Posts Tagged ‘Wartość’

David Buss porusza zagadnienia dotyczące oczekiwań względem płci przeciwnej, budowania związków, doboru w pary, a także rozstań i zdrady. Jeśli jesteś zainteresowany taką tematyką to znajdziesz w tej książce kilka, a może wiele informacji, które pozwolą Ci dostrzec niektóre motywy postępowania własnego i innych ludzi oraz zrozumieć czemu do tej pory działo się tak, a nie inaczej.

Poniżej kilka fragmentów:

Prezentowanie zasobów

W świecie zwierząt demonstrowanie posiadanych zasobów jest dość powszechnym zachowaniem samców. Na przykład samce kukawki srokatej (Geococcyx californianus) łapią myszy czy niedojrzałe szczury, ogłuszają je lub zabijają, po czym oferują je samicom. Nie przekazują jednak prezentu, poprzestając na wyczekującym krakaniu i kiwaniu ogonem. Przekazanie żywności następuje dopiero po kopulacji; samica zjada „prezent”, co ma jej pomóc wysiedzieć jaja właśnie zapłodnione przez samca (Kevles, 1986). Jeżeli samcowi nie uda się upolować właściwego prezentu, nie uda mu się też i przystąpić do kopulacji.
Również mężczyźni dokładają starań, by zaprezentować swoje zasoby kobietom i dzięki temu przywabić je do siebie. W badaniach nad taktykami wabienia partnera prosiliśmy kilka setek studentów i studentek różnych uniwersytetów (kalifornijski, Harvarda, Michigan) o opisanie taktyk, które sami stosują i które zaobserwowali u innych. Wśród opisanych taktyk znalazły się takie zachowania, jak chwalenie się własnymi osiągnięciami, opowiadanie o ważności własnej pracy, okazywanie sympatii i zrozumienia innym, nawiązywanie kontaktu wzrokowego czy noszenie seksownych ubrań. Zespół czworga badaczy podzielił następnie te ponad sto zachowań na dwadzieścia osiem wyodrębniających się kategorii. Na przykład kategoria „prezentowanie sprawności fizycznej” obejmowała takie zachowania, jak podnoszenie ciężarów na pokaz, otwieranie mocno zamkniętych słojów i opowiadanie o własnych sukcesach sportowych. Wreszcie poprosiliśmy sto par małżeńskich i dwieście studentów i studentek stanu wolnego o ocenę skuteczności każdej z tych taktyk jako sposobu na przyciągnięcie płci przeciwnej (do związku przelotnego lub stałego) i ocenę, jak często każda taktyka jest stosowana przez nich samych, przez ich przyjaciół i małżonków (Buss, 1988a; Schmitt, Buss, 1996). Przedmiotem podobnie skonstruowanego badania były też taktyki zwalczania konkurencji – najpierw poprosiliśmy badanych o opisanie własnych i cu-dzych praktyk, po czym również sklasyfikowaliśmy je w dwadzieścia osiem różnych kategorii. Na przykład kategoria „podważanie inteligencji konkurenta” polegała na takich zachowaniach, jak doprowadzenie do sytuacji, w której konkurent wyjdzie na głupca, mówienie innym, że jest tępy czy że „ma nie po kolei w głowie”. Na koniec i tutaj poprosiliśmy sto małżeństw i ponad trzysta studentów i studentek o ocenę skuteczności i częstości stosowania tych taktyk (Buss, Dedden, 1990).
Jedną z taktyk stosowanych przez mężczyzn okazało się prezentowanie własnych zasobów – przechwalanie się wysokością zarobków i osiągnięciami, wydawanie dużych sum pieniędzy celem wywarcia na kobiecie odpowiedniego wrażenia, jeżdżenie drogim samochodem, opowiadanie o ważności wykonywanej pracy. Innym sposobem jest zawyżanie przed kobietami własnej pozycji zawodowej i perspektyw kariery. Pokazywanie zasobów jest więc strategią przyciągania płci przeciwnej stosowaną nie tylko przez ptaki, lecz i przez mężczyzn.
Mężczyźni starają się też pomniejszyć wagę zasobów, którymi dysponują konkurenci, mówiąc kobietom, że rywal jest biedny, nie ma pieniędzy, nie wykazuje ambicji i jeździ tanim samochodem. Kobiety w mniejszym stopniu stosują tę taktykę obniżania wartości rywalek, a jeżeli nawet, to jest ona oceniana jako mniej skuteczna w wydaniu kobiet niż mężczyzn.
Kluczową rolę odgrywa też dostosowanie taktyki do przelotnego bądź trwałego charakteru związku. Próby oszołomienia kobiety własnymi zasobami już na początku znajomości (kosztowna kolacja podczas pierwszej randki, cenne prezenty, szastanie pieniędzmi) są skuteczniejsze przy pozyskiwaniu partnerki związku przelotnego niż trwałego. W barach dla samotnych częstym sposobem wabienia partnerki jest fundowanie jej drinka, a im droższy drink, tym bardziej jest skuteczny; podobnie skuteczną strategią jest dawanie wysokich napiwków kelnerowi, co pokazuje kobiecie szczodrość i zasobność mężczyzny (Cloyd, 1976).
W kontekście związku trwałego skuteczniejszą taktyką mężczyzny jest natomiast pokazywanie własnej pracowitości czy opowiadanie o ambitnych planach życiowych. Podważanie wartości zasobów konkurenta również jest taktyką skuteczniejszą w kontekście pozyskiwania partnerki długotrwałej niż przelotnej – podważanie ambicji życiowych i umiejętności zawodowych konkurenta zniechęca do niego kobietę, jeżeli idzie o małżeństwo, ale nie o przelotny seks. Pasuje to oczywiście doskonale do poprzednio omówionych upodobań kobiet, które pragną natychmiastowego dostępu do zasobów mężczyzny w kontakcie przelotnym, a dobrych, choć niekoniecznie natychmiast realizowanych perspektyw na przyszłość w wypadku związku trwałego.
Noszenie kosztownego ubrania działa natomiast jednako dobrze w obu kontekstach. W pewnym badaniu wyświetlano kobietom zdjęcia mężczyzn ubranych w drogie trzyczęściowe garnitury, markowe dżinsy czy marynarki bądź też ubranych w odzież tanią. Ci pierwsi bardziej się kobietom podobali (Hill, Nocks, Gardner, 1987; Townsend, Levy, 1990), zarówno jako kandydaci na męża, jak i na przelotnego partnera, ponieważ drogie ubranie zdaje się sygnalizować zasoby zarówno natychmiastowo dostępne, jak i trwałe. Antropologowie John M. Townsend i Gary Levy stwierdzili powszechność takiego właśnie oddziaływania ubioru mężczyzn na kobiety we wszelkich relacjach damsko-męskich, od pójścia na kawę do małżeństwa. Pokazywali różnym kobietom zdjęcia tych samych mężczyzn ubranych albo w tani uniform Burger Kinga, albo w kosztowny blezer, białą koszulę i wykwintny krawat oraz zegarek firmy Rolex. Kobiety nie chciały z tymi pierwszymi ani umówić się na randkę, ani nawiązać przelotnego kontaktu, ani wyjść za nich za mąż. Ci drudzy, owszem, nadawali się do wszystkich tych trzech celów, mimo że byli to dokładnie ci sami mężczyźni, tyle że inaczej ubrani.
Ważność pokazywania przez mężczyznę zasobów materialnych nie ogranicza się oczywiście do kultur Zachodu. Antropolog A.R. Holmberg napotkał wśród boliwijskich Indian Siriono pewnego szczególnie marnego myśliwego, którego już kilka kolejnych żon zdążyło porzucić na rzecz lepszych myśliwych i który w związku z tym spadł na bardzo niską pozycję w plemiennej hierarchii. Kiedy jednak Holmberg zaczął z nim wspólnie polować i nauczył go posługiwania się bronią palną, wzrost łowieckich umiejętności owego Indianina spowowodował, że zaczął on w końcu „cieszyć się najwyższym szacunkiem współplemieńców, pozyskał kilka partnerek seksualnych i zaczął ubliżać innym, miast samemu wysłuchiwać ich obelg” (Holmberg, 1950, s. 58).
Siła oddziaływania zasobów mężczyzny nie jest też niczym nowym. Dwa tysiące lat temu Owidiusz zauważał nie bez melancholii: „Chcemy solidniejszych darów / chociaż poezję chwalimy / Nawet dziki barbarzyńca / nieogładzony, nieczuły / może być pewien triumfu /jeśli ma pełne szkatuły / Żyjemy dziś w złotym wieku / Wszystko otrzymasz za złoto / Ta, co nawet słynie cnotą / nagradza złoto pieszczotą” (Owidiusz Sztuka kochania, tłum. Julian Ejsmond, Warszawa 1987). Wciąż jeszcze żyjemy w tym złotym wieku.

(…)

Skuteczną taktyką przyciągania męskiej uwagi jest też nawiązywanie przez kobietę kontaktu wzrokowego. Mężczyźni uważają wpatrywanie się im w oczy przez nieznajomą za jedną ze skuteczniejszych taktyk pozyskania ich na partnera prze­lotnego kontaktu. Kobiety uważały jednak tę taktykę za jedynie umiarkowanie skuteczną w wykonaniu mężczyzny (w połowie siedmiostopniowej skali). Inicjo­wanie kontaktu wzrokowego przez kobietę zdaje się więc być dla mężczyzn sy­gnałem jej dostępności seksualnej, a mężczyźni są mocno wyczuleni na wszelkie oznaki tego rodzaju. W jednym z badań nagrywano przebieg kontaktu mężczyzny z nieznajomą kobietą, która w pewnym momencie spoglądała mu z uśmiechem w oczy (Abbey, 1982). Badanym odtwarzano zapis tego kontaktu i proszono ich
0 ocenę jej intencji. Choć kobiety oceniały zachowanie aktorki jako wyraz jedynie przyjazności, mężczyźni to samo zachowanie uważali za uwodzicielski objaw erotycznego zainteresowania. Z uwagi na taką męską interpretację nawiązywania; kontaktu wzrokowego przez kobietę, zachowanie to może być skuteczniejszym sposobem pozyskiwania zainteresowania partnera przelotnego niż stałego. W wypadku tego ostatniego skuteczniejsze może być unikanie kontaktu wzrokowe­go, sygnalizujące mężczyźnie niedostępność i brak zainteresowania przelotnym seksem.
Tak jak sygnalizowanie seksualnej dostępności jest kobiecą taktyką pozyski­wania przelotnego partnera, tak kwestionowanie dostępności jest kobiecą takty­ką zwalczania konkurencji w kontekście takich kontaktów. Studentki na przy­kład starają się zdeprecjonować rywalki, tłumacząc mężczyźnie, że „tamta” tylko udaje i zabawia się mężczyznami, a w rzeczywistości jest oziębła i nie intere­suje się seksem. Usiłują więc przekonać mężczyznę, że niepotrzebnie traci czas i energię, gdyż i tak nie uzyska u rywalki tego, o co mu idzie. Ta strategia zwal­czania konkurencji częściej stosowana jest przez kobiety niż mężczyzn. Kobie­ty nierzadko twierdzą, że ich rywalki są ozięble, pruderyjne i purytańskie. Stra­tegia ta nie jest skuteczna w wypadku inicjowania trwałego związku, choć dobrze działa w kontekście kontaktów przelotnych, ponieważ kwestionowa­nie seksualnej dostępności rywalki sygnalizuje mężczyźnie bezowocność jego wysiłków.
Informowanie, że rywalka tylko zabawia się mężczyznami, próbując ich „roz­palić do białości”, ma też z punktu widzenia kobiety i ten walor, że wcale nie sy­gnalizuje wierności rywalki na dłuższą metę. Przeciwnie, sugeruje raczej nielojalność i wykorzystywanie udawanej dostępności seksualnej celem pozyskania od mężczyzny korzyści, które nie zostaną potem „opłacone” rzeczywistym kontaktem seksualnym. Mężczyźni unikają oziębłości i skłonności do manipulacji także u stałych partnerek. Stąd też taktyka deprecjonowania rywalki za pomocą insynu­acji, że faktycznie tylko udaje ona dostępność seksualną, by wycofać się, gdy „przyjdzie co do czego”, jest skuteczna w zwalczaniu konkurencji w kontaktach przelotnych, a równocześnie i ewentualnych kontaktach trwałych.
Mae West wyraziła się kiedyś, że inteligencja jest wielką zaletą kobiety, pod warunkiem, że potrafi ją ukryć. Zdaje się to być prawdą w odniesieniu do pozy­skiwania partnerów przelotnych. Kobiety często odgrywają rolę istot uległych, bezbronnych, a nawet głupich, celem pozyskania przelotnego partnera – pozwala­ją mu przejmować inicjatywę w rozmowie, udają roztrzepanie i naiwność. Studen­ci uważają tego rodzaju taktyki za umiarkowanie skuteczne w pozyskiwaniu męż­czyzny dla kontaktu przelotnego, choć za zupełnie nieskuteczne w pozyskiwaniu stałego partnera (średnie oceny 3,35 i 1,62 na siedmiostopniowej skali skuteczno­ści). Ujawnianie bezradności i uległości przez mężczyzn jest natomiast wybitnie nieskutecznym środkiem pozyskiwania partnerek zarówno przelotnych, jak i sta­łych (średnie oceny skuteczności: 1,60 i 1,31).
Uległość kobiety sygnalizuje mężczyźnie, że nie musi się obawiać jej wrogiej reakcji na własne awanse (Givins, 1978), że ma jej pozwolenie na zapoczątkowa­nie kontaktu. Rozszerza to znacznie pulę ewentualnych kandydatów o tych, którzy są niezbyt odważni czy wytrwali, powiększając możliwości dokonywania wybo­rów przez kobietę i szansę wybrania sobie lepszego partnera. Uległość może też sygnalizować mężczyźnie, że bez trudu zapanuje nad kobietą i podporządkuje ją swym pragnieniom. Ponieważ w kontekście kontaktów przelotnych pragnienia te mają charakter głównie seksualny, uległość sygnalizuje zwiększoną dostępność seksualną kobiety i możliwość seksu bez kosztów zaangażowania. Stereotyp „głu­piej blondynki” może jednak wprowadzać w błąd – taki sposób prezentowania siebie przez kobietę sygnalizuje nie tyle brak inteligencji, ile brak barier w dostę­pie do niej, także seksualnym.
Sygnalizowanie nasilonej dostępności seksualnej bywa częścią rozleglejszej intrygi w celu pozyskania przez kobietę trwałego partnera. Czasami jedynym spo­sobem kobiety na przyciągnięcie początkowej uwagi mężczyzny jest oferowanie łatwego dostępu seksualnego, pozornie niepociągającego za sobą żadnych kosz­tów z jego strony. Jeżeli koszty zdają się wystarczająco małe, mężczyzna zostaje bez trudu przywabiony do kontaktu wyglądającego na przelotny. Kiedy już kon­takt taki zostanie nawiązany, kobieta może na różne sposoby uzależniać mężczyz­nę od siebie, stale podnosząc jego korzyści z pozostania, a koszty z opuszczenia związku. Tak więc to, co początkowo wyglądało na seks bez zobowiązań, posłu­żyć może w istocie jako wabik służący powiększaniu zaangażowania mężczyzny. Ponieważ mężczyźni są tak bardzo nastawieni na pozyskiwanie seksu przelotne­go, kobiety mogą wykorzystywać ten mechanizm celem zwabienia ich do trwałe­go związku.

