Posts Tagged ‘Ogłupianie’

Teleogłupianie. O zgubnych skutkach oglądania tv… – fragment

By oglądać TV, nie potrzeba mózgu, wystarczy przewód pokarmowy.
(Didier Daeninckx, pisarz)

To zupełnie zrozumiałe, że duża liczba dzieci mających problemy z czytaniem niepokoi nauczycieli i rodziców. Dziwne jest natomiast, że całą odpowiedzialnością za ten stan rzeczy obarczamy szkołę. Paradoksalnie, by nie oskarżać telewizji, przypisaliśmy winę za tę porażkę tradycyjnym metodom nauczania.
(Liliance Luręat, doktor psychologii, honorowa dyrektor naukowa w CNRS)

 

Dajemy im to, czego chcą” mówią chórem.
Tłumaczcie: „To nie nasza wina, że są takimi debilami”.

(Alain Bentolila, lingwista, profesor uniwersytecki)

Telewizja wymaga od widza tylko jednego aktu odwagi – ale jest on nadludzki – wyłączenia jej.
(Pascal Bruckner, filozof)

To ważna decyzja: czy mamy telewizor, czy nie, czy wystawiamy dzieci na niemal wszystko, co oferuje telewizja, czy na nic.
(Joshua Meyrowitz, teoretyk komunikacji na Uniwersytecie New Hampshire)

 

Dotychczas telewizja trzymała widza na uwięzi […], jutro będzie mu towarzyszyła, gdziekolwiek pójdzie.
(François Jost, specjalista w dziedzinie mediów, profesor na Uniwersytecie Paris 3-Sorbonne)

Teleogłupianie. O zgubnych skutkach oglądania telewizji (nie tylko przez dzieci)
Autor: Michel Desmurget

Problemem intelektualistów jest oskarżanie telewizji, że nie jest dość dobra. Można odnieść wrażenie, że chcieliby na każdym kanale oglądać ARTE i wszystkim narzucić własne preferencje kulturalne. Co do mnie, nie uważam, by istniała dobra i zla telewizja – wolałbym, żeby telewizji w ogóle nie było.

(Alexandre Lacroix, filozof)

Ponieważ oddziaływanie mediów jest subtelne, kumulatywne i rozłożone w czasie, rodzice, pediatrzy i wychowawcy mogą nie być świadomi ich potężnego wpływu.

(Victor Strasburger, profesor pediatrii, Szkoła Medyczna Uniwersytetu Nowego Meksyku)

Jestem naukowcem i z tego tytułu figuruję na listach adresatów głównych czasopism naukowych z dziedziny neurobiologii teoretycznej i klinicznej*. Kiedy ukazuje się nowy numer, czasopisma te wysyłają mi spisy treści, bym mógł wyłowić interesujące mnie prace. Od 15 lat nie było tygodnia, żebym nie natrafił na co najmniej jeden czy dwa artykuły traktujące o szkodliwych skutkach telewizji dla zdrowia psychicznego, fizycznego i zdolności poznawczych dziecka. Tendencja ta jest tak silna, że niektórzy specjaliści nie wahają się już mówić o prawdziwym problemie zdrowia publicznego. Zaczynają się nawet podnosić glosy domagające
się wszczynania przeciw nadawcom telewizyjnym postępowań karnych
na wzór tych przeciwko producentom tytoniu i fast foodów. Analogia jest jak najbardziej stosowna. Rzeczywiście, w swoim czasie zapadły wyroki przeciwko firmom tytoniowym za wzmacnianie uzależniających własności produktów, których szkodliwość była im znana6. Dziś sektor medialno-reklamowy
wydaje ogromne sumy na poznanie mechanizmów uzależnienia od telewizji,
którego istnieniu coraz trudniej przeczyć, i manipulowanie nimi. Psychologia, neuroobrazowanie, etologia, etnologia, socjologia – wszystkie gałęzie nauk społecznych i medycznych mają swój udział w tej komercyjnej sprawie. Od kilku lat neuromarketing mieni się nowym Świętym Graalem manipulacji.
Jego credo: znaleźć słabe punkty ludzkiego mózgu, by zawładnąć, bez naszej wiedzy, naszymi zachowaniami, pragnieniami, lękami, popędami, wyobrażeniami i decyzjami. W niedawno opublikowanej pracy dwóch specjalistów z tej dziedziny podsumowuje to podejście w następujący sposób: „Mierzcie w najmłodszych. Przygotujcie swój cel. Zaznaczcie go tak wcześnie, j ak to możliwe. Tylko dziecko dobrze się uczy […]. Producenci papierosowi lemoniady wiedzą, że im wcześniej dziecko ich skosztuje, tym bardziej się uzależni. Dzięki neurobiologii przedsiębiorcy dowiedzieli się, w jakim wieku dany typ uczenia się przychodzi człowiekowi najłatwiej. Czy możemy tolerować taką nikczemność? Czy mamy pozostać bierni, kiedy armia zachłannych sępów angażuje wszystkie zdobycze współczesnej nauki, by oferować Coca-Coli „czas dostępu do ludzkiego mózgu”23? Czy wolno nam się godzić, by „trzeci rodzic, telewizja, podstępnie wnikał w psychikę naszych dzieci, by wywołać u nich zachowania zależnościowe lub nabywcze o niszczycielskich skutkach zdrowotnych? Spora grupa ludzi zdaje się sądzić, że nie Wśród nich są wykładowcy akademiccy, dziennikarze, specjaliści od międzynarodowej Konwencji o Prawach Dziecka ONZ, a także wielu artystów i osób piastujących kierownicze stanowiska w przemyśle audiowizualnym, którzy odmawiają wydania swego cennego potomstwa na pastwę „pudełka z obrazkami”. Jak zgrabnie podsumowuje Lilianę Lureat:
„Na czym polega wolność dzieci, jeśli nie na byciu dziećmi, i w imię czego mielibyśmy oddziaływać na nie z taką mocą? Na czym polega wolność dorosłych, jeśli nie na zdolności rozumienia, a skoro tak, dlaczego za cel obierać emocje, nie zaś rozum?”.

Krótki przegląd obiegowych niedorzeczności

Teoretycznie powyższe kwestie powinny wywołać co najmniej lekkie zaniepokojenie u rodziców i widzów, którymi jesteśmy. W praktyce jednak miażdżąca większość społeczeństwa całkowicie lekceważy problem. Obserwacja ta, jakkolwiek kłopotliwa, nie jest wcale zaskakująca. W rzeczywistości, krytykować telewizję to w ostatecznym rachunku mieszać z błotem tego, kto ją ogląda. Jeśli mówicie:

 

„Telewizja głęboko kaleczy nasz związek ze światem”,

przeciętny konsument wyciągnie z tego wniosek: „Jestem tylko bezwolnym wołem i kretynem”. Podobnie, jeśli oświadczycie:

„Telewizja jest dla dzieci toksyczna”,

przysłowiowa gospodyni domowa poniżej pięćdziesiątego roku życia przetłumaczy to sobie jako:

„Jestem złą matką i źle wychowuję swoje maluchy”.

Tego typu stwierdzenia są tym gorzej odbierane, że armia „wybitnych specjalistów” stara się nasycić przestrzeń publiczną uspokajającymi wypowiedziami i miałkimi debatami. Wzruszająca gadanina, dramatyczne potoki słów – ci uczeni od siedmiu boleści głoszą namiętną pochwałę świętego Szklanego Ekranu. Telewizja pomaga naszym dzieciom dorastać. Jest wspaniałym instrumentem kultury demokratycznej. Dostarcza nam kojących obrazów. Głęboka mądrość decydentów chroni nas przed tym, co najgorsze.

Osoby miotające oszczerstwa pod adresem małego ekranu to demagodzy, ludzie niekompetentni, reakcjoniści, histerycy, neurotycy”, zarozumialcy, pogardliwcy i zawistnicy, którzy – by dopełnić obrazu – są przytłoczeni przez „nowoczesność
zmuszającą do myślenia o upływie czasu i budzącą lęk przed nieznanym”. Oskarżając telewizję, jej posępni przeciwnicy „uspokajają własne sumienia”, próbują „odzyskać niewinność, obarczając wszelką odpowiedzialnością media”. Te ostatnie stają się zatem „kozłami ofiarnymi”44. Po prześledzeniu listy najpoważniejszych krytyków szklanego pudełka trudno się nie podpisać pod tymi opiniami: Noam Chomsky”, Karl Popper, Pierre Bourdieu, Liliane Lurçat, Neil Postman, Dany-Robert Dufour, Alain Bentolila. Co za koszmarna zgraja niewykształconych kretynów (sic!). Na szczęście apostołowie telewizyjnej prawdy to ludzie zgoła odmiennego formatu. Choćby Catherine Muller i François Chemel. Pierwsza jest „doktorem psychologii i psychoanalitykiem.
Regularnie zabiera głos w audycjach telewizyjnych i radiowych”.
Drugi ukończył „Instytut Nauk Politycznych i uzyskał dyplom MBA w CFPJ Uniwersytetu Paris-Dauphine”*, jest też „zastępcą redaktora tygodnika telewizyjnego »Télé 7 Jours«. Uczestniczył również w tworzeniu kanału telewizyjnego Paris Première”. Po osobach z tak imponującą przeszłością nie możemy się
spodziewać niczego innego, jak tylko udokumentowanego, obiektywnego i uczciwego stanowiska. Stanowisko to, niedawno opublikowane, nieobecnościami. A więc z nieobecnością jego »obrazu«”. Michael Stora poradził swojemu rozmówcy, by „komunikował się z dziećmi przez kamerę internetową”. Pięknie jak u Freuda i przejrzyście niczym u Goethego. „Duch mi objawia sens wieków porządku,/ już wiem – i piszę o to”: bez telewizji nie ma ratunku dla naszych dzieci! Nie śmiejcie się, bo to ważny moment! Czy wiedzieliście, że „istnieje związek między pewnością siebie i stosunkiem do obrazów”? „Podobnie jak w niemowlęctwie matka mogła nas uwielbiać, nie okazując czułymi gestami, pieszczotami i pocałunkami miłości, którą nas darzyła, tak i my możemy przyjąć tę samą postawę uwielbienia, kontemplacji, a nawet fascynacji wobec obrazów, które ze swej istoty nie mają ciał ani ramion, ani ust”. W obliczu takich oczywistości (sic!)* naprawdę można się zastanawiać, czy zwolennicy nakładania surowych restrykcji na oglądanie telewizji zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa, na jakie narażają ludzkość. Przypadek rodziców, którzy pragnęliby ograniczyć kontakt swoich dzieci z programami epatującymi przemocą, jest z tego punktu widzenia szczególnie wymowny. Tego rodzaju ograniczające tendencje, mówi nam Serge Tisseron, „nie tak dawno przejawiał cały naród […]. Chodzi o naród niemiecki między 1918 a 1945 rokiem [… ]. Od momentu gdy Niemcy jako całość oskarżono o nieludzkie postępowanie i napiętnowano na międzynarodowym forum, dla weterana Rzeszy przyznanie, że jego postępowanie było nieludzkie, stało się [z powodu nieobecności obrazów] niemożliwe […]. Niemieckim żołnierzom walczącym w pierwszej wojnie światowej nie pozostało nic innego, jak pogrzebać głęboko w sobie fascynację złem i przyjemność czerpaną z zabijania [nic więcej!], które odkryli”. Chcąc kontrolować treść programów skierowanych do naszych dzieci, możemy więc rozniecić w nich pragnienie przemocy i barbarzyństwa! Szkoda tylko, że prace naukowe dowodzą przeciwnego ryzyka, polegającego na utracie wrażliwości na przemoc i większej skłonności do czynów przestępczych w następstwie kontaktu z obrazami przemocy. Pośród tysięcy badań przeprowadzonych w tej dziedzinie żadne nie odnotowało zmniejszenia występowania agresywnych zachowań wskutek kontaktu z brutalnymi treściami audiowizualnymi. Michael Stora zdaje się zgadzać z tą konkluzją, kładzie jednak nacisk na niebezpieczeństwo uzależnienia. I tak nasz wybitny specjalista pisze: „Spośród pacjentów, którzy zgłaszają się do mnie z problemem uzależnienia od gier wideo, niektórym [nielicznym? wielu? jednemu, dwóm, trzem, dziesięciu, stu?] w dzieciństwie zabroniono oglądać telewizję i bardzo wcześnie zmuszano ich do czytania. Ich rodzice, często [jeden, dziesięć, pięćdziesiąt, osiemdziesiąt procent „niektórych” przypadków?] pracujący umysłowo, gardzą telewizją. W ich oczach jest ona czymś ogłupiającym, degradującym”. Wstrętni inteligenci! Można się zastanawiać, jak długo jeszcze opieka społeczna zamierza zwlekać z interwencją.

