiosłem, dostatecznie śmiały, a zarazem dostatecznie krytyczny.
Trzecie miejsce należałoby przyznać naukowcom stymulatorom, naukowcom postulatorom, naukowcom reżyserom, którzy sami nie podejmują rozwiązywania problemów, ale są obdarzeni zdolnością ich wynajdywania, stawiania i podsuwania innym, a jak wiadomo, właściwe postawienie problemu to już część jego rozwiązania. Ci nie wyjdą z polany do lasu, ale mogą pokazać, czego brakuje na samej polanie. Mogą pomóc w rozwiązaniu problemu przez wskazanie repertuaru metod i źródeł informacji. Tego rodzaju naukowcy, których można by też nazwać metodologami, są przydatni do organizowania, koordynowania i przewodniczenia w zespołowej pracy naukowej.
Jako czwartą grupę można wymienić naukowców erudytów, naukowców kompilatorów, naukowców krytyków, mających upodobanie w gromadzeniu, konfrontowaniu i przetrawianiu cudzych idei, aby je potem podać w sposób usystematyzowany i krytycznie oceniony. Są oni zwykle autorami wartościowych monografii naukowych, a ich umiejętności są szczególnie cenne w kształceniu młodych naukowców. Można by ich porównać do ogrodników, którzy na zarastającej dziko polanie jedne rośliny poprzystrzygają, drugie poprzesadzają w osobne grządki, ułatwiając innym orientację. To apostołowie porządku formalnego w sposobie pisania prac naukowych, w słownictwie, w symbolice, w prowadzeniu protokołów pomiarowych itp.
Na tym trzeba by zakończyć listę rzeczywistych naukowców. Następujące dwie grupy spełniają pożyteczną rolę, ale nie wnoszą do nauki nic nowego, a tylko jej osiągnięcia ugruntowują.
W tym charakterze na piątym miejscu listy można by umieścić wykonawców czynności odbywających się według aktualnych wymagań nauki, jak np. zbieranie danych statystycznych, wykonywanie pomiarów we wskazany sposób, wykonywanie obliczeń według wskazanych wzorów itp. Normalnie czynności takie wykonuje personel techniczny, ale niemało jest u nas ludzi, którzy statystycznie zaliczani są do naukowców, choć ich pułap intelektualny wyznacza im przydatność tylko do tego rodzaju prac.
Na szóstym miejscu można wymienić oświatowców, zajmujących się przekazywaniem istniejącej wiedzy innym. Rzecz jasna, wymienienie zawodu oświatowca dopiero na tym miejscu nie ma nic wspólnego z oceną, bardzo przecież wysoką, społecznej roli oświaty. Wynika ono jedynie z okoliczności, że przedstawiona tu lista jest ułożona w kierunku malejącego stopnia twórczości naukowej u różnych grup naukowców nominalnych. Jest bezsporne, że przekazywanie wiedzy nie jest tym samym co jej tworzenie, a do nieporozumień na tym tle dochodzi zwykle wskutek żywej jeszcze tradycji łączenia zawodu naukowca z zawodem oświatowca i wielości znaczeń, w jakich wyraz „nauka” jest u nas używany.
Pozostaje wymienić jeszcze trzy grupy, wprawdzie także związane z nauką, ale w sposób dla niej szkodliwy.
Spośród nich, na siódmym miejscu, należałoby wymienić administratorów, przy czym nie mam tu na myśli personelu wykonującego rozmaite pożyteczne usługi w instytucjach naukowych, jak choćby dokonywanie zakupów aparatury czy prowadzenie księgowości, lecz ludzi mających upodobanie w administrowaniu pracą naukowców, co jest oczywistym nieporozumieniem, polegającym na pomieszaniu wysuwania potrzeb, czyli stawiania zadań wobec nauki (co byłoby bardzo sensowne), z zarządzaniem metodami pracy (co jest pozbawione sensu). Temat ten omówię szczegółowiej w jednym z następnych rozdziałów.
Na ósmym miejscu wymieniłbym pseudonaukowców, blagierów, którzy pod pozorami wkładu do nauki uprawiają „wieszczenie”, tj. wypowiadają nie udowodnione poglądy w sposób mający sprawiać wrażenie naukowo udowodnionych bądź dobierają tendencyjnie argumenty do przyjętych z góry twierdzeń.
I wreszcie na ostatnim, dziewiątym miejscu trzeba wymienić pasożytów nauki, tj. karierowiczów, którzy nie mają kwalifikacji do uprawiania zawodu naukowca, a tytuły naukowe zdobyli dzięki względom pozanaukowym.
Ludzi wszystkich wymienionych kategorii można znaleźć w spisie naukowców nominalnych, ale trzeba przecież z niego odliczyć grupy: siódmą, ósmą i dziewiątą jako szkodzące nauce, a co najmniej zbędne, jak również grupy: piątą i szóstą, które chociaż pożyteczne, nie wzbogacają nauki. Pozostają cztery pierwsze grupy, z których czwarta bliższa jest przekazywaniu wiedzy niż jej tworzeniu. A zatem realizacja rewolucji naukowej musiałaby się w zasadzie opierać na grupach pierwszej i drugiej, a w pewnym stopniu również na trzeciej – jest to w sumie garstka naukowców.

Z książki Mariana Mazura Cybernetyka i charakter:
Naukowców interesuje rzeczywistość, jaka jest. Doktrynerów interesuje rzeczywistość, jaka powinna być.
Naukowcy chcą, żeby ich poglądy pasowały do rzeczywistości. Doktrynerzy chcą, żeby rzeczywistość pasowała do ich poglądów.
Stwierdziwszy niezgodność między poglądami a dowodami naukowiec odrzuca poglądy. Stwierdziwszy niezgodność między poglądami a dowodami doktryner odrzuca dowody.
Naukowiec uważa naukę za zawód, do której czuję on zamiłowanie. Doktryner uważa doktrynę za misję, do której czuje on posłannictwo.
Naukowiec szuka „prawdy” i martwi się trudnościami w jej znajdowaniu. Doktryner zna „prawdę” i cieszy się jej zupełnością.
Naukowiec ma mnóstwo wątpliwości, czy jest „prawdą” to, co mówi nauka. Doktryner nie ma najmniejszych wątpliwości, że jest „prawdą” to, co mówi doktryna.
Naukowiec uważa to, co mówi nauka za bardzo nietrwałe. Doktryner uważa to, co mówi doktryna, za wieczne.
Naukowcy dążą do uwydatniania różnic między nauką a doktryną. Doktrynerzy dążą do zacierania różnic między nauką a doktryną.
Naukowiec nie chce, żeby mu przypisywano doktrynerstwo. Doktryner chce, żeby mu przypisywano naukowość.
Naukowiec unika nawet pozorów doktrynerstwa. Doktryner zabiega choćby o pozory naukowości.
Naukowiec stara się obalać poglądy istniejące w nauce. Doktryner stara się przeciwdziałać obalaniu poglądów istniejących w doktrynie.
Naukowiec uważa twórcę nowych poglądów za nowatora. Doktryner uważa twórcę odmiennych idei za wroga.
Naukowiec uważa za postęp, gdy ktoś oderwie się od poglądów obowiązujących w nauce. Doktryner uważa za zdrajcę, gdy ktoś oderwie się od poglądów obowiązujących w doktrynie.
Naukowiec uważa, że jeżeli coś nie jest nowe, to nie jest wartościowe dla nauki, a wobec tego nie zasługuje na zainteresowanie. Doktryner uważa, że jeżeli coś jest nowe, to jest szkodliwe dla doktryny, a wobec tego zasługuje na potępienie.
Naukowcy są dumni z tego, że w nauce w ciągu tak krótkiego czasu tak wiele się zmieniło. Doktrynerzy są dumni z tego, że w doktrynie w ciągu tak długiego czasu nic się nie zmieniło.

Czym jest edukacja? Program nauczania elit – napisy PL – John Taylor Gatto

Chciałbym zacząć od opowiedzenia o wydarzeniu, które zmieniło moje życie. Chodzi o zwykłą czynność nauki jazdy samochodem. Tego dnia dowiedziałem się, że w nauce nie ma nic trudnego i ta wiedza, ku mojej satysfakcji, sprawdza się od 30 lat odkąd uczę w szkole w Nowym Jorku. Że odkąd dziecko dostosuje się do procesu uczenia, nic nie jest dla niego za trudne, nawet zaawansowane rachunki. Jeśli brzmi to jak zbyt pochopny osąd, chciałbym przypomnieć, że Jaime Escalante, nauczyciel z Kalifornii, do którego należał stanowy rekord w liczbie uczniów rokrocznie zdających zaawansowane testy z rachunków, uczył wyłącznie dzieci meksykańskich imigrantów i dzieci z getta w Los Angeles; że rok po roku Escalante był numerem jeden w stanie Kalifornia, ucząc zaawansowanych rachunków dzieci, które nigdy nie jadły z obrusa i nie miały żadnych edukacyjnych tradycji. Tak więc, kiedy miałem dwanaście lat nauczyłem się prowadzić, co mnie zaskoczyło. Pewnego dnia w 1947 roku spędzałem czas w drukarni dziadków, kiedy nagle wujek odezwał się do mnie: „Przejedźmy się razem, Jackson”, bo tak mnie wtedy nazywali, i w następnej chwili mknęliśmy drogą wzdłuż rzeki, przez miasteczko Monongahela, gdzie dorastał też Joe Montana, niebieskim kabrioletem Buick Roadmaster, na który wydał wszystkie pieniądze odłożone w czasie służby w armii. Dojechaliśmy więc do drogi nad rzeką, gdzie zawsze było pusto, i wtedy powiedział do mnie „Już czas, żebyś nauczył się prowadzić.” Miałem wtedy dwanaście lat. Złapał mnie za kark i zmusił do spojrzenia na pedały, mówiąc „kwadratowy hamuje, długi rusza, skręcasz kierownicą w lewo, kiedy chcesz jechać w lewo, a w prawo, gdy chcesz jechać w prawo. To wszystko. Jakieś pytania?” Byłem oniemiały. Powiedział „Dobrze, to wszystko, zamieńmy się miejscami.” Byłem przerażony, jak chyba każdy by był na moim miejscu. Jak więc mi się udało? Z początku jechałem slalomem wzdłuż środkowej linii. Ale zawsze, kiedy to robiłem, wuj uderzał mnie po głowie. Przestałem więc. Wujowi najwyraźniej wydawało się, że każdy rodził się z wiedzą jak prowadzić i zdawało się nierozsądnym zaprzeczać mu. Chciałbym zwrócić uwagę na analogię między umiejętnością prowadzenia samochodu, kiedy życie jest narażone na szwank przy najmniejszym braku uwagi a faktem, że wszyscy nabywają ją zwykle w 20 czy 30 godzin. Umiejętności czytania czy obsługi komputera, które są fizycznie niegroźne, wszystkie są tak łatwe do nauczenia, że nie ma co robić z tego wielkiej sprawy. Mówi się o krytycznej sytuacji jeśli chodzi o czytanie w Stanach Zjednoczonych, jednak jezuicki duchowny, Paul Ferrara, chodził na wzgórza Ameryki Południowej i uczył czytać farmerów, którzy od pokoleń nie mieli z tym do czynienia, uczył ich czytać w 30 godzin. Nigdy nie zabierało to więcej czasu, a oni chętnie się uczyli. Ponieważ pierwszym zdaniem, które nauczył ich czytać było „ziemia należy do mówiącego”, czego nauczyli się od razu i nikt z nich tego nie zapomniał. Każdy ekspert powie, że to niebezpieczne, żeby pozwolić dwunastolatkowi prowadzić samochód, jednak każdy ekspert powie również, że dwunastolatek nie umiałby dowodzić okrętem wojennym, płynącym z zachodniego brzegu Ameryki Południowej, dookoła przylądku Horn, do Bostonu, a jednak pierwszy w historii admirał United States Navy [Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych], David Farragut, właśnie tego dokonał. W 1815 przejął dowodzenie okrętem i posterował nim z powrotem, z wrogą załogą na pokładzie. Dopłynął z powrotem do Bostonu w 1815. Każdy wie, że dwunastolatek nie potrafi zarządzać dochodową gazetą, a jednak dwunastoletni Thomas Edison właśnie to zrobił w latach sześćdziesiątych – stworzył gazetę przy pomocy zniszczonej prasy drukarskiej, którą ktoś wyrzucił, i dostarczał pasażerom pociągów jeżdżących na długie dystanse wiadomości o wojnie cywilnej. Proszę zauważyć, że nie rywalizował on bezpośrednio z dużymi dziennikami, skupiał się na konkretnej grupie odbiorców i przekazywał im jeden rodzaj wiadomości, wiadomości wojenne, które znał, ponieważ pociąg miał zamontowany telegraf. Dostarczał więc wiadomości o bitwach i ruchach oddziałów wojska, zanim jeszcze miejskie gazety wydawały swoje numery. Edison, w wieku dwunastu lat, zarobił małą fortunę na tej gazecie i pewnie pozostałby przy tym, ale jednocześnie robił eksperymenty chemiczne na tyłach pociągu, co któregoś dnia doprowadziło do wybuchu pożaru i zaniechania eksperymentów w tym miejscu. Około rok temu, w 1997, dziesięcioletnia dziewczynka była na okładce New York Timesa ponieważ wymyśliła i przeprowadziła eksperyment, który dowodził, że nowa dochodowa metoda leczenia jest fałszywa. Jakiś czas temu ktoś naprawił teleskop Hubble’a, który miał wadę soczewki, ktoś wymyślił jak dostarczyć tam soczewkę korekcyjną i naprawił go. Ten właśnie człowiek kierował traktorem, orząc pola na rodzinnej farmie, już w wieku pięciu lat. Wszystkie te historie zmuszają nas do zastanowienia się nad tym, czego dzieci potrafią się nauczyć. Wspólną cechą wyedukowanych ludzi jest to, że potrafią poddać coś w wątpliwość, nie wierzą we wszystko, co się im mówi, jednak szkoły nie są zdolne do pomocy w rozwijaniu tej zdolności z powodu strachu, że zostanie poddana w wątpliwość sama idea obowiązku szkolnego. Chciałbym opowiedzieć historię, której byłem naocznym świadkiem, jest to historia sprzed dwóch lat. W północnozachodnim zakątku znanej wyspy, daleko stąd – zwykle nie mówię jaka to wyspa, ale skoro byłem w kościele to przyznam, że to Hawaje – wyspa, na której 80% zatrudnionych pracuje dla amerykańskiego rządu. Z dala od plaż Hawaje są jednym z najbardziej depresyjnych miejsc na Ziemi. Ludzie – nie mam tu na myśli turystów czy tymczasowych mieszkańców – są wymęczeni, wszyscy zatrudnieni przez rząd. A więc, w północnozachodnim rogu O’ahu sześćdziesięcioletnia kobieta sprzedaje ze starej ciężarówki porcje krewetek z ryżem. Ta ciężarówka, razem z wyposażeniem służącym do gotowania, jest pewnie warta nie więcej niż 5000 dolarów i ma przynajmniej 20 lat. Nazwijmy to jej kapitałem początkowym, 5000 dolarów, i myślę, że mogę nawiązać do mojej wczorajszej wypowiedzi o niezależnym życiu. Z tej ciężarówki kobieta sprzedaje krewetki z ryżem, po 9,95, ale to duże porcje i są przepyszne. Sprzedaje też hot dogi dla dzieci i napoje w puszkach, to wszystko. Pozwolenie na prowadzenie tej działalności kosztuje ją 1200 dolarów rocznie, niewiele ponad trzy dolary dziennie. Ukończyła liceum i ma miły uśmiech. Parkuje ciężarówkę na żwirowym podjeździe, z dala od głównej drogi, w miejscu, gdzie w okolicy nic nie ma, a jej jedyną reklamą jest wypisany odręcznie znak ustawiony przy autostradzie, głoszący „porcja krewetek – $9,95”. Tego dnia, kiedy stanąłem w kolejce po krewetki było przede mną pięcioro klientów, którzy kupili 14 porcji i 14 puszek napoju, nim przyszła moja kolej. Wszystkie te transakcje zabrały 12 minut, miałem przy sobie zegarek. Nagle poczułem się zaintrygowany zarobkami tej skromnej kobiety. Następnego dnia wróciłem tam i zaparkowałem kawałek dalej, żeby móc obserwować ciężarówkę, ale jednocześnie nie przeszkadzać. W dwie godziny kobieta sprzedała 41 porcji krewetek, 41 napojów i koło 10 hot dogów. Tydzień później wróciłem znowu i zaobserwowałem podobną sytuację. Moja żona jest absolwentką znanego instytutu gastronomicznego i była tak miła, że oszacowała dla mnie, że 7 dolarów z 10,95 stanowiło pewnie czysty dochód. Później zagadałem do sprzedawczyni krewetek, która, jak się szczęśliwie okazało, uwielbiała opowiadać o swoim biznesie. Pracuje 56 godzin tygodniowo, nie ma wakacji z wyjątkiem Bożego Narodzenia i Wielkanocy, i średni sprzedaje 100 do 150 porcji, jej rekordem jest 350. Kiedy nie ma ochoty pracować, czyli całkiem często, zastępuje ją jedna z trzech córek. Nie spytałem wprost o jej dochody, ale bazując na tym, co mi powiedziała o sprzedaży i godzinach otwarcia obliczyłem, że musi zarabiać przynajmniej ćwierć miliona dolarów, sprzedając krewetki z pordzewiałej ciężarówki. Nie jest zainteresowana rozwijaniem firmy, a zauważyłem, że wszyscy jej klienci, łącznie ze mną, wydawali się zadowoleni z bycia tam, rozmawiania i żartowania z właścicielką, a ona wyglądała na zadowoloną z życia. Teraz wie pan coś o mnie, prowadzącym samochód, coś o sprzedawczyni krewetek z odległej wyspy, i zanim zaczniemy rozmowę o edukacji chciałbym opowiedzieć ostatnią historię, o trzynastoletnim chłopcu pochodzenia grecko-amerykańskiego, którego nazwę Stanley, ponieważ jestem w kościele, nazwę go Stanley, bo tak ma na imię. Stanley przychodził do szkoły, był w mojej klasie, tylko raz na miesiąc. Uchodziło mu to na sucho, bo byłem jego wychowawcą i go kryłem. Nie robiłem tego by zadzierać z prawem, ale dlatego, że Stanley wytłumaczył mi gdzie spędzał czas, a ja zgodziłem się, ponieważ było to bardziej rozwojowe niż to, co działo się w szkole.