(…)

Na zazdrość seksualną składają się uczucia stanowiące reakcję na spostrzega­ne niebezpieczeństwo grożące naszemu związkowi. Dostrzeżenie niebezpieczeń­stwa prowadzi do pomniejszających lub usuwających je działań – od wzmożenia czujności w poszukiwaniu oznak niewierności drugiej strony do przemocy w sto­sunku do partnera lub rywala (Dały, Wilson, 1988, s. 182). Zazdrość wzbudzają sygnały zainteresowania rywali partnerem bądź też oznaki niewierności partnera czy tylko zainteresowania ewentualnymi rywalami. Funkcją wzbudzonych tymi oznakami emocji – gniewu, smutku, upokorzenia – jest albo odcięcie się od rywa­la, albo powstrzymanie własnego partnera przed dezercją ze związku.

Mężczyźni, którzy nie potrafili rozwiązać tego problemu adaptacyjnego, sta­wali nie tylko w obliczu bezpośrednich strat „reprodukcyjnych”, lecz również ry­zykowali utratą reputacji i pozycji społecznej, co w wypadku rejterady partnerki mogło im poważnie utrudniać pozyskanie następnej. Już u starożytnych Greków „niewierność żony ściągała hańbę na głowę męża, określanego wówczas obraźliwym mianem keratos (rogacz), oznaczającym słabość i nieadekwatność… Choć opinia społeczna dopuszczała tolerowanie zdrady męża przez żonę, tolerowanie niewierności żony przez męża było niedopuszczalne i ściągało nań drwiny jako zachowanie niemęskie” (Safilios-Rotschild, 1969, s. 78-79). Mężczyźni zdradzani są powszechnym przedmiotem kpin.

Zapewne z powodu asymetrii pewności ojcostwa i macierzyństwa większość dotychczasowych badań skupiała się na zazdrości seksualnej mężczyzn, choć jest ona doświadczana, oczywiście i przez kobiety. Kontakt partnera z inną kobietą mo­że, bowiem zawsze doprowadzić do wycofania przezeń własnych zasobów i skiero­wania ich na rywalkę i jej dzieci. Mężczyźni i kobiety nie różnią się ani częstością, ani natężeniem przeżywanej zazdrości, jak to wykazało na przykład badanie stu pięćdziesięciu par, które poproszono o opisanie własnego poziomu zazdrości o płeć przeciwną (White, 1981). Podobne wyniki uzyskano w badaniu ponad dwóch ty­sięcy osób z Węgier, Irlandii, Meksyku, Holandii, byłego Związku Radzieckiego, Stanów Zjednoczonych i dawnej Jugosławii, które to osoby proszono o podanie własnych reakcji na różne wyobrażane scenariusze zdrady. Mężczyźni i kobiety ze wszystkich siedmiu krajów podawali jednakowo negatywne reakcje na wyobraże­nie flirtu lub stosunku seksualnego drugiej strony z kimś innym. Nie różnili się też intensywnością reakcji na wyobrażane sceny, w których partner obejmuje rywalkę czy tańczy z nią, choć reakcje na te sceny były oczywiście mniej negatywne od re­akcji na flirt i stosunek seksualny. We wszystkich krajach mężczyźni i kobiety zda­ją się, więc jednako reagować zazdrością w odpowiedzi na grożące ich związkom niebezpieczeństwo (Buunk, Hupka, 1987).

Pomimo tych podobieństw, mężczyźni i kobiety ujawniają jednak intrygujące różnice, co do treści zdarzeń prowokujących zazdrość. W jednym z badań poproszono dwadzieścia kobiet i dwudziestu mężczyzn o odegranie roli w wywołują­cym zazdrość scenariuszu(Teisman, Mosher, 1978). Zanim jednak do tego doszło, badanych poproszono o wybranie najbardziej prowokującego scenariusza spośród kilku przedstawionych. Aż siedemnaście kobiet wybrało scenariusz, w którym niewierny partner poświęcał swój czas i zasoby materialne rywalce, a jedynie trzy scenariusz, w którym dochodziło wyłącznie do zdrady seksualnej. Mężczyźni wy­bierali natomiast dokładnie na odwrót – tylko czterech wybrało scenariusz zawie­rający poświęcanie czasu i energii, aż szesnastu – zdradę czysto seksualną. Bada­nie to dostarczyło pierwszej wskazówki, że choć zazdrość typowa jest i dla kobiet, i dla mężczyzn, każda z płci może ją przeżywać z odmiennych powodów. U ko­biet powody te dotyczą problemu pozyskiwania od mężczyzny niezbędnych zaso­bów materialnych, u mężczyzn – problemu pewności własnego ojcostwa.

(…)

Niepowtarzalność ludzkich strategii ma swoje źródło także i w tym, że pozo­stawanie razem przynosi reprodukcyjne korzyści obu płciom i dla obu płci korzy­ści te przeważają nad zyskami ze zmiany partnera. W rezultacie taktyki utrzymywania partnera przy sobie uprawiane są i przez mężczyzn, i przez kobiety (u owa­dów uprawiają je z reguły jedynie samce). Ponieważ ludzie kojarzą się zwykle z osobami o podobnym poziomie wartości reprodukcyjnej, obie strony mają zwy­kle mniej więcej tyle samo do stracenia wskutek rozpadu związku (Buss, 1988b; Buss, Barnes, 1986; Kenrick i in., 1993). Ludzie rozwinęli, więc wiele sobie tylko właściwych taktyk utrzymywania partnera przy sobie. Jedne z najważniejszych to system wczesnego ostrzegania przed niebezpieczeństwem w postaci zazdrości seksualnej oraz zaspokajanie pragnień partnera.

(…)

Ponadto mężczyźni mają niepokojącą skłonność do ogromnego niedoceniania, jak dalece agresja seksualna jest przykra dla kobiet. Wszystkie tego rodzaju akty agre­sji mężczyźni uznają za znacznie mniej przykre dla kobiet, niż uważają same ko­biety. Jest to oczywiście drzemiące zarzewie konfliktu – niedocenianie bolesności wymuszonego seksu stanowić może jeden z czynników powodujących brak empa­tii mężczyzn dla ofiar gwałtu (Zahavi, 1977). Drastyczną ilustracją tego braku jest pozbawiona serca (i sensu) wypowiedź pewnego teksańskiego polityka, który stwierdził, że jeżeli kobieta nie może uciec przed gwałtem, powinna leżeć spokoj­nie i starać się przynajmniej mieć z niego przyjemność.

Z kolei kobiety przeceniają stopień, w jakim mężczyznom sprawia przykrość skierowana na nich kobieca agresja seksualna – kobiety oceniają ją na 5,13, sami mężczyźni – jedynie na 3,02 (Blumstein, Schwartz, 1983). Tak więc zarówno męż­czyźni, jak i kobiety nie doceniają zdania płci przeciwnej i niezbyt dobrze je rozu­mieją. Obie płcie skłonne są widzieć reakcje płci przeciwnej raczej na obraz i po­dobieństwo swoich własnych odczuć. Mężczyźni sądzą, że kobiety w sprawach agresji seksualnej są bardziej męskie, niż to jest w istocie, a podobny błąd – zmie­niwszy, co trzeba – popełniają i kobiety. Rozpowszechnienie informacji o faktycz­nych odczuciach kobiet wśród mężczyzn i o faktycznych odczuciach mężczyzn wśród kobiet mogłoby, więc stanowić choćby drobny krok na drodze zmniejszania konfliktu między płciami.

W pewnym sensie odwrotnością agresji seksualnej jest oziębłość czy wycofy­wanie się z seksu, o co ustawicznie kobiety oskarżane są przez mężczyzn. Narze­kają oni na takie ich zachowania, jak celowe rozbudzanie mężczyzny, by potem się wycofać z kontaktu, złośliwe flirtowanie na niby czy odmawianie kontaktu seksualnego. Tego rodzaju zachowania oceniane są przez mężczyzn jako wyraźnie przykre (5,03), choć przez kobiety widziane są jako tylko umiarkowanie przykre (4,29). Wycofanie się z seksu jest, więc przykre dla obu płci, choć wyraźnie bar­dziej dla mężczyzn.

Z punktu widzenia kobiet wycofywanie się z seksu spełniać może szereg fun­kcji. Najbardziej oczywistą jest pozostawianie sobie możliwości wyboru między mężczyznami o dużej wartości, gotowymi do zaangażowania uczuciowego i mate­rialnego. Kobiety wycofują się z seksu z pewnymi mężczyznami po to, by zaanga­żować się weń z innymi, których same wybrały. Za pomocą wycofania się z seksu kobiety podwyższają również swoje znaczenie dla mężczyzny – w myśl zasady, że niedostępność każdego dobra podnosi jego wartość. Jeżeli jedynym sposobem po­zyskania kobiety przez mężczyznę będzie poczynienie poważnych inwestycji, poczyni je. Ale jest to następne zarzewie konfliktu między mężczyzną pragnącym szybkiego seksu bez zobowiązań a kobietą, która wycofuje dostępność seksualną, by pozyskać właśnie emocjonalne zobowiązanie mężczyzny.

(…)

Złe traktowanie drugiej strony jest oczywiście taktyką bardzo niebezpieczną. Choć zasadniczym jej celem jest powiększenie zaangażowania partnerki i przy­muszenie jej do działań na rzecz męża, taktyka ta może łatwo przynieść skutki od­wrotne od zamierzonych i doprowadzić do ucieczki kobiety, gdy dojdzie ona do wniosku, że nic gorszego i tak już jej spotkać nie może. Być może właśnie, dlatego mężowie bijący żony często je potem przepraszają, nierzadko plącząc i obiecując poprawę (Dały, Wilson, 1988; Russell, 1990). Tego rodzaju działania służą po­wstrzymaniu żony przed ucieczką.

Bicie żon spotykane jest w wielu kulturach. Wśród Indian Yanomamo zdarza się często, że mężczyźni biją swoje żony kijami za takie „wykroczenia”, jak opie­szałość w podawaniu herbaty (Chagnon, 1983). Co ciekawe, kobiety z tego ple­mienia uważają nierzadko bicie za objaw gorących uczuć mężowskich – interpre­tacja, której zapewne nie podzielają współczesne Amerykanki. Niezależnie od interpretacji, tego rodzaju działania służą podporządkowaniu żony mężowi.

Inną formą złego traktowania drugiej strony jest szydzenie z jej wyglądu. Zdarza się to zaledwie u 5% nowo poślubionych mężczyzn, ale w piątym roku małżeństwa odsetek ten jest już czterokrotnie wyższy. Zważywszy, jak ważny dla kobiet jest ich wygląd, cios wymierzony w ten punkt jest wyjątkowo bolesny. Funkcją takiego postępowania mężczyzny jest zapewne obniżanie mniemania żo­ny o samej sobie, a przez to powstrzymywanie jej od angażowania się w kontakty pozamałżeńskie.

