Posts Tagged ‘Wychowanie’

Kiedy wreszcie całe to gówno związane z BSS (Bojownikami o Sprawiedliwość Społeczną) się skończy?

Człowieku, musisz zrozumieć z czym masz do czynienia. Wyjaśnijmy sobie i spróbujmy prześledzić kim są Bojownicy o Sprawiedliwość Społeczną [BSS]. Zauważyłem, że panuje ogromne zamieszanie w tej sprawie. Ludzie związani z GamerGate wydają się nie mieć pojęcia z jakim zjawiskiem mają do czynienia. Wydaje im się, że jest to jakaś forma ataku na, nie wiem, aktywistów czy osoby wierzące w bzdury. Powiem wam czym na prawdę są BSS i dlaczego w ogóle istnieją.

Mamy więc pokolenie zwane „millenium”, które dorastało w czasie, gdy zaczęła się era poprawności politycznej. Warto to zaznaczyć, gdyż w erze poprawności politycznej zmieniło się podejście do edukacji, które można wyrazić tak:

„Wiecie co, zamiast odpowiednio reagować na problemy behawioralne dzieciaków, po prostu je ignorujmy”.

Od tego momentu każdy jest zwycięzcą. Każdy dostanie nagrodę. Każdy dzieciak jest wyjątkowy. Są piękne i eleganckie. Nic, co robią nie jest niewłaściwe. Nie powinni ponosić odpowiedzialności za swoje czyny. Takie coś wmawiano dorastającym dzieciakom dzień za dniem i większość z nich, gdy już dorośli, okazała się posiadać skrajnie narcystyczną osobowość, ponieważ zostali oni wychowani w duchu idei, że są wyjątkowe; przecież posiadają tyle nagród, więc to coś znaczy.

Jasne, przecież są to nagrody za udział, a nie za wyniki, ale są.

Tak zostały wychowane słuchając tego. Mają przerośnięte ego, są narcystyczne, myślą, że są w centrum wszechświata. Gdy dołożyć do tego technologię, te wszystkie smartfony, tablety, laptopy, czy wreszcie rozwój mediów społecznościowych takich jak Twitter czy Facebook, mamy klasyczny przykład dodawania oliwy do ognia.

Ponieważ teraz te osoby, które myślą sobie jakie to one są super wyjątkowe, a wszystko co robią, jest naprawdę ważne, mogą wreszcie podzielić się ze wszystkimi tym jacy są wyjątkowi i ważni. Bo przecież wszyscy muszą wiedzieć, że właśnie postawiłem klocka, więc piszę o tym na Twitterze.

Absolutnie każdy musi wiedzieć, że mój ulubiony kolor to niebieski, więc wbijam na Fejsa i oznajmiam to światu. Świat musi o tym się dowiedzieć, bo ja jestem w centrum pieprzonego wszechświata.

Właśnie z czymś takim mamy do czynienia. Mamy taką grupę super narcystycznych osób i technologię tylko pogarszająca tę sytuację. Tu wkraczają ci szaleni Bojownicy o Sprawiedliwość Społeczną, którzy mówią tym ludziom tę jedną rzecz, którą chcą usłyszeć, te słowa to:

nic, co robisz, nie jest niewłaściwe”.

„Powodem, dla którego twoje życie jest do dupy, że nie czujesz się spełniony, że ci się nie układa jest to, że gdzieś tam są osoby, które są wobec ciebie opresyjne”.

Jeśli jesteś gejem – to twoim gnębicielem jest zwykły heteroseksualny facet. Jeśli jesteś kobietą – to będzie to mężczyzna.

Mężczyźni są twoimi ciemiężycielami. Jeśli jesteś transseksualistą – są nimi ci ohydni cisseksualiści. Należysz do jakieś mniejszości, może jesteś Afroamerykaninem – ci wszyscy biali po prostu nie dają ci szans. Więc mamy narcyza, któremu się wmawia, że wszystkie te rzeczy w jego życiu, które mu nie wyszły, nie są wcale wynikiem jego gównianej osobowości, ale dlatego, że wszyscy mnie gnębią.

To się nigdy nie kończy, ponieważ jeśli te osoby zdobędą się na wysiłek i przyznają się przed sobą, że wszystkie te bzdury, które im wciskano, są po prosty nieprawdziwe, oznaczałoby to, że musieliby pogodzić się z tym, że są w czarnej dziurze.

Dlatego też ten ruch rozrasta się i wymyka się spod kontroli. Bojownicy o Sprawiedliwość Społeczną nie są aktywistami. Spójrzcie tylko, ile grup zainfekowali i zniszczyli. Trochę tego jest.

Na przykład „Science Wars” i Alan Sokal, który mówił o tych wszystkich postmodernistach, którzy przedarli się do różnych obszarów nauk ścisłych i chcieli pisać artykuły o tym, jak to chemia jest rasistowska, a grawitacja seksistowska. Tego typu posrane rzeczy. Zdumieni naukowcy zastanawiali się o czym mówią ci ludzie, przecież to zwykłe szaleństwo.

To jeden z takich przykładów, jeszcze z sprzed epoki internetu, w czym ci ludzie są najlepsi. Przenikają od środowiska, przejmują je i zwyczajnie je niszczą.

Takich przykładów obecnie jest całe mnóstwo, na przykład ruch „Occupy Wall Street” (Okupuj Wall Street). To nic innego jak pewien ruch, który zapoczątkowany został jako akcja o prostym przekazie: „Nie podoba nam się korupcja”.

Pewnie wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, że korupcja jest złem. Bo raczej nikt nie nie powie:

„Nie, nie, ja chcę, aby  politycy byli skorumpowani i chcę być dymany przez banki – to przecież brzmi jak super zabawa”.

Walka z korupcją to zaiste szczytny cel.  Trudno znaleźć kogoś, kto by się z tym nie zgodził.

Więc mógłbyś pomyśleć, że ci ludzie mogą znaleźć naprawdę wspólny język z amerykańskim głównym nurtem. Ale dzieje się coś innego,  BSS podchwytują ten temat i myślą sobie:

„Hej, mogę się pod to podłączyć i to rozwalić,  bo jestem narcyzem i nic, co robię, nie jest niewłaściwe”.

Więc dołączają się oni do tego ruchu i zamiast walczyć z korupcją polityków i brakiem odpowiedzialności banków za swe działania, zmieniają hasła tego ruchu w gówna typu

 „prawa rdzennych amerykanów do tańca deszczu”  czy „strefy wolne od gwałtu”.

Same chore rzeczy, które nie mają w ogóle sensu. Następnie wprowadzają pojęcie pieprzonego  „progressive stack” (selekcja postępowa, porządek postępowy). Obejrzyjcie sobie ten materiał na Youtubie – szok gwarantowany.

 

”Progressive” stack SJW behaviour ruined Occupy Wall Street

Postępowa selekcja została zaprezentowana podczas akcji Occupy Wall Street. W zasadzie polega na tym, że osoba oceniana jest nie na podstawie merytoryczności jej argumentów czy pomysłów, ale na podstawie jej miejsca w hierarchii opresji. Tak więc biały mężczyzna zabierze głos jako ostatni, ponieważ jest biały i jest mężczyzną.

Natomiast transseksualny karzeł na wózku inwalidzkim?

To jest ktoś kogo chcemy słuchać, ponieważ znajduje się najwyżej na skali opresji. Nawet jeśli jest całkowicie upośledzony i to, co mówi, nie ma sensu lub jest nieistotne, jest poddany większej opresji i dlatego powinniśmy wysłuchać go jako pierwszego.

Taka sytuacja zaczęła zniechęcać ludzi do brania udziału w tym ruchu. Ludzi, którzy z poświęceniem walczyli o sprawę, ludzi, którzy ten ruch wspierali, a zostali tylko ci szaleńcy – w konsekwencji ruch się załamał.

Podobnie sprawa wygląda z ruchem ateistów. Zobaczcie, co się z nimi stało. Pomijając żarty o „kapeluszach fedora” czy żarty typu „banana ci w tyłek”, jest to grupa osób, która twierdzi:

„Jesteśmy rozumni i naszym narzędziem jest logika, nie wierzymy w Boga, bla bla bla…”

Mamy swoje spotkania, gdzie realizujemy nasze „rytuały fedorowe” aż do świtu – co kto lubi. Mają swoich mówców, prominentne osobowości, które uwielbiają – osoby takie jak Dawkins i inne jemu podobne. Co się dalej dzieje? Przychodzi ktoś i mówi:

„Hej, sam ateizm nie jest wystarczający, musisz stać się ateistą plusplus feministką, plus postępowcem, plus BSS plus to, plus tamto”.

A jeśli nie jesteś taki, to powiemy wszystkim,  jakim to jesteś seksistą i w ogóle okropną osobą. Na co ateiści:

„O czym wy do cholery mówicie? To nie ma nic wspólnego z tym,  co twierdzicie – tu chodzi tylko o religię i nic więcej”.

Więc tamci uczepiają się i wszystko niszczą.

Atakują całą społeczność, atakują osoby takie jak Dawkins, który jest twarzą całego ruchu, którego oni wszyscy szanują. Jakie by nie były wasze osobiste opinie na jego temat, wszyscy oni go lubią, był jednym z nich, zwyczajnie go lubili. Więc gdy zaprosił jakąś kobietę w windzie na kawę,  „ateiści plus” podnieśli wrzawę wyzywając go od gwałcicieli.

No chyba żartujecie sobie! To kompletnie podzieliło tę społeczności i musieli oni poświęcić mnóstwo wysiłku,  by walczyć z czymś takim i odbudować grupę. Taka sytuacja ma teraz miejsce w społeczności związanej z grami komputerowymi. Mamy do czynienia z narracją lansowaną przez „ekstremistów”, bo niewątpliwie BSS takimi są. Bojownicy o Sprawiedliwość Społeczną to nie są aktywiści.

To nie jest grupa typu LGBT, transseksualiści  czy feministki – BSS pogrążą was bez względu na to, jakie macie przekonania. Są narcystyczni, nic ich nie obchodzi, są kłamcami, manipulantami i wykorzystają was  dla swoich własnych zysków – to jest właśnie to co robią.

Tylko na tym im zależy. To jest taktyka, z którą już wielu miało do czynienia. Np. sprawa z „GamerGate” i akcją „#NotYourShield”.

Tylko spójrzcie, jakie osoby przyłączy się do tej akcji i nagłaśniały ją. Mamy tu zagorzałych konserwatystów, którzy przyglądali się sytuacji i skomentowali to w sposób następujący:

„To, co wyrabia prasa zajmująca się grami komputerowymi, jest żałosne”.

Mamy też te wszystkie mniejszości – homoseksualiści, transseksualiści, grupy „białych heteroseksualnych ziomków”. Mamy grupy o poglądach skrajnie lewicowych – anarchiści, komuniści, mamy zwolenników i przeciwników kapitalizmu, wszystkie te różne grupy, które solidarnie i jednym głosem mówią to samo: „Mamy dość tego waszego chorego chrzanienia – przestańcie”.

Ludzie, których obwiniacie za to wszystko, mają was dość – my po prostu chcemy cieszyć się grami komputerowymi. Wszystkie te mniejszości, w których obronie jakoby stajecie, mają dosyć bycia wykorzystywanymi jako ludzkie tarcze mające chronić was przed jakąkolwiek krytyką”.

Jeśli BSS twierdzi, że staje w obronie czegoś, to znaczy to tylko tyle, że posługuje się tym czymś  instrumentalnie, jest to zwykła przykrywka. To właśnie oni są najbardziej rasistowskimi i seksistowskimi osobami, jakie możecie spotkać.

Nie interesują ich realne problemy.  Mają w głębokim poważaniu to, o co walczysz. Im zależy tylko na tym, aby schować się na czarnoskórą osobą i wyzwać was od rasistów, czy zasłonić się homoseksualistów i wyzwać was  od rzekomych homofobów, gdy tylko ich skrytykujecie. Tak właśnie działają BSS.

To właśnie mieliście szansę obserwować  przez te ostatnie 2 tygodnie. DOKŁADNIE to mieliście szanse obserwować.

Taka jest ich taktyka, sposób na uniemożliwienie innym wypowiedzenia się. Zawsze, kiedy ich krytykujesz, oni kreują się na tych „dobrych”, tych walczących o „sprawiedliwość społeczną”.

Dlatego te stereotypy [słowa wytrychy, etykiety]  przywarły i do cholery nie powinny zniknąć, bo sa wygodne do szufladkowania ludzi. Chcą ich używać. Cynicznie posługują się „sprawiedliwością społeczną”, ponieważ nikt nie zarzuci, że jest to coś złego.  Brzmi jak coś dobrego, ale to tak naprawdę tylko cholerna ściema, a ci ludzie to zwykli oszuści.

Używają modnych określeń zwyczajnie w celach zarobkowych. Teraz macie tych wszystkich ekstremistów i narcyzów, którzy dają się złowić na te puste hasła i rozwalają wszystko, czego się dotkną. Oto cała istota Bojowników o Sprawiedliwość  Społeczną.

 

 

Zachęcam do zapoznania się z materiałami z kanału YT – historia sztuki

 

„Tolerancja represywna” to uzasadnienie dominacji niewielkiej, świadomej swoich celów i dobrze zorganizowanej mniejszości nad rozbitym, upokorzonym, nie potrafiącym bronić własnego systemu wartości społeczeństwem. Esej pod takim tytułem napisał w 1965 r. ideolog Nowej Lewicy, niemiecki komunista Herbert Marcuse. Film omawia ten niezwykle ważny, a niemal nieznany tekst, oraz historię i cel jego powstania.

