Posts Tagged ‘rozwój’

Jak przyczynić się do rozwinięcia geniuszu u dziecka napisy PL

John Gatto opowiada o doświadczeniu jakie przeszedł Richard Branson w wieku 4 lat, które zaważyło na całym jego życiu.

Miłość, która uzdrawia – Harville Hendrix

Poniżej kilkanaście fragmentów z książki, które prawdopodobnie zachęcą do przeczytania całości

 

W miarę coraz większego zainteresowania tym tematem dochodziliśmy do zdumiewających wniosków: osoby szczęśliwe w małżeństwie były również świetnymi rodzicami. Dlaczego? Częściowo dlatego, że między rodzicielstwem a małżeństwem istnieje wiele cech wspólnych. Łączy je na przykład rozwój etapowy: rozpoczynają się od pełnego romantyzmu przywiązania, przechodzą w próbę sił, a następnie (przy odrobinie szczęścia i rozumu) w zdrową zależność. Imago, czyli zinternalizowane wyobrażenie własnych rodziców, kształtuje obie relacje. Na wybór partnera małżeńskiego wypływa wewnętrzne wyobrażenie własnych rodziców. Zinternalizowane i pochodzące z dzieciństwa doświadczenia z rodzicami w dużym stopniu determinują także sposób wychowywania własnych dzieci.
Z drugiej strony istnieją również oczywiste różnice między małżeństwem a rodzicielstwem. Nikt nie oczekuje, że dziecko będzie zaspokajać jego potrzeby tak samo jak partner życiowy. Poza tym obowiązki i odpowiedzialność za dziecko jest całkowicie odmienna od obowiązków i odpowiedzialności za partnera.
W centrum obu związków, jeśli są one udane, leży dążenie do większej świadomości – siebie, drugiej osoby, sposobów, na które imago kształtuje zachowania i dokonywanie wyborów. Te osoby, którym wiedzie się zarówno w relacji ze współmałżonkiem, jak i z dziećmi, chciały stać się świadome tego procesu. Chciały poznać, co kryje się w ich wnętrzu, i bez uprzedzeń zrozumieć zależność między krzywdami, których doznały w przeszłości, a teraźniejszym funkcjonowaniem. Umiały opanować mechanizmy samoobronne na rzecz reakcji skupionych na związku, a nie na sobie.

(…)

Najgłębsze tajemnice ludzkiej istoty dotyczą tego, czego jeszcze nie wiemy o mózgu człowieka. Posługując się w codziennej rozmowie pojęciem „umysł”, wszyscy wiemy, o co chodzi. Wszyscy nas rozumieją, kiedy mówimy o „świadomości”. Tymczasem naukowcy w dalszym ciągu zaciekle dyskutują na temat znaczeń tych pojęć i nie znajdują porozumienia w kwestii fizycznych form umysłu i świadomości. Czy umysł jest zlokalizowany w substancji szarej mózgu, czy jest to proces chemiczny rozpoczynający się w ramach tej struktury, czy proces ten rozpoczyna się na skutek jakiegoś impulsu elektrycznego? A może mózg działa jako przekaźnik świadomości na zewnątrz?
A pamięć? Być może jest to najważniejsza i najtrudniejsza do zrozumienia funkcja mózgu. Jak to się dzieje, że przeszłe doświadczenia zostają w nas, mimo że nie czyniliśmy świadomych wysiłków, żeby je zapamiętać, oraz kształtują nasze obecne zachowanie i myślenie? Jak możemy być odpowiedzialni za zaburzenia pamięci, polegające na tym, że włączamy przeszłe doświadczenie w wydarzenie, które – jak się zarzekamy – naprawdę miało miejsce?

IMAGO

Nie znamy jeszcze mechanizmu, dzięki któremu nieświadome wspomnienia wpływają na bieżące funkcjonowanie. Wiemy jednak, że tak się dzieje. Ma to duże znaczenie dla teorii Imago. Jak widzieliśmy, w przypadku małżeństwa nieświadomy umysł wpływa na wybór partnera. Dzieje się tak dlatego, że każda osoba gromadzi w umyśle wszystkie cechy, interakcje i doświadczenia związane z własnymi rodzicami. Powstały w ten sposób wewnętrzny obraz nazywa się imago. Człowiek nie zdaje sobie sprawy z istnienia imago, ale on istnieje i ma niezwykłą siłę. W niemowlęctwie zadaniem imago jest ułatwić dziecku rozróżnienie swoich rodziców od innych dorosłych. Jest to kwestia życia i śmierci, zupełnie tak jak u małej zebry. W dorosłości, jak widzieliśmy, imago kieruje nieświadomie do związania się osoby z partnerem, który pod wieloma względami przypomina w strukturze charakter rodziców. Prowadzi więc do okazji wyleczenia dawnych krzywd, co można określić bardziej wyrafinowanym przejawem przetrwania. O ile nam wiadomo, zebr to nie dotyczy. Osoba, którą poślubiasz, jest wybrankiem imago, który później staje się twoim partnerem w rodzicielstwie.

RODZICIELSKI ŚLAD

Nieświadomy umysł stanowi też potężną siłę w innym aspekcie rodzinnego życia. Mówiliśmy już, iż dzieci internalizują swoje doświadczenia z rodzicami. W swoim umyśle dokonują wewnętrznej kopii, własnej interpretacji tego, na co się natknęły na zewnątrz podczas interakcji z rodzicami i innymi ważnymi opiekunami. Co ważne, absorbują też dojrzałość bądź niedojrzałość emocjonalną rodzica oraz jego moralność. Sposób radzenia sobie rodzica z konfliktem, rozmaitymi rozczarowaniami czy dylematami moralnymi pozostawia w dziecku niezatarte wrażenie. To, kim jest rodzic (a nie tylko to, co mówi),
staje się częścią dziecięcego ja. Wewnętrzny obraz rodziców wpływa na wybór partnera małżeńskiego. Oddziałuje też na to, jakim rodzicem stanie się dziecko i  ogólniej  jakim będzie człowiekiem.
Doszliśmy więc do ważnego wniosku: najważniejszym wskaźnikiem sposobu, w jaki będziesz wychowywał dziecko, jest sposób wychowywania ciebie, kiedy sam byłeś mały. Działania (albo ich brak) twoich rodziców, nawet jeśli tego nie pamiętasz, stworzyły z ciebie człowieka, którym jesteś obecnie. To tak, jakbyśmy mieli w naszych umysłach odciśnięte przez rodziców ślady, podobne do śladów na naszych palcach (linii papilarnych). Każdy rodzicielski ślad jest wyjątkowy i charakterystyczny. Niemożliwe jest ich przeniesienie za pomocą atramentu na papier, ale można je zobaczyć w akcji, obserwując, jak reagujemy na inne osoby w naszych bliskich związkach, zwłaszcza w trakcie wychowywania.

W wypadku zebr ogólny wzór przekazywany jest z pokolenia na pokolenie, lecz każdy wzór indywidualny jest odrobinę odmienny. U ludzi jest tak samo. Z dużą dozą pewności można opisać proces bądź wzorzec wybierania partnera lub przekazywania dzieciom umysłowego czy emocjonalnego dziedzictwa, jednak szczegóły charakterystyczne dla życia danego człowieka zależą od jego osobistej historii. Naszym celem jest podanie w tej książce jak najwięcej informacji, dzięki którym będziesz umiał rozpoznać własny, niepowtarzalny wzorzec.

(…)

Od dziecka-problemu do nauczyciela – to zadziwiająca przemiana! Owi rodzice potrafili przekształcić niezadowolenie ze swojego syna w okazję do innego spojrzenia na własne życie. Pomyśl o tym w ten sposób: jesteś zranionym dzieckiem, dorastasz, na świat przychodzą twoje dzieci. Ciągle jesteś poraniony, chociaż być może nie zdajesz sobie z tego sprawy. Twoje krzywdy mogą się ujawnić w relacji ze współmałżonkiem albo z dzieckiem. Ponieważ jesteś zraniony, sam również ranisz swoje dziecko, nie doceniając go albo nie akceptując go takim, jakie jest – zupełnie tak samo, jak twoi rodzice nie akceptowali ciebie. Ranisz je, choć być może niezbyt głęboko i sporadycznie. To wzorzec zachowań, który będzie trwał, dopóki się nie zorientujesz, co robisz, i nie zaczniesz postępować inaczej.

(…)

Możesz nauczyć się rozpoznawać, kiedy twoje reakcje biorą początek w twojej krzywdzie. To się dzieje wtedy, gdy na normalne zachowanie dziecka za każdym razem reagujesz gwałtownie i zazwyczaj negatywnie. Twoja nadmierna reakcja stanowi wskazówkę, że napotkałeś swój „punkt rozwoju”, jak to nazywamy. To miejsce, które jest dla ciebie trudne w rodzicielstwie. Kieruje cię do jakiejś wewnętrznej niekompletności bądź krzywdy, które stanowią punkt potencjalnego uzdrawiania.
Twoje dziecko będzie cię uczyło wielu rozmaitych spraw, miedzy innymi uzdrawiania. Co najważniejsze, nauczy cię, co musisz zrobić, żeby je dobrze wychowywać. Przede wszystkim traktuj je z takim szacunkiem, jak kogoś, od kogo, jak sądzisz, mógłbyś się czegoś nauczyć. Potem wypatruj i nasłuchuj informacji, jakie do ciebie wysyła.

(…)

Świadomy rodzic zaspokaja potrzeby dziecka, zapewniając mu na każdym etapie rozwojowym bezpieczeństwo, wsparcie i strukturę. Dostraja się odpowiednio do jego niepowtarzalnej osobowości i temperamentu, umie dostrzec, czego potrzebuje w miarę swojego wzrostu i zachodzących w nim zmian. Wie, przez jakie etapy rozwojowe przechodzi dziecko, i jest gotowy oraz dostatecznie elastyczny, by wchodzić z nim w interakcje.
Jego kontakty z dzieckiem są zamierzone, a nie reaktywne. Przejawem owej zamiarowości jest stosowanie przez niego dialogu intencyjnego podczas rozmów, zwłaszcza tych trudnych. Podejmuje świadomy dialog, a więc odzwierciedlanie, walidację i empatię, oraz odnajduje odpowiednie sposoby, aby te procesy stały się częścią jego codziennych kontaktów z dzieckiem.
Posiada narzędzia postępowania z frustracją, gniewem i wycofywaniem się dziecka, przekształcające owe potencjalnie szkodliwe reakcje emocjonalne w okazje do wzmacniania jego pełni oraz podtrzymywania jego więzi z rodzicami, bezpośrednim otoczeniem i światem zewnętrznym. Zna sposoby zachęcania do śmiechu, kreatywnego wyrażania siebie, duchowego rozwoju i kształtowania moralności wtedy, gdy dziecko zaczyna swą podróż przez życie.

(…)

Nieświadome rodzicielstwo może być dominującym wzorcem interakcji zachodzących w rodzinie. Poniższy przykład pochodzi od dwudziestodziewięcioletniej kobiety, dyrektorki ogólnokrajowej sieci hoteli, którą nazwiemy tutaj Susan. Zaczęła szukać pomocy, ponieważ jej chłopak narzekał na jej „nieprzystępność i chłód emocjonalny”. Na spotkania terapeutyczne przychodziła zadbana, sprawiała wrażenie kobiety sukcesu. Podczas drugiej sesji terapeuta poczuł, że rodzi się między nimi zaufanie. Zaczął ją pytać o dzieciństwo.

Susan: Jesteś jedyną osobą, poza moim chłopakiem, której to powiem. Kiedy miałam dziesięć lat, mój ojciec popełnił samobójstwo, powiesił się. Nie było mnie w domu, kiedy to się stało, nie zobaczyłam jego ciała. Przez bardzo długi czas nie mogłam uwierzyć, że nie żyje. Myślałam, że może po prostu postanowił od nas odejść. Był majsterkowiczem, pamiętam, jak kłócili się z mamą o pewną kobietę, która zawsze potrzebowała pomocy w malowaniu, układaniu płytek na podłodze czy kiedy coś się zepsuło. Najgorzej było przy obiedzie. Było nas sześcioro: mama, dwie siostry, brat, ja i on. Zawsze musia-łam siedzieć po jego prawej stronie. Chciał, żebym była pod ręką, żeby mógł się na mnie wyżywać. Byłam najstarsza. Nigdy mnie nie uderzył, ale rąbał pięścią w stół obok mojego talerza, zrzucał mój obiad na podłogę albo krzyczał na mnie bez powodu. Tak było przez około trzy lata. „Na co się tak gapisz? Masz jakiś problem? Do cholery, będziesz miała problem, jeśli nie przestaniesz się tak gapić”. Doszło do tego, że nie mogłam jeść. Nikt nie mógł jeść. Nie wiem, dlaczego wybrał właśnie mnie.

Kiedy zapytano Susan, jaki wpływ miał ojciec na jej życie, odpowiedziała, że chyba nie została przez niego zanadto okaleczona. Zaprzeczenia tego rodzaju spotyka się dość często, ponieważ na ogół ból związany z takimi doświadczeniami zostaje wyparty. Po jakimś czasie przyznała, że jest perfekcjonistką, tak w życiu zawodowym, jak i prywatnym, oraz że ma problemy z bliskością w intymnym związku. W przeciwieństwie do nas nie odczuwa bólu, co pokazuje, jak głęboko i całkowicie broniła się przed potwornym zranieniem.

(…)

Oto chwila opamiętania ojca uwieczniona w opowiadaniu Tobiasa Wolffa Nightingale. Człowiek ten zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo błąd, który popełnił w stosunku do własnego syna, uzależniony był od jego przeszłości:

Dr Booth chciał, żeby Owen zniknął z domu. Taka była prawda, która teraz wydawała mu się bezsensowna. Odczuwał zniecierpliwienie, gdy widział, jak syn czytał, bawił się z psem, nic nie robił, marzył – dlaczego? Jakaż to była zbrodnia? Sam, będąc chłopcem, najbardziej pragnął marzyć. Okazja ku temu zdarzała się rzadko w tym zatłoczonym, stechnicyzowanym domu, i nie trwała długo. Dlaczego więc żałował swojemu synowi tego, czego sam najbardziej pragnął? Dlaczego żałował mu jego dzieciństwa?

Zaczyna żałować. Przez te wszystkie lata myślał, że widzi swego syna takim, jakim jest, i wcale mu się ten obraz nie podobał. Dał sobie przyzwolenie na dezaprobatę i nielubienie swojego dziecka, aż w końcu zapisał go do szkoły wojskowej, w której miano go nauczyć dyscypliny. Poniewczasie zdał sobie sprawę, że jego początkowa wizja została zniekształcona przez zalegające w nim pozostałości własnego, zimnego i stawiającego wysokie wymagania dzieciństwa.
Jak wielu rodziców, żył w świecie własnoręcznie spreparowanego paradoksu. Żałował swemu synowi tego, czego sam najbardziej pragnął. Jakiś nieświadomy wewnętrzny plan tak kierował jego działaniem, że obracało się ono przeciwko interesom jego dziecka. Błędnie odczytywał wskazówki, źle interpretował zachowania, odnajdywał niewłaściwe odpowiedzi, widział problemy tam, gdzie ich nie było, a nigdy nie zauważał prawdziwych kłopotów.
Często spotykamy się z takim wzorcem zachowania. Ojciec lub matka noszą w sobie wiele gniewu, bo w dzieciństwie pozbawiono ich czegoś, czego najbardziej chcieli i potrzebowali. Działając na zasadzie nieświadomej, koszmarnej zemsty, pozbawiają swoje dzieci tego samego. Stają się takimi samymi zimnymi, niezmiernie wymagającymi rodzicami, jakich mieli w dzieciństwie, choć wcale tego nie planowali.
Jest nieświadome. Rodzice, którzy czują się oszukani, nie zdają sobie sprawy z tego, co wyrządzają swoim dzieciom. To trzecia cecha typowa dla nieświadomego rodzicielstwa. Jest nieświadome.

(…)

Podsumowując, zachowania nieświadomego rodzica wskazują na małą świadomość (bądź jej zupełny brak) potrzeb rozwojowych dziecka. Rodzic taki nie wie, dlaczego reaguje w określony sposób ani jak jego reakcja wpłynie na dziecko. Wszystkie tego typu reakcje, negatywne czy pozytywne, gwałtowne czy umiarkowane, mają jedną wspólną cechę: wykazują się brakiem wrażliwości na wewnętrzny świat dziecka. Rodzic nie dzieli dziecięcego światopoglądu i postępuje na podstawie tego, co sam uważa za najlepsze, co traktuje jako zasady rządzące światem. W tym ujęciu dziecko nie stanowi innej, odrębnej i świętej jednostki, lecz staje się przedmiotem w subiektywnej sztuce stworzonej przez rodzica.

(…)

Dzieci, które mają problem z pełnym wyrażaniem siebie, wyrastają na dorosłych z tym samym problemem. Jeśli relacja symbiotyczna rozpoczyna się od rodziców, oznacza to, że nie wykształcili oni w pełni zróżnicowanego „ja”. Skoncentrowani na sobie nie zakończyli rozwojowego zadania polegającego na staniu się pełnią, całością. Tak naprawdę nie wiedzą, kim są. Nie odróżniają siebie od swoich dzieci, nie umieją uszanować wyraźnych granic między sobą a nimi. Nieświadomie projektują na swoje dzieci to, czego nie wiedzą o sobie samych.”
Żyjący w symbiozie rodzice nie wiedzą, że cechy, które tak bardzo ich denerwują u własnych dzieci, są tak naprawdę odrzuconymi przez nich aspektami siebie. Projektują je na dzieci w formie restrykcji, atrybutów bądź życzeń. Kiedyś ich rodzice powtarzali im: „Nie możesz taki być” albo „Nie wierzę, że taki jesteś”. Teraz własnym dzieciom mówią: „Nie możesz być taki, jeśli chcesz być akceptowany w tym domu”.
Trzeba jednak zauważyć, że nie wszystkie projektowane cechy są niepożądane. Niektóre z nich reprezentują nie rozwinięty, pozytywny potencjał rodzica. Matka, która zachwyca się dziecięcym geniuszem, mieszkającym pod jej dachem, tak naprawdę może podziwiać własny, nie rozwinięty potencjał intelektualny. Mówiąc o niezwykłych zdolnościach fizycznych swojego niemowlęcia, może odzwierciedlać własne nie spełnione marzenia o zostaniu gwiazdą sportu.
Jeszcze inna odmiana projekcji symbiotycznej polega na tym, że matka wchodzi w takie interakcje z dzieckiem, jakby to ono było jej rodzicem. Dziecko jest dla niej źródłem zasobów. Kontaktuje się z nim tak, aby zaspokoić swoją potrzebę bycia wychowującym rodzicem. Ponieważ zaspokojenie tej potrzeby stanowi dla dziecka gwarancję jej uwagi i miłości, a co za tym idzie – przetrwania, ucieka ono z dzieciństwa, stając się przedwcześnie dojrzałym dorosłym, który stara się bezskutecznie zostać rodzicem swojego rodzica.
Wreszcie, rodzic, który z zewnętrznych źródeł poznał wiele zasad i mądrości dotyczącej wychowywania dziecka (wie, jak „powinno” wyglądać wychowywanie bez względu na potrzeby konkretnego dziecka), również charakteryzuje się zachowaniem symbiotycznym. Przepływ informacji w tego rodzaju relacji ma jeden kierunek: od rodzica do dziecka. W świadomym rodzicielstwie działa również drugi kierunek, a dziecko i rodzic uczą się od siebie nawzajem.

(…)

Słowo to podstawowy środek interakcji między rodzicami i dziećmi. To dar, za którego pomocą mówiący może uczynić przeszłość bądź przyszłość doświadczeniem teraźniejszości. Mówiąc: „Pamiętasz, jak pojechaliśmy na plażę?” albo „To może być twój urodzinowy prezent”, ojciec daje swojemu dziecku dar w tej właśnie chwili.
Język czyni niewidzialne widzialnym. Opisując, jak wygląda puchacz wirgiński na tle śniegu, ojciec tworzy dla swojego syna wyrazisty obraz. Kiedy matka opisuje, jak pryzmat rozszczepia światło, jej córka widzi tęczę.
Język sprawia także, że czujemy – na przykład radość, kiedy słyszymy „kocham cię”, ból, jak w wypadku „poczekaj, niech no tylko wróci ojciec, to zobaczysz”. Dzieci uczą się mówić tak, jak do nich się mówi; niezależnie od tego, czy chodzi tu o język ich kultury, czy też symbiotyczny język ich rodziców. Język to środek, przez który rodzice mogą uwięzić swoje dziecko bądź dzięki któremu mogą je uwolnić, by było w pełni sobą.

(…)

Symbioza jest jednocześnie rezultatem i przyczyną zaabsorbowania sobą, będącego efektem krzywdy doznanej przez rodzica w dzieciństwie. Jego podstawowe potrzeby nie zostały zaspokojone, w związku z czym projektuje swoje ograniczenia i pragnienia na własne dzieci, które stanowią dla niego kolejną szansę na takie życie, jakiego zawsze pragnął. Symbioza jest przejawem niekompletnego rozwoju rodzica. Jego dzieci przychodzą na świat, zanim on sam osiąga dojrzałość. Problemy takie, jak obwinianie, dystansowanie się, niekonsekwentne reakcje czy emocjonalne kazirodztwo pojawiają się wtedy, gdy rodzic reaguje na swoje dziecko tak, aby zaspokoić swoje, a nie jego potrzeby.

STARY MÓZG

U wszystkich rodziców występuje skłonność do symbiozy. U jednych jest to chwilowa pokusa, u innych sposób życia. Jak sobie zapewne przypominasz, nasz stary mózg ma trudności z rozróżnieniem tego, co przytrafiło się mnie, a co przytrafia się moim dzieciom, które nie są mną, nawet wtedy, gdy zostaliśmy poważnie zranieni. Ma trudności z rozróżnieniem tego, co wydarzyło się kiedyś, a co ma miejsce teraz. W szczególnie „gorących” chwilach odzywają się nasze zranienia, a nasza świadomość koncentruje się na nas samych. Moje uczucia, moje pytania, moje pragnienia biorą górę, w związku z czym tracę możliwość działania w rzeczywistości uwzględniającej również twoje uczucia, twoje pytania i twoje potrzeby. Zdolność zauważania granicy między „ja” i „ty” oraz „kiedyś” i „teraz” to funkcja bardziej rozwiniętego nowego mózgu – kory mózgowej. Stawanie się świadomym wymaga pokonywania prymitywnego, skoncentrowanego na „ja” instynktu przetrwania, typowego dla starego mózgu. To dlatego właśnie mówimy często, że świadome rodzicielstwo jest sprzeczne z instynktem.

[Zobacz na:  <a href=”https://bladymamut.wordpress.com/2013/11/09/system-operacyjny-umyslu-rozdzial-5/&#8221; target=”_blank”>System Operacyjny UmysłuGranice osobowości</a>

(…)

Rytmy dzieciństwa istnieją w kontekście najbardziej uniwersalnego cyklu: narodziny, młodość, dojrzałość, wiek podeszły, śmierć. Jest to ponad wszystkim odwieczna prawda wszechświata: świadoma energia przybiera formę materii i przychodzi na świat. Forma ta zmienia się z biegiem czasu, a następnie umiera. Cykl ten jest taki sam dla gza i tygrysa syberyjskiego, jak dla łańcuchów górskich i układów słonecznych.
U niektórych organizmów łatwo jest zauważyć granice między etapami. Motyl pokazuje ci, na jakim etapie rozwojowym się znajduje: jego forma w każdej fazie jest zupełnie inna. Gdybyś wcześniej o tym nie wiedział, nie domyśliłbyś się nawet, że małe jajeczka w twardej skorupie to ten sam organizm, co gruba gąsienica, albo że ta gąsienica była kiedyś poczwarką w kokonie, albo że owa gąsienica będzie kiedyś opalizującym motylem unoszącym się w letnim powietrzu. Cztery etapy rozwoju, cztery zupełnie odmienne formy tego samego stworzenia.
Człowiek również stanowi odzwierciedlenie uniwersalnego procesu zmian, przechodząc przez kolejne stadia swojego rozwoju. W tym aspekcie jednak więcej nas łączy z łańcuchami górskimi niż z motylami. Nasze ciało nie zmienia się tak drastycznie w trakcie przechodzenia przez kolejne etapy rozwoju. Nasza ewolucja przebiega powoli, nie za pomocą gwałtownych skoków i przestojów. Przez większość dzieciństwa, a w większej mierze po jego zakończeniu, wyglądamy właściwie tak samo: jedynie czas wyciska na nas – tak samo jak na górach – swe piętno.
Nie znaczy to, że się nie zmieniamy. Nasze dzieci wyglądają zdecydowanie inaczej na zdjęciach z dzieciństwa i na tych robionych w dniu ślubu. Nie mamy jednak do czynienia z jednym, konkretnym momentem, podobnym do tego, gdy gąsienica motyla przybiera formę poczwarki (jakkolwiek znajdą się pewnie rodzice, którzy nie zgodzą się z tym stwierdzeniem i wskażą dokładnie tę chwilę, w której ich trzynastolatek zamienił się w stworzenie nie z tego świata). Zmiana jest stopniowa i niezauważalna w codziennym życiu.
Rodzicom trudniej jest zauważyć zmiany, które zachodzą w ich dzieciach, gdyż są razem z nimi przez cały czas. Co rano patrzą na ich ukochane twarze i nie mają pojęcia, że jakiś ukryty prąd wyniesie na powierzchnię coś nowego, coś, co zamanifestuje się zupełnie nie znanym zachowaniem. Rodzice stają zdumieni na widok nowych zainteresowań dziecka, jego nowych umiejętności, nowych poglądów. Myśleli, że znają swoje dziecko i jego charakter, więc czują się nieswojo, gdy niespokojne wody przynoszą coś niespodziewanego. „Skąd to się wzięło?”, pytają po jednej z takich niespodzianek.
Prawdziwym zaskoczeniem nie jest to, że dzieci zamieniają się w dorosłych. Zaskakuje to, że ewolucja ta jest tak przewidywalna i tak uniwersalna. Tak samo, jak ziarno słonecznika jest zaprogramowane, by stać się słonecznikiem, ludzkie dziecko jest zaprogramowane, by stać się dorosłym. Dla każdego dziecka istnieje mniej więcej taki sam, wrodzony plan rozwojowy, pozwalający nabywać umiejętności fizycznych, umysłowych i emocjonalnych. Różnica polega na tym, że kwiat potrzebuje do swojego rozwoju gleby, wody i słońca. Dziecko – znacznie więcej.

(…)

Tak jak mówiliśmy na początku tego rozdziału, pierwszym krokiem przemiany jest zrozumienie. Dla przejrzystości naszej dyskusji o nieświadomym rodzicielstwie zaprezentujemy teraz streszczenie przedstawiające sposób myślenia nieświadomego rodzica. Jeśli któreś z poniższych zdań znasz z autopsji, możesz być zadowolony, że właśnie rozpocząłeś swoją rodzicielską przemianę.

CO MYŚLI NIEŚWIADOMY RODZIC

1. Nieświadomy rodzic postrzega swoje dziecko jako przedłużenie siebie i uważa, że jest ono wtajemniczone w jego myśli i uczucia.
2. Nieświadomy rodzic wierzy, że jego rzeczywistość jest jedyną prawdziwą rzeczywistością, a co za tym idzie myli swój rodzicielski autorytet i odpowiedzialność z przymiotami boskimi.
3. Nieświadomy rodzic jest przekonany, że reaguje na zachowanie dziecka, podczas gdy tak naprawdę reaguje na coś, co działo się z nim samym w przeszłości.
4. Nieświadomy rodzic uważa, że doświadczenie dziecka jest nieważne, jeśli nie jest zbieżne z jego własnym doświadczeniem.
5. Nieświadomy rodzic sądzi, że jego dziecko ma takie same informacje jak on.
6. Nieświadomy rodzic wierzy, że jego zadaniem jest kształtować dziecko i że zachowania dziecka są kry tyką jego wysiłków.
7. Nieświadomy rodzic twierdzi, że wszystkie dzieci są takie same; nie wie, że dzieci rozwijają się według etapów rozwojowych.
8. Nieświadomy rodzic uważa, że konflikty między rodzicami a dziećmi mają początek w tym, co dziecko robi źle; nie dostrzega swojej roli w powstawaniu problemu.
9. Nieświadomy rodzic postrzega swoją rolę jako trwałą, a dziecka – jako poddającą się wpływom. W związku z tym uważa, że od dziecka nie może się niczego nauczyć.

(…)

 

PODZIELONE „JA”
Dziecko skrzywdzone przez rodzica symbiotycznego czuje się atakowane. Impuls do przetrwania popycha je do wyzbycia się wszelkich zachowań, które wywołują furię u jego wszechpotężnego rodzica. Ustawia straże wokół tych części siebie, których rodzice nie akceptują, i zacznie chronić swoje delikatne, wrażliwe wewnętrzne „ja” za pomocą twardego i nieprzeniknionego „ja” zewnętrznego. Działanie to służy konkretnemu celowi – jego bezpieczeństwu – lecz odbywa się wielkim kosztem. Takie tłumienie hamuje wzrost i rozwój pełnej osoby. Stopniowo, cegła po cegle, dziecko zaczyna budować mur oddzielający jego „ja” od świata zewnętrznego.
Przyjrzyjmy się bliżej, jak tłumienie może chronić dziecko przed tymi aspektami jego charakteru, które, na jakimś poziomie nieświadomości postrzega jako zagrażające jego przetrwaniu, ponieważ są niebezpieczne dla rodzica. W akcie obrony przez zranieniem, które jest następstwem wychowywania symbiotycznego, rdzenne „ja” dzieli się na cztery elementy. Są to: „Ja” pokazowe, „ja” zagubione, „ja” porzucone i „ja” wyparte.
„Ja” pokazowe. Pewne cechy i właściwości dziecka mogą ulec przerysowaniu bądź zostać sfabrykowane. Dziecko może zamienić się w aktora, aby przysłonić te części siebie, które mają pozostać w ukryciu, a pokazać inne, które lepiej nadają się do realizacji jego celu. Buduje osobę, która – jak się wydaje – dobrze mu służy, choć nie jest prawdziwym, naturalnym nim.
Przykładem osoby, która dobrze zrozumiała istotę swojego „ja” pokazowego w kształtowaniu życiowych celów, jest pewien dyrektor w średnim wieku (nazwijmy go James), którego małżeństwo znajdowało się w stanie rozkładu. Oto, jak opisuje załamanie, które zaczęło się ponad dwa lata wcześniej:

„Byłem rozbity. Załamałem się, moje życie się rozpadło. Nic mi nie wychodziło. Byłem ojcem do niczego, mężem do niczego. W pracy było źle. Moje życie było jak jedno wielkie kłamstwo. Miałem swoje życie zewnętrzne, które było według wszystkich wspaniałe, i moje życie wewnętrzne, którego z nikim nie dzieliłem, nawet nie mogłem dzielić. Zupełnie jakbym miał dwa różne życia”.

(…)

W chwili odrzucania bądź tłumienia przez rodzica naturalnych impulsów lub odruchów dziecka mamy do czynienia z narodzinami nienawiści do samego siebie. Dziecko zrobi wszystko, co w jego mocy, by uniknąć rodzicielskiego odrzucenia. Będzie nawet nienawidzić tych części samego siebie, które narażają je na niebezpieczeństwo utraty miłości rodziców i powodują, że jest przez nich odrzucone. Dla dziecka odrzucenie oznacza zostawienie, a zostawienie równa się śmierci. Musi robić wszystko, by przetrwać.
Powyższy proces można opisać w formie następującej sekwencji: dziecko przejawia w swoim zachowaniu pewne zupełnie normalne impulsy, rodzic reaguje na nie z dezaprobatą, dziecko rejestruje, że są one złe i niebezpieczne, zaczyna siebie nienawidzić za to, że u niego występują. Oczywiście w rzeczywistych kontaktach między rodzicami a dziećmi takie wzorce nie są liniowe i proste. Dziecko nie podejmuje racjonalnej decyzji, żeby siebie nienawidzić; takie samo odrzucenie jest wynikiem rozmaitych wydarzeń, których znaczenia nie są w pełni świadomi ani rodzice, ani dzieci. Ich konsekwencje – uświadamiane czy nie – mogą być jednak dramatyczne.
Umiejętność brania miłości. Między nienawiścią do siebie a umiejętnością brania miłości istnieje współzależność. Nasza nieświadomość nie może przyjmować miłosnych wyznań skierowanych do tych części nas, których nienawidzimy albo z których istnienia nie zdajemy sobie sprawy. Aby miłość innych mogła do nas dotrzeć, musimy popracować nad nienawiścią do samych siebie wspólnie z naszym małżonkiem bądź bliskim partnerem przekonanym o wartości świadomości.

(…)

Zadawanie pytań pomaga rodzicom zorientować się, jak są postrzegani przez swoje dzieci. Wszystkie dzieci komunikują się poprzez akcje i reakcje. Czy dziecko jest otwarte na rodzicielskie myśli i wskazówki, czy przyjmuje ustalone przez nich granice, czy też buntuje się przeciwko nim? Utrzymujące się reakcje negatywne stanowią dla rodzica wskazówkę, która pomaga w identyfikacji zagadnienia wymagającego uwagi.
Kiedy rodzic zaakceptuje, że jego percepcja jest ograniczona, i bardziej się otworzy na percepcję dziecka, jego świat się poszerzy. Poglądy dziecka są źródłem informacji, niekoniecznie muszą stanowić zarzewie konfliktu. Szczególnie dobrym źródłem informacji jest wyrażany przez dziecko krytycyzm – i to zarówno w formie werbalnej, jak i niewerbalnej.
Małe dzieci doprowadziły do perfekcji cały zestaw fizycznych i emocjonalnych reakcji, które rodzice mogą łatwo i trafnie odczytać. Usztywnienie ciała na znak oporu, zwiotczenie na znak porażki, wybuch śmiechu – to najdoskonalsza informacja zwrotna. Starsze dzieci można zapytać o ich uczucia wprost, stosując bezpieczne narzędzie dialogu intencyjnego. Jeśli rodzic modeluje umiejętność przyznawania się do pomyłek i uczenia się na błędach, wówczas dziecko będzie znało tę formę wymiany, dzięki której związek pozostaje zdrowy.

(…)

Przyjmowanie informacji zwrotnej. Julie doskonale wie, że więcej się nauczy od dzieci, jeśli będą mogły być sobą w jej towarzystwie. Jeśli są już zranieni i się ukrywają, jej zadanie będzie trudniejsze. Julie mówi, że zawsze usiłowała przekazać dzieciom komunikat, że jest ich ciekawa. W chwili, gdy się przed nią odsłaniali, pamiętała, by ich akceptować. Pomagało jej w tym wspomnienie z czasów, kiedy Jeff był małym, pięcio-, sześcioletnim chłopcem. Wszedł do domu, trzymając coś w zaciśniętej dłoni. „Co to jest?”, zapytała. „Nie pokażesz mi tego? Naprawdę chciałabym to zobaczyć”. Nie chciał tego zrobić, mówiąc, że nie sądzi, aby się jej to spodobało. W końcu zaczęła się denerwować i nalegać. Powoli rozluźnił pięść, ukazując wielkiego, czarnego, włochatego pająka. Julie wrzasnęła, Jeff zaczął płakać. Mówiła, że chce to zobaczyć, potem zmusiła go, żeby pokazał, co trzyma w dłoni, a na koniec ogromnie się zdenerwowała. Julie uważa, że była to lekcja poglądowa. Jeśli chcemy, żeby dzieci nam coś ujawniały, nie możemy sobie pozwolić na zdenerwowanie, kiedy już to zrobią.
Istnieje wiele sposobów świadomego zbierania przez rodziców informacji na temat swoich metod wychowywania. Jak już mówiliśmy, podstawowym źródłem jest samo dziecko. Jeśli rodzic chce się dowiedzieć, co dziecko o nim myśli, nie musi daleko szukać. Dowie się tego z jego słów, z mowy ciała. Jeśli tylko będzie tego chciał, dziecko będzie udzielało mu informacji, których potrzebuje, żeby podążać właściwym torem. I jeśli będzie wiedziało, że nic mu nie grozi, obdarzy go pełną ekspresją swojej nieposkromionej i nieprzewidywalnej osobowości.