Złe traktowanie partnerek można więc wyjaśnić na gruncie myślenia ewolucjonistycznego adaptacyjnymi funkcjami takiego postępowania. Zrozumienie fun­kcji i celów takiego zachowania nie oznacza jednak wcale jego akceptacji czy aprobaty, podobnie jak to jest i z innymi rodzajami destruktywnego postępowania. Wręcz przeciwnie, zrozumienie przyczyn i warunków pojawiania się takich niepo­żądanych zachowań może przyczynić się do skuteczniejszego im przeciwdziała­nia. Złe traktowanie partnerek przez mężczyzn ma swoje korzenie biologiczne, ale nie jest to w żadnym sensie zachowanie ani konieczne (niczym odruch kolanowy), ani niemożliwe do zmiany. Jego pojawianie się zależy od różnych okoliczności, w tym także od szczególnych cech charakteru mężczyzn. W badaniach nad nowo­żeńcami stwierdziliśmy na przykład, że mężczyźni nieufni i niestabilni emocjo­nalnie czterokrotnie częściej źle traktują swoje żony, niż mężczyźni emocjonalnie stabilni i pozbawieni podejrzliwości. Inne czynniki nasilające poniewieranie żon przez mężów to odizolowanie żony od jej krewnych, brak sankcji prawnych gro­żących mężczyźnie za takie postępowanie, czy sytuacja, w której atrakcyjność żo­ny znacznie przewyższa atrakcyjność jej męża, co nasila się jego lęk przed opuszcze­niem. Zidentyfikowanie okoliczności nasilających szansę złego traktowania kobiety przez męża może być pierwszym krokiem w kierunku przeciwdziałania temu niepożądanemu zjawisku

(…)

Sytuacją, w której stosunkowo często dochodzi do gwałtu, jest randka. Jedno z badań ujawniło, że prawie 15% studentek doświadczyło gwałtu podczas randki. Inne badanie trzystu czterdziestu siedmiu kobiet ujawniło zaś, że sprawcami aż 63% gwałtów są „chłopcy”, narzeczeni czy mężowie ofiar (Gavey, 1991). Najbar­dziej rozległe z dotychczasowych badań nad tym problemem ujawniło, że spośród prawie tysiąca zamężnych kobiet, 14% zostało zgwałconych przez swoich mężów (Russell, 1990). Daleko, więc do tego, by gwałt można było uważać za przestęp­stwo popełniane jedynie przez nieznajomych czyhających w ciemnych alejkach. Jest on zjawiskiem nierzadkim w kontekście kojarzenia się ludzi w pary, stano­wiącym przedmiot zainteresowania tej książki.

(…)

Ewolucyjny wyścig zbrojeń

Kontakty mężczyzn z kobietami nękane są więc licznymi konfliktami – od poty­czek o dostęp seksualny w parach przedmałżeńskich, przez walki o zaangażo­wanie i inwestycje zasobów wśród par małżeńskich, do zaczepek seksualnych w miejscu pracy i gwałtu pośród znających się osób i nieznajomych. Źródła znacznej większości tych konfliktów znaleźć można w odmienności ewolucyjnie wykształconych strategii seksualnych obu płci. Strategie typowe dla jednej płci często utrudniają realizację celów drugiej strony.

Obie strony konfliktu wykształciły w trakcie ewolucji szereg mechanizmów reagowania na utrudnianie własnych celów przez postępowanie drugiej strony. Należą do nich przede wszystkim takie emocje, jak gniew, smutek i zazdrość. Ko­biety najsilniej reagują gniewem na mężczyzn wtedy, kiedy ich postępowanie uniemożliwia im realizację ich własnych strategii postępowania, kiedy mężczyźni na przykład próbują wymusić seks i poniżają je. Podobnie mężczyźni reagują gniewem na utrudnianie im realizacji ich własnych strategii seksualnych, kiedy kobiety odtrącają ich zaloty, odmawiają seksu czy podrzucają „kukułcze jaja”.

Wszystkie te potyczki prowadziły w trakcie ewolucji naszego gatunku do swoistej „spirali zbrojeń” obu płci. Na każdy postęp umiejętności mężczyzn do wprowadzania kobiet w błąd, te odpowiadały rozwojem większych umiejętności wykrywania oszustwa. Na każdą, coraz to trudniejszą próbę, na którą kobiety wy­stawiały mężczyzn, by sprawdzić siłę ich uczuć i zaangażowania, mężczyźni od­powiadali wzrostem umiejętności udawania oznak zaangażowania. A to prowadzi­ło do dalszego wzrostu wrażliwości kobiet na tego rodzaju próby wprowadzenia ich w błąd. Każde ulepszenie w realizacji strategicznych celów jednej płci spoty­kało się z analogiczną reakcją drugiej. Ponieważ zaś strategie seksualne obu płci są częściowo odmienne, owa ewolucyjna spirala zdaje się nie mieć końca.

Ewolucyjnie wykształcona zdolność do reagowania negatywnymi emocja­mi i cierpieniem na przeszkody w realizowaniu własnych strategii seksualnych pozwalają kobietom i mężczyznom działać w sposób pomniejszający ich własne koszty. Czasami oznacza to wycofanie się z dotychczasowego związku.

(…)

Harmonia między kobietą a mężczyzną

 Cokolwiek zostało uczynione przez jakąkolwiek jednostkę w historii ludzkiego gatunku, wyznacza minimalną granicę naszych możliwości. Granica maksymalna — jeżeli w ogóle istnieje —pozostaje całkowitą niewiadomą

John Tooby i Leda Cosmides The Adapted Mind

Kluczowym przesłaniem niniejszych rozważań nad ludzkimi strategia­mi seksualnymi jest idea, że strategie te są ogromnie plastyczne i wrażliwe na kontekst społeczny. Wykształcając różne nasze mecha­nizmy psychologiczne, ewolucja wyposażyła nas w szeroki repertuar zmiennych zachowań pozwalających rozwiązywać różne problemy adaptacyjne związane z doborem partnerów. Z repertuaru tego możemy wybierać dowolne za­chowania pozwalające spełnić nasze pragnienia przy uwzględnieniu konkretnych warunków, w których do spełnienia tych pragnień dochodzi. Tak więc w dziedzi­nie seksu żadne zachowanie nie jest nieuniknione czy wyznaczone nieuchronnym programem genetycznym – ani niewierność czy monogamia, ani przemoc czy ła­godność, ani zazdrosne strzeżenie drugiej strony czy obojętność. Mężczyźni nie są nieodwołalnie skazani na pogoń za przelotnym seksem z licznymi partnerkami, podobnie jak kobiety nie są skazane na wyśmiewanie mężczyzn nieskłonnych do stałego zaangażowania. Nie jesteśmy niewolnikami na zawsze przypisanymi do ról płciowych wyznaczonych przez ewolucję. Znajomość warunków aktywizują­cych każdą ze strategii postępowania umożliwia nam dowolne decydowanie, którą z nich realizować, a którą pozostawić jedynie niewykorzystaną możliwością.

Zrozumienie powodów, dla których seksualne strategie w nas się wykształciły, dostarcza nam potężnego narzędzia umożliwiającego zmienianie naszego własnego postępowania, podobnie jak poznanie fizjologii ludzkiego ciała umożliwia nam wprowadzanie zmian w jego funkcjonowaniu. Wiedząc, co i dlaczego powoduje powstawanie odcisków, możemy ich uniknąć. Podobnie wiedząc, że funkcją zazdrości u mężczyzn jest zapewnienie sobie ojcostwa rodzonych przez partnerkę dzieci, a u kobiet — zapewnienie sobie wyłączności dostępu do zasobów partnera, możemy przewidzieć, które warunki najbardziej będą zazdrości sprzyjały, a w konsekwencji warunków tych unikać. Dysponując tą wiedzą, możemy skonstruować nasz związek w taki sposób, że zazdrość nie będzie w nim wielkim problemem.

W dotychczasowych rozdziałach tej książki posługiwałem się danymi empi­rycznymi na temat stosowanych przez ludzi taktyk przyciągania, pozyskiwania, utrzymywania przy sobie i porzucania partnera celem zbudowania ogólnej teorii ludzkich zachowań seksualnych. Choć nie stroniłem od spekulacji, w zasadzie sta­rałem się ograniczać do ustalonych faktów. W tym rozdziale wychodzę poza owe fakty, próbując pokazać ich szersze implikacje dla kontaktów społecznych w ogó­le, a szczególnie dla kontaktów między kobietami a mężczyznami.

Różnice między płciami

Ponieważ kobiety i mężczyźni stawali w ewolucyjnej przeszłości naszego gatunku przed ogromną liczbą identycznych wyzwań, większość wykształconych przez obie płcie mechanizmów adaptacyjnych jest jednakowa. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni pocą się i doznają dreszczy w trakcie regulacji temperatury ciała, po­dobnie jak obie płcie wysoko cenią sobie inteligencję i niezawodność u stałego partnera życiowego, a także jego lojalność, rzetelność czy skłonność do współpra­cy. Na tle tych licznych podobieństw tym bardziej wyraziste stają się różnice mię­dzy kobietami a mężczyznami. Występują one w takim zakresie, w jakim nasi praprzodkowie różnych płci stawali przed odmiennymi problemami przystoso­wawczymi, które musiały zostać rozwiązane odmiennymi sposobami. Ponieważ na pradawne kobiety spadał główny ciężar opieki nad dzieckiem, to u nich wykształ­ciły się gruczoły mleczne. Ponieważ do zapłodnienia dochodzi wewnątrz ciała ko­biety, to pradawni mężczyźni stawali przed problemem pewności własnego ojco­stwa. Doprowadziło to do wykształcenia się u nich szczególnej preferencji do seksualnej wierności partnerek i psychologicznych mechanizmów zazdrości skon­centrowanej na niewierności seksualnej oraz skłonności do wycofywania własnego zaangażowania w wypadku podejrzeń, że podrzucono im „kukułcze jajo”. Wszyst­ko to wyraźnie ich odróżnia od kobiet (Baker, Bellis, 1995; Buss, Schmitt, 1993; Betzing, 1989).

Niektóre z różnic między płciami są niezbyt przyjemne. Kobiety nie lubią być traktowane jako obiekty seksualne cenione za piękno i młodość, a więc wła­ściwości, na które w przeważającej mierze nie mają żadnego wpływu. Mężczy­źni nie lubią być traktowani jako narzędzie sukcesu cenione za grubość portfela i wysokość zajmowanej pozycji społecznej. Niewątpliwe bolesne jest być żoną mężczyzny, którego pogoń za seksualną różnorodnością skłania do niewierności, podobnie jak być mężem kobiety, którą do niewierności skłania poszukiwanie emocjonalnej bliskości z innym mężczyzną. I dla kobiet, i dla mężczyzn bolesne jest doświadczenie odrzucenia przez płeć przeciwną wskutek braku cenionych przez nią właściwości.

Dość powszechnie przyjmowane założenie nauk społecznych o jednakowości obu płci nie daje się utrzymać w świetle obecnie znanych faktów. Zważywszy siłę ewolucyjnych presji oddziaływujących w odmienny sposób na kobiety i mężczyzn przez tysiące pokoleń, oczekiwanie takiej jednakowości byłoby oczywiście zupełnie pozbawione realizmu. Dziś nie można już wątpić w zasadnicze różnice między płciami – z silniejszą preferencją mężczyzn do partnerek młodych, urodziwych i licznych oraz z silniejszą preferencją kobiet do mężczyzn wysoko stojących w hie­rarchii, zasobnych i skłonnych do dzielenia się swymi zasobami tylko z nimi. Męż­czyźni i kobiety różnią się znacznie strategiami przyciągania, pozyskiwania i utrzy­mywania przy sobie drugiej strony. Wszystkie te różnice zdają się mieć po­wszechny, w dużym stopniu ponadkulturowy charakter i decydują o kształcie poży­cia obu płci.

Niektórzy ludzie starają się różnicom tym przeczyć w nadziei, że po zamknię­ciu oczu znikną i same różnice. Zaprzeczanie ich istnieniu nie na wiele się jednak zda, a harmonijne współżycie obu płci będzie możliwe dopiero wtedy, kiedy róż­nice te dobrze zrozumiemy, pojmując w ten sposób także i odmienność pragnień kobiet i mężczyzn.

Reklamy
Uścisk – Embrace – Trailer – napisy PL – BodyImageMovement

 

Taryn Brumfitt jest założycielką Body Image Movement, ruch ten uczy kobiety wartości i mocy kochania swojego własnego ciała.