Okazało się, że Stanley miał 5 ciotek i wujków. Każdy z nich prowadził własny biznes przed ukończeniem 21. roku życia, dlatego chciał podążyć ich śladami, ale nie wiedział do końca czyimi. Jedna osoba pracowała w kwiaciarni, jedna zajmowała się konstrukcją surowych mebli, jedna była właścicielem delikatesów, jedna właścicielem małej knajpki a jeszcze inna prowadziła usługi kurierskie. Kiedy Stanley opuszczał lekcje, wykonywał różne prace u ciotek i wujków nie dostając za to ani grosza. Pracował u jednego krewnego, potem u następnego i tak dalej. Chodził od sklepu do sklepu i pracował za darmo w zamian za możliwość poznania biznesu. „Panie Gatto” powiedział, „dzięki temu mam szansę zdecydować, jaką branżę obrać w przyszłości. Proszę powiedzieć, jakie książki mam przeczytać i je przeczytam, ale nie mogę marnować czasu w szkole, chyba że chcę skończyć jak cała reszta” dokładnie tak powiedział, „pracując dla kogoś innego”. Kiedy to usłyszałem, nie mogłem z czystym sumieniem zamknąć przed nim drzwi.

Nauka jazdy, dorabianie się na wykonywaniu pożytecznej pracy, nauka niezależnego handlu – czy zauważyliście, że mówiłem o tym, z jaką łatwością można wykonywać i nauczyć się tych trzech rzeczy, o ile osoba ucząca się bierze na siebie odpowiedzialność, potrafi zachować otwarty umysł oraz ma czas i środki aby dotrzeć do celu. Nie zezwala się, aby szkoła oferowała większości z nas właściwe wsparcie czy poświęcała nam czas. Powodem są zasady ustanawiane z dala od sal lekcyjnych; szkoła nie mogłaby zaoferować tego rodzaju wsparcia nawet jeśli by chciała. Wyjaśnijmy sobie jedną rzecz – nauczanie w szkole nie jest edukacją. Z łatwością można zrekompensować braki w nauczaniu, ale w żadnym razie nie można zrekompensować szkód spowodowanych brakiem wykształcenia, chyba że jesteś gotów doświadczyć bólu, wysiłku i smutku. Bez wykształcenia jesteś po prostu mniej wartościowy niż mógłbyś być w rzeczywistości.

Wiele sławnych i wybitnych osobistości nie miało większego wykształcenia. George Washington kształcił się dokładnie 2 lata. Jego nauczycielem był skazaniec, ponieważ nikt nie był na tyle szalony, żeby się z tego utrzymywać. Benjamin Franklin również kształcił się 2 lata; został wyrzucony z dwóch szkół, dlatego że był osobą sprawiającą kłopoty. Trudno doszukać się tej informacji w jego biografiach, ale taka jest prawda. Admirał Farragut w ogóle nie miał wykształcenia. Matce Thomasa Edisona powiedziano, że jej syn jest ograniczony umysłowo i szkoła nie będzie miała z niego pożytku. Margaret Mead, słynna amerykańska antropolożka, jak wiele innych ludzi była kształcona wyłącznie w domu. Każdy z nich miał dobrą edukację. Przechodzimy do sedna tej rozmowy, aby pomóc wam zrozumieć, czym jest edukacja.

Znam odpowiedź na to pytanie, ale nie jestem na tyle arogancki, żeby twierdzić, że jest to jedyna słuszna odpowiedź. Z tego powodu zapoznam was z moją roboczą definicją, definicją słynnych Amiszów z powiatu Lancaster. Chciałbym też, abyśmy przyjrzeli się liście rzeczy wymaganych od swoich uczniów przez 20 najlepszych prywatnych szkół z internatem w USA. Myślę, że jeśli wybierzecie sobie z tych przykładów to, co się wam podoba i połączycie z własną mądrością, zdrowym rozsądkiem i daną od Boga indywidualnością, ze spędzonego tutaj razem czasu wyniesiecie coś przydatnego. W pierwszej kolejności przedstawię moje pomysły, na które wpadłem dzięki zbyt wielu ludziom, aby móc im teraz podziękować.

Przed planowaniem programu nauczania należy mieć na względzie 10 oddzielnych rodzajów świadomości, na których opiera się samopoznanie i samoświadomość.

  1. Pierwszym z nich jest rzeczywista osobowość musimy mieć dużą wiedzę na temat naszych krewnych i przodków; jaka była ich kultura, jaka jest ich kultura, jaka jest ich sytuacja, jakie są ich cele i zmagania. Następnie musisz dokonać spisu uważnie badając własne umiejętności, słabości i ograniczenia wynikające z twojego dziedzictwa biologicznego i kulturowego. Należy stworzyć swojego rodzaju charakterystykę swojej osoby; nie dzieje się to w tydzień czy w miesiąc – to długotrwały proces. Będąc w zaawansowanym wieku, poświęcałem bodajże codziennie trochę czasu na myślenie o każdym z moich krewnych i zastanawianie się, jaka część mnie może być w harmonii z daną osobą. Musisz też posiadać dogłębną wiedzę na temat historii; uważam, że należy być zaznajomionym z historią lokalną, regionalną, narodową i globalną. Rozmawiałem wcześniej z kilkoma paniami na temat tego, że kiedy byłem w Nashville zapomniałem wspomnieć swoim słuchaczom o tym, że Andrew Jackson prawie na pewno przyczynił się do ustanowienia przymusowej edukacji w USA. Nie znaczy to, że kiedykolwiek by na to pozwolił – osoba pokroju Jacksona po prostu przyciągała do swojego rządu różnych ludzi, którzy zniszczyli sektor bankowy na północnym wschodzie. Czy pozwolono, aby stało się to jeszcze raz? Rok po opuszczeniu urzędu przez Jacksona, bostońska komisja szkolna będąca genezą naszego nieszczęścia związanego z edukacją rozpoczęła swoje działania. Nie odważyłaby się tego dopuścić za czasów prezydentury Jacksona, ale rok po jego odejściu ze stanowiska komisja podjęła pierwsze kroki i zatrudniła pewnych ludzi jako „przykrywkę”. Musimy posiadać szczegółową wiedzę w dziedzinie historii, ponieważ życie jest swojego rodzaju gobelinem. Można powiedzieć, że jest trójwymiarowym gobelinem; dzięki niej możemy cofać się w czasie i zdecydować, jakie decyzje podjąć. Jest to jednak możliwe tylko wtedy, kiedy znamy historię. Pozwólcie, że wytłumaczę. Kiedy mówię, że nie znacie historii – nie wiem, czy jest to prawdą – chodzi mi o was jako ogół ludzi. Północni Niemcy, Prusowie zdali sobie sprawę, że ludzie posiadający dogłębną wiedzę historyczną byli niebezpieczni, ponieważ potrafili myśleć kontekstualnie. Prusowie pragnęli produkować ludzi potrafiących rozwiązywać problemy, którzy jednocześnie nie mieli pojęcia, czy rozwiązywany problem nie stanie się przypadkiem problemem kogoś innego tak jak w przypadku bomby atomowej – byli po prostu inżynierami. Niemcy świetnie radzili sobie z produkowaniem tego typu ludzi, ale podczas prywatnych rozmów oznajmili, że tylko jednej osobie na 200 należy zezwolić myśleć w kontekście historycznym, aby mogła zrozumieć, jaki jest cel rozwiązywania problemu i z jakich idei się wywodzi. Od 1917 r. system nauczania historii w USA był celowo i systematycznie niszczony tak, abyś nie był w stanie zrobić kroku w tył i zrozumiał, co się tak naprawdę dzieje. Z drugiej strony mam dla was dobrą wiadomość – samokorygowanie jest bardzo satysfakcjonujące i względnie proste.
  2. Druga rzecz to posiadanie dogłębnej wiedzy historycznej, w tym wiedzy na temat historii polityki i kultury, być może także historii pracy, nauki i techniki oraz innych istotnych elementów historii.
  3. Trzecią rzeczą jest to, że musisz znać fizyczny świat będący w zasięgu twojej ręki; musisz być zaznajomiony z jego geografią, botaniką, zoologią, chemią i fizyką. Jednym z najbardziej udanych programów nauczania, jaki zaprojektowałem i zaaplikowałem było wyposażenie każdego ucznia w mapę wyspy Manhattan o długości 20 km i szerokości 3,7 km oraz przekazanie im, że do końca roku mają za zadanie osobiście zwiedzić każdą strefę kodu pocztowego, jest ich ok. 38. Ich zadaniem było także przeanalizowanie rodzajów przedsiębiorstw, zasobów mieszkaniowych, sposobu ubierania się ludzi i innych czynników; mowa tu o badaniu rynkowym o ogromnej wartości pieniężnej, szczególnie na terenie takiego obszaru jak Manhattan. Mimo tego uczniowie podjęli się wyzwania, a przy okazji zaznajomili się z geografią, botaniką, chemią i fizyką tych różnych miejsc. To był numer 3.
  4. Rzecz numer 4 – musisz wiedzieć wystarczająco dużo o świecie pracy, aby mieć rozeznanie w doborze zawodu. Kiedy dojdziemy do kwestii prywatnych szkół, dowiecie się, że najważniejsze jest opanowanie i zrozumienie świata pracy w celu dopasowania swojej osobowości do tego, co chcesz robić. Mawiałem uczniom, że nie ma sensu tkwić w dobrze płatnej pracy, jeśli nie daje ona satysfakcji; pieniądze zwyczajnie nie mogą być rekompensatą za niszczenie własnego siebie lub wtedy, gdy praca jest sprzeczna z twoimi zasadami albo ważnymi dla ciebie kwestiami.
  5. Kolejną rzeczą jest to, że musisz wiedzieć coś o filozofii i psychologii ludzkich związków. Musisz znać różnicę między rodziną i przyjaciółmi, między przyjaciółmi a towarzyszami, między towarzyszami a kolegami. Musisz wiedzieć o koleżeństwie, obecnie nazywa się to ‘nawiązywaniem kontaktów’. Musisz wiedzieć, czym są miłosne relacje bazując na nagromadzonej wiedzy tysięcy lat ludzkiej historii oraz zbiorowej wiedzy własnej rodziny. To był numer 5.
  6. Szósty rodzaj świadomości polega na zrozumieniu zawiłości w stworzeniu domu. Wiem, że w przypadku nauki w domu nie ma z tym problemu, ale zazwyczaj zwracam się do publiczności nie pobierającej nauki w domu. Mówię wtedy, że dom jest swojego rodzaju laboratorium wszystkiego, nie jest to akademicka praktyka, a zarazem nią jest – jest jednocześnie prawdziwym życiem i czymś, co może w znakomity sposób wzbudzić zainteresowanie, jeśli tylko masz chęć się tego podjąć. Musisz być w stanie rozróżnić między domem a miejscem, gdzie jesz i śpisz; zarówno chłopcy, jak i dziewczęta muszą znać tę różnicę. Musisz wiedzieć o wyzwaniach dorosłości na każdym jej etapie, jakie są obowiązki i zobowiązania silnego mężczyzny czy kobiety, czego muszą się podjąć.
  • Numer 7 – musisz pojąć wyzwanie straty oraz ogromne wyzwanie starzenia się i śmierci. Wiem, że w pewnym stopniu mamy w zwyczaju myśleć o starzeniu i śmierci w zależności od tego, czy jesteśmy religijni czy też nie. Jesienią ubiegłego temu w mieście Boulder w stanie Colorado publiczność postawiona została przed pewnym wyzwaniem. Byli świeżo po wykładzie Dalai Lamy a ja byłem kolejnym mówcą, więc miałem trudne zadanie do wykonania. Powiedziałem, że nic nie miałoby żadnej wartości jeśli nie starzelibyśmy się i nie umieralibyśmy. Jeśli żyłbyś 50 milionów lat dlaczego niby coś, co zrobiłeś dzisiaj, za rok albo za 40 lat miałoby mieć jakiekolwiek znaczenie. Dlaczego cokolwiek miałoby mieć znaczenie. Mamy wspaniałą okazję, aby się nawzajem obserwować podczas przemierzania tego okrążenia idostosować się do tego, kim jesteśmy – nigdy nie jesteś tą samą osobą. Weźmy na przykład dwa dni z rzędu – zawsze jesteś o dzień starszy, a co za tym idzie mądrzejszy, jeśli tylko chcesz taki być. Wreszcie musisz nieustannie zmagać się przez całe życie, aby zrozumieć przebłysk metafizycznej realności; istnieją rzeczy pozafizyczne, rzeczy bliskie duszy i duchowi. Żaden człowiek na świecie nie podważał tej kwestii, jednak nie jest ona przedmiotem badań naukowych.

Kiedy zapoznasz się z tymi różnymi rodzajami świadomości, zarys wykształconej osoby wyłaniający się z chaosu ignorancji staje się bardziej widoczny.

Punkt 1. Po pierwsze, wykształcona osoba jest w stanie samodzielnie napisać własny scenariusz albo jego większą część. Zawsze jest to ciągły proces, nigdy nie możesz w pełni osiągnąć tego celu ale zawsze starasz się do niego dojść, stajesz się w tym coraz lepszy.

Punkt 2. wykształcony człowiek wie, jak działa ludzkie serce i dlatego ciężko jest go oszukać… Teraz już pamiętam, dzięki komu wpadłem na ten pomysł; pochodzi on z dzienników Thomasa Jeffersona. Jeśli wiesz jak działa ludzkie serce i trudno jest cię oszukać, wyobraź sobie, ile młodych ludzi mogłoby uniknąć doświadczenia smutku, jeśli tylko wiedzieliby o tym samym przed etapem, gdzie wyłaniają się silne uczucia fizyczne w okresie późnego dojrzewania.

Punkt 3. – wpadłem na ten pomysł także dzięki Thomasowi Jeffersonowi – wykształcona osoba zna swoje prawa i wie, jak je chronić. Jest to ostatnia rzecz, jaką dowolna szkoła w tym kraju cię nauczy; oznaczałoby to dla nich katastrofę.

Punkt 4.: wykształcona osoba posiada przydatną wiedzę; wie jak zbudować dom, napisać piosenkę, zbudować łódkę, produkować żywność czy projektować odzież. Wie o czymś prawdziwym, a jeśli nie wie, to chce się tego dowiedzieć, chce się tego nauczyć i ma odwagę się tego nauczyć.

W mieście Bath w stanie Maine znajduje się Shelter Instituite który gwarantuje, że w ciągu trzech tygodni będziesz potrafił zbudować wielopoziomowy dom w stylu „cape cod” o powierzchni 280 metrów kwadratowych jeśli tylko się tam wybierzesz, ponieważ przez ten czas zbudujesz taki właśnie dom. Jeśli zostaniesz dodatkowo jeszcze tydzień, nauczą cię montować instalację wodno-kanalizacyjną i instalację elektryczną. Kilka lat temu uczestniczyłem w obchodach 25. rocznicy jako mówca. Przybyło ponad 5 tysięcy ludzi, wszyscy mieli przy sobie zdjęcia wybudowanych przez nich domów, wśród uczestników byli też kierowcy autobusów i psychiatrzy. Każdy z domów był tak indywidualny jak odcisk palca, a wybudowanie ich zajęło im tylko trzy tygodnie. To był punkt 4.

Punkt 5.: osoba wykształcona potrafi wszędzie utworzyć zdrowe więzi, ponieważ rozumie dynamikę związków. Nie chodzi mi o to, że jest to rzecz pożądana, ale możliwe jest umieszczenie osoby wykształconej w innym miejscu, gdzie taka osoba poradzi sobie w nowych warunkach.

Punkt 6.: osoba wykształcona potrafi odkrywać prawdę bez podążania za przewodnictwem ekspertów. W wielu przypadkach tak właśnie się dzieje, ale zawsze powinno się sceptycznie podchodzić do tego, co się do ciebie mówi i pamiętać o tym, że nie zawsze przekazywana jest cała prawda; wiesz jak porównywać odmienne relacje.

Punkt 7.: osoba wykształcona – nigdy się o tym nie mówi – posiada zdolność tworzenia nowych rzeczy, nowych doświadczeń, nowych pomysłów; potrafi zrobić coś z czegoś innego, ze wspólnego, surowego materiału.

Punkt 8.: osoba wykształcona posiada plan własnej wartości. Na szczęście chrześcijanie nie mają z tym problemu, ale wiele ludzi nie planuje swojego życia, nie kierują nimi żadne zasady. Z takimi ludźmi miałem też do czynienia w sali lekcyjnej, ludzie ci znajdują się w okropnej sytuacji. Osoba wykształcona zawsze wie kim jest, posiada własną filozofię zweryfikowaną metodą prób i błędów. Oczywiście popełniamy błędy, wszyscy jesteśmy niedoskonali. To też powinniśmy wiedzieć, ale jeśli tylko do czegoś dążymy, stajemy się mniej niedoskonali. Możemy odnaleźć wewnętrzny spokój pod warunkiem, że jesteśmy pokorni.

Punkt 9., mój ulubiony: czas nie dłuży się osobie wykształconej, taka osoba może być samotna i nie jest w rozterce, co począć ze swoim czasem. Opowiem wam historię, pewne porównanie, które mnie zainteresowało. Dorastałem w kilku małych miasteczkach w zachodniej Pensylwanii, miejscowość Monongahela jest najbliższa mojemu sercu. Nigdy nie słyszałem, żeby ktokolwiek mówił, że się nudzi aż do momentu, kiedy dostałem się na uczelnię. Trafiłem na Uniwersytet Cornella i nagle każdy powtarzał to przez cały czas. Wszyscy byli wiecznie znudzeni pomimo tego, że byli zamożni, przystojni, dobrze ustawieni i namaszczeni na przywódców przyszłości. Nikt, kogo znałem dorastając, żaden z rodziców ani krewnych, żaden z moich przyjaciół nie nudzili się. Wiedziałem, co znaczy słowo „nudzić się”, ale nigdy nie doświadczyłem tego uczucia chociaż wiedziałem, że istnieje. Czas nie dłuży się osobie wykształconej, osoba wykształcona rozumie i akceptuje to, że śmierć i starzenie się są niezbędne. Osoba wykształcona uczy się w każdym momencie swojego życia, nawet pod jego koniec.

Przenieśmy się teraz od Johna Gatto do Amiszów Starego Zakonu (Old Order Amish). Są oni grupą 150 000 ułożonych, dobrze prosperujących i przestrzegających prawa obywateli. Przybyli do Ameryki z małym tobołkiem składającym się z kilku ubrań, dlatego też nie posiadali żadnych kontaktów mogących ułatwić im nowe życie. Byli prześladowani przez stan Pensylwania, stan Wisconsin i stan Ohio przez całe stulecie. Każdy słyszał o Amiszach, ale nieliczni wiedzą o zdumiewających szczegółach na ich temat, które zaraz przedstawię. Praktycznie każdy dorosły Amisz posiada niezależne środki utrzymania jako właściciel gospodarstwa rolnego, podział to 50/50. Źródłem moich informacji jest sekcja na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa zajmująca się badaniem Amiszów. W tym społeczeństwie prawie nigdy nie doświadczycie kłótni, przemocy, alkoholizmu, rozwodów czy przyjmowania narkotyków. Istnieją nieliczne wyjątki, ale są one tak mikroskopijne, że kiedy już mają miejsce trafiają na pierwsze strony gazet, ponieważ po prostu normalnie takie rzeczy się nie dzieją.