(…)

Efektywna komunikacja jest szczególnie istotna między rodzicami i dziećmi, ponieważ sposób słuchania naszych dzieci i rozmawiania z nimi w głębokim stopniu wpływa na to, kim się staną. Słowa kształtują osobowość dziecka. Wyraz twojej twarzy staje się częścią jego doświadczenia, a zachowanie to część tego, co zabiera z sobą w świat. Liczy się to, co robisz.
Problem polega na tym, że na zachowanie rodzica wpływają po części wydarzenia z przeszłości. Jest spychany ze sceny przez osoby, które teraz nie są nawet obecne. To może być jego ojciec, który warknął na syna, gdy ten chciał mu pokazać swoje dzieło sztuki, albo jego matka, która zawsze za niego kończyła zdania. Rodzic wygłasza zdania tak, jakby pochodziły od niego, ale tak naprawdę pochodzą od kogoś innego, z innego czasu i miejsca.
W naszej pracy z małżeństwami i rodzinami zawsze podkreślaliśmy, jak istotne są ramy dialogu, które zarówno promują świadome kontakty, jak i zawierają ich esencję. Przekazują one podstawowy komunikat zgody i akceptacji wobec dzieci i rodziców. Ucząc tego rodzaju komunikowania się w małżeństwie, posługujemy się terminem dialog małżeński. Ucząc tej samej umiejętności rodziców, mówimy o dialogu intencyjnym.
W obu formach dialogu występują wyraźnie trzy odrębne procesy: odzwierciedlanie, walidacja i empatia.6 Podczas każdego kontaktu występuje co najmniej jeden z tych procesów. Najczęściej mamy do czynienia z odzwierciedlaniem. Nawet jeśli nie padają żadne konkretne słowa sygnalizujące odzwierciedlanie, walidację czy empatię, konwersacja może się odbywać w duchu dialogu intencyjnego. Rodzic powinien być szczególnie otwarty na porozumiewanie się w ten sposób wtedy, gdy porusza się drażliwe tematy, a emocje zaczynają sięgać zenitu.
Odzwierciedlanie polega na oddawaniu treści przekazu. Dokładne powtarzanie treści nazywane jest odzwierciedlaniem płaskim i może być trudniejsze, niż się zdaje. Bardzo łatwo jest nieświadomie odzwierciedlić trochę więcej bądź trochę mniej, niż się usłyszało. Osoba oddająca trochę więcej dokonuje odzwierciedlenia wypukłego, podczas gdy osoba oddająca mniej, koncentrująca się na wybranym, najbardziej ją interesującym zagadnieniu, a ignorująca pozostałe – odzwierciedlenia wklęsłego. Maksymaliści często powtarzają przekaz za pomocą odzwierciedlenia wypukłego, świadomie bądź nie dodając coś od siebie, aby kształtować myśli i uczucia innych. Przykładem odzwierciedlenia wypukłego jest matka, która mówi do swojego nastolatka: „A więc czujesz się winny z tego powodu, że spóźniłeś się na obiad”, podczas gdy jej dziecko mówi, że przykro mu, że nie wyjechało do domu wcześniej, bo był straszny korek. Minimaliści najczęściej powtarzają przekaz poprzez odzwierciedlenie wklęsłe, podkreślając tylko jedno zagadnienie, które ich zdaniem jest najistotniejsze. Przykładem niech będzie tutaj ojciec, który reaguje na przegraną syna w baseball słowami: „A więc mówisz, że przegraliście”, podczas gdy syn tak naprawdę mówi, jakie to było niesamowite, że prawie wygrali mecz. Całościowe odzwierciedlenie pomaga nam się powstrzymać przed powtarzaniem bądź parafrazowaniem w niebezpiecznym nieraz celu wpływania na myślenie innych.
Powtarzanie słów danej osoby to jedna z form odzwierciedlania. Najpopularniejszy sposób to parafrazowanie. Parafrazując, wyrażamy własnymi słowami to, co naszym zdaniem mówi druga osoba. Tak często zakładamy, że wiemy, co inna osoba ma na myśli, podczas gdy naprawdę wcale tak nie jest. Jest to z naszej strony zaledwie zgadywanie. Być może jesteśmy w tym dobrzy, mamy rację w większości wypadków, lecz dopóki nie dokonamy odzwierciedlenia i nie upewnimy się, że dobrze zrozumieliśmy, istnieje niebezpieczeństwo nieporozumienia. Podczas odzwierciedlania często kusi nas dokonywanie interpretacji słów, zanim się je jeszcze zrozumie. Jeśli jednak nasza interpretacja bazuje na błędnym rozumieniu, ona sama również nie będzie poprawna. Odzwierciedlanie, oprócz zapewniania dokładności, uzmysławia także dziecku, że jego rodzic chce zrozumieć jego punkt widzenia. Dla wielu rodziców jest to rzadki moment przekraczania siebie.
Walidacja to proces pokazujący drugiej osobie, że to, co mówi bądź robi, ma sens. Odkłada się na bok własne punkty odniesienia, doceniając logikę, rzeczywistość i wartość drugiej osoby z jej punktami odniesienia. Twoje słowa przekazują dziecku komunikat, że liczy się również jego postrzeganie rzeczywistości. Docenianie doświadczenia dziecka nie oznacza koniecznie zgadzania się z nim bądź tego że jego myśli i uczucia są takie same jak twoje. Oznacza natomiast, że oddajesz swoje centralne miejsce jako źródła „prawdy” i dajesz dziecku swobodę na jego interpretację rzeczywistości. Dokonując odzwierciedlenia i walidacji wobec dziecka, tworzysz warunki, które pozwalają mu zaspokoić jego podstawowe potrzeby wyrażania siebie. Wasze zaufanie i wzajemna bliskość będą rosnąć, przez co łatwiej będzie mu ufać i zbliżać się do innych.
Empatia to proces rozpoznawania uczuć drugiej osoby, w trakcie gdy ona wypowiada swój punkt widzenia bądź opowiada jakąś historię. Istnieją dwa poziomy empatii. Na pierwszym poziomie odzwierciedlamy i wyobrażamy sobie uczucia, o których mówi druga osoba. Na drugim, głębszym poziomie doświadczamy emocjonalnie – naprawdę odczuwamy- jej doświadczenie. Takie empatyczne doświadczenia same w sobie są uzdrawiające i transformujące dla osób pozostających w kontakcie, bez względu na to, co jest komunikowane. W takich chwilach obie strony przekraczają swoją odrębność i doświadczają prawdziwego spotkania umysłów i serc. Kiedy wchodzisz w dialog ze swoim dzieckiem, rozumiesz je i – przynajmniej przez chwilę – widzisz świat jego oczami.

KIEDY STOSOWAĆ DIALOG INTENCYJNY

Dialog intencyjny jest szczególnie cenny wtedy, gdy emocje sięgają zenitu. Jakkolwiek pragniemy, by wszystkie nasze interakcje z dzieckiem były przesycone duchem odzwierciedlania, walidacji i empatii, to jednak dialog intencyjny jest najbardziej celowy w sytuacjach, gdy:

1. Ty i/lub twoje dziecko chcecie być wysłuchani i zrozumiani;
2. Ty i/lub twoje dziecko jesteście czymś zdenerwowani i chcecie to omówić;
3. Ty i/lub twoje dziecko chcecie porozmawiać na jakiś drażliwy temat;

Jedna z najistotniejszych rzeczy, których nauczyliśmy się podczas wychowywania naszej szóstki, to przyjmowanie intensywnych emocji jako czegoś normalnego, jako procesu dawania i brania typowego dla wszystkich bliskich związków. Odczuwanie frustracji, zmartwienia, zawodu czy gniewu to nic złego. Jeśli zareagujesz ze zbytnią przesadą bądź obojętnością na normalne emocje dziecka, to sygnał, że masz nad czym się zastanowić, a być może także i popracować.
Jeśli podczas waszej rozmowy dziecko wyraża negatywne emocje, możesz się nauczyć pochłaniać ich intensywność. Po prostu trzymaj je w sobie i nic z nimi nie rób: nie musisz niczego naprawiać; nie musisz zmieniać jego zdania; nie musisz go uczyć, żeby zmieniło punkt widzenia. Nie musisz też wybuchać ani uciekać i się chować. Dialog intencyjny uczy wytrwałości, rozpoznawania tego, co się dzieje, wykraczania poza siebie w świat drugiej osoby i stawania się na chwilę częścią jej doświadczenia.
Dialog intencyjny przytrzymuje cię w centrum. Jeśli masz skłonność do bycia maksymalistą bądź minimalistą, dialog intencyjny pomoże ci przezwyciężyć obie te tendencje i po prostu być w rozmowie z twoim dzieckiem, bez uprzedzeń i ograniczeń, które normalnie prowadzą do przesadnych reakcji bądź wycofania się.

(…)

Świadomy rodzic wykorzystuje zachowanie dziecka bardziej jako okazję do uczenia niż do karania. Mówiąc szczerze, nie przychodzi nam na myśl żadna sytuacja, w której rodzic musiałby karać swoje dziecko. Pozostawiając na boku kwestię skuteczności kary jako metody uczenia, wydaje się oczywiste, że wymierzanie kar równie często bywa przejawem bezsilności i gniewu rodzica, jak próbą nauczenia go czegoś. Rodzic musi zrozumieć, że złe zachowanie dziecka niemal nigdy nie stanowi próby ataku na rodzica czy psucia mu szyków. To sygnał, że trzeba na coś zwrócić uwagę, a zarazem okazja nauki dla dziecka (a także jego rodzica).
Słowo „dyscyplina” pochodzi od łacińskiego disciplina, oznaczającego instrukcję bądź metodę. Stąd też dyscyplinowanie dzieci powinno mieć na celu uczenie ich czegoś. Karę wymierza się po to, by ktoś cierpiał. Karanie dzieci może nauczyć ich poniżenia, buntu lub mściwości, rzadko kiedy dobrego zachowania. Rodzice mogą pomóc dziecku zmienić zachowanie poprzez konsekwencję i przejrzystość swoich oczekiwań, pozwalanie na poznawanie konsekwencji własne-go złego zachowania i tworzenie warunków, w których możliwe jest poprawianie się i wynagradzanie wyrządzonego zła.
Często pozornie złe zachowanie małych dzieci oznacza zupełnie coś innego. Dziecko może być zmęczone, głodne, spragnione bądź mieć złe samopoczucie (być może po prostu przechodzi normalny, choć trudny dla rodziców, etap rozwojowy. Temu istotnemu zagadnieniu poświęcimy część IV, „Poznaj swoje dziecko”). Niekiedy najlepiej jest zarządzić krótką przerwę, upewnić się, że podstawowe potrzeby dziecka są zaspokojone, oraz pozwolić mu przez chwilę odpocząć i zastanowić się.

Świadomy rodzic ucząc nowych zachowań, podaje przejrzyste instrukcje. Rodzic nieświadomy zakłada, że dziecko wie to samo co on i że potrafi skojarzyć znacznie więcej niż w rzeczywistości. Przekazuje więc dziecku werbalny bądź poza- werbalny komunikat: „To przecież oczywiste, powinieneś wiedzieć, że chcę, byś to zrobił”. Podczas gdy rozsądne jest nakładanie na dziecka obowiązku słuchania, co się do niego mówi, zupełnie bez sensu wydaje się wymaganie od niego rozumienia i wypełniania nie wypowiedzianych instrukcji. Dlatego tak istotne jest odzwierciedlanie. Chcąc, by dziecko wypełniło jakieś polecenie, świadomy rodzic podaje jasne i szczegółowe instrukcje, a następnie, by upewnić się, że został dobrze zrozumiany, prosi dziecko, aby je powtórzyło.

Świadomy rodzic koncentruje się na zachowaniu dziecka, a nie na jego charakterze i motywacji. Pamiętajmy, że głównym celem komunikacji z dzieckiem jest przekazanie mu podstawowej informacji: „Jesteś w porządku” – nawet wtedy, gdy coś jest nie tak. Dziecko musi zrozumieć, że rodzic jest niezadowolony z jakiegoś jego zachowania, lecz nie kwestionuje wartości dziecka jako człowieka. Aby przekazać dziecku, że to jego zachowanie, a nie ono samo potrzebuje jakiejś korekty, świadomy rodzic posługuje się zazwyczaj wyrażeniami takimi, jak: „Gniewam się, gdy tak się zachowujesz”, a nie: „Jesteś złym chłopcem”. Nie chcemy dziecku powiedzieć, ani nawet sugerować, że nie jest wystarczająco dobrą osobą.

Świadomy rodzic nie czyni żadnych poniżających założeń na temat ukrytych motywów dziecka oraz jego charakteru. Umie rozdzielić nieodpowiedzialne i rozczarowujące zachowania dziecka od jego prawdziwej natury. Negatywne założenia skłaniają rodzica do wymierzania dziecku kar.
Świadomy rodzic poświęca więcej energii na docenianie współpracy dziecka niż na nawoływanie do koncentracji na danym problemie. Rodzic może wybierać między tym, co widzi i co uważa za istotne. Może zauważać wszystkie te zachowania dziecka, które go złoszczą, albo wszystkie te, które go zadowalają. Jeśli chce wzmocnić cechy pozytywne, powinien je doceniać i chwalić. Dzieci z natury pragną zadowalać swoich rodziców, którzy mogą wykorzystać tę dążność, entuzjastycznie witając wszystko to, co im sprawia radość. Podchodząc z zapałem do wszelkich przejawów współpracy dziecka, a nie koncentrując się na jego błędach, rodzic daje mu znać, że to, co robi dobrze, ma większe znaczenie niż to, co robi źle.

Świadomy rodzic pomaga dziecku zrozumieć, że decyzje pociągają za sobą konsekwencje. Niemal każde nasze zachowanie jest rezultatem decyzji o podjęciu działania, nawet jeśli odległość czasowa między nimi jest tak niewielka, że wydają się one jednoczesne. Świadomy rodzic wie, jak ważna jest przerwa na zastanowienie się przed podjęciem decyzji, i może nauczyć dziecko takiego samego podejścia. Dzieci uczą się, obserwując swoich rodziców podejmujących decyzje w trudnych sytuacjach, jeszcze więcej mogą się nauczyć, gdy rodzice opowiadają im o tym procesie oraz o konsekwencjach, które na nich spadły, gdy postępowali zbyt szybko bądź w przypływie gniewu.

(…)

Teraz wiemy, że pierwsze trzy lata życia są niezmiernie istotne dla osoby, na którą dziecko wyrośnie. Neurolodzy w znacznym stopniu poznali procesy formowania się mózgu w życiu płodowym oraz po przyjściu dziecka na świat. Procesy te są reakcją na doświadczenia dziecka od chwili jego poczęcia. Okazało się, że mózg nie jest samowystarczalny i odizolowany, nie rozwija się niezależnie od kontekstu. Można go opisać jako organ społeczny, który rozwija się jedynie poprzez interakcję z otoczeniem.

Oto kilka istotnych faktów:

1. Dziecko przychodzi na świat z około stoma miliardami komórek nerwowych (neuronów), co odpowiada liczbie gwiazd wchodzących w skład Drogi Mlecznej. Neurony te tworzą obwody układające się w pewne odziedziczone wzorce. Obwody nie są stabilne ani niezmienialne. Podczas gdy geny stanowią swego rodzaju szkielet mózgu, doświadczenia życiowe decydują o jego ostatecznej budowie.

2. Po urodzeniu w mózgu dziecka powstają tryliony nowych połączeń neuronowych, które dziecko może wykorzystywać. Mózg się asekuruje. Nie ryzykuje sytuacji, że zabraknie mu potrzebnego połączenia. Długa wędrówka poprzez dzieciństwo to jeden ze sposobów „zużywania” połączeń: to dziecięce lata określają, które z tych obwodów zostaną podtrzymane i umocnione, a które zanikną i obumrą. Mózg samoorganizuje się w mapę fizyczną, która zawiaduje takimi funkcjami, jak: widzenie, słyszenie, mówienie czy porusza-nie się. Do około dziesiątego roku życia połowa tych połączeń zaniknie, a pozostała liczba utrzyma się na mniej więcej stałym poziomie przez resztę życia. To, które z nerwowych połączeń zanikną, zależy od wykorzystania ich przez dziecko. Dzieci z ubogich w bodźce środowisk posiadają mniej połączeń, podczas gdy u dzieci ze środowisk, w których stymulacja znajduje się na odpowiednim poziomie, rozwija się mózg z poprawnymi połączeniami i wzorcami. Dzięki swej plastyczności – możliwości zmian struktury fizycznej i chemicznej na skutek interakcji z otoczeniem – mózg wykorzystuje świat zewnętrzny do budowania siebie. Mózg dziecka coraz efektywniej robi to, czego wymaga od niego otoczenie.

3. „Samobudowanie się” mózgu trwa głównie w ciągu trzech pierwszych lat życia. Sposób tego rozwoju zależy od rodzaju i jakości doświadczanych przez dziecko kontaktów – najpierw z matką, ojcem i innymi opiekunami, następnie z przedmiotami z własnego otoczenia i innymi osobami. Efekt tego rozwoju zależy natomiast od jakości jego kontekstu. Mówiąc dosłownie, mózg tworzy się w związku.

4. Geny tak programują nasz mózg, aby w konkretnych okresach uczył się określonych umiejętności. Mózg jest gotowy i chętny do podjęcia pewnych zadań w okresach, które można nazwać oknami możliwości. Wszelkie próby podjęcia tych zadań przed bądź po tym okresie są trudne bądź niemożliwe. Na przykład mózg dziecka potrzebuje stymulacji słowem mówionym w celu zaktywizowania komórek odpowiedzialnych za mowę, wytworzenia połączeń, dzięki którym dziecko zrozumie, co mówisz, a w okolicy dwunastego miesiąca – samodzielnego posługiwania się słowem. Jeśli dziecko nie słyszy słów, nie dochodzi do wytworzenia odpowiednich połączeń nerwowych, w czego wyniku rozwój mowy może być opóźniony bądź uszkodzony.
Sposób rozwoju mózgu pokazuje, jak istotne jest uważne, troskliwe i świadome rodzicielstwo, zwłaszcza w pierwszych latach życia dziecka. Tutaj znowu mamy do czynienia z paradoksem: Czas, kiedy najtrudniej jest odczytać wskazówki od dziecka, to jednocześnie czas, kiedy rodzice powinni być szczególnie czujni i odpowiedzialni pod względem dostarczania dziecku właściwej stymulacji.

(…)

W pierwszym stadium życia dziecko i rodzic (z początku głównie matka, potem coraz częściej także ojciec) rozpoczynają ze sobą szczególny rodzaj tańca działania i reakcji, który nazywany jest wzajemnym informowaniem. Matka obserwuje dziecko i odzwierciedla dla niego jego wizerunek. Pomyśl, jak wielkie znaczenie ma przesyłanie tej informacji przez matkę: „Widzę, kim jesteś, i moim zdaniem jesteś wspaniała”. Dziecko staje się tym, kogo widzi w odzwierciedlonym przez matkę wizerunku. Rodzicielskie odzwierciedlanie jest katalizatorem poznawania siebie przez dziecko. Pomaga mu stworzyć własne „ja”.
Krytyczne znaczenie ma dokładność, z jaką matka odzwierciedla esencję dziecka. Dziecko czuje się bezpiecznie, jeśli zauważa spójność między własnym doświadczeniem wewnętrznym a wyrazem twarzy matki. Jeśli jednak jego wewnętrzne doświadczenie nie jest odzwierciedlane, odczuwa dysonans, konflikt między tym, czego doświadcza, a co jest odzwierciedlane przez matkę. W takich wypadkach regułą jest, że uwierzy matce, pomniejszając jednocześnie znaczenie swojego „ja”. Aby zapełnić pustkę nie odzwierciedlonego „ja”, buduje „ja” zafałszowane, chcąc w ten sposób wywołać pozytywną reakcję rodzica.
Dla świadomego rodzica odzwierciedlanie dziecka to sposób na bycie z nim, to forma komunikacji, a nie próby wywierania wpływu czy kontroli. Konstrukcja mózgu człowieka sprawia, że matka otrzymuje z powrotem odzwierciedlone przez dziecko uczucie. Odzwierciedlając dziecko, paradoksalnie zaczyna walidować własne doświadczenie. Umie wyłamać się z własnych ograniczeń, w pełni uczestnicząc w życiu drugiej osoby.

Równowaga. Na każdym etapie wychowania esencją świadomego rodzicielstwa jest znalezienie równowagi między spełnianiem wszystkich oczekiwań dziecka a wyznaczaniem i przestrzeganiem granic. Przez pierwsze osiemnaście miesięcy życia dziecka rodzic działa na jednym z końców kontinuum opisanym jako „dawanie”, po czym przesuwa się ku jego centrum. Stopniowo w miarę rozwoju dziecka rodzic dostarcza dziecku pewnej struktury; dzięki niej buduje ono perspektywę opisującą jego miejsce w kontaktach z innymi, moralność, która pozwala mu stosować się do złotych zasad w kontaktach towarzyskich, oraz samodyscyplinę, pozwalającą na produktywne i pełne znaczenia życie. W tym znaczeniu struktura stanowi wychowanie. Rodzic aktywnie kocha swoje dziecko, pomagając mu stworzyć uwewnętrznione granice. Przydadzą mu się wtedy, gdy będzie chciało zaspokoić własne potrzeby, a jednocześnie zacznie spostrzegać wokół siebie obecność innych osób.

Samoocena. Kiedy dziecko się uczy, że z jednej strony może zaspokoić własne potrzeby, a z drugiej, że trzeba być partnerem dla innych, aby ich potrzeby również zostały zaspokojone, może owocnie przejść przez bramę dzieciństwa. Za każdym razem, gdy dokonuje przejścia, rośnie jego samoocena. Zaczyna uważać, że jest w porządku, kiedy dostaje taką informację z zewnątrz. Przechowuje w sobie doświadczenie „bycia w porządku”, samoakceptacji i przywiązania do samego siebie. Rodzice, którzy pielęgnują u dziecka owo poczucie bycia akceptowanym, odpowiednim, wartościowym i cenionym, zasiewają w nim ziarno, które będzie przynosić owoc przez całe jego życie. Stanie się odporne, będzie umiało radzić sobie z emocjami. Rozwój tego ziarna gwarantuje rodzicielska miłość (w tym także emocjonalne wsparcie) oraz konsekwentne przestrzeganie właściwych granic.

Niebezpieczeństwo. Trzeba sobie zdać sprawę z tego, co naprawdę kryje się pod pojęciem „kochać dziecko”. Wiemy, że oznacza to zaspokajanie jego potrzeb. Przed chwilą mówiliśmy też, że znaczy to wyznaczanie granic i określanie struktury. Miłość nie oznacza jednak dwóch spraw: dawania dziecku wszystkiego, czego zapragnie, oraz takiego zachowania, jakby twoje dziecko było tobą. Mówiliśmy już
0 niebezpieczeństwie symbiozy, niebezpieczeństwie stopienia się z dzieckiem. Możemy więc dodać kolejną warstwę do pojęcia miłości: kochać to znaczy stworzyć odpowiednią relację, w której zarówno szanuje się wewnętrzny związek między dorosłym a dzieckiem, jak i uznaje, że dorosły nie jest dzieckiem. Ty i dziecko to dwie odrębne istoty.
Na samym początku między matką i dzieckiem istnieje tak silny związek intymny, iż wydaje się, że są z sobą stopieni. To stan niezbędny dla przetrwania niemowlęcia. Posiada ono wiele potrzeb, a świat zewnętrzny jest pełen niebezpieczeństw. Matka musi być niezwykle wyczulona, by pod każdym względem zapewnić dziecku przetrwanie. Jednocześnie jednak musi pokonać w sobie tendencję do scalenia się z dzieckiem bądź – przeciwnie – odseparowania się od niego. Musi stać się rodzicem, który funkcjonuje na zasadzie empatii, nie symbiozy.
Warto się zastanowić, dlaczego chcieliśmy się stać rodzicami. Czy posiadanie dziecka zapełni pustkę w życiu? Czy dzięki dziecku zmieni się status w rodzinie bądź społeczeństwie? Czy dziecko sprawi, że poczujesz się mniej samotna i pusta? Czy posiadanie dziecka oznacza, że będziesz mogła kontrolować ten związek, podczas gdy inne związki wymykają się spod twojej kontroli?
Jeśli rodzic odpowiada pozytywnie na każde z tych pytań, musi być świadomy, że granice między nim a dzieckiem są zagrożone. Mówiąc szczerze, może zbezcześcić świętość własnego dziecka poprzez wytworzenie z nim związku symbiotycznego. Trzeba na to uważać!
Empatia z kolei to inne zagadnienie. Umiejętność odzwierciedlania uczuć dziecka i uczestniczenia w jego doświadczeniu to istotny składnik świadomego rodzicielstwa. Na gruncie empatii rozwija się dostrajanie, na którego podstawie rodzic wie, jak należy utrzymać równowagę miedzy troską o dziecko a nadawaniem struktury. Rodzic odpowiednio dostrojony do swego dziecka wie, kiedy zaspokojenie jego potrzeb wymaga słowa „tak”, a kiedy słowa „nie”.

Pamiętając o tych generalnych wskazówkach, możemy lepiej zrozumieć, jak pomóc dziecku osiągnąć swą pełnię, stać się tym, kim miało się stać – w pełni funkcjonującą osobą.

(…)

Sporadyczna dostępność to prawdziwy problem. Przytoczymy za chwilę dość drastyczną analogię nie dlatego, że chcemy w rodzicach wzbudzić poczucie winy, lecz po to, by zdali sobie sprawę, że podobne sposoby wykorzystywane są podczas przesłuchań w celu uzależnienia osoby przesłuchiwanej. Przesłuchujący bywa ciepły i przyjacielski, kiedy indziej znów jest zimny i karzący. Więzień nigdy nie wie, co go czeka, jednak przyjacielskie nastawienie przesłuchującego zdarzało się na tyle często, że zrobi wszystko, żeby je ponownie wywołać. Nawet wtedy, gdy – jak sobie zdaje sprawę – zaczyna tracić nad wszystkim kontrolę. Owe sporadyczne i skrajne reakcje emocjonalne szybko sprawiają, że zapomina o sobie samym i zaczyna się utożsamiać z przesłuchującym.
Dlaczego rodzic zachowuje się w ten sposób? Dlatego, że jego rodzice reagowali tak na niego. Jego niekonsekwentni rodzice, na których nie mógł polegać, również próbowali zapełnić pustkę w swoim życiu, zasypując go chwilami nadmiernej uwagi. Z kolei on sam wszedł w relację symbiotyczną ze swoim dzieckiem, często – mimo niechęci dziecka i prób wyswobodzenia się – bywa nadmiernie zainteresowany i zalewa je swymi uczuciami. Nieświadomie stara się zaspokoić poprzez dziecko własne potrzeby.
Z dużym prawdopodobieństwem możemy także przypuszczać, że potrzeba ciepła nie jest zaspokojona także w małżeństwie maksymalisty. Gdyby była, jego krzywda z dzieciństwa byłaby przynajmniej częściowo zaleczona, a on sam nie przejawiałby tej wewnętrznej niekonsekwencji w swoich kontaktach z dzieckiem.
Skoro maksymalista bywa tak skrajnie uczuciowy, to dlaczego się zdarza, że wycofuje swoje uczucie w stosunku do dziecka? Dlaczego maksymalista jest niekonsekwentny? Ponieważ odkrył jedną z największych życiowych prawd: dzieci wiele potrzebują. Wymagają. Nie dają za wygraną. Są natarczywe. Być może początkowo matka idealizowała swojego syna i swoją rolę jako jego matki, wyobrażała sobie romantyczny związek, w którym wreszcie uzyska bezwarunkową miłość, której nigdzie indziej nie była pewna. W końcu jednak nie może znieść nie kończących się żądań, zupełnie tak, jak to się dzieje z romantycznym przyciąganiem i próbą sił w małżeństwie. W nieunikniony sposób rzeczywistość z dzieckiem zaczyna odbiegać od romantycznej wizji. Tak więc czasami bywa ciepła i kochająca, a innym razem znów odpychająca, znudzona i zła. Przesyła dziecku kolejne komunikaty: „Nie potrzebuj”, „Zaspokajaj moje potrzeby”, „Teraz idź gdzie indziej zaspokoić swoje potrzeby”. Czując, że jest przyparta do muru, odpowiada dziecku ze złością, nieprzyjemnie. Potrzebując pomocy od swojego współmałżonka, krytykuje go i poucza wtedy, gdy jej udziela tej pomocy.

(…)

CZEGO POTRZEBUJE DZIECKO NA ETAPIE INTYMNOŚCI

Narodziny dziecka to dla małżeństwa kulminacja miłości i początek nowego poziomu intymności. W tej poszerzonej intymności znajduje się jednak paradoks: doświadczając tego najbardziej intymnego doświadczenia, jakim jest wychowywanie dziecka, któremu się dało życie, rodzice często oddalają się od siebie. W trakcie mijających, trudnych lat blokują części siebie, a kiedy dziecko osiąga wiek dorastania, zaczynają prowadzić niejako osobne życia. Spójność, której potrzeba, by zapewnić dorastającemu dziecku pewny grunt pod nogami w tym niespokojnym czasie, może być nieosiągalna.
Troska o zdolność tworzenia intymności emocjonalnej to sprawa rodzinna. Dziecko uczy się w domu dzielenia się myślami i uczuciami. Jeśli dziecko wychowywane jest w rodzinie, w której panuje rytuał codziennego dialogu, komunikacja w naturalny i spójny sposób zakorzenia się w jego podświadomości. Dorastające dziecko z takiego środowiska ma znacznie większe szanse na intymność z inną młodą osobą, a jednocześnie trzymanie się osobistych granic, niż dziecko, którego rodzice zazwyczaj unikali mówienia o prawdziwych uczuciach. Intymność polega na wymianie głębokich uczuć i osobistych przemyśleń. Dialog stanowi bezpieczną i ustrukturalizowaną formę tej wymiany. Taki rodzaj komunikacji nie powstaje nagle przy rodzinnym stole podczas śniadania, trzeba się go nauczyć i ćwiczyć przez długi czas. Nie każda rozmowa musi być od razu dialogiem intencyjnym, lecz jeśli atmosfera, panująca w domu, odzwierciedla jego zasady, małe i dorastające dzieci uczą się przenosić ją do swoich związków.
Osoby, które naprawdę wchodzą w intymność, czują się z sobą bezpiecznie. Wiedzą, że chwile intymności mogą powstać naturalnie i spontanicznie. Nie zawsze muszą być świadomie planowane i opracowywane. W rodzinach, gdzie dzielenie się stanowi część codzienności, gdzie otwartość między małżonkami oraz między rodzicami a dziećmi składa się na rodzinny klimat, istnieją warunki, w których dziecko uczy się, jak ufać i korzystać z intymnej wymiany.
Jeśli zauważasz, że czujesz się nieswojo z seksualnością swojego dziecka bądź z własną potrzebą kontaktu intymnego i płciowego, być może zostałeś zraniony na tym etapie w dzieciństwie. Nie będziesz umiał kierować swym dzieckiem w tej fazie, jeśli nie stawisz czoła własnej niekompletności i dyskomfortowi w tym obszarze. Zajmując się nimi, otwierasz przed sobą możliwość stania się bardziej świadomym rodzicem.

W świadomej rodzinie doświadczenia dorastającego dziecka powinny być również osadzone w kontekście domu, który podkreśla określone wartości i zachowania. Świadomy rodzic rozumie, że najważniejszym sposobem uczenia wartości jest ich modelowanie we własnym małżeństwie lub związku. Rodzice okazują sobie nawzajem szacunek, a ich komunikacja jest autentyczna. Jeśli w małżeństwie pojawiają się napięcia, nadszedł dobry czas, by zadeklarować swą wolę odnowienia świadomego małżeństwa i zacerować wszystkie rozdarcia w tkaninie intymności. Jak już wcześniej mówiliśmy, najlepsze środowisko wychowawcze to takie, w którym rodzice pracują nad swoim związkiem. To stwierdzenie jest szczególnie prawdziwe podczas dorastania dziecka. Małżeństwo, które nie funkcjonuje poprawnie, to kiepska podstawa, z której trzeba kierować dorastającym młodym człowiekiem.

Świadomi rodzice posiadają i trzymają się ustalonych wartości moralnych i rodzinnych. Nieświadomy rodzic, który – dajmy na to – przestrzega dziecko przed zgubnymi skutkami zażywania narkotyków, trzymając jednocześnie drugą lub trzecią szklaneczkę martini w dłoni jest śmieszny, i tak też będzie postrzegany przez szesnastolatka. „Postępuj tak, jak mówię, a nie tak, jak postępuję” po prostu nic nie daje. To strategia skazana na niepowodzenie, jeśli ma się zamiar wpoić dorastającemu dziecku wartości moralne. W tym wieku młoda osoba obdarzona jest niezwykłą zdolnością obserwacji i brzydzi się wszelką hipokryzją. Dzieci na tym etapie są zbyt inteligentne, by szanować rodziców, którzy sami nie doszli z sobą do porządku.

Bezpieczeństwo. Jakkolwiek są kultury, w których dopuszcza się, a nawet zachęca, do eksperymentowania seksualnego, to eksperymenty takie obecne są we wszystkich kulturach – czy na to zezwalają czy nie. To naturalne. Rolą świadomego rodzica na etapie intymności jest nie tylko zapewnienie zdrowych granic, ale także zaakceptowanie budzącej się seksualności dziecka. To pomaga utrzymać związek rodziców i dzieci. Rodzic musi uczyć swoje dziecko o świecie seksualności, tak by eksploracja była bezpieczna, a sam temat musi stać się naturalny i znajomy. Świadomy rodzic jest przygotowany także do rozmów o seksie z dziećmi, które jeszcze nie są nastolatkami albo są nimi od niedawna. Informacja to bezpieczeństwo.
Ponieważ dzieciom na późniejszych etapach rozwoju trudno jest rozpocząć ze swymi rodzicami rozmowę na temat seksu, świadomy rodzic przygotowany jest do udzielania odpowiedzi, a nie czeka na pytania. Odpowiedź musi być na temat, prosta i prawdziwa. Świadomy rodzic nie bawi się w niejasne uogólnienia, nie odbija pytań ani nie wydaje autorytarnych sądów. Do niczego dobrego nie prowadzi też sytuacja, kiedy rodzice są bardziej zażenowani niż ich dzieci.
Dziecko musi wiedzieć, że jego rodzic ma odpowiedni stosunek do jego seksualności i że nie jest w tej kwestii zbyt nachalny. Rodzice szanują jego prywatność. Musi czuć, że może porozmawiać z rodzicem zawsze, gdy zajdzie taka potrzeba, i że znajdzie u niego informację niezbędną do dokonania prawidłowych wyborów: takich, dzięki którym utrzyma swe zdrowe granice, a jednocześnie stopniowo i ostrożnie wejdzie w intymność z drugą osobą. Rzecz jasna, kwestia bezpiecznego seksu jest niezmiernie istotna, tak samo jak na przykład formy, które przyjmuje płciowość.

Świadomy rodzic, oprócz rozwijania umiejętności otwartej rozmowy o seksualności, musi także troskliwie i umiejętnie stworzyć sieć bezpieczeństwa dla swego dorastającego dziecka. Sieć ta musi być niewidzialna, ale pewna. Od rodzica musi płynąć komunikat: „Jestem tu, jeśli mnie potrzebujesz, ale nie będę naruszał twojej prywatności. Nie zostawię cię. Możesz na mnie liczyć. Ufam, że będziesz dokonywać trafnych wyborów i przychodzić do mnie, jeśli będziesz potrzebować pomocy”. Owa sieć bezpieczeństwa opiera się na zrozumieniu, że związek z rodzicem w dalszym ciągu ma dla dziecka, choćby nawet wyrośniętego, podstawowe znaczenie. Pamiętając o tym, że jest jeszcze niedoświadczone i że ciągle kryje się w nim małe dziecko, rodzic może zaoferować mu miejsce, w które może odłożyć na chwilę płaszcz dorosłej odpowiedzialności.