Nie ma gorszego ślepca nad tego, który nie chce widzieć

„Inteligent”! Co ciekawe, to pierwsze słowo, które nasunęło się Sylvainowi*, kiedy opowiadałem mu o swojej książce! Dokładnie powiedział, jeśli się nie mylę, „ta twoja książka to zawracanie głowy dla artystów inteligentów! W każdym razie wszystko to jest niesamowicie trudne i nie ma tu prostych odpowiedzi”. Udane spostrzeżenie, które przypomniało mi świetny tekst Frit-za Zorna: „Jednym z ulubionych pomocników w potrzebie, jeśli trzeba się było wykazać odwagą cywilną, było w mojej rodzinie słowo »trudny«. Określenie »trudny« to było czarodziejskie słowo klucz, pozwalające odsuwać od siebie wszelkie pojawiające się problemy […]. Wystarczyło tylko dojść do konkluzji, że dana sprawa jest »trudna«, i od razu stawała się tabu. […] o sprawie mówiło się »trudna«, tak jakby wypowiadało się zaklęcie – i sprawa znikała. [… ] to, że moi rodzice wszystko uważają za »trudne« […] wydawało mi się […] dowodem osiągnięcia przez nich wyższego poziomu […]. Owa postulowana wyższość [… ] była [… ] nader wygodna […]: nie musieliśmy się nigdy angażować, nie musieliśmy się nigdy decydować czy wręcz obnażać, wystarczyło po prostu zawsze uważać wszystko za »trudne«”. Wydaje się, że niejeden specjalista od spraw telewizji wychował się w tych samych stronach! Jeśli wierzyć naszym wpływowym teoretykom, w rzeczywistości zagadnienia te są tak trudne, że sama kwestia wpływu mediów staje się „wątpliwa” dla wszystkich z wyjątkiem powierzchownych umysłów kilku „fizyków czy biologów cieszących się renomą często skłaniającą ich do prezentowania punktów widzenia, które uważają za uprawnione”. Zaliczam się do nich, przyznaję… i z głębin mojej ignorancji ośmielam się trwać przy swoim. Nie przez zacięty upór, lecz przez uległość wobec oczywistości! Żaden człowiek, choćby skrajnie niewrażliwy na perypetie życia codziennego, nie może zaprzeczyć głębokiemu oddziaływaniu mediów audiowizualnych na nasze zachowania. Przypomina mi się chociażby czarujący poranny wypad do jednego z supermarketów, kiedy to moja trzyletnia siostrzenica zaczęła się nagle tarzać po ziemi, by wymusić zakup jakichś tam płatków śniadaniowych, zaklasyfikowanych jako „widziane w telewizji”. Tylko ta jedna marka (nadzwyczaj droga) znajdowała uznanie w jej oczach. Jest zupełnie oczywiste, że widniejąca na opakowaniu postać z kreskówki, z którą dzieci są dobrze obeznane, wywołała oczekiwany efekt!

Nie minęło wiele czasu, a moja własna córka, Valentine, również dała świadectwo skuteczności telewizyjnego wpajania. Miała zaledwie trzydzieści miesięcy, kiedy zaczęła nagle frenetycznie wyśpiewywać „maaf maaf”, spostrzegłszy logo słynnej firmy ubezpieczeniowej na przedniej szybie jakiegoś samochodu. Przypuszczam, że tę perłę reklamy musiała widzieć (i to nie raz) u swojej opiekunki. Zaledwie kilka dni po tym zdarzeniu przyszła kolej na jej siostrę, Charlotte (7 lat, 126 centymetrów, 19 kilogramów) – i ona zaczęła przejawiać pierwsze symptomy intensywnego formatowania. Oglądała program „dla młodzieży” i nagle rzuciła do matki, nie odwracając oczu od ekranu: „Mamo, czy ja jestem gruba?” Przy następnym posiłku przeszła na pierwszą w swoim życiu dietę niskokalorycz-ną, twardo odmawiając wzięcia do ust choćby okruszka chleba! Był też student robiący licencjat z psychologii, który oznajmił podczas zajęć o cechach nabytych i wrodzonych, że „ustalono”, iż homoseksualizm ma podłoże genetyczne. Ów dumny potomek Oświecenia był pewien swoich źródeł. Mówili o tym w telewizji. „Naprawdę, psze pana, powinien pan to obejrzeć, to było super wyjaśnione!” Dwóch innych zagorzałych telemaniaków potwierdziło te fakty. Niestety, nie byli sobie w stanie przypomnieć żadnych konkretów dotyczących tego programu. Trzeci „wyjaśnił mi, że w każdym razie „tak samo jest z pedofilią”, słyszał w wieczornym dzienniku!*. Zdumiewający brak rozsądku, zwłaszcza u studentów nauk społecznych, których podstawowym przymiotem winien być zmysł krytyczny!

Jak to z polotem ujmuje Jean-Paul Brighelli, te dzieciaki „o jeszcze miękkich czaszkach” zdają się analizować świat tylko „na podstawie ogromnych ilości programów telewizyjnych, plotek i pogłosek. Słabe opinie, myśli jak galareta. Myśleć, ważyć, dyskutować – to zakłada pracę, świadomość, wolę. Wszystkie wartości zniszczone przez myślowe gotowce, które zajęły dziś miejsce kultury”. Nawet dziennikarze nie ocaleli z tej katastrofy – jak choćby grecka korespondentka gazety „Métro”, pisząca na temat serii szczególnie brutalnych ulicznych zamieszek: „Wszyscy tkwią przed telewizorami i próbują zrozumieć, co się dzieje”. Godna uwagi strategia zdobywania informacji, jako żywo przywodząca na myśl czasy wojen w Kosowie, Afganistanie czy Iraku. Po takich przykładach trudno się jeszcze dziwić, kiedy dwie 15- czy 17-latki, rzecz jasna całkowicie bezwiednie, dają świadectwo zasmucającego ograniczenia horyzontów kulturalnych jedynie do obszaru audiowizualnego.

Siedziałem w tramwaju, a obok toczyła się taka oto rozmowa. Fragmenty: Blondynka (farbowana), kurtka Diora, spodnie Diesela, torebka Vuittona: „Muszę zrobić referat o Germinalu, wiesz, to o kopalni”. Brunetka (naturalna), dres Adidasa, T-shirt Quicksilvera, fluorescencyjne buty Nikea: „Super, widziałam to w telewizji, z tym piosenkarzem, nie pamiętam, jak się nazywa”. Blondynka (urażona): „Taa, nawet nie wiedziałam, że zrobili z tego książkę”. Brunetka (pouczająco): „No, to normalne, jak coś im wyjdzie, robią z tego wszystko, to jest biznes, jak »Fabryka Gwiazd«*”. Prócz aspektu rozrywkowego ta manifestacja nieprawdopodobnych wprost braków w wykształceniu ma w sobie, jak sądzę, coś rozpaczliwego. Owa rozpaczliwość przywodzi mi na myśl przepyszny cytat ze znakomitego eseju Natachy Polony Nos enfants gâchés [Nasze zmarnowane dzieci]: „A »Fabryka Gwiazd« staje się horyzontem dzieci zarówno z wyższych, jak i niższych klas społecznych. Córki ministrów wdzięczą się z ekranu jak modelki. Podziały społeczne zacierają się we wspólnym dla całej populacji marzeniu, by zatańczyć przed kamerami. Dziś wieczorem na pokładzie »Titanica« będzie bal”.

Odniesienie do słynnego parowca wydaje mi się tym bardziej zasadne, że katastrofalnego wpływu telewizji nie da się zamknąć w kilku frywolnych anegdotach. Trawi nas ona z niepokojącą stałością, niszcząc nasze człowieczeństwo. Pamiętam na przykład pewnego trzyletniego chłopca, tuż po operacji guza mózgu, płaczącego smutno naprzeciw ciemnego ekranu, gdyż matka zostawiła go samego i poszła gdzie indziej obejrzeć Plus belle la vie* [Piękniejsze życie],

„Sam pan rozumie – powiedziała wyrodna rodzicielka po powrocie – tutaj nie da się oglądać, on ciągle jęczy”.

Biedny dzieciak zmuszony płakać samotnie pośród przepracowanych ludzi w białych kitlach, bo jego matka musiała zaspokoić telewizyjny nałóg. Albo teleturniej, w którym ośmiu na dziesięciu uczestników – oczywiście wszystko było pozorowane, oni jednak o tym nie wiedzieli – zgodziło się na polecenie prowadzącej program torturować człowieka elektrowstrząsami82. Nie przejmując się szlochami i łzami ofiary, nasi początkujący Mengele okazali się zdolni zaaplikować nieznanemu człowiekowi potencjalnie śmiertelne wstrząsy o napięciu 460 woltów. Te najzupełniej zwyczajne osoby przeprowadzały „doświadczenie” aż do końca. Były bezwzględnie posłuszne nakazom prezenterki kapłanki.
Komentarz jednego z graczy:

„Powiedziano mi, że »tak trzeba«. Ci, którzy mi to mówili, chyba wiedzieli, co robią! No to ich słuchałem. Myślałem, że ten tam w środku się usmaży. Ale to już nie mój problem”.

Zdumiewające barbarzyństwo, które pod pewnymi względami przypomina brutalny gwałt na dziesięcioletniej dziewczynce popełniony przez dwóch z pozoru zwyczajnych nastolatków w wieku gimnazjalnym. Nasi mali oprawcy (jeden z nich był bratem ofiary) obejrzeli wcześniej film pornograficzny i najwyraźniej nie mogli się oprzeć pokusie małego prywatnego „the best of”. By nikt nie był pokrzywdzony, postanowili rozpowszechnić tę scenkę, nagraną telefonem komórkowym, w szkole84. Niektórzy powiedzą (wbrew najbardziej elementarnym naukowym pewnikom8S), że telewizja nie ponosi odpowiedzialności za tego rodzaju akty przemocy, ponieważ „za każdą z takich tragedii zawsze kryje się rodzinny dramat”34, a „w naszym stosunku do obrazów wszystko jest kwestią więzi, rodzinnych lub przyjacielskich” (podkreślenia moje). Te same osoby będą jednak również wyjaśniać, że „nastolatki szukają wzorców nawiązywania kontaktów z płcią przeciwną [i że] owe obrazy takie wzorce im zapewniają”. Jeśli ta sprzeczność was drażni, spróbujcie się nie oburzać.