Złe usposobienie/osobowość jako narzędzie zarządzania – napisy PL [John Gatto]

Sekretem edukacji w Ameryce jest fakt, że szkoła nie naucza zgodnie ze sposobem, w jakim uczą się dzieci i tak naprawdę nie jest to jej zadaniem; szkoły zostały zaprojektowane, aby służyć ukrytej gospodarce sterowanej i rozmyślnie przewarstwowanemu porządkowi społecznemu. Tresuje się chłopców i dziewczęta, aby byli znudzeni, przestraszeni, zawistni, wymagający emocjonalnie i ogólnie niekompletni. Pomyślna gospodarka masowej produkcji wymaga takiej właśnie klienteli.
Pierwszym wrażeniem zorganizowanego społeczeństwa jest szkoła; podobnie jak większość pierwszych wrażeń, jest ono długotrwałe. Według szkoły życie jest nieciekawe i głupie, tylko konsumpcja jest w stanie zapewnić ulgę. Coca Cola, Big Mac, modne dżinsy, to ma prawdziwy sens, takie przesłanie wynosi się z lekcji, choć przekazane jest w pośredni sposób. Nietrudno zauważyć tę dynamikę decyzyjności, która czyni przymusową edukację toksyczną dla zdrowego rozwoju człowieka. Praca w sali lekcyjnej nie jest istotna; nie zaspokaja prawdziwych, pilnych potrzeb pojedynczych osób; nie odpowiada na rzeczywiste pytania zadawane w umyśle młodego człowieka rodzące się z doświadczenia; nie przyczynia się do rozwiązywania jakichkolwiek problemów, z którymi można się zetknąć w prawdziwym życiu.

„W naszych marzeniach, ludzie poddają się z doskonałą uległością naszym formującym dłoniom. Obecne konwencje edukacyjne kształcenia intelektualnego i charakteru znikają z ich umysłów i nieskrępowani przez tradycję, pracujemy z własnej dobrej woli nad wdzięcznym i wrażliwym ludem. Nie będziemy starać się z tych ludzi, ani z ich dzieci, robić filozofów, czy ludzi nauki. Nie musimy z nich robić autorów, nauczycieli, poetów czy pismaków. Nie będziemy szukać wśród nich ani wielkich artystów, malarzy, muzyków, ani prawników, lekarzy, kaznodziejów, polityków, mężów stanu —  których mamy duży zapas. Zadanie jest proste. Będziemy organizować dzieci i uczyć je w sposób doskonały tego, co ich ojcowie i matki robią w sposób niedoskonały.” — John D. Rockefeller

Miłość, która uzdrawia – Harville Hendrix

Poniżej kilkanaście fragmentów z książki, które prawdopodobnie zachęcą do przeczytania całości

 

W miarę coraz większego zainteresowania tym tematem dochodziliśmy do zdumiewających wniosków: osoby szczęśliwe w małżeństwie były również świetnymi rodzicami. Dlaczego? Częściowo dlatego, że między rodzicielstwem a małżeństwem istnieje wiele cech wspólnych. Łączy je na przykład rozwój etapowy: rozpoczynają się od pełnego romantyzmu przywiązania, przechodzą w próbę sił, a następnie (przy odrobinie szczęścia i rozumu) w zdrową zależność. Imago, czyli zinternalizowane wyobrażenie własnych rodziców, kształtuje obie relacje. Na wybór partnera małżeńskiego wypływa wewnętrzne wyobrażenie własnych rodziców. Zinternalizowane i pochodzące z dzieciństwa doświadczenia z rodzicami w dużym stopniu determinują także sposób wychowywania własnych dzieci.
Z drugiej strony istnieją również oczywiste różnice między małżeństwem a rodzicielstwem. Nikt nie oczekuje, że dziecko będzie zaspokajać jego potrzeby tak samo jak partner życiowy. Poza tym obowiązki i odpowiedzialność za dziecko jest całkowicie odmienna od obowiązków i odpowiedzialności za partnera.
W centrum obu związków, jeśli są one udane, leży dążenie do większej świadomości – siebie, drugiej osoby, sposobów, na które imago kształtuje zachowania i dokonywanie wyborów. Te osoby, którym wiedzie się zarówno w relacji ze współmałżonkiem, jak i z dziećmi, chciały stać się świadome tego procesu. Chciały poznać, co kryje się w ich wnętrzu, i bez uprzedzeń zrozumieć zależność między krzywdami, których doznały w przeszłości, a teraźniejszym funkcjonowaniem. Umiały opanować mechanizmy samoobronne na rzecz reakcji skupionych na związku, a nie na sobie.

(…)

Najgłębsze tajemnice ludzkiej istoty dotyczą tego, czego jeszcze nie wiemy o mózgu człowieka. Posługując się w codziennej rozmowie pojęciem „umysł”, wszyscy wiemy, o co chodzi. Wszyscy nas rozumieją, kiedy mówimy o „świadomości”. Tymczasem naukowcy w dalszym ciągu zaciekle dyskutują na temat znaczeń tych pojęć i nie znajdują porozumienia w kwestii fizycznych form umysłu i świadomości. Czy umysł jest zlokalizowany w substancji szarej mózgu, czy jest to proces chemiczny rozpoczynający się w ramach tej struktury, czy proces ten rozpoczyna się na skutek jakiegoś impulsu elektrycznego? A może mózg działa jako przekaźnik świadomości na zewnątrz?
A pamięć? Być może jest to najważniejsza i najtrudniejsza do zrozumienia funkcja mózgu. Jak to się dzieje, że przeszłe doświadczenia zostają w nas, mimo że nie czyniliśmy świadomych wysiłków, żeby je zapamiętać, oraz kształtują nasze obecne zachowanie i myślenie? Jak możemy być odpowiedzialni za zaburzenia pamięci, polegające na tym, że włączamy przeszłe doświadczenie w wydarzenie, które – jak się zarzekamy – naprawdę miało miejsce?

IMAGO

Nie znamy jeszcze mechanizmu, dzięki któremu nieświadome wspomnienia wpływają na bieżące funkcjonowanie. Wiemy jednak, że tak się dzieje. Ma to duże znaczenie dla teorii Imago. Jak widzieliśmy, w przypadku małżeństwa nieświadomy umysł wpływa na wybór partnera. Dzieje się tak dlatego, że każda osoba gromadzi w umyśle wszystkie cechy, interakcje i doświadczenia związane z własnymi rodzicami. Powstały w ten sposób wewnętrzny obraz nazywa się imago. Człowiek nie zdaje sobie sprawy z istnienia imago, ale on istnieje i ma niezwykłą siłę. W niemowlęctwie zadaniem imago jest ułatwić dziecku rozróżnienie swoich rodziców od innych dorosłych. Jest to kwestia życia i śmierci, zupełnie tak jak u małej zebry. W dorosłości, jak widzieliśmy, imago kieruje nieświadomie do związania się osoby z partnerem, który pod wieloma względami przypomina w strukturze charakter rodziców. Prowadzi więc do okazji wyleczenia dawnych krzywd, co można określić bardziej wyrafinowanym przejawem przetrwania. O ile nam wiadomo, zebr to nie dotyczy. Osoba, którą poślubiasz, jest wybrankiem imago, który później staje się twoim partnerem w rodzicielstwie.

RODZICIELSKI ŚLAD

Nieświadomy umysł stanowi też potężną siłę w innym aspekcie rodzinnego życia. Mówiliśmy już, iż dzieci internalizują swoje doświadczenia z rodzicami. W swoim umyśle dokonują wewnętrznej kopii, własnej interpretacji tego, na co się natknęły na zewnątrz podczas interakcji z rodzicami i innymi ważnymi opiekunami. Co ważne, absorbują też dojrzałość bądź niedojrzałość emocjonalną rodzica oraz jego moralność. Sposób radzenia sobie rodzica z konfliktem, rozmaitymi rozczarowaniami czy dylematami moralnymi pozostawia w dziecku niezatarte wrażenie. To, kim jest rodzic (a nie tylko to, co mówi),
staje się częścią dziecięcego ja. Wewnętrzny obraz rodziców wpływa na wybór partnera małżeńskiego. Oddziałuje też na to, jakim rodzicem stanie się dziecko i  ogólniej  jakim będzie człowiekiem.
Doszliśmy więc do ważnego wniosku: najważniejszym wskaźnikiem sposobu, w jaki będziesz wychowywał dziecko, jest sposób wychowywania ciebie, kiedy sam byłeś mały. Działania (albo ich brak) twoich rodziców, nawet jeśli tego nie pamiętasz, stworzyły z ciebie człowieka, którym jesteś obecnie. To tak, jakbyśmy mieli w naszych umysłach odciśnięte przez rodziców ślady, podobne do śladów na naszych palcach (linii papilarnych). Każdy rodzicielski ślad jest wyjątkowy i charakterystyczny. Niemożliwe jest ich przeniesienie za pomocą atramentu na papier, ale można je zobaczyć w akcji, obserwując, jak reagujemy na inne osoby w naszych bliskich związkach, zwłaszcza w trakcie wychowywania.

W wypadku zebr ogólny wzór przekazywany jest z pokolenia na pokolenie, lecz każdy wzór indywidualny jest odrobinę odmienny. U ludzi jest tak samo. Z dużą dozą pewności można opisać proces bądź wzorzec wybierania partnera lub przekazywania dzieciom umysłowego czy emocjonalnego dziedzictwa, jednak szczegóły charakterystyczne dla życia danego człowieka zależą od jego osobistej historii. Naszym celem jest podanie w tej książce jak najwięcej informacji, dzięki którym będziesz umiał rozpoznać własny, niepowtarzalny wzorzec.

(…)

Od dziecka-problemu do nauczyciela – to zadziwiająca przemiana! Owi rodzice potrafili przekształcić niezadowolenie ze swojego syna w okazję do innego spojrzenia na własne życie. Pomyśl o tym w ten sposób: jesteś zranionym dzieckiem, dorastasz, na świat przychodzą twoje dzieci. Ciągle jesteś poraniony, chociaż być może nie zdajesz sobie z tego sprawy. Twoje krzywdy mogą się ujawnić w relacji ze współmałżonkiem albo z dzieckiem. Ponieważ jesteś zraniony, sam również ranisz swoje dziecko, nie doceniając go albo nie akceptując go takim, jakie jest – zupełnie tak samo, jak twoi rodzice nie akceptowali ciebie. Ranisz je, choć być może niezbyt głęboko i sporadycznie. To wzorzec zachowań, który będzie trwał, dopóki się nie zorientujesz, co robisz, i nie zaczniesz postępować inaczej.

(…)

Możesz nauczyć się rozpoznawać, kiedy twoje reakcje biorą początek w twojej krzywdzie. To się dzieje wtedy, gdy na normalne zachowanie dziecka za każdym razem reagujesz gwałtownie i zazwyczaj negatywnie. Twoja nadmierna reakcja stanowi wskazówkę, że napotkałeś swój „punkt rozwoju”, jak to nazywamy. To miejsce, które jest dla ciebie trudne w rodzicielstwie. Kieruje cię do jakiejś wewnętrznej niekompletności bądź krzywdy, które stanowią punkt potencjalnego uzdrawiania.
Twoje dziecko będzie cię uczyło wielu rozmaitych spraw, miedzy innymi uzdrawiania. Co najważniejsze, nauczy cię, co musisz zrobić, żeby je dobrze wychowywać. Przede wszystkim traktuj je z takim szacunkiem, jak kogoś, od kogo, jak sądzisz, mógłbyś się czegoś nauczyć. Potem wypatruj i nasłuchuj informacji, jakie do ciebie wysyła.

(…)

Świadomy rodzic zaspokaja potrzeby dziecka, zapewniając mu na każdym etapie rozwojowym bezpieczeństwo, wsparcie i strukturę. Dostraja się odpowiednio do jego niepowtarzalnej osobowości i temperamentu, umie dostrzec, czego potrzebuje w miarę swojego wzrostu i zachodzących w nim zmian. Wie, przez jakie etapy rozwojowe przechodzi dziecko, i jest gotowy oraz dostatecznie elastyczny, by wchodzić z nim w interakcje.
Jego kontakty z dzieckiem są zamierzone, a nie reaktywne. Przejawem owej zamiarowości jest stosowanie przez niego dialogu intencyjnego podczas rozmów, zwłaszcza tych trudnych. Podejmuje świadomy dialog, a więc odzwierciedlanie, walidację i empatię, oraz odnajduje odpowiednie sposoby, aby te procesy stały się częścią jego codziennych kontaktów z dzieckiem.
Posiada narzędzia postępowania z frustracją, gniewem i wycofywaniem się dziecka, przekształcające owe potencjalnie szkodliwe reakcje emocjonalne w okazje do wzmacniania jego pełni oraz podtrzymywania jego więzi z rodzicami, bezpośrednim otoczeniem i światem zewnętrznym. Zna sposoby zachęcania do śmiechu, kreatywnego wyrażania siebie, duchowego rozwoju i kształtowania moralności wtedy, gdy dziecko zaczyna swą podróż przez życie.

(…)

Nieświadome rodzicielstwo może być dominującym wzorcem interakcji zachodzących w rodzinie. Poniższy przykład pochodzi od dwudziestodziewięcioletniej kobiety, dyrektorki ogólnokrajowej sieci hoteli, którą nazwiemy tutaj Susan. Zaczęła szukać pomocy, ponieważ jej chłopak narzekał na jej „nieprzystępność i chłód emocjonalny”. Na spotkania terapeutyczne przychodziła zadbana, sprawiała wrażenie kobiety sukcesu. Podczas drugiej sesji terapeuta poczuł, że rodzi się między nimi zaufanie. Zaczął ją pytać o dzieciństwo.

Susan: Jesteś jedyną osobą, poza moim chłopakiem, której to powiem. Kiedy miałam dziesięć lat, mój ojciec popełnił samobójstwo, powiesił się. Nie było mnie w domu, kiedy to się stało, nie zobaczyłam jego ciała. Przez bardzo długi czas nie mogłam uwierzyć, że nie żyje. Myślałam, że może po prostu postanowił od nas odejść. Był majsterkowiczem, pamiętam, jak kłócili się z mamą o pewną kobietę, która zawsze potrzebowała pomocy w malowaniu, układaniu płytek na podłodze czy kiedy coś się zepsuło. Najgorzej było przy obiedzie. Było nas sześcioro: mama, dwie siostry, brat, ja i on. Zawsze musia-łam siedzieć po jego prawej stronie. Chciał, żebym była pod ręką, żeby mógł się na mnie wyżywać. Byłam najstarsza. Nigdy mnie nie uderzył, ale rąbał pięścią w stół obok mojego talerza, zrzucał mój obiad na podłogę albo krzyczał na mnie bez powodu. Tak było przez około trzy lata. „Na co się tak gapisz? Masz jakiś problem? Do cholery, będziesz miała problem, jeśli nie przestaniesz się tak gapić”. Doszło do tego, że nie mogłam jeść. Nikt nie mógł jeść. Nie wiem, dlaczego wybrał właśnie mnie.