Wsparcie. Dzieci, zwłaszcza we wczesnym okresie dorastania, kiedy zaczynają dojrzewać, przejawiają głęboki niepokój w związku z zachodzącymi w nich zmianami. Świadomy rodzic zapewnia swoje dziecko, że jest z nim wszystko w porządku. Dziecko może się obawiać, że zbyt szybko dojrzewa, szybciej niż większość jego przyjaciół. Bywa też, że niektórzy dojrzewają szybciej od niego, w związku z czym czuje, że wlecze się w ogonie. Co jest z nim nie tak? Świadomy rodzic stale jest przy nim, komunikując, że ciało każdego człowieka rozwija się własnym tempem.
Świadomi rodzice zachęcają młodych nastolatków do spotkań i zajęć grupowych. Kiedy długie, wieczorne rozmowy telefoniczne bądź inne nieomylne znaki świadczą, że ich trzynastoletni syn zaczyna bardziej interesować się konkretną koleżanką, mądrze postępują, włączając ją w konkretne zajęcia rodzinne – oczywiście, jeśli ich dziecko nie ma nic przeciw temu. Tak samo jak rodzic akceptował i interesował się przyjacielem swojego syna na poprzednim etapie, teraz powinien zainteresować się jego nową przyjaciółką. Zainteresować się, ale nie narzucać się. W chwili wystosowania zaproszenia świadomy rodzic pozwala dziecku przejmować inicjatywę.
W otwartym środowisku rodzinnym nastolatek często wypróbo- wuje rozmaite opinie i przekonania, zupełnie tak samo jak wtedy, gdy przymierzał rozmaite tożsamości. Teraz eksperymenty stają się poważniejsze – poszukując bowiem swojej dorosłej tożsamości, wypróbowuje rozmaite style życia. Rodzicielska walidacja polega na przyjmowaniu do wiadomości, niekoniecznie na akceptacji, dzięki czemu zyskuje bazę wsparcia oraz lepiej rozumie stanowisko swoich rodziców wobec niektórych poważniejszych społecznych zagadnień.

Struktura. Niekiedy rodziców kusi, by witać na progu swe dziecko słowami: „O? To ty tu ciągle mieszkasz?” Młody człowiek często wychodzi ze swymi przyjaciółmi, do pracy, do szkoły, na randki. Świadomy rodzic musi umieć negocjować granice dotyczące spędzania wieczorów poza domem, odrabiania lekcji, korzystania z samochodu, randek oraz konieczności bycia poinformowanym o zmieniających się planach. Adolescencja to okres osobistego rozwoju, który nie jest wolny od zagrożeń. Dziecko narażone jest na pokusę przejmowania zachowań grupowych (konformizm). Błędy popełnione w tym okresie mogą mieć gorsze konsekwencje niż wcześniejsze pomyłki. Nie sposób zaprzeczyć, że niekiedy nastolatki wybierają brzemienną w skutki bądź zagrażającą życiu linię postępowania.
Bez wątpienia niektórzy jego przyjaciele zaczynają flirt z niebezpiecznymi zachowaniami. Świadomi rodzice zajmują w tej kwestii jasne stanowisko i rozmawiają o skomplikowanych zagadnieniach, jakie się z nimi wiążą. Można na przykład powiedzieć, że nikt nie ma prawa zmuszać drugiej osoby do konkretnych zachowań, seksualnych czy jakichkolwiek innych, które stoją w sprzeczności z sumieniem bądź wartościami dziecka. Zarówno dziewczęta, jak i chłopcy muszą wiedzieć, że „Nie” to zdanie dokończone i że mają prawo je wypowiedzieć. Odnosi się to nie tylko do seksu, ale także do innych zachowań, które są przyczyną niepokoju: picia, brania narkotyków, kradzieży, jeżdżenia samochodem z nieodpowiedzialnymi osobami. Świadomie ucząc dziecko odmawiania, pomagamy mu rozwinąć szacunek dla samego siebie oraz poczucie wewnętrznej integralności.
Mówiąc prosto, świadomy rodzic na wszystko uważa po to, by pomóc dorastającemu dziecku w eksploracji rodzącego się impulsu do intymności, unikając emocjonalnych zranień oraz ryzyka przypadkowego seksu, prób z narkotykami czy klinicznej depresji. Zapewnianie bezpieczeństwa w niebezpiecznym świecie to nie lada wyzwanie. Wymaga od rodziców zrównoważonego podejścia, nadmierna surowość jest równie szkodliwa jak zupełny brak reguł. Jeśli rodzicom brak jest elastyczności, dziecko zmuszone jest buntować się przeciwko nim, bo w przeciwnym wypadku jego tożsamość będzie zupełnie zduszona rodzicielskimi nieuzasadnionymi próbami kontroli. Jeśli rodzice są niezdecydowani, dziecko jest pozostawione presji swoich rówieśników i nie ma żadnego punktu odniesienia, dzięki któremu mogłoby przyjąć bezpieczny kurs. Obie skrajne sytuacje są niebezpieczne.
Kiedy widoczne są wyraźne sygnały, że coś jest nie tak, a dziecko znajduje się w niewoli autodestrukcyjnych zachowań – depresji, kłopotów szkolnych, picia alkoholu bądź zażywania narkotyków, przygodnego seksu, przemocy, zachowań typowych dla grup przestępczych – mądry rodzic szuka wsparcia z zewnątrz. Dokłada wszelkich starań, by znaleźć profesjonalną pomoc, ponieważ wie, że samym rodzicom trudno jest poradzić sobie z poważnymi problemami. Szkoły, poradnie i rozmaite lokalne organizacje mogą skierować rodzica do kompetentnego specjalisty. To prezent, który rodzic może dać swojemu pogrążonemu w kłopotach dziecku.

(…)

GDZIE SIĘ TERAZ ZNAJDUJEMY

W znacznym stopniu straciliśmy łączność z naszą prawdziwą naturą, z sobą nawzajem i z kosmicznym porządkiem. Raj, który jest naszym stanem naturalnym, został utracony. To oczywiste, gdy przyjrzymy się, w jakim stanie znajdują się obecnie rodziny amerykańskie. Jak podaje raport Council on Families in America z 1995 roku,

„aby zatrzymać pogarszanie się sytuacji dziecka i społeczeństwa amerykańskiego, musimy wzmocnić instytucję małżeństwa. Osłabienie małżeństwa niesie z sobą katastrofalne skutki dla dobra dziecka (…), prowadząc do coraz większej niestabilności rodziny i spadku zainteresowania rodziców dzieckiem”.

Zgadzamy się z raportem, że oddane małżeństwo to środowisko, z którego można czerpać siłę i stabilność potrzebną do olbrzymiego wysiłku, jakim jest wychowywanie dziecka. Rodzicielstwo to trudne zadanie, żadna inna aktywność człowieka nie stawia tak wysokich wymagań. W naszym przekonaniu rodzicielstwo przebiega najlepiej w kontekście małżeństwa, w którym oboje dorosłych oddanych jest swemu wzajemnemu szczęściu i zdrowiu, a także szczęściu i zdrowiu swoich dzieci. To dlatego tak żarliwie domagamy się uznania, iż między dobrym małżeństwem i dobrym rodzicielstwem istnieje związek.
Prosimy jednocześnie o zrozumienie, iż w naszym przekonaniu nie wszystkie rozwody są złe, nie wszystkie małżeństwa są dobre, nie wszystkie dzieci z rozbitych rodzin są trwale skrzywdzone i nie wszystkie problemy, przed którymi stoją obecnie dzieci, wywodzą się ze zła, które niesie z sobą rozwód. Twierdzimy jedynie, że dziecko, które wzrasta w obecności obojga rodziców pozostających z sobą w stabilnym związku, ma ogólnie pojęty lepszy start niż dziecko, które nie ma takiej możliwości. Ponadto twierdzimy też, że osoby, które chcą jak najlepiej wychować swoje dziecko, muszą podtrzymywać i ulepszać swoją relację małżeńską w czasie, gdy dziecko mieszka z nimi w domu.
Niestety, coraz więcej osób doświadcza czegoś innego. Obecna sytuacja małżeństwa i dziecka jest najgorsza w historii. Choć świadomi jesteśmy, że nie należy wiązać przyczynowych wydarzeń z przypadkowymi zjawiskami, to jednak jesteśmy przekonani (a z nami także wiele innych osób), że istnieje związek między pogarszaniem się małżeństwa i pogarszanie się sytuacji dziecka.

Zastanówmy się nad zmianami w życiu rodzinnym, które przedstawia raport Council on Families in America z 1995 roku:

1. Przestępczość wśród nieletnich wzrosła sześciokrotnie w latach 1960-1992. 70 procent młodocianych przestępców dorastało w rozbitych rodzinach.

2. Liczba raportów dotyczących zaniedbania dziecka wzrosła pięciokrotnie od roku 1976.

3. Problemy psychologiczne dzieci i młodzieży dramatycznie się pogorszyły. Coraz więcej jest przypadków zaburzeń prawidłowego odżywiania oraz depresji. Potroiła się liczba samobójstw. Nadużywanie alkoholu i narkotyków utrzymuje się na wysokim poziomie. Ostatnie badania pokazują, że dzieci z rozbitych rodzin mają dwu-, trzykrotnie więcej problemów psychologicznych i behawioralnych niż dzieci z pełnych rodzin.

4. Wyniki testów SAT spadły o niemal 80 punktów. (Scholastic Assessment Test) – egzamin sprawdzający poziom wiedzy ogólnej ucznia kończącego edukację na poziomie szkoły średniej w USA (przyp. tłum.).

5. Ubóstwo przeniosło się z osób starszych na młode. Obecnie 38 procent osób żyjących w ubóstwie to dzieci. Stopa ubóstwa jest pięć razy wyższa dla dzieci samotnych matek, w porównaniu z dziećmi z rodzin pełnych.

6. Spada liczba małżeństw. Obecnie 62 procent dorosłych pozostaje w związkach małżeńskich (w porównaniu z 72 procentami w roku 1970), a ponad 30 procent wszystkich dzieci w USA przychodzi na świat w związkach pozamałżeńskich (w roku 1960 tylko 5,6 procent). Prawdopodobieństwo rozwodu bądź trwałej separacji małżeństwa wynosi 60 procent. Około połowa dzieci w USA prawdo¬podobnie doświadczy rozwodu rodziców przed opuszczeniem domu rodzinnego. Ponad jedna trzecia dzieci nie mieszka ze swoimi biologicznymi ojcami.

Bez względu na znajomość owych statystyk wśród osób prezentujących rozmaite poglądy na życie panuje coraz większy niepokój. Wszyscy wiemy, że sytuacja dzieci w naszym kraju jest nie najlepsza. Czas przestać się oszukiwać: nasza indywidualna i zbiorowa przyszłość będzie zagrożona, jeśli dzieci nie będą otrzymywały wszystkiego, co jest im potrzebne do tego, by rozwijać się w skupieniu i bez obawy o przyszłość. Bez wątpienia konieczne jest wprowadzenie reform społecznych. Niemniej większe fundusze i większa liczba programów społecznych – choć bardzo potrzebnych – nie naprawią jednak krzywd wyrządzonych przez złe małżeństwa i złe rodzicielstwo.
Warto zrozumieć, że zachowania i postawy, które nazywamy nie-świadomymi, wywodzą się z naszych ludzkich ograniczeń. Struktura mózgu człowieka nakazuje mu powtarzać zachowania, które są mu znajome, oraz podejmować gwałtowne działania obronne nawet wtedy, gdy źródłem „zagrożenia” jest ukochany dwulatek bądź trzynastolatek. Mówiąc o nieświadomym rodzicielstwie, nie mamy na myśli czegoś, co dzieje się poza nami, co przydarza się innym. Mówimy o sobie, o stanie nieświadomości, który do pewnego stopnia opisuje każdego z nas. Bywają osoby obdarzone większą samoświadomością, lecz wszystkim nam zdarzają się momenty nieświadomości, kiedy zachowujemy się tak, jakby inne osoby nie miały własnego życia. Nasze obserwacje czynimy, uznając, że wszyscy jesteśmy ograniczeni, oraz wierząc, że stoją przed nami nowe możliwości.
Cóż więc mamy czynić w obecnej rzeczywistości, aby stać się w przyszłości lepszymi zarządcami naszych fizycznych i duchowych darów?

 

Zobacz na: Teleogłupianie – Michel Desmurget

 

David Buss porusza zagadnienia dotyczące oczekiwań względem płci przeciwnej, budowania związków, doboru w pary, a także rozstań i zdrady. Jeśli jesteś zainteresowany taką tematyką to znajdziesz w tej książce kilka, a może wiele informacji, które pozwolą Ci dostrzec niektóre motywy postępowania własnego i innych ludzi oraz zrozumieć czemu do tej pory działo się tak, a nie inaczej.

Poniżej kilka fragmentów:

Prezentowanie zasobów

W świecie zwierząt demonstrowanie posiadanych zasobów jest dość powszechnym zachowaniem samców. Na przykład samce kukawki srokatej (Geococcyx californianus) łapią myszy czy niedojrzałe szczury, ogłuszają je lub zabijają, po czym oferują je samicom. Nie przekazują jednak prezentu, poprzestając na wyczekującym krakaniu i kiwaniu ogonem. Przekazanie żywności następuje dopiero po kopulacji; samica zjada „prezent”, co ma jej pomóc wysiedzieć jaja właśnie zapłodnione przez samca (Kevles, 1986). Jeżeli samcowi nie uda się upolować właściwego prezentu, nie uda mu się też i przystąpić do kopulacji.
Również mężczyźni dokładają starań, by zaprezentować swoje zasoby kobietom i dzięki temu przywabić je do siebie. W badaniach nad taktykami wabienia partnera prosiliśmy kilka setek studentów i studentek różnych uniwersytetów (kalifornijski, Harvarda, Michigan) o opisanie taktyk, które sami stosują i które zaobserwowali u innych. Wśród opisanych taktyk znalazły się takie zachowania, jak chwalenie się własnymi osiągnięciami, opowiadanie o ważności własnej pracy, okazywanie sympatii i zrozumienia innym, nawiązywanie kontaktu wzrokowego czy noszenie seksownych ubrań. Zespół czworga badaczy podzielił następnie te ponad sto zachowań na dwadzieścia osiem wyodrębniających się kategorii. Na przykład kategoria „prezentowanie sprawności fizycznej” obejmowała takie zachowania, jak podnoszenie ciężarów na pokaz, otwieranie mocno zamkniętych słojów i opowiadanie o własnych sukcesach sportowych. Wreszcie poprosiliśmy sto par małżeńskich i dwieście studentów i studentek stanu wolnego o ocenę skuteczności każdej z tych taktyk jako sposobu na przyciągnięcie płci przeciwnej (do związku przelotnego lub stałego) i ocenę, jak często każda taktyka jest stosowana przez nich samych, przez ich przyjaciół i małżonków (Buss, 1988a; Schmitt, Buss, 1996). Przedmiotem podobnie skonstruowanego badania były też taktyki zwalczania konkurencji – najpierw poprosiliśmy badanych o opisanie własnych i cu-dzych praktyk, po czym również sklasyfikowaliśmy je w dwadzieścia osiem różnych kategorii. Na przykład kategoria „podważanie inteligencji konkurenta” polegała na takich zachowaniach, jak doprowadzenie do sytuacji, w której konkurent wyjdzie na głupca, mówienie innym, że jest tępy czy że „ma nie po kolei w głowie”. Na koniec i tutaj poprosiliśmy sto małżeństw i ponad trzysta studentów i studentek o ocenę skuteczności i częstości stosowania tych taktyk (Buss, Dedden, 1990).
Jedną z taktyk stosowanych przez mężczyzn okazało się prezentowanie własnych zasobów – przechwalanie się wysokością zarobków i osiągnięciami, wydawanie dużych sum pieniędzy celem wywarcia na kobiecie odpowiedniego wrażenia, jeżdżenie drogim samochodem, opowiadanie o ważności wykonywanej pracy. Innym sposobem jest zawyżanie przed kobietami własnej pozycji zawodowej i perspektyw kariery. Pokazywanie zasobów jest więc strategią przyciągania płci przeciwnej stosowaną nie tylko przez ptaki, lecz i przez mężczyzn.
Mężczyźni starają się też pomniejszyć wagę zasobów, którymi dysponują konkurenci, mówiąc kobietom, że rywal jest biedny, nie ma pieniędzy, nie wykazuje ambicji i jeździ tanim samochodem. Kobiety w mniejszym stopniu stosują tę taktykę obniżania wartości rywalek, a jeżeli nawet, to jest ona oceniana jako mniej skuteczna w wydaniu kobiet niż mężczyzn.
Kluczową rolę odgrywa też dostosowanie taktyki do przelotnego bądź trwałego charakteru związku. Próby oszołomienia kobiety własnymi zasobami już na początku znajomości (kosztowna kolacja podczas pierwszej randki, cenne prezenty, szastanie pieniędzmi) są skuteczniejsze przy pozyskiwaniu partnerki związku przelotnego niż trwałego. W barach dla samotnych częstym sposobem wabienia partnerki jest fundowanie jej drinka, a im droższy drink, tym bardziej jest skuteczny; podobnie skuteczną strategią jest dawanie wysokich napiwków kelnerowi, co pokazuje kobiecie szczodrość i zasobność mężczyzny (Cloyd, 1976).
W kontekście związku trwałego skuteczniejszą taktyką mężczyzny jest natomiast pokazywanie własnej pracowitości czy opowiadanie o ambitnych planach życiowych. Podważanie wartości zasobów konkurenta również jest taktyką skuteczniejszą w kontekście pozyskiwania partnerki długotrwałej niż przelotnej – podważanie ambicji życiowych i umiejętności zawodowych konkurenta zniechęca do niego kobietę, jeżeli idzie o małżeństwo, ale nie o przelotny seks. Pasuje to oczywiście doskonale do poprzednio omówionych upodobań kobiet, które pragną natychmiastowego dostępu do zasobów mężczyzny w kontakcie przelotnym, a dobrych, choć niekoniecznie natychmiast realizowanych perspektyw na przyszłość w wypadku związku trwałego.
Noszenie kosztownego ubrania działa natomiast jednako dobrze w obu kontekstach. W pewnym badaniu wyświetlano kobietom zdjęcia mężczyzn ubranych w drogie trzyczęściowe garnitury, markowe dżinsy czy marynarki bądź też ubranych w odzież tanią. Ci pierwsi bardziej się kobietom podobali (Hill, Nocks, Gardner, 1987; Townsend, Levy, 1990), zarówno jako kandydaci na męża, jak i na przelotnego partnera, ponieważ drogie ubranie zdaje się sygnalizować zasoby zarówno natychmiastowo dostępne, jak i trwałe. Antropologowie John M. Townsend i Gary Levy stwierdzili powszechność takiego właśnie oddziaływania ubioru mężczyzn na kobiety we wszelkich relacjach damsko-męskich, od pójścia na kawę do małżeństwa. Pokazywali różnym kobietom zdjęcia tych samych mężczyzn ubranych albo w tani uniform Burger Kinga, albo w kosztowny blezer, białą koszulę i wykwintny krawat oraz zegarek firmy Rolex. Kobiety nie chciały z tymi pierwszymi ani umówić się na randkę, ani nawiązać przelotnego kontaktu, ani wyjść za nich za mąż. Ci drudzy, owszem, nadawali się do wszystkich tych trzech celów, mimo że byli to dokładnie ci sami mężczyźni, tyle że inaczej ubrani.
Ważność pokazywania przez mężczyznę zasobów materialnych nie ogranicza się oczywiście do kultur Zachodu. Antropolog A.R. Holmberg napotkał wśród boliwijskich Indian Siriono pewnego szczególnie marnego myśliwego, którego już kilka kolejnych żon zdążyło porzucić na rzecz lepszych myśliwych i który w związku z tym spadł na bardzo niską pozycję w plemiennej hierarchii. Kiedy jednak Holmberg zaczął z nim wspólnie polować i nauczył go posługiwania się bronią palną, wzrost łowieckich umiejętności owego Indianina spowowodował, że zaczął on w końcu „cieszyć się najwyższym szacunkiem współplemieńców, pozyskał kilka partnerek seksualnych i zaczął ubliżać innym, miast samemu wysłuchiwać ich obelg” (Holmberg, 1950, s. 58).
Siła oddziaływania zasobów mężczyzny nie jest też niczym nowym. Dwa tysiące lat temu Owidiusz zauważał nie bez melancholii: „Chcemy solidniejszych darów / chociaż poezję chwalimy / Nawet dziki barbarzyńca / nieogładzony, nieczuły / może być pewien triumfu /jeśli ma pełne szkatuły / Żyjemy dziś w złotym wieku / Wszystko otrzymasz za złoto / Ta, co nawet słynie cnotą / nagradza złoto pieszczotą” (Owidiusz Sztuka kochania, tłum. Julian Ejsmond, Warszawa 1987). Wciąż jeszcze żyjemy w tym złotym wieku.

(…)

Skuteczną taktyką przyciągania męskiej uwagi jest też nawiązywanie przez kobietę kontaktu wzrokowego. Mężczyźni uważają wpatrywanie się im w oczy przez nieznajomą za jedną ze skuteczniejszych taktyk pozyskania ich na partnera prze­lotnego kontaktu. Kobiety uważały jednak tę taktykę za jedynie umiarkowanie skuteczną w wykonaniu mężczyzny (w połowie siedmiostopniowej skali). Inicjo­wanie kontaktu wzrokowego przez kobietę zdaje się więc być dla mężczyzn sy­gnałem jej dostępności seksualnej, a mężczyźni są mocno wyczuleni na wszelkie oznaki tego rodzaju. W jednym z badań nagrywano przebieg kontaktu mężczyzny z nieznajomą kobietą, która w pewnym momencie spoglądała mu z uśmiechem w oczy (Abbey, 1982). Badanym odtwarzano zapis tego kontaktu i proszono ich
0 ocenę jej intencji. Choć kobiety oceniały zachowanie aktorki jako wyraz jedynie przyjazności, mężczyźni to samo zachowanie uważali za uwodzicielski objaw erotycznego zainteresowania. Z uwagi na taką męską interpretację nawiązywania; kontaktu wzrokowego przez kobietę, zachowanie to może być skuteczniejszym sposobem pozyskiwania zainteresowania partnera przelotnego niż stałego. W wypadku tego ostatniego skuteczniejsze może być unikanie kontaktu wzrokowe­go, sygnalizujące mężczyźnie niedostępność i brak zainteresowania przelotnym seksem.
Tak jak sygnalizowanie seksualnej dostępności jest kobiecą taktyką pozyski­wania przelotnego partnera, tak kwestionowanie dostępności jest kobiecą takty­ką zwalczania konkurencji w kontekście takich kontaktów. Studentki na przy­kład starają się zdeprecjonować rywalki, tłumacząc mężczyźnie, że „tamta” tylko udaje i zabawia się mężczyznami, a w rzeczywistości jest oziębła i nie intere­suje się seksem. Usiłują więc przekonać mężczyznę, że niepotrzebnie traci czas i energię, gdyż i tak nie uzyska u rywalki tego, o co mu idzie. Ta strategia zwal­czania konkurencji częściej stosowana jest przez kobiety niż mężczyzn. Kobie­ty nierzadko twierdzą, że ich rywalki są ozięble, pruderyjne i purytańskie. Stra­tegia ta nie jest skuteczna w wypadku inicjowania trwałego związku, choć dobrze działa w kontekście kontaktów przelotnych, ponieważ kwestionowa­nie seksualnej dostępności rywalki sygnalizuje mężczyźnie bezowocność jego wysiłków.
Informowanie, że rywalka tylko zabawia się mężczyznami, próbując ich „roz­palić do białości”, ma też z punktu widzenia kobiety i ten walor, że wcale nie sy­gnalizuje wierności rywalki na dłuższą metę. Przeciwnie, sugeruje raczej nielojalność i wykorzystywanie udawanej dostępności seksualnej celem pozyskania od mężczyzny korzyści, które nie zostaną potem „opłacone” rzeczywistym kontaktem seksualnym. Mężczyźni unikają oziębłości i skłonności do manipulacji także u stałych partnerek. Stąd też taktyka deprecjonowania rywalki za pomocą insynu­acji, że faktycznie tylko udaje ona dostępność seksualną, by wycofać się, gdy „przyjdzie co do czego”, jest skuteczna w zwalczaniu konkurencji w kontaktach przelotnych, a równocześnie i ewentualnych kontaktach trwałych.
Mae West wyraziła się kiedyś, że inteligencja jest wielką zaletą kobiety, pod warunkiem, że potrafi ją ukryć. Zdaje się to być prawdą w odniesieniu do pozy­skiwania partnerów przelotnych. Kobiety często odgrywają rolę istot uległych, bezbronnych, a nawet głupich, celem pozyskania przelotnego partnera – pozwala­ją mu przejmować inicjatywę w rozmowie, udają roztrzepanie i naiwność. Studen­ci uważają tego rodzaju taktyki za umiarkowanie skuteczne w pozyskiwaniu męż­czyzny dla kontaktu przelotnego, choć za zupełnie nieskuteczne w pozyskiwaniu stałego partnera (średnie oceny 3,35 i 1,62 na siedmiostopniowej skali skuteczno­ści). Ujawnianie bezradności i uległości przez mężczyzn jest natomiast wybitnie nieskutecznym środkiem pozyskiwania partnerek zarówno przelotnych, jak i sta­łych (średnie oceny skuteczności: 1,60 i 1,31).
Uległość kobiety sygnalizuje mężczyźnie, że nie musi się obawiać jej wrogiej reakcji na własne awanse (Givins, 1978), że ma jej pozwolenie na zapoczątkowa­nie kontaktu. Rozszerza to znacznie pulę ewentualnych kandydatów o tych, którzy są niezbyt odważni czy wytrwali, powiększając możliwości dokonywania wybo­rów przez kobietę i szansę wybrania sobie lepszego partnera. Uległość może też sygnalizować mężczyźnie, że bez trudu zapanuje nad kobietą i podporządkuje ją swym pragnieniom. Ponieważ w kontekście kontaktów przelotnych pragnienia te mają charakter głównie seksualny, uległość sygnalizuje zwiększoną dostępność seksualną kobiety i możliwość seksu bez kosztów zaangażowania. Stereotyp „głu­piej blondynki” może jednak wprowadzać w błąd – taki sposób prezentowania siebie przez kobietę sygnalizuje nie tyle brak inteligencji, ile brak barier w dostę­pie do niej, także seksualnym.
Sygnalizowanie nasilonej dostępności seksualnej bywa częścią rozleglejszej intrygi w celu pozyskania przez kobietę trwałego partnera. Czasami jedynym spo­sobem kobiety na przyciągnięcie początkowej uwagi mężczyzny jest oferowanie łatwego dostępu seksualnego, pozornie niepociągającego za sobą żadnych kosz­tów z jego strony. Jeżeli koszty zdają się wystarczająco małe, mężczyzna zostaje bez trudu przywabiony do kontaktu wyglądającego na przelotny. Kiedy już kon­takt taki zostanie nawiązany, kobieta może na różne sposoby uzależniać mężczyz­nę od siebie, stale podnosząc jego korzyści z pozostania, a koszty z opuszczenia związku. Tak więc to, co początkowo wyglądało na seks bez zobowiązań, posłu­żyć może w istocie jako wabik służący powiększaniu zaangażowania mężczyzny. Ponieważ mężczyźni są tak bardzo nastawieni na pozyskiwanie seksu przelotne­go, kobiety mogą wykorzystywać ten mechanizm celem zwabienia ich do trwałe­go związku.

(…)

Na zazdrość seksualną składają się uczucia stanowiące reakcję na spostrzega­ne niebezpieczeństwo grożące naszemu związkowi. Dostrzeżenie niebezpieczeń­stwa prowadzi do pomniejszających lub usuwających je działań – od wzmożenia czujności w poszukiwaniu oznak niewierności drugiej strony do przemocy w sto­sunku do partnera lub rywala (Dały, Wilson, 1988, s. 182). Zazdrość wzbudzają sygnały zainteresowania rywali partnerem bądź też oznaki niewierności partnera czy tylko zainteresowania ewentualnymi rywalami. Funkcją wzbudzonych tymi oznakami emocji – gniewu, smutku, upokorzenia – jest albo odcięcie się od rywa­la, albo powstrzymanie własnego partnera przed dezercją ze związku.

Mężczyźni, którzy nie potrafili rozwiązać tego problemu adaptacyjnego, sta­wali nie tylko w obliczu bezpośrednich strat „reprodukcyjnych”, lecz również ry­zykowali utratą reputacji i pozycji społecznej, co w wypadku rejterady partnerki mogło im poważnie utrudniać pozyskanie następnej. Już u starożytnych Greków „niewierność żony ściągała hańbę na głowę męża, określanego wówczas obraźliwym mianem keratos (rogacz), oznaczającym słabość i nieadekwatność… Choć opinia społeczna dopuszczała tolerowanie zdrady męża przez żonę, tolerowanie niewierności żony przez męża było niedopuszczalne i ściągało nań drwiny jako zachowanie niemęskie” (Safilios-Rotschild, 1969, s. 78-79). Mężczyźni zdradzani są powszechnym przedmiotem kpin.

Zapewne z powodu asymetrii pewności ojcostwa i macierzyństwa większość dotychczasowych badań skupiała się na zazdrości seksualnej mężczyzn, choć jest ona doświadczana, oczywiście i przez kobiety. Kontakt partnera z inną kobietą mo­że, bowiem zawsze doprowadzić do wycofania przezeń własnych zasobów i skiero­wania ich na rywalkę i jej dzieci. Mężczyźni i kobiety nie różnią się ani częstością, ani natężeniem przeżywanej zazdrości, jak to wykazało na przykład badanie stu pięćdziesięciu par, które poproszono o opisanie własnego poziomu zazdrości o płeć przeciwną (White, 1981). Podobne wyniki uzyskano w badaniu ponad dwóch ty­sięcy osób z Węgier, Irlandii, Meksyku, Holandii, byłego Związku Radzieckiego, Stanów Zjednoczonych i dawnej Jugosławii, które to osoby proszono o podanie własnych reakcji na różne wyobrażane scenariusze zdrady. Mężczyźni i kobiety ze wszystkich siedmiu krajów podawali jednakowo negatywne reakcje na wyobraże­nie flirtu lub stosunku seksualnego drugiej strony z kimś innym. Nie różnili się też intensywnością reakcji na wyobrażane sceny, w których partner obejmuje rywalkę czy tańczy z nią, choć reakcje na te sceny były oczywiście mniej negatywne od re­akcji na flirt i stosunek seksualny. We wszystkich krajach mężczyźni i kobiety zda­ją się, więc jednako reagować zazdrością w odpowiedzi na grożące ich związkom niebezpieczeństwo (Buunk, Hupka, 1987).

Pomimo tych podobieństw, mężczyźni i kobiety ujawniają jednak intrygujące różnice, co do treści zdarzeń prowokujących zazdrość. W jednym z badań poproszono dwadzieścia kobiet i dwudziestu mężczyzn o odegranie roli w wywołują­cym zazdrość scenariuszu(Teisman, Mosher, 1978). Zanim jednak do tego doszło, badanych poproszono o wybranie najbardziej prowokującego scenariusza spośród kilku przedstawionych. Aż siedemnaście kobiet wybrało scenariusz, w którym niewierny partner poświęcał swój czas i zasoby materialne rywalce, a jedynie trzy scenariusz, w którym dochodziło wyłącznie do zdrady seksualnej. Mężczyźni wy­bierali natomiast dokładnie na odwrót – tylko czterech wybrało scenariusz zawie­rający poświęcanie czasu i energii, aż szesnastu – zdradę czysto seksualną. Bada­nie to dostarczyło pierwszej wskazówki, że choć zazdrość typowa jest i dla kobiet, i dla mężczyzn, każda z płci może ją przeżywać z odmiennych powodów. U ko­biet powody te dotyczą problemu pozyskiwania od mężczyzny niezbędnych zaso­bów materialnych, u mężczyzn – problemu pewności własnego ojcostwa.

(…)

Niepowtarzalność ludzkich strategii ma swoje źródło także i w tym, że pozo­stawanie razem przynosi reprodukcyjne korzyści obu płciom i dla obu płci korzy­ści te przeważają nad zyskami ze zmiany partnera. W rezultacie taktyki utrzymywania partnera przy sobie uprawiane są i przez mężczyzn, i przez kobiety (u owa­dów uprawiają je z reguły jedynie samce). Ponieważ ludzie kojarzą się zwykle z osobami o podobnym poziomie wartości reprodukcyjnej, obie strony mają zwy­kle mniej więcej tyle samo do stracenia wskutek rozpadu związku (Buss, 1988b; Buss, Barnes, 1986; Kenrick i in., 1993). Ludzie rozwinęli, więc wiele sobie tylko właściwych taktyk utrzymywania partnera przy sobie. Jedne z najważniejszych to system wczesnego ostrzegania przed niebezpieczeństwem w postaci zazdrości seksualnej oraz zaspokajanie pragnień partnera.

(…)

Ponadto mężczyźni mają niepokojącą skłonność do ogromnego niedoceniania, jak dalece agresja seksualna jest przykra dla kobiet. Wszystkie tego rodzaju akty agre­sji mężczyźni uznają za znacznie mniej przykre dla kobiet, niż uważają same ko­biety. Jest to oczywiście drzemiące zarzewie konfliktu – niedocenianie bolesności wymuszonego seksu stanowić może jeden z czynników powodujących brak empa­tii mężczyzn dla ofiar gwałtu (Zahavi, 1977). Drastyczną ilustracją tego braku jest pozbawiona serca (i sensu) wypowiedź pewnego teksańskiego polityka, który stwierdził, że jeżeli kobieta nie może uciec przed gwałtem, powinna leżeć spokoj­nie i starać się przynajmniej mieć z niego przyjemność.

Z kolei kobiety przeceniają stopień, w jakim mężczyznom sprawia przykrość skierowana na nich kobieca agresja seksualna – kobiety oceniają ją na 5,13, sami mężczyźni – jedynie na 3,02 (Blumstein, Schwartz, 1983). Tak więc zarówno męż­czyźni, jak i kobiety nie doceniają zdania płci przeciwnej i niezbyt dobrze je rozu­mieją. Obie płcie skłonne są widzieć reakcje płci przeciwnej raczej na obraz i po­dobieństwo swoich własnych odczuć. Mężczyźni sądzą, że kobiety w sprawach agresji seksualnej są bardziej męskie, niż to jest w istocie, a podobny błąd – zmie­niwszy, co trzeba – popełniają i kobiety. Rozpowszechnienie informacji o faktycz­nych odczuciach kobiet wśród mężczyzn i o faktycznych odczuciach mężczyzn wśród kobiet mogłoby, więc stanowić choćby drobny krok na drodze zmniejszania konfliktu między płciami.

W pewnym sensie odwrotnością agresji seksualnej jest oziębłość czy wycofy­wanie się z seksu, o co ustawicznie kobiety oskarżane są przez mężczyzn. Narze­kają oni na takie ich zachowania, jak celowe rozbudzanie mężczyzny, by potem się wycofać z kontaktu, złośliwe flirtowanie na niby czy odmawianie kontaktu seksualnego. Tego rodzaju zachowania oceniane są przez mężczyzn jako wyraźnie przykre (5,03), choć przez kobiety widziane są jako tylko umiarkowanie przykre (4,29). Wycofanie się z seksu jest, więc przykre dla obu płci, choć wyraźnie bar­dziej dla mężczyzn.