 

Więcej na:
http://embrace.bodyimagemovement.com.au/
http://bodyimagemovement.com.au

Fragment książki Erazm Majewskiego „Prolegomena i podstawy do filozofii dziejów i socyologii” oraz fragment artykułu Mariana Mazura – cybernetyka a humanitaryzm”

 

Przyrodnicy i filozofowie wysilają się na definicye, któreby w niewielu słowach scharakteryzowały człowieka, lecz choć dano już wiele określeń lapidarnych, szwankują one, a szwankują dlatego, że bywają za bardzo, albo za mało zoologiczne.
I nie może być inaczej. Niepodobna bowiem uczynić zadość wymaganiom ścisłości naukowej, jeśli obejmujemy w jednej definicyi człowieka przeszłego i dzisiejszego. Od chwili, gdy zaczął stawać się człowiekiem, uległ człowiek tak znacznej i urozmaiconej ewolucyi, że dwie jego fazy krańcowe, to, pomimo podobieństwa postaci, prawie całkiem różne jestestwa.
Ze zwierzęcia w coś całkiem dla świata nowego przerobiła człowieka głównie mowa. Dlatego, jeśli już chcemy być lapidarni, a jednocześnie zadość uczynić ścisłości naukowej, powinniśmy formułować dwie, trzy lub więcej definicyi, charakteryzujących człowieka w chronologicznej kolei jego rozwoju.
Będziemy bardzo blizcy prawdy, powtarzając orzeczenie, dane już na końcu rozdz. XVII, że człowiek – to przedewszystkiem zwierzęmówiące. Dzięki mowie dopiero stało się ono społecznem, a następnie mądrem (sapiens). Fazę wstępną, czysto zwierzęca, można będzie charakteryzować uwzględnieniem cech czysto-zoologicznych. Następne muszą już być charakteryzowane cechami, zjawiającemi się w naturalnej kolei rozwoju władz i rysów coraz bardziej odróżniających go od zwierząt.
Społeczność i mądrość są cechami nabytemi głównie dzięki mowie, przytem mądrość, mimo całej wielostronności, była, musiała być i została specyficznie ludzką, a więc względną i ograniczoną. W porównaniu do różnych zwierząt człowiek nie był w pierwszej swej fazie zwierzęciem najrozumniejszem – nie bywa też nim często nawet w ostatniej. Wiele zwierząt niewątpliwie nie stało niżej od pra-człowieka wówczas, gdy on stawał się człowiekiem; nie miały one tylko tej szansy, aby stać się w swoim rodzaju człowiekiem, t. j. jestestwem społecznem.
Dopóki pra-ludzie rozumieli się tak słabo, jak zwierzęta, a myśl ich niebogata u wszystkich była jednakowa, dopóty mózg człowieka niewiele różnił się od zwierzęcego i przedstawiał dla dalszego rozwoju takie same mniej więcej szansę, jak mózg zwierząt, zwłaszcza obdarzonych aparatem głosu, podobnym do ludzkiego.
Narzuca się więc z wielką natarczywością pytanie: czemu niektóre przynajmniej zwierzęta nie wyzyskały swych przyrządów głosowych na podobieństwo człowieka? Czemuż właśnie on i tylko on wzniósł się stosunkowo łatwo i prędko na wyżyny, gdy tamte zostały na nizkich poziomach?
Wszak niejeden gatunek zwierząt jest tak mądry, pomimo względnej małości półkul mózgu właściwego (encephalon), że gdyby tylko począł rozwijać mowę, mógłby stać się „człowiekiem”. Oczywiście byłby człowiekiem całkiem innym z postaci, z uzdolnień i kierunku rozwoju, w jakimby poszedł ku „człowieczeństwu”, ale byłby jestestwem analogicznem do człowieka z powodu tych specyalnych uzdolnień, które uczyniły człowieka jestestwem społecznem i mądrem, z możności rozwijania ducha swego gatunku, t.j. materyału pod niejednym względem niegorszego od ludzkiego.
Oto mądry i szlachetny słoń (Elephas), o którym Indusi opowiadają tyle legend cudownych, wraca z wycieczki samotnej do stada. Ma on do zakomunikowania swoim blizkim wiadomość ważną dla nich. Usiłuje on ją ujawnić, porykuje, gestykuluje trąbą, wpatruje się ożywiony i niespokojny w oczy innych słoni, ale… nie zrozumiano go, i wiadomość utonęła. Była ona iskrą, jedną z tych, których miliony, przenikając od osobnika do osobnika, składają się na mądrość, ale zgasła tam, gdzie zapłonęła. I tak jest ciągle. Od tysięcy lat marnuje się doświadczenie słoni, a każdy musi czynić te same doświadczenia dla siebie i tylko dla siebie, musi funkcyonować za siebie i tylko za siebie i tylko niezmiernie żółwią drogą dziedziczności wzbogacać swem doświadczeniem przyszłe pokolenia.
Z ludzkiego punktu widzenia jest to położenie tragiczne, choć w istocie może nie być tragicznem wcale; trwają w tym stanie wszystkie zwierzęta i mniej tęsknią do innego stanu, niż my do skrzydeł ptasich.
Mimo to prawdą jest, że gdyby człowiek poprzestawał na swem dawnem położeniu – zostałby i on na zawsze tylko zwierzęciem.
Ale on znalazł klucz do głowy innego człowieka i zdruzgotał zaporę, dzielącą go od jestestw podobnych. Stał się czemś nowem na ziemi, czemś nie gorszem, ale może i nie lepszem, bo na ziemi niema wspólnej miary dla wszystkich i stał się materyałem na ciało społeczne.
W koncercie egoizmów ziemi może nie wysunął się na czoło jestestw, bo to było niepodobnem, ale, mogąc coraz skuteczniej deptać po słabszych, czynił to bez wyrzutów sumienia lepiej od innych, zagarnął też zwolna grunt należny innym, zdławił słabszych i ostał się wśród typów pobitych jako tryumfator.
Najdzielniejsze osobniki rodu ludzkiego, wspinając się na ramionach poprzedników tegoż rodu, wznosiły się coraz wyżej, aż doszły tak wysoko, że zaczęły filozofować. Wtedy przedewszystkiem wyparły się swych ubogich, a więc… brzydkich krewnych i stworzyły wygodną doktrynę pochodzenia… z morskiej piany.
Niestety, pomimo przepaści duchowej, pozostało ciało, którego ani zmienić, ani podnieść – ani wyprzeć się nie można!

Czem się to stało, że człowiek, druzgocąc zaporę, dzielącą go od innego człowieka, wzniósł równocześnie wysoki mur między sobą, a pozostałym światem krewniaków zwierzęcych? Czemu żadne inne zwierzę tego nie dokonało?
Wspomnieliśmy o zbiegu „okoliczności sprzyjających” rozwojowi w kierunku szczególnie płodnym w bardzo ważne następstwa. Oczywiście ów zbieg okoliczności nie przekracza sfery czynników naturalnych, a więc teoretycznie biorąc dostępnych i dla innych rodzajów jestestw ziemskich.
Aby dostrzedz te czynniki, trzeba tylko pozbyć się jednego zakorzenionego poglądu, który nam je zasiania. Wmawiano w nas zbyt długo przekonanie, że człowiek stoi na jakimś szczycie drabiny (przynajmniej) kręgowych. Wmawiano, że jest najdoskonalszą latoroślą kręgowców, wreszcie najmłodszym, t. j. najpóźniejszym wśród nich typem. Wszystko to nieprawda!
Zbyt długo przedstawiano sobie proces rozwoju i przeżywania typów ziemskich, jako szeregi samych „doskonaleń się”, samych przemian „postępowych”, zbyt prosto załatwiano się także z wypadkami rozwoju wstecznego i bocznego i niejeden przyrodnik uważał świat dziś żyjący za jakiś wybór typów, w swoich rodzajach najdoskonalszych, gdyż wierzył, że przeżywać muszą przeważnie tylko typy najdoskonalsze, ginąć zaś same wsteczne. Znajdziemy się bliżej prawdy, biorąc cały świat dziś żyjący za jedną ruinę idealnej całości, złożonej ze wszystkich stopni przejściowych, jakie żyły kiedykolwiek.
To, co żyje, jest tylko bezładnie dochowaną resztką wytworów przeszłości. Dochowały się zaś przy życiu równie dobrze, choć przypadkowo, typy bardzo stare i zacofane, jak nie dochowały się późne, t. j. młode i dzielne. Dzisiejsza fauna i flora nie jest wcale tłumem samych „najlepszych” lub „najdzielniejszych”. Jest to raczej zbiór typów rozmaitej wartości biologicznej, zabytków ze wszystkich epok i najrozmaitszych stadyów rozwojowych. Jest ona złożona z typów, których równowartościowi krewniacy mieli nieszczęście różnemi czasy wyginąć, każdy dla jednej z tysiąca przyczyn, niosących zagładę wszystkiemu, co żyje. Przyczyny te bywały równie błache, jak, logicznie biorąc, niesprawiedliwe. Najczęściej nie jakaś niższość, lecz ślepy traf unicestwiał jedne typy i równie ślepy traf, nie zaś wyższość, utrzymywały pośledniejsze. Stąd niezliczone, a często zadziwiające luki zarówno we florze jak faunie ziemskiej. Znamy np. zwierzęta mocne, czujne i dzielne, pozbawione żyjących krewniaków, którzy musieli być przecież równie dzielnymi, a jednak zginęli. Znamy inne, gorzej uposażone – otoczone liczną rzeszą żyjącą odmian i gatunków blizkich. I jeszcze jedno. Nazbyt często zarówno paleontologom, jak zoologom, kierunek rozwoju jakiegoś typu wydawał się prostym i postępowym, gdy właśnie zmierzał on ku zmianom szkodliwym – i odwrotnie.
Dzięki podobnym błędom, utrzymuje się przekonanie o „młodości” typu ludzkiego, przekonanie, że jesteśmy ostatnią kreacyą ziemską, przynajmniej wśród ssaków. Utrudnia to trzeźwą ocenę stanowiska naszego w świecie zwierzęcym.
Świat dziś żyjący wcale nie jest owocem jakiegoś rozwoju „postępowego”. Jest w nim daleko więcej rozwoju we wszelkich kierunkach bocznych i wstecznych i jest, bo tak być musi. Przypomnijmy sobie, że rozmaitość postaci organicznych jest głównie dziełem tego snycerza, którego nazywamy środowiskiem. Środowisko, jak to później zobaczymy, bywa nie tylko rozmaite, ale i zmienne. Świat organiczny, żywiąc się na takiem łonie, nie zna stagnacyi w kształtach. Jedne zmieniają się prędzej, inne wolniej, ale zawsze tylko zależnie od okoliczności i w warunkach niejednakowo korzystnych dla dalszego bytu każdej postaci. Świat ten nie zna tego, co przyszłość przyniesie.Stosuje się on do chwili bieżącej, i stąd często najdzielniejsze typy wpadają w pułapkę, jaką im nieznana przyszłość przynosi. Wtedy to, co było najlepszem, staje się nieraz niespodzianie cechą szkodliwą i niesie zagładę nie słabszym, lecz właśnie najdzielniejszym. Typy, choćby nawet dzielne, ale podległe najżywszym przemianom, często kroczą nie ku przyszłym tryumfom, lecz właśnie ku zgubie. Niektóre zwierzęta znajdują się na drodze, jeżeli tak można się wyrazić, uzwierzęcania się głębszego. Zróżnicowanie np. ssaków szło bardzo prędko i poszło daleko. Dobiegło ono dawno kresu zmian użytecznych i zbliża się po większej części do dekadencyi. Aby nam się wiele zagadek ewolucyi jestestw żyjących przedstawiło we właściwem świetle, a zwłaszcza historya naturalna człowieka, trzeba tylko porzucić przestarzałą wiarę w rzekoma młodość i „postępowość” typu ludzkiego. Trzeba go uznać za typ bardzo stary, wprost za jestestwo jedno z najbardziejkonserwatywnych pośród ssaków. Do tego zniewala nas porównanie budowy ciała ludzkiego z budową wszystkich kręgowców.
Wypada mi tu znowu poruszyć i rozwinąć ideę, która winnaby być przedmiotem oddzielnego studyum, ale gdy dla naszych celów przedstawia ona tylko epizod, nie wolno nam zatrzymywać się nad nią dłużej, niż tego wymaga konieczność. Dlatego ograniczę się do ujęcia najcharakterystyczniejszych stron budowy człowieka w szerokich i ogólnych tylko liniach. Mianowicie dotknę tych szczegółów jego budowy, które same jedne rzucą snop światła na dziwne losy jestestwa, które zamianowało się nie bez słuszności królem ziemi.
Rozpatrzymy rękę ludzką, uzębienie postawę wyprostowaną. Tkwią w nich cechy ściśle zależne jedna od drugiej i zgodnie uważane po mózgu za najważniejsze znamiona rodu ludzkiego. Właśnie połączenie się w człowieku tych cech uważam za przyczynę główną szczególnego rozwoju mózgu, a więc za okoliczność, sprzyjającą uczłowieczeniu się pra-człowieka, a zarazem za świadectwo idei, że rozwój człowieka poszedł po drodze najprostszej do największego skomplikowania natury zwierzęcej, jak to już dawniej zauważyliśmy, bo komplikowanie się, nie zaś upraszczanie, jest szczególną dążnością energii ziemskiej, obserwowaną we wszelkich jej postaciach.

Człowiek poszedł po drodze najprostszej, lecz co to jest droga najprostsza? Czyżbyśmy tu wchodzić mieli w ocenianie drogi a posteriori, ze skutków wyrokując o przyczynach? Nie. Pod drogą najprostsza rozumiem właśnie drogę pośrednią między istniejącemi w formie odchyleniami; rozumiem drogę, zapewniającą największą ekonomię w ewolucyi. Ekonomii tej nie zachowała większość kręgowców, więc rozwój ich poszedł bądź nazbyt krętemi ścieżkami, bądź zawrócił z drogi najbezpieczniejszej wielostronności, na manowce zgubnej zawsze jednostronności, co jest niemal równoznaczne z krańcowością. Gdy wszystko, co żyje dokoła człowieka, ugrzęzło w wyspecjalizowaniu się, on jeden utrzymał się szczęśliwie do końca na najgładszej drodze wielostronności biologicznej i przeciętności,oczywiście bez starań szczególnych lub zasługi.
Idea „wyższości” organizmów jest całkiem względna. Nie zawsze droga do wyższości wiedzie przez „ulepszenia” i przez wielkie „przemiany”. Czasem może być związana właśnie z konserwatyzmem, i tak właśnie ma się rzecz z cechami człowieka. Gdyby nie ów konserwatyzm, człowiek zostałby może zdystansowany przez inny jaki gatunek i albo też ziemia wcale nie oglądałaby wyrosłego z pnia ssaków (Mammifera) dziwnego jestestwa, które, choć pełza w pyle ziemskim i pożera sobie podobne, ośmiela się, mimo to, przenikać szeroką świadomością to, co jest niezmierzone i niedościgłe dla zmysłów, i rezonuje o największych zagadkach świata.
Czy pra-ludzie, jestestwa niespołeczne, przerabiając się w swem potomstwie na komórki społeczeństw, poszli ku większej szczęśliwości, niż ta, która jest udziałem wolnych komórek-zwierząt, to jest kwestya, nad którą niech debatują pesymiści i optymiści, ale, bez względu na ich wyroki, fakt pozostaje faktem, i to niecofnionym. I przed nami wyłoni się później oraz na właściwem miejscu to pytanie, a choć go nie będziemy rozstrzygać, to przecież, zamiast tonąć w bagnie domysłów, ujrzymy wyraźnie: co człowiek zyskał, a co stracił, wszedłszy,dzięki swej przeciętności, na nową dla organizmów drogę bytu społecznego, po której toczy się jego dalsza egzystencya.
.
Źródło:  http://www.prawia.org/ksiazki/majewski/majewski1f.html
.