Punkt trzeci: nie przyjmują pomocy rządu jeśli chodzi o opiekę zdrowotną, pomoc osobom starszym i edukację po klasie ósmej [w amerykańskich szkołach państwowych]. Przez większość stulecia byli zobowiązani przez rząd do zaakceptowania edukacji dzieci od klasy pierwszej do ósmej. Teraz przytoczę fakt, który was zdołuje. Wskaźnik sukcesu małych przedsiębiorstw Amiszów to 95%, 1 na 20 przedsiębiorstw Amiszów bankrutuje przez okres pierwszych pięciu lat. Wskaźnik sukcesu przedsiębiorstw nienależących do Amiszów to 15%; 17 z 20 przedsiębiorstw nienależących do Amiszów bankrutuje w przeciągu pierwszych pięciu lat.

Punkt piąty: wszystkie dzieci Amiszów mają szansę na wzięcie udziału w opłaconej, rocznej przerwie z dala od amiszowego życia w momencie wkraczania w dorosłość. Amisze nie chcą mieć w swojej społeczności kogoś, kto nie chce być jej częścią. Cytując ich słowa: „Skąd masz wiedzieć, czy chcesz być jednym z nas, skoro nie próbowałeś czegoś innego?”.

Z tego powodu wyruszają na takie wyprawy na terenie całego kraju i żyją wśród nas. Przez ten czas nie są Amiszami, ale potem wracają. 85% dorosłych dzieci tej społeczności woli pozostawać blisko rodziców, jest to główny powód dla którego ta grupa rozrosła się o 3000%. W XX wieku w 1900 r. było 5000 Amiszów, teraz jest ich 150 000, co daje nam wzrost o 3000%.

Wreszcie, prawie wszyscy członkowie grupy, zarówno dzieci, jak i dorośli, przepytani przez badaczów zewnętrznych wyrażali całkowite zadowolenie ze swojego życia. Donald Kraybill z Uniwesytetu Johnsa Hopkinsa badał przedsiębiorstwa Amiszów, zbadał 1000 przedsiębiorstw Amiszów na cele książki opublikowanej w 1995 roku. Na pewno znajdziecie ją w narodowym systemie bibliotecznym pod tytułem „Amish Enterprise: From Plows to Profits” („Przedsiębiorczość Amiszów: od Orki po Zysk”). Kraybill powiedział: „Amisze podważają wiele konwencjonalnych założeń o tym, co należy zrobić aby wkroczyć w świat biznesu.” Czy kobieta ze starą, pordzewiałą ciężarówką i dyplomem ukończenia szkoły średniej nie podważyła pewnych założeń zarabiając ćwierć miliona dolarów rocznie? Nie mają średniego wykształcenia, nie mają specjalistycznych szkoleń, nie używają komputerów, elektryczności czy samochodów, nie są wytrenowani w tworzeniu planów marketingowych. Atrybuty, które zostały przeniesione z gospodarstw rolnych to między innymi: duch przedsiębiorczości, chęć podjęcia ryzyka, innowacyjność, wysoka etyka pracy, tania, rodzinna grupa pracownicza i wysokie standardy rzemieślnictwa. Jedną z ich wartości jest zasada ograniczonego wzrostu, to niezwykłe; mają niepisaną zasadę, że nie wolno zarabiać więcej niż pół miliona dolarów rocznie nie dlatego, że są przeciwni pieniądzom, ale dlatego, że jeśli będziesz zarabiać więcej nie dasz szansy innym ludziom na wkroczenie w biznes, więc musi im wystarczyć pół miliona rocznie. Nie chcą, żeby ich sklepy czy branże się rozrastały; dotyczy to przedsiębiorczości na terenie całej osady.” To, co teraz usłyszeliście jest wielką częścią definicji edukacji według Amiszów, ale dodam coś jeszcze. Amisze są bardzo dobrymi sąsiadami, są pierwsi do pomocy w czasie kryzysu świata zewnętrznego, otwierają swoje gospodarstwa dla dzieci z gett, często wychowują niepełnosprawne dzieci nienależące do świata Amiszów, których nikt nie chce. Uprawiają rolę tak dobrze i tak korzystnie bez użycia traktorów, chemicznych nawozów czy pestycydów, że Meksyk, Kanada, Rosja, Francja i Urugwaj zatrudniły Amiszów w celu doradztwa pod kątem zwiększenia wydajności produkcji rolnej.

Możecie zrozumieć, jak Amisze pojmują edukację patrząc na rzeczy, o które walczyli z rządem. Kiedy Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych orzekł, że dzieci muszą chodzić do szkoły od pierwszej do ósmej klasy, byli gotowi masowo pójść do więzienia, o ile poczynione będą ustępstwa. Rząd zgodził się potem pójść na ustępstwa. 1. Żądali, żeby każda szkoła była w niewielkiej odległości od domów, nie pozwalali na transport dzieci autobusem.

  1. Po drugie, nie godzili się na wielkie szkoły, gdzie uczniowie dzieleni byli na różne „przegródki” i każdego roku przydzielano im różnych nauczycieli.
  2. Po trzecie, żądali aby wszystkie decyzje szkolne były zatwierdzane na piśmie przez rodziców.
  3. Żądali, aby rok szkolny trwał 8 miesięcy.
  4. Żądali, aby nauczyciele uczący ich dzieci posiadali wiedzę na temat wartości i tradycyjnego stylu życia Amiszów i byli im przychylni, nie zgadzali się na przekazywanie własnych dzieci profesjonalnym dydaktykom.
  5. Po szóste, domagali się, aby ich dzieci nauczano zgodnie z przekonaniem, że mądrość i wiedza akademicka to dwie różne rzeczy.
  6. Po siódme, domagali się, aby ich dzieci odbywały praktyki i staże nadzorowane przez rodziców.

Woleli pójść do więzienia i stracić wszystko, niż poddać własne dzieci jakiemukolwiek rodzajowi indoktrynacji państwa zwanego edukacją, która miałaby rozbijać ich rodziny, tradycje i społeczności oraz przez którą ich dzieci miałyby żyć w niepokoju, wyuczone, aby wzbijać się w górę i skakać bez określonego celu czy kierunku, nie wiedząc gdzie wylądują. Amisze zdali sobie sprawę, że nowe, rządowe szkoły były niczym innym jak społecznymi separatorami opartymi na zasadzie mechanicznego separatora mleka. Takie szkoły mąciły w młodych umysłach aż do rozpadnięcia się zarówno struktury społecznej, jak i rodziców i ich spójnej świadomości. Szkoły oddzielają dzieci od ich osobistej przeszłości i od przeszłości ich kultury. Jak nazywał to rząd, „edukacja” odseparowywała ludzi od życia dnia codziennego dzieląc świat na dyscypliny, przedmioty, klasy, oceny i nauczycieli, którzy znani są dzieciom tylko z nazwiska. Nawet religia, o ile byłaby o niej wzmianka, miała być badana, analizowana i oddzielana od rodziny i życia codziennego, miała stać się po prostu kolejnym przedmiotem analizy krytycznej. Wyposażeni w książki i odseparowani od Amiszów i kulturowego przeszkolenia specjaliści mieliby być odpowiedzialni za wychowywanie dzieci i zachęcaliby je do wyzwolenia się od ograniczenia jakim jest dom; wyjaśnialiby, z jakiego powodu mają to robić, gdzie i w jakim kierunku „skakać”. Oczywiście szkoła, po tym jak oderwie od was dzieci, nie ma o tym pojęcia. Amisze uważali, że nieustanna konkurencja zniszczy wielu ludzi i ze sporej części zrobi upokorzonych nieudaczników nienawidzących samych siebie. Jest to zupełnie odmienne od powszechnej determinacji wymaganej przez życie w społeczności Amiszów. Dla Amisza edukacja oznacza bycie niezależnym, oznacza życie w zamkniętej społeczności jako wartościowy sąsiad i prowadzenie pobożnego życia. Trudno wyobrazić sobie, żeby taka definicja edukacji przetrwała do przełomu XXI wieku, a co dopiero cieszyła się powodzeniem. W jaki sposób możemy jednak wytłumaczyć zdumiewające poczynania Amiszów postępujących według własnych zasad i szczęśliwie żyjących w dobrobycie pomimo odmiennych rad ekspertów? Fakt, że Amiszom powodzi się tak dobrze dowodzi tego, że w przypadku edukacji istnieje możliwość obrania za cel niezależność ogółu obywateli. Mam nadzieję, że pomyślicie trochę nad tym.

Chciałbym teraz zaproponować przybliżony, trzyczęściowy podział bazujący na podstawowych założeniach, z którymi się zmagamy.

  1. 1. Po pierwsze mamy uczenie się będącą głównym konceptem; uczenie się pojawi się w naturalny sposób bez względu na to, czy tego chcemy czy nie. Z tego powodu mądre matki obserwują, w jakim otoczeniu obracają się ich dzieci i w jakich znajdują się sytuacjach, z których czerpią potem doświadczenie.
  2. Drugi koncept, czyli nauczanie/szkolnictwo przeprowadzane jest w środowisku nadzorowanym przez innych ludzi poprzez procedury i sekwencje w mniejszym lub większym stopniu kontrolowane przez innych i na potrzeby innych. Nauczanie posiada pewną wartość. Mam mieszane uczucia; pewna grupa ludzi jest zdania, że nie powinno być to nazywane nauczaniem w domu, a edukacją w domu – jest zarówno tym, jak i tamtym, kształcenie posiada pewną wartość. Jeśli by tak nie było, widywalibyśmy dzieci bez przerwy chodzące sobie po parkach i ulicach. Nauczanie/szkolnictwo jest jeszcze bardziej wartościowe, kiedy nauczyciele troszczą się o uczniów i próbują zrozumieć cię jako jednostkę, jednak samo kształcenie/szkolnictwo nigdy nie jest wystarczające.
  3. Trzeci koncept, edukacja, opisuje starania w dużej mierze zainicjowane wewnętrznie, aby w inteligentny sposób wziąć życie w swoje ręce i po to, aby żyć w świecie, który się całkowicie rozumie. Bycie wykształconym przypomina skomplikowany gobelin utkany z rozległego doświadczenia, podejmowania znaczącego ryzyka i wyczerpującego poświęcenia. Ciężko jest być wykształconym, ale nie jest trudno być wyszkolonym, a nawet znakomicie wyszkolonym – w takim przypadku przekazujesz po prostu siebie w ręce obcych ludzi. Tak jak mam w zwyczaju mówić: jeśli są miłymi ludźmi, pokochają cię i wyjdzie ci to na dobre, inni ludzie będą cię lubić, ale nie możesz wtedy być autorem własnego scenariusza.

W tej formule, którą wam przekazałem uczenie dzieje się przez cały czas, natomiast szkolnictwo/kształcenie w szkole ma miejsce wtedy, gdy treść nauczania określona jest zewnętrznie przez innych ludzi narzucających dyscyplinę na ucznia, a edukacja jest określona świadomie i samodzielnie. Wiąże się z tworzeniem wewnętrznej samo kontroli nad gromadzeniem danych, osądem, samodyscypliną oraz poświęceniem. Jestem przekonany, że to właśnie miała na myśli Inga mówiąc wczoraj: „naprowadzasz ich na ścieżkę, ale pozwalasz im potem samodzielnie po niej chodzić”. Łączy informacje zdobyte dzięki kształceniu i przypadkowej nauce razem z osobistym celem. W procesie edukacji, nauka szkolna poddawana jest krytycznej kontroli i jest niezależnie weryfikowana przez każdego ucznia przed jej trwałym przyswojeniem. Osoba wykształcona uczy się, kiedy ufać obcym i nie powierza tego rodzaju zaufania każdej osobie. W naszych społeczeństwach szkoła ponieważ jest przymusowa jest swojego rodzaju stabilizatorem w „silniku” rozwoju dziecka. Może pomóc w nauce, ale może także ją utrudnić. Może zachęcać do kształcenia się, albo wręcz zniechęcić. Chcę przez to powiedzieć, że jeśli byłby to wykład na inny temat opowiedziałbym, co zrobili moi uczniowie. Wydawałoby się, że rozsypałem je niczym ziarna na cztery strony świata. Prawda jest taka, że miałem bardzo rygorystyczne oczekiwania wobec uczniów i zarówno oni, jak i ich rodzice byli tego świadomi. Jeśli chcieli dostać kolejną szansę musieli pokazać, że włożyli w to jakiś wysiłek. Każde dziecko odczuwa nawet w niewielkim stopniu obecność niewidzialnej „ręki” w szkole. Taka „ręka” porusza się bez jasno określonego celu. O ile cel ten nie zaburza ludzkiej natury ucznia i jest przyjazny nauce oraz mobilizuje do kształcenia, relacja między uczniem a nauczaniem rozwija się bezproblemowo. Jeśli jednak powstaje podejrzenie, że tłumi się naukę i przebieg kształcenia jest zakłócony, najczęściej dochodzi do tej samej sytuacji, jaka dzieje się w domach – kochasz swoje dzieci tak bardzo, że stajesz się nadopiekuńczy. Tłumi się wtedy impuls, jakim jest podejmowanie ryzyka oraz odkrywanie własnych granic, podczas gdy znajomość siebie jest cechą osoby wykształconej.

Teraz zacznie się najzabawniejsza część wykładu. Skupmy się teraz na tym, czego wymagają od edukacji rodzice uczniów z najlepszych i najdroższych prywatnych szkół z internatem w Ameryce. Badałem ich oczekiwania od 20 lat, aby móc porównać je z moimi własnymi celami. Myślę, że zainteresuje was ta informacja, nawet jeśli nie zgadzacie się z większością. Mowa o 20 najbogatszych prywatnych szkołach z internatem w Ameryce, szkołach takich jak Groton, St. Paul’s, Deerfield czy Kent, jest ich tylko 20. Niektórzy mówią, że jest ich tylko 18, nie 20. Z góry uprzedzę, abyście zwrócili uwagę na to, że wyrobienie żadnej z zasad tak pożądanych przez bogatych rodziców nie kosztuje ani grosza. Nie wiem, czy są tego świadomi, ale każdy jest w stanie zrobić wszystkie albo chociaż jedną z tych rzeczy ze swoimi dziećmi tak dobrze, jak robi się to w szkole St. Paul’s. Przekażę wam te koncepcje w przypadkowej kolejności. Sami zdecydujcie, które są ważne.

  1. Elitarne prywatne szkoły chcą, aby uczniowie uczyli się dobrych manier i prezentowali je w kontakcie z każdą osobą, nawet najbardziej skromną, bez zastanawiania się; w ten sposób będą odruchowe. Zapewne chciałbyś dla swojego dziecka tego samego, bo jest to rzecz właściwa i pobożna, ale nie o to w tym chodzi. Powodem jest to, że dzięki manierom dzieci będą wszędzie mile widziane, nawet w obcym otoczeniu gdzie nikt ich nie zna. Ktoś dostrzeże, że ta osoba jest dobrze wychowana. A teraz powiedzcie mi – nie odpowiadajcie na to pytanie, bo znam odpowiedź – czy nauczenie kogoś dobrych manier cokolwiek kosztuje? Spotkałem dzieci z gett, które były wychowane tak dobrze jak każdy inny.

Kolejną rzeczą, jaką pragną rodzice uczniów elitarnych szkół prywatnych jest zapewnienie niepodważalnej, niezakłamanej intelektualnej wiedzy, nie chcą, żeby była „rozcieńczona”. Nigdy nie uczyłem dzieci młodszych niż 13-14 lat, ale kiedy zaczęliśmy lekturę Moby Dicka w ósmej klasie odkryłem, że w szkolnym wydaniu książki pozbyto się wszystkich trudnych słów i pojęć, dlatego wyrzuciłem ją i kupiłem wystarczającą ilość egzemplarzy prawdziwej wersji książki dla siebie i swoich uczniów. Według mnie Moby Dick to najtrudniejsza lektura na świecie, jeśli chcecie zabrać się za jakąś ciężką książkę, sięgnijcie po Moby Dicka. Po początkowym zmaganiu trwającym dwa tygodnie, zarówno najmniej pojętne dzieci, jak i te najzdolniejsze były zachwycone współgrającymi ze sobą ideami, widzieli różnice między wątkiem polowania na wieloryba a ideami wyłaniającymi się z interakcji między załogą, oficerami i kapitanem. Chodzi mi o to, że wszystko to było bardzo emocjonujące. Prawda jest taka, że wtedy mieszkałem chwilowo w Nowym Jorku i byłem niesamowicie znudzony tym, co przekazali mi do nauczania. Powiedziałem, że nigdy nie czytałem Moby Dicka, miałem go przeczytać na studiach, ale przeczytałem tylko komiks i streszczenie na Cliffs Notes. Pomyślałem: „w końcu będą płacić mi za czytanie Moby Dicka”. Podobała mi się ta lektura, naprawdę bardzo mi się podobała. Każdego roku przez 10 lat przerabialiśmy Moby Dicka i nigdy się nie nudziłem, zawsze znajdowałem w tej książce coś nowego. Tak więc rodzice uczniów elitarnych szkół prywatnych pragną zapewnienia niepodważalnej, niezakłamanej intelektualnej wiedzy. Jeśli słuchaliście mojego wykładu wczoraj to wiecie, że w XX wieku w Ameryce powoli tłamszono pewność siebie zarówno rodziców, jak i ich dzieci, co prowadziło do upraszczania programu nauczania. Robiono to stopniowo, dlatego trudno jest to dostrzec, chyba że – pozwólcie, że zrobię małą dygresję – weźmiecie do ręki bestsellera z 1818 r. o tytule „Ostatni Mohikanin” autorstwa Jamesa Fenimore’a Coopera. Jeśli upewnicie się, że jesteście posiadaczami egzemplarza o nieskróconej treści, będziecie mieć trudności z jego przeczytaniem. Książka ta jest wolna od politycznych, filozoficznych i naukowych idei; wyjęcie strzały z kołczanu zajmuje około 3 strony. Ta książka była bestsellerem w 1818 r., sprzedała się w dzisiejszej równowartości 5 milionów egzemplarzy, dziś byłaby niebywałym bestsellerem. Kupowali ją drobni rolnicy, a ich dzieci ją czytały. Ciężko stwierdzić, gdzie się dokładnie potknęliśmy, ponieważ patrząc na poprzednie pokolenia widoczne jest niewielkie potknięcie. Musielibyśmy cofnąć się o 100 lat i wziąć do ręki podręcznik do piątej klasy z lat dwudziestych XIX wieku. Odkrylibyśmy, że czytamy dzisiejszy podręcznik akademicki. Ten proces dzieje się od stu lat, ale nie ma to miejsca w elitarnych, prywatnych szkołach. Możesz przyczynić się do chociażby nieznacznej poprawy, ale najpierw musisz zrobić to sam. Zawsze staraj się stawiać sobie wysokie wymagania, a w krótkim czasie dowiesz się, że nie jest trudno tego dokonać. Obiecuję, że mówię prawdę, najtrudniej jest pokonać obawę, że nie potrafisz czegoś zrobić. To samo powtarzał Jamie Escalante dzieciom z getta w Los Angeles. Powiedział, że rachunek różniczkowy i całkowy jest bardzo prosty. Być może pomyślicie sobie, że niezły z niego romantyk, ale Mario Salvadori, jeden z najważniejszych inżynierów budowlanych na świecie, powiedział mi kiedyś wprost: „John, mogę nauczyć cię rachunku różniczkowo-całkowego w 3 godziny, to bardzo proste, ale nie uwierzyłbyś, że możesz nauczyć się tego w 3 godziny i dlatego nawet za trzy lata nie będziesz tego wiedział, nawet jeśli będziesz w stanie zdać z tego test”. Wszyscy jesteśmy zaprogramowani, aby być mniejszą wersją siebie.