Z punktu widzenia kobiet wycofywanie się z seksu spełniać może szereg fun­kcji. Najbardziej oczywistą jest pozostawianie sobie możliwości wyboru między mężczyznami o dużej wartości, gotowymi do zaangażowania uczuciowego i mate­rialnego. Kobiety wycofują się z seksu z pewnymi mężczyznami po to, by zaanga­żować się weń z innymi, których same wybrały. Za pomocą wycofania się z seksu kobiety podwyższają również swoje znaczenie dla mężczyzny – w myśl zasady, że niedostępność każdego dobra podnosi jego wartość. Jeżeli jedynym sposobem po­zyskania kobiety przez mężczyznę będzie poczynienie poważnych inwestycji, poczyni je. Ale jest to następne zarzewie konfliktu między mężczyzną pragnącym szybkiego seksu bez zobowiązań a kobietą, która wycofuje dostępność seksualną, by pozyskać właśnie emocjonalne zobowiązanie mężczyzny.

(…)

Złe traktowanie drugiej strony jest oczywiście taktyką bardzo niebezpieczną. Choć zasadniczym jej celem jest powiększenie zaangażowania partnerki i przy­muszenie jej do działań na rzecz męża, taktyka ta może łatwo przynieść skutki od­wrotne od zamierzonych i doprowadzić do ucieczki kobiety, gdy dojdzie ona do wniosku, że nic gorszego i tak już jej spotkać nie może. Być może właśnie, dlatego mężowie bijący żony często je potem przepraszają, nierzadko plącząc i obiecując poprawę (Dały, Wilson, 1988; Russell, 1990). Tego rodzaju działania służą po­wstrzymaniu żony przed ucieczką.

Bicie żon spotykane jest w wielu kulturach. Wśród Indian Yanomamo zdarza się często, że mężczyźni biją swoje żony kijami za takie „wykroczenia”, jak opie­szałość w podawaniu herbaty (Chagnon, 1983). Co ciekawe, kobiety z tego ple­mienia uważają nierzadko bicie za objaw gorących uczuć mężowskich – interpre­tacja, której zapewne nie podzielają współczesne Amerykanki. Niezależnie od interpretacji, tego rodzaju działania służą podporządkowaniu żony mężowi.

Inną formą złego traktowania drugiej strony jest szydzenie z jej wyglądu. Zdarza się to zaledwie u 5% nowo poślubionych mężczyzn, ale w piątym roku małżeństwa odsetek ten jest już czterokrotnie wyższy. Zważywszy, jak ważny dla kobiet jest ich wygląd, cios wymierzony w ten punkt jest wyjątkowo bolesny. Funkcją takiego postępowania mężczyzny jest zapewne obniżanie mniemania żo­ny o samej sobie, a przez to powstrzymywanie jej od angażowania się w kontakty pozamałżeńskie.

Złe traktowanie partnerek można więc wyjaśnić na gruncie myślenia ewolucjonistycznego adaptacyjnymi funkcjami takiego postępowania. Zrozumienie fun­kcji i celów takiego zachowania nie oznacza jednak wcale jego akceptacji czy aprobaty, podobnie jak to jest i z innymi rodzajami destruktywnego postępowania. Wręcz przeciwnie, zrozumienie przyczyn i warunków pojawiania się takich niepo­żądanych zachowań może przyczynić się do skuteczniejszego im przeciwdziała­nia. Złe traktowanie partnerek przez mężczyzn ma swoje korzenie biologiczne, ale nie jest to w żadnym sensie zachowanie ani konieczne (niczym odruch kolanowy), ani niemożliwe do zmiany. Jego pojawianie się zależy od różnych okoliczności, w tym także od szczególnych cech charakteru mężczyzn. W badaniach nad nowo­żeńcami stwierdziliśmy na przykład, że mężczyźni nieufni i niestabilni emocjo­nalnie czterokrotnie częściej źle traktują swoje żony, niż mężczyźni emocjonalnie stabilni i pozbawieni podejrzliwości. Inne czynniki nasilające poniewieranie żon przez mężów to odizolowanie żony od jej krewnych, brak sankcji prawnych gro­żących mężczyźnie za takie postępowanie, czy sytuacja, w której atrakcyjność żo­ny znacznie przewyższa atrakcyjność jej męża, co nasila się jego lęk przed opuszcze­niem. Zidentyfikowanie okoliczności nasilających szansę złego traktowania kobiety przez męża może być pierwszym krokiem w kierunku przeciwdziałania temu niepożądanemu zjawisku

(…)

Sytuacją, w której stosunkowo często dochodzi do gwałtu, jest randka. Jedno z badań ujawniło, że prawie 15% studentek doświadczyło gwałtu podczas randki. Inne badanie trzystu czterdziestu siedmiu kobiet ujawniło zaś, że sprawcami aż 63% gwałtów są „chłopcy”, narzeczeni czy mężowie ofiar (Gavey, 1991). Najbar­dziej rozległe z dotychczasowych badań nad tym problemem ujawniło, że spośród prawie tysiąca zamężnych kobiet, 14% zostało zgwałconych przez swoich mężów (Russell, 1990). Daleko, więc do tego, by gwałt można było uważać za przestęp­stwo popełniane jedynie przez nieznajomych czyhających w ciemnych alejkach. Jest on zjawiskiem nierzadkim w kontekście kojarzenia się ludzi w pary, stano­wiącym przedmiot zainteresowania tej książki.

(…)

Ewolucyjny wyścig zbrojeń

Kontakty mężczyzn z kobietami nękane są więc licznymi konfliktami – od poty­czek o dostęp seksualny w parach przedmałżeńskich, przez walki o zaangażo­wanie i inwestycje zasobów wśród par małżeńskich, do zaczepek seksualnych w miejscu pracy i gwałtu pośród znających się osób i nieznajomych. Źródła znacznej większości tych konfliktów znaleźć można w odmienności ewolucyjnie wykształconych strategii seksualnych obu płci. Strategie typowe dla jednej płci często utrudniają realizację celów drugiej strony.

Obie strony konfliktu wykształciły w trakcie ewolucji szereg mechanizmów reagowania na utrudnianie własnych celów przez postępowanie drugiej strony. Należą do nich przede wszystkim takie emocje, jak gniew, smutek i zazdrość. Ko­biety najsilniej reagują gniewem na mężczyzn wtedy, kiedy ich postępowanie uniemożliwia im realizację ich własnych strategii postępowania, kiedy mężczyźni na przykład próbują wymusić seks i poniżają je. Podobnie mężczyźni reagują gniewem na utrudnianie im realizacji ich własnych strategii seksualnych, kiedy kobiety odtrącają ich zaloty, odmawiają seksu czy podrzucają „kukułcze jaja”.

Wszystkie te potyczki prowadziły w trakcie ewolucji naszego gatunku do swoistej „spirali zbrojeń” obu płci. Na każdy postęp umiejętności mężczyzn do wprowadzania kobiet w błąd, te odpowiadały rozwojem większych umiejętności wykrywania oszustwa. Na każdą, coraz to trudniejszą próbę, na którą kobiety wy­stawiały mężczyzn, by sprawdzić siłę ich uczuć i zaangażowania, mężczyźni od­powiadali wzrostem umiejętności udawania oznak zaangażowania. A to prowadzi­ło do dalszego wzrostu wrażliwości kobiet na tego rodzaju próby wprowadzenia ich w błąd. Każde ulepszenie w realizacji strategicznych celów jednej płci spoty­kało się z analogiczną reakcją drugiej. Ponieważ zaś strategie seksualne obu płci są częściowo odmienne, owa ewolucyjna spirala zdaje się nie mieć końca.

Ewolucyjnie wykształcona zdolność do reagowania negatywnymi emocja­mi i cierpieniem na przeszkody w realizowaniu własnych strategii seksualnych pozwalają kobietom i mężczyznom działać w sposób pomniejszający ich własne koszty. Czasami oznacza to wycofanie się z dotychczasowego związku.

(…)

Harmonia między kobietą a mężczyzną

 Cokolwiek zostało uczynione przez jakąkolwiek jednostkę w historii ludzkiego gatunku, wyznacza minimalną granicę naszych możliwości. Granica maksymalna — jeżeli w ogóle istnieje —pozostaje całkowitą niewiadomą

John Tooby i Leda Cosmides The Adapted Mind

Kluczowym przesłaniem niniejszych rozważań nad ludzkimi strategia­mi seksualnymi jest idea, że strategie te są ogromnie plastyczne i wrażliwe na kontekst społeczny. Wykształcając różne nasze mecha­nizmy psychologiczne, ewolucja wyposażyła nas w szeroki repertuar zmiennych zachowań pozwalających rozwiązywać różne problemy adaptacyjne związane z doborem partnerów. Z repertuaru tego możemy wybierać dowolne za­chowania pozwalające spełnić nasze pragnienia przy uwzględnieniu konkretnych warunków, w których do spełnienia tych pragnień dochodzi. Tak więc w dziedzi­nie seksu żadne zachowanie nie jest nieuniknione czy wyznaczone nieuchronnym programem genetycznym – ani niewierność czy monogamia, ani przemoc czy ła­godność, ani zazdrosne strzeżenie drugiej strony czy obojętność. Mężczyźni nie są nieodwołalnie skazani na pogoń za przelotnym seksem z licznymi partnerkami, podobnie jak kobiety nie są skazane na wyśmiewanie mężczyzn nieskłonnych do stałego zaangażowania. Nie jesteśmy niewolnikami na zawsze przypisanymi do ról płciowych wyznaczonych przez ewolucję. Znajomość warunków aktywizują­cych każdą ze strategii postępowania umożliwia nam dowolne decydowanie, którą z nich realizować, a którą pozostawić jedynie niewykorzystaną możliwością.

Zrozumienie powodów, dla których seksualne strategie w nas się wykształciły, dostarcza nam potężnego narzędzia umożliwiającego zmienianie naszego własnego postępowania, podobnie jak poznanie fizjologii ludzkiego ciała umożliwia nam wprowadzanie zmian w jego funkcjonowaniu. Wiedząc, co i dlaczego powoduje powstawanie odcisków, możemy ich uniknąć. Podobnie wiedząc, że funkcją zazdrości u mężczyzn jest zapewnienie sobie ojcostwa rodzonych przez partnerkę dzieci, a u kobiet — zapewnienie sobie wyłączności dostępu do zasobów partnera, możemy przewidzieć, które warunki najbardziej będą zazdrości sprzyjały, a w konsekwencji warunków tych unikać. Dysponując tą wiedzą, możemy skonstruować nasz związek w taki sposób, że zazdrość nie będzie w nim wielkim problemem.

W dotychczasowych rozdziałach tej książki posługiwałem się danymi empi­rycznymi na temat stosowanych przez ludzi taktyk przyciągania, pozyskiwania, utrzymywania przy sobie i porzucania partnera celem zbudowania ogólnej teorii ludzkich zachowań seksualnych. Choć nie stroniłem od spekulacji, w zasadzie sta­rałem się ograniczać do ustalonych faktów. W tym rozdziale wychodzę poza owe fakty, próbując pokazać ich szersze implikacje dla kontaktów społecznych w ogó­le, a szczególnie dla kontaktów między kobietami a mężczyznami.

Różnice między płciami

Ponieważ kobiety i mężczyźni stawali w ewolucyjnej przeszłości naszego gatunku przed ogromną liczbą identycznych wyzwań, większość wykształconych przez obie płcie mechanizmów adaptacyjnych jest jednakowa. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni pocą się i doznają dreszczy w trakcie regulacji temperatury ciała, po­dobnie jak obie płcie wysoko cenią sobie inteligencję i niezawodność u stałego partnera życiowego, a także jego lojalność, rzetelność czy skłonność do współpra­cy. Na tle tych licznych podobieństw tym bardziej wyraziste stają się różnice mię­dzy kobietami a mężczyznami. Występują one w takim zakresie, w jakim nasi praprzodkowie różnych płci stawali przed odmiennymi problemami przystoso­wawczymi, które musiały zostać rozwiązane odmiennymi sposobami. Ponieważ na pradawne kobiety spadał główny ciężar opieki nad dzieckiem, to u nich wykształ­ciły się gruczoły mleczne. Ponieważ do zapłodnienia dochodzi wewnątrz ciała ko­biety, to pradawni mężczyźni stawali przed problemem pewności własnego ojco­stwa. Doprowadziło to do wykształcenia się u nich szczególnej preferencji do seksualnej wierności partnerek i psychologicznych mechanizmów zazdrości skon­centrowanej na niewierności seksualnej oraz skłonności do wycofywania własnego zaangażowania w wypadku podejrzeń, że podrzucono im „kukułcze jajo”. Wszyst­ko to wyraźnie ich odróżnia od kobiet (Baker, Bellis, 1995; Buss, Schmitt, 1993; Betzing, 1989).

Niektóre z różnic między płciami są niezbyt przyjemne. Kobiety nie lubią być traktowane jako obiekty seksualne cenione za piękno i młodość, a więc wła­ściwości, na które w przeważającej mierze nie mają żadnego wpływu. Mężczy­źni nie lubią być traktowani jako narzędzie sukcesu cenione za grubość portfela i wysokość zajmowanej pozycji społecznej. Niewątpliwe bolesne jest być żoną mężczyzny, którego pogoń za seksualną różnorodnością skłania do niewierności, podobnie jak być mężem kobiety, którą do niewierności skłania poszukiwanie emocjonalnej bliskości z innym mężczyzną. I dla kobiet, i dla mężczyzn bolesne jest doświadczenie odrzucenia przez płeć przeciwną wskutek braku cenionych przez nią właściwości.

Dość powszechnie przyjmowane założenie nauk społecznych o jednakowości obu płci nie daje się utrzymać w świetle obecnie znanych faktów. Zważywszy siłę ewolucyjnych presji oddziaływujących w odmienny sposób na kobiety i mężczyzn przez tysiące pokoleń, oczekiwanie takiej jednakowości byłoby oczywiście zupełnie pozbawione realizmu. Dziś nie można już wątpić w zasadnicze różnice między płciami – z silniejszą preferencją mężczyzn do partnerek młodych, urodziwych i licznych oraz z silniejszą preferencją kobiet do mężczyzn wysoko stojących w hie­rarchii, zasobnych i skłonnych do dzielenia się swymi zasobami tylko z nimi. Męż­czyźni i kobiety różnią się znacznie strategiami przyciągania, pozyskiwania i utrzy­mywania przy sobie drugiej strony. Wszystkie te różnice zdają się mieć po­wszechny, w dużym stopniu ponadkulturowy charakter i decydują o kształcie poży­cia obu płci.

Niektórzy ludzie starają się różnicom tym przeczyć w nadziei, że po zamknię­ciu oczu znikną i same różnice. Zaprzeczanie ich istnieniu nie na wiele się jednak zda, a harmonijne współżycie obu płci będzie możliwe dopiero wtedy, kiedy róż­nice te dobrze zrozumiemy, pojmując w ten sposób także i odmienność pragnień kobiet i mężczyzn.

Teleogłupianie. O zgubnych skutkach oglądania tv… – fragment

By oglądać TV, nie potrzeba mózgu, wystarczy przewód pokarmowy.
(Didier Daeninckx, pisarz)

To zupełnie zrozumiałe, że duża liczba dzieci mających problemy z czytaniem niepokoi nauczycieli i rodziców. Dziwne jest natomiast, że całą odpowiedzialnością za ten stan rzeczy obarczamy szkołę. Paradoksalnie, by nie oskarżać telewizji, przypisaliśmy winę za tę porażkę tradycyjnym metodom nauczania.
(Liliance Luręat, doktor psychologii, honorowa dyrektor naukowa w CNRS)

 

Dajemy im to, czego chcą” mówią chórem.
Tłumaczcie: „To nie nasza wina, że są takimi debilami”.

(Alain Bentolila, lingwista, profesor uniwersytecki)

Telewizja wymaga od widza tylko jednego aktu odwagi – ale jest on nadludzki – wyłączenia jej.
(Pascal Bruckner, filozof)

To ważna decyzja: czy mamy telewizor, czy nie, czy wystawiamy dzieci na niemal wszystko, co oferuje telewizja, czy na nic.
(Joshua Meyrowitz, teoretyk komunikacji na Uniwersytecie New Hampshire)

 

Dotychczas telewizja trzymała widza na uwięzi […], jutro będzie mu towarzyszyła, gdziekolwiek pójdzie.
(François Jost, specjalista w dziedzinie mediów, profesor na Uniwersytecie Paris 3-Sorbonne)

Teleogłupianie. O zgubnych skutkach oglądania telewizji (nie tylko przez dzieci)
Autor: Michel Desmurget

Problemem intelektualistów jest oskarżanie telewizji, że nie jest dość dobra. Można odnieść wrażenie, że chcieliby na każdym kanale oglądać ARTE i wszystkim narzucić własne preferencje kulturalne. Co do mnie, nie uważam, by istniała dobra i zla telewizja – wolałbym, żeby telewizji w ogóle nie było.

(Alexandre Lacroix, filozof)

Ponieważ oddziaływanie mediów jest subtelne, kumulatywne i rozłożone w czasie, rodzice, pediatrzy i wychowawcy mogą nie być świadomi ich potężnego wpływu.

(Victor Strasburger, profesor pediatrii, Szkoła Medyczna Uniwersytetu Nowego Meksyku)

Jestem naukowcem i z tego tytułu figuruję na listach adresatów głównych czasopism naukowych z dziedziny neurobiologii teoretycznej i klinicznej*. Kiedy ukazuje się nowy numer, czasopisma te wysyłają mi spisy treści, bym mógł wyłowić interesujące mnie prace. Od 15 lat nie było tygodnia, żebym nie natrafił na co najmniej jeden czy dwa artykuły traktujące o szkodliwych skutkach telewizji dla zdrowia psychicznego, fizycznego i zdolności poznawczych dziecka. Tendencja ta jest tak silna, że niektórzy specjaliści nie wahają się już mówić o prawdziwym problemie zdrowia publicznego. Zaczynają się nawet podnosić glosy domagające
się wszczynania przeciw nadawcom telewizyjnym postępowań karnych
na wzór tych przeciwko producentom tytoniu i fast foodów. Analogia jest jak najbardziej stosowna. Rzeczywiście, w swoim czasie zapadły wyroki przeciwko firmom tytoniowym za wzmacnianie uzależniających własności produktów, których szkodliwość była im znana6. Dziś sektor medialno-reklamowy
wydaje ogromne sumy na poznanie mechanizmów uzależnienia od telewizji,
którego istnieniu coraz trudniej przeczyć, i manipulowanie nimi. Psychologia, neuroobrazowanie, etologia, etnologia, socjologia – wszystkie gałęzie nauk społecznych i medycznych mają swój udział w tej komercyjnej sprawie. Od kilku lat neuromarketing mieni się nowym Świętym Graalem manipulacji.
Jego credo: znaleźć słabe punkty ludzkiego mózgu, by zawładnąć, bez naszej wiedzy, naszymi zachowaniami, pragnieniami, lękami, popędami, wyobrażeniami i decyzjami. W niedawno opublikowanej pracy dwóch specjalistów z tej dziedziny podsumowuje to podejście w następujący sposób: „Mierzcie w najmłodszych. Przygotujcie swój cel. Zaznaczcie go tak wcześnie, j ak to możliwe. Tylko dziecko dobrze się uczy […]. Producenci papierosowi lemoniady wiedzą, że im wcześniej dziecko ich skosztuje, tym bardziej się uzależni. Dzięki neurobiologii przedsiębiorcy dowiedzieli się, w jakim wieku dany typ uczenia się przychodzi człowiekowi najłatwiej. Czy możemy tolerować taką nikczemność? Czy mamy pozostać bierni, kiedy armia zachłannych sępów angażuje wszystkie zdobycze współczesnej nauki, by oferować Coca-Coli „czas dostępu do ludzkiego mózgu”23? Czy wolno nam się godzić, by „trzeci rodzic, telewizja, podstępnie wnikał w psychikę naszych dzieci, by wywołać u nich zachowania zależnościowe lub nabywcze o niszczycielskich skutkach zdrowotnych? Spora grupa ludzi zdaje się sądzić, że nie Wśród nich są wykładowcy akademiccy, dziennikarze, specjaliści od międzynarodowej Konwencji o Prawach Dziecka ONZ, a także wielu artystów i osób piastujących kierownicze stanowiska w przemyśle audiowizualnym, którzy odmawiają wydania swego cennego potomstwa na pastwę „pudełka z obrazkami”. Jak zgrabnie podsumowuje Lilianę Lureat:
„Na czym polega wolność dzieci, jeśli nie na byciu dziećmi, i w imię czego mielibyśmy oddziaływać na nie z taką mocą? Na czym polega wolność dorosłych, jeśli nie na zdolności rozumienia, a skoro tak, dlaczego za cel obierać emocje, nie zaś rozum?”.

Krótki przegląd obiegowych niedorzeczności

Teoretycznie powyższe kwestie powinny wywołać co najmniej lekkie zaniepokojenie u rodziców i widzów, którymi jesteśmy. W praktyce jednak miażdżąca większość społeczeństwa całkowicie lekceważy problem. Obserwacja ta, jakkolwiek kłopotliwa, nie jest wcale zaskakująca. W rzeczywistości, krytykować telewizję to w ostatecznym rachunku mieszać z błotem tego, kto ją ogląda. Jeśli mówicie:

 

„Telewizja głęboko kaleczy nasz związek ze światem”,

przeciętny konsument wyciągnie z tego wniosek: „Jestem tylko bezwolnym wołem i kretynem”. Podobnie, jeśli oświadczycie:

„Telewizja jest dla dzieci toksyczna”,

przysłowiowa gospodyni domowa poniżej pięćdziesiątego roku życia przetłumaczy to sobie jako:

„Jestem złą matką i źle wychowuję swoje maluchy”.

Tego typu stwierdzenia są tym gorzej odbierane, że armia „wybitnych specjalistów” stara się nasycić przestrzeń publiczną uspokajającymi wypowiedziami i miałkimi debatami. Wzruszająca gadanina, dramatyczne potoki słów – ci uczeni od siedmiu boleści głoszą namiętną pochwałę świętego Szklanego Ekranu. Telewizja pomaga naszym dzieciom dorastać. Jest wspaniałym instrumentem kultury demokratycznej. Dostarcza nam kojących obrazów. Głęboka mądrość decydentów chroni nas przed tym, co najgorsze.

Osoby miotające oszczerstwa pod adresem małego ekranu to demagodzy, ludzie niekompetentni, reakcjoniści, histerycy, neurotycy”, zarozumialcy, pogardliwcy i zawistnicy, którzy – by dopełnić obrazu – są przytłoczeni przez „nowoczesność
zmuszającą do myślenia o upływie czasu i budzącą lęk przed nieznanym”. Oskarżając telewizję, jej posępni przeciwnicy „uspokajają własne sumienia”, próbują „odzyskać niewinność, obarczając wszelką odpowiedzialnością media”. Te ostatnie stają się zatem „kozłami ofiarnymi”44. Po prześledzeniu listy najpoważniejszych krytyków szklanego pudełka trudno się nie podpisać pod tymi opiniami: Noam Chomsky”, Karl Popper, Pierre Bourdieu, Liliane Lurçat, Neil Postman, Dany-Robert Dufour, Alain Bentolila. Co za koszmarna zgraja niewykształconych kretynów (sic!). Na szczęście apostołowie telewizyjnej prawdy to ludzie zgoła odmiennego formatu. Choćby Catherine Muller i François Chemel. Pierwsza jest „doktorem psychologii i psychoanalitykiem.
Regularnie zabiera głos w audycjach telewizyjnych i radiowych”.
Drugi ukończył „Instytut Nauk Politycznych i uzyskał dyplom MBA w CFPJ Uniwersytetu Paris-Dauphine”*, jest też „zastępcą redaktora tygodnika telewizyjnego »Télé 7 Jours«. Uczestniczył również w tworzeniu kanału telewizyjnego Paris Première”. Po osobach z tak imponującą przeszłością nie możemy się
spodziewać niczego innego, jak tylko udokumentowanego, obiektywnego i uczciwego stanowiska. Stanowisko to, niedawno opublikowane, nieobecnościami. A więc z nieobecnością jego »obrazu«”. Michael Stora poradził swojemu rozmówcy, by „komunikował się z dziećmi przez kamerę internetową”. Pięknie jak u Freuda i przejrzyście niczym u Goethego. „Duch mi objawia sens wieków porządku,/ już wiem – i piszę o to”: bez telewizji nie ma ratunku dla naszych dzieci! Nie śmiejcie się, bo to ważny moment! Czy wiedzieliście, że „istnieje związek między pewnością siebie i stosunkiem do obrazów”? „Podobnie jak w niemowlęctwie matka mogła nas uwielbiać, nie okazując czułymi gestami, pieszczotami i pocałunkami miłości, którą nas darzyła, tak i my możemy przyjąć tę samą postawę uwielbienia, kontemplacji, a nawet fascynacji wobec obrazów, które ze swej istoty nie mają ciał ani ramion, ani ust”. W obliczu takich oczywistości (sic!)* naprawdę można się zastanawiać, czy zwolennicy nakładania surowych restrykcji na oglądanie telewizji zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa, na jakie narażają ludzkość. Przypadek rodziców, którzy pragnęliby ograniczyć kontakt swoich dzieci z programami epatującymi przemocą, jest z tego punktu widzenia szczególnie wymowny. Tego rodzaju ograniczające tendencje, mówi nam Serge Tisseron, „nie tak dawno przejawiał cały naród […]. Chodzi o naród niemiecki między 1918 a 1945 rokiem [… ]. Od momentu gdy Niemcy jako całość oskarżono o nieludzkie postępowanie i napiętnowano na międzynarodowym forum, dla weterana Rzeszy przyznanie, że jego postępowanie było nieludzkie, stało się [z powodu nieobecności obrazów] niemożliwe […]. Niemieckim żołnierzom walczącym w pierwszej wojnie światowej nie pozostało nic innego, jak pogrzebać głęboko w sobie fascynację złem i przyjemność czerpaną z zabijania [nic więcej!], które odkryli”. Chcąc kontrolować treść programów skierowanych do naszych dzieci, możemy więc rozniecić w nich pragnienie przemocy i barbarzyństwa! Szkoda tylko, że prace naukowe dowodzą przeciwnego ryzyka, polegającego na utracie wrażliwości na przemoc i większej skłonności do czynów przestępczych w następstwie kontaktu z obrazami przemocy. Pośród tysięcy badań przeprowadzonych w tej dziedzinie żadne nie odnotowało zmniejszenia występowania agresywnych zachowań wskutek kontaktu z brutalnymi treściami audiowizualnymi. Michael Stora zdaje się zgadzać z tą konkluzją, kładzie jednak nacisk na niebezpieczeństwo uzależnienia. I tak nasz wybitny specjalista pisze: „Spośród pacjentów, którzy zgłaszają się do mnie z problemem uzależnienia od gier wideo, niektórym [nielicznym? wielu? jednemu, dwóm, trzem, dziesięciu, stu?] w dzieciństwie zabroniono oglądać telewizję i bardzo wcześnie zmuszano ich do czytania. Ich rodzice, często [jeden, dziesięć, pięćdziesiąt, osiemdziesiąt procent „niektórych” przypadków?] pracujący umysłowo, gardzą telewizją. W ich oczach jest ona czymś ogłupiającym, degradującym”. Wstrętni inteligenci! Można się zastanawiać, jak długo jeszcze opieka społeczna zamierza zwlekać z interwencją.

Nie ma gorszego ślepca nad tego, który nie chce widzieć

„Inteligent”! Co ciekawe, to pierwsze słowo, które nasunęło się Sylvainowi*, kiedy opowiadałem mu o swojej książce! Dokładnie powiedział, jeśli się nie mylę, „ta twoja książka to zawracanie głowy dla artystów inteligentów! W każdym razie wszystko to jest niesamowicie trudne i nie ma tu prostych odpowiedzi”. Udane spostrzeżenie, które przypomniało mi świetny tekst Frit-za Zorna: „Jednym z ulubionych pomocników w potrzebie, jeśli trzeba się było wykazać odwagą cywilną, było w mojej rodzinie słowo »trudny«. Określenie »trudny« to było czarodziejskie słowo klucz, pozwalające odsuwać od siebie wszelkie pojawiające się problemy […]. Wystarczyło tylko dojść do konkluzji, że dana sprawa jest »trudna«, i od razu stawała się tabu. […] o sprawie mówiło się »trudna«, tak jakby wypowiadało się zaklęcie – i sprawa znikała. [… ] to, że moi rodzice wszystko uważają za »trudne« […] wydawało mi się […] dowodem osiągnięcia przez nich wyższego poziomu […]. Owa postulowana wyższość [… ] była [… ] nader wygodna […]: nie musieliśmy się nigdy angażować, nie musieliśmy się nigdy decydować czy wręcz obnażać, wystarczyło po prostu zawsze uważać wszystko za »trudne«”. Wydaje się, że niejeden specjalista od spraw telewizji wychował się w tych samych stronach! Jeśli wierzyć naszym wpływowym teoretykom, w rzeczywistości zagadnienia te są tak trudne, że sama kwestia wpływu mediów staje się „wątpliwa” dla wszystkich z wyjątkiem powierzchownych umysłów kilku „fizyków czy biologów cieszących się renomą często skłaniającą ich do prezentowania punktów widzenia, które uważają za uprawnione”. Zaliczam się do nich, przyznaję… i z głębin mojej ignorancji ośmielam się trwać przy swoim. Nie przez zacięty upór, lecz przez uległość wobec oczywistości! Żaden człowiek, choćby skrajnie niewrażliwy na perypetie życia codziennego, nie może zaprzeczyć głębokiemu oddziaływaniu mediów audiowizualnych na nasze zachowania. Przypomina mi się chociażby czarujący poranny wypad do jednego z supermarketów, kiedy to moja trzyletnia siostrzenica zaczęła się nagle tarzać po ziemi, by wymusić zakup jakichś tam płatków śniadaniowych, zaklasyfikowanych jako „widziane w telewizji”. Tylko ta jedna marka (nadzwyczaj droga) znajdowała uznanie w jej oczach. Jest zupełnie oczywiste, że widniejąca na opakowaniu postać z kreskówki, z którą dzieci są dobrze obeznane, wywołała oczekiwany efekt!

Nie minęło wiele czasu, a moja własna córka, Valentine, również dała świadectwo skuteczności telewizyjnego wpajania. Miała zaledwie trzydzieści miesięcy, kiedy zaczęła nagle frenetycznie wyśpiewywać „maaf maaf”, spostrzegłszy logo słynnej firmy ubezpieczeniowej na przedniej szybie jakiegoś samochodu. Przypuszczam, że tę perłę reklamy musiała widzieć (i to nie raz) u swojej opiekunki. Zaledwie kilka dni po tym zdarzeniu przyszła kolej na jej siostrę, Charlotte (7 lat, 126 centymetrów, 19 kilogramów) – i ona zaczęła przejawiać pierwsze symptomy intensywnego formatowania. Oglądała program „dla młodzieży” i nagle rzuciła do matki, nie odwracając oczu od ekranu: „Mamo, czy ja jestem gruba?” Przy następnym posiłku przeszła na pierwszą w swoim życiu dietę niskokalorycz-ną, twardo odmawiając wzięcia do ust choćby okruszka chleba! Był też student robiący licencjat z psychologii, który oznajmił podczas zajęć o cechach nabytych i wrodzonych, że „ustalono”, iż homoseksualizm ma podłoże genetyczne. Ów dumny potomek Oświecenia był pewien swoich źródeł. Mówili o tym w telewizji. „Naprawdę, psze pana, powinien pan to obejrzeć, to było super wyjaśnione!” Dwóch innych zagorzałych telemaniaków potwierdziło te fakty. Niestety, nie byli sobie w stanie przypomnieć żadnych konkretów dotyczących tego programu. Trzeci „wyjaśnił mi, że w każdym razie „tak samo jest z pedofilią”, słyszał w wieczornym dzienniku!*. Zdumiewający brak rozsądku, zwłaszcza u studentów nauk społecznych, których podstawowym przymiotem winien być zmysł krytyczny!

Jak to z polotem ujmuje Jean-Paul Brighelli, te dzieciaki „o jeszcze miękkich czaszkach” zdają się analizować świat tylko „na podstawie ogromnych ilości programów telewizyjnych, plotek i pogłosek. Słabe opinie, myśli jak galareta. Myśleć, ważyć, dyskutować – to zakłada pracę, świadomość, wolę. Wszystkie wartości zniszczone przez myślowe gotowce, które zajęły dziś miejsce kultury”. Nawet dziennikarze nie ocaleli z tej katastrofy – jak choćby grecka korespondentka gazety „Métro”, pisząca na temat serii szczególnie brutalnych ulicznych zamieszek: „Wszyscy tkwią przed telewizorami i próbują zrozumieć, co się dzieje”. Godna uwagi strategia zdobywania informacji, jako żywo przywodząca na myśl czasy wojen w Kosowie, Afganistanie czy Iraku. Po takich przykładach trudno się jeszcze dziwić, kiedy dwie 15- czy 17-latki, rzecz jasna całkowicie bezwiednie, dają świadectwo zasmucającego ograniczenia horyzontów kulturalnych jedynie do obszaru audiowizualnego.

Siedziałem w tramwaju, a obok toczyła się taka oto rozmowa. Fragmenty: Blondynka (farbowana), kurtka Diora, spodnie Diesela, torebka Vuittona: „Muszę zrobić referat o Germinalu, wiesz, to o kopalni”. Brunetka (naturalna), dres Adidasa, T-shirt Quicksilvera, fluorescencyjne buty Nikea: „Super, widziałam to w telewizji, z tym piosenkarzem, nie pamiętam, jak się nazywa”. Blondynka (urażona): „Taa, nawet nie wiedziałam, że zrobili z tego książkę”. Brunetka (pouczająco): „No, to normalne, jak coś im wyjdzie, robią z tego wszystko, to jest biznes, jak »Fabryka Gwiazd«*”. Prócz aspektu rozrywkowego ta manifestacja nieprawdopodobnych wprost braków w wykształceniu ma w sobie, jak sądzę, coś rozpaczliwego. Owa rozpaczliwość przywodzi mi na myśl przepyszny cytat ze znakomitego eseju Natachy Polony Nos enfants gâchés [Nasze zmarnowane dzieci]: „A »Fabryka Gwiazd« staje się horyzontem dzieci zarówno z wyższych, jak i niższych klas społecznych. Córki ministrów wdzięczą się z ekranu jak modelki. Podziały społeczne zacierają się we wspólnym dla całej populacji marzeniu, by zatańczyć przed kamerami. Dziś wieczorem na pokładzie »Titanica« będzie bal”.

Odniesienie do słynnego parowca wydaje mi się tym bardziej zasadne, że katastrofalnego wpływu telewizji nie da się zamknąć w kilku frywolnych anegdotach. Trawi nas ona z niepokojącą stałością, niszcząc nasze człowieczeństwo. Pamiętam na przykład pewnego trzyletniego chłopca, tuż po operacji guza mózgu, płaczącego smutno naprzeciw ciemnego ekranu, gdyż matka zostawiła go samego i poszła gdzie indziej obejrzeć Plus belle la vie* [Piękniejsze życie],

„Sam pan rozumie – powiedziała wyrodna rodzicielka po powrocie – tutaj nie da się oglądać, on ciągle jęczy”.

Biedny dzieciak zmuszony płakać samotnie pośród przepracowanych ludzi w białych kitlach, bo jego matka musiała zaspokoić telewizyjny nałóg. Albo teleturniej, w którym ośmiu na dziesięciu uczestników – oczywiście wszystko było pozorowane, oni jednak o tym nie wiedzieli – zgodziło się na polecenie prowadzącej program torturować człowieka elektrowstrząsami82. Nie przejmując się szlochami i łzami ofiary, nasi początkujący Mengele okazali się zdolni zaaplikować nieznanemu człowiekowi potencjalnie śmiertelne wstrząsy o napięciu 460 woltów. Te najzupełniej zwyczajne osoby przeprowadzały „doświadczenie” aż do końca. Były bezwzględnie posłuszne nakazom prezenterki kapłanki.
Komentarz jednego z graczy:

„Powiedziano mi, że »tak trzeba«. Ci, którzy mi to mówili, chyba wiedzieli, co robią! No to ich słuchałem. Myślałem, że ten tam w środku się usmaży. Ale to już nie mój problem”.