Kiedy zapytano Susan, jaki wpływ miał ojciec na jej życie, odpowiedziała, że chyba nie została przez niego zanadto okaleczona. Zaprzeczenia tego rodzaju spotyka się dość często, ponieważ na ogół ból związany z takimi doświadczeniami zostaje wyparty. Po jakimś czasie przyznała, że jest perfekcjonistką, tak w życiu zawodowym, jak i prywatnym, oraz że ma problemy z bliskością w intymnym związku. W przeciwieństwie do nas nie odczuwa bólu, co pokazuje, jak głęboko i całkowicie broniła się przed potwornym zranieniem.

(…)

Oto chwila opamiętania ojca uwieczniona w opowiadaniu Tobiasa Wolffa Nightingale. Człowiek ten zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo błąd, który popełnił w stosunku do własnego syna, uzależniony był od jego przeszłości:

Dr Booth chciał, żeby Owen zniknął z domu. Taka była prawda, która teraz wydawała mu się bezsensowna. Odczuwał zniecierpliwienie, gdy widział, jak syn czytał, bawił się z psem, nic nie robił, marzył – dlaczego? Jakaż to była zbrodnia? Sam, będąc chłopcem, najbardziej pragnął marzyć. Okazja ku temu zdarzała się rzadko w tym zatłoczonym, stechnicyzowanym domu, i nie trwała długo. Dlaczego więc żałował swojemu synowi tego, czego sam najbardziej pragnął? Dlaczego żałował mu jego dzieciństwa?

Zaczyna żałować. Przez te wszystkie lata myślał, że widzi swego syna takim, jakim jest, i wcale mu się ten obraz nie podobał. Dał sobie przyzwolenie na dezaprobatę i nielubienie swojego dziecka, aż w końcu zapisał go do szkoły wojskowej, w której miano go nauczyć dyscypliny. Poniewczasie zdał sobie sprawę, że jego początkowa wizja została zniekształcona przez zalegające w nim pozostałości własnego, zimnego i stawiającego wysokie wymagania dzieciństwa.
Jak wielu rodziców, żył w świecie własnoręcznie spreparowanego paradoksu. Żałował swemu synowi tego, czego sam najbardziej pragnął. Jakiś nieświadomy wewnętrzny plan tak kierował jego działaniem, że obracało się ono przeciwko interesom jego dziecka. Błędnie odczytywał wskazówki, źle interpretował zachowania, odnajdywał niewłaściwe odpowiedzi, widział problemy tam, gdzie ich nie było, a nigdy nie zauważał prawdziwych kłopotów.
Często spotykamy się z takim wzorcem zachowania. Ojciec lub matka noszą w sobie wiele gniewu, bo w dzieciństwie pozbawiono ich czegoś, czego najbardziej chcieli i potrzebowali. Działając na zasadzie nieświadomej, koszmarnej zemsty, pozbawiają swoje dzieci tego samego. Stają się takimi samymi zimnymi, niezmiernie wymagającymi rodzicami, jakich mieli w dzieciństwie, choć wcale tego nie planowali.
Jest nieświadome. Rodzice, którzy czują się oszukani, nie zdają sobie sprawy z tego, co wyrządzają swoim dzieciom. To trzecia cecha typowa dla nieświadomego rodzicielstwa. Jest nieświadome.

(…)

Podsumowując, zachowania nieświadomego rodzica wskazują na małą świadomość (bądź jej zupełny brak) potrzeb rozwojowych dziecka. Rodzic taki nie wie, dlaczego reaguje w określony sposób ani jak jego reakcja wpłynie na dziecko. Wszystkie tego typu reakcje, negatywne czy pozytywne, gwałtowne czy umiarkowane, mają jedną wspólną cechę: wykazują się brakiem wrażliwości na wewnętrzny świat dziecka. Rodzic nie dzieli dziecięcego światopoglądu i postępuje na podstawie tego, co sam uważa za najlepsze, co traktuje jako zasady rządzące światem. W tym ujęciu dziecko nie stanowi innej, odrębnej i świętej jednostki, lecz staje się przedmiotem w subiektywnej sztuce stworzonej przez rodzica.

(…)

Dzieci, które mają problem z pełnym wyrażaniem siebie, wyrastają na dorosłych z tym samym problemem. Jeśli relacja symbiotyczna rozpoczyna się od rodziców, oznacza to, że nie wykształcili oni w pełni zróżnicowanego „ja”. Skoncentrowani na sobie nie zakończyli rozwojowego zadania polegającego na staniu się pełnią, całością. Tak naprawdę nie wiedzą, kim są. Nie odróżniają siebie od swoich dzieci, nie umieją uszanować wyraźnych granic między sobą a nimi. Nieświadomie projektują na swoje dzieci to, czego nie wiedzą o sobie samych.”
Żyjący w symbiozie rodzice nie wiedzą, że cechy, które tak bardzo ich denerwują u własnych dzieci, są tak naprawdę odrzuconymi przez nich aspektami siebie. Projektują je na dzieci w formie restrykcji, atrybutów bądź życzeń. Kiedyś ich rodzice powtarzali im: „Nie możesz taki być” albo „Nie wierzę, że taki jesteś”. Teraz własnym dzieciom mówią: „Nie możesz być taki, jeśli chcesz być akceptowany w tym domu”.
Trzeba jednak zauważyć, że nie wszystkie projektowane cechy są niepożądane. Niektóre z nich reprezentują nie rozwinięty, pozytywny potencjał rodzica. Matka, która zachwyca się dziecięcym geniuszem, mieszkającym pod jej dachem, tak naprawdę może podziwiać własny, nie rozwinięty potencjał intelektualny. Mówiąc o niezwykłych zdolnościach fizycznych swojego niemowlęcia, może odzwierciedlać własne nie spełnione marzenia o zostaniu gwiazdą sportu.
Jeszcze inna odmiana projekcji symbiotycznej polega na tym, że matka wchodzi w takie interakcje z dzieckiem, jakby to ono było jej rodzicem. Dziecko jest dla niej źródłem zasobów. Kontaktuje się z nim tak, aby zaspokoić swoją potrzebę bycia wychowującym rodzicem. Ponieważ zaspokojenie tej potrzeby stanowi dla dziecka gwarancję jej uwagi i miłości, a co za tym idzie – przetrwania, ucieka ono z dzieciństwa, stając się przedwcześnie dojrzałym dorosłym, który stara się bezskutecznie zostać rodzicem swojego rodzica.
Wreszcie, rodzic, który z zewnętrznych źródeł poznał wiele zasad i mądrości dotyczącej wychowywania dziecka (wie, jak „powinno” wyglądać wychowywanie bez względu na potrzeby konkretnego dziecka), również charakteryzuje się zachowaniem symbiotycznym. Przepływ informacji w tego rodzaju relacji ma jeden kierunek: od rodzica do dziecka. W świadomym rodzicielstwie działa również drugi kierunek, a dziecko i rodzic uczą się od siebie nawzajem.

(…)

Słowo to podstawowy środek interakcji między rodzicami i dziećmi. To dar, za którego pomocą mówiący może uczynić przeszłość bądź przyszłość doświadczeniem teraźniejszości. Mówiąc: „Pamiętasz, jak pojechaliśmy na plażę?” albo „To może być twój urodzinowy prezent”, ojciec daje swojemu dziecku dar w tej właśnie chwili.
Język czyni niewidzialne widzialnym. Opisując, jak wygląda puchacz wirgiński na tle śniegu, ojciec tworzy dla swojego syna wyrazisty obraz. Kiedy matka opisuje, jak pryzmat rozszczepia światło, jej córka widzi tęczę.
Język sprawia także, że czujemy – na przykład radość, kiedy słyszymy „kocham cię”, ból, jak w wypadku „poczekaj, niech no tylko wróci ojciec, to zobaczysz”. Dzieci uczą się mówić tak, jak do nich się mówi; niezależnie od tego, czy chodzi tu o język ich kultury, czy też symbiotyczny język ich rodziców. Język to środek, przez który rodzice mogą uwięzić swoje dziecko bądź dzięki któremu mogą je uwolnić, by było w pełni sobą.

(…)

Symbioza jest jednocześnie rezultatem i przyczyną zaabsorbowania sobą, będącego efektem krzywdy doznanej przez rodzica w dzieciństwie. Jego podstawowe potrzeby nie zostały zaspokojone, w związku z czym projektuje swoje ograniczenia i pragnienia na własne dzieci, które stanowią dla niego kolejną szansę na takie życie, jakiego zawsze pragnął. Symbioza jest przejawem niekompletnego rozwoju rodzica. Jego dzieci przychodzą na świat, zanim on sam osiąga dojrzałość. Problemy takie, jak obwinianie, dystansowanie się, niekonsekwentne reakcje czy emocjonalne kazirodztwo pojawiają się wtedy, gdy rodzic reaguje na swoje dziecko tak, aby zaspokoić swoje, a nie jego potrzeby.

STARY MÓZG

U wszystkich rodziców występuje skłonność do symbiozy. U jednych jest to chwilowa pokusa, u innych sposób życia. Jak sobie zapewne przypominasz, nasz stary mózg ma trudności z rozróżnieniem tego, co przytrafiło się mnie, a co przytrafia się moim dzieciom, które nie są mną, nawet wtedy, gdy zostaliśmy poważnie zranieni. Ma trudności z rozróżnieniem tego, co wydarzyło się kiedyś, a co ma miejsce teraz. W szczególnie „gorących” chwilach odzywają się nasze zranienia, a nasza świadomość koncentruje się na nas samych. Moje uczucia, moje pytania, moje pragnienia biorą górę, w związku z czym tracę możliwość działania w rzeczywistości uwzględniającej również twoje uczucia, twoje pytania i twoje potrzeby. Zdolność zauważania granicy między „ja” i „ty” oraz „kiedyś” i „teraz” to funkcja bardziej rozwiniętego nowego mózgu – kory mózgowej. Stawanie się świadomym wymaga pokonywania prymitywnego, skoncentrowanego na „ja” instynktu przetrwania, typowego dla starego mózgu. To dlatego właśnie mówimy często, że świadome rodzicielstwo jest sprzeczne z instynktem.

[Zobacz na:  <a href=”https://bladymamut.wordpress.com/2013/11/09/system-operacyjny-umyslu-rozdzial-5/&#8221; target=”_blank”>System Operacyjny UmysłuGranice osobowości</a>

(…)

Rytmy dzieciństwa istnieją w kontekście najbardziej uniwersalnego cyklu: narodziny, młodość, dojrzałość, wiek podeszły, śmierć. Jest to ponad wszystkim odwieczna prawda wszechświata: świadoma energia przybiera formę materii i przychodzi na świat. Forma ta zmienia się z biegiem czasu, a następnie umiera. Cykl ten jest taki sam dla gza i tygrysa syberyjskiego, jak dla łańcuchów górskich i układów słonecznych.
U niektórych organizmów łatwo jest zauważyć granice między etapami. Motyl pokazuje ci, na jakim etapie rozwojowym się znajduje: jego forma w każdej fazie jest zupełnie inna. Gdybyś wcześniej o tym nie wiedział, nie domyśliłbyś się nawet, że małe jajeczka w twardej skorupie to ten sam organizm, co gruba gąsienica, albo że ta gąsienica była kiedyś poczwarką w kokonie, albo że owa gąsienica będzie kiedyś opalizującym motylem unoszącym się w letnim powietrzu. Cztery etapy rozwoju, cztery zupełnie odmienne formy tego samego stworzenia.
Człowiek również stanowi odzwierciedlenie uniwersalnego procesu zmian, przechodząc przez kolejne stadia swojego rozwoju. W tym aspekcie jednak więcej nas łączy z łańcuchami górskimi niż z motylami. Nasze ciało nie zmienia się tak drastycznie w trakcie przechodzenia przez kolejne etapy rozwoju. Nasza ewolucja przebiega powoli, nie za pomocą gwałtownych skoków i przestojów. Przez większość dzieciństwa, a w większej mierze po jego zakończeniu, wyglądamy właściwie tak samo: jedynie czas wyciska na nas – tak samo jak na górach – swe piętno.
Nie znaczy to, że się nie zmieniamy. Nasze dzieci wyglądają zdecydowanie inaczej na zdjęciach z dzieciństwa i na tych robionych w dniu ślubu. Nie mamy jednak do czynienia z jednym, konkretnym momentem, podobnym do tego, gdy gąsienica motyla przybiera formę poczwarki (jakkolwiek znajdą się pewnie rodzice, którzy nie zgodzą się z tym stwierdzeniem i wskażą dokładnie tę chwilę, w której ich trzynastolatek zamienił się w stworzenie nie z tego świata). Zmiana jest stopniowa i niezauważalna w codziennym życiu.
Rodzicom trudniej jest zauważyć zmiany, które zachodzą w ich dzieciach, gdyż są razem z nimi przez cały czas. Co rano patrzą na ich ukochane twarze i nie mają pojęcia, że jakiś ukryty prąd wyniesie na powierzchnię coś nowego, coś, co zamanifestuje się zupełnie nie znanym zachowaniem. Rodzice stają zdumieni na widok nowych zainteresowań dziecka, jego nowych umiejętności, nowych poglądów. Myśleli, że znają swoje dziecko i jego charakter, więc czują się nieswojo, gdy niespokojne wody przynoszą coś niespodziewanego. „Skąd to się wzięło?”, pytają po jednej z takich niespodzianek.
Prawdziwym zaskoczeniem nie jest to, że dzieci zamieniają się w dorosłych. Zaskakuje to, że ewolucja ta jest tak przewidywalna i tak uniwersalna. Tak samo, jak ziarno słonecznika jest zaprogramowane, by stać się słonecznikiem, ludzkie dziecko jest zaprogramowane, by stać się dorosłym. Dla każdego dziecka istnieje mniej więcej taki sam, wrodzony plan rozwojowy, pozwalający nabywać umiejętności fizycznych, umysłowych i emocjonalnych. Różnica polega na tym, że kwiat potrzebuje do swojego rozwoju gleby, wody i słońca. Dziecko – znacznie więcej.

(…)

Tak jak mówiliśmy na początku tego rozdziału, pierwszym krokiem przemiany jest zrozumienie. Dla przejrzystości naszej dyskusji o nieświadomym rodzicielstwie zaprezentujemy teraz streszczenie przedstawiające sposób myślenia nieświadomego rodzica. Jeśli któreś z poniższych zdań znasz z autopsji, możesz być zadowolony, że właśnie rozpocząłeś swoją rodzicielską przemianę.