Rodzice uczniów elitarnych szkół prywatnych chcą, aby tylko osoby, które szanują i którym ufają doradzały ich dzieciom. Czy to nie jest szalone? Nikt z was nie był wmieszany w to szaleństwo, ale czy nie przyznacie, że szaleństwem jest to, że miliony ludzi przekazuje swoje dzieci w ręce zupełnie obcych ludzi? Nie wiedzą, czy ci ludzie są mordercami albo czy byli poddawani dogłębnej psychoanalizie przez ostatnie 40 lat. To czyste dzieło przypadku, a nie chodzi tu o jedną osobę, a o 5 albo 6 dziennie. Teraz zatrzymam się na chwilę. Może wydawać się, że to wszystko ma zbyt wysoką cenę, aby można było sobie na to pozwolić. Pozwólcie, że dokończę; wszystkie te rzeczy są darmowe.

Kolejną rzeczą, jaką oczekują rodzice uczniów elitarnych szkół prywatnych jest uczenie miłości i szacunku do ziemi oraz naturalnego świata roślin i zwierząt, nie ze względu na naukową wiedzę, ale dlatego, że zdają sobie sprawę, iż życie staje się samotne, jałowe i abstrakcyjne jeśli nie masz dobrego stosunku do natury. To dlatego bogate dzieciaki jeżdżą konno i pływają łódkami. Nie robią tego dla samego współzawodnictwa sportowego, ale dlatego, że dzięki temu są w kontakcie z naturą. Następna rzecz: chcą, żeby ich dzieci rozwinęły w sobie ogólne poczucie przyzwoitości, przez co będą w stanie dostosować się w naturalny sposób do każdej sytuacji i otoczenia, nie wywołując przy tym złości czy sprzeciwu. Chcą, żeby ich dzieci były dostatecznie przychylne i posiadały wystarczającą wiedzę na temat obcych obyczajów tak, aby w sytuacji gdy chwilowo znajdą się w obcym otoczeniu, będą mogły się zrelaksować i czerpać przyjemność z pobytu. Chcą także, aby uczono dzieci podstawowych wartości zachodniej kultury nie dlatego, żeby zdały egzamin, ale po to, aby wszystkie pokolenia, czyli dziadkowie, rodzice i dzieci byli zaznajomieni ze wspólnymi ideami, wartościami i upodobaniami. Znowu zatrzymam się na chwilę: nie ma w tym nic radykalnego ani nie jest to nic co kosztuje tak wiele, że nie jesteś w stanie tego kupić. Mam jeszcze trochę do powiedzenia, ale prawie kończymy.

Rodzice uczniów elitarnych szkół z internatem chcą tego, co większość z nas lekceważy, czyli wyuczenia zdolności przywódczych, które byłyby jednocześnie ważnym i stałym motywem programu nauczania. Nie chcą, żeby ich dzieci były częścią naprowadzanego stada. Na szczęście jeśli chodzi o ćwiczenia w przywództwie, mamy do dyspozycji całe działy bibliotek. Ćwiczenia można znaleźć w wielu biografiach gdzie można dowiedzieć się, jak dana osoba nauczyła się przewodzić. Nie chcę wplatać w to polityki, ale pomimo słusznego wzburzenia na temat obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych intryguje mnie to, jak opanował przywództwo pochodząc z rodziny z Arkansas podczas gdy jego matka wyszła za mąż 6 razy, w tym dwa razy za jednego mężczyznę. W jaki sposób nauczył się opanować zdolności przywódcze jeśli nie dlatego, że można się tego nauczyć? Nie opanował tej zdolności na tyle, żeby zajść z tym dalej, ale niemniej jednak jego dowództwo nad większością Amerykanów jest rodzajem przywództwa. Emanuje z niego także opanowaniem i skromnością, czego nie można powiedzieć o Bushu. Bush był zwolennikiem elityzmu z uniwersytetu Yale. Nie bardzo mi się to podoba, nie podobają mi się różne kwestie związane ze wszystkimi amerykańskimi prezydentami ostatnich 20 lat.

Głównym przedmiotem zainteresowania rodziców uczniów ze szkół z internatem jest to, aby ich dzieciom poświęcana była indywidualna uwaga. Siedzę tutaj z ludźmi, którzy opanowali to do perfekcji.

Rodzice chcą, żeby dzieci uczyły się w małych klasach, mają przez to na myśli 9 osób lub mniej. W każdym razie siedzę tutaj z ludźmi, którzy opanowali to do perfekcji. Rodzice chcą wywierać presję na dzieciach po to, żeby wystawiały na próbę swoje własne granice, może nie dotyczyć to niektórych z was. Chodzi o to, że jeśli odkryjecie cztery albo pięć talentów dziecka, nie powinniście pozwolić na to, żeby było zadowolone ze spełnienia minimalnych osiągnięć. Znam pewną rzecz, którą dzieci z gett uwielbiały robić. Było to rysowanie postaci z komiksów, a robiły to całkiem dobrze. W prawie każdym przypadku przerysowywują postaci z komiksów prosto z komiksu, a potem wciskają mi te rysunki, bo chcą być chwalone. Robiłem to, ale jednocześnie mówiłem: „przekopiowałeś to prosto z komiksu a nawet nie widziałeś, jak on wyglądał. Każdy twój panel jest dokładnie takiej samej wielkości. Porównaj to z komiksem, tam panele zmieniają wielkość zgodnie z fabułą i zgodnie z tym, co się dzieje. Wszystkie twoje ręce, nogi i głowy znajdują się wewnątrz ramki, spróbuj rzucić okiem na typowy komiks. Tam ręka będzie wystawać z ramki, daje to wrażenie ruchu i ożywienia, a ty tego nie zauważyłeś, chociaż patrzyłeś na komiks. Dam ci wolne od szkoły na dwa albo trzy dni, a ty pójdź do biblioteki publicznej i znajdź dział z książkami o sztuce. Weź 20 albo 30 książek i dowiedz się, jakimi ukrytymi zasadami kierują się autorzy komiksów, ponieważ techniki te zostały odkryte dawno temu”. Tak więc popychasz swoje dzieci do działania; prawie każdy posiada swój obszar zainteresowań, dlatego popychasz je do działania w obrębie własnych zainteresowań i dopiero potem pokazujesz im, w jaki sposób jeden obszar jest powiązany z drugim. Powiedzmy, że pewne dziecko chce pracować w branży komiksowej. Istnieje bardzo mało miejsc pracy dla artysty, ale jest ich trochę więcej dla ludzi, który wymyślają fabułę i umieszczają tekst w dymki. Istnieje jeszcze więcej miejsc pracy dla kierowników, którzy wprowadzają komiks na rynek i dla ludzi, którzy wytwarzają bluzy, czapki i tym podobne. Pamiętam jednego chłopca, który teraz jest właścicielem domu z widokiem na plażę w Seattle. Odnosi ogromne sukcesy jako grafik, chociaż w szkole był oficjalnie analfabetą funkcjonalnym. Powiedziałem: „dam ci czas na rysowanie komiksów, jeśli opanujesz wiedzę na temat całej branży. Chcę, żebyś wiedział o ekonomii i psychologii tej branży, kto i jakie stany kupują komiksy, chcę zobaczyć wykresy ze wszystkimi stanami, ile sprzedaje się egzemplarzy poszczególnych tytułów”. Byłem w stanie całkowicie i bezproblemowo opracować zrównoważony program nauczania, dzięki któremu uczeń zbadał każdy obszar. Wracamy znowu do tematu rodziców uczniów ze szkół z internatem. Szkoły miały ogromny wpływ na XX-wieczne społeczeństwo dzięki staraniom absolwentów. Z tego powodu sprowadzono sposób postępowania w tych miejscach do pewnej formuły co pokazuje jasno, że nie ma rzeczy niemożliwych do zrealizowania i które nie byłyby w zasięgu twojej ręki.

Formuła wygląda następująco: w elitarnych szkołach z internatem kładzie się nacisk na zdyscyplinowany umysł, który zna samego siebie i zna zarówno swoje granice, jak i mocne strony. To przecież teoria ludzkiej natury autorstwa Thomasa Jeffersona, tj. pojmowanie ludzkiego serca na tyle, że nie można cię oszukać. Kolejna rzecz – solidna wiedza na temat historii i zrozumienie genezy systemu politycznego, gospodarczego i prawnego, np. w jaki sposób rozwinął się podział władzy. Zaznajamiasz się z ideami leżącymi u podstaw Ameryki, które można schematycznie prześledzić cofając się w czasie i tak naprawdę dojść do ich źródła. Można szukać jeszcze głębiej i doszukać się nawet wcześniejszych prób. Podział władzy stworzono dlatego, że ojcowie założyciele Stanów Zjednoczonych przyjrzeli się temu, co dzieje się w Anglii. Powiedzieli, że jeśli władza będzie spoczywać w rękach jednej osoby to bez względu na to, jak mili są ludzie, ktoś, kto nie jest już tak miły dojdzie do władzy i zacznie wyzyskiwać innych. W przypadku Stanów Zjednoczonych głównym założeniem było utrzymywanie władzy na niskim poziomie. Było to możliwe poprzez utrudnianie każdej możliwej rzeczy, dlatego zdarzały się sytuacje, że czytało się w gazetach o tym, że nie powinno się ciężko pracować na Narodowy Program Zdrowia, powinniśmy zwrócić się z tym do profesjonalistów. Jest to rodzaj intelektualnej obłudy. Chodziło przecież o to, że łączna opinia wszystkich ludzi da lepsze rezultaty niż opinie samych profesjonalistów. Nie dzieje się tak w każdym przypadku, ale nie można działać wybiórczo. Jeśli zaczniesz zabierać władzę z rąk ludzi to taka procedura nie ma końca, dopóki ludność nie staje się przedmiotowa; obecna sytuacja w Ameryce ją bardzo przypomina. Uważam, że uczniowie pobierający naukę w domu są jednym z najbardziej pasjonujących zaprzeczeń XX wieku, z jakim się zetknąłem i o jakim czytałem i słyszałem. Bez jakiegokolwiek wsparcia bierzesz się sam za siebie i kiedy jesteś już wystarczająco znaczący, nie dajesz sobą tak łatwo pomiatać. Podsumowując, ważne jest zrozumienie idei leżących u podstaw Ameryki. W elitarnych szkołach kładzie się nacisk na doświadczenie twarzą w twarz. Nigdy nie sięgasz po książkę, jeśli możesz skontaktować się z autorem książki albo z kimś powiązanym z tą osobą. Zbliżasz się do źródła idei tak blisko, jak tylko jest to możliwe. Kładzie się szczególny nacisk na zdolność pisania. Słyszałem, jak Inga mówiła wczoraj o tym, że uczniowie pobierający naukę w domu dobrze czytają, ale niekoniecznie dobrze piszą.

Z początkiem każdego roku szkolnego mówiłem uczniom, którzy kompletnie nie mieli wprawy w pisaniu: „każdego dnia będziecie mieli za zadanie napisać 300 słów”. Oczywiście zaczęli marudzić, ale mówiłem dalej: „przeciętne zdanie ma ok. 10 słów, co daje nam 30 zdań. Wypowiedzenie 300 słów w moim tempie zajęłoby wam 2,5 minuty, jeśli mówiłbym wolniej zajęłoby 3 albo 4 minuty. Jeśli możecie opanować 300 słów to dacie sobie radę z każdym listem, krótkim przemówieniem albo komentarzem, jaki musicie wygłosić, w każdym razie 300 słów przydaje się w wielu sytuacjach. Ludzie, którzy nie mogą dać sobie rady z 300 słowami mają poważny problem. Jeśli chodzi o 1000 słów-” Znowu zaczęli narzekać. Nikt nie napisze mi 1000 słów, o tym samym pomyślałem sobie będąc na studiach, to jest niemożliwe do zrealizowania. Teraz sobie przypominam… tak naprawdę musiałem napisać tylko 500 słów, ale napisanie ich zajęło mi 6 tygodni. „1000 słów to 3 strony pisma maszynowego, może trochę więcej. Jeśli jesteście w stanie napisać 1000 słów, dacie sobie radę tak samo jak inni w każdego rodzaju debacie, możecie bez problemu pisać artykuły do gazet. Jeśli ktoś zapyta się, czy potraficie przeanalizować nastawienie uczniów pobierających naukę w domu i dacie radę napisać 1000 słów to każdy byłby zdania, że to całkiem dobry początek. Zaczniemy od 300 słów aż nagle zdacie sobie sprawę, że wasze obawy są bezpodstawne kiedy gadacie miedzy sobą na placu zabaw, mówiąc te 300 słów w ciągu 3 minut. Nie jest to ciężkie do zrobienia. Nagle zdacie sobie sprawę, że nie jest tak trudno napisać 1000 słów, jeśli tylko wiecie jak skonstruować wewnętrzną strukturę. Najpierw budujecie strukturę, a potem dodajecie do tego słowa”. Możecie wdrożyć to w prosty sposób. Jeśli wasze dziecko napisze coś na jakiś temat, przeczytajcie to bardzo dokładnie, nie przelatujcie tylko wzrokiem ale naprawdę przeczytajcie to dokładnie i powiedzcie „chciałbym dowiedzieć się o tym czegoś więcej” albo „mówisz, że jest to prawdą, ale nie tłumaczysz dlaczego jesteś tego zdania, nie widzę żadnego dowodu”. Możecie tego dokonać poprzez poddawanie w wątpliwość tego, co piszą mówiąc „wypisz swoje dowody” albo „napisz coś więcej o tym, skąd pochodzi gość, o którym piszesz albo jacy są jego rodzice”. Jest to stopniowy proces, ale jest szybszy niż myślicie. Kiedy ktoś pisze pracę na 300 słów po raz pierwszy, po odczytaniu jej na głos są z niej dumni. Nie mają większych problemów, od tego momentu mogą sami się tego wyuczyć. Kiedy ktoś pisze pracę na 1000 słów po raz pierwszy na temat, w jakim czuje się dobrze to tak naprawdę jest on w stanie to zrobić. Sprawcie, żeby ćwiczenia w pisaniu były praktyczne. Oczywiście twoje dzieci powinny wymieniać listy z bliskimi im osobami, dzięki czemu zrobią im przyjemność. To miła rzecz, poza tym pisanie listów sprzyja budowaniu kontaktów z innymi ludźmi, a czasami trzeba napisać list albo dwa. Nie chodzi mi o listy skierowane wyłącznie do gazet. Z pewnością chcecie, żeby wasze dzieci miały możliwość odbycia stażu i miały kontakt ze światem biznesu i z różnymi instytucjami w Nashville. Odpowiedni list nie musi być bardzo długi. Jeśli ma odpowiednią formę, często można spodziewać się pozytywnej odpowiedzi. Ludzie często dziwili się i pytali: „jakim cudem załatwiłeś swoim uczniom wszystkie te rzeczy?”. Oczywiście nie dokonałem tego sam, same sobie je załatwiły. Pytali się też, jak im się to udało. Odpowiadałem, że dzwonili po różnych ludziach albo prosili mnie albo rodziców, abyśmy zrobili to za nich, pisali też listy lub stawiali się z daną sprawą osobiście, a kiedy nie było akurat tej osoby zostawiali wtedy krótki list co świadczyło o tym, że są na dobrej drodze do stania się osobą wykształconą. Niewiele dzieci się tego uczy, nawet w tych lepszych szkołach. Mieliśmy u stóp Nowy Jork, mogliśmy robić naprawdę wiele różnych rzeczy, ale postąpiliśmy tak, a nie inaczej.

To prawda, społeczność dorosłych nie jest przyzwyczajona do pomagania dzieciom. My wiemy jednak, że pomoc innym wpisana jest w ludzką naturę. Nie jest trudno wzbudzić w kimś chęć do pomocy, wystarczy porozmawiać z młodszą osobą na swój temat albo o swoim przedsięwzięciu lub o tym, w jaki sposób wykonujesz pewne czynności. Bardzo łatwo wzbudzić w kimś chęć pomocy, jeśli tylko zwrócicie się prosto do źródła i nie będziecie kontaktować się drogą urzędową. Zaraz kończymy. Chcą, aby uczniowie elitarnych szkół rozwinęli w sobie umiejętność dokładnej obserwacji. Aby to osiągnąć, opracowano kiedyś bardzo prosty sposób, który był istotną częścią programu nauczania wszystkich znaczących szkół na całym świecie przez setki lat. Czytałem kiedyś esej napisany ok. 1960 r. na temat edukacji szkolnej skierowany oczywiście do ludzi żyjących w 1960 r. Wyczytałem, że jeśli nie jesteś w stanie narysować tego co widzisz, tak naprawdę nie widzisz tego, co masz przed sobą i z tego powodu należy rozwijać w dzieciach umiejętność dokładności i precyzji w rysowaniu. Nie muszą być Picassem… Nawet nie chciałbym, żeby byli Picassem, nie muszą być Rembrandtem. Muszą być w stanie precyzyjnie przerysować to, co widzą; pomyślcie o wszystkich istotnych zawodach, które wymagają tej właśnie umiejętności.