Zdumiewające barbarzyństwo, które pod pewnymi względami przypomina brutalny gwałt na dziesięcioletniej dziewczynce popełniony przez dwóch z pozoru zwyczajnych nastolatków w wieku gimnazjalnym. Nasi mali oprawcy (jeden z nich był bratem ofiary) obejrzeli wcześniej film pornograficzny i najwyraźniej nie mogli się oprzeć pokusie małego prywatnego „the best of”. By nikt nie był pokrzywdzony, postanowili rozpowszechnić tę scenkę, nagraną telefonem komórkowym, w szkole84. Niektórzy powiedzą (wbrew najbardziej elementarnym naukowym pewnikom8S), że telewizja nie ponosi odpowiedzialności za tego rodzaju akty przemocy, ponieważ „za każdą z takich tragedii zawsze kryje się rodzinny dramat”34, a „w naszym stosunku do obrazów wszystko jest kwestią więzi, rodzinnych lub przyjacielskich” (podkreślenia moje). Te same osoby będą jednak również wyjaśniać, że „nastolatki szukają wzorców nawiązywania kontaktów z płcią przeciwną [i że] owe obrazy takie wzorce im zapewniają”. Jeśli ta sprzeczność was drażni, spróbujcie się nie oburzać.

„Specjaliści” lubią odwoływać to, co wcześniej powiedzieli! Niech ci, którzy mogliby w to wątpić, pozwolą mi na jeszcze jeden (mały) przykład, ot tak, dla przyjemności. W związku z ogromną liczbą alarmujących danych w 1999 roku Amerykańskie Stowarzyszenie Pediatryczne zdecydowanie odradziło rodzicom narażanie dzieci dwuletnich i młodszych na jakikolwiek kontakt z telewizją86 W 2002 roku Serge Tisseron w książce Les Bienfaits des images [Dobrodziejstwa obrazów], w rozdziale o uroczym tytule Du bébé gribouilleur au bébé zappeur [Od dziecka bazgrzącego do dziecka skaczącego po kanałach], podjął energiczną walkę z tym zaleceniem i z „rodzicami, [którzy] pragną uniemożliwić dziecku ćwiczenie umiejętności zmieniania kanałów. Co za błąd!”. Wystarczyło jednak, by społeczność naukową oburzyło utworzenie dwóch kanałów telewizyjnych adresowanych do najmłodszych dzieci, by nasz uczony proteusz żwawo zmienił front i współsygnowal artykuł wyjaśniający, że należy „pilnie stworzyć moratorium na działanie takich kanałów, póki nie będziemy wiedzieli więcej o wpływie telewizji na małe dzieci”. Jak lubił podkreślać Edgar Faure, były przewodniczący Zgromadzenia Narodowego, wykładowca akademicki, minister i senator, „to nie chorągiewka zmienia kierunek, lecz wiatr”. Skoro tak, by uniknąć tego wiatru, nie pozostaje nic innego jak kluczyć w swoich wypowiedziach. Nad stanowcze i odważne stwierdzenia „specjalista” od szklanego ekranu będzie więc często przedkładał język propagandy. Nie powie brutalnie: „Telewizja poważnie szkodzi psychicznemu i fizycznemu zdrowiu małego dziecka”, lecz orzeknie powściągliwie: „Telewizja nie jest a priori najlepszym sprzymierzeńcem w tej fazie rozwoju”. W ten sam sposób ów zręczny semantyk nie stwierdzi nigdy wprost, że „TF1 jest ohydną stacją”. Przyzna jedynie ostrożnie, że „TF1 to w ogólności stacja trudna do oglądania”. W jego ustach najbardziej plugawy i wulgarny reality show stanie się jedynie „rozrywką, która nieco przekracza granice”. W jakże eleganckich słowach można to wyrazić!

Spód góry lodowej

Niektórzy malkontenci ocenią zapewne, że powyższe ilustracje są zbyt mgliste, by były przekonujące. Niech się nie obawiają. Z telewizją jest jak z górami lodowymi: wierzchołek rzadko jest największy i najgroźniejszy. W tej dziedzinie również „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”*. Problem niestety w tym, że owo niewidoczne ujawnia się w faktach z trudem poddających się badaniu, a to z powodu dwojakiego rodzaju ograniczeń. Po pierwsze, prawie wszyscy oglądają telewizję. Otóż jest tak, że wpływ danego czynnika ryzyka podlega automatycznemu nie doszacowaniu, gdy ów czynnik rozkłada się jednolicie w badanej populacji, to znaczy, kiedy dotyczy wszystkich podmiotów i kiedy można porównywać jedynie stopień, w jakim są one na niego wystawione (wysoki versus niski). Po drugie, mechanizmu przyczynowego nie sposób zidentyfikować bezpośrednio, na drodze prostej, fenomenologicznej obserwacji, gdy jego działanie jest asynchroniczne. Krótki przykład powinien was o tym przekonać. Wyobraźcie sobie, że za każdym razem, gdy wkładacie kluczyk do zamka w drzwiach waszego samochodu, natychmiast włącza się klakson. Nie zajmie wam dużo czasu, by powiązać te dwa wydarzenia. A teraz wyobraźcie sobie, że przekaz sygnału jest tego rodzaju, że zachodzi opóźnienie – od kilku milisekund do kilku godzin, a nawet kilku lat – między dźwiękiem klaksonu a otwieraniem drzwi. W tej sytuacji zidentyfikowanie źródła problemu stanie się bardzo trudne (jeśli klakson uaktywni się po 2 godzinach jazdy, zamek w drzwiach nie narzuci się jako prawdopodobna hipoteza). Jedynie „twarde” podejście eksperymentalne pozwoli ewentualnie rozplątać ten kłębek. Dokładnie tak sprawa ma się z telewizją. Rzeczywiście, w tym przypadku brak zbieżności w czasie między ekspozycją na bodziec a zachowaniami maskuje łańcuch przyczynowy prowadzący od środka przekazu do objawów.

Wspaniałą ilustrację tego punktu stanowi przypadek zaprzeczenia mojej znajomej Sophie. Kiedy usiłowałem wyjaśnić tej raźnej 30-latce powody mojej antytelewizyjnej manii, jedyne, co od niej uzyskałem, to powtarzające się: „Mój biedaku, jesteś kompletnym paranoikiem. Serio, od grubości… maleńkości oglądam telewizję, i jakoś specjalnie od tego nie zdebilałam”. Niezależnie od cudownego lapsusu, do którego jeszcze wrócę, w zasadzie jest to prawda. Sophie jest salową w szpitalu. Jej cechy osobowości i profesjonalizm są jednomyślnie chwalone. A jednak dziewczyna chciałaby być pielęgniarką. Niestety, jako że trzykrotnie nie zdała pisemnego egzaminu dopuszczającego do zawodu, projekt spalił na panewce. Można zadać sobie pytanie, czy wczesny kontakt z telewizją nie kosztował Sophie tego duchowego naddatku, który rozstrzyga niekiedy o sukcesie lub porażce w sferze wykształcenia. Pozostawałoby to w zgodzie z licznymi badaniami dowodzącymi silnego negatywnego wpływu telewizji na uwagę, zdolność uczenia się i sukces edukacyjny w długim okresie. Jeśli chodzi o tę ostatnią kwestię, wykazano na przykład, że „średni czas spędzany na oglądaniu telewizji w dzieciństwie i okresie dorastania był w istotny sposób powiązany z faktem opuszczenia szkoły bez świadectwa oraz negatywnie powiązany z niepodejmowaniem studiów na poziomie uniwersyteckim. Ryzyko względne dla każdej godziny w tygodniu spędzonej na wieczornym oglądaniu telewizji, skorygowane ze względu na współczynnik inteligencji i płeć, wynosiło odpowiednio 1,43 i 0,75. Wyniki okazały się podobne dla mężczyzn i kobiet i nie zmieniły się po dodatkowym skorygowaniu ze względu na status socjoekonomiczny i zaburzenia zachowania obserwowane we wczesnym dzieciństwie” *.

Każda godzina dziennie spędzona przed telewizorem w okresie szkoły podstawowej zwiększała ryzyko zakończenia edukacji bez świadectwa o 43%, a prawdopodobieństwo, że podmiot nigdy nie zasiądzie w uniwersyteckiej auli, o 25% – przyznajmy, że te liczby są wymowne! Ale wróćmy do Sophie. Narzeka ona również na co innego: swój niski wzrost (168 cm!) i tuszę (54 kg!). Uważa, że jest „potwornie tłusta”, co popycha ją ku najbardziej katastrofalnym dietom. Tymczasem ogromna liczba prac sugeruje, że niewielkie ograniczenie kontaktu z telewizją w dzieciństwie nie tylko sprawiłoby, że jej wyobrażenie o własnym ciele byłoby mniej skrzywione, lecz także, potencjalnie, pozwoliłoby jej zyskać kilka dodatkowych centymetrów (telewizja ma negatywny wpływ na sen, który z kolei pozytywnie oddziałuje na wzrost). Smutnym zbiegiem okoliczności okazuje się, że u ojca Sophie rozwinęła się niedawno choroba Alzheimera. Mężczyzna również był zapamiętałym telewidzem. Można przypuszczać, że nie jest to jedynie przypadkowa koincydencja. Rzeczywiście, najnowsze badania wykazały, że oglądanie telewizji przyspiesza osłabienie funkcji poznawczych u ludzi starszych. Dowiedziono również, po uwzględnieniu długiej listy potencjalnych zmiennych towarzyszących, że prawdopodobieństwo zapadnięcia na chorobę Alzheimera rośnie aż o 30% z każdą dodatkową codzienną godziną oglądania telewizji między 40. a 60. rokiem życia. By zrozumieć ten ostatni wynik, trzeba zauważyć, że im aktywniej pobudzamy nasze funkcje poznawcze, tym mniejsze są szanse, że zachorujemy na Alzheimera. Oglądanie telewizji jest przeciwieństwem takiego pobudzania. Przekaz jest zatem bardzo prosty: jeśli chcecie chronić swój podeszły wiek, unikajcie gnuś-nienia przed telewizorem niczym rozlazłe krowy.

Co jest prawdą dla wieku starszego, jest nią również dla dzieciństwa. Niech za ilustrację posłuży nam mój znajomy Gilles. Podobnie jak Sophie, ten rozwiedziony ojciec postrzega mnie jako niebezpiecznego maniaka. Jego ulubiony argument: „Mój syn ogląda telewizję od najmłodszych lat i nie jest takim znowu głupkiem, wręcz przeciwnie”. Tymczasem nie trzeba specjalnie ciągnąć Gillesa za język, by się dowiedzieć, że ten genialny nastolatek ma poważne problemy z podporządkowaniem się szkolnym rygorom, nie panuje nad agresją, jest chronicznie niezdolny do skupienia się na danym temacie dłużej niż kilka minut, alarmująco uzależniony od markowych produktów, zdradza skłonność do otyłości i niepokojący pociąg do alkoholu. Zaczął nawet, jak to ujął jego ojciec, „palić jointy, głupek”. Niezależnie od wszelkiej oceny moralnej* można sądzić, że karmienie telewizją tego młodego człowieka nie pozostaje bez związku z powyższymi objawami. W ostatnim czasie liczne badania naukowe potwierdziły, że oglądanie telewizji sprzyja otyłości, rozwijaniu się zaburzeń uwagi, pojawianiu się agresywnych zachowań, wykształcaniu konsumpcyjnych wartości społecznych i podejmowaniu zachowań niebezpiecznych dla zdrowia (tytoń, alkohol, seks bez zabezpieczenia, narkotyki itd.). Jak to podsumowuje An-dreas Kappos na zakończenie obszernego przeglądu literatury: „Nie ma już żadnych wątpliwości, że telewizja i inne media elektroniczne negatywnie wpływają na psychiczne i fizyczne zdrowie dzieci. Zauważmy, że na liście ostatnio zidentyfikowanych szkód figuruje autyzm. Telewizja może być jednym z czynników wyzwalania tej choroby u dzieci predysponowanych.

Grunt to nie dać się przyłapać

Dane wyglądają więc na solidne. A jednak robi się wszystko, by pomniejszyć ich wagę. Najbłahsza negatywna opinia na temat telewizji prowokuje lawinę obelżywych epitetów: prohibicja, demonizowanie, fundamentalizm, moralizatorstwo, faryzeuszostwo, nieuczciwość, anachroniczność itd. Raport Kriegel o przemocy w telewizji jest zasmucająco symptomatyczny dla tej tendencji. Ta bardzo dobrze udokumentowana i raczej umiarkowana praca nie postulowała „żadnych zakazów”. Domagała się jedynie „poszerzonego programu mającego na celu trzymanie dzieci z dala od brutalnych widowisk” i precyzyjniejszych oznaczeń programów telewizyjnych, „bliższych europejskiej średniej”. Nie do przyjęcia dla kapłanów szklanego bóstwa. Za to nikczemne podżeganie Blandine Kriegel zawleczono pod pręgierz i nieledwie ukamienowano. Jej tezom zarzucano, że „sieją niepokój, by umożliwić zwiększenie kontroli”, podstępnie zachęcają do cenzury i prowadzą do wzmocnienia władzy państwa. Próbowano oddalić debatę, wskazując na potencjalną odpowiedzialność branży reklamowej.

Rozwodzono się nad uproszczeniami i słabością przedstawianych argumentów, wskazując, że Blandine Kregel wysunęła na pierwszy plan rolę telewizji, nie wspominając o możliwym udziale czynników społecznych, takich jak niestabilna sytuacja życiowa czy bieda. Mniejsza z tym, że większość badań naukowych cytowanych w raporcie uwzględniło te czynniki w swoich statystykach, pokazując, że wpływ obrazów przemocy istnieje niezależnie od inteligencji, płci, kategorii społeczno-zawodowej, poziomu wykształcenia rodziców itd. * Gdy telewizja jest zagrożona, trzeba umieć nieco upiększyć prawdę i ponaginać niesprzyjające fakty… a jeśli to nie wystarczy, zawsze można dyskredytować, tu piętnując zupełnie niewinną niespójność, tam oczywisty brak empatii: ależ Blandine, po co tyle nienawiści, „wszyscy jesteśmy dorośli i odpowiedzialni, sami też mamy dzieci”. Wreszcie, jeśli wszystko to okaże się niewystarczające, można podważyć użyteczność badań, a to na tej podstawie, że cytowane prace pochodzą przede wszystkim z Ameryki, barbarzyńskiego kraju, gdzie „droga od pragnienia zabijania do czynu jest o wiele krótsza niż gdzie indziej”. Tu również mniejsza o fakty. Mniejsza o to, że analogiczne badania przeprowadzono w Europie Wschodniej, Zachodniej, Centralnej, Północnej i Południowej, wjaponii, w Izraelu, Australii, Argentynie, Nowej Zelandii itd.” Mniejsza o to, że – zgodnie z wnioskami z raportu przedstawionego przez Jo Groebela dyrektorowi generalnemu UNESCO – pomijając lokalne odchylenia kulturowe, „ogólny wzorzec konsekwencji obecności przemocy w mediach jest podobny na całym świecie”. Tak czy inaczej, kto ma czas sprawdzać u źródeł stanowcze stwierdzenia naszych wielkich specjalistów? Grunt to nie dać się przyłapać! Ale nie upadajmy na duchu: ten fenomen zaprzeczania nie jest specyficzny dla Francji. Dotyczy mediów na całym świecie. I tak, jak pisze pod koniec szeroko udokumentowanego przeglądu badań Victor Strasburger, naukowiec i profesor pediatrii w Szkole Medycznej Uniwersytetu Nowego Meksyku: „W 1954 roku senator Estes Kefauver, przewodniczący senackiego podkomitetu ds. przestępczości młodych, jako pierwsza osoba publiczna otwarcie zakwestionował konieczność pokazywania przemocy w programach telewizyjnych. Odpowiedź ze strony przemysłu audiowizualnego była taka, że być może istnieją pewne zagrożenia, ale potrzebna będzie większa liczba badań. Dziś, po wielu setkach badań, przemysł audiowizualny zaprzecza wpływowi przemocy w mediach na dzieci i nastolatki. Tymczasem w żadnej innej dziedzinie związanej z mediami nie przeprowadzono tak dogłębnych badań, dostarczających tak przekonujących wyników. W istocie związek między przemocą w mediach a przemocą w realnym życiu jest mniej więcej tak silny jak związek między nikotynizmem a rakiem płuc”. Trudno o bardziej przejrzystą wypowiedź bez otwartego mówienia o dezinformacji – skądinąd takim właśnie słowem posłużyli się niedawno Brad Bushman i Craig Anderson po szczegółowym przeanalizowaniu rozziewu istniejącego między dostępnymi danymi naukowymi z jednej strony a uspokajającymi tezami rozpowszechnianymi przez media i ich oddaną armię pseudoekspertów z drugiej.

Pozostańmy jeszcze chwilę przy temacie przemocy, ponieważ to na nim zdaje się skupiać poważna część debat dotyczących telewizji. Wprowadźmy jednak małą zmianę: oddalmy kwestie obrazów i treści i zajmijmy się zagadnieniem rozwoju dziecka. Jak to podkreśla Marie Winn, „kiedy pojawiła się telewizja, rodzice nie omieszkali dostrzec, jak nieprawdopodobną wygodę im ona daje: wciśnięcie wyłącznika mogło zmienić ich dziecko – całkowicie, choć tylko na pewien czas – z istoty energicznej, hałaśliwej, natrętnej, złaknionej działania, doświadczeń i potrzebującej nieustannej opieki i uwagi w posłuszną, cichą i niewymagającą obecność”. A jednak, kontynuuje autorka, „kiedy przekręcamy włącznik, zapominamy wziąć pod uwagę, że rzeczy, które dzieci robią i które przysparzają tylu kłopotów rodzicom – eksplorowanie, działanie i niekończące się doświadczanie przyczyn i skutków – są dla nich korzystne, a nawet niezbędne. Rodzice powinni wziąć pod uwagę, że radzenie sobie z trudnymi zachowaniami dzieci przez całkowite ich eliminowanie za pomocą telewizji nie różni się wiele od sytuacji, gdy hamujemy naturalne zachowania dziecka, grożąc mu karą fizyczną. Jest też zaskakująco podobne do pojenia dziecka laudanum lub dżinem, by je uspokoić”. Dziwnym trafem o przemocy w odniesieniu do rozwoju dzieci nikt nie mówi (albo prawie nikt). Wszyscy przejmują się treścią telewizyjnych programów, natomiast nikt nie wydaje się niepokoić naturą samego medium. Tymczasem, unieruchamiając nasze maluchy przed ekranami, nie tylko wystawiamy je na mniej lub bardziej stosowne dla nich programy, lecz także pozbawiamy je całej masy kluczowych dla ich rozwoju doświadczeń. Moglibyśmy więc zwrócić nasze obawy nie w stronę tego, co telewizja wywołuje, lecz tego, co hamuje i uniemożliwia przez samą swoją obecność. Rozważmy, tytułem ilustracji, proces uczenia się języka. Oto dziedzina – jak słyszymy – doskonale współgrająca z telewizją.
Krzykliwe oświadczenia wydawców i dystrybutorów treści audiowizualnych na temat ich edukacyjnych zalet są w tym względzie pouczające. Firma Brainy Baby oświadcza mianowicie, że ich wideo skierowane do dzieci w wieku 6-36 miesięcy uczy maluchy „języka i logiki”. Baby Einstein wyjaśnia, że ich DVD dla dzieci rocznych i starszych „wzbogaca słownictwo dziecka poprzez piękno poezji, muzyki i natury”. W BabyTV, stacji dla najmłodszych, dowiadujemy się przy okazji serialu Leni, że „historyjki i rymy wspomagają naukę języka”. Zresztą, by nadać realny kształt temu twierdzeniu, stacja dołącza obszerny zbiór entuzjastycznych opinii widzów. Christine pisze: »Moja córka ma szesc lat i od urodzenia ogląda BabyTV. Od niedawna ma swoje ulubiony filmy animowane, a wieczorem uwielbia la lanterne magique, szkoda że nie było wcześniej takiego kanału”*. „Oczywiście – uzupełnia Laura – jak wielu rodziców nie jestem za tym żeby dzieci za dużo przesiadywały przed telewizorem ale tu, chodzi o kanał edukacyjny więc nie szkodzi, jeśli dłużej pooglądają. dziękuję”**. Ten sam pogląd wyznaje moja znajoma Véronique, która mówi, że nie będzie „przecież wyrzucać Paula [swojego dwuletniego syna] z salonu, kiedy ogląda programy o gotowaniu, teleturnieje czy seriale”.
I dodaje:

„Nie rozumiem, jaki w tym problem, jeśli ze mną jest, zresztą niezależnie od tego, czy ogląda, czy nie. Często powtarza sformułowania, które usłyszał w telewizji. Za każdym razem mnie zamurowuje. Naprawdę nie wiem, co mogłoby być w tym złego, uczy się mnóstwa rzeczy”.

W rzeczy samej, mnóstwa rzeczy, jeśli tylko pominiemy fakt, że najnowsze badania dowodzą silnego związku między pojawieniem się trudności językowych u dzieci i wczesnym kontaktem z „edukacyjnymi” DVD lub wideo, rozrywkowymi filmami animowanymi, programami bez ograniczeń wiekowych czy po prostu telewizorem grającym w de64. Na przykład, każda godzina dziennie treści „edukacyjnych” między 8. a 16. miesiącem życia przekłada się na zubożenie słownictwa rzędu 10%128. Podobnie, 2 godziny dziennie kontaktu z programami telewizyjnymi bez ograniczeń wiekowych między 15. a 48. miesiącem życia prowadzą do potrojenia ryzyka wystąpienia opóźnień w rozwoju językowym. Ryzyko to wzrasta nawet sześciokrotnie, jeśli pierwszy kontakt ze szklanym ekranem nastąpił, zanim dziecko skończyło rok. Jak to będę miał później okazję pokazać w szczegółach, te początkowe deficyty mają wszelkie szanse trwać w czasie i w dłuższym okresie utrudnić dziecku zdobycie wyższego wykształcenia i wejście w rolę społeczną.

Faktycznie, są powody do radości i ogłaszania wszem i wobec wraz z Serge em Tisseronem: „Niech żyją dzieci obsługujące pilota„!
Tak naprawdę trafniejsze byłoby mówienie o dziecku „samoobsługowym” jeśli wziąć pod uwagę, że jednym z pierwszych efektów, jakie wywiera telewizja, jest drastyczne zmniejszenie ilości i jakości interakcji rodzic-dziecko”. Tymczasem te interakcje są kluczowe dla rozwoju języka”. „Ale to chociaż wyrabia ucho” rzuciła z nadzieją Isabelle, z którą rozmawiałem. Odkąd urodziła, ta samotna matka z dyplomem w dziedzinie handlu międzynarodowego zalewa swojego teraz dziesięciomiesięcznego syna anglojęzycznymi DVD. „To ważne – zwierza się każdemu, kto chce słuchać. – Popatrz na siebie, po ośmiu latach spędzonych w Stanach nadal masz koszmarny akcent i wciąż nie jesteś w stanie odróżnić beach [plaża] od bitch [suka]”. To prawda! A jednak wczesna ekspozycja na treści audiowizualne bynajmniej by mi nie pomogła. Jak to wykazało pewne pomysłowe badanie, kiedy dziewięciomiesięczne niemowlęta posadzić przed rodowitym użytkownikiem man-daryńskiego, zachowują dużą zdolność rozróżniania dźwięków tego języka. Kiedy dzieci posadzić przed filmem wideo, na którym zarejestrowany jest ten sam Chińczyk, w ogóle nie zachowują tej zdolności. Jedyne, co zyskał syn Isabelle na niemal obsesyjnej trosce swojej matki, to zagarnięcie cennego czasu przez aktywność w najlepszym razie bezcelową, a w najgorszym po prostu destrukcyjną. Jest to tym bardziej niekorzystne, że małe dzieci bez trudu sypiają po 16 godzin na dobę, co, kiedy odejmiemy momenty poświęcone na czynności fizjologiczne (karmienie, kąpiel, zmiana pieluch), zostawia dość mało czasu na stymulowanie mózgu poprzez kontakt z realnym światem*! Okroić ten czas, nawet o 1 czy 2 „króciutkie” godziny dziennie, to wyrządzić dziecku ciężką krzywdę. Dramat, powiedzmy to raz jeszcze (w tej kwestii nigdy dość powtórzeń!), polega na nieoczywistym charakterze zachodzących tu relacji przyczynowych. Ekspozycja na treści audiowizualne nie sprawia, że dzieci stają się w widocznym stopniu upośledzone czy opóźnione. Nie ogłupia ich jawnie. Ogranicza jedynie pole ich doświadczeń i, de facto, uniwersum ich możliwości.
Mogłyby może mieć na poziomie 150, a musi im wystarczyć 110. Mogłyby może cieszyć się literacką śmiałością Tomasza Manna, a tak przyjdzie im się zadowolić jedynie poprawnym piórem. Mogłyby może dorównać uderzeniem Federerowi, a poprzestaną na rozgrywaniu drugorzędnych turniejów. Skąd po fakcie mielibyśmy wiedzieć, jak wysoko wyrosłoby drzewo, gdyby osłonić je przed telewizyjnym wiatrem? Oczywiście łatwo będzie voxpopuli przeczyć choćby najmniejszej szkodzie wyrządzanej przez telewizję: popatrzcie, powiedzą nam, oglądali telewizję i całkiem nieźle sobie radzą, wcale nie wyrośli na idiotów. Nikt jednak nie zada pytania: co skradły im te długie godziny spędzone przed ekranem? Z całą pewnością zasadność tego pytania nie ogranicza się do najmłodszych. Dotyczy ono również dzieci w wieku szkolnym i nastolatków. Tym zatem, co trzeba przebadać, jest kreatywność, fantazja, towarzyskość, osiągnięcia szkolne, czytanie, ogólna kultura intelektualna i zdolności motoryczne. Będziemy mieli okazję w szczegółach powrócić do każdego z tych punktów w dalszych partiach książki.

Żyć bez telewizji

W obliczu powyższych danych ja i moja żona Caroline prawie dwa lata temu postanowiliśmy drastycznie ograniczyć naszą konsumpcję telewizyjną i kontrolować ekspozycję naszych dzieci na treści audiowizualne. Sądziliśmy, że bez wielkiego wysiłku możemy selekcjonować treści i panować nad czasem spędzanym przed ekranem. Jak tylu innym przed nami, przyszło nam szybko spuścić z tonu. Telewizja była zbyt kusząca, zbyt użyteczna, zbyt praktyczna, by ją bezboleśnie odstawić. Każde uzasadnienie było dobre, by uciszyć dzieci, unieruchamiając je przed odbiornikiem. Wszystkie wymówki pozwalające podważyć najbardziej podstawowe z przyjętych przez nas reguł (zero telewizji przy posiłkach; zero włączania na chybił-trafił itd.) były mile widziane. Ciężki dzień w pracy, doznana przykrość, kłótnia, przejściowa słabość i ekran ożywał, odrywając nas od świata. Często wieczorem zwalałem się na kanapę jak bezwolny tobół, przeklinając szaleństwo egzystencji, która nie zostawia mi „na nic czasu”! Najwyraźniej nie dotarł do mnie w pełni sens zdania: „Typowy widz w wieku powyżej 15 lat każdego dnia spędza przed telewizorem 3 godziny i 40 minut”. Zastanówcie się nad tym: 3 godziny i 40 minut dziennie to, z grubsza, 20-25% czasu, kiedy nie śpimy, i 75% naszego czasu wolnego!
To również 1338 godzin rocznie, czyli 56 dni (prawie dwa miesiące!). Jeśli będziecie żyli 81 lat, czego statystycznie macie prawo oczekiwać, ostatecznie oddacie telewizji 11 lat życia (nie Ucząc filmów wideo i DVD)*. 11 pełnych lat, to jest ponad 4 tysiące dni i tyleż nocy spędzonych na wpatrywaniu się w ekran niczym rozlazłe ślimaki. I to nawet bez przerwy na siusiu w trakcie. Oczywiście możemy też uwzględnić, że nie sposób się obyć bez snu, i zaproponować liczenie czasu spędzanego przed telewizorem w zestawieniu z 16,5 godziny dziennie „czasu czuwania”! W ten sposób zwiększymy nasz wynik do 16 lat. Szesnaście lat cennego życia, których zrzekamy się na rzecz TF1 i spółki! Jeśli odniesiemy te rozważania do całej francuskiej populacji, otrzymamy obłędną liczbę 77 miliardów godzin zmarnowanych przed teleodbiornikami*, czyli mniej więcej sumę godzin przeżytych przez rok przez dziewięć milionów osób! Nasze dzieci niestety nie pozostają w tyle: uczeń szkoły podstawowej spędza każdego roku więcej czasu w towarzystwie telewizora niż swoich nauczycieli (odpowiednio 965 i 864 godziny)**! Ale, rzecz jasna, jak to napisał Luc Ferry w czasach, gdy był ministrem do spraw młodzieży, edukacji narodowej i nauki, roztrząsanie tych „strasznych statystyk” byłoby robieniem z telewizji „łatwego kozła ofiarnego”. Czy nie należałoby jednak uznać, że nieroztrząsanie tych strasznych statystyk oznacza traktowanie telewizji z nadmierną pobłażliwością?

Pokonawszy liczne trudności, udało nam się w końcu, mnie i mojej żonie, ograniczyć czas spędzany przez naszą rodzinę przed telewizorem. Wbrew wszelkim oczekiwaniom niedostatek obrazów nie spowodował żadnego kryzysu. Wręcz przeciwnie, im dalej postępował proces odstawiania, tym mniej był dla nas przykry. Kiedy Valentine skorzystała z chwili naszej nieuwagi, by wypróbować na płaskim ekranie nowe flamastry, myśl o kupnie nowego telewizora nawet nie przemknęła nam przez głowy. Żegnajcie Guignols. Bywaj Secret Story. Koniec z CSI. Ciao Jo-sephine. So long Ligo Mistrzów. Kiedy wynosiłem odbiornik do piwnicy, przypomniało mi się słynne zdanie z Guignols de ‚info: „A teraz możecie wyłączyć telewizory i wrócić do normalnego życia!” To mało powiedziane! Dwanaście miesięcy abstynencji całkowicie odmieniło nasze życie. Ustały konflikty związane z tym, kto trzyma w ręku pilota. Rozmowy w rodzinnym kręgu przychodzą nam z większą łatwością, zwłaszcza przy posiłkach. Dziewczynki sprawiają wrażenie spokojniejszych, uważniejszych wobec otoczenia. Nie wydaje się, by brakowało im telewizji. W każdym razie nie domagają się jej powrotu. Starsza przestała (w dużej mierze) zadręczać nas konsumpcyjnymi żądaniami i znacznie poprawiła stopnie. Nic nie wskazuje na to, by między nią a rówieśnikami wyrosła przepaść. Przeciwnie, jej życie towarzyskie intensyfikowało się, w miarę jak zapominała o telewizji. Wieczorami, zamiast gnuśnieć przed ekranem, czyta, maluje, rysuje, dokazuje, odrabia lekcje, ożywia swoje plastikowe figurki, bawi się lalkami, wznosi najprzeróżniejsze mniej lub bardziej stabilne budowle lub po prostu korzysta z okazji, by nic nie robić. Skądinąd ten czas „wolny” dał jej dostęp do dziwnego doświadczenia, którego telewizja jak dotąd jej pozbawiała: nudy. Nie jest, ona bynajmniej czymś jałowym, w tym sensie, że daje początek pragnieniu, kreatywności, myśli skierowanej w przyszłość”. Zgodnie z niedawno przeprowadzonym badaniem, kiedy umysł wędruje, kiedy myśl się rozprasza, dochodzi do silnego pobudzenia obszarów mózgowych zaangażowanych w procesy twórczego rozumowania i rozwiązywania problemów. Efekt jest tym wyraźniejszy, im bardziej podmiot jest nieświadomy, że jego myśli błądzą. Innymi słowy, gdy się nudzimy, nasz mózg pracuje, choć o tym nie wiemy.
Czas „stracony” nie jest więc daremny. Jest głęboko twórczy. Jak napisał Miguel de Unamuno w swojej wspaniałej Mgle:

„Nuda jest treścią życia! Nuda wynalazła rozrywki, gry, romanse, miłość !”.

Nawet Cioran zdawał się tak sądzić, kiedy twierdził z głębin swojego bezapelacyjnego nihilizmu, że

„Nuda dokonuje cudów: przemienia pustkę w substancję, ba, sama jest karmiącą pustką”.

Nawet jeśli jeszcze tego nie mówi, Valentine również zdaje się „nudzić” od czasu do czasu. Siada wtedy na kanapie i głaszcze się po twarzy uchem ulubionej przytulanki. Kilka miesięcy temu takie chwile były po prostu nieosiągalne, gdyż wypełniał je ciągły strumień obrazów i dźwięków. Odkąd wyprawiliśmy z domu telewizor, mała sprawia wrażenie mniej pobudzonej i chętniej chodzi spać o wyznaczonej porze. Kiedy się nie „nudzi”, działa, jest w ciągłym ruchu, mówi, pyta, sprawdza, eksperymentuje; krótko mówiąc, buduje swoją osobę, doświadczając świata. Niekiedy oczywiście ten rozszalały dynamizm sprawia, że z tęsknotą wspominamy telewizyjne laudanum. Nic jednak nie mogłoby nas skłonić do cofnięcia się do poprzedniego stanu rzeczy. Jak pisze Alexandre Lacroix, filozof i zagorzały obrońca idei No TV:

„Jednakże miałem poważny powód, by zdecydować, że będę żył bez telewizji. Powód ten jest osobisty i egzystencjalny. Wiąże się ze sferą odczuć. Rzecz można streścić następująco: bez telewizji życie wydaje mi się piękniejsze”.

Czy popadam, jak często słyszę, w przesadę, paranoję, histerię i wstecznictwo? Być może. A jednak, zanim czytelnik się z tym zgodzi i machnie ręką na niniejszą książkę, tak jak odpędziłby uprzykrzonego owada, chciałbym, by zadał sobie trzy małe pytania. Czy telewizja rzeczywiście zasługuje na to, by oddać jej 16 lat życia? Czy nasze dzieci nie są powołane do niczego więcej niż zaoferowania Coca-Coli „czasu dostępu do [swojego] mózgu”? Czy naukowe świadectwa szkodliwego wpływu telewizji na naukę języka, wyniki w nauce, sukces społeczny, kulturę, zdrowie, dobrobyt czy poziom agresji nie są wystarczająco niepokojące, by uzasadnić zastosowanie ścisłej zasady ostrożności? Niech każdy sam to rozstrzygnie, dla siebie i swoich dzieci. Jeśli o mnie chodzi, sprawa jest zamknięta!

str.113
(…)
Teleogłupianie - wyniki testów
Wykres 1: Porównanie zmian poziomu upowszechniania się medium audiowizualnego (lewa podziałka pionowa, odwrócona – wartości rosną w dół – krzywa przerywana) i wyniku części werbalnej testu SAT (prawa podziałka pionowa, krzywa ciągła) w funkcji czasu (oś pozioma). Można zauważyć, że krzywe biegną równolegle w odstępie czasowym około 17-18 lat, co odpowiada okresowi koniecznemu, by dzieci, które dorastały w domu wyposażonym w telewizor, przystąpiły do egzaminu SAT*.