 

Człowiek jako układ cybernetyczny

 

Idea traktowania organizmów jako układów cybernetycznych nie uderza sensacyjnością, i temu chyba należy przypisać brak zainteresowania dla niej ze strony wydawnictw popularnych. Natomiast zaczyna budzić odzew pewien szczególny przypadek tej idei, a mianowicie traktowanie człowieka jako układu cybernetycznego. Od czasu do czasu można się spotkać w prasie społeczno-kulturalnej z wypowiedziami dającymi wyraz wątpliwościom co do dopuszczalności traktowania człowieka jako „maszyny”. Tak na przykład pewien literat pisze, że gdyby nawet uznać, że człowiek jest w pewnym sensie maszyną, to jednak nie tylko maszyną – jest w nim, „coś jeszcze”. Pewien socjolog widzi w cybernetyce nawrót do zaniechanego w nauce mechanicyzmu, a znów pewien teolog uważa, że człowiek i maszyna są tworami nieporównywalnymi, jako że przebiegi zachodzące w maszynie wymagają pewnego czasu, podczas gdy człowiek spostrzega coś, czy uświadamia to sobie ,,od razu”. Wszystkie tego rodzaju wypowiedzi nurtuje jak gdyby obawa przed degradacją człowieka. Bo np. jeżeli pozbywamy się niepotrzebnych maszyn, to może – skoro człowiek to maszyna – w podobny sposób zacznie się postępować z niepotrzebnymi ludźmi? Jest to obawa przed uznaniem człowieka za twór niższy od tego, za jaki uchodzi dotychczas, obawa przed traktowaniem człowieka jak rzeczy, a więc przed zaprzeczeniem miłości człowieka i ludzkości, poszanowania godności ludzkiej, czyli krótko mówiąc, obawa przed zaprzeczeniem humanitaryzmu.

Doprawdy, nic bardziej fałszywego. Wszystkie przytoczone powyżej poglądy są, łagodnie mówiąc, zbiorem nieporozumień.

Przede wszystkim uporządkujmy nieco sprawy terminologiczne. W cybernetyce traktuje się człowieka jako układ cybernetyczny, a nie jako „maszynę” cybernetyczną. Maszyna cybernetyczna jest to techniczny układ cybernetyczny. Wyrażenia „maszyna cybernetyczna” w odniesieniu do człowieka używają niekiedy popularyzatorzy cybernetyki dla większego zafrapowania czytelników; w naukowych publikacjach cybernetycznych używa się go tylko w tych przypadkach, w których naprawdę chodzi o maszyny. Krytycy cybernetycznego traktowania człowieka chętnie podchwytują wyraz „maszyna”, aby sobie ułatwić sytuację; gdy się powie czytelnikowi coś w rodzaju: „Patrzcie, oni (to znaczy cybernetycy) nie widzą różnicy między człowiekiem a maszyną”, to taka demagogia łatwiej może liczyć na pogodzenie niż przy użyciu bezbarwnego określenia „układ cybernetyczny”. Dodajmy też, że w pojęciu wielu ludzi, nie obciążonych znajomością rzeczy, cybernetyka jest nauką techniczną, technika zaś to technokracja, technokracja zaś to – antyhumanizm itd.

Niemniej, przyznajmy to, nawet nazywanie człowieka „układem cybernetycznym” (zamiast „maszyną”) nie wytrąca jeszcze krytykom broni z ręki. Układami cybernetycznymi, oprócz człowieka, są wszelkie inne organizmy, np. zwierzęce, i oczywiście maszyny cybernetyczne. Umieszczenie człowieka w takim towarzystwie jako jednego z układów cybernetycznych może dla wielu być rażące, ale do tego jeszcze powrócimy.

Argument o nawrocie mechanicyzmu wynika z braku rozeznania istoty sprawy. Mechanicyzm zawiódł dlatego, że traktował człowieka jak automat, czyli jak maszynę samosterowną; jego zwolennicy wyobrażali sobie, że ten sam bodziec musi wywołać tę samą reakcję, i nietrudno, było wykazać, że nie mają racji.

Natomiast w ujęciu cybernetycznym odpowiednikiem technicznym człowieka nie jest automat, lecz autonom, to znaczy maszyna samodzielna, działająca we własnym interesie, a więc dla własnego bezpieczeństwa i rozwoju; w tym ujęciu bierze się pod uwagę okoliczność, że człowiek (podobnie jak autonom) jest wyposażony w akumulator informacji pochodzących z poprzednich doświadczeń. Każdy aktualny bodziec dostarcza informacji, których rejestracja różni się od rejestracji poprzednich informacji tylko tym, że jest świeższej daty. O postępowaniu człowieka rozstrzygają wszystkie zarejestrowane w nim informacje, a nie tylko te najświeższe, i dlatego reakcje człowieka, zależnie od stanu jego akumulatora informacji, mogą być różne nawet przy takich samych aktualnych bodźcach.

Powróćmy jednak do sprawy traktowania człowieka – razem ze zwierzętami i maszynami – jako układu cybernetycznego. Ludzkość przeżyła już raz falę oburzenia wywołaną przez teorię ewolucji. Myśl o tym, że człowiek wraz z małpą mógłby pochodzić od wspólnych przodków, wydawała się wielu nie do zniesienia, a dzieła Darwina wprowadziła na indeks kościelny. Przecież człowiek stworzył nawet w swoim czasie inną terminologię dla siebie, a inną dla zwierząt; człowiek miał „głowę”, zwierzęta zaś „łeb”, to co u człowieka nazywało się „krew”, u zwierzęcia nazywało się „posoka” itp. Dziś nikomu już nie przychodzi na myśl nazywać gruczoły, mięśnie, nerwy itp. innymi nazwami w odniesieniu do zwierząt niż do człowieka.

Cybernetyka zdaje się wywoływać drugą falę podobnego oburzenia. Dopatrywanie się podobieństw człowieka do zwierząt można było w końcu znieść, ale do maszyn? Jeszcze i dziś nawet autorzy publikacji naukowych używając takich słów, jak „pamięć” maszyny, „uczenie się” maszyn, maszyny „myślące” – itp., piszą je często w cudzysłowie, niejako z zażenowaniem, że przypisuje się maszynie funkcje właściwe człowiekowi. Jak i poprzednio, jest to sprawa oswojenia się, przyzwyczajenia. Człowiek różni się od zwierząt i maszyn (autonomicznych) w zasadzie tylko jednym: ilością elementów rejestracyjnych. U człowieka ocenia się ją na około 15 miliardów, podczas gdy we współczesnych maszynach matematycznych nie przekracza ona jednego miliona, a u zwierząt bywa różna; np. u owadów wynosi ona zaledwie kilkanaście tysięcy. Jest to tylko różnica ilościowa, niemniej jednak, jest to różnica kolosalna; tyle że nie ma w niej nic „cudownego”, żadnego „coś jeszcze”.

Wbrew wszelkim pozorom cybernetyka, traktując człowieka jako układ cybernetyczny działa dla jego dobra, pozwala bowiem zrozumieć, czym człowiek jest naprawdę, a przez to zapobiec krzywdom wyrządzanym mu zarówno wtedy, gdy się go nie docenia, jak i wtedy, gdy się go przecenia. Obydwa te przypadki zasługują na bliższe omówienie.

 

Cybernetyka przeciw niedocenianiu człowieka

 

W okresie międzywojennym jakiś właściciel sklepu w Warszawie posłużył się do celów reklamowych „żywym manekinem”. Urodziwa dziewoja stała w oknie wystawowym i demonstrowała plansze z odpowiednimi napisami, wykonując ruchy kanciaste i sztywne, jak lalka z opery, Opowieści Hoffmana. Wówczas felietonista jednego z postępowych tygodników napisał, że o ile można nie mieć nic przeciw manekinom udającym ludzi, to jednak zmuszanie ludzi, żeby udawali manekiny, jest degradacją człowieka, gdyż czyni go bezmyślnym. Słuszność tego poglądu jest niewątpliwa, ale czy „żywe manekiny” zniknęły? Jak się okaże, niezupełnie.

Jednym z wielkich osiągnięć teorii informacji jest wprowadzenie pojęcia ilości informacji. Aby się nie rozwodzić na ten temat, przypomnimy tylko, że jednostkę ilości informacji, czyli tzw. „bit”, zawiera każda informacja wskazująca na jedną z dwóch możliwości. Na przykład gdy pytamy, czy teraz jest rok parzysty czy nieparzysty, to odpowiedź na to pytanie zawiera l bit informacji. Informacja wskazująca na jedną z czterech możliwości (np. odpowiedź na pytanie, jaka jest teraz pora roku) zawiera 2 bity; przy ośmiu możliwościach mielibyśmy 3 bity; przy szesnastu możliwościach 4 bity itd. – każde następne podwojenie liczby możliwości zwiększa ilość informacji o l bit.

Każdy przetwornik informacji otrzymuje i wydaje pewną ilość informacji. Najprostszy przetwornik informacji otrzymuje tylko l bit informacji i wydaje tylko l bit informacji. Przetwornikiem takim jest np. dzwonek elektryczny; odbiera on jedną z dwóch możliwości (przycisk dzwonka jest naciśnięty albo nie jest naciśnięty) i wydaje również jedną z dwóch możliwości (dzwonek dzwoni albo nie dzwoni). Każdy przekaźnik jest takim przetwornikiem informacji, do którego dochodzi impuls albo nie i z którego wychodzi impuls albo nie.

A teraz przypomnijmy pewien tragiczny wypadek, opisany w naszych dziennikach przed kilkunastu laty. W okolicy Warszawy jakaś matka chciała w nocy wezwać lekarza do chorego, dziecka i przyszła do pobliskiej fabryki, aby skorzystać z telefonu (wówczas tylko instytucje miały telefony), ale spotkała ją kategoryczna odmowa portiera, który zastawiał, się przepisami dopuszczającymi używanie telefonu tylko do rozmów służbowych. Na nic nie zdały się prośby i łzy zrozpaczonej kobiety; kiedy wreszcie z kilkugodzinna zwłoką sprowadziła lekarza, dziecko już nie żyło. Wypadek ów wzburzył opinię, ale nas obecnie będzie tu interesować cybernetyczna ocena tego faktu. Portier z przytoczonego przykładu, zgodnie z przepisami, stał się odbiorcą jednej z dwóch możliwości, a mianowicie rozpoznawał tylko, czy rozmowa jest służbowa, czy nie, i reagował na to również w postaci jednej z dwóch możliwości, tj. udostępniał telefon albo nie. Inaczej mówiąc, odbierał i wydawał informacje tylko w ilości l bita, został wiec sprowadzony do poziomu takich przedmiotów, jak dzwonek elektryczny lub przekaźnik. Do przetwarzania informacji w ilości l bita wystarcza tylko jeden element rejestracyjny, mogący przybierać dwa stany: stan pobudzenia i stan niepobudzenia. A przecież człowiek ma takich elementów kilkanaście miliardów! Ma ich tyleż także przykładowy portier – widać, jak ograniczony użytek kazano mu z nich robić.

Podobnych przypadków jest znacznie więcej, niż można by przypuszczać. Niedawno w dyskusji prasowej na temat roli dyrektorów fabryk pisano o dyrektorze, który wbrew przepisom przeniósł pewną, zresztą niewielką sumą z jednego paragrafu do drugiego, aby sfinansować proste urządzenie pozwalające wyeliminować import kosztownej maszyny. Fakt ten spowodował wystąpienie szeregu osób urzędowych w roli przekaźników. A więc najpierw kontroler musiał stwierdzić, czy nastąpiło naruszenie przepisu, czy nie, aby wiedzieć, czy ma w protokole sporządzić doniesienie, czy nie, czyli działał jako przetwornik informacji w ilości l bita. Potem prokurator musiał stwierdzić, czy doniesienie odpowiada prawdzie, czy nie, aby wiedzieć. czy ma sporządzić akt oskarżenia, czy nie, a więc i on działał jako przetwornik informacji w ilości l bita. W podobnej roli wystąpił sędzia przy ustalaniu winy; jedynie przy wydawaniu wyroku był w nieco lepszej sytuacji – jeżeli kodeks przewidywał karę np. od pół roku do dwóch lat wiezienia i jeżeli przyjąć, że karę wymierza się liczbą miesięcy (a nie np. tygodni, dni lub godzin), to sędzia miał do dyspozycji 19 możliwości, działał więc jako przetwornik informacji w ilości nieco ponad 4 bity. Gdy oskarżony dyrektor dowodził, że postąpił w sposób korzystny dla fabryki, a nawet całej gospodarki krajowej, kontroler, prokurator i sędzia odpowiadali, że zastanawianie się nad tym, to nie ich rzecz; ich obowiązują przepisy. Jak się okazuje, oskarżony był w tej sprawie jedynym człowiekiem, który nie chciał być przekaźnikiem; został ukarany za to, że przetwarzał za dużo bitów informacji.