CO MYŚLI NIEŚWIADOMY RODZIC

1. Nieświadomy rodzic postrzega swoje dziecko jako przedłużenie siebie i uważa, że jest ono wtajemniczone w jego myśli i uczucia.
2. Nieświadomy rodzic wierzy, że jego rzeczywistość jest jedyną prawdziwą rzeczywistością, a co za tym idzie myli swój rodzicielski autorytet i odpowiedzialność z przymiotami boskimi.
3. Nieświadomy rodzic jest przekonany, że reaguje na zachowanie dziecka, podczas gdy tak naprawdę reaguje na coś, co działo się z nim samym w przeszłości.
4. Nieświadomy rodzic uważa, że doświadczenie dziecka jest nieważne, jeśli nie jest zbieżne z jego własnym doświadczeniem.
5. Nieświadomy rodzic sądzi, że jego dziecko ma takie same informacje jak on.
6. Nieświadomy rodzic wierzy, że jego zadaniem jest kształtować dziecko i że zachowania dziecka są kry tyką jego wysiłków.
7. Nieświadomy rodzic twierdzi, że wszystkie dzieci są takie same; nie wie, że dzieci rozwijają się według etapów rozwojowych.
8. Nieświadomy rodzic uważa, że konflikty między rodzicami a dziećmi mają początek w tym, co dziecko robi źle; nie dostrzega swojej roli w powstawaniu problemu.
9. Nieświadomy rodzic postrzega swoją rolę jako trwałą, a dziecka – jako poddającą się wpływom. W związku z tym uważa, że od dziecka nie może się niczego nauczyć.

(…)

 

PODZIELONE „JA”
Dziecko skrzywdzone przez rodzica symbiotycznego czuje się atakowane. Impuls do przetrwania popycha je do wyzbycia się wszelkich zachowań, które wywołują furię u jego wszechpotężnego rodzica. Ustawia straże wokół tych części siebie, których rodzice nie akceptują, i zacznie chronić swoje delikatne, wrażliwe wewnętrzne „ja” za pomocą twardego i nieprzeniknionego „ja” zewnętrznego. Działanie to służy konkretnemu celowi – jego bezpieczeństwu – lecz odbywa się wielkim kosztem. Takie tłumienie hamuje wzrost i rozwój pełnej osoby. Stopniowo, cegła po cegle, dziecko zaczyna budować mur oddzielający jego „ja” od świata zewnętrznego.
Przyjrzyjmy się bliżej, jak tłumienie może chronić dziecko przed tymi aspektami jego charakteru, które, na jakimś poziomie nieświadomości postrzega jako zagrażające jego przetrwaniu, ponieważ są niebezpieczne dla rodzica. W akcie obrony przez zranieniem, które jest następstwem wychowywania symbiotycznego, rdzenne „ja” dzieli się na cztery elementy. Są to: „Ja” pokazowe, „ja” zagubione, „ja” porzucone i „ja” wyparte.
„Ja” pokazowe. Pewne cechy i właściwości dziecka mogą ulec przerysowaniu bądź zostać sfabrykowane. Dziecko może zamienić się w aktora, aby przysłonić te części siebie, które mają pozostać w ukryciu, a pokazać inne, które lepiej nadają się do realizacji jego celu. Buduje osobę, która – jak się wydaje – dobrze mu służy, choć nie jest prawdziwym, naturalnym nim.
Przykładem osoby, która dobrze zrozumiała istotę swojego „ja” pokazowego w kształtowaniu życiowych celów, jest pewien dyrektor w średnim wieku (nazwijmy go James), którego małżeństwo znajdowało się w stanie rozkładu. Oto, jak opisuje załamanie, które zaczęło się ponad dwa lata wcześniej:

„Byłem rozbity. Załamałem się, moje życie się rozpadło. Nic mi nie wychodziło. Byłem ojcem do niczego, mężem do niczego. W pracy było źle. Moje życie było jak jedno wielkie kłamstwo. Miałem swoje życie zewnętrzne, które było według wszystkich wspaniałe, i moje życie wewnętrzne, którego z nikim nie dzieliłem, nawet nie mogłem dzielić. Zupełnie jakbym miał dwa różne życia”.

(…)

W chwili odrzucania bądź tłumienia przez rodzica naturalnych impulsów lub odruchów dziecka mamy do czynienia z narodzinami nienawiści do samego siebie. Dziecko zrobi wszystko, co w jego mocy, by uniknąć rodzicielskiego odrzucenia. Będzie nawet nienawidzić tych części samego siebie, które narażają je na niebezpieczeństwo utraty miłości rodziców i powodują, że jest przez nich odrzucone. Dla dziecka odrzucenie oznacza zostawienie, a zostawienie równa się śmierci. Musi robić wszystko, by przetrwać.
Powyższy proces można opisać w formie następującej sekwencji: dziecko przejawia w swoim zachowaniu pewne zupełnie normalne impulsy, rodzic reaguje na nie z dezaprobatą, dziecko rejestruje, że są one złe i niebezpieczne, zaczyna siebie nienawidzić za to, że u niego występują. Oczywiście w rzeczywistych kontaktach między rodzicami a dziećmi takie wzorce nie są liniowe i proste. Dziecko nie podejmuje racjonalnej decyzji, żeby siebie nienawidzić; takie samo odrzucenie jest wynikiem rozmaitych wydarzeń, których znaczenia nie są w pełni świadomi ani rodzice, ani dzieci. Ich konsekwencje – uświadamiane czy nie – mogą być jednak dramatyczne.
Umiejętność brania miłości. Między nienawiścią do siebie a umiejętnością brania miłości istnieje współzależność. Nasza nieświadomość nie może przyjmować miłosnych wyznań skierowanych do tych części nas, których nienawidzimy albo z których istnienia nie zdajemy sobie sprawy. Aby miłość innych mogła do nas dotrzeć, musimy popracować nad nienawiścią do samych siebie wspólnie z naszym małżonkiem bądź bliskim partnerem przekonanym o wartości świadomości.

(…)

Zadawanie pytań pomaga rodzicom zorientować się, jak są postrzegani przez swoje dzieci. Wszystkie dzieci komunikują się poprzez akcje i reakcje. Czy dziecko jest otwarte na rodzicielskie myśli i wskazówki, czy przyjmuje ustalone przez nich granice, czy też buntuje się przeciwko nim? Utrzymujące się reakcje negatywne stanowią dla rodzica wskazówkę, która pomaga w identyfikacji zagadnienia wymagającego uwagi.
Kiedy rodzic zaakceptuje, że jego percepcja jest ograniczona, i bardziej się otworzy na percepcję dziecka, jego świat się poszerzy. Poglądy dziecka są źródłem informacji, niekoniecznie muszą stanowić zarzewie konfliktu. Szczególnie dobrym źródłem informacji jest wyrażany przez dziecko krytycyzm – i to zarówno w formie werbalnej, jak i niewerbalnej.
Małe dzieci doprowadziły do perfekcji cały zestaw fizycznych i emocjonalnych reakcji, które rodzice mogą łatwo i trafnie odczytać. Usztywnienie ciała na znak oporu, zwiotczenie na znak porażki, wybuch śmiechu – to najdoskonalsza informacja zwrotna. Starsze dzieci można zapytać o ich uczucia wprost, stosując bezpieczne narzędzie dialogu intencyjnego. Jeśli rodzic modeluje umiejętność przyznawania się do pomyłek i uczenia się na błędach, wówczas dziecko będzie znało tę formę wymiany, dzięki której związek pozostaje zdrowy.

(…)

Przyjmowanie informacji zwrotnej. Julie doskonale wie, że więcej się nauczy od dzieci, jeśli będą mogły być sobą w jej towarzystwie. Jeśli są już zranieni i się ukrywają, jej zadanie będzie trudniejsze. Julie mówi, że zawsze usiłowała przekazać dzieciom komunikat, że jest ich ciekawa. W chwili, gdy się przed nią odsłaniali, pamiętała, by ich akceptować. Pomagało jej w tym wspomnienie z czasów, kiedy Jeff był małym, pięcio-, sześcioletnim chłopcem. Wszedł do domu, trzymając coś w zaciśniętej dłoni. „Co to jest?”, zapytała. „Nie pokażesz mi tego? Naprawdę chciałabym to zobaczyć”. Nie chciał tego zrobić, mówiąc, że nie sądzi, aby się jej to spodobało. W końcu zaczęła się denerwować i nalegać. Powoli rozluźnił pięść, ukazując wielkiego, czarnego, włochatego pająka. Julie wrzasnęła, Jeff zaczął płakać. Mówiła, że chce to zobaczyć, potem zmusiła go, żeby pokazał, co trzyma w dłoni, a na koniec ogromnie się zdenerwowała. Julie uważa, że była to lekcja poglądowa. Jeśli chcemy, żeby dzieci nam coś ujawniały, nie możemy sobie pozwolić na zdenerwowanie, kiedy już to zrobią.
Istnieje wiele sposobów świadomego zbierania przez rodziców informacji na temat swoich metod wychowywania. Jak już mówiliśmy, podstawowym źródłem jest samo dziecko. Jeśli rodzic chce się dowiedzieć, co dziecko o nim myśli, nie musi daleko szukać. Dowie się tego z jego słów, z mowy ciała. Jeśli tylko będzie tego chciał, dziecko będzie udzielało mu informacji, których potrzebuje, żeby podążać właściwym torem. I jeśli będzie wiedziało, że nic mu nie grozi, obdarzy go pełną ekspresją swojej nieposkromionej i nieprzewidywalnej osobowości.

(…)

Efektywna komunikacja jest szczególnie istotna między rodzicami i dziećmi, ponieważ sposób słuchania naszych dzieci i rozmawiania z nimi w głębokim stopniu wpływa na to, kim się staną. Słowa kształtują osobowość dziecka. Wyraz twojej twarzy staje się częścią jego doświadczenia, a zachowanie to część tego, co zabiera z sobą w świat. Liczy się to, co robisz.
Problem polega na tym, że na zachowanie rodzica wpływają po części wydarzenia z przeszłości. Jest spychany ze sceny przez osoby, które teraz nie są nawet obecne. To może być jego ojciec, który warknął na syna, gdy ten chciał mu pokazać swoje dzieło sztuki, albo jego matka, która zawsze za niego kończyła zdania. Rodzic wygłasza zdania tak, jakby pochodziły od niego, ale tak naprawdę pochodzą od kogoś innego, z innego czasu i miejsca.
W naszej pracy z małżeństwami i rodzinami zawsze podkreślaliśmy, jak istotne są ramy dialogu, które zarówno promują świadome kontakty, jak i zawierają ich esencję. Przekazują one podstawowy komunikat zgody i akceptacji wobec dzieci i rodziców. Ucząc tego rodzaju komunikowania się w małżeństwie, posługujemy się terminem dialog małżeński. Ucząc tej samej umiejętności rodziców, mówimy o dialogu intencyjnym.
W obu formach dialogu występują wyraźnie trzy odrębne procesy: odzwierciedlanie, walidacja i empatia.6 Podczas każdego kontaktu występuje co najmniej jeden z tych procesów. Najczęściej mamy do czynienia z odzwierciedlaniem. Nawet jeśli nie padają żadne konkretne słowa sygnalizujące odzwierciedlanie, walidację czy empatię, konwersacja może się odbywać w duchu dialogu intencyjnego. Rodzic powinien być szczególnie otwarty na porozumiewanie się w ten sposób wtedy, gdy porusza się drażliwe tematy, a emocje zaczynają sięgać zenitu.
Odzwierciedlanie polega na oddawaniu treści przekazu. Dokładne powtarzanie treści nazywane jest odzwierciedlaniem płaskim i może być trudniejsze, niż się zdaje. Bardzo łatwo jest nieświadomie odzwierciedlić trochę więcej bądź trochę mniej, niż się usłyszało. Osoba oddająca trochę więcej dokonuje odzwierciedlenia wypukłego, podczas gdy osoba oddająca mniej, koncentrująca się na wybranym, najbardziej ją interesującym zagadnieniu, a ignorująca pozostałe – odzwierciedlenia wklęsłego. Maksymaliści często powtarzają przekaz za pomocą odzwierciedlenia wypukłego, świadomie bądź nie dodając coś od siebie, aby kształtować myśli i uczucia innych. Przykładem odzwierciedlenia wypukłego jest matka, która mówi do swojego nastolatka: „A więc czujesz się winny z tego powodu, że spóźniłeś się na obiad”, podczas gdy jej dziecko mówi, że przykro mu, że nie wyjechało do domu wcześniej, bo był straszny korek. Minimaliści najczęściej powtarzają przekaz poprzez odzwierciedlenie wklęsłe, podkreślając tylko jedno zagadnienie, które ich zdaniem jest najistotniejsze. Przykładem niech będzie tutaj ojciec, który reaguje na przegraną syna w baseball słowami: „A więc mówisz, że przegraliście”, podczas gdy syn tak naprawdę mówi, jakie to było niesamowite, że prawie wygrali mecz. Całościowe odzwierciedlenie pomaga nam się powstrzymać przed powtarzaniem bądź parafrazowaniem w niebezpiecznym nieraz celu wpływania na myślenie innych.
Powtarzanie słów danej osoby to jedna z form odzwierciedlania. Najpopularniejszy sposób to parafrazowanie. Parafrazując, wyrażamy własnymi słowami to, co naszym zdaniem mówi druga osoba. Tak często zakładamy, że wiemy, co inna osoba ma na myśli, podczas gdy naprawdę wcale tak nie jest. Jest to z naszej strony zaledwie zgadywanie. Być może jesteśmy w tym dobrzy, mamy rację w większości wypadków, lecz dopóki nie dokonamy odzwierciedlenia i nie upewnimy się, że dobrze zrozumieliśmy, istnieje niebezpieczeństwo nieporozumienia. Podczas odzwierciedlania często kusi nas dokonywanie interpretacji słów, zanim się je jeszcze zrozumie. Jeśli jednak nasza interpretacja bazuje na błędnym rozumieniu, ona sama również nie będzie poprawna. Odzwierciedlanie, oprócz zapewniania dokładności, uzmysławia także dziecku, że jego rodzic chce zrozumieć jego punkt widzenia. Dla wielu rodziców jest to rzadki moment przekraczania siebie.
Walidacja to proces pokazujący drugiej osobie, że to, co mówi bądź robi, ma sens. Odkłada się na bok własne punkty odniesienia, doceniając logikę, rzeczywistość i wartość drugiej osoby z jej punktami odniesienia. Twoje słowa przekazują dziecku komunikat, że liczy się również jego postrzeganie rzeczywistości. Docenianie doświadczenia dziecka nie oznacza koniecznie zgadzania się z nim bądź tego że jego myśli i uczucia są takie same jak twoje. Oznacza natomiast, że oddajesz swoje centralne miejsce jako źródła „prawdy” i dajesz dziecku swobodę na jego interpretację rzeczywistości. Dokonując odzwierciedlenia i walidacji wobec dziecka, tworzysz warunki, które pozwalają mu zaspokoić jego podstawowe potrzeby wyrażania siebie. Wasze zaufanie i wzajemna bliskość będą rosnąć, przez co łatwiej będzie mu ufać i zbliżać się do innych.
Empatia to proces rozpoznawania uczuć drugiej osoby, w trakcie gdy ona wypowiada swój punkt widzenia bądź opowiada jakąś historię. Istnieją dwa poziomy empatii. Na pierwszym poziomie odzwierciedlamy i wyobrażamy sobie uczucia, o których mówi druga osoba. Na drugim, głębszym poziomie doświadczamy emocjonalnie – naprawdę odczuwamy- jej doświadczenie. Takie empatyczne doświadczenia same w sobie są uzdrawiające i transformujące dla osób pozostających w kontakcie, bez względu na to, co jest komunikowane. W takich chwilach obie strony przekraczają swoją odrębność i doświadczają prawdziwego spotkania umysłów i serc. Kiedy wchodzisz w dialog ze swoim dzieckiem, rozumiesz je i – przynajmniej przez chwilę – widzisz świat jego oczami.