SAT* – werbalny jest standaryzowanym testem kompetencji językowej, który przechodzi większość amerykańskich studentów podejmujących studia wyższe. Między 1965 i 1980 rokiem wyniki uzyskiwane w tym teście gwałtownie się załamały. By wyjaśnić to dziwne zjawisko, wysuwano rozmaite hipotezy, niższe finansowanie systemu szkolnego, wzrastająca niekompetencja nauczycieli, masowy napływ studentów wywodzących się z mniejszości afroamerykańskiej i hiszpańskiej, wzrost złożoności egzaminu itd. Żadne z proponowanych wyjaśnień nie okazało się zadowalające. Dopiero dzięki Marie Winn i niedawnej reedycji jej książki The Plug-in Drug [Narkotyk z wtyczką] dostrzeżono możliwe rozwiązanie tej zagadki. Autorka zauważyła, że obniżenie wyników SAT werbalnego odwzorowywało, z dokładnością do okresu koniecznego, by skutki dały o sobie znać, krzywą upowszechniania się telewizji w Ameryce.

* – SAT: wcześniej Scholastic Aptitude Test, obecna nazwa to SAT Reasoning Test

str.170
(…)
Analizy pokazały, że bogactwo rysunku stopniowo malało w funkcji ekspozycji na treści audiowizualne. Dzieci oglądające telewizję krótko (30 minut i mniej) zdobywały do 10 punktów, podczas gdy oglądające długo (3 godziny i więcej) zatrzymywały się na 6. Średni konsumenci (2 godziny) oscylowali wokół 8,5 punktu. Jakościowy sens tych różnic liczbowych łatwo uchwycić dzięki poniższym rysunkom, prezentowanym przez autorów badania jako reprezentatywne (zob. rysunek)*. Kiedy oglądam ten rysunek, nie mogę nie myśleć o wszystkich tych opuszczonych dzieciakach oddanych w ręce TeleOpiekunki. Pochwały obrazu lansowane przez kłamliwych pseudopsychologów wydają się nagle nieskończenie mniej śmieszne.
Teleogłupianie - więcej niż 180 minut dziennie

 Żelazne ciało Ninja – Ashida Kim – fragmenty

Pamiętaj nigdy nie patrz na swojego przeciwnika z góry [tj. nie czuj się kimś lepszym od niego, ani z dołu [tj. nie czuj się kimś gorszym], ażeby nie zaślepiła cię pewność siebie ani nie obezwładniła niepewność. Wszyscy mają równe szanse w Grze Życia i Śmierci”. Rozwijanie ciała i umysłu nie czyni Cię „lepszym” od nikogo. Dzięki temu jednak staniesz się lepszy, niż jesteś teraz, pod względem zdrowia, długowieczności i zro­zumienia. Trudno o szlachetniejszą misję.

Kiedy „powracasz do świata” po „przebudzeniu” wszystko co na początku tej podróży wydawało Ci się ważne, blednie i staje się bez znaczenia w obliczu nowo uzyskanego doświadczenia wewnętrznego spokoju. Już nigdy nie będziesz patrzeć na świat tak jak dawniej. Porzucisz przywiązanie do rzeczy materialnych, a tym samym staniesz się odporny na intrygi i podstępy tych, którym wciąż wydaje się, że te rzeczy są ważne. Będziesz jednak lepiej rozumieć, dlaczego postępują oni tak a nie inaczej, gdyż będziesz pamiętać, że sam kiedyś byłeś taki jak oni. W tej podróży nic nie tracisz, wszystko pamiętasz, a przy tym po raz pierwszy widzisz to jasno. I pamiętaj, aby pomóc co najmniej dziesięciu, tak jak Ty to odkryłeś, o co w tym wszystkim chodzi.

Właściwie tak samo jest z dzisiejszymi ninja. Nie rozko­szują się oni opowieściami wojennymi ani przechwałkami na temat własnej sprawności bojowej, ponieważ wiedzą, że nawet mistrz może w każdej chwili zostać przez kogoś pokonany. Nie chełpią się też własnym rodowodem. W daw­nych czasach, gdy „agent” wyruszał z „misją”, było to tak, jak gdyby nigdy się nie narodził, nigdy nie dorastał w swo­jej wsi, nigdy się nie ożenił ani nie miał dzieci, nie upra­wiał pól ani nie łowił ryb w sadzawce. Nigdy nie istniał. Kiedy wracał, było to tak, jak gdyby nigdy nie wyjechał.
Owe wyprawy zresztą nie były czymś pospolitym, nie po­dejmowano ich samowolnie ani nie powierzano dużej licz­bie osób. Jeden właściwy człowiek na właściwym miejscu może zmienić bieg historii. A tego, który zrealizował siebie, stać na wszystko. Ninja nie wprawiali się specjalnie w pod­kradaniu się do wartowników czy wspinaniu na mury. Po prostu znajdowali się oni w takiej harmonii z naturą, że owe zadania były dla nich łatwe, kiedy sytuacja tego wyma­gała. I nawet posiadając całą tę moc, bardzo mało wtrącali się w sprawy zwykłych ludzi, wierząc, że z czasem ci mniej oświeceni znajdą, tak jak oni, nauczycieli, którzy wskażą im właściwą drogę i ujawnią im ich własną „tygrysią twarz” – ich prawdziwe, boskie Wewnętrzne Ja.
Nie ćwiczyli się też w technikach zadawania śmierci. Nauka medycyny dawała im wiedzę o anatomii, lecz zda­wali sobie sprawę, że jeśli odetniesz głowę węża, całe jego ciało obumiera” i że „jeden kamień wrzucony do sta­wu wywołuje wiele kręgów na powierzchni”. Dlatego, jeśli było to konieczne, „usypiali” wodza, dawali mu spokój, ja­kiego nigdy by nie zaznał w świecie iluzji, i tym jednym aktem powstrzymywali cała armię, wojnę lub tyrana. To dlatego zdobywali sobie raputacje „niewidzialnych morderców”, którzy potrafią przenikać przez ściany, przedostawać się wszędzie niepostrzeżenie i znikać bez śladu
Alchemia zatem, taka jaką opisują Lao Cy i Ko Hung, jest nauką o transmutacji; polega ona na tym, że poprzez ćwiczenia oddechowe i ruchy lecznicze oddziałuje się na składniki odżywcze, wchłaniane przez organizm z pożywienia, wody i powietrza, z takim skutkiem, iż „kości stają się żelazem, a skóra nefrytem”. Tego sformułowania pojawiającego się w starożytnych tekstach nie należy rozumieć dosłownie, że kości faktycznie zmieniają się w metal. Chodzi o to, że stają się one zdrowe, mocne i sprężyste. Ludz­kie kości mogą wytrzymać nieprawdopodobne naciski; dobrze odżywiane i ćwiczone, mogą być względnie wolne od katabolizmu, efektu starzenia się, który wpływa na ich łamliwość.
Skóra też nie zmienia się dosłownie w nefryt. To jeszcze jeden przykład symbolicznego, czy też poetyckiego, przedstawienia owych tajemnic. Wyrażona jest tu myśl, że skóra będzie zdrowa i elastyczna; każdy porządny lekarz powie, że najlepszą ochroną przed infekcjami jest czysta, niepopękana skóra (pamiętaj, że w dawnych czasach, kiedy powstało owo określenie ludzie umierali na tężec, który brał się z zakażenia otwartych ran)
Mówimy więc o ćwiczeniach, które dają zdrowie i przedłużają życie. Dzieje się tak, ponieważ oddychanie zmienia pH krwi, a wówczas gruczoły dokrewne zachowują aktywność i produ­kują hormony, dzięki którym ciało pozostaje młode i silne.
Niektórzy sądzą, że alchemia polega na zmienianiu oło­wiu w złoto. Jest to błędne wyobrażenie, zrodzone w epoce feudalnej wśród europejskich alchemików, którzy myśleli, że metale – ołów, rtęć i złoto – wspominane w przetłumaczonych z chińskiego traktatach, opisujących „proces wewnętrznej destylacji” czy też, inaczej mówiąc, transmu-tacji, należy rozumieć dosłownie, a nie jako poetyckie symbole chemii naszego wnętrza.
Zmiana ołowiu w złoto jest możliwa na poziomie ato­mów, ale nie mamy tu na nią przepisu. To, o czym mówi­my, oznacza posługiwanie się własnym organizmem w taki sposób, aby „zbierać, doskonalić i wprawiać w obieg ener­gię qi” – proces ten anatomicznie bardzo przypomina de­stylację spirytusu z napoju alkoholowego, uzyskanego z kolei z przetworzenia różnych soków owocowych. Oddychając, „zbieramy”; zmieniając tempo oddechu i pH krwi, rafinuje­my albo „doskonalimy”; zachodząca wówczas reakcja che­miczna sprawia, że „esencja” się „wygotowuje” i nabiera większej mocy. Tak powstały „eliksir” działa jak wewnętrz­ne lekarstwo i odżywka, która pozwala ciału w większym stopniu urzeczywistniać swoje możliwości.
Alchemia ninja – ta prawdziwa alchemia, gdy już rozu­miemy znaczenie symboli – nie jest kluczem do szybkiego zdobycia bogactwa, ponieważ nie ołów będziemy zmieniać w złoto, tylko niskie pierwiastki ja i ciała zostaną przeisto­czone, podniesione na wyższy poziom (staną się „złote”), co zapewni nam długowieczność.

W literaturze można spotkać wiele opowieści, w których sławne postacie chętnie by się wyrzekły swego bogactwa, gdyby tylko mogły w zamian pożyć trochę dłużej. Osoby te zużyły mnóstwo sił, gromadząc władzę, i zapłaciły za to pewną cenę. W pogoni za sukcesem doprowadziły się do stanu wyczerpania, a teraz jedyne, czego pragną, to odzy­skać stracony czas.
Są też legendy o postaciach, które żyły niesłychanie długo, a które najczęściej żaliły się, że widząc przemijanie całych pokoleń zwyczajnych śmiertelników, odczuwają straszliwą samotność. Tak prawdopodobnie byłoby z nieśmiertelnym człowiekiem, zważywszy na filozoficzną naturę naszego ludzkiego rodzaju.
Był sobie kiedyś uczeń, który dążył do Nieśmiertelności. Zapytany, jak będzie wykorzystywać czas potem, kiedy już osiągnie swój cel, odrzekł: „Będę pracować nad tym, żeby zgromadzić jeszcze więcej dodatkowego czasu”, na co jego nauczyciel odparł: „Nieśmiertelność jest rzeczą absolutną. Gdyby można było ją osiągnąć, byłbyś tu już od zawsze. Najlepsze, o co możesz się modlić, to życie dwustu lub trzystuletnie, abyś zdążył się znudzić wystarczająco, by chętnie przejść na następny poziom. A jeśli uda ci się zajść tak daleko, bądź człowiekiem przynajmniej na tyle, żeby podzielić się z innymi tym, co odkryłeś”. Obowiązek ten spoczywa więc także na tych wszystkich, którzy chcieliby zostać alchemikami.
Ci, którzy kroczą Milczącą Ścieżką, jak bywa nazywana nauka transformacji praktykowana przez ninja, potrafią dostrzec „schemat Wszechświata”, o czym można przeczy­tać w objaśnieniach do obietnicy Ko Hunga. Wiedz, że me­tody kontroli oddechu oraz ćwiczenia pomagające osiągnąć długowieczność i Nieśmiertelność i obdarzające człowieka mistycznymi zdolnościami, takimi jak Żelazne Ciało, są w istocie naturalnymi, wrodzonymi możliwościami każde­go człowieka.
Tym, co odróżnia ninja od zwykłych ludzi, jest ich wraż­liwość, samoświadomość – świadomość własnego ja – dzięki której mogą do pewnego stopnia sprawować kontrolę nad tym stanem swego istnienia, podczas gdy ci drudzy są zda­ni na łaskę żywiołów, nie wiedząc, że posiadają taką wro­dzoną zdolność. To właśnie owa świadomość własnego ja sprawia, że inni uważają ich za „oświeconych”.

Zanim zacząłeś oddychać powietrzem, oddychałeś wodą, bezpiecznie ukryty w łonie matki. Wszystkie, chociaż pro­ste, twoje potrzeby były zaspokajane, a wszystkie twoje ambicje się urzeczywistniały. Potem przyszedł wstrząs po­rodu. Nagle zostałeś wypchnięty w próżnię wypełnioną in­tensywnym światłem i dźwiękami. Brakowało ci powietrza, twoje płuca się opróżniły i wciągnąłeś w nie pierwszy haust tego nowego świata. A potem było po wszystkim. Rozpoczę­ła się nowa egzystencja.
Byłeś wyposażony we wszystko, czego potrzebowałeś do przetrwania i dobrego radzenia sobie w tym nowym świe­cie, więc zacząłeś poznawać go swymi nowymi zmysłami i one właśnie przywiodły cię do tego miejsca.
Dlaczego więc miałbyś wątpić w to, że tak samo będzie z umieraniem? Chwila dyskomfortu, a potem nowa rzeczy­wistość do poznawania! Dlaczego w takim razie nie zapo­mnieć o Nieśmiertelności i nie popełnić samobójstwa, sko­ro to, co ma być potem, jest takie wspaniałe?
Otóż dlatego, że są tu inni, którzy o tym jeszcze nie wiedzą, których trzeba uspokoić i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Trzeba ich nauczyć, że są panami własnego losu i kapi­tanami okrętu własnej duszy. Dickens zaczyna jedno ze swych dzieł słowami: „Zrozumiałem, że jeśli moje życie miałoby mieć jakiegoś bohatera, to niechybnie byłbym nim ja sam”.

Mówimy, że człowiek nie może zmienić świata, i to praw­da. Może jednak przedłużyć chwilę. Mędrcy starożytnych Chin, którzy dawno opanowali techniki zapewniające zdro­wie i długowieczność, przemierzali kraj w poszukiwaniu królestwa, w którym ludzie byliby szczęśliwi, a władca był­by człowiekiem dobrej woli. Zgłaszali się na jego dwór i oferowali, że wprowadzą go w tajemnice nieśmiertelno­ści, aby jego panowanie mogło trwać, a lud długo cieszył się dobrobytem.
Tak samo jest z każdym prawdziwym Nieśmiertelnym.
Mówimy, że nauczać można każdego, kto jest wybrany. Nie chodzi tu jednak o żaden test ani o próbę narzucenia jakichś norm tym, którzy chcieliby pobierać owe nauki. W istocie to uczeń sam czyni siebie wybranym. Kiedy już wyruszysz w tę podróż i doświadczysz jej cudów, zapragniesz dzielić się nimi ze wszystkimi. Japończycy nazywają to shakabuku, pędem do rekrutowania nowych członków. Twój entuzjazm będzie jednak odstręczał większość ludzi. Wtedy zaczniesz staranniej dobierać tych, z którymi ze­chcesz podzielić się sekretem zdrowia i długiego życia, czy też tych, przed którymi ujawnisz fakt posiadania jakiejś wiedzy na ten temat – po co zwykli śmiertelnicy mają myśleć, że jesteś dziwakiem albo kimś niespełna rozumu? Oni nie chcą wiedzieć. Jeszcze nie.
Można by z tego wnioskować, i od dawna tak się uważa, że Nieśmiertelni mają jakąś moc, która daje im przewagę nad innymi. Owszem. Jest to moc spokojnego umysłu.
A więc znowu, nie zniechęcaj się, jeśli nie każdy od razu przyjmie mądrość, którą ty poznałeś.
 To tylko droga do tego, żeby można było „zajrzeć na drugą stronę”, zobaczyć, co jest „za zasłoną”. Potem już wszystko zaczyna się układać.
Zaczynasz dostrzegać prawidłowości Wszechświata i to, co kiedyś było wielką tajemnicą – dlaczego ludzie postępują tak a nie inaczej, zmieni się w zrozumienie własnego ja i innych. Ludzie w większości sami zwykle komplikują sobie życie i nie potrafią się pogodzić z tym, że sekret szczęścia jest taki prosty.
Ze spokojem umysłu przychodzi akceptacja, a z wiekiem doświadczenie. Stąd jeden człowiek znosi powszednie trudy życia lepiej niż drugi w dużym stopniu dlatego, że spotkał się z pewnymi problemami już a doświadczywszy ich raz, kiedy to albo znalazł rozwiązanie albo nie, mierzy się z nimi ponownie lub wypróbowuje inne rozwiązanie. To się nazywa nauka przez doświadczenie, która nie tylko wskazuje, jak być pożytecznym dla innych, lecz również skłania cię do aktywności, a więc nie pozwala ci się nudzić

Mądry człowiek uczy się przez doświadczenie: Nieśmiertelny uczy się także z doświadczeń innych. Z tego względu Nieśmiertelni rachują upływ czasu nieco inaczej niż śmiertelnicy.
Nauczyli się że jeśli człowiek unieszczęśliwia się zmartwieniami, wątpliwościami, poczuciem winy albo obawami, to czas wlecze się nie miłosiernie. Jeśli natomiast pozwala sobie być szczęśliwym, czas śmiga Dlatego „żyją chwilą”, przezywając każda sekundę jak nową przygodę, radując się każdym wschodem słońca i wpadając w podziw nad pięknem każdego zachodu.
Wiedzą bowiem że każdy dzień z niewielkimi odmianami taki sam,że w każdym roku przychodzi wiosna, lato, jesień i zima; że wszystko będzie po sobie następować niezależnie od tego, czy ktoś to widzi, czy nie.
Życie toczy się naprzód, i dopóki ktoś o nas pamięta, dopóty naprawdę nie umieramy.

Można tłumaczyć, że to efekt działania kodu genetyczne­go oraz pamięci, ale wszystko to poznasz sam na sobie kiedy zaczniesz oddychać.

Fragment książki Erazm Majewskiego „Prolegomena i podstawy do filozofii dziejów i socyologii” oraz fragment artykułu Mariana Mazura – cybernetyka a humanitaryzm”

 

Przyrodnicy i filozofowie wysilają się na definicye, któreby w niewielu słowach scharakteryzowały człowieka, lecz choć dano już wiele określeń lapidarnych, szwankują one, a szwankują dlatego, że bywają za bardzo, albo za mało zoologiczne.
I nie może być inaczej. Niepodobna bowiem uczynić zadość wymaganiom ścisłości naukowej, jeśli obejmujemy w jednej definicyi człowieka przeszłego i dzisiejszego. Od chwili, gdy zaczął stawać się człowiekiem, uległ człowiek tak znacznej i urozmaiconej ewolucyi, że dwie jego fazy krańcowe, to, pomimo podobieństwa postaci, prawie całkiem różne jestestwa.
Ze zwierzęcia w coś całkiem dla świata nowego przerobiła człowieka głównie mowa. Dlatego, jeśli już chcemy być lapidarni, a jednocześnie zadość uczynić ścisłości naukowej, powinniśmy formułować dwie, trzy lub więcej definicyi, charakteryzujących człowieka w chronologicznej kolei jego rozwoju.
Będziemy bardzo blizcy prawdy, powtarzając orzeczenie, dane już na końcu rozdz. XVII, że człowiek – to przedewszystkiem zwierzęmówiące. Dzięki mowie dopiero stało się ono społecznem, a następnie mądrem (sapiens). Fazę wstępną, czysto zwierzęca, można będzie charakteryzować uwzględnieniem cech czysto-zoologicznych. Następne muszą już być charakteryzowane cechami, zjawiającemi się w naturalnej kolei rozwoju władz i rysów coraz bardziej odróżniających go od zwierząt.
Społeczność i mądrość są cechami nabytemi głównie dzięki mowie, przytem mądrość, mimo całej wielostronności, była, musiała być i została specyficznie ludzką, a więc względną i ograniczoną. W porównaniu do różnych zwierząt człowiek nie był w pierwszej swej fazie zwierzęciem najrozumniejszem – nie bywa też nim często nawet w ostatniej. Wiele zwierząt niewątpliwie nie stało niżej od pra-człowieka wówczas, gdy on stawał się człowiekiem; nie miały one tylko tej szansy, aby stać się w swoim rodzaju człowiekiem, t. j. jestestwem społecznem.
Dopóki pra-ludzie rozumieli się tak słabo, jak zwierzęta, a myśl ich niebogata u wszystkich była jednakowa, dopóty mózg człowieka niewiele różnił się od zwierzęcego i przedstawiał dla dalszego rozwoju takie same mniej więcej szansę, jak mózg zwierząt, zwłaszcza obdarzonych aparatem głosu, podobnym do ludzkiego.
Narzuca się więc z wielką natarczywością pytanie: czemu niektóre przynajmniej zwierzęta nie wyzyskały swych przyrządów głosowych na podobieństwo człowieka? Czemuż właśnie on i tylko on wzniósł się stosunkowo łatwo i prędko na wyżyny, gdy tamte zostały na nizkich poziomach?
Wszak niejeden gatunek zwierząt jest tak mądry, pomimo względnej małości półkul mózgu właściwego (encephalon), że gdyby tylko począł rozwijać mowę, mógłby stać się „człowiekiem”. Oczywiście byłby człowiekiem całkiem innym z postaci, z uzdolnień i kierunku rozwoju, w jakimby poszedł ku „człowieczeństwu”, ale byłby jestestwem analogicznem do człowieka z powodu tych specyalnych uzdolnień, które uczyniły człowieka jestestwem społecznem i mądrem, z możności rozwijania ducha swego gatunku, t.j. materyału pod niejednym względem niegorszego od ludzkiego.
Oto mądry i szlachetny słoń (Elephas), o którym Indusi opowiadają tyle legend cudownych, wraca z wycieczki samotnej do stada. Ma on do zakomunikowania swoim blizkim wiadomość ważną dla nich. Usiłuje on ją ujawnić, porykuje, gestykuluje trąbą, wpatruje się ożywiony i niespokojny w oczy innych słoni, ale… nie zrozumiano go, i wiadomość utonęła. Była ona iskrą, jedną z tych, których miliony, przenikając od osobnika do osobnika, składają się na mądrość, ale zgasła tam, gdzie zapłonęła. I tak jest ciągle. Od tysięcy lat marnuje się doświadczenie słoni, a każdy musi czynić te same doświadczenia dla siebie i tylko dla siebie, musi funkcyonować za siebie i tylko za siebie i tylko niezmiernie żółwią drogą dziedziczności wzbogacać swem doświadczeniem przyszłe pokolenia.
Z ludzkiego punktu widzenia jest to położenie tragiczne, choć w istocie może nie być tragicznem wcale; trwają w tym stanie wszystkie zwierzęta i mniej tęsknią do innego stanu, niż my do skrzydeł ptasich.
Mimo to prawdą jest, że gdyby człowiek poprzestawał na swem dawnem położeniu – zostałby i on na zawsze tylko zwierzęciem.
Ale on znalazł klucz do głowy innego człowieka i zdruzgotał zaporę, dzielącą go od jestestw podobnych. Stał się czemś nowem na ziemi, czemś nie gorszem, ale może i nie lepszem, bo na ziemi niema wspólnej miary dla wszystkich i stał się materyałem na ciało społeczne.
W koncercie egoizmów ziemi może nie wysunął się na czoło jestestw, bo to było niepodobnem, ale, mogąc coraz skuteczniej deptać po słabszych, czynił to bez wyrzutów sumienia lepiej od innych, zagarnął też zwolna grunt należny innym, zdławił słabszych i ostał się wśród typów pobitych jako tryumfator.
Najdzielniejsze osobniki rodu ludzkiego, wspinając się na ramionach poprzedników tegoż rodu, wznosiły się coraz wyżej, aż doszły tak wysoko, że zaczęły filozofować. Wtedy przedewszystkiem wyparły się swych ubogich, a więc… brzydkich krewnych i stworzyły wygodną doktrynę pochodzenia… z morskiej piany.
Niestety, pomimo przepaści duchowej, pozostało ciało, którego ani zmienić, ani podnieść – ani wyprzeć się nie można!

Czem się to stało, że człowiek, druzgocąc zaporę, dzielącą go od innego człowieka, wzniósł równocześnie wysoki mur między sobą, a pozostałym światem krewniaków zwierzęcych? Czemu żadne inne zwierzę tego nie dokonało?
Wspomnieliśmy o zbiegu „okoliczności sprzyjających” rozwojowi w kierunku szczególnie płodnym w bardzo ważne następstwa. Oczywiście ów zbieg okoliczności nie przekracza sfery czynników naturalnych, a więc teoretycznie biorąc dostępnych i dla innych rodzajów jestestw ziemskich.
Aby dostrzedz te czynniki, trzeba tylko pozbyć się jednego zakorzenionego poglądu, który nam je zasiania. Wmawiano w nas zbyt długo przekonanie, że człowiek stoi na jakimś szczycie drabiny (przynajmniej) kręgowych. Wmawiano, że jest najdoskonalszą latoroślą kręgowców, wreszcie najmłodszym, t. j. najpóźniejszym wśród nich typem. Wszystko to nieprawda!
Zbyt długo przedstawiano sobie proces rozwoju i przeżywania typów ziemskich, jako szeregi samych „doskonaleń się”, samych przemian „postępowych”, zbyt prosto załatwiano się także z wypadkami rozwoju wstecznego i bocznego i niejeden przyrodnik uważał świat dziś żyjący za jakiś wybór typów, w swoich rodzajach najdoskonalszych, gdyż wierzył, że przeżywać muszą przeważnie tylko typy najdoskonalsze, ginąć zaś same wsteczne. Znajdziemy się bliżej prawdy, biorąc cały świat dziś żyjący za jedną ruinę idealnej całości, złożonej ze wszystkich stopni przejściowych, jakie żyły kiedykolwiek.
To, co żyje, jest tylko bezładnie dochowaną resztką wytworów przeszłości. Dochowały się zaś przy życiu równie dobrze, choć przypadkowo, typy bardzo stare i zacofane, jak nie dochowały się późne, t. j. młode i dzielne. Dzisiejsza fauna i flora nie jest wcale tłumem samych „najlepszych” lub „najdzielniejszych”. Jest to raczej zbiór typów rozmaitej wartości biologicznej, zabytków ze wszystkich epok i najrozmaitszych stadyów rozwojowych. Jest ona złożona z typów, których równowartościowi krewniacy mieli nieszczęście różnemi czasy wyginąć, każdy dla jednej z tysiąca przyczyn, niosących zagładę wszystkiemu, co żyje. Przyczyny te bywały równie błache, jak, logicznie biorąc, niesprawiedliwe. Najczęściej nie jakaś niższość, lecz ślepy traf unicestwiał jedne typy i równie ślepy traf, nie zaś wyższość, utrzymywały pośledniejsze. Stąd niezliczone, a często zadziwiające luki zarówno we florze jak faunie ziemskiej. Znamy np. zwierzęta mocne, czujne i dzielne, pozbawione żyjących krewniaków, którzy musieli być przecież równie dzielnymi, a jednak zginęli. Znamy inne, gorzej uposażone – otoczone liczną rzeszą żyjącą odmian i gatunków blizkich. I jeszcze jedno. Nazbyt często zarówno paleontologom, jak zoologom, kierunek rozwoju jakiegoś typu wydawał się prostym i postępowym, gdy właśnie zmierzał on ku zmianom szkodliwym – i odwrotnie.
Dzięki podobnym błędom, utrzymuje się przekonanie o „młodości” typu ludzkiego, przekonanie, że jesteśmy ostatnią kreacyą ziemską, przynajmniej wśród ssaków. Utrudnia to trzeźwą ocenę stanowiska naszego w świecie zwierzęcym.
Świat dziś żyjący wcale nie jest owocem jakiegoś rozwoju „postępowego”. Jest w nim daleko więcej rozwoju we wszelkich kierunkach bocznych i wstecznych i jest, bo tak być musi. Przypomnijmy sobie, że rozmaitość postaci organicznych jest głównie dziełem tego snycerza, którego nazywamy środowiskiem. Środowisko, jak to później zobaczymy, bywa nie tylko rozmaite, ale i zmienne. Świat organiczny, żywiąc się na takiem łonie, nie zna stagnacyi w kształtach. Jedne zmieniają się prędzej, inne wolniej, ale zawsze tylko zależnie od okoliczności i w warunkach niejednakowo korzystnych dla dalszego bytu każdej postaci. Świat ten nie zna tego, co przyszłość przyniesie.Stosuje się on do chwili bieżącej, i stąd często najdzielniejsze typy wpadają w pułapkę, jaką im nieznana przyszłość przynosi. Wtedy to, co było najlepszem, staje się nieraz niespodzianie cechą szkodliwą i niesie zagładę nie słabszym, lecz właśnie najdzielniejszym. Typy, choćby nawet dzielne, ale podległe najżywszym przemianom, często kroczą nie ku przyszłym tryumfom, lecz właśnie ku zgubie. Niektóre zwierzęta znajdują się na drodze, jeżeli tak można się wyrazić, uzwierzęcania się głębszego. Zróżnicowanie np. ssaków szło bardzo prędko i poszło daleko. Dobiegło ono dawno kresu zmian użytecznych i zbliża się po większej części do dekadencyi. Aby nam się wiele zagadek ewolucyi jestestw żyjących przedstawiło we właściwem świetle, a zwłaszcza historya naturalna człowieka, trzeba tylko porzucić przestarzałą wiarę w rzekoma młodość i „postępowość” typu ludzkiego. Trzeba go uznać za typ bardzo stary, wprost za jestestwo jedno z najbardziejkonserwatywnych pośród ssaków. Do tego zniewala nas porównanie budowy ciała ludzkiego z budową wszystkich kręgowców.
Wypada mi tu znowu poruszyć i rozwinąć ideę, która winnaby być przedmiotem oddzielnego studyum, ale gdy dla naszych celów przedstawia ona tylko epizod, nie wolno nam zatrzymywać się nad nią dłużej, niż tego wymaga konieczność. Dlatego ograniczę się do ujęcia najcharakterystyczniejszych stron budowy człowieka w szerokich i ogólnych tylko liniach. Mianowicie dotknę tych szczegółów jego budowy, które same jedne rzucą snop światła na dziwne losy jestestwa, które zamianowało się nie bez słuszności królem ziemi.
Rozpatrzymy rękę ludzką, uzębienie postawę wyprostowaną. Tkwią w nich cechy ściśle zależne jedna od drugiej i zgodnie uważane po mózgu za najważniejsze znamiona rodu ludzkiego. Właśnie połączenie się w człowieku tych cech uważam za przyczynę główną szczególnego rozwoju mózgu, a więc za okoliczność, sprzyjającą uczłowieczeniu się pra-człowieka, a zarazem za świadectwo idei, że rozwój człowieka poszedł po drodze najprostszej do największego skomplikowania natury zwierzęcej, jak to już dawniej zauważyliśmy, bo komplikowanie się, nie zaś upraszczanie, jest szczególną dążnością energii ziemskiej, obserwowaną we wszelkich jej postaciach.

Człowiek poszedł po drodze najprostszej, lecz co to jest droga najprostsza? Czyżbyśmy tu wchodzić mieli w ocenianie drogi a posteriori, ze skutków wyrokując o przyczynach? Nie. Pod drogą najprostsza rozumiem właśnie drogę pośrednią między istniejącemi w formie odchyleniami; rozumiem drogę, zapewniającą największą ekonomię w ewolucyi. Ekonomii tej nie zachowała większość kręgowców, więc rozwój ich poszedł bądź nazbyt krętemi ścieżkami, bądź zawrócił z drogi najbezpieczniejszej wielostronności, na manowce zgubnej zawsze jednostronności, co jest niemal równoznaczne z krańcowością. Gdy wszystko, co żyje dokoła człowieka, ugrzęzło w wyspecjalizowaniu się, on jeden utrzymał się szczęśliwie do końca na najgładszej drodze wielostronności biologicznej i przeciętności,oczywiście bez starań szczególnych lub zasługi.
Idea „wyższości” organizmów jest całkiem względna. Nie zawsze droga do wyższości wiedzie przez „ulepszenia” i przez wielkie „przemiany”. Czasem może być związana właśnie z konserwatyzmem, i tak właśnie ma się rzecz z cechami człowieka. Gdyby nie ów konserwatyzm, człowiek zostałby może zdystansowany przez inny jaki gatunek i albo też ziemia wcale nie oglądałaby wyrosłego z pnia ssaków (Mammifera) dziwnego jestestwa, które, choć pełza w pyle ziemskim i pożera sobie podobne, ośmiela się, mimo to, przenikać szeroką świadomością to, co jest niezmierzone i niedościgłe dla zmysłów, i rezonuje o największych zagadkach świata.
Czy pra-ludzie, jestestwa niespołeczne, przerabiając się w swem potomstwie na komórki społeczeństw, poszli ku większej szczęśliwości, niż ta, która jest udziałem wolnych komórek-zwierząt, to jest kwestya, nad którą niech debatują pesymiści i optymiści, ale, bez względu na ich wyroki, fakt pozostaje faktem, i to niecofnionym. I przed nami wyłoni się później oraz na właściwem miejscu to pytanie, a choć go nie będziemy rozstrzygać, to przecież, zamiast tonąć w bagnie domysłów, ujrzymy wyraźnie: co człowiek zyskał, a co stracił, wszedłszy,dzięki swej przeciętności, na nową dla organizmów drogę bytu społecznego, po której toczy się jego dalsza egzystencya.
.
Źródło:  http://www.prawia.org/ksiazki/majewski/majewski1f.html
.


 

Człowiek jako układ cybernetyczny

 

Idea traktowania organizmów jako układów cybernetycznych nie uderza sensacyjnością, i temu chyba należy przypisać brak zainteresowania dla niej ze strony wydawnictw popularnych. Natomiast zaczyna budzić odzew pewien szczególny przypadek tej idei, a mianowicie traktowanie człowieka jako układu cybernetycznego. Od czasu do czasu można się spotkać w prasie społeczno-kulturalnej z wypowiedziami dającymi wyraz wątpliwościom co do dopuszczalności traktowania człowieka jako „maszyny”. Tak na przykład pewien literat pisze, że gdyby nawet uznać, że człowiek jest w pewnym sensie maszyną, to jednak nie tylko maszyną – jest w nim, „coś jeszcze”. Pewien socjolog widzi w cybernetyce nawrót do zaniechanego w nauce mechanicyzmu, a znów pewien teolog uważa, że człowiek i maszyna są tworami nieporównywalnymi, jako że przebiegi zachodzące w maszynie wymagają pewnego czasu, podczas gdy człowiek spostrzega coś, czy uświadamia to sobie ,,od razu”. Wszystkie tego rodzaju wypowiedzi nurtuje jak gdyby obawa przed degradacją człowieka. Bo np. jeżeli pozbywamy się niepotrzebnych maszyn, to może – skoro człowiek to maszyna – w podobny sposób zacznie się postępować z niepotrzebnymi ludźmi? Jest to obawa przed uznaniem człowieka za twór niższy od tego, za jaki uchodzi dotychczas, obawa przed traktowaniem człowieka jak rzeczy, a więc przed zaprzeczeniem miłości człowieka i ludzkości, poszanowania godności ludzkiej, czyli krótko mówiąc, obawa przed zaprzeczeniem humanitaryzmu.

Doprawdy, nic bardziej fałszywego. Wszystkie przytoczone powyżej poglądy są, łagodnie mówiąc, zbiorem nieporozumień.

Przede wszystkim uporządkujmy nieco sprawy terminologiczne. W cybernetyce traktuje się człowieka jako układ cybernetyczny, a nie jako „maszynę” cybernetyczną. Maszyna cybernetyczna jest to techniczny układ cybernetyczny. Wyrażenia „maszyna cybernetyczna” w odniesieniu do człowieka używają niekiedy popularyzatorzy cybernetyki dla większego zafrapowania czytelników; w naukowych publikacjach cybernetycznych używa się go tylko w tych przypadkach, w których naprawdę chodzi o maszyny. Krytycy cybernetycznego traktowania człowieka chętnie podchwytują wyraz „maszyna”, aby sobie ułatwić sytuację; gdy się powie czytelnikowi coś w rodzaju: „Patrzcie, oni (to znaczy cybernetycy) nie widzą różnicy między człowiekiem a maszyną”, to taka demagogia łatwiej może liczyć na pogodzenie niż przy użyciu bezbarwnego określenia „układ cybernetyczny”. Dodajmy też, że w pojęciu wielu ludzi, nie obciążonych znajomością rzeczy, cybernetyka jest nauką techniczną, technika zaś to technokracja, technokracja zaś to – antyhumanizm itd.