„Specjaliści” lubią odwoływać to, co wcześniej powiedzieli! Niech ci, którzy mogliby w to wątpić, pozwolą mi na jeszcze jeden (mały) przykład, ot tak, dla przyjemności. W związku z ogromną liczbą alarmujących danych w 1999 roku Amerykańskie Stowarzyszenie Pediatryczne zdecydowanie odradziło rodzicom narażanie dzieci dwuletnich i młodszych na jakikolwiek kontakt z telewizją86 W 2002 roku Serge Tisseron w książce Les Bienfaits des images [Dobrodziejstwa obrazów], w rozdziale o uroczym tytule Du bébé gribouilleur au bébé zappeur [Od dziecka bazgrzącego do dziecka skaczącego po kanałach], podjął energiczną walkę z tym zaleceniem i z „rodzicami, [którzy] pragną uniemożliwić dziecku ćwiczenie umiejętności zmieniania kanałów. Co za błąd!”. Wystarczyło jednak, by społeczność naukową oburzyło utworzenie dwóch kanałów telewizyjnych adresowanych do najmłodszych dzieci, by nasz uczony proteusz żwawo zmienił front i współsygnowal artykuł wyjaśniający, że należy „pilnie stworzyć moratorium na działanie takich kanałów, póki nie będziemy wiedzieli więcej o wpływie telewizji na małe dzieci”. Jak lubił podkreślać Edgar Faure, były przewodniczący Zgromadzenia Narodowego, wykładowca akademicki, minister i senator, „to nie chorągiewka zmienia kierunek, lecz wiatr”. Skoro tak, by uniknąć tego wiatru, nie pozostaje nic innego jak kluczyć w swoich wypowiedziach. Nad stanowcze i odważne stwierdzenia „specjalista” od szklanego ekranu będzie więc często przedkładał język propagandy. Nie powie brutalnie: „Telewizja poważnie szkodzi psychicznemu i fizycznemu zdrowiu małego dziecka”, lecz orzeknie powściągliwie: „Telewizja nie jest a priori najlepszym sprzymierzeńcem w tej fazie rozwoju”. W ten sam sposób ów zręczny semantyk nie stwierdzi nigdy wprost, że „TF1 jest ohydną stacją”. Przyzna jedynie ostrożnie, że „TF1 to w ogólności stacja trudna do oglądania”. W jego ustach najbardziej plugawy i wulgarny reality show stanie się jedynie „rozrywką, która nieco przekracza granice”. W jakże eleganckich słowach można to wyrazić!

Spód góry lodowej

Niektórzy malkontenci ocenią zapewne, że powyższe ilustracje są zbyt mgliste, by były przekonujące. Niech się nie obawiają. Z telewizją jest jak z górami lodowymi: wierzchołek rzadko jest największy i najgroźniejszy. W tej dziedzinie również „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”*. Problem niestety w tym, że owo niewidoczne ujawnia się w faktach z trudem poddających się badaniu, a to z powodu dwojakiego rodzaju ograniczeń. Po pierwsze, prawie wszyscy oglądają telewizję. Otóż jest tak, że wpływ danego czynnika ryzyka podlega automatycznemu nie doszacowaniu, gdy ów czynnik rozkłada się jednolicie w badanej populacji, to znaczy, kiedy dotyczy wszystkich podmiotów i kiedy można porównywać jedynie stopień, w jakim są one na niego wystawione (wysoki versus niski). Po drugie, mechanizmu przyczynowego nie sposób zidentyfikować bezpośrednio, na drodze prostej, fenomenologicznej obserwacji, gdy jego działanie jest asynchroniczne. Krótki przykład powinien was o tym przekonać. Wyobraźcie sobie, że za każdym razem, gdy wkładacie kluczyk do zamka w drzwiach waszego samochodu, natychmiast włącza się klakson. Nie zajmie wam dużo czasu, by powiązać te dwa wydarzenia. A teraz wyobraźcie sobie, że przekaz sygnału jest tego rodzaju, że zachodzi opóźnienie – od kilku milisekund do kilku godzin, a nawet kilku lat – między dźwiękiem klaksonu a otwieraniem drzwi. W tej sytuacji zidentyfikowanie źródła problemu stanie się bardzo trudne (jeśli klakson uaktywni się po 2 godzinach jazdy, zamek w drzwiach nie narzuci się jako prawdopodobna hipoteza). Jedynie „twarde” podejście eksperymentalne pozwoli ewentualnie rozplątać ten kłębek. Dokładnie tak sprawa ma się z telewizją. Rzeczywiście, w tym przypadku brak zbieżności w czasie między ekspozycją na bodziec a zachowaniami maskuje łańcuch przyczynowy prowadzący od środka przekazu do objawów.

Wspaniałą ilustrację tego punktu stanowi przypadek zaprzeczenia mojej znajomej Sophie. Kiedy usiłowałem wyjaśnić tej raźnej 30-latce powody mojej antytelewizyjnej manii, jedyne, co od niej uzyskałem, to powtarzające się: „Mój biedaku, jesteś kompletnym paranoikiem. Serio, od grubości… maleńkości oglądam telewizję, i jakoś specjalnie od tego nie zdebilałam”. Niezależnie od cudownego lapsusu, do którego jeszcze wrócę, w zasadzie jest to prawda. Sophie jest salową w szpitalu. Jej cechy osobowości i profesjonalizm są jednomyślnie chwalone. A jednak dziewczyna chciałaby być pielęgniarką. Niestety, jako że trzykrotnie nie zdała pisemnego egzaminu dopuszczającego do zawodu, projekt spalił na panewce. Można zadać sobie pytanie, czy wczesny kontakt z telewizją nie kosztował Sophie tego duchowego naddatku, który rozstrzyga niekiedy o sukcesie lub porażce w sferze wykształcenia. Pozostawałoby to w zgodzie z licznymi badaniami dowodzącymi silnego negatywnego wpływu telewizji na uwagę, zdolność uczenia się i sukces edukacyjny w długim okresie. Jeśli chodzi o tę ostatnią kwestię, wykazano na przykład, że „średni czas spędzany na oglądaniu telewizji w dzieciństwie i okresie dorastania był w istotny sposób powiązany z faktem opuszczenia szkoły bez świadectwa oraz negatywnie powiązany z niepodejmowaniem studiów na poziomie uniwersyteckim. Ryzyko względne dla każdej godziny w tygodniu spędzonej na wieczornym oglądaniu telewizji, skorygowane ze względu na współczynnik inteligencji i płeć, wynosiło odpowiednio 1,43 i 0,75. Wyniki okazały się podobne dla mężczyzn i kobiet i nie zmieniły się po dodatkowym skorygowaniu ze względu na status socjoekonomiczny i zaburzenia zachowania obserwowane we wczesnym dzieciństwie” *.

Każda godzina dziennie spędzona przed telewizorem w okresie szkoły podstawowej zwiększała ryzyko zakończenia edukacji bez świadectwa o 43%, a prawdopodobieństwo, że podmiot nigdy nie zasiądzie w uniwersyteckiej auli, o 25% – przyznajmy, że te liczby są wymowne! Ale wróćmy do Sophie. Narzeka ona również na co innego: swój niski wzrost (168 cm!) i tuszę (54 kg!). Uważa, że jest „potwornie tłusta”, co popycha ją ku najbardziej katastrofalnym dietom. Tymczasem ogromna liczba prac sugeruje, że niewielkie ograniczenie kontaktu z telewizją w dzieciństwie nie tylko sprawiłoby, że jej wyobrażenie o własnym ciele byłoby mniej skrzywione, lecz także, potencjalnie, pozwoliłoby jej zyskać kilka dodatkowych centymetrów (telewizja ma negatywny wpływ na sen, który z kolei pozytywnie oddziałuje na wzrost). Smutnym zbiegiem okoliczności okazuje się, że u ojca Sophie rozwinęła się niedawno choroba Alzheimera. Mężczyzna również był zapamiętałym telewidzem. Można przypuszczać, że nie jest to jedynie przypadkowa koincydencja. Rzeczywiście, najnowsze badania wykazały, że oglądanie telewizji przyspiesza osłabienie funkcji poznawczych u ludzi starszych. Dowiedziono również, po uwzględnieniu długiej listy potencjalnych zmiennych towarzyszących, że prawdopodobieństwo zapadnięcia na chorobę Alzheimera rośnie aż o 30% z każdą dodatkową codzienną godziną oglądania telewizji między 40. a 60. rokiem życia. By zrozumieć ten ostatni wynik, trzeba zauważyć, że im aktywniej pobudzamy nasze funkcje poznawcze, tym mniejsze są szanse, że zachorujemy na Alzheimera. Oglądanie telewizji jest przeciwieństwem takiego pobudzania. Przekaz jest zatem bardzo prosty: jeśli chcecie chronić swój podeszły wiek, unikajcie gnuś-nienia przed telewizorem niczym rozlazłe krowy.

Co jest prawdą dla wieku starszego, jest nią również dla dzieciństwa. Niech za ilustrację posłuży nam mój znajomy Gilles. Podobnie jak Sophie, ten rozwiedziony ojciec postrzega mnie jako niebezpiecznego maniaka. Jego ulubiony argument: „Mój syn ogląda telewizję od najmłodszych lat i nie jest takim znowu głupkiem, wręcz przeciwnie”. Tymczasem nie trzeba specjalnie ciągnąć Gillesa za język, by się dowiedzieć, że ten genialny nastolatek ma poważne problemy z podporządkowaniem się szkolnym rygorom, nie panuje nad agresją, jest chronicznie niezdolny do skupienia się na danym temacie dłużej niż kilka minut, alarmująco uzależniony od markowych produktów, zdradza skłonność do otyłości i niepokojący pociąg do alkoholu. Zaczął nawet, jak to ujął jego ojciec, „palić jointy, głupek”. Niezależnie od wszelkiej oceny moralnej* można sądzić, że karmienie telewizją tego młodego człowieka nie pozostaje bez związku z powyższymi objawami. W ostatnim czasie liczne badania naukowe potwierdziły, że oglądanie telewizji sprzyja otyłości, rozwijaniu się zaburzeń uwagi, pojawianiu się agresywnych zachowań, wykształcaniu konsumpcyjnych wartości społecznych i podejmowaniu zachowań niebezpiecznych dla zdrowia (tytoń, alkohol, seks bez zabezpieczenia, narkotyki itd.). Jak to podsumowuje An-dreas Kappos na zakończenie obszernego przeglądu literatury: „Nie ma już żadnych wątpliwości, że telewizja i inne media elektroniczne negatywnie wpływają na psychiczne i fizyczne zdrowie dzieci. Zauważmy, że na liście ostatnio zidentyfikowanych szkód figuruje autyzm. Telewizja może być jednym z czynników wyzwalania tej choroby u dzieci predysponowanych.