KIEDY STOSOWAĆ DIALOG INTENCYJNY

Dialog intencyjny jest szczególnie cenny wtedy, gdy emocje sięgają zenitu. Jakkolwiek pragniemy, by wszystkie nasze interakcje z dzieckiem były przesycone duchem odzwierciedlania, walidacji i empatii, to jednak dialog intencyjny jest najbardziej celowy w sytuacjach, gdy:

1. Ty i/lub twoje dziecko chcecie być wysłuchani i zrozumiani;
2. Ty i/lub twoje dziecko jesteście czymś zdenerwowani i chcecie to omówić;
3. Ty i/lub twoje dziecko chcecie porozmawiać na jakiś drażliwy temat;

Jedna z najistotniejszych rzeczy, których nauczyliśmy się podczas wychowywania naszej szóstki, to przyjmowanie intensywnych emocji jako czegoś normalnego, jako procesu dawania i brania typowego dla wszystkich bliskich związków. Odczuwanie frustracji, zmartwienia, zawodu czy gniewu to nic złego. Jeśli zareagujesz ze zbytnią przesadą bądź obojętnością na normalne emocje dziecka, to sygnał, że masz nad czym się zastanowić, a być może także i popracować.
Jeśli podczas waszej rozmowy dziecko wyraża negatywne emocje, możesz się nauczyć pochłaniać ich intensywność. Po prostu trzymaj je w sobie i nic z nimi nie rób: nie musisz niczego naprawiać; nie musisz zmieniać jego zdania; nie musisz go uczyć, żeby zmieniło punkt widzenia. Nie musisz też wybuchać ani uciekać i się chować. Dialog intencyjny uczy wytrwałości, rozpoznawania tego, co się dzieje, wykraczania poza siebie w świat drugiej osoby i stawania się na chwilę częścią jej doświadczenia.
Dialog intencyjny przytrzymuje cię w centrum. Jeśli masz skłonność do bycia maksymalistą bądź minimalistą, dialog intencyjny pomoże ci przezwyciężyć obie te tendencje i po prostu być w rozmowie z twoim dzieckiem, bez uprzedzeń i ograniczeń, które normalnie prowadzą do przesadnych reakcji bądź wycofania się.

(…)

Świadomy rodzic wykorzystuje zachowanie dziecka bardziej jako okazję do uczenia niż do karania. Mówiąc szczerze, nie przychodzi nam na myśl żadna sytuacja, w której rodzic musiałby karać swoje dziecko. Pozostawiając na boku kwestię skuteczności kary jako metody uczenia, wydaje się oczywiste, że wymierzanie kar równie często bywa przejawem bezsilności i gniewu rodzica, jak próbą nauczenia go czegoś. Rodzic musi zrozumieć, że złe zachowanie dziecka niemal nigdy nie stanowi próby ataku na rodzica czy psucia mu szyków. To sygnał, że trzeba na coś zwrócić uwagę, a zarazem okazja nauki dla dziecka (a także jego rodzica).
Słowo „dyscyplina” pochodzi od łacińskiego disciplina, oznaczającego instrukcję bądź metodę. Stąd też dyscyplinowanie dzieci powinno mieć na celu uczenie ich czegoś. Karę wymierza się po to, by ktoś cierpiał. Karanie dzieci może nauczyć ich poniżenia, buntu lub mściwości, rzadko kiedy dobrego zachowania. Rodzice mogą pomóc dziecku zmienić zachowanie poprzez konsekwencję i przejrzystość swoich oczekiwań, pozwalanie na poznawanie konsekwencji własne-go złego zachowania i tworzenie warunków, w których możliwe jest poprawianie się i wynagradzanie wyrządzonego zła.
Często pozornie złe zachowanie małych dzieci oznacza zupełnie coś innego. Dziecko może być zmęczone, głodne, spragnione bądź mieć złe samopoczucie (być może po prostu przechodzi normalny, choć trudny dla rodziców, etap rozwojowy. Temu istotnemu zagadnieniu poświęcimy część IV, „Poznaj swoje dziecko”). Niekiedy najlepiej jest zarządzić krótką przerwę, upewnić się, że podstawowe potrzeby dziecka są zaspokojone, oraz pozwolić mu przez chwilę odpocząć i zastanowić się.

Świadomy rodzic ucząc nowych zachowań, podaje przejrzyste instrukcje. Rodzic nieświadomy zakłada, że dziecko wie to samo co on i że potrafi skojarzyć znacznie więcej niż w rzeczywistości. Przekazuje więc dziecku werbalny bądź poza- werbalny komunikat: „To przecież oczywiste, powinieneś wiedzieć, że chcę, byś to zrobił”. Podczas gdy rozsądne jest nakładanie na dziecka obowiązku słuchania, co się do niego mówi, zupełnie bez sensu wydaje się wymaganie od niego rozumienia i wypełniania nie wypowiedzianych instrukcji. Dlatego tak istotne jest odzwierciedlanie. Chcąc, by dziecko wypełniło jakieś polecenie, świadomy rodzic podaje jasne i szczegółowe instrukcje, a następnie, by upewnić się, że został dobrze zrozumiany, prosi dziecko, aby je powtórzyło.

Świadomy rodzic koncentruje się na zachowaniu dziecka, a nie na jego charakterze i motywacji. Pamiętajmy, że głównym celem komunikacji z dzieckiem jest przekazanie mu podstawowej informacji: „Jesteś w porządku” – nawet wtedy, gdy coś jest nie tak. Dziecko musi zrozumieć, że rodzic jest niezadowolony z jakiegoś jego zachowania, lecz nie kwestionuje wartości dziecka jako człowieka. Aby przekazać dziecku, że to jego zachowanie, a nie ono samo potrzebuje jakiejś korekty, świadomy rodzic posługuje się zazwyczaj wyrażeniami takimi, jak: „Gniewam się, gdy tak się zachowujesz”, a nie: „Jesteś złym chłopcem”. Nie chcemy dziecku powiedzieć, ani nawet sugerować, że nie jest wystarczająco dobrą osobą.

Świadomy rodzic nie czyni żadnych poniżających założeń na temat ukrytych motywów dziecka oraz jego charakteru. Umie rozdzielić nieodpowiedzialne i rozczarowujące zachowania dziecka od jego prawdziwej natury. Negatywne założenia skłaniają rodzica do wymierzania dziecku kar.
Świadomy rodzic poświęca więcej energii na docenianie współpracy dziecka niż na nawoływanie do koncentracji na danym problemie. Rodzic może wybierać między tym, co widzi i co uważa za istotne. Może zauważać wszystkie te zachowania dziecka, które go złoszczą, albo wszystkie te, które go zadowalają. Jeśli chce wzmocnić cechy pozytywne, powinien je doceniać i chwalić. Dzieci z natury pragną zadowalać swoich rodziców, którzy mogą wykorzystać tę dążność, entuzjastycznie witając wszystko to, co im sprawia radość. Podchodząc z zapałem do wszelkich przejawów współpracy dziecka, a nie koncentrując się na jego błędach, rodzic daje mu znać, że to, co robi dobrze, ma większe znaczenie niż to, co robi źle.

Świadomy rodzic pomaga dziecku zrozumieć, że decyzje pociągają za sobą konsekwencje. Niemal każde nasze zachowanie jest rezultatem decyzji o podjęciu działania, nawet jeśli odległość czasowa między nimi jest tak niewielka, że wydają się one jednoczesne. Świadomy rodzic wie, jak ważna jest przerwa na zastanowienie się przed podjęciem decyzji, i może nauczyć dziecko takiego samego podejścia. Dzieci uczą się, obserwując swoich rodziców podejmujących decyzje w trudnych sytuacjach, jeszcze więcej mogą się nauczyć, gdy rodzice opowiadają im o tym procesie oraz o konsekwencjach, które na nich spadły, gdy postępowali zbyt szybko bądź w przypływie gniewu.

(…)

Teraz wiemy, że pierwsze trzy lata życia są niezmiernie istotne dla osoby, na którą dziecko wyrośnie. Neurolodzy w znacznym stopniu poznali procesy formowania się mózgu w życiu płodowym oraz po przyjściu dziecka na świat. Procesy te są reakcją na doświadczenia dziecka od chwili jego poczęcia. Okazało się, że mózg nie jest samowystarczalny i odizolowany, nie rozwija się niezależnie od kontekstu. Można go opisać jako organ społeczny, który rozwija się jedynie poprzez interakcję z otoczeniem.

Oto kilka istotnych faktów:

1. Dziecko przychodzi na świat z około stoma miliardami komórek nerwowych (neuronów), co odpowiada liczbie gwiazd wchodzących w skład Drogi Mlecznej. Neurony te tworzą obwody układające się w pewne odziedziczone wzorce. Obwody nie są stabilne ani niezmienialne. Podczas gdy geny stanowią swego rodzaju szkielet mózgu, doświadczenia życiowe decydują o jego ostatecznej budowie.

2. Po urodzeniu w mózgu dziecka powstają tryliony nowych połączeń neuronowych, które dziecko może wykorzystywać. Mózg się asekuruje. Nie ryzykuje sytuacji, że zabraknie mu potrzebnego połączenia. Długa wędrówka poprzez dzieciństwo to jeden ze sposobów „zużywania” połączeń: to dziecięce lata określają, które z tych obwodów zostaną podtrzymane i umocnione, a które zanikną i obumrą. Mózg samoorganizuje się w mapę fizyczną, która zawiaduje takimi funkcjami, jak: widzenie, słyszenie, mówienie czy porusza-nie się. Do około dziesiątego roku życia połowa tych połączeń zaniknie, a pozostała liczba utrzyma się na mniej więcej stałym poziomie przez resztę życia. To, które z nerwowych połączeń zanikną, zależy od wykorzystania ich przez dziecko. Dzieci z ubogich w bodźce środowisk posiadają mniej połączeń, podczas gdy u dzieci ze środowisk, w których stymulacja znajduje się na odpowiednim poziomie, rozwija się mózg z poprawnymi połączeniami i wzorcami. Dzięki swej plastyczności – możliwości zmian struktury fizycznej i chemicznej na skutek interakcji z otoczeniem – mózg wykorzystuje świat zewnętrzny do budowania siebie. Mózg dziecka coraz efektywniej robi to, czego wymaga od niego otoczenie.

3. „Samobudowanie się” mózgu trwa głównie w ciągu trzech pierwszych lat życia. Sposób tego rozwoju zależy od rodzaju i jakości doświadczanych przez dziecko kontaktów – najpierw z matką, ojcem i innymi opiekunami, następnie z przedmiotami z własnego otoczenia i innymi osobami. Efekt tego rozwoju zależy natomiast od jakości jego kontekstu. Mówiąc dosłownie, mózg tworzy się w związku.

4. Geny tak programują nasz mózg, aby w konkretnych okresach uczył się określonych umiejętności. Mózg jest gotowy i chętny do podjęcia pewnych zadań w okresach, które można nazwać oknami możliwości. Wszelkie próby podjęcia tych zadań przed bądź po tym okresie są trudne bądź niemożliwe. Na przykład mózg dziecka potrzebuje stymulacji słowem mówionym w celu zaktywizowania komórek odpowiedzialnych za mowę, wytworzenia połączeń, dzięki którym dziecko zrozumie, co mówisz, a w okolicy dwunastego miesiąca – samodzielnego posługiwania się słowem. Jeśli dziecko nie słyszy słów, nie dochodzi do wytworzenia odpowiednich połączeń nerwowych, w czego wyniku rozwój mowy może być opóźniony bądź uszkodzony.
Sposób rozwoju mózgu pokazuje, jak istotne jest uważne, troskliwe i świadome rodzicielstwo, zwłaszcza w pierwszych latach życia dziecka. Tutaj znowu mamy do czynienia z paradoksem: Czas, kiedy najtrudniej jest odczytać wskazówki od dziecka, to jednocześnie czas, kiedy rodzice powinni być szczególnie czujni i odpowiedzialni pod względem dostarczania dziecku właściwej stymulacji.