Po prostu jako jedną z pakietu umiejętności. Zatrudniam architekta, próbuję wybudować małe mieszkanie w środku starej stodoły, w taki sposób, żeby nie zaburzyć stylu starej stodoły, ma aż sto lat, więc to by nie było w porządku. W ciągu kilku godzin udało mu się stworzyć kilka szkiców, które mogłem obejrzeć i wybrać spośród nich. Co by było gdyby nie miał takiej umiejętności? Nie jest to jedna z moich ulubionych osób, ale powód, z którego praca Charlesa Darwina ma tak duże znaczenie jest taki, że narysował on tysiące szkiców w swojej książce. Nie jest to Rembrandt, ale są na tyle wierne, że widać, co przedstawiają. Rozwinięcie umiejętności trafnej obserwacji nie jest czymś, co przychodzi naturalnie. Z natury nie widzimy co jest przed nami. Nie słyszymy też tego, co mówią inni ludzie. Obcowanie z wielkimi dziełami sztuki: muzyką, malarstwem, rzeźbą, architekturą, tańcem, poezją i innymi dziedzinami sztuki, jest prawdopodobnie łatwe w okolicach Nashville, ponieważ dużo się tu inwestuje w sztukę. Dodałbym więcej, chociaż to się wzięło z prywatnego szkolnictwa. Znajomość folkloru i sztuki pochodzącej od ludzi, którzy nie mogą poświęcić całego życia jednej dziedzinie, ale z poświęceniem oddają się sztuce. Grandma Moses, jeśli nie jesteście za młodzi, by ją pamiętać, wzbogaciła się i zdobyła sławę dzięki temu, że nie umiała posługiwać się perspektywą, co jest typowe dla sztuki ludowej, ponieważ nie ma tam miejsca na akademicką wiedzę. Jeszcze trzy kwestie i kończymy. Wiedza naukowa o niebie i ziemi. To duża rzecz. Doświadczanie i nauka radzenia sobie z bólem. Bólem fizycznym emocjonalnym i intelektualnym. Jeśli zastanawiacie się skąd się wzięło wielkie zainteresowanie Ameryki sportem, przybyło ono z arystokratycznych szkół z internatem w Anglii. Zostało zaadaptowane tutaj nie po to, aby wygrać grę, ale by oswoić ludzi z ideą, że ból wcale nie jest tak bolesny, chyba że go sobie takim wyobrazicie. W innym wypadku po prostu przechodzi. Małe dzieci uczą się jeździć konno, galopować i skakać przez płotki, ponieważ, to jak z jazdą samochodem, jeśli popełnisz błąd zginiesz, będziesz sparaliżowany lub stanie się coś strasznego. Ale wcale nie tak trudno nie popełnić tego błędu. Jeśli żeglujesz małą łodzią, nie widząc lądu – co robią wszyscy, którzy uczą się żeglować, ponieważ jest to część treningu – skąd wiesz, gdzie się znajdujesz? Wszystko wygląda tak samo, a jeśli popłyniesz w złym kierunku możesz skończyć po środku Atlantyku. Z tego wniosek, że każdy ma, powiedziałbym, dane przez Boga siły do pokonywania wszelkich przeciwności i różnica polega na tym, że zwykłym ludziom wydaje się to niemożliwe. Jednak jak już się spróbuje, to nagle okazuje się łatwe, o ile jest się zdyscyplinowanym. O ile rozumie się, że istnieje niebezpieczeństwo. O ile ma się wiarę w siebie. Tak czy inaczej, chcemy tych cech u naszych dzieci. Moich dzieci nie było na to stać, więc co roku robiliśmy to wszystko, dzieci robiły to same, bez opieki. Kazałem im iść z 20 kilometrów z jednego końca Manhattanu na drugi, 5 kilometrów na godzinę, czyli niezbyt szybko; żwawo, ale nie bardzo szybko, to daje czterogodzinny spacer. Nagle nie masz potrzeby jechać autobusem czy taksówką, bo wiesz, że bez tych środków transportu też można się obyć, można wszędzie dostać się piechotą. Jeśli jesteście z czteroosobowej rodziny, zarabiającej 300 dolarów tygodniowo i zdecydujecie się korzystać w Nowym Jorku z autobusu czy metra, to półtora dolara w tę i we w tę, potrzebujecie dwanaście dolarów żeby się gdziekolwiek dostać, podczas gdy z dochodem 300 dolarów moglibyście sobie na to pozwolić raz na tydzień. Czy w takim wypadku siadacie w swojej norze i mówicie, że nie stać was, żeby gdziekolwiek pójść? Nie, zdajecie sobie sprawę, że przejście 2-3 kilometrów to nic takiego, to miła rozrywka i samo zdrowie. Dobrze. Ostatnim z 16. postulatów elitarnych prywatnych szkół jest rozwój determinacji, by zawsze wymagać od siebie najlepszych możliwych wyników. Jak często bywa w elitarnych szkołach, kiedy dziecko orientuje się, że jest utalentowanym pisarzem ma nową podstawę, coś, na czym może oprzeć przyszłe działania. Nie jest zachęcająco poklepywane za samo to, że zrobiło znowu to samo. Myślę, że to tkwi w ludzkiej naturze. Chcemy robić najmniej jak się da, by osiągnąć zamierzony efekt. A w tym przypadku chodzi o coś zupełnie odwrotnego. Stale się oceniamy i pytamy, czy tylko na tyle nas stać. Nawet, jeśli inni ludzie mówią, że jesteśmy wspaniali. A jednak wiemy, że możemy znacznie więcej. Myślę, że tak jest lepiej, nie prezentując ludziom tylko części tego, co jest w zasięgu naszych możliwości. Zostało nam pięć minut, prawda? Nie potrzebuję teraz notatek. Naprawdę chciałbym wam powiedzieć: zauważcie, że wszystko, co zawsze miałem za edukację, co wy mieliście za edukację, co najbogatsi ludzie w kraju uważają za edukację, zupełnie nic nie kosztuje. Wszystkie dzieci z publicznych szkół Stanów Zjednoczonych mogłyby być uczone w ten sposób i nic by to nie kosztowało, co oczywiście jest właśnie głównym powodem dlaczego tak się nie dzieje; bo co by się stało ze wszystkimi zatrudnionymi w sektorze edukacji, ze wszystkimi wydawcami podręczników, z ludźmi, którzy budują budynki szkół. I z tymi, którzy zaopatrują szkolne sklepiki w te wszystkie bzdety. Z Bogiem i powodzenia, dziękuję za przybycie.

Wyniki końcowych egzaminów szkolnych to oszustwo – napisy PL 

Czy ktokolwiek z was kiedykolwiek chociaż pomyślał o tym, aby zapytać swojego księgowego, architekta, inżyniera, lekarza, malarza pokojowego, prawnika czy fryzjera o wyniki testów?

Ale chwila – jeśli ma to być naprawdę istotnym pomiarem zdolności, dlaczego tego nie zrobiliście?

Czy nie powinniście domagać się tego, aby w każdej sali lekcyjnej i budynki administracyjnym na terenie Australii wywieszane były wyniki egzaminów opłacanych pracowników? Czy wasze dzieci nie zasługują na taką ochronę? Samo zadanie tych kilku zupełnie normalnych pytań – czego nie robi nikt – odkrywa zgniliznę kryjącą się pod spokojną powierzchnią.

Szkoły używają terminu „osiągnięcie” w taki sposób, że fani George’a Orwella mogą dostrzec w tym nowomowę. Pomyślcie o testach osiągnięć.
Czy tego pojęcia używa się w Australii? Testy osiągnięć? Bardzo powszechne w Stanach. O jakie osiągnięcie chodzi?
Jeśli chodzi o nauki ścisłe, osiągnięcie ma miejsce w następujących, ograniczonych przypadkach:
– kiedy coś odkryjesz;
– kiedy zmodyfikujesz czyjeś odkrycie;
– kiedy odkryjesz, że coś, co było uważane za prawdę jest błędne lub na odwrót;
– i w końcu kiedy zmarnujesz znaczącą ilość czasu kończąc w ślepym zaułku przy jednoczesnym prowadzeniu starannych zapisków po to, żeby ktoś inny nie musiał marnować czasu w tym samym ślepym zaułku.
Poza tymi czterema kategoriami nie ma mowy o osiągnięciu.

Testy osiągnięć to oszustwo, a wymagania w zakresie wyników mogą zostać skonstruowane w obrębie każdej dziedziny; osiągnięcia nie są, z wyjątkiem przypadku, możliwe do zmierzenia. Drużyny sportowe odnoszą osiągnięcia i porażki, ale nie dotyczy to zajęć z nauk społecznych. Nauka w szkole nie jest nauką – jest formą przyjętej religii, tyle że pod inną nazwą. Ruszcie głowami; jak można utrzymać stabilne społeczeństwo, kiedy miliony ludzi zajmowałoby się odkrywaniem tajemnic natury albo tego, jak tak naprawdę działa elektryczność? W przeciągu 5 minut, a właściwie nawet w 90 sekund mógłbym nauczyć was, jak skonstruować bombę, która kilka lat temu przyczyniła się do zniszczenia w londyńskim metrze; materiał można znaleźć na półkach każdego sklepu z artykułami żelaznymi w Australii i kosztuje mniej niż 100 dolarów. Rozumiecie, co mam na myśli? Mam to zrobić? Chcielibyście się dowiedzieć, jak zrobić taką bombę? Nie rozumiem dlaczego by nie, ale nie nauczę was tego. Sam nauczyłem się, jak zbudować taką bombę dzięki lekturze Financial Times, wiecie, tego dziennika finansowego o łososiowym kolorze papieru skierowanego do wąskiego grona. Około ¾ receptury udało mi się uzyskać ze strony redakcyjnej Financial Times, a resztę z ogłoszenia w dzienniku The New York Times izraelskiej firmy sprzedającej mechaniczne urządzenia wykrywające każdy rodzaj bomby. Jeśli martwicie się o takie rzeczy jak kontrola nabywania i posiadania broni… Kupując części ze sklepu z artykułami żelaznymi za mniej niż 100 dolarów… Tamta bomba wyrządziła duże szkody, prawda? A całość waży tylko 2,7 kg. Urządzeniem wyzwalającym wybuch bomby jest telefon komórkowy, czego nie brak w Australii.

Jeśli uważacie, że jestem sceptyczny jeśli chodzi o wartość testów, co powiecie o Harvardzie? Kiedy mówimy o elitarnych uniwersytetach w Stanach Zjednoczonych zazwyczaj wymieniamy cztery, chociaż jest ich w sumie prawdopodobnie 20. Wymieniamy Harvard, Yale, Princeton i Stanford, ale tak jak powiedziałem, mamy jeszcze 16. W roku 2006, czyli rok temu, Harvard odrzucił 1100 kandydatów z doskonałymi wynikami testów standaryzowanych. To ludzie, którzy poświęcają swoją młodość i pieniądze rodziców i uzyskują doskonałe wyniki. Nie dostali się. Harvard odrzucił też 80% najlepszych uczniów [valedictorians], którzy aplikowali na tę uczelnię na terenie Stanów Zjednoczonych. Czy tego pojęcia używa się tutaj? Oznacza ono osobę z najwyższą średnią ocen w całej szkole, więc mamy jednego takiego ucznia na szkołę.

To samo miało miejsce w Princeton i Yale – wszystkie selektywne uczelnie wyższe postąpiły w taki sam sposób. Co przegapili nieprzyjęci kandydaci? Czy nie jest to oczywiste? Przecenili testy i nie docenili rzeczywistego osiągnięcia.
Rzeczniczka Caltech, uczelni, która obok MIT jest jedną z najlepszych uczelni technicznych w Stanach Zjednoczonych, powiedziała:

„zakwalifikowani kandydaci mają za zadanie stworzyć nowy system komputerowy dla liceum albo zdemontować traktor i złożyć go samemu z powrotem”.

Staje się jasne, w jaki sposób toczy się wielka walka o władzę. Nie nabierają się na wyniki testów zupełnie tak jak wy, kiedy zlecacie komuś usługę. Jeśli uważacie, że to nie może być prawdą, zapytajcie męża czy żonę o średnią ocen albo o wyniki testów standaryzowanych. Nie pozwólcie, żeby wasze dzieci zadawały się z dziećmi, które gorzej wypadły na teście – z kim przystajesz, takim cię widzą… mam na myśli, że to jest chore! Nikt ważny nie posługuje się takimi informacjami.

John Taylor Gatto o Karolu Darwinie – napisy PL

Rodzina Charlesa Darwina i ich syn Charles, dawniej uczony na anglikańskiego pastora, który w swojej drugiej ważnej publikacji „O pochodzeniu człowieka” mówi o tym, że ewolucyjnie upośledzeni są śmiertelnie niebezpieczni dla fizycznej integralności rasy ludzkiej i rozwoju cywilizacji, ponieważ jeśli kilka ewolucyjnie rozwiniętych, na przykład skandynawscy blondyni i angielscy blondyni skrzyżują się nie daj Boże z Irlandczykami albo Hiszpanami, ewolucja posunie się w tył na wzór mglistego wiru przeszłości i nic nie będzie w stanie tego zmienić! Może kilka milionów lat będzie mogło to zmienić, ale na pewno nie leży to w rękach obecnych pokoleń.

—————————-

Jednostronne teorie rozwoju społecznego charakteryzują się tym, że demonizują/gloryfikują rolę jakiegoś jednego czynnika i stoją na stanowisku, że ten właśnie czynnik w ostatecznej instancji decyduje o rozwoju społecznym.
Trzy najważniejsze grupy teorii jednostronnych to:
1. biologizm
2. ekonomizm
3. ideologizm

Chickenhawk (mężczyzna który kocha chłopców) – napisy PL

Jest to film wypuszczony w 1994 roku przez NAMBLA – Stowarzyszenie Mężczyzn Kochających Chłopców w Północnej Ameryce – organizacji dążącej do zalegalizowania pedofilii, w którym odsłaniają swoje podejście do kontaktów seksualnych z dziećmi.

———————————

https://bladymamut.wordpress.com/2015/09/09/syndrom-kinseya-napisy-pl/

14 zasad w prywatnych elitarnych szkołach – napisy PL

John Gatto opisuje 14 rzeczy jakich są uczeni absolwenci w elitarnych prywatnych szkołach [USA], każda z tych szkół różni się od siebie, ale wszystkie opierają się na czternastu motywach.

1. Żaden uczeń nie powinien ukończyć szkoły bez znajomości teorii ludzkiej natury, motywów ich działania oraz wiedzy, jak wpłynąć na daną osobę tak, aby uzyskać pożądany efekt. Ogrom wiedzy na ten temat pochodzi z dziedzin takich jak historia, filozofia, teologia, literatura oraz prawo.
2. Konieczność posiadania przez absolwenta bogatego doświadczenia w zakresie czynnego komunikowania się. Sztuka pisania oraz oratorstwo.
3. Wgląd w główne formy instytucjonalne. Instytucje takie jak sądy, przedsiębiorstwa czy wojsko; włączając szczegóły koncepcji, którymi się kierują. „władza korumpuje, władza absolutna korumpuje absolutnie”
4. Ćwiczenia dobrych manier i uprzejmości.
5. Nacisk na samodzielną pracę i samodzielność.
6. Ćwiczenia sportowe jako bezwzględnie jedyny sposób na nadanie wdzięku ludzkiej prezencji. Wdzięk ten przekłada się na władzę, a potem na pieniądze. Sport uczy także wytrzymałości w radzeniu sobie z bólem oraz nagłymi wypadkami.
7. Teoria dostępu do każdego miejsca pracy i do każdej osoby.
8. Odpowiedzialność jako całkowicie podstawowa część programu nauczania. Wymóg od ucznia opieki nad koniem, podjęcia ważnych prac na rzecz społeczności lokalnej, objęcia przywództwa w klubach itp. Branie odpowiedzialności kiedy zostanie to zaproponowane i zawsze dawanie z siebie więcej, niż jest wymagane.
9. Długoterminowy, ciężki do zrealizowania i rozległy projekt, który musi być kontrolowany systematycznie jakim jest osobisty kodeks norm postępowania. Norm w odniesieniu do wydajności, zachowania i do moralności.
10. Obeznanie z wielkimi dziełami z dziedziny muzyki, malarstwa, tańca, rzeźby, wzornictwa i architektury, literatury i dramatu. Poza religią, sztuka jest jedynym sposobem na wykroczenie poza zwierzęcą materialność naszych istnień, sposobem na nawiązanie kontaktu z większą wersją ciebie.
11. Umiejętność dokładnej obserwacji i notowania. Wśród brytyjskich klas wyższych panowało pewne oczywiste niegdyś stwierdzenie polegające na tym, że jeśli nie jesteś w stanie narysować tego, co zobaczyłeś, tak naprawdę nie widziałeś tego, co się tam znajdowało. Dlatego też rysowanie nie było po prostu sposobem na zabicie czasu, ale też metodą na wyostrzenie percepcji.
12. Umiejętność dawania sobie rady z wyzwaniami w każdej postaci.
13. Nawyk bycia ostrożnym w wyciąganiu wniosków. Ciągły rozwój i badanie oceny sytuacji. Dokonujesz oceny i rozróżniasz wartość, a następnie sprawdzasz; masz na uwadze własną prognozę w celu porównania, jak bardzo jest ona odległa od tego, co tak naprawdę ma miejsce, albo w jakim stopniu jest zgodna z tym, co wyjdzie na jaw.
14. Potrzeba sprawnego i krytycznego rozsądku

Teleogłupianie. O zgubnych skutkach oglądania tv… – fragment

By oglądać TV, nie potrzeba mózgu, wystarczy przewód pokarmowy.
(Didier Daeninckx, pisarz)

To zupełnie zrozumiałe, że duża liczba dzieci mających problemy z czytaniem niepokoi nauczycieli i rodziców. Dziwne jest natomiast, że całą odpowiedzialnością za ten stan rzeczy obarczamy szkołę. Paradoksalnie, by nie oskarżać telewizji, przypisaliśmy winę za tę porażkę tradycyjnym metodom nauczania.
(Liliance Luręat, doktor psychologii, honorowa dyrektor naukowa w CNRS)

 

Dajemy im to, czego chcą” mówią chórem.
Tłumaczcie: „To nie nasza wina, że są takimi debilami”.

(Alain Bentolila, lingwista, profesor uniwersytecki)

Telewizja wymaga od widza tylko jednego aktu odwagi – ale jest on nadludzki – wyłączenia jej.
(Pascal Bruckner, filozof)

To ważna decyzja: czy mamy telewizor, czy nie, czy wystawiamy dzieci na niemal wszystko, co oferuje telewizja, czy na nic.
(Joshua Meyrowitz, teoretyk komunikacji na Uniwersytecie New Hampshire)

 

Dotychczas telewizja trzymała widza na uwięzi […], jutro będzie mu towarzyszyła, gdziekolwiek pójdzie.
(François Jost, specjalista w dziedzinie mediów, profesor na Uniwersytecie Paris 3-Sorbonne)

Teleogłupianie. O zgubnych skutkach oglądania telewizji (nie tylko przez dzieci)
Autor: Michel Desmurget

Problemem intelektualistów jest oskarżanie telewizji, że nie jest dość dobra. Można odnieść wrażenie, że chcieliby na każdym kanale oglądać ARTE i wszystkim narzucić własne preferencje kulturalne. Co do mnie, nie uważam, by istniała dobra i zla telewizja – wolałbym, żeby telewizji w ogóle nie było.

(Alexandre Lacroix, filozof)

Ponieważ oddziaływanie mediów jest subtelne, kumulatywne i rozłożone w czasie, rodzice, pediatrzy i wychowawcy mogą nie być świadomi ich potężnego wpływu.