Do takiego zubożenia człowieka dochodzi, gdy trzymanie się przepisów (przetwarzanie l bita informacji) ma zastępować kierowanie się zdrowym rozsądkiem (przetwarzanie bardzo wielu bitów informacji). Mnogość przepisów jest świadectwem niedoceniania człowieka i dlatego warto wiedzieć, że człowiek jest układem cybernetycznym o kilkunastu miliardach elementów rejestracyjnych.

 

Cybernetyka przeciw przecenianiu człowieka

 

Od tysięcy lat wyobrażano sobie, że przebiegi informacyjne w mózgu ludzkim nie wymagają energii ani czasu – przecież myśleć może równie dobrze silny, jak i słaby, zdrowy, jak i chorowity, a poza tym myśli się błyskawicznie („szybki jak myśl”). Stąd powstało przekonanie, że myślenie jest czymś „niematerialnym” (tzn. niefizycznym), przejawem „niematerialnej duszy”, funkcją „ducha” zwyciężającego „ciało” itp.

Cybernetyka przyczynia się do rozwiewania tych mitów. Odbieranie, przenoszenie, przetwarzanie i wydawanie informacji wymaga zużywania energii i odbywa się w określonym czasie, a więc z określoną szybkością. Każdy tor informacyjny, z mózgiem ludzkim włącznie, ma określoną przelotność (w bitach na sekundę). Ponadto do wykorzystania jakichkolwiek informacji konieczne jest utrwalenie tych informacji, czyli ich rejestracja (zapamiętanie), co także wymaga energii i czasu.

Niestety, wspomniane wyżej mity sprawiają) że w ocenie informacyjnego funkcjonowania organizmu ludzkiego pomija się te istotne czynniki. Stąd się bierze fikcyjne założenie: zostałeś zawiadomiony, więc wiesz. Czystą fikcją jest założenie prawników, że ogłoszenie zarządzenia w wydawnictwie do tego przeznaczonym jest równoznaczne z uświadomieniem obywateli o treści zarządzenia („nikt nie może się tłumaczyć nieznajomością prawa”). Wiele okólników wydaje się przy założeniu, że dostarczenie ich adresatowi jest równoznaczne z odebraniem przezeń informacji. Tymczasem przyswajanie informacji jest procesem mozolnym, związanym z wieloma ograniczeniami, a zarazem niezwykle doniosłym w skutkach.

Posłużymy się tu znów przykładem dobrze znanym z prasy codziennej. Pewna osiemnaste- czy dziewiętnastoletnia dziewczyna została kierowniczką sklepu i na tym stanowisku sprzeniewierzyła w ciągu paru lat znaczne kwoty (w sumie było tego ponad dwieście tysięcy złotych) dla swojego narzeczonego, który zresztą okazał się wydrwigroszem. Wyrok: 9 lat więzienia. To z punktu widzenia prawa.

A jak to wygląda z punktu widzenia cybernetyki? Przypuśćmy, że ktoś ma rocznego psa. Gdyby go zostawił na parę godzin samego w pomieszczeniu, w którym znajduje się kilogram surowego mięsa, to nie powinien się zdziwić, gdy po powrocie zamiast mięsa zastanie psa oblizującego się po dobrym obiedzie. Będąc rozsądnym człowiekiem, wie, że psa trzeba nauczyć, co mu wolno, a czego nie. Trzeba to robić w sposób łagodny i cierpliwy, tak długo, aż pies przyswoi sobie przekazywane mu informacje.

Roczny pies zaczyna być zdolny do wydania potomstwa; osiemnastoletnia dziewczyna także. Obydwoje są w tej samej fazie rozwoju organizmu. Ponadto dziewczyny lubią narzeczonych w nie mniejszym stopniu niż psy mięso.

Już słychać głosy oburzenia: jakże można przyrównywać człowieka, a więc istotę „rozumną”, obdarzoną „świadomością” i „wolną wolą”, do „bezrozumnego” zwierzęcia? Ano, cybernetyka ma tę odwagę. Niedoświadczony człowiek i niedoświadczony pies są po prostu niedoświadczonymi układami cybernetycznymi. Niedoświadczonymi, to znaczy mającymi za mało zarejestrowanych informacji. Kto uznaje ten fakt w stosunku do psa, a nie uznaje w stosunku do człowieka, ten kieruje się mitami.

Skazanej zabrano najcenniejsze lata życia. Zamiast tego trzeba było w swoim czasie pomyśleć, czy jest ona przystosowana do powierzonych jej zadań, cierpliwie uczyć, co jej wolno i w jakim zakresie, reagować na brak pierwszego tysiąca złotych, a nie dopiero dwusetnego, wytworzyć i utrwalić wyobrażenie skutków lekkomyślności; zamiast zadowolić się istnieniem odpowiednich informacji w kodeksie karnym, trzeba było dopilnować, żeby także zostały one zarejestrowane w mózgu; krótko mówiąc, należało delikwentkę potraktować przynajmniej tak, jak rozsądny człowiek traktuje swojego psa. Gdzie są prawdziwi winowajcy, którzy to wszystko zaniedbali i czy zostali za to ukarani? Pytanie to zadał Muszkat-Jotem w dyskusyjnej audycji telewizyjnej, osnutej na powyższej sprawie, ale – rzecz charakterystyczna – głos jego był odosobniony.

Najwidoczniej dyskutanci nie znali cybernetyki…

Nie wierzmy w cuda. Myślenie jest procesem informacyjnym nie różniącym się co do zasad od wszelkich innych procesów fizycznych. Człowiek, jak każdy inny układ cybernetyczny, ma ograniczone możliwości sterownicze. Przecenianie go może wyrządzać szkody nie mniejsze niż jego niedocenianie, zwłaszcza gdy to przecenianie jest unikiem ze strony tych, których nie stać na wnikanie w istotę rzeczy.

Źródło: https://www.google.com/url?sa=t&rct=j&q=&esrc=s&source=web&cd=2&cad=rja&uact=8&ved=0CDMQFjAB&url=http%3A%2F%2Fautonom.edu.pl%2Fpublikacje%2Fmarian_mazur-cybernetyka_a_humanitaryzm.doc&ei=XfR8U6S8ObTX7Aao_oCoAQ&usg=AFQjCNHdhwxGAyVPT9MhTONYxWE2Tum9aA&sig2=Yr5AEr8KeSkIb-fgaZP0mg&bvm=bv.67229260,d.ZGU


Fragment książki „Atlas zbuntowany” Ayn Rand, rozdział Kim jest John Galt

Umysł ludzki jest podstawowym narzędziem przetrwania. Człowiek otrzymał życie, ale nie przetrwanie. Otrzymał umysł, lecz nie jego zawartość. Aby pozostać przy życiu, musi działać, a zanim będzie mógł działać, musi znać charakter i cel swoich działań. Nie może zdobywać pożywie­nia, nie wiedząc nic o nim ani o sposobach zdobywania go. Nie może wykopać rowu — ani zbudować cyklotronu — nie wiedząc nic o swoim celu ani środkach do jego osiągnięcia. Aby pozostać przy życiu, musi myśleć.

Myślenie jest jednak świadomym wyborem. Kluczem do tego, co tak lekkomyślnie nazywacie „naturą ludzką”, tajemnicą poliszynela, którą znacie, lecz drżycie ze strachu przed ubraniem jej w słowa, jest fakt, iż

człowiek posiada wolną wolę. Rozum nie działa automatycznie, myślenie nie jest procesem mechanicznym, logicznych powiązań nie dokonuje się instynktownie. Funkcje waszych żołądków, płuc czy serca są automatyczne, funkcja umysłu — nie. W każdym momencie swego życia macie wolny wybór: możecie myśleć lub uchylać się od myślenia. Nie możecie jednak uciec przed swoją naturą, przed faktem, że waszym środkiem przetrwania jest właśnie rozum — a zatem dla was, istot ludzkich, „być albo nie być” jest pochodną „myśleć albo nie myśleć”.

Istota obdarzona wolną wolą nie posiada automatycznego scenariusza zachowań. Potrzebuje kodeksu wartości, by kierował jej postępowaniem. „Wartością” jest to, czego zdobyciu i zachowaniu służą jej działania, „cnotą” — działania, poprzez które zdobywa to i zachowuje. „Wartość” wymaga odpowiedzi na pytanie: dla kogo i w odniesieniu do czego? Wymaga kryterium, celu i konieczności działania w obliczu wyboru. Tam, gdzie nie ma wyborów, niepotrzebne są wartości.

We wszechświecie istnieje tylko jeden fundamentalny wybór: istnieć lub nie istnieć — i dotyczy on tylko jednej kategorii bytów: istot żywych. Istnienie materii nieożywionej jest bezwarunkowe, istnienie życia — nie. To ostatnie zależy od konkretnych działań. Materia jest niezniszczalna; zmienia formy, ale nie może przestać istnieć. Jedynie żywy organizm nieustannie stoi przed wyborem: życie lub śmierć. Życie jest procesem samoistnego i samorodnego działania. Jeśli organizm nie sprosta temu zadaniu, umiera; pozostają jego składniki chemiczne, życie jednak przestaje istnieć. Jedynie koncepcja życia umożliwia istnienie koncepcji wartości. Jedynie dla żywego stworzenia coś może być dobre lub złe.

Roślina musi się żywić, by przeżyć; światło słoneczne, woda i potrzebne substancje chemiczne są wartościami, których zdobywanie wyznaczyła sobie za cel jej natura; jej życie jest kryterium wartości kierującym jej działaniami. Roślina nie ma wyboru — warunki, na które napotyka, są zmienne, ona jednak nie może sobie wybrać sposobu działania: działa automatycznie, by przedłużyć swoje życie; nie może dokonać aktu samozniszczenia.

Zwierzę posiada narzędzia służące zachowaniu życia; zmysły dostarczają mu automatycznego kodeksu zachowań i automatycznej wiedzy o tym, co jest dobre, a co złe. Nie ma możliwości poszerzenia tej wiedzy ani jej uniknięcia. W warunkach, w których jego wiedza okazuje się nie­wystarczająca, umiera. Dopóki jednak żyje, kieruje się tą wiedzą, automatycznie szukając bezpieczeństwa i nie mając wyboru, nie potrafiąc ignorować własnego dobra, wybrać zła i dążyć do autodestrukcji.

Człowiek nie posiada automatycznego kodeksu przetrwania. Tym, co odróżnia go od pozostałych istot żywych, jest konieczność działania w obliczu wyborów na podstawie wolnej woli. Nie posiada automatycznej świadomości tego, co jest dla niego dobre lub złe, od jakich wartości zależy jego życie i jakich wymaga działań. Mówicie o instynkcie samozachowawczym? Akurat tego istota ludzka nie posiada. „Instynkt” to nieomylny i automatyczny rodzaj wiedzy. Pragnienie nie jest instynktem. Pragnienie życia nie daje wam wiedzy potrzebnej, by je zachować. Ludzkie pragnienie życia też nie jest automatyczne: właśnie teraz grzeszycie po kryjomu jego brakiem. Wasz strach przed śmiercią nie wynika z miłości do życia i nie daje wam wiedzy potrzebnej do jego zachowania. Człowiek musi nabywać swoją wiedzę i podejmować działania na podstawie procesu myślenia, którego nie narzuca mu automatycznie natura. Człowiek posiada zdolność samozniszczenia — i nią właśnie kierował się przez większość swojej historii. Istota żywa, uważająca swoje środki przetrwania za zło, nie przeżyje. Roślina usiłująca poplątać własne korzenie czy ptak walczący o połamanie własnych skrzydeł nie pożyłyby długo. Historia człowieka jest jednak historią walki o wyparcie i zniszczenie umysłu.

Człowieka obwołano istotą rozumną, ale bycie rozumnym to kwestia wyboru — a alternatywa, którą mu oferuje jego natura, brzmi: istota rozumna lub dążące do samozagłady zwierzę. Człowiek musi być człowiekiem — z własnej woli; musi upatrywać w życiu wartość — z własnej woli; musi się nauczyć je zachowywać — z własnej woli; musi odkryć potrzebne do tego wartości i kierować się własnymi cnotami — z własnej woli.