(…)

W pierwszym stadium życia dziecko i rodzic (z początku głównie matka, potem coraz częściej także ojciec) rozpoczynają ze sobą szczególny rodzaj tańca działania i reakcji, który nazywany jest wzajemnym informowaniem. Matka obserwuje dziecko i odzwierciedla dla niego jego wizerunek. Pomyśl, jak wielkie znaczenie ma przesyłanie tej informacji przez matkę: „Widzę, kim jesteś, i moim zdaniem jesteś wspaniała”. Dziecko staje się tym, kogo widzi w odzwierciedlonym przez matkę wizerunku. Rodzicielskie odzwierciedlanie jest katalizatorem poznawania siebie przez dziecko. Pomaga mu stworzyć własne „ja”.
Krytyczne znaczenie ma dokładność, z jaką matka odzwierciedla esencję dziecka. Dziecko czuje się bezpiecznie, jeśli zauważa spójność między własnym doświadczeniem wewnętrznym a wyrazem twarzy matki. Jeśli jednak jego wewnętrzne doświadczenie nie jest odzwierciedlane, odczuwa dysonans, konflikt między tym, czego doświadcza, a co jest odzwierciedlane przez matkę. W takich wypadkach regułą jest, że uwierzy matce, pomniejszając jednocześnie znaczenie swojego „ja”. Aby zapełnić pustkę nie odzwierciedlonego „ja”, buduje „ja” zafałszowane, chcąc w ten sposób wywołać pozytywną reakcję rodzica.
Dla świadomego rodzica odzwierciedlanie dziecka to sposób na bycie z nim, to forma komunikacji, a nie próby wywierania wpływu czy kontroli. Konstrukcja mózgu człowieka sprawia, że matka otrzymuje z powrotem odzwierciedlone przez dziecko uczucie. Odzwierciedlając dziecko, paradoksalnie zaczyna walidować własne doświadczenie. Umie wyłamać się z własnych ograniczeń, w pełni uczestnicząc w życiu drugiej osoby.

Równowaga. Na każdym etapie wychowania esencją świadomego rodzicielstwa jest znalezienie równowagi między spełnianiem wszystkich oczekiwań dziecka a wyznaczaniem i przestrzeganiem granic. Przez pierwsze osiemnaście miesięcy życia dziecka rodzic działa na jednym z końców kontinuum opisanym jako „dawanie”, po czym przesuwa się ku jego centrum. Stopniowo w miarę rozwoju dziecka rodzic dostarcza dziecku pewnej struktury; dzięki niej buduje ono perspektywę opisującą jego miejsce w kontaktach z innymi, moralność, która pozwala mu stosować się do złotych zasad w kontaktach towarzyskich, oraz samodyscyplinę, pozwalającą na produktywne i pełne znaczenia życie. W tym znaczeniu struktura stanowi wychowanie. Rodzic aktywnie kocha swoje dziecko, pomagając mu stworzyć uwewnętrznione granice. Przydadzą mu się wtedy, gdy będzie chciało zaspokoić własne potrzeby, a jednocześnie zacznie spostrzegać wokół siebie obecność innych osób.

Samoocena. Kiedy dziecko się uczy, że z jednej strony może zaspokoić własne potrzeby, a z drugiej, że trzeba być partnerem dla innych, aby ich potrzeby również zostały zaspokojone, może owocnie przejść przez bramę dzieciństwa. Za każdym razem, gdy dokonuje przejścia, rośnie jego samoocena. Zaczyna uważać, że jest w porządku, kiedy dostaje taką informację z zewnątrz. Przechowuje w sobie doświadczenie „bycia w porządku”, samoakceptacji i przywiązania do samego siebie. Rodzice, którzy pielęgnują u dziecka owo poczucie bycia akceptowanym, odpowiednim, wartościowym i cenionym, zasiewają w nim ziarno, które będzie przynosić owoc przez całe jego życie. Stanie się odporne, będzie umiało radzić sobie z emocjami. Rozwój tego ziarna gwarantuje rodzicielska miłość (w tym także emocjonalne wsparcie) oraz konsekwentne przestrzeganie właściwych granic.

Niebezpieczeństwo. Trzeba sobie zdać sprawę z tego, co naprawdę kryje się pod pojęciem „kochać dziecko”. Wiemy, że oznacza to zaspokajanie jego potrzeb. Przed chwilą mówiliśmy też, że znaczy to wyznaczanie granic i określanie struktury. Miłość nie oznacza jednak dwóch spraw: dawania dziecku wszystkiego, czego zapragnie, oraz takiego zachowania, jakby twoje dziecko było tobą. Mówiliśmy już
0 niebezpieczeństwie symbiozy, niebezpieczeństwie stopienia się z dzieckiem. Możemy więc dodać kolejną warstwę do pojęcia miłości: kochać to znaczy stworzyć odpowiednią relację, w której zarówno szanuje się wewnętrzny związek między dorosłym a dzieckiem, jak i uznaje, że dorosły nie jest dzieckiem. Ty i dziecko to dwie odrębne istoty.
Na samym początku między matką i dzieckiem istnieje tak silny związek intymny, iż wydaje się, że są z sobą stopieni. To stan niezbędny dla przetrwania niemowlęcia. Posiada ono wiele potrzeb, a świat zewnętrzny jest pełen niebezpieczeństw. Matka musi być niezwykle wyczulona, by pod każdym względem zapewnić dziecku przetrwanie. Jednocześnie jednak musi pokonać w sobie tendencję do scalenia się z dzieckiem bądź – przeciwnie – odseparowania się od niego. Musi stać się rodzicem, który funkcjonuje na zasadzie empatii, nie symbiozy.
Warto się zastanowić, dlaczego chcieliśmy się stać rodzicami. Czy posiadanie dziecka zapełni pustkę w życiu? Czy dzięki dziecku zmieni się status w rodzinie bądź społeczeństwie? Czy dziecko sprawi, że poczujesz się mniej samotna i pusta? Czy posiadanie dziecka oznacza, że będziesz mogła kontrolować ten związek, podczas gdy inne związki wymykają się spod twojej kontroli?
Jeśli rodzic odpowiada pozytywnie na każde z tych pytań, musi być świadomy, że granice między nim a dzieckiem są zagrożone. Mówiąc szczerze, może zbezcześcić świętość własnego dziecka poprzez wytworzenie z nim związku symbiotycznego. Trzeba na to uważać!
Empatia z kolei to inne zagadnienie. Umiejętność odzwierciedlania uczuć dziecka i uczestniczenia w jego doświadczeniu to istotny składnik świadomego rodzicielstwa. Na gruncie empatii rozwija się dostrajanie, na którego podstawie rodzic wie, jak należy utrzymać równowagę miedzy troską o dziecko a nadawaniem struktury. Rodzic odpowiednio dostrojony do swego dziecka wie, kiedy zaspokojenie jego potrzeb wymaga słowa „tak”, a kiedy słowa „nie”.

Pamiętając o tych generalnych wskazówkach, możemy lepiej zrozumieć, jak pomóc dziecku osiągnąć swą pełnię, stać się tym, kim miało się stać – w pełni funkcjonującą osobą.

(…)

Sporadyczna dostępność to prawdziwy problem. Przytoczymy za chwilę dość drastyczną analogię nie dlatego, że chcemy w rodzicach wzbudzić poczucie winy, lecz po to, by zdali sobie sprawę, że podobne sposoby wykorzystywane są podczas przesłuchań w celu uzależnienia osoby przesłuchiwanej. Przesłuchujący bywa ciepły i przyjacielski, kiedy indziej znów jest zimny i karzący. Więzień nigdy nie wie, co go czeka, jednak przyjacielskie nastawienie przesłuchującego zdarzało się na tyle często, że zrobi wszystko, żeby je ponownie wywołać. Nawet wtedy, gdy – jak sobie zdaje sprawę – zaczyna tracić nad wszystkim kontrolę. Owe sporadyczne i skrajne reakcje emocjonalne szybko sprawiają, że zapomina o sobie samym i zaczyna się utożsamiać z przesłuchującym.
Dlaczego rodzic zachowuje się w ten sposób? Dlatego, że jego rodzice reagowali tak na niego. Jego niekonsekwentni rodzice, na których nie mógł polegać, również próbowali zapełnić pustkę w swoim życiu, zasypując go chwilami nadmiernej uwagi. Z kolei on sam wszedł w relację symbiotyczną ze swoim dzieckiem, często – mimo niechęci dziecka i prób wyswobodzenia się – bywa nadmiernie zainteresowany i zalewa je swymi uczuciami. Nieświadomie stara się zaspokoić poprzez dziecko własne potrzeby.
Z dużym prawdopodobieństwem możemy także przypuszczać, że potrzeba ciepła nie jest zaspokojona także w małżeństwie maksymalisty. Gdyby była, jego krzywda z dzieciństwa byłaby przynajmniej częściowo zaleczona, a on sam nie przejawiałby tej wewnętrznej niekonsekwencji w swoich kontaktach z dzieckiem.
Skoro maksymalista bywa tak skrajnie uczuciowy, to dlaczego się zdarza, że wycofuje swoje uczucie w stosunku do dziecka? Dlaczego maksymalista jest niekonsekwentny? Ponieważ odkrył jedną z największych życiowych prawd: dzieci wiele potrzebują. Wymagają. Nie dają za wygraną. Są natarczywe. Być może początkowo matka idealizowała swojego syna i swoją rolę jako jego matki, wyobrażała sobie romantyczny związek, w którym wreszcie uzyska bezwarunkową miłość, której nigdzie indziej nie była pewna. W końcu jednak nie może znieść nie kończących się żądań, zupełnie tak, jak to się dzieje z romantycznym przyciąganiem i próbą sił w małżeństwie. W nieunikniony sposób rzeczywistość z dzieckiem zaczyna odbiegać od romantycznej wizji. Tak więc czasami bywa ciepła i kochająca, a innym razem znów odpychająca, znudzona i zła. Przesyła dziecku kolejne komunikaty: „Nie potrzebuj”, „Zaspokajaj moje potrzeby”, „Teraz idź gdzie indziej zaspokoić swoje potrzeby”. Czując, że jest przyparta do muru, odpowiada dziecku ze złością, nieprzyjemnie. Potrzebując pomocy od swojego współmałżonka, krytykuje go i poucza wtedy, gdy jej udziela tej pomocy.

(…)

CZEGO POTRZEBUJE DZIECKO NA ETAPIE INTYMNOŚCI

Narodziny dziecka to dla małżeństwa kulminacja miłości i początek nowego poziomu intymności. W tej poszerzonej intymności znajduje się jednak paradoks: doświadczając tego najbardziej intymnego doświadczenia, jakim jest wychowywanie dziecka, któremu się dało życie, rodzice często oddalają się od siebie. W trakcie mijających, trudnych lat blokują części siebie, a kiedy dziecko osiąga wiek dorastania, zaczynają prowadzić niejako osobne życia. Spójność, której potrzeba, by zapewnić dorastającemu dziecku pewny grunt pod nogami w tym niespokojnym czasie, może być nieosiągalna.
Troska o zdolność tworzenia intymności emocjonalnej to sprawa rodzinna. Dziecko uczy się w domu dzielenia się myślami i uczuciami. Jeśli dziecko wychowywane jest w rodzinie, w której panuje rytuał codziennego dialogu, komunikacja w naturalny i spójny sposób zakorzenia się w jego podświadomości. Dorastające dziecko z takiego środowiska ma znacznie większe szanse na intymność z inną młodą osobą, a jednocześnie trzymanie się osobistych granic, niż dziecko, którego rodzice zazwyczaj unikali mówienia o prawdziwych uczuciach. Intymność polega na wymianie głębokich uczuć i osobistych przemyśleń. Dialog stanowi bezpieczną i ustrukturalizowaną formę tej wymiany. Taki rodzaj komunikacji nie powstaje nagle przy rodzinnym stole podczas śniadania, trzeba się go nauczyć i ćwiczyć przez długi czas. Nie każda rozmowa musi być od razu dialogiem intencyjnym, lecz jeśli atmosfera, panująca w domu, odzwierciedla jego zasady, małe i dorastające dzieci uczą się przenosić ją do swoich związków.
Osoby, które naprawdę wchodzą w intymność, czują się z sobą bezpiecznie. Wiedzą, że chwile intymności mogą powstać naturalnie i spontanicznie. Nie zawsze muszą być świadomie planowane i opracowywane. W rodzinach, gdzie dzielenie się stanowi część codzienności, gdzie otwartość między małżonkami oraz między rodzicami a dziećmi składa się na rodzinny klimat, istnieją warunki, w których dziecko uczy się, jak ufać i korzystać z intymnej wymiany.
Jeśli zauważasz, że czujesz się nieswojo z seksualnością swojego dziecka bądź z własną potrzebą kontaktu intymnego i płciowego, być może zostałeś zraniony na tym etapie w dzieciństwie. Nie będziesz umiał kierować swym dzieckiem w tej fazie, jeśli nie stawisz czoła własnej niekompletności i dyskomfortowi w tym obszarze. Zajmując się nimi, otwierasz przed sobą możliwość stania się bardziej świadomym rodzicem.

W świadomej rodzinie doświadczenia dorastającego dziecka powinny być również osadzone w kontekście domu, który podkreśla określone wartości i zachowania. Świadomy rodzic rozumie, że najważniejszym sposobem uczenia wartości jest ich modelowanie we własnym małżeństwie lub związku. Rodzice okazują sobie nawzajem szacunek, a ich komunikacja jest autentyczna. Jeśli w małżeństwie pojawiają się napięcia, nadszedł dobry czas, by zadeklarować swą wolę odnowienia świadomego małżeństwa i zacerować wszystkie rozdarcia w tkaninie intymności. Jak już wcześniej mówiliśmy, najlepsze środowisko wychowawcze to takie, w którym rodzice pracują nad swoim związkiem. To stwierdzenie jest szczególnie prawdziwe podczas dorastania dziecka. Małżeństwo, które nie funkcjonuje poprawnie, to kiepska podstawa, z której trzeba kierować dorastającym młodym człowiekiem.

Świadomi rodzice posiadają i trzymają się ustalonych wartości moralnych i rodzinnych. Nieświadomy rodzic, który – dajmy na to – przestrzega dziecko przed zgubnymi skutkami zażywania narkotyków, trzymając jednocześnie drugą lub trzecią szklaneczkę martini w dłoni jest śmieszny, i tak też będzie postrzegany przez szesnastolatka. „Postępuj tak, jak mówię, a nie tak, jak postępuję” po prostu nic nie daje. To strategia skazana na niepowodzenie, jeśli ma się zamiar wpoić dorastającemu dziecku wartości moralne. W tym wieku młoda osoba obdarzona jest niezwykłą zdolnością obserwacji i brzydzi się wszelką hipokryzją. Dzieci na tym etapie są zbyt inteligentne, by szanować rodziców, którzy sami nie doszli z sobą do porządku.