(Victor Strasburger, profesor pediatrii, Szkoła Medyczna Uniwersytetu Nowego Meksyku)

Jestem naukowcem i z tego tytułu figuruję na listach adresatów głównych czasopism naukowych z dziedziny neurobiologii teoretycznej i klinicznej*. Kiedy ukazuje się nowy numer, czasopisma te wysyłają mi spisy treści, bym mógł wyłowić interesujące mnie prace. Od 15 lat nie było tygodnia, żebym nie natrafił na co najmniej jeden czy dwa artykuły traktujące o szkodliwych skutkach telewizji dla zdrowia psychicznego, fizycznego i zdolności poznawczych dziecka. Tendencja ta jest tak silna, że niektórzy specjaliści nie wahają się już mówić o prawdziwym problemie zdrowia publicznego. Zaczynają się nawet podnosić glosy domagające
się wszczynania przeciw nadawcom telewizyjnym postępowań karnych
na wzór tych przeciwko producentom tytoniu i fast foodów. Analogia jest jak najbardziej stosowna. Rzeczywiście, w swoim czasie zapadły wyroki przeciwko firmom tytoniowym za wzmacnianie uzależniających własności produktów, których szkodliwość była im znana6. Dziś sektor medialno-reklamowy
wydaje ogromne sumy na poznanie mechanizmów uzależnienia od telewizji,
którego istnieniu coraz trudniej przeczyć, i manipulowanie nimi. Psychologia, neuroobrazowanie, etologia, etnologia, socjologia – wszystkie gałęzie nauk społecznych i medycznych mają swój udział w tej komercyjnej sprawie. Od kilku lat neuromarketing mieni się nowym Świętym Graalem manipulacji.
Jego credo: znaleźć słabe punkty ludzkiego mózgu, by zawładnąć, bez naszej wiedzy, naszymi zachowaniami, pragnieniami, lękami, popędami, wyobrażeniami i decyzjami. W niedawno opublikowanej pracy dwóch specjalistów z tej dziedziny podsumowuje to podejście w następujący sposób: „Mierzcie w najmłodszych. Przygotujcie swój cel. Zaznaczcie go tak wcześnie, j ak to możliwe. Tylko dziecko dobrze się uczy […]. Producenci papierosowi lemoniady wiedzą, że im wcześniej dziecko ich skosztuje, tym bardziej się uzależni. Dzięki neurobiologii przedsiębiorcy dowiedzieli się, w jakim wieku dany typ uczenia się przychodzi człowiekowi najłatwiej. Czy możemy tolerować taką nikczemność? Czy mamy pozostać bierni, kiedy armia zachłannych sępów angażuje wszystkie zdobycze współczesnej nauki, by oferować Coca-Coli „czas dostępu do ludzkiego mózgu”23? Czy wolno nam się godzić, by „trzeci rodzic, telewizja, podstępnie wnikał w psychikę naszych dzieci, by wywołać u nich zachowania zależnościowe lub nabywcze o niszczycielskich skutkach zdrowotnych? Spora grupa ludzi zdaje się sądzić, że nie Wśród nich są wykładowcy akademiccy, dziennikarze, specjaliści od międzynarodowej Konwencji o Prawach Dziecka ONZ, a także wielu artystów i osób piastujących kierownicze stanowiska w przemyśle audiowizualnym, którzy odmawiają wydania swego cennego potomstwa na pastwę „pudełka z obrazkami”. Jak zgrabnie podsumowuje Lilianę Lureat:
„Na czym polega wolność dzieci, jeśli nie na byciu dziećmi, i w imię czego mielibyśmy oddziaływać na nie z taką mocą? Na czym polega wolność dorosłych, jeśli nie na zdolności rozumienia, a skoro tak, dlaczego za cel obierać emocje, nie zaś rozum?”.

Krótki przegląd obiegowych niedorzeczności

Teoretycznie powyższe kwestie powinny wywołać co najmniej lekkie zaniepokojenie u rodziców i widzów, którymi jesteśmy. W praktyce jednak miażdżąca większość społeczeństwa całkowicie lekceważy problem. Obserwacja ta, jakkolwiek kłopotliwa, nie jest wcale zaskakująca. W rzeczywistości, krytykować telewizję to w ostatecznym rachunku mieszać z błotem tego, kto ją ogląda. Jeśli mówicie:

 

„Telewizja głęboko kaleczy nasz związek ze światem”,

przeciętny konsument wyciągnie z tego wniosek: „Jestem tylko bezwolnym wołem i kretynem”. Podobnie, jeśli oświadczycie:

„Telewizja jest dla dzieci toksyczna”,

przysłowiowa gospodyni domowa poniżej pięćdziesiątego roku życia przetłumaczy to sobie jako:

„Jestem złą matką i źle wychowuję swoje maluchy”.

Tego typu stwierdzenia są tym gorzej odbierane, że armia „wybitnych specjalistów” stara się nasycić przestrzeń publiczną uspokajającymi wypowiedziami i miałkimi debatami. Wzruszająca gadanina, dramatyczne potoki słów – ci uczeni od siedmiu boleści głoszą namiętną pochwałę świętego Szklanego Ekranu. Telewizja pomaga naszym dzieciom dorastać. Jest wspaniałym instrumentem kultury demokratycznej. Dostarcza nam kojących obrazów. Głęboka mądrość decydentów chroni nas przed tym, co najgorsze.

Osoby miotające oszczerstwa pod adresem małego ekranu to demagodzy, ludzie niekompetentni, reakcjoniści, histerycy, neurotycy”, zarozumialcy, pogardliwcy i zawistnicy, którzy – by dopełnić obrazu – są przytłoczeni przez „nowoczesność
zmuszającą do myślenia o upływie czasu i budzącą lęk przed nieznanym”. Oskarżając telewizję, jej posępni przeciwnicy „uspokajają własne sumienia”, próbują „odzyskać niewinność, obarczając wszelką odpowiedzialnością media”. Te ostatnie stają się zatem „kozłami ofiarnymi”44. Po prześledzeniu listy najpoważniejszych krytyków szklanego pudełka trudno się nie podpisać pod tymi opiniami: Noam Chomsky”, Karl Popper, Pierre Bourdieu, Liliane Lurçat, Neil Postman, Dany-Robert Dufour, Alain Bentolila. Co za koszmarna zgraja niewykształconych kretynów (sic!). Na szczęście apostołowie telewizyjnej prawdy to ludzie zgoła odmiennego formatu. Choćby Catherine Muller i François Chemel. Pierwsza jest „doktorem psychologii i psychoanalitykiem.
Regularnie zabiera głos w audycjach telewizyjnych i radiowych”.
Drugi ukończył „Instytut Nauk Politycznych i uzyskał dyplom MBA w CFPJ Uniwersytetu Paris-Dauphine”*, jest też „zastępcą redaktora tygodnika telewizyjnego »Télé 7 Jours«. Uczestniczył również w tworzeniu kanału telewizyjnego Paris Première”. Po osobach z tak imponującą przeszłością nie możemy się
spodziewać niczego innego, jak tylko udokumentowanego, obiektywnego i uczciwego stanowiska. Stanowisko to, niedawno opublikowane, nieobecnościami. A więc z nieobecnością jego »obrazu«”. Michael Stora poradził swojemu rozmówcy, by „komunikował się z dziećmi przez kamerę internetową”. Pięknie jak u Freuda i przejrzyście niczym u Goethego. „Duch mi objawia sens wieków porządku,/ już wiem – i piszę o to”: bez telewizji nie ma ratunku dla naszych dzieci! Nie śmiejcie się, bo to ważny moment! Czy wiedzieliście, że „istnieje związek między pewnością siebie i stosunkiem do obrazów”? „Podobnie jak w niemowlęctwie matka mogła nas uwielbiać, nie okazując czułymi gestami, pieszczotami i pocałunkami miłości, którą nas darzyła, tak i my możemy przyjąć tę samą postawę uwielbienia, kontemplacji, a nawet fascynacji wobec obrazów, które ze swej istoty nie mają ciał ani ramion, ani ust”. W obliczu takich oczywistości (sic!)* naprawdę można się zastanawiać, czy zwolennicy nakładania surowych restrykcji na oglądanie telewizji zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa, na jakie narażają ludzkość. Przypadek rodziców, którzy pragnęliby ograniczyć kontakt swoich dzieci z programami epatującymi przemocą, jest z tego punktu widzenia szczególnie wymowny. Tego rodzaju ograniczające tendencje, mówi nam Serge Tisseron, „nie tak dawno przejawiał cały naród […]. Chodzi o naród niemiecki między 1918 a 1945 rokiem [… ]. Od momentu gdy Niemcy jako całość oskarżono o nieludzkie postępowanie i napiętnowano na międzynarodowym forum, dla weterana Rzeszy przyznanie, że jego postępowanie było nieludzkie, stało się [z powodu nieobecności obrazów] niemożliwe […]. Niemieckim żołnierzom walczącym w pierwszej wojnie światowej nie pozostało nic innego, jak pogrzebać głęboko w sobie fascynację złem i przyjemność czerpaną z zabijania [nic więcej!], które odkryli”. Chcąc kontrolować treść programów skierowanych do naszych dzieci, możemy więc rozniecić w nich pragnienie przemocy i barbarzyństwa! Szkoda tylko, że prace naukowe dowodzą przeciwnego ryzyka, polegającego na utracie wrażliwości na przemoc i większej skłonności do czynów przestępczych w następstwie kontaktu z obrazami przemocy. Pośród tysięcy badań przeprowadzonych w tej dziedzinie żadne nie odnotowało zmniejszenia występowania agresywnych zachowań wskutek kontaktu z brutalnymi treściami audiowizualnymi. Michael Stora zdaje się zgadzać z tą konkluzją, kładzie jednak nacisk na niebezpieczeństwo uzależnienia. I tak nasz wybitny specjalista pisze: „Spośród pacjentów, którzy zgłaszają się do mnie z problemem uzależnienia od gier wideo, niektórym [nielicznym? wielu? jednemu, dwóm, trzem, dziesięciu, stu?] w dzieciństwie zabroniono oglądać telewizję i bardzo wcześnie zmuszano ich do czytania. Ich rodzice, często [jeden, dziesięć, pięćdziesiąt, osiemdziesiąt procent „niektórych” przypadków?] pracujący umysłowo, gardzą telewizją. W ich oczach jest ona czymś ogłupiającym, degradującym”. Wstrętni inteligenci! Można się zastanawiać, jak długo jeszcze opieka społeczna zamierza zwlekać z interwencją.

Nie ma gorszego ślepca nad tego, który nie chce widzieć

„Inteligent”! Co ciekawe, to pierwsze słowo, które nasunęło się Sylvainowi*, kiedy opowiadałem mu o swojej książce! Dokładnie powiedział, jeśli się nie mylę, „ta twoja książka to zawracanie głowy dla artystów inteligentów! W każdym razie wszystko to jest niesamowicie trudne i nie ma tu prostych odpowiedzi”. Udane spostrzeżenie, które przypomniało mi świetny tekst Frit-za Zorna: „Jednym z ulubionych pomocników w potrzebie, jeśli trzeba się było wykazać odwagą cywilną, było w mojej rodzinie słowo »trudny«. Określenie »trudny« to było czarodziejskie słowo klucz, pozwalające odsuwać od siebie wszelkie pojawiające się problemy […]. Wystarczyło tylko dojść do konkluzji, że dana sprawa jest »trudna«, i od razu stawała się tabu. […] o sprawie mówiło się »trudna«, tak jakby wypowiadało się zaklęcie – i sprawa znikała. [… ] to, że moi rodzice wszystko uważają za »trudne« […] wydawało mi się […] dowodem osiągnięcia przez nich wyższego poziomu […]. Owa postulowana wyższość [… ] była [… ] nader wygodna […]: nie musieliśmy się nigdy angażować, nie musieliśmy się nigdy decydować czy wręcz obnażać, wystarczyło po prostu zawsze uważać wszystko za »trudne«”. Wydaje się, że niejeden specjalista od spraw telewizji wychował się w tych samych stronach! Jeśli wierzyć naszym wpływowym teoretykom, w rzeczywistości zagadnienia te są tak trudne, że sama kwestia wpływu mediów staje się „wątpliwa” dla wszystkich z wyjątkiem powierzchownych umysłów kilku „fizyków czy biologów cieszących się renomą często skłaniającą ich do prezentowania punktów widzenia, które uważają za uprawnione”. Zaliczam się do nich, przyznaję… i z głębin mojej ignorancji ośmielam się trwać przy swoim. Nie przez zacięty upór, lecz przez uległość wobec oczywistości! Żaden człowiek, choćby skrajnie niewrażliwy na perypetie życia codziennego, nie może zaprzeczyć głębokiemu oddziaływaniu mediów audiowizualnych na nasze zachowania. Przypomina mi się chociażby czarujący poranny wypad do jednego z supermarketów, kiedy to moja trzyletnia siostrzenica zaczęła się nagle tarzać po ziemi, by wymusić zakup jakichś tam płatków śniadaniowych, zaklasyfikowanych jako „widziane w telewizji”. Tylko ta jedna marka (nadzwyczaj droga) znajdowała uznanie w jej oczach. Jest zupełnie oczywiste, że widniejąca na opakowaniu postać z kreskówki, z którą dzieci są dobrze obeznane, wywołała oczekiwany efekt!

Nie minęło wiele czasu, a moja własna córka, Valentine, również dała świadectwo skuteczności telewizyjnego wpajania. Miała zaledwie trzydzieści miesięcy, kiedy zaczęła nagle frenetycznie wyśpiewywać „maaf maaf”, spostrzegłszy logo słynnej firmy ubezpieczeniowej na przedniej szybie jakiegoś samochodu. Przypuszczam, że tę perłę reklamy musiała widzieć (i to nie raz) u swojej opiekunki. Zaledwie kilka dni po tym zdarzeniu przyszła kolej na jej siostrę, Charlotte (7 lat, 126 centymetrów, 19 kilogramów) – i ona zaczęła przejawiać pierwsze symptomy intensywnego formatowania. Oglądała program „dla młodzieży” i nagle rzuciła do matki, nie odwracając oczu od ekranu: „Mamo, czy ja jestem gruba?” Przy następnym posiłku przeszła na pierwszą w swoim życiu dietę niskokalorycz-ną, twardo odmawiając wzięcia do ust choćby okruszka chleba! Był też student robiący licencjat z psychologii, który oznajmił podczas zajęć o cechach nabytych i wrodzonych, że „ustalono”, iż homoseksualizm ma podłoże genetyczne. Ów dumny potomek Oświecenia był pewien swoich źródeł. Mówili o tym w telewizji. „Naprawdę, psze pana, powinien pan to obejrzeć, to było super wyjaśnione!” Dwóch innych zagorzałych telemaniaków potwierdziło te fakty. Niestety, nie byli sobie w stanie przypomnieć żadnych konkretów dotyczących tego programu. Trzeci „wyjaśnił mi, że w każdym razie „tak samo jest z pedofilią”, słyszał w wieczornym dzienniku!*. Zdumiewający brak rozsądku, zwłaszcza u studentów nauk społecznych, których podstawowym przymiotem winien być zmysł krytyczny!

Jak to z polotem ujmuje Jean-Paul Brighelli, te dzieciaki „o jeszcze miękkich czaszkach” zdają się analizować świat tylko „na podstawie ogromnych ilości programów telewizyjnych, plotek i pogłosek. Słabe opinie, myśli jak galareta. Myśleć, ważyć, dyskutować – to zakłada pracę, świadomość, wolę. Wszystkie wartości zniszczone przez myślowe gotowce, które zajęły dziś miejsce kultury”. Nawet dziennikarze nie ocaleli z tej katastrofy – jak choćby grecka korespondentka gazety „Métro”, pisząca na temat serii szczególnie brutalnych ulicznych zamieszek: „Wszyscy tkwią przed telewizorami i próbują zrozumieć, co się dzieje”. Godna uwagi strategia zdobywania informacji, jako żywo przywodząca na myśl czasy wojen w Kosowie, Afganistanie czy Iraku. Po takich przykładach trudno się jeszcze dziwić, kiedy dwie 15- czy 17-latki, rzecz jasna całkowicie bezwiednie, dają świadectwo zasmucającego ograniczenia horyzontów kulturalnych jedynie do obszaru audiowizualnego.

Siedziałem w tramwaju, a obok toczyła się taka oto rozmowa. Fragmenty: Blondynka (farbowana), kurtka Diora, spodnie Diesela, torebka Vuittona: „Muszę zrobić referat o Germinalu, wiesz, to o kopalni”. Brunetka (naturalna), dres Adidasa, T-shirt Quicksilvera, fluorescencyjne buty Nikea: „Super, widziałam to w telewizji, z tym piosenkarzem, nie pamiętam, jak się nazywa”. Blondynka (urażona): „Taa, nawet nie wiedziałam, że zrobili z tego książkę”. Brunetka (pouczająco): „No, to normalne, jak coś im wyjdzie, robią z tego wszystko, to jest biznes, jak »Fabryka Gwiazd«*”. Prócz aspektu rozrywkowego ta manifestacja nieprawdopodobnych wprost braków w wykształceniu ma w sobie, jak sądzę, coś rozpaczliwego. Owa rozpaczliwość przywodzi mi na myśl przepyszny cytat ze znakomitego eseju Natachy Polony Nos enfants gâchés [Nasze zmarnowane dzieci]: „A »Fabryka Gwiazd« staje się horyzontem dzieci zarówno z wyższych, jak i niższych klas społecznych. Córki ministrów wdzięczą się z ekranu jak modelki. Podziały społeczne zacierają się we wspólnym dla całej populacji marzeniu, by zatańczyć przed kamerami. Dziś wieczorem na pokładzie »Titanica« będzie bal”.

Odniesienie do słynnego parowca wydaje mi się tym bardziej zasadne, że katastrofalnego wpływu telewizji nie da się zamknąć w kilku frywolnych anegdotach. Trawi nas ona z niepokojącą stałością, niszcząc nasze człowieczeństwo. Pamiętam na przykład pewnego trzyletniego chłopca, tuż po operacji guza mózgu, płaczącego smutno naprzeciw ciemnego ekranu, gdyż matka zostawiła go samego i poszła gdzie indziej obejrzeć Plus belle la vie* [Piękniejsze życie],

„Sam pan rozumie – powiedziała wyrodna rodzicielka po powrocie – tutaj nie da się oglądać, on ciągle jęczy”.

Biedny dzieciak zmuszony płakać samotnie pośród przepracowanych ludzi w białych kitlach, bo jego matka musiała zaspokoić telewizyjny nałóg. Albo teleturniej, w którym ośmiu na dziesięciu uczestników – oczywiście wszystko było pozorowane, oni jednak o tym nie wiedzieli – zgodziło się na polecenie prowadzącej program torturować człowieka elektrowstrząsami82. Nie przejmując się szlochami i łzami ofiary, nasi początkujący Mengele okazali się zdolni zaaplikować nieznanemu człowiekowi potencjalnie śmiertelne wstrząsy o napięciu 460 woltów. Te najzupełniej zwyczajne osoby przeprowadzały „doświadczenie” aż do końca. Były bezwzględnie posłuszne nakazom prezenterki kapłanki.
Komentarz jednego z graczy:

„Powiedziano mi, że »tak trzeba«. Ci, którzy mi to mówili, chyba wiedzieli, co robią! No to ich słuchałem. Myślałem, że ten tam w środku się usmaży. Ale to już nie mój problem”.