Grunt to nie dać się przyłapać

Dane wyglądają więc na solidne. A jednak robi się wszystko, by pomniejszyć ich wagę. Najbłahsza negatywna opinia na temat telewizji prowokuje lawinę obelżywych epitetów: prohibicja, demonizowanie, fundamentalizm, moralizatorstwo, faryzeuszostwo, nieuczciwość, anachroniczność itd. Raport Kriegel o przemocy w telewizji jest zasmucająco symptomatyczny dla tej tendencji. Ta bardzo dobrze udokumentowana i raczej umiarkowana praca nie postulowała „żadnych zakazów”. Domagała się jedynie „poszerzonego programu mającego na celu trzymanie dzieci z dala od brutalnych widowisk” i precyzyjniejszych oznaczeń programów telewizyjnych, „bliższych europejskiej średniej”. Nie do przyjęcia dla kapłanów szklanego bóstwa. Za to nikczemne podżeganie Blandine Kriegel zawleczono pod pręgierz i nieledwie ukamienowano. Jej tezom zarzucano, że „sieją niepokój, by umożliwić zwiększenie kontroli”, podstępnie zachęcają do cenzury i prowadzą do wzmocnienia władzy państwa. Próbowano oddalić debatę, wskazując na potencjalną odpowiedzialność branży reklamowej.

Rozwodzono się nad uproszczeniami i słabością przedstawianych argumentów, wskazując, że Blandine Kregel wysunęła na pierwszy plan rolę telewizji, nie wspominając o możliwym udziale czynników społecznych, takich jak niestabilna sytuacja życiowa czy bieda. Mniejsza z tym, że większość badań naukowych cytowanych w raporcie uwzględniło te czynniki w swoich statystykach, pokazując, że wpływ obrazów przemocy istnieje niezależnie od inteligencji, płci, kategorii społeczno-zawodowej, poziomu wykształcenia rodziców itd. * Gdy telewizja jest zagrożona, trzeba umieć nieco upiększyć prawdę i ponaginać niesprzyjające fakty… a jeśli to nie wystarczy, zawsze można dyskredytować, tu piętnując zupełnie niewinną niespójność, tam oczywisty brak empatii: ależ Blandine, po co tyle nienawiści, „wszyscy jesteśmy dorośli i odpowiedzialni, sami też mamy dzieci”. Wreszcie, jeśli wszystko to okaże się niewystarczające, można podważyć użyteczność badań, a to na tej podstawie, że cytowane prace pochodzą przede wszystkim z Ameryki, barbarzyńskiego kraju, gdzie „droga od pragnienia zabijania do czynu jest o wiele krótsza niż gdzie indziej”. Tu również mniejsza o fakty. Mniejsza o to, że analogiczne badania przeprowadzono w Europie Wschodniej, Zachodniej, Centralnej, Północnej i Południowej, wjaponii, w Izraelu, Australii, Argentynie, Nowej Zelandii itd.” Mniejsza o to, że – zgodnie z wnioskami z raportu przedstawionego przez Jo Groebela dyrektorowi generalnemu UNESCO – pomijając lokalne odchylenia kulturowe, „ogólny wzorzec konsekwencji obecności przemocy w mediach jest podobny na całym świecie”. Tak czy inaczej, kto ma czas sprawdzać u źródeł stanowcze stwierdzenia naszych wielkich specjalistów? Grunt to nie dać się przyłapać! Ale nie upadajmy na duchu: ten fenomen zaprzeczania nie jest specyficzny dla Francji. Dotyczy mediów na całym świecie. I tak, jak pisze pod koniec szeroko udokumentowanego przeglądu badań Victor Strasburger, naukowiec i profesor pediatrii w Szkole Medycznej Uniwersytetu Nowego Meksyku: „W 1954 roku senator Estes Kefauver, przewodniczący senackiego podkomitetu ds. przestępczości młodych, jako pierwsza osoba publiczna otwarcie zakwestionował konieczność pokazywania przemocy w programach telewizyjnych. Odpowiedź ze strony przemysłu audiowizualnego była taka, że być może istnieją pewne zagrożenia, ale potrzebna będzie większa liczba badań. Dziś, po wielu setkach badań, przemysł audiowizualny zaprzecza wpływowi przemocy w mediach na dzieci i nastolatki. Tymczasem w żadnej innej dziedzinie związanej z mediami nie przeprowadzono tak dogłębnych badań, dostarczających tak przekonujących wyników. W istocie związek między przemocą w mediach a przemocą w realnym życiu jest mniej więcej tak silny jak związek między nikotynizmem a rakiem płuc”. Trudno o bardziej przejrzystą wypowiedź bez otwartego mówienia o dezinformacji – skądinąd takim właśnie słowem posłużyli się niedawno Brad Bushman i Craig Anderson po szczegółowym przeanalizowaniu rozziewu istniejącego między dostępnymi danymi naukowymi z jednej strony a uspokajającymi tezami rozpowszechnianymi przez media i ich oddaną armię pseudoekspertów z drugiej.

Pozostańmy jeszcze chwilę przy temacie przemocy, ponieważ to na nim zdaje się skupiać poważna część debat dotyczących telewizji. Wprowadźmy jednak małą zmianę: oddalmy kwestie obrazów i treści i zajmijmy się zagadnieniem rozwoju dziecka. Jak to podkreśla Marie Winn, „kiedy pojawiła się telewizja, rodzice nie omieszkali dostrzec, jak nieprawdopodobną wygodę im ona daje: wciśnięcie wyłącznika mogło zmienić ich dziecko – całkowicie, choć tylko na pewien czas – z istoty energicznej, hałaśliwej, natrętnej, złaknionej działania, doświadczeń i potrzebującej nieustannej opieki i uwagi w posłuszną, cichą i niewymagającą obecność”. A jednak, kontynuuje autorka, „kiedy przekręcamy włącznik, zapominamy wziąć pod uwagę, że rzeczy, które dzieci robią i które przysparzają tylu kłopotów rodzicom – eksplorowanie, działanie i niekończące się doświadczanie przyczyn i skutków – są dla nich korzystne, a nawet niezbędne. Rodzice powinni wziąć pod uwagę, że radzenie sobie z trudnymi zachowaniami dzieci przez całkowite ich eliminowanie za pomocą telewizji nie różni się wiele od sytuacji, gdy hamujemy naturalne zachowania dziecka, grożąc mu karą fizyczną. Jest też zaskakująco podobne do pojenia dziecka laudanum lub dżinem, by je uspokoić”. Dziwnym trafem o przemocy w odniesieniu do rozwoju dzieci nikt nie mówi (albo prawie nikt). Wszyscy przejmują się treścią telewizyjnych programów, natomiast nikt nie wydaje się niepokoić naturą samego medium. Tymczasem, unieruchamiając nasze maluchy przed ekranami, nie tylko wystawiamy je na mniej lub bardziej stosowne dla nich programy, lecz także pozbawiamy je całej masy kluczowych dla ich rozwoju doświadczeń. Moglibyśmy więc zwrócić nasze obawy nie w stronę tego, co telewizja wywołuje, lecz tego, co hamuje i uniemożliwia przez samą swoją obecność. Rozważmy, tytułem ilustracji, proces uczenia się języka. Oto dziedzina – jak słyszymy – doskonale współgrająca z telewizją.
Krzykliwe oświadczenia wydawców i dystrybutorów treści audiowizualnych na temat ich edukacyjnych zalet są w tym względzie pouczające. Firma Brainy Baby oświadcza mianowicie, że ich wideo skierowane do dzieci w wieku 6-36 miesięcy uczy maluchy „języka i logiki”. Baby Einstein wyjaśnia, że ich DVD dla dzieci rocznych i starszych „wzbogaca słownictwo dziecka poprzez piękno poezji, muzyki i natury”. W BabyTV, stacji dla najmłodszych, dowiadujemy się przy okazji serialu Leni, że „historyjki i rymy wspomagają naukę języka”. Zresztą, by nadać realny kształt temu twierdzeniu, stacja dołącza obszerny zbiór entuzjastycznych opinii widzów. Christine pisze: »Moja córka ma szesc lat i od urodzenia ogląda BabyTV. Od niedawna ma swoje ulubiony filmy animowane, a wieczorem uwielbia la lanterne magique, szkoda że nie było wcześniej takiego kanału”*. „Oczywiście – uzupełnia Laura – jak wielu rodziców nie jestem za tym żeby dzieci za dużo przesiadywały przed telewizorem ale tu, chodzi o kanał edukacyjny więc nie szkodzi, jeśli dłużej pooglądają. dziękuję”**. Ten sam pogląd wyznaje moja znajoma Véronique, która mówi, że nie będzie „przecież wyrzucać Paula [swojego dwuletniego syna] z salonu, kiedy ogląda programy o gotowaniu, teleturnieje czy seriale”.
I dodaje:

„Nie rozumiem, jaki w tym problem, jeśli ze mną jest, zresztą niezależnie od tego, czy ogląda, czy nie. Często powtarza sformułowania, które usłyszał w telewizji. Za każdym razem mnie zamurowuje. Naprawdę nie wiem, co mogłoby być w tym złego, uczy się mnóstwa rzeczy”.

W rzeczy samej, mnóstwa rzeczy, jeśli tylko pominiemy fakt, że najnowsze badania dowodzą silnego związku między pojawieniem się trudności językowych u dzieci i wczesnym kontaktem z „edukacyjnymi” DVD lub wideo, rozrywkowymi filmami animowanymi, programami bez ograniczeń wiekowych czy po prostu telewizorem grającym w de64. Na przykład, każda godzina dziennie treści „edukacyjnych” między 8. a 16. miesiącem życia przekłada się na zubożenie słownictwa rzędu 10%128. Podobnie, 2 godziny dziennie kontaktu z programami telewizyjnymi bez ograniczeń wiekowych między 15. a 48. miesiącem życia prowadzą do potrojenia ryzyka wystąpienia opóźnień w rozwoju językowym. Ryzyko to wzrasta nawet sześciokrotnie, jeśli pierwszy kontakt ze szklanym ekranem nastąpił, zanim dziecko skończyło rok. Jak to będę miał później okazję pokazać w szczegółach, te początkowe deficyty mają wszelkie szanse trwać w czasie i w dłuższym okresie utrudnić dziecku zdobycie wyższego wykształcenia i wejście w rolę społeczną.