Bezpieczeństwo. Jakkolwiek są kultury, w których dopuszcza się, a nawet zachęca, do eksperymentowania seksualnego, to eksperymenty takie obecne są we wszystkich kulturach – czy na to zezwalają czy nie. To naturalne. Rolą świadomego rodzica na etapie intymności jest nie tylko zapewnienie zdrowych granic, ale także zaakceptowanie budzącej się seksualności dziecka. To pomaga utrzymać związek rodziców i dzieci. Rodzic musi uczyć swoje dziecko o świecie seksualności, tak by eksploracja była bezpieczna, a sam temat musi stać się naturalny i znajomy. Świadomy rodzic jest przygotowany także do rozmów o seksie z dziećmi, które jeszcze nie są nastolatkami albo są nimi od niedawna. Informacja to bezpieczeństwo.
Ponieważ dzieciom na późniejszych etapach rozwoju trudno jest rozpocząć ze swymi rodzicami rozmowę na temat seksu, świadomy rodzic przygotowany jest do udzielania odpowiedzi, a nie czeka na pytania. Odpowiedź musi być na temat, prosta i prawdziwa. Świadomy rodzic nie bawi się w niejasne uogólnienia, nie odbija pytań ani nie wydaje autorytarnych sądów. Do niczego dobrego nie prowadzi też sytuacja, kiedy rodzice są bardziej zażenowani niż ich dzieci.
Dziecko musi wiedzieć, że jego rodzic ma odpowiedni stosunek do jego seksualności i że nie jest w tej kwestii zbyt nachalny. Rodzice szanują jego prywatność. Musi czuć, że może porozmawiać z rodzicem zawsze, gdy zajdzie taka potrzeba, i że znajdzie u niego informację niezbędną do dokonania prawidłowych wyborów: takich, dzięki którym utrzyma swe zdrowe granice, a jednocześnie stopniowo i ostrożnie wejdzie w intymność z drugą osobą. Rzecz jasna, kwestia bezpiecznego seksu jest niezmiernie istotna, tak samo jak na przykład formy, które przyjmuje płciowość.

Świadomy rodzic, oprócz rozwijania umiejętności otwartej rozmowy o seksualności, musi także troskliwie i umiejętnie stworzyć sieć bezpieczeństwa dla swego dorastającego dziecka. Sieć ta musi być niewidzialna, ale pewna. Od rodzica musi płynąć komunikat: „Jestem tu, jeśli mnie potrzebujesz, ale nie będę naruszał twojej prywatności. Nie zostawię cię. Możesz na mnie liczyć. Ufam, że będziesz dokonywać trafnych wyborów i przychodzić do mnie, jeśli będziesz potrzebować pomocy”. Owa sieć bezpieczeństwa opiera się na zrozumieniu, że związek z rodzicem w dalszym ciągu ma dla dziecka, choćby nawet wyrośniętego, podstawowe znaczenie. Pamiętając o tym, że jest jeszcze niedoświadczone i że ciągle kryje się w nim małe dziecko, rodzic może zaoferować mu miejsce, w które może odłożyć na chwilę płaszcz dorosłej odpowiedzialności.

Wsparcie. Dzieci, zwłaszcza we wczesnym okresie dorastania, kiedy zaczynają dojrzewać, przejawiają głęboki niepokój w związku z zachodzącymi w nich zmianami. Świadomy rodzic zapewnia swoje dziecko, że jest z nim wszystko w porządku. Dziecko może się obawiać, że zbyt szybko dojrzewa, szybciej niż większość jego przyjaciół. Bywa też, że niektórzy dojrzewają szybciej od niego, w związku z czym czuje, że wlecze się w ogonie. Co jest z nim nie tak? Świadomy rodzic stale jest przy nim, komunikując, że ciało każdego człowieka rozwija się własnym tempem.
Świadomi rodzice zachęcają młodych nastolatków do spotkań i zajęć grupowych. Kiedy długie, wieczorne rozmowy telefoniczne bądź inne nieomylne znaki świadczą, że ich trzynastoletni syn zaczyna bardziej interesować się konkretną koleżanką, mądrze postępują, włączając ją w konkretne zajęcia rodzinne – oczywiście, jeśli ich dziecko nie ma nic przeciw temu. Tak samo jak rodzic akceptował i interesował się przyjacielem swojego syna na poprzednim etapie, teraz powinien zainteresować się jego nową przyjaciółką. Zainteresować się, ale nie narzucać się. W chwili wystosowania zaproszenia świadomy rodzic pozwala dziecku przejmować inicjatywę.
W otwartym środowisku rodzinnym nastolatek często wypróbo- wuje rozmaite opinie i przekonania, zupełnie tak samo jak wtedy, gdy przymierzał rozmaite tożsamości. Teraz eksperymenty stają się poważniejsze – poszukując bowiem swojej dorosłej tożsamości, wypróbowuje rozmaite style życia. Rodzicielska walidacja polega na przyjmowaniu do wiadomości, niekoniecznie na akceptacji, dzięki czemu zyskuje bazę wsparcia oraz lepiej rozumie stanowisko swoich rodziców wobec niektórych poważniejszych społecznych zagadnień.

Struktura. Niekiedy rodziców kusi, by witać na progu swe dziecko słowami: „O? To ty tu ciągle mieszkasz?” Młody człowiek często wychodzi ze swymi przyjaciółmi, do pracy, do szkoły, na randki. Świadomy rodzic musi umieć negocjować granice dotyczące spędzania wieczorów poza domem, odrabiania lekcji, korzystania z samochodu, randek oraz konieczności bycia poinformowanym o zmieniających się planach. Adolescencja to okres osobistego rozwoju, który nie jest wolny od zagrożeń. Dziecko narażone jest na pokusę przejmowania zachowań grupowych (konformizm). Błędy popełnione w tym okresie mogą mieć gorsze konsekwencje niż wcześniejsze pomyłki. Nie sposób zaprzeczyć, że niekiedy nastolatki wybierają brzemienną w skutki bądź zagrażającą życiu linię postępowania.
Bez wątpienia niektórzy jego przyjaciele zaczynają flirt z niebezpiecznymi zachowaniami. Świadomi rodzice zajmują w tej kwestii jasne stanowisko i rozmawiają o skomplikowanych zagadnieniach, jakie się z nimi wiążą. Można na przykład powiedzieć, że nikt nie ma prawa zmuszać drugiej osoby do konkretnych zachowań, seksualnych czy jakichkolwiek innych, które stoją w sprzeczności z sumieniem bądź wartościami dziecka. Zarówno dziewczęta, jak i chłopcy muszą wiedzieć, że „Nie” to zdanie dokończone i że mają prawo je wypowiedzieć. Odnosi się to nie tylko do seksu, ale także do innych zachowań, które są przyczyną niepokoju: picia, brania narkotyków, kradzieży, jeżdżenia samochodem z nieodpowiedzialnymi osobami. Świadomie ucząc dziecko odmawiania, pomagamy mu rozwinąć szacunek dla samego siebie oraz poczucie wewnętrznej integralności.
Mówiąc prosto, świadomy rodzic na wszystko uważa po to, by pomóc dorastającemu dziecku w eksploracji rodzącego się impulsu do intymności, unikając emocjonalnych zranień oraz ryzyka przypadkowego seksu, prób z narkotykami czy klinicznej depresji. Zapewnianie bezpieczeństwa w niebezpiecznym świecie to nie lada wyzwanie. Wymaga od rodziców zrównoważonego podejścia, nadmierna surowość jest równie szkodliwa jak zupełny brak reguł. Jeśli rodzicom brak jest elastyczności, dziecko zmuszone jest buntować się przeciwko nim, bo w przeciwnym wypadku jego tożsamość będzie zupełnie zduszona rodzicielskimi nieuzasadnionymi próbami kontroli. Jeśli rodzice są niezdecydowani, dziecko jest pozostawione presji swoich rówieśników i nie ma żadnego punktu odniesienia, dzięki któremu mogłoby przyjąć bezpieczny kurs. Obie skrajne sytuacje są niebezpieczne.
Kiedy widoczne są wyraźne sygnały, że coś jest nie tak, a dziecko znajduje się w niewoli autodestrukcyjnych zachowań – depresji, kłopotów szkolnych, picia alkoholu bądź zażywania narkotyków, przygodnego seksu, przemocy, zachowań typowych dla grup przestępczych – mądry rodzic szuka wsparcia z zewnątrz. Dokłada wszelkich starań, by znaleźć profesjonalną pomoc, ponieważ wie, że samym rodzicom trudno jest poradzić sobie z poważnymi problemami. Szkoły, poradnie i rozmaite lokalne organizacje mogą skierować rodzica do kompetentnego specjalisty. To prezent, który rodzic może dać swojemu pogrążonemu w kłopotach dziecku.

(…)

GDZIE SIĘ TERAZ ZNAJDUJEMY

W znacznym stopniu straciliśmy łączność z naszą prawdziwą naturą, z sobą nawzajem i z kosmicznym porządkiem. Raj, który jest naszym stanem naturalnym, został utracony. To oczywiste, gdy przyjrzymy się, w jakim stanie znajdują się obecnie rodziny amerykańskie. Jak podaje raport Council on Families in America z 1995 roku,

„aby zatrzymać pogarszanie się sytuacji dziecka i społeczeństwa amerykańskiego, musimy wzmocnić instytucję małżeństwa. Osłabienie małżeństwa niesie z sobą katastrofalne skutki dla dobra dziecka (…), prowadząc do coraz większej niestabilności rodziny i spadku zainteresowania rodziców dzieckiem”.

Zgadzamy się z raportem, że oddane małżeństwo to środowisko, z którego można czerpać siłę i stabilność potrzebną do olbrzymiego wysiłku, jakim jest wychowywanie dziecka. Rodzicielstwo to trudne zadanie, żadna inna aktywność człowieka nie stawia tak wysokich wymagań. W naszym przekonaniu rodzicielstwo przebiega najlepiej w kontekście małżeństwa, w którym oboje dorosłych oddanych jest swemu wzajemnemu szczęściu i zdrowiu, a także szczęściu i zdrowiu swoich dzieci. To dlatego tak żarliwie domagamy się uznania, iż między dobrym małżeństwem i dobrym rodzicielstwem istnieje związek.
Prosimy jednocześnie o zrozumienie, iż w naszym przekonaniu nie wszystkie rozwody są złe, nie wszystkie małżeństwa są dobre, nie wszystkie dzieci z rozbitych rodzin są trwale skrzywdzone i nie wszystkie problemy, przed którymi stoją obecnie dzieci, wywodzą się ze zła, które niesie z sobą rozwód. Twierdzimy jedynie, że dziecko, które wzrasta w obecności obojga rodziców pozostających z sobą w stabilnym związku, ma ogólnie pojęty lepszy start niż dziecko, które nie ma takiej możliwości. Ponadto twierdzimy też, że osoby, które chcą jak najlepiej wychować swoje dziecko, muszą podtrzymywać i ulepszać swoją relację małżeńską w czasie, gdy dziecko mieszka z nimi w domu.
Niestety, coraz więcej osób doświadcza czegoś innego. Obecna sytuacja małżeństwa i dziecka jest najgorsza w historii. Choć świadomi jesteśmy, że nie należy wiązać przyczynowych wydarzeń z przypadkowymi zjawiskami, to jednak jesteśmy przekonani (a z nami także wiele innych osób), że istnieje związek między pogarszaniem się małżeństwa i pogarszanie się sytuacji dziecka.

Zastanówmy się nad zmianami w życiu rodzinnym, które przedstawia raport Council on Families in America z 1995 roku:

1. Przestępczość wśród nieletnich wzrosła sześciokrotnie w latach 1960-1992. 70 procent młodocianych przestępców dorastało w rozbitych rodzinach.

2. Liczba raportów dotyczących zaniedbania dziecka wzrosła pięciokrotnie od roku 1976.

3. Problemy psychologiczne dzieci i młodzieży dramatycznie się pogorszyły. Coraz więcej jest przypadków zaburzeń prawidłowego odżywiania oraz depresji. Potroiła się liczba samobójstw. Nadużywanie alkoholu i narkotyków utrzymuje się na wysokim poziomie. Ostatnie badania pokazują, że dzieci z rozbitych rodzin mają dwu-, trzykrotnie więcej problemów psychologicznych i behawioralnych niż dzieci z pełnych rodzin.

4. Wyniki testów SAT spadły o niemal 80 punktów. (Scholastic Assessment Test) – egzamin sprawdzający poziom wiedzy ogólnej ucznia kończącego edukację na poziomie szkoły średniej w USA (przyp. tłum.).

5. Ubóstwo przeniosło się z osób starszych na młode. Obecnie 38 procent osób żyjących w ubóstwie to dzieci. Stopa ubóstwa jest pięć razy wyższa dla dzieci samotnych matek, w porównaniu z dziećmi z rodzin pełnych.

6. Spada liczba małżeństw. Obecnie 62 procent dorosłych pozostaje w związkach małżeńskich (w porównaniu z 72 procentami w roku 1970), a ponad 30 procent wszystkich dzieci w USA przychodzi na świat w związkach pozamałżeńskich (w roku 1960 tylko 5,6 procent). Prawdopodobieństwo rozwodu bądź trwałej separacji małżeństwa wynosi 60 procent. Około połowa dzieci w USA prawdo¬podobnie doświadczy rozwodu rodziców przed opuszczeniem domu rodzinnego. Ponad jedna trzecia dzieci nie mieszka ze swoimi biologicznymi ojcami.