Zdumiewające barbarzyństwo, które pod pewnymi względami przypomina brutalny gwałt na dziesięcioletniej dziewczynce popełniony przez dwóch z pozoru zwyczajnych nastolatków w wieku gimnazjalnym. Nasi mali oprawcy (jeden z nich był bratem ofiary) obejrzeli wcześniej film pornograficzny i najwyraźniej nie mogli się oprzeć pokusie małego prywatnego „the best of”. By nikt nie był pokrzywdzony, postanowili rozpowszechnić tę scenkę, nagraną telefonem komórkowym, w szkole84. Niektórzy powiedzą (wbrew najbardziej elementarnym naukowym pewnikom8S), że telewizja nie ponosi odpowiedzialności za tego rodzaju akty przemocy, ponieważ „za każdą z takich tragedii zawsze kryje się rodzinny dramat”34, a „w naszym stosunku do obrazów wszystko jest kwestią więzi, rodzinnych lub przyjacielskich” (podkreślenia moje). Te same osoby będą jednak również wyjaśniać, że „nastolatki szukają wzorców nawiązywania kontaktów z płcią przeciwną [i że] owe obrazy takie wzorce im zapewniają”. Jeśli ta sprzeczność was drażni, spróbujcie się nie oburzać.

„Specjaliści” lubią odwoływać to, co wcześniej powiedzieli! Niech ci, którzy mogliby w to wątpić, pozwolą mi na jeszcze jeden (mały) przykład, ot tak, dla przyjemności. W związku z ogromną liczbą alarmujących danych w 1999 roku Amerykańskie Stowarzyszenie Pediatryczne zdecydowanie odradziło rodzicom narażanie dzieci dwuletnich i młodszych na jakikolwiek kontakt z telewizją86 W 2002 roku Serge Tisseron w książce Les Bienfaits des images [Dobrodziejstwa obrazów], w rozdziale o uroczym tytule Du bébé gribouilleur au bébé zappeur [Od dziecka bazgrzącego do dziecka skaczącego po kanałach], podjął energiczną walkę z tym zaleceniem i z „rodzicami, [którzy] pragną uniemożliwić dziecku ćwiczenie umiejętności zmieniania kanałów. Co za błąd!”. Wystarczyło jednak, by społeczność naukową oburzyło utworzenie dwóch kanałów telewizyjnych adresowanych do najmłodszych dzieci, by nasz uczony proteusz żwawo zmienił front i współsygnowal artykuł wyjaśniający, że należy „pilnie stworzyć moratorium na działanie takich kanałów, póki nie będziemy wiedzieli więcej o wpływie telewizji na małe dzieci”. Jak lubił podkreślać Edgar Faure, były przewodniczący Zgromadzenia Narodowego, wykładowca akademicki, minister i senator, „to nie chorągiewka zmienia kierunek, lecz wiatr”. Skoro tak, by uniknąć tego wiatru, nie pozostaje nic innego jak kluczyć w swoich wypowiedziach. Nad stanowcze i odważne stwierdzenia „specjalista” od szklanego ekranu będzie więc często przedkładał język propagandy. Nie powie brutalnie: „Telewizja poważnie szkodzi psychicznemu i fizycznemu zdrowiu małego dziecka”, lecz orzeknie powściągliwie: „Telewizja nie jest a priori najlepszym sprzymierzeńcem w tej fazie rozwoju”. W ten sam sposób ów zręczny semantyk nie stwierdzi nigdy wprost, że „TF1 jest ohydną stacją”. Przyzna jedynie ostrożnie, że „TF1 to w ogólności stacja trudna do oglądania”. W jego ustach najbardziej plugawy i wulgarny reality show stanie się jedynie „rozrywką, która nieco przekracza granice”. W jakże eleganckich słowach można to wyrazić!

Spód góry lodowej

Niektórzy malkontenci ocenią zapewne, że powyższe ilustracje są zbyt mgliste, by były przekonujące. Niech się nie obawiają. Z telewizją jest jak z górami lodowymi: wierzchołek rzadko jest największy i najgroźniejszy. W tej dziedzinie również „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”*. Problem niestety w tym, że owo niewidoczne ujawnia się w faktach z trudem poddających się badaniu, a to z powodu dwojakiego rodzaju ograniczeń. Po pierwsze, prawie wszyscy oglądają telewizję. Otóż jest tak, że wpływ danego czynnika ryzyka podlega automatycznemu nie doszacowaniu, gdy ów czynnik rozkłada się jednolicie w badanej populacji, to znaczy, kiedy dotyczy wszystkich podmiotów i kiedy można porównywać jedynie stopień, w jakim są one na niego wystawione (wysoki versus niski). Po drugie, mechanizmu przyczynowego nie sposób zidentyfikować bezpośrednio, na drodze prostej, fenomenologicznej obserwacji, gdy jego działanie jest asynchroniczne. Krótki przykład powinien was o tym przekonać. Wyobraźcie sobie, że za każdym razem, gdy wkładacie kluczyk do zamka w drzwiach waszego samochodu, natychmiast włącza się klakson. Nie zajmie wam dużo czasu, by powiązać te dwa wydarzenia. A teraz wyobraźcie sobie, że przekaz sygnału jest tego rodzaju, że zachodzi opóźnienie – od kilku milisekund do kilku godzin, a nawet kilku lat – między dźwiękiem klaksonu a otwieraniem drzwi. W tej sytuacji zidentyfikowanie źródła problemu stanie się bardzo trudne (jeśli klakson uaktywni się po 2 godzinach jazdy, zamek w drzwiach nie narzuci się jako prawdopodobna hipoteza). Jedynie „twarde” podejście eksperymentalne pozwoli ewentualnie rozplątać ten kłębek. Dokładnie tak sprawa ma się z telewizją. Rzeczywiście, w tym przypadku brak zbieżności w czasie między ekspozycją na bodziec a zachowaniami maskuje łańcuch przyczynowy prowadzący od środka przekazu do objawów.

Wspaniałą ilustrację tego punktu stanowi przypadek zaprzeczenia mojej znajomej Sophie. Kiedy usiłowałem wyjaśnić tej raźnej 30-latce powody mojej antytelewizyjnej manii, jedyne, co od niej uzyskałem, to powtarzające się: „Mój biedaku, jesteś kompletnym paranoikiem. Serio, od grubości… maleńkości oglądam telewizję, i jakoś specjalnie od tego nie zdebilałam”. Niezależnie od cudownego lapsusu, do którego jeszcze wrócę, w zasadzie jest to prawda. Sophie jest salową w szpitalu. Jej cechy osobowości i profesjonalizm są jednomyślnie chwalone. A jednak dziewczyna chciałaby być pielęgniarką. Niestety, jako że trzykrotnie nie zdała pisemnego egzaminu dopuszczającego do zawodu, projekt spalił na panewce. Można zadać sobie pytanie, czy wczesny kontakt z telewizją nie kosztował Sophie tego duchowego naddatku, który rozstrzyga niekiedy o sukcesie lub porażce w sferze wykształcenia. Pozostawałoby to w zgodzie z licznymi badaniami dowodzącymi silnego negatywnego wpływu telewizji na uwagę, zdolność uczenia się i sukces edukacyjny w długim okresie. Jeśli chodzi o tę ostatnią kwestię, wykazano na przykład, że „średni czas spędzany na oglądaniu telewizji w dzieciństwie i okresie dorastania był w istotny sposób powiązany z faktem opuszczenia szkoły bez świadectwa oraz negatywnie powiązany z niepodejmowaniem studiów na poziomie uniwersyteckim. Ryzyko względne dla każdej godziny w tygodniu spędzonej na wieczornym oglądaniu telewizji, skorygowane ze względu na współczynnik inteligencji i płeć, wynosiło odpowiednio 1,43 i 0,75. Wyniki okazały się podobne dla mężczyzn i kobiet i nie zmieniły się po dodatkowym skorygowaniu ze względu na status socjoekonomiczny i zaburzenia zachowania obserwowane we wczesnym dzieciństwie” *.

Każda godzina dziennie spędzona przed telewizorem w okresie szkoły podstawowej zwiększała ryzyko zakończenia edukacji bez świadectwa o 43%, a prawdopodobieństwo, że podmiot nigdy nie zasiądzie w uniwersyteckiej auli, o 25% – przyznajmy, że te liczby są wymowne! Ale wróćmy do Sophie. Narzeka ona również na co innego: swój niski wzrost (168 cm!) i tuszę (54 kg!). Uważa, że jest „potwornie tłusta”, co popycha ją ku najbardziej katastrofalnym dietom. Tymczasem ogromna liczba prac sugeruje, że niewielkie ograniczenie kontaktu z telewizją w dzieciństwie nie tylko sprawiłoby, że jej wyobrażenie o własnym ciele byłoby mniej skrzywione, lecz także, potencjalnie, pozwoliłoby jej zyskać kilka dodatkowych centymetrów (telewizja ma negatywny wpływ na sen, który z kolei pozytywnie oddziałuje na wzrost). Smutnym zbiegiem okoliczności okazuje się, że u ojca Sophie rozwinęła się niedawno choroba Alzheimera. Mężczyzna również był zapamiętałym telewidzem. Można przypuszczać, że nie jest to jedynie przypadkowa koincydencja. Rzeczywiście, najnowsze badania wykazały, że oglądanie telewizji przyspiesza osłabienie funkcji poznawczych u ludzi starszych. Dowiedziono również, po uwzględnieniu długiej listy potencjalnych zmiennych towarzyszących, że prawdopodobieństwo zapadnięcia na chorobę Alzheimera rośnie aż o 30% z każdą dodatkową codzienną godziną oglądania telewizji między 40. a 60. rokiem życia. By zrozumieć ten ostatni wynik, trzeba zauważyć, że im aktywniej pobudzamy nasze funkcje poznawcze, tym mniejsze są szanse, że zachorujemy na Alzheimera. Oglądanie telewizji jest przeciwieństwem takiego pobudzania. Przekaz jest zatem bardzo prosty: jeśli chcecie chronić swój podeszły wiek, unikajcie gnuś-nienia przed telewizorem niczym rozlazłe krowy.

Co jest prawdą dla wieku starszego, jest nią również dla dzieciństwa. Niech za ilustrację posłuży nam mój znajomy Gilles. Podobnie jak Sophie, ten rozwiedziony ojciec postrzega mnie jako niebezpiecznego maniaka. Jego ulubiony argument: „Mój syn ogląda telewizję od najmłodszych lat i nie jest takim znowu głupkiem, wręcz przeciwnie”. Tymczasem nie trzeba specjalnie ciągnąć Gillesa za język, by się dowiedzieć, że ten genialny nastolatek ma poważne problemy z podporządkowaniem się szkolnym rygorom, nie panuje nad agresją, jest chronicznie niezdolny do skupienia się na danym temacie dłużej niż kilka minut, alarmująco uzależniony od markowych produktów, zdradza skłonność do otyłości i niepokojący pociąg do alkoholu. Zaczął nawet, jak to ujął jego ojciec, „palić jointy, głupek”. Niezależnie od wszelkiej oceny moralnej* można sądzić, że karmienie telewizją tego młodego człowieka nie pozostaje bez związku z powyższymi objawami. W ostatnim czasie liczne badania naukowe potwierdziły, że oglądanie telewizji sprzyja otyłości, rozwijaniu się zaburzeń uwagi, pojawianiu się agresywnych zachowań, wykształcaniu konsumpcyjnych wartości społecznych i podejmowaniu zachowań niebezpiecznych dla zdrowia (tytoń, alkohol, seks bez zabezpieczenia, narkotyki itd.). Jak to podsumowuje An-dreas Kappos na zakończenie obszernego przeglądu literatury: „Nie ma już żadnych wątpliwości, że telewizja i inne media elektroniczne negatywnie wpływają na psychiczne i fizyczne zdrowie dzieci. Zauważmy, że na liście ostatnio zidentyfikowanych szkód figuruje autyzm. Telewizja może być jednym z czynników wyzwalania tej choroby u dzieci predysponowanych.

Grunt to nie dać się przyłapać

Dane wyglądają więc na solidne. A jednak robi się wszystko, by pomniejszyć ich wagę. Najbłahsza negatywna opinia na temat telewizji prowokuje lawinę obelżywych epitetów: prohibicja, demonizowanie, fundamentalizm, moralizatorstwo, faryzeuszostwo, nieuczciwość, anachroniczność itd. Raport Kriegel o przemocy w telewizji jest zasmucająco symptomatyczny dla tej tendencji. Ta bardzo dobrze udokumentowana i raczej umiarkowana praca nie postulowała „żadnych zakazów”. Domagała się jedynie „poszerzonego programu mającego na celu trzymanie dzieci z dala od brutalnych widowisk” i precyzyjniejszych oznaczeń programów telewizyjnych, „bliższych europejskiej średniej”. Nie do przyjęcia dla kapłanów szklanego bóstwa. Za to nikczemne podżeganie Blandine Kriegel zawleczono pod pręgierz i nieledwie ukamienowano. Jej tezom zarzucano, że „sieją niepokój, by umożliwić zwiększenie kontroli”, podstępnie zachęcają do cenzury i prowadzą do wzmocnienia władzy państwa. Próbowano oddalić debatę, wskazując na potencjalną odpowiedzialność branży reklamowej.

Rozwodzono się nad uproszczeniami i słabością przedstawianych argumentów, wskazując, że Blandine Kregel wysunęła na pierwszy plan rolę telewizji, nie wspominając o możliwym udziale czynników społecznych, takich jak niestabilna sytuacja życiowa czy bieda. Mniejsza z tym, że większość badań naukowych cytowanych w raporcie uwzględniło te czynniki w swoich statystykach, pokazując, że wpływ obrazów przemocy istnieje niezależnie od inteligencji, płci, kategorii społeczno-zawodowej, poziomu wykształcenia rodziców itd. * Gdy telewizja jest zagrożona, trzeba umieć nieco upiększyć prawdę i ponaginać niesprzyjające fakty… a jeśli to nie wystarczy, zawsze można dyskredytować, tu piętnując zupełnie niewinną niespójność, tam oczywisty brak empatii: ależ Blandine, po co tyle nienawiści, „wszyscy jesteśmy dorośli i odpowiedzialni, sami też mamy dzieci”. Wreszcie, jeśli wszystko to okaże się niewystarczające, można podważyć użyteczność badań, a to na tej podstawie, że cytowane prace pochodzą przede wszystkim z Ameryki, barbarzyńskiego kraju, gdzie „droga od pragnienia zabijania do czynu jest o wiele krótsza niż gdzie indziej”. Tu również mniejsza o fakty. Mniejsza o to, że analogiczne badania przeprowadzono w Europie Wschodniej, Zachodniej, Centralnej, Północnej i Południowej, wjaponii, w Izraelu, Australii, Argentynie, Nowej Zelandii itd.” Mniejsza o to, że – zgodnie z wnioskami z raportu przedstawionego przez Jo Groebela dyrektorowi generalnemu UNESCO – pomijając lokalne odchylenia kulturowe, „ogólny wzorzec konsekwencji obecności przemocy w mediach jest podobny na całym świecie”. Tak czy inaczej, kto ma czas sprawdzać u źródeł stanowcze stwierdzenia naszych wielkich specjalistów? Grunt to nie dać się przyłapać! Ale nie upadajmy na duchu: ten fenomen zaprzeczania nie jest specyficzny dla Francji. Dotyczy mediów na całym świecie. I tak, jak pisze pod koniec szeroko udokumentowanego przeglądu badań Victor Strasburger, naukowiec i profesor pediatrii w Szkole Medycznej Uniwersytetu Nowego Meksyku: „W 1954 roku senator Estes Kefauver, przewodniczący senackiego podkomitetu ds. przestępczości młodych, jako pierwsza osoba publiczna otwarcie zakwestionował konieczność pokazywania przemocy w programach telewizyjnych. Odpowiedź ze strony przemysłu audiowizualnego była taka, że być może istnieją pewne zagrożenia, ale potrzebna będzie większa liczba badań. Dziś, po wielu setkach badań, przemysł audiowizualny zaprzecza wpływowi przemocy w mediach na dzieci i nastolatki. Tymczasem w żadnej innej dziedzinie związanej z mediami nie przeprowadzono tak dogłębnych badań, dostarczających tak przekonujących wyników. W istocie związek między przemocą w mediach a przemocą w realnym życiu jest mniej więcej tak silny jak związek między nikotynizmem a rakiem płuc”. Trudno o bardziej przejrzystą wypowiedź bez otwartego mówienia o dezinformacji – skądinąd takim właśnie słowem posłużyli się niedawno Brad Bushman i Craig Anderson po szczegółowym przeanalizowaniu rozziewu istniejącego między dostępnymi danymi naukowymi z jednej strony a uspokajającymi tezami rozpowszechnianymi przez media i ich oddaną armię pseudoekspertów z drugiej.