Faktycznie, są powody do radości i ogłaszania wszem i wobec wraz z Serge em Tisseronem: „Niech żyją dzieci obsługujące pilota„!
Tak naprawdę trafniejsze byłoby mówienie o dziecku „samoobsługowym” jeśli wziąć pod uwagę, że jednym z pierwszych efektów, jakie wywiera telewizja, jest drastyczne zmniejszenie ilości i jakości interakcji rodzic-dziecko”. Tymczasem te interakcje są kluczowe dla rozwoju języka”. „Ale to chociaż wyrabia ucho” rzuciła z nadzieją Isabelle, z którą rozmawiałem. Odkąd urodziła, ta samotna matka z dyplomem w dziedzinie handlu międzynarodowego zalewa swojego teraz dziesięciomiesięcznego syna anglojęzycznymi DVD. „To ważne – zwierza się każdemu, kto chce słuchać. – Popatrz na siebie, po ośmiu latach spędzonych w Stanach nadal masz koszmarny akcent i wciąż nie jesteś w stanie odróżnić beach [plaża] od bitch [suka]”. To prawda! A jednak wczesna ekspozycja na treści audiowizualne bynajmniej by mi nie pomogła. Jak to wykazało pewne pomysłowe badanie, kiedy dziewięciomiesięczne niemowlęta posadzić przed rodowitym użytkownikiem man-daryńskiego, zachowują dużą zdolność rozróżniania dźwięków tego języka. Kiedy dzieci posadzić przed filmem wideo, na którym zarejestrowany jest ten sam Chińczyk, w ogóle nie zachowują tej zdolności. Jedyne, co zyskał syn Isabelle na niemal obsesyjnej trosce swojej matki, to zagarnięcie cennego czasu przez aktywność w najlepszym razie bezcelową, a w najgorszym po prostu destrukcyjną. Jest to tym bardziej niekorzystne, że małe dzieci bez trudu sypiają po 16 godzin na dobę, co, kiedy odejmiemy momenty poświęcone na czynności fizjologiczne (karmienie, kąpiel, zmiana pieluch), zostawia dość mało czasu na stymulowanie mózgu poprzez kontakt z realnym światem*! Okroić ten czas, nawet o 1 czy 2 „króciutkie” godziny dziennie, to wyrządzić dziecku ciężką krzywdę. Dramat, powiedzmy to raz jeszcze (w tej kwestii nigdy dość powtórzeń!), polega na nieoczywistym charakterze zachodzących tu relacji przyczynowych. Ekspozycja na treści audiowizualne nie sprawia, że dzieci stają się w widocznym stopniu upośledzone czy opóźnione. Nie ogłupia ich jawnie. Ogranicza jedynie pole ich doświadczeń i, de facto, uniwersum ich możliwości.
Mogłyby może mieć na poziomie 150, a musi im wystarczyć 110. Mogłyby może cieszyć się literacką śmiałością Tomasza Manna, a tak przyjdzie im się zadowolić jedynie poprawnym piórem. Mogłyby może dorównać uderzeniem Federerowi, a poprzestaną na rozgrywaniu drugorzędnych turniejów. Skąd po fakcie mielibyśmy wiedzieć, jak wysoko wyrosłoby drzewo, gdyby osłonić je przed telewizyjnym wiatrem? Oczywiście łatwo będzie voxpopuli przeczyć choćby najmniejszej szkodzie wyrządzanej przez telewizję: popatrzcie, powiedzą nam, oglądali telewizję i całkiem nieźle sobie radzą, wcale nie wyrośli na idiotów. Nikt jednak nie zada pytania: co skradły im te długie godziny spędzone przed ekranem? Z całą pewnością zasadność tego pytania nie ogranicza się do najmłodszych. Dotyczy ono również dzieci w wieku szkolnym i nastolatków. Tym zatem, co trzeba przebadać, jest kreatywność, fantazja, towarzyskość, osiągnięcia szkolne, czytanie, ogólna kultura intelektualna i zdolności motoryczne. Będziemy mieli okazję w szczegółach powrócić do każdego z tych punktów w dalszych partiach książki.

Żyć bez telewizji

W obliczu powyższych danych ja i moja żona Caroline prawie dwa lata temu postanowiliśmy drastycznie ograniczyć naszą konsumpcję telewizyjną i kontrolować ekspozycję naszych dzieci na treści audiowizualne. Sądziliśmy, że bez wielkiego wysiłku możemy selekcjonować treści i panować nad czasem spędzanym przed ekranem. Jak tylu innym przed nami, przyszło nam szybko spuścić z tonu. Telewizja była zbyt kusząca, zbyt użyteczna, zbyt praktyczna, by ją bezboleśnie odstawić. Każde uzasadnienie było dobre, by uciszyć dzieci, unieruchamiając je przed odbiornikiem. Wszystkie wymówki pozwalające podważyć najbardziej podstawowe z przyjętych przez nas reguł (zero telewizji przy posiłkach; zero włączania na chybił-trafił itd.) były mile widziane. Ciężki dzień w pracy, doznana przykrość, kłótnia, przejściowa słabość i ekran ożywał, odrywając nas od świata. Często wieczorem zwalałem się na kanapę jak bezwolny tobół, przeklinając szaleństwo egzystencji, która nie zostawia mi „na nic czasu”! Najwyraźniej nie dotarł do mnie w pełni sens zdania: „Typowy widz w wieku powyżej 15 lat każdego dnia spędza przed telewizorem 3 godziny i 40 minut”. Zastanówcie się nad tym: 3 godziny i 40 minut dziennie to, z grubsza, 20-25% czasu, kiedy nie śpimy, i 75% naszego czasu wolnego!
To również 1338 godzin rocznie, czyli 56 dni (prawie dwa miesiące!). Jeśli będziecie żyli 81 lat, czego statystycznie macie prawo oczekiwać, ostatecznie oddacie telewizji 11 lat życia (nie Ucząc filmów wideo i DVD)*. 11 pełnych lat, to jest ponad 4 tysiące dni i tyleż nocy spędzonych na wpatrywaniu się w ekran niczym rozlazłe ślimaki. I to nawet bez przerwy na siusiu w trakcie. Oczywiście możemy też uwzględnić, że nie sposób się obyć bez snu, i zaproponować liczenie czasu spędzanego przed telewizorem w zestawieniu z 16,5 godziny dziennie „czasu czuwania”! W ten sposób zwiększymy nasz wynik do 16 lat. Szesnaście lat cennego życia, których zrzekamy się na rzecz TF1 i spółki! Jeśli odniesiemy te rozważania do całej francuskiej populacji, otrzymamy obłędną liczbę 77 miliardów godzin zmarnowanych przed teleodbiornikami*, czyli mniej więcej sumę godzin przeżytych przez rok przez dziewięć milionów osób! Nasze dzieci niestety nie pozostają w tyle: uczeń szkoły podstawowej spędza każdego roku więcej czasu w towarzystwie telewizora niż swoich nauczycieli (odpowiednio 965 i 864 godziny)**! Ale, rzecz jasna, jak to napisał Luc Ferry w czasach, gdy był ministrem do spraw młodzieży, edukacji narodowej i nauki, roztrząsanie tych „strasznych statystyk” byłoby robieniem z telewizji „łatwego kozła ofiarnego”. Czy nie należałoby jednak uznać, że nieroztrząsanie tych strasznych statystyk oznacza traktowanie telewizji z nadmierną pobłażliwością?

Pokonawszy liczne trudności, udało nam się w końcu, mnie i mojej żonie, ograniczyć czas spędzany przez naszą rodzinę przed telewizorem. Wbrew wszelkim oczekiwaniom niedostatek obrazów nie spowodował żadnego kryzysu. Wręcz przeciwnie, im dalej postępował proces odstawiania, tym mniej był dla nas przykry. Kiedy Valentine skorzystała z chwili naszej nieuwagi, by wypróbować na płaskim ekranie nowe flamastry, myśl o kupnie nowego telewizora nawet nie przemknęła nam przez głowy. Żegnajcie Guignols. Bywaj Secret Story. Koniec z CSI. Ciao Jo-sephine. So long Ligo Mistrzów. Kiedy wynosiłem odbiornik do piwnicy, przypomniało mi się słynne zdanie z Guignols de ‚info: „A teraz możecie wyłączyć telewizory i wrócić do normalnego życia!” To mało powiedziane! Dwanaście miesięcy abstynencji całkowicie odmieniło nasze życie. Ustały konflikty związane z tym, kto trzyma w ręku pilota. Rozmowy w rodzinnym kręgu przychodzą nam z większą łatwością, zwłaszcza przy posiłkach. Dziewczynki sprawiają wrażenie spokojniejszych, uważniejszych wobec otoczenia. Nie wydaje się, by brakowało im telewizji. W każdym razie nie domagają się jej powrotu. Starsza przestała (w dużej mierze) zadręczać nas konsumpcyjnymi żądaniami i znacznie poprawiła stopnie. Nic nie wskazuje na to, by między nią a rówieśnikami wyrosła przepaść. Przeciwnie, jej życie towarzyskie intensyfikowało się, w miarę jak zapominała o telewizji. Wieczorami, zamiast gnuśnieć przed ekranem, czyta, maluje, rysuje, dokazuje, odrabia lekcje, ożywia swoje plastikowe figurki, bawi się lalkami, wznosi najprzeróżniejsze mniej lub bardziej stabilne budowle lub po prostu korzysta z okazji, by nic nie robić. Skądinąd ten czas „wolny” dał jej dostęp do dziwnego doświadczenia, którego telewizja jak dotąd jej pozbawiała: nudy. Nie jest, ona bynajmniej czymś jałowym, w tym sensie, że daje początek pragnieniu, kreatywności, myśli skierowanej w przyszłość”. Zgodnie z niedawno przeprowadzonym badaniem, kiedy umysł wędruje, kiedy myśl się rozprasza, dochodzi do silnego pobudzenia obszarów mózgowych zaangażowanych w procesy twórczego rozumowania i rozwiązywania problemów. Efekt jest tym wyraźniejszy, im bardziej podmiot jest nieświadomy, że jego myśli błądzą. Innymi słowy, gdy się nudzimy, nasz mózg pracuje, choć o tym nie wiemy.
Czas „stracony” nie jest więc daremny. Jest głęboko twórczy. Jak napisał Miguel de Unamuno w swojej wspaniałej Mgle:

„Nuda jest treścią życia! Nuda wynalazła rozrywki, gry, romanse, miłość !”.

Nawet Cioran zdawał się tak sądzić, kiedy twierdził z głębin swojego bezapelacyjnego nihilizmu, że

„Nuda dokonuje cudów: przemienia pustkę w substancję, ba, sama jest karmiącą pustką”.

Nawet jeśli jeszcze tego nie mówi, Valentine również zdaje się „nudzić” od czasu do czasu. Siada wtedy na kanapie i głaszcze się po twarzy uchem ulubionej przytulanki. Kilka miesięcy temu takie chwile były po prostu nieosiągalne, gdyż wypełniał je ciągły strumień obrazów i dźwięków. Odkąd wyprawiliśmy z domu telewizor, mała sprawia wrażenie mniej pobudzonej i chętniej chodzi spać o wyznaczonej porze. Kiedy się nie „nudzi”, działa, jest w ciągłym ruchu, mówi, pyta, sprawdza, eksperymentuje; krótko mówiąc, buduje swoją osobę, doświadczając świata. Niekiedy oczywiście ten rozszalały dynamizm sprawia, że z tęsknotą wspominamy telewizyjne laudanum. Nic jednak nie mogłoby nas skłonić do cofnięcia się do poprzedniego stanu rzeczy. Jak pisze Alexandre Lacroix, filozof i zagorzały obrońca idei No TV:

„Jednakże miałem poważny powód, by zdecydować, że będę żył bez telewizji. Powód ten jest osobisty i egzystencjalny. Wiąże się ze sferą odczuć. Rzecz można streścić następująco: bez telewizji życie wydaje mi się piękniejsze”.