Niemniej, przyznajmy to, nawet nazywanie człowieka „układem cybernetycznym” (zamiast „maszyną”) nie wytrąca jeszcze krytykom broni z ręki. Układami cybernetycznymi, oprócz człowieka, są wszelkie inne organizmy, np. zwierzęce, i oczywiście maszyny cybernetyczne. Umieszczenie człowieka w takim towarzystwie jako jednego z układów cybernetycznych może dla wielu być rażące, ale do tego jeszcze powrócimy.

Argument o nawrocie mechanicyzmu wynika z braku rozeznania istoty sprawy. Mechanicyzm zawiódł dlatego, że traktował człowieka jak automat, czyli jak maszynę samosterowną; jego zwolennicy wyobrażali sobie, że ten sam bodziec musi wywołać tę samą reakcję, i nietrudno, było wykazać, że nie mają racji.

Natomiast w ujęciu cybernetycznym odpowiednikiem technicznym człowieka nie jest automat, lecz autonom, to znaczy maszyna samodzielna, działająca we własnym interesie, a więc dla własnego bezpieczeństwa i rozwoju; w tym ujęciu bierze się pod uwagę okoliczność, że człowiek (podobnie jak autonom) jest wyposażony w akumulator informacji pochodzących z poprzednich doświadczeń. Każdy aktualny bodziec dostarcza informacji, których rejestracja różni się od rejestracji poprzednich informacji tylko tym, że jest świeższej daty. O postępowaniu człowieka rozstrzygają wszystkie zarejestrowane w nim informacje, a nie tylko te najświeższe, i dlatego reakcje człowieka, zależnie od stanu jego akumulatora informacji, mogą być różne nawet przy takich samych aktualnych bodźcach.

Powróćmy jednak do sprawy traktowania człowieka – razem ze zwierzętami i maszynami – jako układu cybernetycznego. Ludzkość przeżyła już raz falę oburzenia wywołaną przez teorię ewolucji. Myśl o tym, że człowiek wraz z małpą mógłby pochodzić od wspólnych przodków, wydawała się wielu nie do zniesienia, a dzieła Darwina wprowadziła na indeks kościelny. Przecież człowiek stworzył nawet w swoim czasie inną terminologię dla siebie, a inną dla zwierząt; człowiek miał „głowę”, zwierzęta zaś „łeb”, to co u człowieka nazywało się „krew”, u zwierzęcia nazywało się „posoka” itp. Dziś nikomu już nie przychodzi na myśl nazywać gruczoły, mięśnie, nerwy itp. innymi nazwami w odniesieniu do zwierząt niż do człowieka.

Cybernetyka zdaje się wywoływać drugą falę podobnego oburzenia. Dopatrywanie się podobieństw człowieka do zwierząt można było w końcu znieść, ale do maszyn? Jeszcze i dziś nawet autorzy publikacji naukowych używając takich słów, jak „pamięć” maszyny, „uczenie się” maszyn, maszyny „myślące” – itp., piszą je często w cudzysłowie, niejako z zażenowaniem, że przypisuje się maszynie funkcje właściwe człowiekowi. Jak i poprzednio, jest to sprawa oswojenia się, przyzwyczajenia. Człowiek różni się od zwierząt i maszyn (autonomicznych) w zasadzie tylko jednym: ilością elementów rejestracyjnych. U człowieka ocenia się ją na około 15 miliardów, podczas gdy we współczesnych maszynach matematycznych nie przekracza ona jednego miliona, a u zwierząt bywa różna; np. u owadów wynosi ona zaledwie kilkanaście tysięcy. Jest to tylko różnica ilościowa, niemniej jednak, jest to różnica kolosalna; tyle że nie ma w niej nic „cudownego”, żadnego „coś jeszcze”.

Wbrew wszelkim pozorom cybernetyka, traktując człowieka jako układ cybernetyczny działa dla jego dobra, pozwala bowiem zrozumieć, czym człowiek jest naprawdę, a przez to zapobiec krzywdom wyrządzanym mu zarówno wtedy, gdy się go nie docenia, jak i wtedy, gdy się go przecenia. Obydwa te przypadki zasługują na bliższe omówienie.

 

Cybernetyka przeciw niedocenianiu człowieka

 

W okresie międzywojennym jakiś właściciel sklepu w Warszawie posłużył się do celów reklamowych „żywym manekinem”. Urodziwa dziewoja stała w oknie wystawowym i demonstrowała plansze z odpowiednimi napisami, wykonując ruchy kanciaste i sztywne, jak lalka z opery, Opowieści Hoffmana. Wówczas felietonista jednego z postępowych tygodników napisał, że o ile można nie mieć nic przeciw manekinom udającym ludzi, to jednak zmuszanie ludzi, żeby udawali manekiny, jest degradacją człowieka, gdyż czyni go bezmyślnym. Słuszność tego poglądu jest niewątpliwa, ale czy „żywe manekiny” zniknęły? Jak się okaże, niezupełnie.

Jednym z wielkich osiągnięć teorii informacji jest wprowadzenie pojęcia ilości informacji. Aby się nie rozwodzić na ten temat, przypomnimy tylko, że jednostkę ilości informacji, czyli tzw. „bit”, zawiera każda informacja wskazująca na jedną z dwóch możliwości. Na przykład gdy pytamy, czy teraz jest rok parzysty czy nieparzysty, to odpowiedź na to pytanie zawiera l bit informacji. Informacja wskazująca na jedną z czterech możliwości (np. odpowiedź na pytanie, jaka jest teraz pora roku) zawiera 2 bity; przy ośmiu możliwościach mielibyśmy 3 bity; przy szesnastu możliwościach 4 bity itd. – każde następne podwojenie liczby możliwości zwiększa ilość informacji o l bit.

Każdy przetwornik informacji otrzymuje i wydaje pewną ilość informacji. Najprostszy przetwornik informacji otrzymuje tylko l bit informacji i wydaje tylko l bit informacji. Przetwornikiem takim jest np. dzwonek elektryczny; odbiera on jedną z dwóch możliwości (przycisk dzwonka jest naciśnięty albo nie jest naciśnięty) i wydaje również jedną z dwóch możliwości (dzwonek dzwoni albo nie dzwoni). Każdy przekaźnik jest takim przetwornikiem informacji, do którego dochodzi impuls albo nie i z którego wychodzi impuls albo nie.

A teraz przypomnijmy pewien tragiczny wypadek, opisany w naszych dziennikach przed kilkunastu laty. W okolicy Warszawy jakaś matka chciała w nocy wezwać lekarza do chorego, dziecka i przyszła do pobliskiej fabryki, aby skorzystać z telefonu (wówczas tylko instytucje miały telefony), ale spotkała ją kategoryczna odmowa portiera, który zastawiał, się przepisami dopuszczającymi używanie telefonu tylko do rozmów służbowych. Na nic nie zdały się prośby i łzy zrozpaczonej kobiety; kiedy wreszcie z kilkugodzinna zwłoką sprowadziła lekarza, dziecko już nie żyło. Wypadek ów wzburzył opinię, ale nas obecnie będzie tu interesować cybernetyczna ocena tego faktu. Portier z przytoczonego przykładu, zgodnie z przepisami, stał się odbiorcą jednej z dwóch możliwości, a mianowicie rozpoznawał tylko, czy rozmowa jest służbowa, czy nie, i reagował na to również w postaci jednej z dwóch możliwości, tj. udostępniał telefon albo nie. Inaczej mówiąc, odbierał i wydawał informacje tylko w ilości l bita, został wiec sprowadzony do poziomu takich przedmiotów, jak dzwonek elektryczny lub przekaźnik. Do przetwarzania informacji w ilości l bita wystarcza tylko jeden element rejestracyjny, mogący przybierać dwa stany: stan pobudzenia i stan niepobudzenia. A przecież człowiek ma takich elementów kilkanaście miliardów! Ma ich tyleż także przykładowy portier – widać, jak ograniczony użytek kazano mu z nich robić.

Podobnych przypadków jest znacznie więcej, niż można by przypuszczać. Niedawno w dyskusji prasowej na temat roli dyrektorów fabryk pisano o dyrektorze, który wbrew przepisom przeniósł pewną, zresztą niewielką sumą z jednego paragrafu do drugiego, aby sfinansować proste urządzenie pozwalające wyeliminować import kosztownej maszyny. Fakt ten spowodował wystąpienie szeregu osób urzędowych w roli przekaźników. A więc najpierw kontroler musiał stwierdzić, czy nastąpiło naruszenie przepisu, czy nie, aby wiedzieć, czy ma w protokole sporządzić doniesienie, czy nie, czyli działał jako przetwornik informacji w ilości l bita. Potem prokurator musiał stwierdzić, czy doniesienie odpowiada prawdzie, czy nie, aby wiedzieć. czy ma sporządzić akt oskarżenia, czy nie, a więc i on działał jako przetwornik informacji w ilości l bita. W podobnej roli wystąpił sędzia przy ustalaniu winy; jedynie przy wydawaniu wyroku był w nieco lepszej sytuacji – jeżeli kodeks przewidywał karę np. od pół roku do dwóch lat wiezienia i jeżeli przyjąć, że karę wymierza się liczbą miesięcy (a nie np. tygodni, dni lub godzin), to sędzia miał do dyspozycji 19 możliwości, działał więc jako przetwornik informacji w ilości nieco ponad 4 bity. Gdy oskarżony dyrektor dowodził, że postąpił w sposób korzystny dla fabryki, a nawet całej gospodarki krajowej, kontroler, prokurator i sędzia odpowiadali, że zastanawianie się nad tym, to nie ich rzecz; ich obowiązują przepisy. Jak się okazuje, oskarżony był w tej sprawie jedynym człowiekiem, który nie chciał być przekaźnikiem; został ukarany za to, że przetwarzał za dużo bitów informacji.

Do takiego zubożenia człowieka dochodzi, gdy trzymanie się przepisów (przetwarzanie l bita informacji) ma zastępować kierowanie się zdrowym rozsądkiem (przetwarzanie bardzo wielu bitów informacji). Mnogość przepisów jest świadectwem niedoceniania człowieka i dlatego warto wiedzieć, że człowiek jest układem cybernetycznym o kilkunastu miliardach elementów rejestracyjnych.

 

Cybernetyka przeciw przecenianiu człowieka

 

Od tysięcy lat wyobrażano sobie, że przebiegi informacyjne w mózgu ludzkim nie wymagają energii ani czasu – przecież myśleć może równie dobrze silny, jak i słaby, zdrowy, jak i chorowity, a poza tym myśli się błyskawicznie („szybki jak myśl”). Stąd powstało przekonanie, że myślenie jest czymś „niematerialnym” (tzn. niefizycznym), przejawem „niematerialnej duszy”, funkcją „ducha” zwyciężającego „ciało” itp.

Cybernetyka przyczynia się do rozwiewania tych mitów. Odbieranie, przenoszenie, przetwarzanie i wydawanie informacji wymaga zużywania energii i odbywa się w określonym czasie, a więc z określoną szybkością. Każdy tor informacyjny, z mózgiem ludzkim włącznie, ma określoną przelotność (w bitach na sekundę). Ponadto do wykorzystania jakichkolwiek informacji konieczne jest utrwalenie tych informacji, czyli ich rejestracja (zapamiętanie), co także wymaga energii i czasu.

Niestety, wspomniane wyżej mity sprawiają) że w ocenie informacyjnego funkcjonowania organizmu ludzkiego pomija się te istotne czynniki. Stąd się bierze fikcyjne założenie: zostałeś zawiadomiony, więc wiesz. Czystą fikcją jest założenie prawników, że ogłoszenie zarządzenia w wydawnictwie do tego przeznaczonym jest równoznaczne z uświadomieniem obywateli o treści zarządzenia („nikt nie może się tłumaczyć nieznajomością prawa”). Wiele okólników wydaje się przy założeniu, że dostarczenie ich adresatowi jest równoznaczne z odebraniem przezeń informacji. Tymczasem przyswajanie informacji jest procesem mozolnym, związanym z wieloma ograniczeniami, a zarazem niezwykle doniosłym w skutkach.

Posłużymy się tu znów przykładem dobrze znanym z prasy codziennej. Pewna osiemnaste- czy dziewiętnastoletnia dziewczyna została kierowniczką sklepu i na tym stanowisku sprzeniewierzyła w ciągu paru lat znaczne kwoty (w sumie było tego ponad dwieście tysięcy złotych) dla swojego narzeczonego, który zresztą okazał się wydrwigroszem. Wyrok: 9 lat więzienia. To z punktu widzenia prawa.

A jak to wygląda z punktu widzenia cybernetyki? Przypuśćmy, że ktoś ma rocznego psa. Gdyby go zostawił na parę godzin samego w pomieszczeniu, w którym znajduje się kilogram surowego mięsa, to nie powinien się zdziwić, gdy po powrocie zamiast mięsa zastanie psa oblizującego się po dobrym obiedzie. Będąc rozsądnym człowiekiem, wie, że psa trzeba nauczyć, co mu wolno, a czego nie. Trzeba to robić w sposób łagodny i cierpliwy, tak długo, aż pies przyswoi sobie przekazywane mu informacje.

Roczny pies zaczyna być zdolny do wydania potomstwa; osiemnastoletnia dziewczyna także. Obydwoje są w tej samej fazie rozwoju organizmu. Ponadto dziewczyny lubią narzeczonych w nie mniejszym stopniu niż psy mięso.

Już słychać głosy oburzenia: jakże można przyrównywać człowieka, a więc istotę „rozumną”, obdarzoną „świadomością” i „wolną wolą”, do „bezrozumnego” zwierzęcia? Ano, cybernetyka ma tę odwagę. Niedoświadczony człowiek i niedoświadczony pies są po prostu niedoświadczonymi układami cybernetycznymi. Niedoświadczonymi, to znaczy mającymi za mało zarejestrowanych informacji. Kto uznaje ten fakt w stosunku do psa, a nie uznaje w stosunku do człowieka, ten kieruje się mitami.

Skazanej zabrano najcenniejsze lata życia. Zamiast tego trzeba było w swoim czasie pomyśleć, czy jest ona przystosowana do powierzonych jej zadań, cierpliwie uczyć, co jej wolno i w jakim zakresie, reagować na brak pierwszego tysiąca złotych, a nie dopiero dwusetnego, wytworzyć i utrwalić wyobrażenie skutków lekkomyślności; zamiast zadowolić się istnieniem odpowiednich informacji w kodeksie karnym, trzeba było dopilnować, żeby także zostały one zarejestrowane w mózgu; krótko mówiąc, należało delikwentkę potraktować przynajmniej tak, jak rozsądny człowiek traktuje swojego psa. Gdzie są prawdziwi winowajcy, którzy to wszystko zaniedbali i czy zostali za to ukarani? Pytanie to zadał Muszkat-Jotem w dyskusyjnej audycji telewizyjnej, osnutej na powyższej sprawie, ale – rzecz charakterystyczna – głos jego był odosobniony.

Najwidoczniej dyskutanci nie znali cybernetyki…

Nie wierzmy w cuda. Myślenie jest procesem informacyjnym nie różniącym się co do zasad od wszelkich innych procesów fizycznych. Człowiek, jak każdy inny układ cybernetyczny, ma ograniczone możliwości sterownicze. Przecenianie go może wyrządzać szkody nie mniejsze niż jego niedocenianie, zwłaszcza gdy to przecenianie jest unikiem ze strony tych, których nie stać na wnikanie w istotę rzeczy.

Źródło: https://www.google.com/url?sa=t&rct=j&q=&esrc=s&source=web&cd=2&cad=rja&uact=8&ved=0CDMQFjAB&url=http%3A%2F%2Fautonom.edu.pl%2Fpublikacje%2Fmarian_mazur-cybernetyka_a_humanitaryzm.doc&ei=XfR8U6S8ObTX7Aao_oCoAQ&usg=AFQjCNHdhwxGAyVPT9MhTONYxWE2Tum9aA&sig2=Yr5AEr8KeSkIb-fgaZP0mg&bvm=bv.67229260,d.ZGU


Fragment książki „Atlas zbuntowany” Ayn Rand, rozdział Kim jest John Galt

Umysł ludzki jest podstawowym narzędziem przetrwania. Człowiek otrzymał życie, ale nie przetrwanie. Otrzymał umysł, lecz nie jego zawartość. Aby pozostać przy życiu, musi działać, a zanim będzie mógł działać, musi znać charakter i cel swoich działań. Nie może zdobywać pożywie­nia, nie wiedząc nic o nim ani o sposobach zdobywania go. Nie może wykopać rowu — ani zbudować cyklotronu — nie wiedząc nic o swoim celu ani środkach do jego osiągnięcia. Aby pozostać przy życiu, musi myśleć.

Myślenie jest jednak świadomym wyborem. Kluczem do tego, co tak lekkomyślnie nazywacie „naturą ludzką”, tajemnicą poliszynela, którą znacie, lecz drżycie ze strachu przed ubraniem jej w słowa, jest fakt, iż

człowiek posiada wolną wolę. Rozum nie działa automatycznie, myślenie nie jest procesem mechanicznym, logicznych powiązań nie dokonuje się instynktownie. Funkcje waszych żołądków, płuc czy serca są automatyczne, funkcja umysłu — nie. W każdym momencie swego życia macie wolny wybór: możecie myśleć lub uchylać się od myślenia. Nie możecie jednak uciec przed swoją naturą, przed faktem, że waszym środkiem przetrwania jest właśnie rozum — a zatem dla was, istot ludzkich, „być albo nie być” jest pochodną „myśleć albo nie myśleć”.

Istota obdarzona wolną wolą nie posiada automatycznego scenariusza zachowań. Potrzebuje kodeksu wartości, by kierował jej postępowaniem. „Wartością” jest to, czego zdobyciu i zachowaniu służą jej działania, „cnotą” — działania, poprzez które zdobywa to i zachowuje. „Wartość” wymaga odpowiedzi na pytanie: dla kogo i w odniesieniu do czego? Wymaga kryterium, celu i konieczności działania w obliczu wyboru. Tam, gdzie nie ma wyborów, niepotrzebne są wartości.

We wszechświecie istnieje tylko jeden fundamentalny wybór: istnieć lub nie istnieć — i dotyczy on tylko jednej kategorii bytów: istot żywych. Istnienie materii nieożywionej jest bezwarunkowe, istnienie życia — nie. To ostatnie zależy od konkretnych działań. Materia jest niezniszczalna; zmienia formy, ale nie może przestać istnieć. Jedynie żywy organizm nieustannie stoi przed wyborem: życie lub śmierć. Życie jest procesem samoistnego i samorodnego działania. Jeśli organizm nie sprosta temu zadaniu, umiera; pozostają jego składniki chemiczne, życie jednak przestaje istnieć. Jedynie koncepcja życia umożliwia istnienie koncepcji wartości. Jedynie dla żywego stworzenia coś może być dobre lub złe.

Roślina musi się żywić, by przeżyć; światło słoneczne, woda i potrzebne substancje chemiczne są wartościami, których zdobywanie wyznaczyła sobie za cel jej natura; jej życie jest kryterium wartości kierującym jej działaniami. Roślina nie ma wyboru — warunki, na które napotyka, są zmienne, ona jednak nie może sobie wybrać sposobu działania: działa automatycznie, by przedłużyć swoje życie; nie może dokonać aktu samozniszczenia.

Zwierzę posiada narzędzia służące zachowaniu życia; zmysły dostarczają mu automatycznego kodeksu zachowań i automatycznej wiedzy o tym, co jest dobre, a co złe. Nie ma możliwości poszerzenia tej wiedzy ani jej uniknięcia. W warunkach, w których jego wiedza okazuje się nie­wystarczająca, umiera. Dopóki jednak żyje, kieruje się tą wiedzą, automatycznie szukając bezpieczeństwa i nie mając wyboru, nie potrafiąc ignorować własnego dobra, wybrać zła i dążyć do autodestrukcji.

Człowiek nie posiada automatycznego kodeksu przetrwania. Tym, co odróżnia go od pozostałych istot żywych, jest konieczność działania w obliczu wyborów na podstawie wolnej woli. Nie posiada automatycznej świadomości tego, co jest dla niego dobre lub złe, od jakich wartości zależy jego życie i jakich wymaga działań. Mówicie o instynkcie samozachowawczym? Akurat tego istota ludzka nie posiada. „Instynkt” to nieomylny i automatyczny rodzaj wiedzy. Pragnienie nie jest instynktem. Pragnienie życia nie daje wam wiedzy potrzebnej, by je zachować. Ludzkie pragnienie życia też nie jest automatyczne: właśnie teraz grzeszycie po kryjomu jego brakiem. Wasz strach przed śmiercią nie wynika z miłości do życia i nie daje wam wiedzy potrzebnej do jego zachowania. Człowiek musi nabywać swoją wiedzę i podejmować działania na podstawie procesu myślenia, którego nie narzuca mu automatycznie natura. Człowiek posiada zdolność samozniszczenia — i nią właśnie kierował się przez większość swojej historii. Istota żywa, uważająca swoje środki przetrwania za zło, nie przeżyje. Roślina usiłująca poplątać własne korzenie czy ptak walczący o połamanie własnych skrzydeł nie pożyłyby długo. Historia człowieka jest jednak historią walki o wyparcie i zniszczenie umysłu.

Człowieka obwołano istotą rozumną, ale bycie rozumnym to kwestia wyboru — a alternatywa, którą mu oferuje jego natura, brzmi: istota rozumna lub dążące do samozagłady zwierzę. Człowiek musi być człowiekiem — z własnej woli; musi upatrywać w życiu wartość — z własnej woli; musi się nauczyć je zachowywać — z własnej woli; musi odkryć potrzebne do tego wartości i kierować się własnymi cnotami — z własnej woli.

System Operacyjny Umysłu – rozdział 1,2,3

System Operacyjny Umysłu

ROZDZIAŁ CZWARTY: Cztery części naszej osobowości[Obrazek: aij9.jpg]
Schemat ten wyjaśnia związek pomiędzy opanowaniem czterech części psychiki, co zostało nazwane „ja” lub „charakter”. Te cztery elementy naszego charakteru prowadzą do naszej życiowej nagrody powiazanej z czterema częściami „Trwałego Spełnienia.”
Trwałe Spełnienie jest ostatecznym pragnieniem ludzi – ogólnym i podstawowym celem w życiu, jest to coś czego naprawdę, naprawdę chcesz w życiu. Jest to, coś czego wszyscy chcemy.
Część Deklaracji Niepodległości, filozofia na której oparto pisanie Konstytucji(USA), która stanowi:

Cytat:„Uważamy następujące prawdy za oczywiste, ( ludzie są) obdarzeni pewnymi niezbywalnymi prawami, a wśród nich są życie, wolność i dążenie do szczęścia. „

Te cztery rzeczy są czterema częściami nagrody za solidny charakter.
Nasza psychika składa się tylko z 4 części lub zasobów, nawet Ojcowie Założyciele(USA) rozpoznali te 4 części w Deklaracji Niepodległości:
1. Granice Osobowości, które zawierają nasze osobiste „Niezbywalne Prawa”.
2. Intelekt lub „dane” na które składają się szczegóły wydarzeń, nauka, wykształcenie, doświadczenie, przekonania i wartości, które dokumentują nasze „życie”.
3. Funkcja Podejmowania decyzji lub Wolna Wola o której już się uczyliśmy, że „definiuje życie.”
Wola jest jedynym środkiem, który można powiedzieć, że definiuje „dusze”. Jest to jedyny powód, że wszyscy ludzie mają wrodzoną „niezbywalną” wolność.
I zarówno wolność myśli i słowa są wbudowane w Pierwszej Poprawce do Konstytucji USA.
4. Energii emocjonalnej, która składa się z pozytywnej (samoocena/poczucie własnej wartości) lub negatywnej formy (gniew lub lęk), a której opanowanie prowadzi do szczęścia.

Na początek, czy wiesz co słowo oznacza „niezbywalne” ? To znaczy „nie może być odebrane” – nie przez współmałżonka, nie przez swojego szefa, a nawet nie przez rząd. Zaraz nauczymy się, co ten termin opisuje – a mianowicie opisuje naturę tego, co nazywa naszymi Granicami Osobistymi.

[Obrazek: sgc9.jpg]
Osobista Granica jest jak niewidzialną bariera chroniąca przed stresem, tarcza, znak oznaczający nasze osobiste terytorium, nasze psychiczne terytorium, jest to granica tego co „posiadamy” lub mamy kontrole odnośnie życia i środowiska. Jest jak „zbiornik” trzymający nasze wewnętrzne zasoby wewnątrz, co sprawia, że nasze zasoby są niezbywalne, poza zasięgiem dla innych, chyba że damy im do tego uprawnienia. Granica Osobowości jest tym co sprawia, że jesteśmy ​​trwali, jest pierwszą część z Trwałego Spełnienia.
Te wewnętrzne zasoby (nasze prawa) to nasza energia emocjonalna, intelekt (pomysły) i decyzje.

[Obrazek: ysd9.jpg]
Po drugie, nasz funkcja Podejmowania Decyzji opisana wcześniej jako definicja życia. Nasza wolna wola. Kiedy czujemy się uwięzieni przez problem lub czujemy się „mniej żywi” niż moglibyśmy być, jest to problem nie ćwiczenia/trenowania naszej niezbywalnej wolności – naszego prawa do podejmowania decyzji.
Podejmowanie decyzji jest w rzeczywistości kierowane przez dwie rzeczy, które poznamy szczegółowo:świadomość(sumienie) i intuicja.
Każda decyzja jaką kiedykolwiek podjęliśmy była destrukcyjna lub konstruktywna, przynajmniej minimalnie albo to nie była decyzja w ogóle.
Świadomość(sumienie) i intuicja są dokładnie to co daje nam znać, co jest konstruktywne(dobre) od tego co jest destrukcyjne(złe).
Nasza świadomość(sumienie) jest wewnętrznym poczuciem tego czy mamy zamiar podjąć decyzję, która będzie lub nie będzie destrukcyjna – poczucie etyki.
Nasza intuicja jest na swój sposób odwrotnością – jest wewnętrznym poczuciem tego czy środowisko jest/będzie dla nas destrukcyjne lub konstruktywne, albo czy środowisko jest sprzyjające do życia lub szukania celów w nim .

Gdy już rozwinęliśmy umiejętności w posługiwaniu się świadomością i intuicją, okazuje się, że środowisko (społeczeństwo) zacznie nagradzać nas większą swobodą w podejmowaniu decyzji, czasem nawet za innych. Są to początki wolności przywództwa. Doszliśmy do trzeciej części z Trwałego Spełnienia – trzeciej części w rozwiązywaniu wszelkich życiowych problemów(„pułapek”).

[Obrazek: s976.jpg]
Po trzecie, nasz intelekt jest czymś o czym zaczęliśmy się uczyć, ponieważ jest tym co wymyśliło pojęcie czasu dla nas. Są to wszelkiego rodzaju dane jakie przechowujemy w sobie – nasze idee, pomysły, przekonania, wartości, historia życia, edukacja, doświadczenia oraz sposób w jaki te wszystkie informacje są uporządkowane/zorganizowane.
Istnieją dwa sposoby organizacji danych/informacji który ma wpływ na nasze życie
Prawo-pół-kulowy i Lewo-pół-kulowy sposób.

Są to dwa „rodzaje(style)” jakie mózg używa do zarządzania informacjami.
* Prawa-półkula mózgowa rzuca wszystko razem w losowej kolejności taki misz-masz coś jak sieć internetowa, twórcze połączenie pomiędzy faktami i informacjami, podobnie jak internet dla komputerów.
Jest to funkcja, która pozwala nam wyobrazić sobie przyszłe możliwości. Prawa półkula jest jak „zbiornik danych” dla doświadczeń, który gromadzi wielo zmysłowe dane i obrazy, które wszystkie łączą się ze sobą jakimś wspólnym tematem, jak doświadczenie bycia w szkole średniej rozgrywającym.
* Lewa-półkula organizuje dane w logiczny, schludny sposób, podobnie jak historia zawiera zestaw wydarzeń, wiersz po wierszu w książkach. Jest jak „zbiornik danych” dla edukacji, który jest uporządkowanym zbiorem faktów, które są przydatne do powtarzania w kółko, coś jak instrukcja prowadzenia samochodu.
Pomaga nam przewidzieć z prawdopodobieństwo. Na przykład, możesz mieć wiele rodzajów doświadczeń w prowadzeniu samochodów, ale potrzeba Ci tylko jednej nauki(edukowania) do prowadzenia.

Kiedy naprawdę nauczyłeś się czegoś, rozumiesz materiał cały czas i masz duże prawdopodobieństwo, że będziesz mógł liczyć na to ponownie i ponownie. Te części naszego intelektu pomagają nam w osiągnięciu celów. Wkrótce będziemy nauczymy się dokładnie jak te dwie części intelektu są odpowiedzialne za wszystkie nasze porażki i sukcesy w życiu, druga część Trwałego Spełnienia i rozwiązywania wszelkich problemów.

[Obrazek: fmfb.jpg]
Po czwarte, energia emocjonalna, nasz ​​wewnętrzny zasób o którym napisano tysiące książek i najbardziej ekscytującą część naszej psychiki dla większości ludzi. W Systemie Operacyjnym Umysłu energia emocjonalna jest opisana jako pozytywna lub negatywna.
Negatywna wersja energii emocjonalnej przyjmuje formę gniewu lub lęku lub kombinacji obu.
Kiedy negatywna energia jest poza naszą granicą osobowosci – jeszcze nie wdarła się do środka -nazywamy ją stresem. Ale możemy nauczyć się zmieniać negatywną energię w pozytywną energię, którą jest szczęście, czy poczucie własnej wartości.
Stres i poczucie własnej wartości są przeciwstawnymi energiami w dokładnie taki sam sposób jak przeciwieństwami dla siebie są antymateria i materia – mogą wzajemnie się eliminować znoszą w obłoku dymu.
Jeśli stres dotrze do Ciebie to może upuszczać Twoje poczucie własnej wartości, a jeśli twoje poczucie własnej wartości jest większe niż stres, stres zostanie anulowany i pokonany.
Ponadto poczucie własnej wartości składa się z dwóch połówek – samopoczucia i pewności siebie.
Samopoczucie jest pozytywną energią, które daje poczucie zadbania/pielęgnowania (nurtured-ang) lub spokoju (smoothed – ang), poczucia spełnienia potrzeb.
Pewność siebie jest pozytywna energia, która pomaga podjąć działanie i ryzyko, stawić opór stratom oraz tolerowanie zmian.
Jeśli byłbyś samochodem, to samopoczucie było by Twoim olejem w silniku a pewność siebie benzyną.

Oba rodzaje Poczucia własnej wartości są niezbędne do szczęścia, tak jak oba rodzaje pochodnych ropy są potrzebne do prowadzenia Twojego samochodu. Podobnie, jeśli twój umysł byłby komputer( jest), to samopoczucie będzie wentylatorem a pewność siebie będzie elektrycznością dzięki której działa. Obie są potrzebne albo system komputera padnie.

Wkrótce nauczysz się jak zmieniać negatywna energię w pozytywne energie emocjonalną poprzez konstruktywne decyzje. W ten sposób dowiesz się, jak opanować energie emocjonalną i zbudować dokładną ilość poczucia własnej wartości którą chcesz.
Nigdy nie znałem osoby z długo trwającą depresją która miałaby wysokie poczucie własnej wartości.
Nigdy też nie znałem osoby z trwałym wysokim poczuciem własnej wartości która by miała depresje przez dłuższy czas.
Opanowanie pozytywnej energii emocjonalnej – poczucia własnej wartości prowadzi do szczęścia, czwartego komponentu Trwałego Spełnienia

Więc wszystkie części naszych wewnętrznych zasobów mogą być wniesione razem do walki przeciw problemom, które pojawią się w naszym życiu:

[Obrazek: zcri.jpg]

W obliczu problemów osobistych lub biznesowych, chcesz położyć całego siebie na stół, dać z siebie wszystko, co masz. Schemat powyżej wyjaśnia dokładnie „wszystko, co masz” w sobie.

Mam zamiar uczyć Cię na temat każdej z Twoich części roboczych. Są wszystkim co zawiera Ciebie i wszystko to co składa się na psychologie biznesu. Jest to zdjęcie rentgenowskie Twojej „duszy”. Zdjęcie rentgenowskie Twojej firmy też.
Jeśli chcesz skorzystać z systemu operacyjnego ludzkiego umysłu i zobaczyć jak łączy się z modelem współczesnego komputera, to idzie to tak:
• Obserwacja Ego jest Twoim „ekranem komputera.”
• Granica osobowości jest Twoją „klawiaturą” (ma to sens, bo gdy ktoś „przyciska w Tobie guziki”, to jest to granica w której robi bajzel), jest to Twój „firewall” oraz twój „modem” i inne „interfejsy” ze światem zewnętrznym, tak jak klawiatura jest interfejsem z Tobą.
• Poczucie własnej wartości jest energia na której Twoj system działa zarówno zasila go jak i chłodzi.
• Stres jest jak „spięcia” lub „fale gorąca”, które uderzają system.
• Dobre samopoczucie jest jak „wiatrak” lub „Układ chłodzenia” w komputerze.
• Pewność siebie jest jak „energia” dzięki której komputer działa.
• Intelekt jest jak wszystkie „dane” dostępne w systemie komputerowym.
• Edukacja jest jak „dysk twardy”, gdzie przechowywane są dane logicznie poukładane.
• Doświadczenie jest jak „internet” i całe bogactwo nowych danych tam dostępnych.
• Podejmowanie decyzji jest jak „mikroprocesor” komputera, który jest twoim mózgiem.
Jest to zasadniczo to co sprawia, że ​​komputer jest komputerem – co sprawia, że ​​jest przydatny. Jakkolwiek człowiek jest potrzebny aby komputer funkcjonował.
• Nie ma analogii do świadomości i intuicji w komputerze. Komputery nie są w rzeczywistości „żywe” i nie mogą mieć wolnej wolę, etyki lub prawdziwej intuicji, choć są podejmowane wysiłki pod kątem sztucznej inteligencji aby te ludzki umiejętności, przez podpięcie gotowych milionów przykładów do jego pamięci. Widziałeś film, Ja, Robot?
• Jesteśmy czymś więcej niż komputery, bo mamy dusze, których naukowym rdzeniem jest cechą jest wolna wola – zdolność do podejmowania autonomicznych decyzji.
Czyż my ludzie nie jesteśmy wspaniali? Spójrz na te wszystkie zasoby jakie mamy wewnątrz i jak działają razem!

Co jest czym w nas. Co z problemami który przychodzą z zewnątrz?