Fragment z książki „Atlas zbuntowany”

 

— Szanowni państwo — dobiegł z odbiornika męski głos, wyraźny, spokojny, nieprzejednany; głos, jakiego nie słyszano w eterze od lat — pan Thompson nie będzie dziś do państwa przemawiał. Jego czas się skończył. Ja przejąłem stery. Mieliście usłyszeć raport na temat kryzysu powszechnego. Usłyszycie go.Odpowiedziały mu trzy stłumione okrzyki rozpoznania, nikt jednak nie zdołał ich wyłowić spośród wrzasków tłumu. Jeden był okrzykiem triumfu, drugi — trwogi, trzeci — zdumienia. Trzy osoby rozpoznały mówiącego: Dagny, profesor Stadler i Eddie Willers. Nikt nie spojrzał na Eddiego Willersa, ale Dagny i Stadler popatrzeli na siebie. Jego twarz wykrzywiało najpotworniejsze przerażenie, jakiego widok można było znieść, Dagny zaś patrzyła na niego tak, jakby mówiący go spoliczkował.
— Od dwunastu lat zadajecie pytanie: „Kim jest John Galt?” To on do was mówi. Jestem człowiekiem, który kocha swoje życie. Jestem człowiekiem, który nie poświęca swojej miłości ani swoich wartości. Jestem człowiekiem, który pozbawił was ofiar i w ten sposób zniszczył wasz świat, a jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego giniecie — wy, drżący ze strachu przed wiedzą — powiem wam to.
Tylko kierownik techniczny zdołał się ruszyć: podbiegł do telewizora i gorączkowo walczył z przyciskami. Ekran był jednak pusty: mówca wolał pozostać niewidzialny. Jedynie jego głos brzmiał w odbiornikach całego kraju — całego świata, pomyślał kierownik techniczny — sprawiając wrażenie, jakby mówca siedział tu, w tym pomieszczeniu, i mówił nie do grupy, lecz do jednego człowieka. Nie był to ton, jakim przemawia się do zgromadzenia, lecz jakim przemawia się do umysłu.
— Mówiono wam, że żyjemy w epoce kryzysu moralnego. Sami to mówiliście, na wpół z lękiem, na wpół z nadzieją, że te słowa nic nie znaczą. Krzyczeliście, że grzechy ludzkie niszczą świat, i przeklinaliście ludzką naturę za niechęć praktykowania żądanych przez was cnót. Ponieważ cnota w waszym mniemaniu polega na poświęceniu, z każdą kolejną katastrofą żądaliście większych poświęceń. W imię powrotu do moralności poświęcaliście wszystko, co uważaliście za zło odpowiedzialne za waszą ciężką sytuację. Poświęciliście sprawiedliwość na rzecz miłosierdzia. Poświęciliście niezależność na rzecz jedności. Poświęciliście rozum na rzecz wiary. Poświęciliście bogactwo na rzecz potrzeby. Poświęciliście poczucie własnej wartości na rzecz wyrzeczenia się siebie. Poświęciliście szczęście na rzecz obowiązku.
Zniszczyliście wszystko, co nazywaliście złem, i osiągnęliście to, co nazywaliście dobrem. Dlaczego zatem przeraża was widok otaczającego was świata? Ten świat nie jest produktem waszych grzechów, lecz waszej wizji cnót. To pełne i perfekcyjne urzeczywistnienie waszego ideału moralnego. Walczyliście o niego, marzyliście o nim i pragnęliście go, a ja — ja spełniłem wasze życzenie.
Wasz ideał miał nieprzejednanego wroga, którego zniszczeniu miał służyć wasz kodeks moralny. Usunąłem wam go z drogi. Usunąłem źródło całego zła, które stopniowo poświęcaliście. Zakończyłem waszą bitwę. Zatrzymałem wasz silnik. Usunąłem wam z drogi ludzki umysł. Twierdzicie, że ludzie nie żyją, opierając się na umyśle? Zabrałem tych, którzy to czynią. Twierdzicie, że umysł jest bezsilny? Zabrałem tych, dla których nie jest. Twierdzicie, że istnieją wyższe wartości niż umysł? Zabrałem tych, dla których takie nie istnieją.
Podczas gdy wy wlekliście na ołtarze ofiarne orędowników sprawiedliwości, niezależności, rozsądku, bogactwa i szacunku dla samych siebie — ja was pokonywałem, docierając do nich pierwszy. Opowiadałem im, na czym polega wasza gra i wasz kodeks moralny, bo sami byli zbyt niewinnie wspaniałomyślni, by to zrozumieć. Wskazywałem im, jak żyć na podstawie innej moralności — mojej. I to tę postanowili wybrać.
Wszyscy ludzie, którzy znikli, ludzie, których nienawidziliście, lecz baliście się utracić, odeszli za moją sprawą. Nie próbujcie nas znaleźć. Nie chcemy zostać znalezieni. Nie krzyczcie, że naszym obowiązkiem jest wam służyć. Nie poczuwamy się do takiego obowiązku. Nie krzyczcie, że nas potrzebujecie. Nie uważamy potrzeby za wystarczający powód. Nie krzyczcie, że do was należymy. Tak nie jest. Nie błagajcie nas o powrót: strajkujemy. My — ludzie umysłu.
Strajkujemy w proteście przeciwko samopoświęceniu. Strajkujemy w proteście przeciwko wierze w niezasłużone nagrody i nie nagradzane obowiązki. Strajkujemy w proteście przeciwko dogmatowi, że dążenie do osobistego szczęścia jest złem. Strajkujemy w proteście przeciwko doktrynie, że życie jest grzechem.
Istnieje różnica pomiędzy naszym strajkiem a tymi, które od wieków uskuteczniacie: nasz strajk nie polega na wysuwaniu żądań, lecz na ich spełnianiu. Zgodnie z waszą moralnością jesteśmy źli. Postanowiliśmy już dłużej wam nie szkodzić. Zgodnie z waszą ekonomią jesteśmy bezużyteczni. Postanowiliśmy już dłużej was nie wyzyskiwać. Zgodnie z waszą polityką jesteśmy niebezpieczni i trzeba nas trzymać w ryzach. Postanowiliśmy wam nie zagrażać i nie dać się dłużej trzymać w ryzach. Zgodnie z waszą filozofią jesteśmy tylko złudzeniem. Postanowiliśmy nie zaślepiać was dłużej i pozwolić wam widzieć rzeczywistość — rzeczywistość, której pragnęliście, i świat, jaki widzicie teraz: świat bez umysłu.
Daliśmy wam wszystko, czego od nas żądaliście, my, którzy zawsze dawaliśmy, lecz dopiero teraz to zrozumieliśmy. Nie zamierzamy przedstawiać wam żadnych żądań, negocjować warunków, osiągać kompromisu. Nie macie nam nic do zaoferowania. Nie jesteście nam potrzebni. Czy krzyczycie teraz, że to nie tego pragnęliście? Że nie bezmyślny, zrujnowany świat był waszym celem? Nie chcieliście, byśmy was opuścili? Zawsze wiedzieliście, o co wam chodzi, kanibale moralni. Ale wasza gra się skończyła, bo teraz my także to wiemy.
Poprzez wieki plag i katastrof spowodowanych przez wasz kodeks moralny krzyczeliście, że ten kodeks został złamany, że plagi były karą za jego złamanie, że ludzie są zbyt słabi i samolubni, by rozlać całą krew, jakiej on wymaga. Potępialiście ludzi, potępialiście życie, potępialiście ten świat, ale nigdy nie ośmieliliście się zakwestionować swojego kodeksu. Wasze ofiary brały na siebie winę i brnęły naprzód, w nagrodę za swoje męczeństwo wysłuchując waszych przekleństw, podczas gdy wy wykrzykiwaliście, że wasz kodeks jest szlachetny, tylko ludzka natura nie jest dość dobra, by go praktykować. I nie było nikogo, kto by wstał i zapytał: Dobry? Według jakich kryteriów? Chcieliście wiedzieć, kim jest John Galt. Jestem człowiekiem, który zadał to pytanie. Tak, żyjemy w epoce kryzysu moralnego. Tak, ponosicie karę za swoje zło. Ale to nie człowiek jest teraz sądzony i nie ludzka natura zostanie obarczona winą. Tym razem będzie to wasz kodeks moralny. Wasz kodeks moralny osiągnął apogeum, dotarł do ślepej uliczki na końcu swojej drogi. I jeśli chcecie dalej żyć, nie powrotu do moralności wam potrzeba — wam, którzyście nigdy jej nie znali — lecz jej odkrycia.
Nie słyszeliście o żadnych koncepcjach rzeczywistości z wyjątkiem mistycznych i społecznych. Uczono was, że moralność to kodeks postępowania narzucony wam przez kaprys — kaprys mocy nadprzyrodzonych lub społeczeństwa, mający służyć zamiarom bożym lub dobru sąsiada, zadowoleniu władz z zaświatów lub z sąsiedztwa — ale nie waszemu życiu czy przyjemności. Uczono was, że znajdziecie przyjemność w niemoralności, waszym interesom najlepiej przysłuży się zło, a kodeksy moralne nie są dla was, lecz przeciwko wam, i nie służą ekspansji życia, lecz wysysaniu go.
Przez wieki bitwa o moralność toczyła się pomiędzy tymi, którzy twierdzili, że życie należy do Boga, i tymi, którzy twierdzili, że należy do sąsiadów — pomiędzy orędownikami doktryny, że dobro polega na poświęceniu się na rzecz duchów w niebie i orędownikami doktryny, że dobro polega na poświęceniu się na rzecz miernot na ziemi. Nie pojawił się nikt, kto by powiedział, że życie należy do was i że dobro polega na przeżywaniu go.
Obie strony zgadzały się, że moralność wymaga poświęcenia własnych interesów i umysłu, że to, co moralne, nie może być praktyczne, że moralność nie jest domeną rozumu, lecz wiary i siły. Obie zgadzały się, że moralność racjonalna jest niemożliwa, że dla rozumu nie istnieje podział na słuszne i niesłuszne — że rozum nie zajmuje się kwestiami moralności.
O cokolwiek jeszcze się spierali, łączyła ich nienawiść do ludzkiego umysłu. To właśnie jego miały wydrzeć i unicestwić wszystkie ich knowania. Wybierajcie teraz, czy ginąć, czy nauczyć się, że występować przeciwko umysłowi to występować przeciwko życiu.
Umysł ludzki jest podstawowym narzędziem przetrwania. Człowiek otrzymał życie, ale nie przetrwanie. Otrzymał umysł, lecz nie jego zawartość. Aby pozostać przy życiu, musi działać, a zanim będzie mógł działać, musi znać charakter i cel swoich działań. Nie może zdobywać pożywienia, nie wiedząc nic o nim ani o sposobach zdobywania go. Nie może wykopać rowu — ani zbudować cyklotronu — nie wiedząc nic o swoim celu ani środkach do jego osiągnięcia. Aby pozostać przy życiu, musi myśleć.
Myślenie jest jednak świadomym wyborem. Kluczem do tego, co tak lekkomyślnie nazywacie „naturą ludzką”, tajemnicą poliszynela, którą znacie, lecz drżycie ze strachu przed ubraniem jej w słowa, jest fakt, iż
człowiek posiada wolną wolę. Rozum nie działa automatycznie, myślenie nie jest procesem mechanicznym, logicznych powiązań nie dokonuje się instynktownie. Funkcje waszych żołądków, płuc czy serca są automatyczne, funkcja umysłu — nie. W każdym momencie swego życia macie wolny wybór: możecie myśleć lub uchylać się od myślenia. Nie możecie jednak uciec przed swoją naturą, przed faktem, że waszym środkiem przetrwania jest właśnie rozum — a zatem dla was, istot ludzkich, „być albo nie być” jest pochodną „myśleć albo nie myśleć”.
Istota obdarzona wolną wolą nie posiada automatycznego scenariusza zachowań. Potrzebuje kodeksu wartości, by kierował jej postępowaniem. „Wartością” jest to, czego zdobyciu i zachowaniu służą jej działania, „cnotą” — działania, poprzez które zdobywa to i zachowuje. „Wartość” wymaga odpowiedzi na pytanie: dla kogo i w odniesieniu do czego? Wymaga kryterium, celu i konieczności działania w obliczu wyboru. Tam, gdzie nie ma wyborów, niepotrzebne są wartości.
We wszechświecie istnieje tylko jeden fundamentalny wybór: istnieć lub nie istnieć — i dotyczy on tylko jednej kategorii bytów: istot żywych. Istnienie materii nieożywionej jest bezwarunkowe, istnienie życia — nie. To ostatnie zależy od konkretnych działań. Materia jest niezniszczalna; zmienia formy, ale nie może przestać istnieć. Jedynie żywy organizm nieustannie stoi przed wyborem: życie lub śmierć. Życie jest procesem samoistnego i samorodnego działania. Jeśli organizm nie sprosta temu zadaniu, umiera; pozostają jego składniki chemiczne, życie jednak przestaje istnieć. Jedynie koncepcja życia umożliwia istnienie koncepcji wartości. Jedynie dla żywego stworzenia coś może być dobre lub złe.
Roślina musi się żywić, by przeżyć; światło słoneczne, woda i potrzebne substancje chemiczne są wartościami, których zdobywanie wyznaczyła sobie za cel jej natura; jej życie jest kryterium wartości kierującym jej działaniami. Roślina nie ma wyboru — warunki, na które napotyka, są zmienne, ona jednak nie może sobie wybrać sposobu działania: działa automatycznie, by przedłużyć swoje życie; nie może dokonać aktu samozniszczenia.
Zwierzę posiada narzędzia służące zachowaniu życia; zmysły dostarczają mu automatycznego kodeksu zachowań i automatycznej wiedzy o tym, co jest dobre, a co złe. Nie ma możliwości poszerzenia tej wiedzy ani jej uniknięcia. W warunkach, w których jego wiedza okazuje się nie-wystarczająca, umiera. Dopóki jednak żyje, kieruje się tą wiedzą, automatycznie szukając bezpieczeństwa i nie mając wyboru, nie potrafiąc ignorować własnego dobra, wybrać zła i dążyć do autodestrukcji.