Czy popadam, jak często słyszę, w przesadę, paranoję, histerię i wstecznictwo? Być może. A jednak, zanim czytelnik się z tym zgodzi i machnie ręką na niniejszą książkę, tak jak odpędziłby uprzykrzonego owada, chciałbym, by zadał sobie trzy małe pytania. Czy telewizja rzeczywiście zasługuje na to, by oddać jej 16 lat życia? Czy nasze dzieci nie są powołane do niczego więcej niż zaoferowania Coca-Coli „czasu dostępu do [swojego] mózgu”? Czy naukowe świadectwa szkodliwego wpływu telewizji na naukę języka, wyniki w nauce, sukces społeczny, kulturę, zdrowie, dobrobyt czy poziom agresji nie są wystarczająco niepokojące, by uzasadnić zastosowanie ścisłej zasady ostrożności? Niech każdy sam to rozstrzygnie, dla siebie i swoich dzieci. Jeśli o mnie chodzi, sprawa jest zamknięta!

str.113
(…)
Teleogłupianie - wyniki testów
Wykres 1: Porównanie zmian poziomu upowszechniania się medium audiowizualnego (lewa podziałka pionowa, odwrócona – wartości rosną w dół – krzywa przerywana) i wyniku części werbalnej testu SAT (prawa podziałka pionowa, krzywa ciągła) w funkcji czasu (oś pozioma). Można zauważyć, że krzywe biegną równolegle w odstępie czasowym około 17-18 lat, co odpowiada okresowi koniecznemu, by dzieci, które dorastały w domu wyposażonym w telewizor, przystąpiły do egzaminu SAT*.

SAT* – werbalny jest standaryzowanym testem kompetencji językowej, który przechodzi większość amerykańskich studentów podejmujących studia wyższe. Między 1965 i 1980 rokiem wyniki uzyskiwane w tym teście gwałtownie się załamały. By wyjaśnić to dziwne zjawisko, wysuwano rozmaite hipotezy, niższe finansowanie systemu szkolnego, wzrastająca niekompetencja nauczycieli, masowy napływ studentów wywodzących się z mniejszości afroamerykańskiej i hiszpańskiej, wzrost złożoności egzaminu itd. Żadne z proponowanych wyjaśnień nie okazało się zadowalające. Dopiero dzięki Marie Winn i niedawnej reedycji jej książki The Plug-in Drug [Narkotyk z wtyczką] dostrzeżono możliwe rozwiązanie tej zagadki. Autorka zauważyła, że obniżenie wyników SAT werbalnego odwzorowywało, z dokładnością do okresu koniecznego, by skutki dały o sobie znać, krzywą upowszechniania się telewizji w Ameryce.

* – SAT: wcześniej Scholastic Aptitude Test, obecna nazwa to SAT Reasoning Test

str.170
(…)
Analizy pokazały, że bogactwo rysunku stopniowo malało w funkcji ekspozycji na treści audiowizualne. Dzieci oglądające telewizję krótko (30 minut i mniej) zdobywały do 10 punktów, podczas gdy oglądające długo (3 godziny i więcej) zatrzymywały się na 6. Średni konsumenci (2 godziny) oscylowali wokół 8,5 punktu. Jakościowy sens tych różnic liczbowych łatwo uchwycić dzięki poniższym rysunkom, prezentowanym przez autorów badania jako reprezentatywne (zob. rysunek)*. Kiedy oglądam ten rysunek, nie mogę nie myśleć o wszystkich tych opuszczonych dzieciakach oddanych w ręce TeleOpiekunki. Pochwały obrazu lansowane przez kłamliwych pseudopsychologów wydają się nagle nieskończenie mniej śmieszne.
Teleogłupianie - więcej niż 180 minut dziennie

Przedłużanie dzieciństwa – John Gatto – napisy PL

 

 

„Nie ma neutralnej edukacji. Edukacja jest albo dla udomowienia albo dla wolności”. Joao Coutinho

 

Na szkołę patrzono od pierwszej dekady XX wieku, jak na gałąź przemysłu i narzędzie rządzących. Przez dłuższy czas, prawdopodobnie powodowane przez klimat oficjalnej złości i potępienia skierowanego przeciw imigrantom, społeczni kierownicy szkół byli bardzo szczerzy jeśli chodziło  o to co robili. W mowie jaką wygłosił przed biznesmenami przed Pierwszą Wojną Światową, Woodrow Wilson załączył tę śmiałą tezę:

„Chcemy by jedna klasa miała liberalną edukację, chcemy  by inna klasa, dużo większa, odstąpiła od tego przywileju, a za to, by przygotowała się do wykonywania specyficznych, trudnych i manualnych zadań.”

W 1917 roku wyższe administracyjne prace w amerykańskim szkolnictwie były pod kontrolą grupy, która w ówczesnych gazetach nazywana była Educational Trust [Edukacyjne Powiernictwo]. Najpierw na ich spotkania przybili między innymi reprezentanci Rockefeller, Carnegie, Harvard, Stanford, Uniwersytetu Chicago i Stowarzyszenia Edukacji Narodowej. Szef, Benjamin Kidd powiedział w 1918 roku

„nakładajcie na młodych ideał subordynacji.”

Na początku głównym celem było stworzenie tradycji niezależnych zarobków w Ameryce, a także ugaszenie amerykańskiej przedsiębiorczości w pospolitej części populacji. Wielkie inwestycje kapitału, których wymagał przemysł produkcji masowej na zakup maszyn, nie były dobrze uzasadnione.

Uczniowie mieli się nauczyć myśleć o sobie jako o pracownikach rywalizujących o przychylność kierownictwa, a nie jak Franklin czy Edison na siebie patrzyli, jak na samokształcącego się, wolnego człowieka. Tylko masowa psychologiczna kampania mogła pozwolić na to by szalona ponad produkcja byla kontynuowana. Tak właśnie nazywali to ważni ludzie i akademicy. Umiejętność Amerykanów by myśleć jak niezależni producenci musiała zostać zakończona. Pewne zapiski Aleksandra Huglisa pokazywały rolę szkolnictwa w tym jakże udanym projekcie, polegające na zmianie tendencji małych ludzi do konkurowania z dużymi firmami.

Od 1880 roku do 1930 roku, ponad produkcja stała się kontrolowaną metaforą pośród klas kierowniczych i ta idea miała duży wpływ na rozwój szkolnictwa masowego. Wiem jak trudne jest dla większości z nas, którzy sami koszą trawę i wychodzą z psem, żeby zrozumieć, że długoterminowa inżynieria społeczna w ogóle istnieje. A co dopiero, że zaczęła dominować szkolnictwo prawie wiek temu.

W książce Ellwood P. Cubberley wydanej w 1934 roku, „Publiczna edukacja w Stanach Zjednoczonych” dokładnie opisuje co i dlaczego się zdarzyło. Uważano, ze dzieci nie powinny brać udziału w pracach produkcyjnych, Z drugiej strony, teraźniejsze myślenie też tak uważa, zarówno dla interesów zorganizowanego zatrudnienia jak i interesów narodu”. Zdanie to mieści się w części publicznej edukacji, nazywanej „Nowe przedłużenie okresu zależności”, w której Cubberley tłumaczy, że wprowadzenie systemu fabryk, spowodowało konieczność wydłużenia dzieciństwa, by pozbawić dzieci ćwiczenia i edukacji, których mogły nauczyć się prowadząc życie na wsi. Z rozdzieleniem domowych i wiejskich przemysłów, zaniknęło uczenie się zawodu z ojca na syna oraz nauka rzemiosła, a coraz więcej jest produkcji na dużą skalę i bardzo skrajnego podziału pracy. Armia pracowników się podniosła, powiedział Cubberley. Która nic nie wie.

Ostatnią tajemniczą wzmianką dla nowej psychologii jest używanie ogłupiającego szkolnictwa, używane w Anglii, Niemczech i Francji, przy okazji 3 głównych siłach węglowych oprócz Stanów Zjednoczonych. Każdy z tych krajów już przeniósł swoją pospolitą populację do proletariatu przemysłowego.

„Społeczna historia rodziny” wydana w 1919 roku przez Arthura Calhuna, powiadomiła akademików o tym co się działo. Calhoun przewidywał, że najważniejsze życzenie pisarzy utopijnych miało się ziścić.

Dziecko przechodziło od rodziny pod opiekę ekspertów społecznych. On przewidywał, że z czasem możemy oczekiwać, że publiczna edukacja będzie zaprogramowana tak by uniemożliwiać rozmnażanie się osób nieprzystosowanych. Trzy lata później major John F Highland powiedział w Nowym Jorku, w publicznej mowie, że

szkoły zostały zawładnięte, tak jak ośmiornica chwyta ofiarę, przez niewidzialny rząd.

Odnosił się do konkretnych zachowań Fundacji Rockefeller i innych interesów w Nowym Jorku, których następstwem były zamieszki szkolne w 1917.

W lata 20-tych było ożywienie dla szkolnictwa, jak i dla giełdy. W 1928 roku znany wolumen zwany „Społeczną psychologią i edukacją” utrzymywał, że w interesie nauczycieli jest nie tylko zarządzanie szkołami, ale światem. Rok później sławny kreator psychologii edukacji, Edward Thorndike z Kolumbijskiego College’u dla nauczycieli, ogłosił, że

przedmioty akademickie mają małą ważność.

William Kirkpatrick, jego kolega z tego College’u, szczycił się edukacyjnym i społecznym kryzysie. Cała tradycja uczenia młodych, została stworzona przez ekspertów

Żrodło http://autonom.pl/index.php/artykuly/publicystyka/1726-jak-wytresowac-sobie-antyrasiste

 

 

W obliczu zbliżającego się EURO 2012, kiedy antyrasistowska histeria zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, warto powrócić do tematyki absurdalnego w swej istocie antyrasizmu, którą co jakiś czas podejmujemy na łamach portalu. Wobec nie mających żadnych podstaw zarzutów nota bene czarnoskórego Sola Campbella wobec Polski i Ukrainy, jako żartobliwą odtrutkę na antyrasistowską histerię proponujemy przekład tekstu autorstwa australijskiego aktywisty związanego z ruchemNationalist Alternative. Tekst dotyczy właśnie antyrasizmu i wywołanego przezeń syndromu białej winy czyli tzw. „White Guilt”. W prosty sposób, na podstawie dialogu pomiędzy przybyszem z innego świata oraz profesorem politycznej poprawności, wypunktowano strategię tzw. antyrasizmu, który pomimo oczywistych wewnętrznych sprzeczności, staje się oficjalną doktryną czy wręcz religią większości tzw. organizacji międzynarodowych, a w tym UEFA, patronującej przecież pokazowemu teatrzykowi pod kryptonimem EURO 2012, który już w najbliższych tygodniach odbędzie się w Polsce i na Ukrainie – w krainach rzekomo rasizmem i dyskryminacją płynących. 

***

Poznajcie poczciwego Heńka. Heniek przybył na Ziemię z odległej planety aby poznać nasze dziwne zwyczaje, nauczyć się ludzkiej kultury i sposobów, w jakie rozwijamy swoją cywilizację. Zastanawiając się, do której części ludzkości potajemnie się przyłączyć, Heniek wybrał jeden z anglojęzycznych krajów, ponieważ właśnie język angielski był używany w większości programów telewizyjnych, na które natrafił. Bazując na tej obserwacji, Heniek postanowił zbadać kulturę, która wydawała się dominującą na Ziemi. Ludzie wydali mu się dziwnym tłumem. Wszyscy bogaci, bez powodu sławni i mentalnie próżni, albo po prostu tylko tak przedstawiani. Pomimo bycia jałowymi i płytkimi, zdawali się przez to być tym bardziej sobie bliscy. Zaiste, ciekawe…

Zatem, używając Shape Shiftera 5000 marki Instamatic, zmienił swoją formę na baristę z początku XXI wieku – okulary z grubymi czarnymi oprawkami, białe trampki, obcisłe spodnie i wytarty T-shirt z wizerunkiem bohatera z gry komputerowej z lat 80-tych – po czym udał się do lokalnego uniwersytetu, aby odnaleźć Profesora Mumię.