Bez względu na znajomość owych statystyk wśród osób prezentujących rozmaite poglądy na życie panuje coraz większy niepokój. Wszyscy wiemy, że sytuacja dzieci w naszym kraju jest nie najlepsza. Czas przestać się oszukiwać: nasza indywidualna i zbiorowa przyszłość będzie zagrożona, jeśli dzieci nie będą otrzymywały wszystkiego, co jest im potrzebne do tego, by rozwijać się w skupieniu i bez obawy o przyszłość. Bez wątpienia konieczne jest wprowadzenie reform społecznych. Niemniej większe fundusze i większa liczba programów społecznych – choć bardzo potrzebnych – nie naprawią jednak krzywd wyrządzonych przez złe małżeństwa i złe rodzicielstwo.
Warto zrozumieć, że zachowania i postawy, które nazywamy nie-świadomymi, wywodzą się z naszych ludzkich ograniczeń. Struktura mózgu człowieka nakazuje mu powtarzać zachowania, które są mu znajome, oraz podejmować gwałtowne działania obronne nawet wtedy, gdy źródłem „zagrożenia” jest ukochany dwulatek bądź trzynastolatek. Mówiąc o nieświadomym rodzicielstwie, nie mamy na myśli czegoś, co dzieje się poza nami, co przydarza się innym. Mówimy o sobie, o stanie nieświadomości, który do pewnego stopnia opisuje każdego z nas. Bywają osoby obdarzone większą samoświadomością, lecz wszystkim nam zdarzają się momenty nieświadomości, kiedy zachowujemy się tak, jakby inne osoby nie miały własnego życia. Nasze obserwacje czynimy, uznając, że wszyscy jesteśmy ograniczeni, oraz wierząc, że stoją przed nami nowe możliwości.
Cóż więc mamy czynić w obecnej rzeczywistości, aby stać się w przyszłości lepszymi zarządcami naszych fizycznych i duchowych darów?

 

Zobacz na: Teleogłupianie – Michel Desmurget

 

Nowa Tępota – John Gatto – napisy PL

 

Ludzie posyłają dzieci do szkoły by zmądrzały, ale to czego uczy nowoczesne szkolnictwo to tępota/durnowatość. Jest to religijna idea, które wyrwała się spod kontroli. Nie trzeba jednak tego akceptować by zauważyć, że tego rodzaju ekonomia byłaby zagrożona zbyt dużą ilością ludzi mądrych, którzy rozumieją zbyt dużo.

Staromodna tępota była zwykłą ignorancją, teraz stała się ona permanentną matematyczną kategorią tępoty, tak samo jak utalentowany, idący głównym nurtem, specjalny. Kategorie w których nauka jest dawkowana dla dobra systemu. Tępi ludzie już nie są tylko ignorantami, teraz są indoktrynowani. Ich mózgi pracują na konkretnej ilości specjalnie przygotowanych informacji, wypuszczonych dla otumanienia.

Jacques Ellul, którego książka „Propaganda” jest refleksją nad tym zjawiskiem, ostrzegła nas, że zamożne(lepiej usytuowane) dzieci są bardziej podatne niż inni na efekty szkolnictwa, ponieważ obiecywany jest im wieloletni komfort oraz bezpieczeństwo za odpowiednie zachowanie.

„Krytyczne myślenie zupełnie zanika, więc nigdy nie będzie kolektywnego, krytycznego myślenia. Osoba już nie potrafi sama oceniać, ponieważ zawsze porównuje swoje myśli do całego kompleksu zasad i przekonań utrzymywanych poprzez propagandę. Jeśli chodzi o sytuacje polityczną otrzymuje on już zbudowane wartości i przekonania, pełne prawdy potwierdzonej przez ekspertów.”

To jest zwłaszcza złe dla dzieci ze średniej i wyższej klasy społecznej, którzy są już i tak płytcy ze względu na ciśnienie ze świata zewnętrznego, by się dopasować. Kiedy te dzieci są dorosłe są pewni, że muszę coś wiedzieć, bo ich dyplomy i licencje tak mówią. Są tego pewni, aż do niespodziewanie brutalnego rozwodu, masowych zwolnień w wieku średnim lub ataków paniki i beznadziejności, które zaburza wtedy ich niekompletne człowieczeństwo.

„Zło jest stanem niekompetencji.”

Jeśli tak jest nasze szkolnictwo wypełniło XX wiek złem. Jaques Ellul mówi tak, jednostka nie ma możliwości na wyrobienie sobie własnego osądu lub opinie zarówno na temat wyższych pytań jak i ich konsekwencji. Własne zdanie jednostki jest w krytycznym stanie, zanika lub staje się atroficzne. One właśnie nie pojawią się po prostu z powrotem jak tylko propaganda zostanie wstrzymana. Lata intelektualnej i duchowej edukacji byłyby potrzebne by odbudować te umiejętności. Osoba poddawana propagandzie gdy jej zabraknie natychmiast przerzuca się na inną. To mu oszczędzi agonii znalezienia się naprzeciw jakiegoś wydarzenia bez wcześniej przygotowanej opinii. Wg wszystkich oficjalnych analiz, głupota nie jest wyuczona, jak ja twierdzę, a jest wrodzona. W wielkim procencie tego co nazywamy siłą roboczą. Siła robocza sama w sobie jest terminem, który powinien nam wiele powiedzieć o sposobie myślenia rządzi teraźniejszą społecznością. Według oficjalnych raportów, tylko mała część populacji jest zdolna do tego co my nazywamy życiem umysłowym, kreatywnym myśleniem, myśleniem analitycznym i myśleniem krytycznym.

To jak mała jest to frakcja może Was zaszokować. Według tych ekspertów, większość społeczeństwa jest beznadziejnie tępa, a nawet niebezpiecznie tępa. Jeśli uważasz, że nic nie da się z tym zrobić, oprócz dobroci- bo to biologia. Jeśli uważasz, że kapitalistyczni prześladowcy zrujnowali tępych, bo są złymi ludźmi. Jeśli uważasz, że tępota odzwierciedla deprawacje moralnego kręgosłupa lub jest sposobem natury na nie pozwolenie tym osobom się rozmnażać lub sposobem natury na stworzenie osób, które będą czyścić Twoje toalety. Lub być może, że jest to dowód na istnienie złej karmy. Jeśli wierzysz w jakiekolwiek wyjaśnienie pozycjonujące głupich w strukturze naszego społeczeństwa, to zostaniesz zmuszony zgodzić się, że większość biurokracji jest naprawdę potrzebna by komunikować się z głupimi. W innym razie zamordowaliby nas w naszych łóżkach.

Tępi ludzie nie istnieją w wystarczających ilościach, by uzasadnić ilość miejsc pracy, które istnieją tylko po to by ich obsługiwać. Masowa tępota musiała najpierw być wymyślona, ona nie jest realna. Kiedy już wymyśli się tępotę, osoby tępe mają wiele funkcji- jako niebezpieczeństwo dla siebie i innych. Trzeba ich oglądać i klasyfikować, dyscyplinować, trenować, podawać leki, sterylizować, wsadzać do getta, zmuszać i wsadzać do więzienia. Dla idealisty reprezentują wyzwanie. Osoby potępione, które trzeba zrobić społecznie użytecznymi. W każdym razie setki milionów dorosłych dzieci, potrzebują opiekunów. Wielka grupa ignorantów, których trzeba uczyć w taki czy inny sposób.

John Gatto – Pruska Edukacja – napisy PL

 

John Gatto, Nowy York, 2003

Szkolnictwo jest odmianą adopcji. Oddajesz swe dzieci w ich najbardziej plastycznym wieku, pewnej grupie nieznajomych. Akceptujesz obietnicę, czasami oficjalną, częściej jednak implikowaną, że państwo poprzez swoich przedstawicieli wie lepiej jak wychować oraz wyedukować twoje dziecko niż ty, twoi sąsiedzi, twoi dziadkowie czy lokalne tradycje. Nikt nie może zostać nauczycielem, jeśli mniej lub bardziej nie pogodził się z takim faktem, że
to eksperci mogą stworzyć program nauczania, a pedagogowie jedynie go nadzorować.
Horacy w wielu swoich esejach pisał, że to mistrz tworzy lekcję, pedagog, nauczyciel ją nadzoruje.
Nauczyciel tworzący własne lekcje lub odstępujący od zasad musi zostać usunięty.
Ludzie, którzy dali nam obecne szkolnictwo nie byli geniuszami — byli utopistami, którzy wierzyli, że rodzina i tradycja są największymi przeszkodami w utworzeniu idealnego społeczeństwa — utopii.
Rockefeller, Carnegie czy J.P. Morgan widzieli inny rodzaj utopii.
Porzucili oni wiarę w stwórcę lub życie po śmierci, to bogactwo było najlepszą rzeczą, do której mogła dążyć ludzka istota. By tego dokonać rodzina musiała zostać usunięta ze środka sceny, a dzieci musiały zostać obrobione niczym surowce.

Szkoły zaprojektowano by tworzyły przewidywalny, jednolity, bezpieczny produkt. By sortowały ludzi według kategorii zatrudnienia, tylko ogólnikowo zgodnie z zapotrzebowaniem oraz potrzebami ekonomii.

Nie istnieje żaden sposób by ukarać dużą grupę odstępców. Działające sposoby byłyby zbyt kosztowne.
Kolonizacja umysłów dorastających dzieci w taki sposób by stały się swoją własną policją, tak by raportowały one inne dzieci, które odstępują od norm — dopiero to jest tak wydajne i opłacalne.

Druga najsławniejsza książka Darwina — „The Descent of Man, and Selection in Relation to Sex”
wprowadziła w społeczność ludzi władzy w Europie i Stanach Zjednoczonych myśl tak dogłębną, w ludzkiej historii, że ciężko jest znaleźć coś bardziej bezkompromisowego, głoszącą po prostu, że nie wszyscy ewoluują.

Jedynie bardzo mała frakcja rasy ludzkiej ewoluuje. Poza nimi wszyscy są ewolucyjnymi ślepymi zaułkami, szczególnie wskazał on na Irlandczyków, ale rozszerzył to na resztę.
Jesteśmy ślepym zaułkiem ewolucji, a „naukowo” odkrytym dowodem na to było, że jeśli ewolucyjnie zaawansowana jednostka skrzyżowałaby się ze ślepym zaułkiem, wtedy ewolucja cofnęłaby się wprost w wirującą mgłę bezbrzeżnej przeszłości.

Darwin stwierdził, że jest to nakazane przez biologię. Nie można przed tym uciec.
Jeśli jednak będziesz próbował uciec zanieczyścisz ludzi tam na górze.
Oni pociągną ciebie do góry, ty ich w dół.
W ostateczności jeśli zbyt dużo osób będzie tak robić cała historia się odwróci i powędruje w tył.

Andrew Carnegie i inni dorzucili do tego swoje trzy grosze, jedną z rzeczy, która powstała, było stworzenie przymusowego, państwowego szkolnictwa, które segreguje ludzi, dzięki, czemu mogą konkurować ze sobą, a najlepsze partie rozrodcze mogą być zarezerwowane dla najwyżej położonej części tej piramidy.

Najważniejsze jest by rygorystycznie rozwarstwiać nauczanie, by trzymać dzieci w szkołach na tyle długo, by ich więzi do innych form rozwoju i ich mocnych stron – ich społeczności, tradycji, rodziców, starszego rodzeństwa — były tak osłabione, że władze, w pierwszej kolejności nauczyciel, następnie dyrektor, później wszelkie głosy, które wydają rozkazy miały na nich większy wpływ.

Ludzie nie wiedzą jak sprzeciwić się władzy i dostarcza się im wystarczająco dużo przykładów ludzi, którzy zostali zniszczeni z tego powodu. Strach jest paliwem, które napędza opóźnienie ewolucyjne, na zawsze utrzymując ich w jednym miejscu.

Jeśli weźmiemy to w całość jak mozaikę, część z tego wydarzenia, część z innego i jeszcze wielu innych, które wydają się wcale nie mieć sensu, to dopiero gdy są połączone, widoczne są jako droga zarządzania porządkiem rasy ludzkiej oraz stworzenia jej przewidywalną.

Wtedy dopiero widać, że jest to narzędzie z teorii zarządzania. Gdzie część ludzi uczy się wykonywać większą ilość poleceń czy ważniejszych rozkazów. Jest to potrzebne, ponieważ ci ludzie będą sterować, jeśli będą się dobrze zachowywać. Będą obarczeni przekazaniem tej wiedzy kolejnym pokoleniom.
Jednak większość z nas musi być utrzymywana w nieświadomości misternego planu.

Edukacja normalizowanie

Obrazek

Przykazania Narodowe

1) Ojczyznę kochaj gorąco, szanuj Jej przeszłość i wierz w Jej przyszłość.
2) Czcij naszych wieszczów, bohaterów i męczenników narodowych, ich pamiątkę obchodź jako święta narodowe.
3) Znaj historię narodu swojego, abyś mógł skutecznie go bronić przed potwarzą obcych.
4) Przestrzegaj moralności i religijnego wychowania, — ucz dzieci pacierza i religii w języku ojczystym.
5) Mów poprawnie po polsku i przestrzegaj czystości języka polskiego, czytaj dobre książki polskie, pielęgnuj pieśń polską, obyczaj polski i staraj się dla dzieci o gry i zabawy polskie.
6) Wychowanie dzieci oprzej na wyrabianiu w nich siły woli, hartu duszy i ciała.
7) Popieraj wszystko, co swojskie, rodzime, choćby przyszło ponieść trud, lub ofiarę materialną.
8) Bierz czynny udział w pracach społecznych i wypełniaj sumiennie obowiązki na siebie przyjęte.
9) Majątek swój i oszczędności umieszczaj tylko w przedsiębiorstwach polskich, bądź oszczędnym dla siebie i dawaj chętnie i stale na cele narodowe.
10) Pamiętaj, że kobieta wychowawczynią narodu, — twórczynią myśli polskiej i ducha polskiego.

Grzech narodowy, popełniasz jeżeli:

1) cudzy obyczaj i cudzy język wprowadzasz do domu swojego;
2) zapierasz się imienia prawego Polaka i nie strzeżesz polskiego honoru zawsze i wszędzie;
3) zabijasz w dzieciach ducha narodowego przez obce wychowanie;
4) okradasz z dorobku własne społeczeństwo, nie przestrzegając bezwzględnie hasła »swój do swego«;
5) kupujesz w obcych składach, leczysz się u obcych lekarzy, szukasz porady u obcych adwokatów, powierzasz pracę obcym przedsiębiorcom, rzemieślnikom, robotnikom, trzymasz obcą służbę, posługujesz się obcymi pośrednikami;
6) kupujesz na kredyt i robisz długi z świadomością, że ich nie zapłacisz;
7) powiększasz dorobek swój niegodziwymi środkami, szukasz pomocy i zysku w obcych i wrogich zakładach, bankach i towarzystwach.