•Jeśli nie opanujemy naszej energii emocjonalnej, nie możemy znaleźć szczęścia i mamy zamiast tego nieszczęście, które jest tym samym co „uczucie zestresowania”
•Jeśli nie będziemy doskonalić naszego intelektu, nie odnajdziemy sukcesu przez porażki w dążeniu do celów spowodowanych „lenistwem” lub „obsesyjnością”
•Jeśli nie będziemy doskonalić umiejętności podejmowania decyzji, nie odnajdziemy wolności, zamiast tego zostaniemy uwięzieni, spowodowanej naszą „amoralnością” lub przez naszą „naiwność”
•W końcu, jeśli nie będziemy udoskonalać naszej granicy osobowości która zawiera trzy zasoby, nie możemy być trwali przeciw stresowi, porażkami i pułapkami życia

[Obrazek: o3xr.jpg]

Znałem kiedyś faceta, który był bardzo poturbowany przez życie . Był zdenerwowany na rzeczy z jego przeszłości w które nie mógł nawet włożyć palca – nie jasne poczucie pustki , lęku i niepewność w otaczającym go świecie. Został porzucony przez wiele kobiet , a jego rodzice rozwiedli się , gdy miał dwanaście lat. Był nieco nieśmiały , młody, jeszcze w wieku dwudziestu lat, a nie za bardzo pewny co do swojej inteligencji i wyglądu .
Często spóźniał się na wizyty, często ” biedny/poszkodowany „, ten facet nie próbował skrzywdzić ludzi, ale co jakiś czas mówiono mu, że czasami i tak to robi. Mimo że nigdy nie brał udziału w walce na pięści . Ale nigdy też nie grał w drużynie sportowej.
Kiedy spotkałem się z nim , miałem to niejasne przeczucie , że naprawdę w jakiś sposób potrzebuje dobrego ojca . Próbowaliśmy kilka leków, które po prostu uspokajały go bez pomagania z jego niejasnymi depresyjnymi i lekowymi problemami . Jak by to było gdybyś Ty był takim facetem? Może byleś takim facetem lub miałeś podobne trudne do uchwycenia problemy.Czy kiedykolwiek pracowałeś w kiepskiej firmie lub cierpiałeś z powodu złej polityki w miejscu pracy? Czy kiedykolwiek poniosłeś straty w których następnym krokiem Twojej firmy powinien być wzrost? Czy kiedykolwiek widziałeś jak Twoja firma powoli wzrastała w ciągu lat, a potem nagle , trach ! Fuzja ,wrogie przejęcie lub gwałtowny spadek sprzedaży , która doprowadziła do grupowych zwolnień lub upadłości? Czy zastanawiałeś się, co się stało?
W obu powyższych przypadkach, S.O. Umysłu jest odpowiedzią – w interesach czy w życiu osobistym . Wszystko co trzeba było zrobić w każdym przypadku to dokładnie przeanalizować problem .
Wystarczy spojrzeć na granice , proces decyzji , zasoby intelektualne i energie emocjonalna w Twoim systemie.
Faktem jest, że człowiek powyżej ma wiele niejasnych problemów , więc wyraźnie jest to, że musi pracować na swoimi granicami osobowości . Musi on popracować nad zdolnością do powiedzenia „nie” i słyszenia „nie” oraz odnaleźć tożsamość. Wyraźnie brakuje mu pewności siebie, pokażę ci później dokładnie jak ją zbudować.Posiada również braki w byciu dobrotliwym, ponieważ jest tak biedny, cały czas ma przechlapane – pokaże ci później jak ją budować. Nie odnosi sukcesów , więc musi zdobyć wykształcenie i doświadczenie – później pokaże Ci jak to zrobić. I w końcu często spóźnia się. Kombinacja tego z jego kiepskim kredytem zaufania (dosadnie miarą charakteru decyzyjnego ) wiedziałem, że będzie musiał popracować na sumieniem i intuicją. Przeanalizowałem całkowicie jego charakter w pięć minut.
Pierwszą rzeczą, jaką ten człowiek musiał zrobić to wziąć swój niejasny życiowy „problem” i zacząć go analizować.
Podzielić na doskonałe części które pasują do każdej części naszego charakteru, problem zawsze jest rozwiązywalny. Słyszysz mnie? Problem jest zawsze rozwiązywalny, nawet jeśli oznacza to, że trzeba pozwolić mu odejść w danym momencie, ponieważ jest poza kontrolą Twoich granic osobowości .
Ten facet był zraniony i odniósł straty, co równa się stresowi. Był trochę leniwy i zmieszany w niektórych miejscach, co równa się porażce.
Był trochę amoralny i naiwny, co łącznie powoduje poczucie uwięzienia w swoim życiu .
I w końcu , wszystkie te ” mgliste ” aspekty jego problemu wyraźnie spowodowane są przez „dziury” w jego murze granicznym. Jest to anatomia jego problemu, wszystko co kiedykolwiek musiał zrobić, to zająć się każdą częścią z osobna . Co zrobił. Problem rozwiązany.
Życie ciągle się zmienia, potrzebujemy posiadać umiejętność „ulepszenia ” tych różnych elementów roboczych siebie, aby móc dopasować się do środowiska.
Jest to moment w którym pojęcie spektrum ludzkich zachowań staje się cenne.
W rzeczywistości, każdy z trzech zasobó wewnątrz siebie istnieje na spektrach funkcji .
Są one „ulepszane” przez nas, pod naszą kontrolą , tak jak korektor stereo w celu dostosowania się do wyzwań jak stawia przed nami życie.Wewnętrzne zasoby istnieją na spektrach

Obrazek został pomniejszony o 6% (758×531). Kliknij obrazek aby otworzyć go w nowym oknie (800×560).
[Obrazek: uwvv.jpg]

Nikt z nas nie ma doskonałej mądrości, geniuszu, neutralności lub szczęścia (błogości) jednocześnie – przynajmniej nie przez cały czas.
Podobnie jak korektor stereo-graficzny(graphic equalizer ) wszyscy jesteśmy przynajmniej trochę poza balansem w tych trzech wewnętrznych zasobach.
W pewnym sensie jest to dobra rzecz, ponieważ możemy „nastawić nasze gałki” do zmian zachodzących w otoczeniu, aby się dopasować.

Końce Spektrów

• Dwa końce spektrum dla negatywnej energii emocjonalnej to gniew i lęk . Środkowy punkt jest nazywany neutralność .
• Dwa końce spektrum dla pozytywnej energii emocjonalnej to dobrotliwość i pewność siebie . Środkowy punkt doskonałości nazywamy błogością lub doskonałym poczuciem własnej wartości .
• Dwa końce spektrum dla intelektu to edukacja która zapełnia lewą półkulą i doświadczenie które napełnia naszą prawą półkulą.
Środkowy punkt doskonałości jest nazywany geniuszem lub inteligencją .
• Dwa końce spektrum naszego procesu decyzyjnego to sumienie (etyka) i intuicja. Środkowy punkt doskonałości nazywamy mądrością.

Tak więc mamy trzy rodzaje zasobów wewnątrz naszej granicy osobowości. Każdy z nich istnieje na własnym spektrum. I co z tego? Cóż to „co z tego” – te trzy wewnętrzne zasoby plus nasze granice tworzą wszystko, czym jesteśmy.
Są wewnętrznym mechanizmem naszej „psyche”, „charakteru „, a nawet „duszy”.

Jak można wykorzystać to w praktyce?
Cóż, do tej pory był to nie zbyt jasny misz-masz z psychologii i teologii, otwarty na interpretacje i abstrakcje które mogą wprowadzić w błąd lub zbyt konkretne błędnie interpretując.
” Wielką rzeczą” jest to, że my, ludzie, nie możemy być łatwo zaszufladkowani, a jednak idea „spektrum” dla każdej części naszego zachowania jest bardzo przydatna i praktyczna .
Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się nad tym, co znajduje się pomiędzy dwoma końcami spektrum danej rzeczy? Wszystko !

Jaki kolor znajduje się między dwoma końcami widma widzialnego? Wszystkie widoczne kolory ! Uczycie się Kwantowej Psychologii, kiedy widzisz życie na na spektrach!

Doskonalenie Wewnętrznych Zasobów
• Dąż do środkowego punktu równowagi tych trzech spektrum, a odkryjesz, że Twoja osobowość rośnie, co prowadzi do Trwałego Spełnienia.
• Podczas rozwiązywania problemów życia codziennego, ważne jest, aby nauczyć się oraz doskonalić obydwa końce każdego spektrum.
• Co doskonalisz, gdy opanujesz obydwa końce każdego z spektrum ? Wszystko. „Wszystko” jest zawarte w obu końcach spektrum każdej przykładowej rzeczy .
• Odpowiedzią na jakikolwiek ludzki problem leży pomiędzy dwoma końcami każdego ze spektrum. To jest, jeśli problemem jest rzeczywiście „rozwiązywalny”.
• W przypadku problemów, które nie są rozwiązywalne odrazu, w chwili obecnej, można chcieć rozwiązać je od zaraz. To pogwałcenie nazywa się „cierpieniem”, a więc musimy dowiedzieć się więcej o granicy osobowości, która eliminuje cierpienie i czyni nas odpornym na niepowodzenia, pułapki i stresy pojawiające się w życiu.W następnych rozdziałach dowiemy się, jak doskonalić „końce spektrum” dla każdego z trzech wewnętrznych zasobów – sumienie, intuicja, wykształcenie, doświadczenie, gniew, lęk, dobre samopoczucie i pewność siebie.
Zbudujemy różne ich kombinacje, żebyś mógł to zobaczyć jak to wygląda swoimi oczami – dosłownie – dodawać wszystkie możliwe umiejętności ludzkiego zachowania. Jest to „arsenał broni” do korzystania przeciwko problemom. Są wszystkim co masz do zwalczania stresu, porażki, poczucia „uwięzienia”, „przytłoczenia”, poczucia” zmieszania”, „braku motywacji” lub każdy inne wyrazu opisującego Twój problem.
Jeśli jeszcze tego nie zauważyłeś to te sześć rzeczy plus granica osobowości są budulcem wszystkich ludzkich zachowań , a my będziemy uczyć się, jak tworzyć i prowadzić wszystko w Tobie – zarządzanie czasem, charyzmą, przekonaniami, polityką, komunikacją z innymi, reklamą, umiejętnościami związanymi z relacjami między ludzkimi, wiarą, tożsamością i czymkolwiek jeszcze. Więc zacznijmy naprawdę Cię poznać, poprzez badania pierwszej „części ” -granic osobowości.
Fakt ten zapewnia niesamowity skrót do wzrostu/rozwoju. Jeśli dowiesz się jak opanować dwa końce spektrum naszych trzech wewnętrznych zasobów, to masz teraz możliwość opanowania każdej permutacji i kombinacji.Jeśli opanujesz dwa końce każdego z tych trzech spektrum/widm, to opanujesz wszystko co możliwe w ludzkim zachowaniu . ” I co z tego ” powiesz ponownie?
Czy ja chcę, żebyś stał się jakimś mnichem w klasztorze ? Jakimś samotnikiem medytującym w lesie ? Nie!
Wszystko, co masz w środku jest odpowiedzią na każdy problem, który może pojawić się w Twoim życiu.Jeśli coś w Twoim życiu lub firmy jest większe niż „wszystko co masz”, to jesteś w tarapatach i dobrą radą będzie zrezygnować, uciec od tego lub nie opierać się.
W przeciwnym razie nastąpi coś co nazywa się „cierpieniem”, co nie ma sensu robić.
Jest to kolejny wielki postęp w użyciu S.O. umysłu, który jest w Tobie .
Jeśli masz problem do rozwiązania w biznesie lub życiu osobistym, trzeba najpierw umiejętności Obserwacji Ego żeby zobaczyć wszystkie pracujące części siebie. Po drugie, musisz rozpoznać czy problem z którym zamierzasz się zmierzyć nie jest większy od ciebie i Twoich zasobów. Jeśli tak, porzuć problem ze swojego radaru i wtedy przenie być problemem. Na teraz/chwile obecną, jest to sposób w jaki mają się sprawy.Oto radosna wiadomość. W czasie gdy porzuciłeś problem nie możesz go kontrolować, są rzeczy które trzeba zrobić.
Możesz zwrócić się do wewnątrz aby budować/wzmacniać wewnętrzne zasoby oraz granice osobowości, które utrzymają je jak pancerz – budowanie swojego charakteru.
Z czasem może okazać się, że jesteś w stanie tak rozbudować siebie aby pokonać ten nieprzezwycieżony problem.
Wtedy zmieni to w jaki sposób rzeczy się mają, jak na ironię, przez zmiene własnego charakteru.

Dowiesz się, jak „dostroić” gałki tego korektora stero wewnątrz Ciebie w następnych rozdziałach.

Sys

System Operacyjny Umysłu – rozdział 5

Kilka fragmentów z książki:

 

DROŻDŻE
Odkładanie się nadmiaru kwasu może skutkować niszczeniem mnóstwa drobnoustrojów żyjących w twoim ciele, począwszy od candida. Tym łacińskim słowem określa się powszechnie znane drożdżaki występujące w organizmie ludzkim, lecz w rzeczywistości jest to rodzaj grzyba.
Drożdże i grzyby (oraz blisko z nimi związane pleśnie) to jednokomórkowe formy roślinne żyjące na lądzie, w powietrzu i wodzie. Znajdują się absolutnie wszędzie. Na przykład candida zwykle występują w naszym układzie trawiennym. Bez nich byśmy umarli. Jednak łatwo może dojść do ich drastycznego rozros­tu, co powoduje szereg objawów, od dokuczliwych do przewlekłych i fatalnych w skutkach. Jest to przekleństwo znane aż nazbyt wielu kobietom jako „drożdżyca”, a rodzice mogli się z tym zetknąć, gdy ich niemowlę miało kiedyś
pleśniawki (skutek nadmiernego rozwoju candida w gardle).

Chociaż w medycynie candida są znane, a drożdże i grzyby stanowią przyczynę mnóstwa różnych problemów zdrowotnych, prawda jest taka, że ludzie odżywiający się w typowo zachodni sposób dopuszczają do niekontrolowanego wzrostu candida w swym ciele skutki zaś są katastrofalne. Ale nadmiar drożdżaków to tylko jeden z winowajców. Żyjemy wśród całej plagi drobnoustrojów, takich jak drożdże, grzyby,
pleśnie oraz bakterie i wirusy. Co gorsza, jesteśmy ofiarami nie tylko samych drobnoustrojów, ale również ich trujących odchodów, czyli mykotoksyn i egzotoksyn (myko oznacza „grzyb”, egzo „bakteryjny”, a toksyna „trucizna”). Drobnoustroje wytwarzają niepotrzebny kwas, kiedy trawią (właściwie: powodują fermentację) glukozę, białka oraz tłuszcze składniki, których nasze ciało potrzebuje do wytwarzania energii.

Candida i inne drobnoustroje wykorzystują słabsze okolice ciała, zatruwając je i przeciążając pracą. W środowisku kwaśnym mają świetne warunki, aby zakłócać funkcjonowanie tkanek i procesy organizmu. Odżywiają się naszą glukozą, dzięki której nabierają energii, i korzystają z naszych tłuszczów i białek (nawet z naszej materii genetycznej: kwasów nukleinowych!), aby rozwijać się i mnożyć. Organizmy te dosłownie zjadają nas żywcem! Następnie odprowadzają swoje zbędne produkty (kwasy) do krwi, jak również do komórek, jeszcze bardziej
zatruwając cały organizm.

Żeby przybliżyć sobie nieco obraz tych ogromnych potencjalnych zniszczeń, zważ, co następuje. Przez setki milionów lat istnienia na Ziemi drożdże, grzyby i pleśnie rozwinęły się w ponad pięćset tysięcy różnych form. I przeszły tylko niewielką przemianę genetyczną. Najwyraźniej nie było im to potrzebne, gdyż są wielkimi oportunistami i bytami nastawionymi głównie na przetrwanie, idealnie przystosowanymi do tego, co robią. Mogą przejść z okresu burzliwego rozwoju do trwającego tysiące lat stanu uśpienia. (W niedawno odkopanych grobowcach ze starożytnego Egiptu odkryto żywe zarodniki). Poza tym drożdże, grzyby i pleśnie wytwarzają ponad tysiąc
rodzajów toksyn.

Bakterie, drożdże, grzyby i pleśnie same nie powodują objawów w ciele robią to ich toksyczne odchody. Nie wywołują one też choroby. Powstają, gdy zaistnieje sprzyjające środowisko. Rudolf Yirchow napisał: „Komary szukają stojących zbiorników wodnych, a nie powodują, że staw staje się nieruchomy”.

Organizmy te oraz ich wydzieliny przyczyniają się pośrednio lub bezpośrednio do występowania mnóstwa objawów chorobowych. Większość chorób, zwłaszcza tych przewlekłych i zwyrodnieniowych, wynika z nadmiernego rozwoju drobnoustrojów. Między dwiema skrajno­ściami, jakimi są grzybica międzypalcowa i AIDS, znajdują się dolegliwości, których podłożem jest rozrost drożdży i grzybów, a więc cukrzyca, rak, miażdżyca tętnic, osteoporoza, chroniczne zmęczenie i tak dalej w tym infekcje zakaźne. Ogólne oznaki tego namnożenia się mikroorganizmów to ból, zapalenie, znużenie oraz takie zaburzenia funkcji jak niewydolność nadnerczy lub tarczycy, niestrawność,
biegunka, wzmożone łaknienie, ból jelit, depresja, nadpobudliwość, zachowania antyspołeczne, astma, hemoroidy, przeziębienia i gry­py, kłopoty z oddychaniem, gruczolistość, suchość skóry i swędzenie, pleśniawki, paradontoza, grzybica paznokci, zawroty głowy, bóle stawów, nieświeży oddech, wrzody, zapalenie okrężnicy, zgaga, suchość w ustach, zespół napięcia przedmiesiączkowego (PMS) i problemy z miesiączkowaniem, nerwowość, podpuchnięte oczy, oziębłość płciowa, wysypka skórna i pokrzywka, toczeń, huśtawka nastrojów, zaburzenie
równowagi hormonalnej, grzybicze zapalenia pochwy, cysty czy guzy, reumatoidalne zapalenie stawów, drętwienie, katar sienny, trądzik, wzdęcia, zaparcia, niski poziom cukru, przepuklina przełykowa, migreny, apatia, bierność, bezsenność, skłonności samobójcze, marznięcie, dreszcze, infekcje, nadwaga lub niedowaga, uczulenia na środki chemiczne, kłopoty z pamięcią, bóle mięśniowe, alergie pyłkowe lub pokarmowe, pieczenie oczu, stwardnienie rozsiane, złe wchłanianie pokarmu, zapalenie pęcherza (uffl). A nie wymieniliśmy jeszcze tego
ogólnego złego samopoczucia, tak powszechnego w dzisiejszych czasach.
O to wszystko można winić właśnie drobnoustroje, które wyrwały się spod kontroli, oraz ich toksyczne kwa­sowe produkty.

TO WSZYSTKO ZAPROWADZI NAS ZNÓW DO… KWASU

Drobnoustroje rozkwitają na… kwasocie! Uwielbiają pływać we własnych produktach. Lubią też niski poziom tlenu, który występuje wraz z kwasotą. Co najistotniejsze, same ich wydzieliny to silne kwasy. Jeśli więc potrzebujesz jeszcze dalszych argumentów przemawiających za koniecznością przywrócenia twemu organizmowi odczynu zasadowego, wyobraź sobie, jak w twoim ciele roi się grzyb i pleśń.

Jednak pocieszające jest to, że wystarczy prawidłowe odżywianie się i rozsądne przyjmowanie suplementów, aby twoje ciało mogło wykorzystywać i kontrolować, drobnoustroje, bez ryzyka nadmiernego rozrostu ich samych oraz ich groźnych postaci. Zachowywanie równowagi kwasowo-zasadowej dzięki odpowiedniej diecie stwarza optymalne środowisko, w którym drobnoustroje będą się rozwijać tylko do określonego
zdrowego poziomu

Każdy człowiek musi interesować się drobnoustrojami, jeśli nawet nie doświadczył (jeszcze) zewnętrznych objawów ich nadmiernego rozwoju. Rozwój ten przebiega w dwóch etapach. W pierwszej, początkowej fazie drobnoustroje mnożą się w niewielkich koloniach i mimo że są już prawdopodobnie dostrzegalne we krwi, nie odczuwa się z ich powodu żadnych objawów fizycznych. W drugiej, ostrej i przewlekłej fazie komplikacje i dolegliwości stają się oczywiste. Jest już naprawdę źle, gdy ciało się skarży, wysyłając znaki ostrzegawcze i prośby o
pomoc. Rozwój drobnoustrojów w drugim stadium może nastę­pować stosunkowo szybko albo trwać latami.

Nawet w tym drugim, poważniejszym stadium, możesz odwrócić ten proces, jeśli tylko wytworzysz w swoim ciele środowisko, które nie będzie sprzyjać drobnoustrojom. Wystarczy zrównoważyć pH krwi i tkanek, przyjmując suplementy odżywcze i stosując dietę zasadową w rodzaju tej opisanej w dalszych rozdziałach. Oczywiście lepiej byłoby powstrzymać ich rozwój, zanim zdążą wyrządzić szkody, i dlatego każdy powinien skorzystać z przedstawionego tu programu.Kiedy twój organizm odwróci się od kwasów i znów zbliży do zasad, wówczas drożdże, grzyby i pleśnie nie będą się już rozwijać i stracą swoją niszczącą moc. Resztki toksyn zostaną związane przez określone tłuszcze i minerały, po czym wyeliminowane z organizmu.

KIEDY RYBY SĄ CHORE, ZMIEŃ WODĘ

Pomyśl o swoim ciele jak o zbiorniku do przewożenia ryb. Wyobraź sobie, że twoje komórki i narządy to ryby zanurzone w płynach (także we krwi) transportujących pokarm i odprowadzających odpadki. Przypuśćmy teraz, że cofam samochód i rura wydechowa zatyka filtr poboru powietrza, który dostarcza tlen do zbiornika. Woda napełnia się tlenkiem węgla i staje się kwaśna. Po pewnym czasie wrzucam tam zbyt dużo pokarmu albo nieodpowiednie pożywienie i ryby nie mogą go w całości spożyć lub przetrawić; pokarm zaczyna się więc rozkładać. W rezultacie gromadzą się toksyny, produkty wydalania i substancje chemiczne, woda staje się coraz kwaśniejsza.
Ile minie czasu, zanim ryby zakończą życie? Nigdy byś tak nie postąpił nawet w stosunku do naj­zwyklejszej złotej rybki, lecz my, ludzie, na co dzień robimy ze swoim ciałem, z krwią, coś bardzo podobnego, zanieczyszczając je truciznami, nadmierną ilością pożywienia, produktami kwasowymi i tak dalej. Ryba pływa do góry brzuchem, ale my albo w ogóle tego nie dostrzegamy, albo nie wiemy, co to oznacza. Wróćmy do naszego zanieczyszczonego zbiornika. Gdybyś zobaczył, jak zła jest sytuacja, co byś zrobił? Czy leczyłbyś ryby z choroby, na którą niewątpliwie zapadną? Nie. Zmieniłbyś wodę

Wyświadcz swemu ciału taką samą przysługę. Zmień wodę. Oczyść środowisko. A potem utrzymuj je w czystości.


 

HISTORIA, ZAPOZNANA I ODNALEZIONA

Tradycyjna biologia, oparta na odkryciach Ludwika Pasteura z dziewiętnastego wieku, wyznaje tezę, że źródłem chorób są zarazki, które przedostają się do organizmu z zewnątrz. Jednakże studiując wspaniałą, lecz haniebnie niedocenioną pracę współczesnego Pasteurowi uczonego Antoine’a Bechampa i jego zwolenników, w tym Gunthera Enderleina, Claude’a Bernarda, Wirginii LMngston-Wheeler i Gastona Naessensa, dowiedziałem się, że w środowisku kwaśnym bakterie i inne drobnoustroje mogą pochodzić z naszych własnych komórek.
Omawiane przez Pasteura „zarazki z powietrza” mogą przyczyniać się do chorób, ale w przeciwieństwie do powszechnego przekonania ich obecność nie jest konieczna, aby choroba się rozwinęła. Ich szkodliwy wpływ tylko pogarsza stan zaburzonego środowiska, jakie istnieje już w organizmie.
Oprócz tego, że dopuszczamy do powstawania w ciele różnego rodzaju drobnoustrojów, to jeszcze pozwalamy im przedostać się do układu oddechowego i trawiennego (często za pośrednictwem pokarmu ale o tym później). Atakujące bakterie wydają się mnożyć w ciele, siejąc spustoszenie. W rzeczywistości jednak ich obecność inicjuje podobny rozwój bakterii istniejących już w żywicielu znów, w zależności od środowiska.
Środowisko kwaśne daje temu procesowi zielone światło. Aby zapaść na jakąś infekcję, musisz być do tego predysponowany wewnętrznie. Musisz mieć już w organizmie pewne zarazki oraz kwaśny odczyn sprzyjający ich rozwojowi. Dlatego niektórzy ludzie narażeni są na przeziębienia i inne wirusy, a inni nie. Weźmy na przykład epidemię grypy z 1918 roku. Spustoszyła naszą planetę, uśmiercając około trzydziestu milionów osób na całym świecie. Ale pojawiała się w jednym domu, a w sąsiednim nie u jednego członka rodziny, a u drugiego nie. Dlaczego? Gdy rzucisz ziarna na beton, nie wzejdą. Muszą paść na żyzną glebę. Podobnie z zarazkami. Nawet jeśli dostaną się do twojego ciała, to kiedy będzie ono czyste i niezbyt kwaśne, nie będą mogły się rozwijać, mnożyć, sprowadzać na ciebie choroby ani cię zabić.

WIELE FORM

A oto inny ważny fakt dotyczący drobnoustrojów: mogą one szybko zmienić swoją formę lub funkcję. Bakterie mogą zmienić się w drożdże, drożdże w grzyby, a grzyby w pleśń. Jeśli chodzi o tę naukę usuniętą w cień przez teorie Pasteura, to ponad sto lat pozbawieni byliśmy owej tak istotnej wiedzy, iż choroba jest stanem wywodzącym się z naszego własnego środowiska wewnętrznego, a nie spowodowanym atakiem ciał obcych.
Ten zagubiony rozdział historii mówi, że istnieje coś, co żyje niezależnie w komórkach i płynach ustrojowych i co ma zdolność rozwijania się w bardziej złożone for­my. Elementy te noszą nazwę mikrozymów (mikro oznacza „mały”, zyma to „byt”) i występują we wszystkich istotach żywych. Stanowią podłoże zarówno degeneracji, jak i regeneracji. Przede wszystkim z nich rozwijają się wszystkie komórki. W odpowiednich warunkach i środowisku mikrozymy ewoluują w bardziej złożone formy żywe, w tym bakterie i grzyby. Jest to proces dwukierunkowy, bakterie bowiem mogą znów stać się mikrozymami. Od mikrozymów wszystko się zaczyna i na nich się kończy. To, co dzieje się w trakcie, zależy od środowiska.

Zdolność drobnoustrojów do ewolucji, do zmiany formy i funkcji, zależnie od środowiska, znana jest jako pleomorfizm (pleo „wiele”, a morphe – „forma”). Według mojej teorii czerwone komórki krwi też mają taką zdolność: mogą cofać się w procesie ewolucji i znowu rozwijać w dowolny rodzaj komórek potrzebnych organi­zmowi w komórki kostne, mięśniowe, skórne, mózgowe, wątrobowe, sercowe itd. W podobnym procesie bakterie, drożdże, grzyby i pleśnie stają się wytworami zaburzonej ewolucji komórek zdrowych (w tym krwinek czerwonych, komórek mózgu i wątroby).

Znany jest ci chemiczny przykład pleomorfizmu: przemiana wody w parę lub w płatki śniegu. Struktury chemiczne nie zmieniają się nadal jest to H2O – lecz zmienia się forma, zależnie od środowiska.
Zapewne wiesz już, jakiego rodzaju środowisko sprzyja chorobotwórczym zmianom drobnoustrojów obecnych w ludzkim ciele. Tak, kwasowość. Mikrozymy nie zawsze stają się bakteriami, bakterie nie zawsze rozwijają się w grzyby, a grzyby w pleśń warunkiem jest środowisko kwaśne. Szkodliwe organizmy pleomorficzne nie mogą się rozwijać w zdrowym środowisku zasadowym.

Korzystając z silnie powiększającego mikroskopu, magnetowidu i drukarki, mogłem śledzić przemianę organizmów pleomorficznych z bakterii pałeczkowych (bacilty w kuliste (cocci) i na końcu w drożdże, grzyby i pleśnie a następnie z powrotem. Ostatnio pleomorfizm zauważono także na obrazach tkanki zwierzęcej, którą badano pod mikroskopem elektronowym.
Przełomowe eksperymenty pokazały, jak duży bywa zasięg tych przemian. Na przykład pewien rodzaj ameby (organizmu jednokomórkowego) żywi się bakteriami, a inny (ameba czerwonki) ryżem. Oba rodzaje mają wyjątkowe, właściwe sobie DNA. Dzieje się jednak coś zdumiewającego, gdy zamieni się ich dietę, stopniowo przestawiając pierwszy rodzaj ameby na spożywanie ryżu, a amebę czerwonki na żywienie się bakteriami: wówczas zmianie ulega ich materiał genetyczny! Dosłownie następuje odwrócenie. W rezultacie pleomorfizm drobnoustrojowy staje się zjawiskiem jeszcze bardziej istotnym niż przemiana gąsienicy w motyla i jeszcze bardziej fantastycznym, ponieważ może nastąpić niezwykle szybko, czasem w ciągu kilku sekund.

Przyjaciele Pasteura sprawujący wysokie stanowiska, jego umiejętność przyciągania uwagi otoczenia, zdolność sprzedawania siebie i swojej pracy wszystko to sprawiło, że od kilkudziesięciu lat podtrzymywana jest „teoria zarazków” i do dzisiejszego dnia na niej opiera się medycyna tradycyjna. Tradycja ta jest tak silna, a rozwiązania alternatywne są tak rewolucyjne, że nawet to, co wyraźnie widać gołym okiem, pozostaje niezauważone. Mam gorącą nadzieję, że wszystko to, chociaż zbyt wolno, zaczyna, się zmieniać.

Istnieje jeszcze jeden powód, że ów zagubiony rozdział historii jest tak powoli znów odkrywany. Drobnoustroje, tak jak mogą się rozwijać,
mogą też cofać się do swego stanu pierwotnego. Na przykład w piwie, po fermentacjizboża, pozostaje tylko śladowa ilość drożdży dodanych na początku do płynu i są one niedostrzegalne gołym okiem. Wyparowuje jedynie alkohol mykotoksyna. Gdzie się one podziały? Oczywiście nie zniknęły, tylko powróciły do postaci mikrozymów. Podobnie, każdy nowotwór otoczony jest kwasem mlekowym inna mykotoksyna ale drobnoustroje mogą w nim być lub nie. Tak więc nawet ci, którzy chcą patrzeć, nie zawsze zobaczą.

Ci, którzy zechcą spojrzeć jeszcze raz, jasnym wzrokiem, zostaną nagrodzeni poznaniem sekretów trwałe­go zdrowia. Sami możemy siebie uzdrowić, zmieniając środowisko wewnątrz naszego organizmu. Potencjalnie szkodliwe, atakujące zarazki nie będą się miały gdzie rozwijać i staną się niegroźne.

NIERÓWNOWAGA KWASOWA JEST CAŁKIEM NATURALNA… GDY JESTEŚMY MARTWI!

Chaos spowodowany brakiem równowagi kwasowej i nadmiernym rozwojem drobnoustrojów jest procesem całkowicie naturalnym i właściwym, kiedy życie dobiega końca. Po śmierci organizm automatycznie przybiera odczyn kwaśny. Gdy ciało przestaje oddychać, spada oczywiście poziom tlenu i tworzy się środowisko beztlenowe, w którym drobnoustroje wręcz rozkwitają (a poza tym jest kwas, który tak lubią). Wówczas te małe bakcyle biorą się do pracy. Ich jedyna praca i jedyny po­wód, dla którego są częścią ludzkiego ciała polega na tym, że gdy umieramy, stają się one głównymi „podwykonawcami”. Zadaniem tych mykotosyn jest rozkładanie naszego martwego ciała. Drobnoustroje i ich toksyny mają nas zredukować do najprostszych tworzących nas komponentów znowu do mikrozymów. Biolodzy nazywają ten proces cyklem węglowym. Jest to dosłowne znaczenie słów „z prochu w proch, z pyłu w pył”. Mówiąc językiem mniej technicznym lub mniej poetyckim: one to sprawiają, że nasze ciało gnije.

Wskutek nadmiernego wzrostu drobnoustrojów w zbyt kwaśnych organizmach żywych proces ten rozpoczyna się przedwcześnie. Drożdże i grzyby zaczynają zagarniać nasze ciało, gdy jeszcze żyjemy. Po prostu gnijemy
w środku. Fermentujemy. Pleśniejemy. Wybieraj!
Pamiętaj jednak, że w samych drobnoustrojach nie ma nic złego. W rzeczywistości są dobre. Komórki w całym ciele muszą nieustannie obumierać i znów się odradzać, aby mogły być zdrowe i żywotne, Drobnoustroje zajmują się recyklingiem, dzięki czemu odpadki się nie gromadzą.

ZARAZEK – OBJAWY CZY CHOROBA?

Niestety, Pasteur mylił chorobę z jej objawami i ten zasadniczy błąd przechodził z pokolenia na pokolenie jako prawo naukowe. W rzeczywistości stanem ogólnym, zasadniczym jest choroba, a nie diagnozowane przez nas objawy. Jeśli stwierdza się obecność zarazków, one same są tylko symptomem owego podstawowego stanu. Pamiętajmy, że zarazki pochodzą z wnętrza naszych komórek i że te atakujące z zewnątrz mogą jedynie przyczyniać się do zachwiania równowagi w ciele i wywoływać kolejne objawy. To, co większość osób nazywa chorobą, jest w istocie zbiorem owych drugorzędnych objawów, Zarazki są w gruncie rzeczy odzwierciedleniem podstawowego stanu wywołującego chorobę (nadkwasowość i przerost drobnoustrojów).

W ciągu ostatniego stulecia tradycyjna myśl naukowa ustaliła konkretne przyczyny pewnych „chorób”. Jednak wiele spośród poważnych dolegliwości nadal wydaje się stanowić zagadkę… chyba że zrozumiemy, iż niezależnie od rodzaju niepokojących nas objawów, bezpośrednie przyczyny zawsze są jednakowe: kwasowość i nadmierny rozwój drobnoustrojów.

POWSZECHNE PROBLEMY Z NADKWASOWOŚCIĄ

Twoje ciało spotyka się z wszelkiego rodzaju niedomaganiami, jeśli pozwoli mu się pobierać zbyt dużo kwasu, każe usilnie i zbyt długo walczyć o utrzymanie odczynu zasadowego lub jeśli rozwija się w nim za dużo szkodliwych drobnoustrojów. Jak wspomniałem wcześniej (i na pewno jeszcze przypomnę), jeżeli zastanowimy się nad tym wystarczająco głęboko, dojdziemy do, wniosku, że oba te problemy stanowią podłoże prawie wszystkich naszych dolegliwości. Przyjrzymy się teraz najczęściej występującym objawom.

Waga

Możesz podziękować swemu zbyt zakwaszonemu środowisku wewnętrznemu za wszystkie dodatkowe kilogramy, które dźwigasz. W celu obrony ciało wytwarza komórki tłuszczowe, by zabrać kwasy z najważniejszych narządów i by próbować je chronić. W tym sensie twój tłuszcz ratuje ci życie! Dlatego twój organizm nie chce się go pozbyć. Gdy jesz, aby zapewnić ciału odczyn bar­dziej zasadowy, nie będzie ono już potrzebowało zatrzymywać tłuszczu.
Do problemów z wagą mogą się również przyczyniać drożdże i grzyby zakłócające proces trawienia. Powstałe niedobory składników odżywczych mogą zmusić organizm do tego, aby zgromadził kilka dodatkowych kilogramów, i częściowo dlatego stale odczuwasz głód. Zjawisko bardziej powszechne polega na tym, że krew zatruta mykotoksynami płynie do wątroby w celu detoksykacji i ten dodatkowy stres nie pozwala wątrobie skutecznie metabolizować tłuszczu i cukru.

Chaos w tak pozbawionym równowagi organizmie wyczerpie nadnercza i sprawi, że poziom energii będzie zbyt niski, aby ciało mogło pozbyć się nadwagi. Inną prawdopodobną przyczyną jest zmęczenie tarczycy która kontroluje tempo metabolizmu. Sięganie po słodycze, za duży apetyt i niski poziom cukru we krwi to skutki nadmiernego rozwoju w organizmie szkodliwych drożdży, grzybów i pleśni.
Wszystkie te sprawy powodują, że łatwiej jest gromadzić tłuszcz niż sie go pozbyć. A jeszcze do tego może dojść lub pogłębić się złe trawienie i depresja.