Misją Heńka było nauczyć się jak być tolerancyjnym dla „różnorodności”, aktywnie występować przeciwko rasizmowi, zgodnie z duchem czasów. Tak wiele przechwyconych ziemskich programów poruszało ten temat, jak to tolerancja i multikulturalizm rozwijają ludzkość, w dodatku te sprawy były przedstawiane jako ważniejsze nawet od samej nauki! Zatem wybór Heńka był logiczny.

Heniek zastanawiał się jak ważne mogłoby to rzeczywiście wszystko być i głowił się, jak można iść do więzienia i zostać osądzonym za powiedzenie czegoś „politycznie niepoprawnego”, podczas gdy nic nie groziło za mówienie rzeczy „naukowo niepoprawnych”. A to dlatego, że społeczeństwo, które taką wagę przywiązuje do otwartych badań i metody naukowej, zupełnie jak społeczeństwo Heńka, jednocześnie ceni tę metodę niżej niż ten „antyrasizm”. Heniek stwierdził, że coś w tym musi być. Coś, czego nawet jego zaawansowana cywilizacja z dalekich zakątków wszechświata nie odkryła. Jak bycie „politycznie poprawnym” może być ważniejsze od „naukowo poprawnym”, co przecież pomaga leczyć choroby i poprawiać warunki życia..?

Poczciwy Heniek. Nie ma żadnego doświadczenia z religiami, a nawet bladego pojęcia, czym one są. Żadnych doświadczeń z kultami, „polityczną poprawnością”, nigdy też nie musiał wierzyć w coś, „bo tak”. Nigdy nie musiał się martwić, że straci możliwość zarabiania na życie za powiedzenie czegoś wbrew aktualnie przyjętej prawdzie, która została ustalona na podstawie przypadkowej etyki. Nigdy nie miał do czynienia z orwellowskimi myślozbrodniami, ponieważ pochodzi ze społeczeństwa, w którym prawdą są fakty. Sam pomysł, że prawda może być w jakiś sposób „zła”, lub że powinno się wierzyć w coś przeciwnego, jest mu obce. Heniek nie wie, jak to jest podlegać prawom, które mówią co jest właściwe lub złe całkiem niezależnie od empirycznej prawdy. Ma sporo nauki przed sobą!

Jednak niestety, mając jedynie blade pojęcie na temat tych ciekawych aspektów kultury, myśląc że jest jakiś obiektywny, racjonalny system za tym wszystkim, Heniek dąży dalej i rozpoczyna rozmowę ze strażnikiem Politycznej Poprawności, kapłanem współczesności. Swym nauczycielem „antyrasizmu”.

I tak się zaczyna…

Heniek: Mimo, że nie nienawidzę nikogo tylko za to kim jest, rozumiem, że każdy powinien być antyrasistą, co jak rozumiem oznacza zwalczanie rasizmu. Czy możesz mnie nauczyć, jak się to robi? Co mogę zrobić, aby być dobrym człowiekiem?

Profesor: Zaiste, masz rację. Rasizm jest zły, to zakała ludzkości, powrót do czasów prehistorycznych. Niestety wciąż spotykamy się z takim podejściem w naszym społeczeństwie, ale powinniśmy się go pozbyć. To powinno być celem dla każdego.

Heniek: Ok. Czym zatem jest antyrasizm?

Profesor: To zwalczanie rasizmu, rzecz jasna, gdziekolwiek go widzisz!

Heniek: Na przykład jeśli ktoś zaatakuje kogoś tylko ze względu na rasę, lub zrobi z niego niewolnika? Czytałem, że to się zdarzało.

Profesor: Tak jest.

Heniek: Rozumiem. Nie widziałem tego zbyt wiele. Tutaj nie ma niewolników, prawda? Mój kolega pracujący w kawiarni, David, mówi, że jest niewolnikiem u własnego szefa. Wydaje mi się jednak, że może sobie pójść wolno kiedykolwiek chce. Może powinienem mu o tym powiedzieć.

Profesor: Cóż, to nie do końca to samo.

Heniek: Poszedłem szukać rasizmu i, żeby być szczerym, nie znalazłem zbyt wiele. W pociągu byli ludzie wszystkich ras – jeśli wpuścić ich wszystkich do kraju to znaczy, że to jest tolerancja, prawda?

Profesor: Ha ha! Chodzi o znacznie więcej! To nie znaczy, że nie ma rasizmu. Rasizm jest WSZĘDZIE! Niektórzy ludzie są przeciwko imigracji i to jest rasizm. Widzisz, niektórzy ludzie wciąż twierdzą, że ten kraj jest „białym krajem” a to bardzo rasistowskie.

Heniek: Ale był biały, czyż nie?

Pofesor: NIE! Wcześniej były tu ludy rdzenne. Biali ludzie ukradli ich ziemię. Nie mogą twierdzić, że to „biały” kraj.

Heniek: Aha. Zatem to znaczy, że jeśli biali ludzie zbudowali kraj na cudzej ziemi i nie wpuszczają ludzi wszystkich ras do środka, to znaczy że myślą, że ludzie innych ras są gorsi?

Profesor: Tak, na swój sposób…

Heniek: Zatem te inne białe kraje w Europie, które nie miały rdzennych niebiałych mieszkańców, nie są rasistowskie nie wpuszczając innych do środka?

Profesor: Nie, ponieważ biali podbili ludzi z innych krajów! Splądrowali Afrykę i Azję i Amerykę Południową!

Heniek: A to znaczy, że czują sie gorsi, jeśli nie wpuszczą tych ludzi do swoich krajów?

Profesor: Tak, na swój sposób. Muszą ponieść odpowiedzialność za swoje zbrodnie.

Heniek: Tak więc Anglicy muszą ponieść odpowiedzialność za to co zrobili? Poznałem wielu turystów z Anglii i żaden z nich nigdy nikogo nie podbił. Czy to znaczy, że są ok?

Profesor: Nie, ponieważ ich naród to robił.

Heniek: Czyli dziedziczą winę ponieważ tak się stało, że urodzili się biali? To trochę zagmatwane, bo natknąłem się na ludzi, którzy twierdzili, że obwinianie Żydów o zabicie Jezusa to rasizm, ponieważ nie można obwiniać przedstawicieli rasy za to czego dokonało kilka jednostek, a szczególnie jeśli to było wieki temu.

Profesor: To pomówienie. To inna sprawa.

Heniek: Dlaczego?

Profesor: Wydaje mi się, że nie rozumiesz. Narody nie powinny myśleć, że mają prawo do dyskryminacji. Dyskryminacja na podstawie rasy jest zła.

Heniek: To dlaczego tak rozwodziłeś się nad tym co biali zrobili kiedyś, skoro to nie ma żadnego przełożenia na dzień dzisiejszy. Jeśli dyskryminacja jest zła, niezależnie od historii, to o co właściwie chodzi?

Profesor: Bo to ucisza rasistów. Widzisz, kiedy użyjesz tych argumentów przeciwko nim, próbują po prostu wykłócać się, że są niewinni. Zdradzę Ci małą tajemnicę, bo widzę, że nie jesteś stąd. Jest taka rzecz jak „Poczucie Białej Winy”, a to potężna broń psychologiczna.

Heniek: Ale jeśli twierdzisz, że ktoś w tym kraju powinien zapłacić za coś, czego nie zrobił, tylko dlatego, że jest biały, ale z drugiej strony nie można się domagać tego od członków innej rasy, to czy to nie jest podwójny standard?

Profesor: NIE! To się nazywa bycie przeciwko rasizmowi! Nie jesteś rasistą, prawda?

Heniek: Raczej nie chcę być.

Profesor: Właśnie, więc przestań wymyślać wymówki dla rasistów! Dyskryminacja jest zła, ok?

Heniek: Wybacz, po prostu usiłuję to zrozumieć. Wygląda na to, że są wyjątki i kruczki w tym wszystkim. Podwójne standardy, jak to „białe” poczucie winy, kiedy ktoś inny zupełnie nie jest na nie skazany. Nie tylko biali ludzie robili złe rzeczy na tym świecie. Wygląda na to, że każdy robił, ale istnieje jakaś specjalna uwaga skupiona na białych ludziach, jakby tylko oni mieli odpowiadać za to co zrobili.

Profesor: W tym sęk. Antyrasizm polega na wymuszeniu na białych ludziach zgody na stworzenie z ich narodów wielokulturowych tygli. Chcemy, aby białe kraje przyjęły mnóstwo imigrantów i zasymilowały ich. „Antyrasistowski” to eufemizm dla „antybiały”. Mówimy im, że nie mają prawa kontrolować imigracji bo „ukradli” ziemię innym ludom. Jednak na zdrowy rozsądek, jaki związek ma zagarnięcie ziemi z obecną polityką imigracyjną? Żaden! Jednak przez „Poczucie Białej Winy”, ludzie czują, że muszą się z tym zgodzić. Podobnie z imperialistyczną przeszłością. Znowu, nie ma to wielkiego znaczenia, ale sprawia, że ludzie czują się winni. A jeśli uda Ci się kogoś zakrzyczeć, to on milknie i podąża za Twoim nonsensem.

Heniek: Czyli walczycie z rasizmem sprawiając, że niewinni ludzie czują się winni?

Profesor: Widzisz, sprawiamy aby ludzie czuli się winni, tak aby zaakceptowali multikulturalizm. Chcemy, aby Zachód był wielorasowy, więc potrzebujemy tak robić dla tej szlachetnej sprawy.

Heniek: Czy inni ludzie wiedzą o tym? Ja o tym nie słyszałem, ale to by wiele wyjaśniało.

Profesor: Ludzie po prostu chcą zwalczać rasizm, a my mówimy im co mają robić, żeby go zwalczać.

Heniek: Czyli przeistoczenie zachodnich krajów w multikulturowe tygle jest pierwszorzędnym celem? Czy to dlatego nigdy nie domagacie się od Japonii czy Chin, które są dość homogeniczne etnicznie, aby otworzyły swoje granice? Zauważyłem, że nikt nigdy nie domaga się od azjatyckich bądź afrykańskich krajów, aby stały się multikulturowe, tylko od europejskich.

Profesor: Jasne, co prawda o ile ktoś zapyta Cię czy myślisz, że Japonia powinna otworzyc granice, mówisz „tak”, ale zwykle nie przejmujemy się tym, masz rację. Nikt nie przejmuje się tym, że niebiałe narody są homogeniczne, to zupełnie nas nie interesuje.

Heniek: Zatem to „polityka”, o ile dobrze rozumiem.

Profesor: Tak, antyrasizm jest ruchem politycznym. Uważamy, że jeśli jakiś kraj jest biały, to jest złe i dlatego sprawiamy, aby ludzie myśleli, że muszą zrobić coś dla walki z rasizmem. Argumenty, których używamy to tylko slogany, które uciszają ludzi. Zrobiliśmy WIELE, aby sprawić, że ludzie podkulają ogon i wycofują się, kiedy przyjdzie im na myśl, że ktoś może nazwać ich „rasistami”, więc nawet ze zwykłego strachu podążają za tym, co mówimy. Ludzie nie zaakceptowaliby tak po prostu bycia „antybiałymi”, ale jeśli ubierzesz to pojęcie w ciuszki „tolerancji”, „miłości”, „akceptacji różnorodności”, wtedy zaakceptują to, będa myśleli, że właśnie o te pojęcia chodzi, podczas gdy tak na prawdę chodzi o bycie antybiałym. Używamy pojęcia „antyrasistowski” jako eufemizmu dla „antybiały”. Po prawdzie, gadanie o tolerancji i akceptacji jest tylko gadaniem – nie możemy tolerować ani akceptować żadnego sprzeciwu. Nie ma tolerancji dla nietolerancji!