Pozostańmy jeszcze chwilę przy temacie przemocy, ponieważ to na nim zdaje się skupiać poważna część debat dotyczących telewizji. Wprowadźmy jednak małą zmianę: oddalmy kwestie obrazów i treści i zajmijmy się zagadnieniem rozwoju dziecka. Jak to podkreśla Marie Winn, „kiedy pojawiła się telewizja, rodzice nie omieszkali dostrzec, jak nieprawdopodobną wygodę im ona daje: wciśnięcie wyłącznika mogło zmienić ich dziecko – całkowicie, choć tylko na pewien czas – z istoty energicznej, hałaśliwej, natrętnej, złaknionej działania, doświadczeń i potrzebującej nieustannej opieki i uwagi w posłuszną, cichą i niewymagającą obecność”. A jednak, kontynuuje autorka, „kiedy przekręcamy włącznik, zapominamy wziąć pod uwagę, że rzeczy, które dzieci robią i które przysparzają tylu kłopotów rodzicom – eksplorowanie, działanie i niekończące się doświadczanie przyczyn i skutków – są dla nich korzystne, a nawet niezbędne. Rodzice powinni wziąć pod uwagę, że radzenie sobie z trudnymi zachowaniami dzieci przez całkowite ich eliminowanie za pomocą telewizji nie różni się wiele od sytuacji, gdy hamujemy naturalne zachowania dziecka, grożąc mu karą fizyczną. Jest też zaskakująco podobne do pojenia dziecka laudanum lub dżinem, by je uspokoić”. Dziwnym trafem o przemocy w odniesieniu do rozwoju dzieci nikt nie mówi (albo prawie nikt). Wszyscy przejmują się treścią telewizyjnych programów, natomiast nikt nie wydaje się niepokoić naturą samego medium. Tymczasem, unieruchamiając nasze maluchy przed ekranami, nie tylko wystawiamy je na mniej lub bardziej stosowne dla nich programy, lecz także pozbawiamy je całej masy kluczowych dla ich rozwoju doświadczeń. Moglibyśmy więc zwrócić nasze obawy nie w stronę tego, co telewizja wywołuje, lecz tego, co hamuje i uniemożliwia przez samą swoją obecność. Rozważmy, tytułem ilustracji, proces uczenia się języka. Oto dziedzina – jak słyszymy – doskonale współgrająca z telewizją.
Krzykliwe oświadczenia wydawców i dystrybutorów treści audiowizualnych na temat ich edukacyjnych zalet są w tym względzie pouczające. Firma Brainy Baby oświadcza mianowicie, że ich wideo skierowane do dzieci w wieku 6-36 miesięcy uczy maluchy „języka i logiki”. Baby Einstein wyjaśnia, że ich DVD dla dzieci rocznych i starszych „wzbogaca słownictwo dziecka poprzez piękno poezji, muzyki i natury”. W BabyTV, stacji dla najmłodszych, dowiadujemy się przy okazji serialu Leni, że „historyjki i rymy wspomagają naukę języka”. Zresztą, by nadać realny kształt temu twierdzeniu, stacja dołącza obszerny zbiór entuzjastycznych opinii widzów. Christine pisze: »Moja córka ma szesc lat i od urodzenia ogląda BabyTV. Od niedawna ma swoje ulubiony filmy animowane, a wieczorem uwielbia la lanterne magique, szkoda że nie było wcześniej takiego kanału”*. „Oczywiście – uzupełnia Laura – jak wielu rodziców nie jestem za tym żeby dzieci za dużo przesiadywały przed telewizorem ale tu, chodzi o kanał edukacyjny więc nie szkodzi, jeśli dłużej pooglądają. dziękuję”**. Ten sam pogląd wyznaje moja znajoma Véronique, która mówi, że nie będzie „przecież wyrzucać Paula [swojego dwuletniego syna] z salonu, kiedy ogląda programy o gotowaniu, teleturnieje czy seriale”.
I dodaje:

„Nie rozumiem, jaki w tym problem, jeśli ze mną jest, zresztą niezależnie od tego, czy ogląda, czy nie. Często powtarza sformułowania, które usłyszał w telewizji. Za każdym razem mnie zamurowuje. Naprawdę nie wiem, co mogłoby być w tym złego, uczy się mnóstwa rzeczy”.

W rzeczy samej, mnóstwa rzeczy, jeśli tylko pominiemy fakt, że najnowsze badania dowodzą silnego związku między pojawieniem się trudności językowych u dzieci i wczesnym kontaktem z „edukacyjnymi” DVD lub wideo, rozrywkowymi filmami animowanymi, programami bez ograniczeń wiekowych czy po prostu telewizorem grającym w de64. Na przykład, każda godzina dziennie treści „edukacyjnych” między 8. a 16. miesiącem życia przekłada się na zubożenie słownictwa rzędu 10%128. Podobnie, 2 godziny dziennie kontaktu z programami telewizyjnymi bez ograniczeń wiekowych między 15. a 48. miesiącem życia prowadzą do potrojenia ryzyka wystąpienia opóźnień w rozwoju językowym. Ryzyko to wzrasta nawet sześciokrotnie, jeśli pierwszy kontakt ze szklanym ekranem nastąpił, zanim dziecko skończyło rok. Jak to będę miał później okazję pokazać w szczegółach, te początkowe deficyty mają wszelkie szanse trwać w czasie i w dłuższym okresie utrudnić dziecku zdobycie wyższego wykształcenia i wejście w rolę społeczną.

Faktycznie, są powody do radości i ogłaszania wszem i wobec wraz z Serge em Tisseronem: „Niech żyją dzieci obsługujące pilota„!
Tak naprawdę trafniejsze byłoby mówienie o dziecku „samoobsługowym” jeśli wziąć pod uwagę, że jednym z pierwszych efektów, jakie wywiera telewizja, jest drastyczne zmniejszenie ilości i jakości interakcji rodzic-dziecko”. Tymczasem te interakcje są kluczowe dla rozwoju języka”. „Ale to chociaż wyrabia ucho” rzuciła z nadzieją Isabelle, z którą rozmawiałem. Odkąd urodziła, ta samotna matka z dyplomem w dziedzinie handlu międzynarodowego zalewa swojego teraz dziesięciomiesięcznego syna anglojęzycznymi DVD. „To ważne – zwierza się każdemu, kto chce słuchać. – Popatrz na siebie, po ośmiu latach spędzonych w Stanach nadal masz koszmarny akcent i wciąż nie jesteś w stanie odróżnić beach [plaża] od bitch [suka]”. To prawda! A jednak wczesna ekspozycja na treści audiowizualne bynajmniej by mi nie pomogła. Jak to wykazało pewne pomysłowe badanie, kiedy dziewięciomiesięczne niemowlęta posadzić przed rodowitym użytkownikiem man-daryńskiego, zachowują dużą zdolność rozróżniania dźwięków tego języka. Kiedy dzieci posadzić przed filmem wideo, na którym zarejestrowany jest ten sam Chińczyk, w ogóle nie zachowują tej zdolności. Jedyne, co zyskał syn Isabelle na niemal obsesyjnej trosce swojej matki, to zagarnięcie cennego czasu przez aktywność w najlepszym razie bezcelową, a w najgorszym po prostu destrukcyjną. Jest to tym bardziej niekorzystne, że małe dzieci bez trudu sypiają po 16 godzin na dobę, co, kiedy odejmiemy momenty poświęcone na czynności fizjologiczne (karmienie, kąpiel, zmiana pieluch), zostawia dość mało czasu na stymulowanie mózgu poprzez kontakt z realnym światem*! Okroić ten czas, nawet o 1 czy 2 „króciutkie” godziny dziennie, to wyrządzić dziecku ciężką krzywdę. Dramat, powiedzmy to raz jeszcze (w tej kwestii nigdy dość powtórzeń!), polega na nieoczywistym charakterze zachodzących tu relacji przyczynowych. Ekspozycja na treści audiowizualne nie sprawia, że dzieci stają się w widocznym stopniu upośledzone czy opóźnione. Nie ogłupia ich jawnie. Ogranicza jedynie pole ich doświadczeń i, de facto, uniwersum ich możliwości.
Mogłyby może mieć na poziomie 150, a musi im wystarczyć 110. Mogłyby może cieszyć się literacką śmiałością Tomasza Manna, a tak przyjdzie im się zadowolić jedynie poprawnym piórem. Mogłyby może dorównać uderzeniem Federerowi, a poprzestaną na rozgrywaniu drugorzędnych turniejów. Skąd po fakcie mielibyśmy wiedzieć, jak wysoko wyrosłoby drzewo, gdyby osłonić je przed telewizyjnym wiatrem? Oczywiście łatwo będzie voxpopuli przeczyć choćby najmniejszej szkodzie wyrządzanej przez telewizję: popatrzcie, powiedzą nam, oglądali telewizję i całkiem nieźle sobie radzą, wcale nie wyrośli na idiotów. Nikt jednak nie zada pytania: co skradły im te długie godziny spędzone przed ekranem? Z całą pewnością zasadność tego pytania nie ogranicza się do najmłodszych. Dotyczy ono również dzieci w wieku szkolnym i nastolatków. Tym zatem, co trzeba przebadać, jest kreatywność, fantazja, towarzyskość, osiągnięcia szkolne, czytanie, ogólna kultura intelektualna i zdolności motoryczne. Będziemy mieli okazję w szczegółach powrócić do każdego z tych punktów w dalszych partiach książki.

Żyć bez telewizji

W obliczu powyższych danych ja i moja żona Caroline prawie dwa lata temu postanowiliśmy drastycznie ograniczyć naszą konsumpcję telewizyjną i kontrolować ekspozycję naszych dzieci na treści audiowizualne. Sądziliśmy, że bez wielkiego wysiłku możemy selekcjonować treści i panować nad czasem spędzanym przed ekranem. Jak tylu innym przed nami, przyszło nam szybko spuścić z tonu. Telewizja była zbyt kusząca, zbyt użyteczna, zbyt praktyczna, by ją bezboleśnie odstawić. Każde uzasadnienie było dobre, by uciszyć dzieci, unieruchamiając je przed odbiornikiem. Wszystkie wymówki pozwalające podważyć najbardziej podstawowe z przyjętych przez nas reguł (zero telewizji przy posiłkach; zero włączania na chybił-trafił itd.) były mile widziane. Ciężki dzień w pracy, doznana przykrość, kłótnia, przejściowa słabość i ekran ożywał, odrywając nas od świata. Często wieczorem zwalałem się na kanapę jak bezwolny tobół, przeklinając szaleństwo egzystencji, która nie zostawia mi „na nic czasu”! Najwyraźniej nie dotarł do mnie w pełni sens zdania: „Typowy widz w wieku powyżej 15 lat każdego dnia spędza przed telewizorem 3 godziny i 40 minut”. Zastanówcie się nad tym: 3 godziny i 40 minut dziennie to, z grubsza, 20-25% czasu, kiedy nie śpimy, i 75% naszego czasu wolnego!
To również 1338 godzin rocznie, czyli 56 dni (prawie dwa miesiące!). Jeśli będziecie żyli 81 lat, czego statystycznie macie prawo oczekiwać, ostatecznie oddacie telewizji 11 lat życia (nie Ucząc filmów wideo i DVD)*. 11 pełnych lat, to jest ponad 4 tysiące dni i tyleż nocy spędzonych na wpatrywaniu się w ekran niczym rozlazłe ślimaki. I to nawet bez przerwy na siusiu w trakcie. Oczywiście możemy też uwzględnić, że nie sposób się obyć bez snu, i zaproponować liczenie czasu spędzanego przed telewizorem w zestawieniu z 16,5 godziny dziennie „czasu czuwania”! W ten sposób zwiększymy nasz wynik do 16 lat. Szesnaście lat cennego życia, których zrzekamy się na rzecz TF1 i spółki! Jeśli odniesiemy te rozważania do całej francuskiej populacji, otrzymamy obłędną liczbę 77 miliardów godzin zmarnowanych przed teleodbiornikami*, czyli mniej więcej sumę godzin przeżytych przez rok przez dziewięć milionów osób! Nasze dzieci niestety nie pozostają w tyle: uczeń szkoły podstawowej spędza każdego roku więcej czasu w towarzystwie telewizora niż swoich nauczycieli (odpowiednio 965 i 864 godziny)**! Ale, rzecz jasna, jak to napisał Luc Ferry w czasach, gdy był ministrem do spraw młodzieży, edukacji narodowej i nauki, roztrząsanie tych „strasznych statystyk” byłoby robieniem z telewizji „łatwego kozła ofiarnego”. Czy nie należałoby jednak uznać, że nieroztrząsanie tych strasznych statystyk oznacza traktowanie telewizji z nadmierną pobłażliwością?

Pokonawszy liczne trudności, udało nam się w końcu, mnie i mojej żonie, ograniczyć czas spędzany przez naszą rodzinę przed telewizorem. Wbrew wszelkim oczekiwaniom niedostatek obrazów nie spowodował żadnego kryzysu. Wręcz przeciwnie, im dalej postępował proces odstawiania, tym mniej był dla nas przykry. Kiedy Valentine skorzystała z chwili naszej nieuwagi, by wypróbować na płaskim ekranie nowe flamastry, myśl o kupnie nowego telewizora nawet nie przemknęła nam przez głowy. Żegnajcie Guignols. Bywaj Secret Story. Koniec z CSI. Ciao Jo-sephine. So long Ligo Mistrzów. Kiedy wynosiłem odbiornik do piwnicy, przypomniało mi się słynne zdanie z Guignols de ‚info: „A teraz możecie wyłączyć telewizory i wrócić do normalnego życia!” To mało powiedziane! Dwanaście miesięcy abstynencji całkowicie odmieniło nasze życie. Ustały konflikty związane z tym, kto trzyma w ręku pilota. Rozmowy w rodzinnym kręgu przychodzą nam z większą łatwością, zwłaszcza przy posiłkach. Dziewczynki sprawiają wrażenie spokojniejszych, uważniejszych wobec otoczenia. Nie wydaje się, by brakowało im telewizji. W każdym razie nie domagają się jej powrotu. Starsza przestała (w dużej mierze) zadręczać nas konsumpcyjnymi żądaniami i znacznie poprawiła stopnie. Nic nie wskazuje na to, by między nią a rówieśnikami wyrosła przepaść. Przeciwnie, jej życie towarzyskie intensyfikowało się, w miarę jak zapominała o telewizji. Wieczorami, zamiast gnuśnieć przed ekranem, czyta, maluje, rysuje, dokazuje, odrabia lekcje, ożywia swoje plastikowe figurki, bawi się lalkami, wznosi najprzeróżniejsze mniej lub bardziej stabilne budowle lub po prostu korzysta z okazji, by nic nie robić. Skądinąd ten czas „wolny” dał jej dostęp do dziwnego doświadczenia, którego telewizja jak dotąd jej pozbawiała: nudy. Nie jest, ona bynajmniej czymś jałowym, w tym sensie, że daje początek pragnieniu, kreatywności, myśli skierowanej w przyszłość”. Zgodnie z niedawno przeprowadzonym badaniem, kiedy umysł wędruje, kiedy myśl się rozprasza, dochodzi do silnego pobudzenia obszarów mózgowych zaangażowanych w procesy twórczego rozumowania i rozwiązywania problemów. Efekt jest tym wyraźniejszy, im bardziej podmiot jest nieświadomy, że jego myśli błądzą. Innymi słowy, gdy się nudzimy, nasz mózg pracuje, choć o tym nie wiemy.
Czas „stracony” nie jest więc daremny. Jest głęboko twórczy. Jak napisał Miguel de Unamuno w swojej wspaniałej Mgle:

„Nuda jest treścią życia! Nuda wynalazła rozrywki, gry, romanse, miłość !”.

Nawet Cioran zdawał się tak sądzić, kiedy twierdził z głębin swojego bezapelacyjnego nihilizmu, że

„Nuda dokonuje cudów: przemienia pustkę w substancję, ba, sama jest karmiącą pustką”.

Nawet jeśli jeszcze tego nie mówi, Valentine również zdaje się „nudzić” od czasu do czasu. Siada wtedy na kanapie i głaszcze się po twarzy uchem ulubionej przytulanki. Kilka miesięcy temu takie chwile były po prostu nieosiągalne, gdyż wypełniał je ciągły strumień obrazów i dźwięków. Odkąd wyprawiliśmy z domu telewizor, mała sprawia wrażenie mniej pobudzonej i chętniej chodzi spać o wyznaczonej porze. Kiedy się nie „nudzi”, działa, jest w ciągłym ruchu, mówi, pyta, sprawdza, eksperymentuje; krótko mówiąc, buduje swoją osobę, doświadczając świata. Niekiedy oczywiście ten rozszalały dynamizm sprawia, że z tęsknotą wspominamy telewizyjne laudanum. Nic jednak nie mogłoby nas skłonić do cofnięcia się do poprzedniego stanu rzeczy. Jak pisze Alexandre Lacroix, filozof i zagorzały obrońca idei No TV:

„Jednakże miałem poważny powód, by zdecydować, że będę żył bez telewizji. Powód ten jest osobisty i egzystencjalny. Wiąże się ze sferą odczuć. Rzecz można streścić następująco: bez telewizji życie wydaje mi się piękniejsze”.

Czy popadam, jak często słyszę, w przesadę, paranoję, histerię i wstecznictwo? Być może. A jednak, zanim czytelnik się z tym zgodzi i machnie ręką na niniejszą książkę, tak jak odpędziłby uprzykrzonego owada, chciałbym, by zadał sobie trzy małe pytania. Czy telewizja rzeczywiście zasługuje na to, by oddać jej 16 lat życia? Czy nasze dzieci nie są powołane do niczego więcej niż zaoferowania Coca-Coli „czasu dostępu do [swojego] mózgu”? Czy naukowe świadectwa szkodliwego wpływu telewizji na naukę języka, wyniki w nauce, sukces społeczny, kulturę, zdrowie, dobrobyt czy poziom agresji nie są wystarczająco niepokojące, by uzasadnić zastosowanie ścisłej zasady ostrożności? Niech każdy sam to rozstrzygnie, dla siebie i swoich dzieci. Jeśli o mnie chodzi, sprawa jest zamknięta!

str.113
(…)
Teleogłupianie - wyniki testów
Wykres 1: Porównanie zmian poziomu upowszechniania się medium audiowizualnego (lewa podziałka pionowa, odwrócona – wartości rosną w dół – krzywa przerywana) i wyniku części werbalnej testu SAT (prawa podziałka pionowa, krzywa ciągła) w funkcji czasu (oś pozioma). Można zauważyć, że krzywe biegną równolegle w odstępie czasowym około 17-18 lat, co odpowiada okresowi koniecznemu, by dzieci, które dorastały w domu wyposażonym w telewizor, przystąpiły do egzaminu SAT*.

SAT* – werbalny jest standaryzowanym testem kompetencji językowej, który przechodzi większość amerykańskich studentów podejmujących studia wyższe. Między 1965 i 1980 rokiem wyniki uzyskiwane w tym teście gwałtownie się załamały. By wyjaśnić to dziwne zjawisko, wysuwano rozmaite hipotezy, niższe finansowanie systemu szkolnego, wzrastająca niekompetencja nauczycieli, masowy napływ studentów wywodzących się z mniejszości afroamerykańskiej i hiszpańskiej, wzrost złożoności egzaminu itd. Żadne z proponowanych wyjaśnień nie okazało się zadowalające. Dopiero dzięki Marie Winn i niedawnej reedycji jej książki The Plug-in Drug [Narkotyk z wtyczką] dostrzeżono możliwe rozwiązanie tej zagadki. Autorka zauważyła, że obniżenie wyników SAT werbalnego odwzorowywało, z dokładnością do okresu koniecznego, by skutki dały o sobie znać, krzywą upowszechniania się telewizji w Ameryce.

* – SAT: wcześniej Scholastic Aptitude Test, obecna nazwa to SAT Reasoning Test

str.170
(…)
Analizy pokazały, że bogactwo rysunku stopniowo malało w funkcji ekspozycji na treści audiowizualne. Dzieci oglądające telewizję krótko (30 minut i mniej) zdobywały do 10 punktów, podczas gdy oglądające długo (3 godziny i więcej) zatrzymywały się na 6. Średni konsumenci (2 godziny) oscylowali wokół 8,5 punktu. Jakościowy sens tych różnic liczbowych łatwo uchwycić dzięki poniższym rysunkom, prezentowanym przez autorów badania jako reprezentatywne (zob. rysunek)*. Kiedy oglądam ten rysunek, nie mogę nie myśleć o wszystkich tych opuszczonych dzieciakach oddanych w ręce TeleOpiekunki. Pochwały obrazu lansowane przez kłamliwych pseudopsychologów wydają się nagle nieskończenie mniej śmieszne.
Teleogłupianie - więcej niż 180 minut dziennie