Heniek: Polityka siły!

Profesor: Dokładnie!

Heniek: Ale czy to nie jest ludobójstwo, w swej istocie? Jeśli domagasz się, żeby białe narody stały się multikulturowe i przemieszane, to czy to jest dobre?

Profesor: Nikt nigdy tak nie mówi. To nie może być prawda.

Heniek: Ale jeśli ktoś zwróciłby na to uwagę, to…

Profesor: Przestań. Nikt nie będzie się o to sprzeczał i tak to zostawmy. Jedyne co potrzebujesz wiedzieć, to: jeśli ktoś biały mówi lub wspiera cokolwiek, co mogłoby pomóc zachować jego rasę, wtedy nazywasz to rasizmem. Możesz to zrobić, bo w celu zachowania tożsamości, trzeba utrzymać pewien poziom izolacji i dyskryminacji, ale ponieważ my sprawiliśmy, że WSZELKA dyskryminacja jest uważana za zło; to wszystko, co Europejczycy mogliby zrobić dla zachowania swojej rasy czy kultury, będzie automatycznie uważane za rasizm. Zatem w istocie sprawiliśmy, że wszystko, co biali ludzie mogliby zrobić dla zachowania swojego dziedzictwa i uratowania siebie samych, będzie uważane za złe i rasistowskie. Plan jest świetny, ale nie zadziała, jeśli ludzie się o tym zorientują. Musisz mówić o rasizmie i akceptacji i multikulturowości tylko w odniesieniu do białych narodów. Nigdy, przenigdy nie domagaj się, aby niebiałe narody stały się wielorasowe i nawet o tym nie wspominaj. Jeśli byś tak zrobił, odsłoniłoby to podwójne standardy. Oni tego nie wspomną, obiecuję, więc nawet nie będziesz nigdy musiał wyjaśniać podwójnych standardów.

Heniek: Czy tylko z grzeczności nikt nie wspomina, że ta „tolerancja” jest nakierowana tylko na białych ludzi? Czy może nikt nie orientuje się, że domagacie się multirasowości tylko od białych narodów?

Profesor: Wszyscy mają tak wyprane mózgi, że nie zauważają, albo nie mają odwagi polemizować, bo pamiętaj, zawsze możesz po prostu zarzucić im rasizm. Pogłębiaj poczucie białej winy, a jeśli czujesz, że ktoś odsłania podwójne standardy, po prostu użyj argumentów „na rasizm”, aby rozmówca poczuł się winny i zamilkł. Działa za każdym razem.

Heniek: Co jeśli ktoś z Afryki mówi o ochronie swojej kultury i rasy?

Profesor: Wtedy mówisz, że to oczywiście słuszne.

Heniek: A jeśli mówi tak ktoś biały?

Profesor: Wtedy to „faszyzm”.

Heniek: I ludzie się na tym nie łapią? Na pewno!

Profesor: Czy tak robią czy nie, nie ma znaczenia. Nie mówią tego głośno i to jest ważne. Możesz powiedzieć, że dwa plus dwa równa się pięć i dwa plus dwa BĘDZIE się równało pięć, jeśli uda Ci się przekonać wszystkich do tego. Czy w to szczerze wierzą czy nie, to już nieistotne. Nie będą MÓWILI inaczej. I znowu, jeśli kiedykolwiek zajdzie potrzeba, użyj argumentacji „na rasizm” i odpuszczą. To jak z istnieniem ras. Jeśli przeciwko białym potrzebny jest argument, że rasy istnieją, to istnieją. Jeśli jednak przeciwko białym potrzeba argumentu, że rasy nie istnieją, to po prostu nie istnieją. Nie ma nic wstydliwego w mówieniu, że rasy jednocześnie istnieją i nie, o ile tylko nikt Ci tego nie wytyka, ale przecież nie zrobi tego, bo możesz go nazwać „rasistą”.

Heniek: Zatem kto to taki, „rasista”?

Profesor: Nieistotne! Nikt nie zapyta, kim jest „rasista”. Wszyscy po prostu wiedzą, że nie chcą być nazwani rasistami. Tak jak z istnieniem bądź nieistnieniem ras, w zależności od tego, czy chcesz to wykorzystać przeciwko białym, „rasista” może znaczyć cokolwiek potrzebujesz, aby tylko zdemonizować kogoś, kto jest politycznie niepoprawny. Jeśli już musisz odpowiadać co to rasizm, powiedz, że to dyskryminacja na podstawie koloru skóry.

Heniek: Ale dlaczego ktoś miałby się obawiać bycia nazwanym pojęciem, które nie ma żadnego realnego znaczenia?

Profesor: Przez reputację!

Heniek: Bo widzisz, ja bym pomyślał, że racjonalna osoba zwróciłaby uwagę na to, co ktoś mówi i pomyślała co to znaczy, po czym wysnuła własne wnioski.

Profesor: Nie zawsze, bo jeśli termin jest „tabu” do wystarczającego stopnia, to wystarczy jedno słowo. Możesz sprawić, że ludzie unicestwią samych siebie tylko po to, aby dostosować się do pewnego ideału społecznego i ostatecznie, to właśnie sprawiamy.

Heniek: Czyli przekonujesz ludzi, że muszą się unicestwić i to jest cnota?

Profesor: Dokładnie. I to JEST cnota, jeśli w to uwierzysz, a także wszyscy inni też w to uwierzą. Niektórzy biali ludzie posuwają się nawet tak daleko, że przechwalają się i przyklaskują temu, jak to w przyszłości będa wymieszani z innymi.

Heniek: Brzmi to bardziej jak jakaś choroba.

Profesor: Ale działa. Całkiem nieźle sobie żyję z tego całego nonsensu „różnorodności” i białej winy, w końcu to moja specjalizacja. Dopóki ludzie wierzą w ten „antyrasizm” i podążają za takimi poglądami, dopóty ja mam nad nimi władzę. To też niezły biznes. Taki Tim Wise – zarabia pieniądze na tym całym szumie który wywołuje.
Aby zaś biali ludzie mogli przetrwać, musieliby kogoś dyskryminować, a my przekonaliśmy ludzi, że dyskryminacja jest zła, jeśli opiera się na rasie. Możesz zatem dyskryminować na podstawie innych cech, na przykład umiejętności, zasobu portfela, ale nie można pozwolić białym ludziom na to aby myśleli, że powinni uchować swoją rasę. A jedyny sposób w jaki mogą to zrobić – my nazywamy złem. Nauczamy i nazywamy to złem, a ludzie nam wierzą, że aby mieć czyste sumienia muszą otworzyć granice.

Heniek: Więc jesteś jakby kapłanem? Zarabiasz na życie promując system wierzeń, w którym ludzie wierzą w coś tylko dlatego, że hmm, muszą w to wierzyć? Bo tak powiedziałeś?

Profesor: Ha ha! Tak, polityczna poprawność jest religią! Popatrz na inkwizycję! Heretycy byli mordowani i torturowani ponieważ nie wierzyli w to, czego się od nich domagano. Istnieli inkwizytorzy, którzy żyli z wyszukiwania heretyków. Wszystko zależało od tego, co autorytet powiedział, w co trzeba było wierzyć.
Dzisiaj, zamiast heretyków kwestionujących religię, mamy rasistów. Rasista znaczy dzisiaj to, co heretyk dawniej! Ludzie dawniej mieli pełne portki ze strachu przed posądzeniem o herezję, mimo, że ciężko było zdefiniować, kim był heretyk. Dziś nie mówimy „heretyk”, mówimy „rasista”, ale to ta sama rzecz. Termin, który sprawia, że ludzie trzęsą się ze strachu, jeśli wydaje im się, że są heretykami wobec religii politycznej poprawności. Zamiast inkwizytorów, są ludzie tacy jak ja, inni liberałowie i grupy „antyrasistowskie”. Żyją z wyszukiwania heretyków – ludzi, którzy wierzą w takie sprawy jak ochrona własnej kultury, co jest w sprzeczności z tym, czego wymaga polityczna poprawność.

No i oczywiście, wszystko polega na wierze. Na kimś, kto jest wysoko postawiony i ma na tyle władzy, aby powiedzieć, że tak ma być.

Heniek: To wszystko jest dziwne, ale wydaje mi się, że rozumiem. To wszystko gra pozorów, coś jak dziecięce zabawy? A co jeśli ludzie przestaną podążać za tym? Co jeśli odważą się mówić głośno, jeśli zrozumieją, że to nonsens?

Profesor: Wtedy będę miał kłopoty, ale Twoja w tym rola, żeby upewnić się, że ludzie nie odważą się na kwestionowanie tego. Pamiętaj, użyj winy, użyj strachu. Nie musisz dyskutować racjonalnie, po prostu popatrz na innych antyrasistów i skopiuj ich działania. Jeśli już utkniesz w dyskusji, stwierdź, że rasy i tak nie istnieją, ale zachowaj to na wypadek ostateczności, bo jest dość oczywistym, że rasy jednak istnieją.

I pamiętaj, jeśli wszystko inne zawiedzie, zawsze możemy pozamykać rasistów, albo sprawić, że stracą prace, albo postraszyć ich, że zostaną społecznymi pariasami. Dopóki będzie im się wydawało że są osamotnieni, dopóty będą podążać za nami. Mamy przygotowanych mnóstwo ciosów poniżej pasa.

Musisz tylko pamiętać o zasadach. Kłóć się, że ukradli ziemię, że zniewolili innych. Jeśli nie zaczną się bronić, jeśli zrozumieją, że te fakty nic dzisiaj nie znaczą, przejdź do argumentu „dyskryminacja jest zła”. Udawaj wtedy, że nie wspominałeś o kradzieży ziemi, po prostu mów, że nie można dyskryminować na podstawie rasy.

Jeśli Twój przeciwnik będzie dobry, to powie, że ma prawo do zachowania swojej rasy, co będzie znaczyło, że Twoje argumenty mają podtekst ludobójczy, skoro sprowadzają się do uniemożliwienia ludziom zachowania swojego dziedzictwa etnicznego. To trochę wredne, bo trzeba się wykłócać, że rasa nie istnieje. A skoro możesz stwierdzić, że nie istnieje, to nie musisz tłumaczyć się z moralnych zawiłości jakie tworzy antyrasizm. Nie ma rasy, nie ma ludobójstwa! Oczywiście zrób to na końcu, kiedy użycie argumentu „na rasizm” nie pomaga. Będziesz musiał zatrzeć fakt, że użyłeś rasizmu jako zarzutu przeciwko białym a teraz wykłócasz się, że rasy jednak nie istnieją, ale nie przyciągaj do tego uwagi.

Na koniec, bądź oburzony! Bądź urażony! Bierz wszystko osobiście! Mów, że masz kolegę z Afryki, że jesteś urażony i zdegustowany! Powiedz, że uważasz to za obrzydliwe. Udawaj, że jesteś zakłopotany i zawstydzony. Zrób z tego show. Ludzie wezmą Cię bardziej na serio, jeśli będziesz wkurzony.

I pamiętaj. „Antyrasistowski” – to eufemizm dla „antybiały”.