Człowiek nie posiada automatycznego kodeksu przetrwania. Tym, co odróżnia go od pozostałych istot żywych, jest konieczność działania w obliczu wyborów na podstawie wolnej woli. Nie posiada automatycznej świadomości tego, co jest dla niego dobre lub złe, od jakich wartości zależy jego życie i jakich wymaga działań. Mówicie o instynkcie samozachowawczym? Akurat tego istota ludzka nie posiada. „Instynkt” to nieomylny i automatyczny rodzaj wiedzy. Pragnienie nie jest instynktem. Pragnienie życia nie daje wam wiedzy potrzebnej, by je zachować. Ludzkie pragnienie życia też nie jest automatyczne: właśnie teraz grzeszycie po kryjomu jego brakiem. Wasz strach przed śmiercią nie wynika z miłości do życia i nie daje wam wiedzy potrzebnej do jego zachowania. Człowiek musi nabywać swoją wiedzę i podejmować działania na podstawie procesu myślenia, którego nie narzuca mu automatycznie natura. Człowiek posiada zdolność samozniszczenia — i nią właśnie kierował się przez większość swojej historii. Istota żywa, uważająca swoje środki przetrwania za zło, nie przeżyje. Roślina usiłująca poplątać własne korzenie czy ptak walczący o połamanie własnych skrzydeł nie pożyłyby długo. Historia człowieka jest jednak historią walki o wyparcie i zniszczenie umysłu.
Człowieka obwołano istotą rozumną, ale bycie rozumnym to kwestia wyboru — a alternatywa, którą mu oferuje jego natura, brzmi: istota rozumna lub dążące do samozagłady zwierzę. Człowiek musi być człowiekiem — z własnej woli; musi upatrywać w życiu wartość — z własnej woli; musi się nauczyć je zachowywać — z własnej woli; musi odkryć potrzebne do tego wartości i kierować się własnymi cnotami — z własnej woli.
System wartości przyjęty z własnej woli jest kodeksem moralnym.
Kimkolwiek jesteście, wy, którzy mnie teraz słuchacie, przemawiam do tego, co w was pozostało żywe, nie zepsute, do pozostałości tego, co ludzkie, do waszych umysłów, i mówię: moralność rozumna istnieje i to ona jest właściwa człowiekowi, a jej kryterium wartości stanowi ludzkie życie. Wszystko, co służy życiu istoty rozumnej, jest dobrem; to, co je niszczy, jest złem. Natura człowieka wymaga, by jego życie nie było życiem bezmózgiego bydlęcia, grabieżczego zbira ani żebrzącego mistyka, lecz życiem istoty myślącej — opartym nie na sile lub oszustwie, lecz na osiągnięciach — nie dążącym do przetrwania za wszelką cenę, gdyż istnieje tylko jedna cena, za którą można kupić przetrwanie: rozum.
Życie ludzkie stanowi kryterium moralności, lecz jej cel stanowi wasze własne życie. Jeśli waszym celem jest życie na ziemi, musicie wybierać swoje działania i wartości na podstawie kryterium właściwego człowiekowi — by zachować, przeżyć i cieszyć się bezcenną wartością, jaką jest wasze życie.
Ponieważ życie wymaga konkretnego sposobu postępowania, każdy inny sposób je zniszczy. Istota, dla której pobudką i celem działań nie jest jej własne życie, kieruje się pobudkami i kryteriami służącymi śmierci. Taka istota jest metafizycznym potworem, usiłującym zaprzeczyć i przeciwstawić się faktowi własnego istnienia, dążącym w zaślepieniu do autodestrukcji, niezdolnym do niczego z wyjątkiem bólu.
Szczęście jest zwycięstwem życia, ból — agentem śmierci. Szczęście jest stanem ducha wynikającym z realizacji własnych wartości. Moralność, która ośmiela się nakazywać wam znajdowanie szczęścia w wyrzeczeniu się go — każe wychwalać klęskę swoich wartości — jest bezczelną negacją moralności. Doktryna oferująca wam ideał w postaci roli zwierzęcia ofiarnego, dążącego do śmierci na cudzych ołtarzach, oferuje wam śmierć jako kryterium. Łaska rzeczywistości i jego własna natura czynią z człowieka — z każdego człowieka — cel sam w sobie. Człowiek żyje dla samego siebie, a osiągnięcie szczęścia jest jego najwyższym celem moralnym. Ale ani życia, ani szczęścia nie można osiągnąć poprzez pogoń za irracjonalnymi zachciankami. Tak jak człowiek posiada swobodę dążenia do przetrwania w dowolny sposób, lecz zginie, jeśli nie będzie żył w zgodzie z wymogami swojej natury, posiada też swobodę szukania szczęścia w bezmyślnych oszustwach, lecz znajdzie jedynie udrękę frustracji, jeśli nie będzie szukał szczęścia właściwego istocie ludzkiej. Celem moralności jest nauczenie was nie cierpienia i umierania, lecz radości i życia.
Przestańcie słuchać pasożytów z dotowanych szkół, którzy czerpią zyski z pracy cudzych umysłów i głoszą, że człowiek nie potrzebuje moralności, wartości ani kodeksu postępowania. Oni, pozujący na naukowców i twierdzący, że człowiek jest tylko zwierzęciem, nie przyznają mu nawet prawa istnienia, które przyznali najdrobniejszym insektom. Zgadzają się, że każda żywa istota zna sposób przetrwania, którego wymaga jej natura, nie utrzymują, że ryba może żyć bez wody, a pies bez węchu — lecz człowiek, mówią, najbardziej złożona z istot, może przetrwać w dowolny sposób, nie posiada tożsamości ani natury i nie istnieje żaden realny powód, dla którego nie miałby żyć, gdy zniszczono jego środki przetrwania, zdławiono umysł i oddano na pastwę ich rozkazów. Przestańcie słuchać przeżartych nienawiścią mistyków, pozujących na przyjaciół ludzkości i głoszących, że najwyższą cnotą, na jaką może się zdobyć człowiek, jest negacja wartości własnego życia. Czy mówią wam, że celem moralności jest okiełznanie instynktu samozachowawczego? To właśnie zachowanie życia wymaga od człowieka kodeksu moralnego. Jedynym człowiekiem pragnącym postępować moralnie jest ten, który pragnie żyć.
Nie, nie musicie żyć; to wasz podstawowy wybór; jeśli jednak decydujecie się na to, musicie żyć jak ludzie — opierając się na własnym umyśle.
Nie, nie musicie żyć jak ludzie; jest to akt wyboru moralnego. Nie możecie jednak żyć jako nic innego, możecie jedynie przybrać postać żywego trupa, którą obecnie macie możliwość zaobserwować w sobie i w otaczającym was świecie, postać tworu nie nadającego się do życia, nie będącego już człowiekiem, gorszego od zwierzęcia; tworu nie znającego nic z wyjątkiem bólu i brnącego przez lata w udręce bezmyślnej autodestrukcji.
Nie, nie musicie myśleć; to także akt wyboru moralnego. Ktoś jednak musiał myśleć, by utrzymać was przy życiu; jeśli postanawiacie nie spłacić długu, przenosicie deficyt na jakiegoś człowieka moralnego, oczekując od niego, że poświęci własne dobro, abyście wy mogli przetrwać ze swoim złem.
Nie, nie musicie być ludźmi; dziś jednak ci, którzy nimi są, odeszli. Pozbawiłem was środków przetrwania — waszych ofiar.
Jeśli chcecie wiedzieć, jak to zrobiłem i co im powiedziałem, aby ich skłonić do odejścia, właśnie się tego dowiadujecie. Powiedziałem im, w skróconej formie, to, co mówię tu dzisiaj. Byli to ludzie żyjący na podstawie mojego kodeksu, lecz nie wiedzący, jak ogromną cnotę ów kodeks reprezentuje. Ja im to pokazałem. Ofiarowałem im nie zmianę, lecz jedynie identyfikację ich własnych wartości.
My, ludzie umysłu, strajkujemy teraz przeciwko wam w imieniu podstawowego aksjomatu, będącego źródłem naszego kodeksu moralnego, podobnie jak źródłem waszego jest pragnienie ucieczki przed nim: aksjomatu, że istnienie istnieje.
Istnienie istnieje — i zrozumienie tego faktu łączy się z dwoma kolejnymi aksjomatami: że istnieje coś, co człowiek postrzega, i że istnieje człowiek posiadający świadomość, będącą zdolnością postrzegania tego, co istnieje.
Jeśli nic nie istnieje, nie może istnieć świadomość: świadomość, która nie ma być czego świadoma, stanowi sprzeczność samą w sobie. Świadomość świadoma jedynie samej siebie także jest sprzecznością: zanim zdołałaby zidentyfikować siebie jako świadomość, musiałaby być czegoś świadoma. Jeśli to, co —jak twierdzicie — postrzegacie, nie istnieje, to, co posiadacie, nie jest świadomością.
Jakąkolwiek posiadacie wiedzę, te dwie rzeczy — istnienie i świadomość — są aksjomatami, przed którymi nie możecie uciec, dwoma nierozkładalnymi, podstawowymi terminami, obecnymi w każdym podejmowanym przez was działaniu, w każdym elemencie waszej wiedzy i w jej sumie, od pierwszego promienia światła, dostrzeżonego w pierwszej chwili życia, po największy wybuch, jakiego moglibyście potrzebować na jego końcu. Niezależnie od tego, czy znacie tylko kształt kamyka czy strukturę Układu Słonecznego, aksjomaty pozostają takie same: że to istnieje i że wy o tym wiecie.
Istnieć, to znaczy być czymś, w odróżnieniu od nicości nieistnienia — być jednostką o konkretnej naturze, posiadającą konkretne cechy. Wieki temu pewien człowiek, będący — niezależnie od swoich błędów — największym z waszych filozofów, ustalił wzór definiujący koncepcję istnienia i zasadę wiedzy: A znaczy A. Każda rzecz jest tym, czym jest. Nigdy nie zrozumieliście znaczenia tego zdania. Pomogę wam je dokończyć: Istnienie jest tożsamością. Świadomość jest identyfikacją. Cokolwiek postanowicie wziąć pod lupę, czy to będzie przedmiot, cecha czy czyn, zasada tożsamości pozostaje taka sama. Liść nie może jednocześnie być kamieniem, nie może być jednocześnie cały czerwony i cały zielony, nie może marznąć i płonąć w tej samej chwili. A znaczy A. Albo, jeśli wolicie prostsze terminy: nie możecie jednocześnie zjeść ciastka i mieć go. Próbujecie zrozumieć, co złego dzieje się ze światem? Wszystkie katastrofy, które zrujnowały wasz świat, wynikały z usiłowań waszych przywódców, mających na celu zanegowanie faktu, iż A znaczy A. Całe zlo ukryte wewnątrz was, któremu panicznie boicie się stawić czoło, wynika z waszych własnych usiłowań zanegowania faktu, że A znaczy A. Celem waszych nauczycieli było zmusić was do zapomnienia, że człowiek jest człowiekiem.
Człowiek nie może przetrwać inaczej, jak tylko zdobywając wiedzę, a rozum jest jedynym środkiem jej zdobywania. Rozum to zdolność postrzegania, identyfikacji i integracji materiału dostarczanego przez zmysły. Zadaniem zmysłów jest dostarczenie człowiekowi dowodów istnienia, lecz ich identyfikacja jest zadaniem rozumu; zmysły mówią mu tylko, że coś jest, ale tego, co to jest, musi się dowiedzieć rozum.
Całe myślenie jest procesem identyfikacji i integracji. Człowiek dostrzega kolorową plamkę; integrując materiał dostarczony przez wzrok i dotyk, uczy się identyfikować ją jako konkretny przedmiot; uczy się identyfikować ten przedmiot jako stół; dowiaduje się, że stół zrobiony jest z drewna; potem, że drewno składa się z komórek, komórki z cząsteczek, a cząsteczki z atomów. Przez cały ten proces działalność umysłu polega na odpowiadaniu na jedno pytanie: co to jest?
Środkiem do zdobycia prawdziwych odpowiedzi jest logika, a logika opiera się na aksjomacie, że istnienie istnieje. Logika jest sztuką niesprzecznej identyfikacji. Sprzeczność nie może istnieć. Atom jest sobą, podobnie jak wszechświat; żaden nie może być sprzeczny z własną tożsamością; żadna część nie może być sprzeczna z całością. Żadna stworzona przez człowieka koncepcja nie jest ważna, jeśli nie włączył jej w całkowitą sumę swojej wiedzy, nie wywołując sprzeczności. Znaleźć sprzeczność, to przyznać się do błędu w myśleniu; pozostać przy niej, to wyrzec się umysłu i opuścić domenę rzeczywistości.
Rzeczywistością jest to, co istnieje; to, co nierzeczywiste, nie istnieje, jest jedynie negacją istnienia, stanowiącą zawartość świadomości człowieka w momencie, gdy ten usiłuje się wyrzec rozsądku. Prawda jest rozpoznaniem rzeczywistości, a rozum, jedyny środek służący człowiekowi do zdobywania wiedzy, jego jedynym kryterium prawdy.
Najbardziej niemoralnym pytaniem, jakie możecie teraz zadać, jest pytanie: czyj rozum? Odpowiedź brzmi: twój. Nieważne, jak rozległa lub jak skromna jest twoja wiedza, musisz ją zdobyć za pomocą własnego umysłu. Możesz rozporządzać wyłącznie własną wiedzą. Tylko do niej możesz sobie rościć prawo i prosić innych, by ją wzięli pod uwagę. Twój umysł jest dla ciebie jedynym sędzią prawdy — a jeśli inni różnią się od ciebie w ocenie, ostateczną instancją jest rzeczywistość. Jedynie umysł człowieka może przeprowadzić złożony, delikatny, kluczowy proces identyfikacji, jakim jest myślenie. Jedynie jego własny sąd może kierować tym procesem. Jedynie jego uczciwość moralna może kierować jego sądem.
Mówicie o „instynkcie moralnym”, jakby to była jakaś osobna, przeciwna rozumowi cecha? To właśnie rozum człowieka jest narzędziem jego moralności. Proces rozumowania to proces ciągłego wyboru w odpowiedzi na pytanie: prawdziwe czy fałszywe? — słuszne czy niesłuszne? Czy należy zasiać ziarno w ziemi, by wyrosło? — słuszne czy niesłuszne? Czy należy zdezynfekować ranę, by uratować człowiekowi życie? — słuszne czy niesłuszne? Czy charakter elektryczności atmosferycznej pozwala na jej przetworzenie w energię kinetyczną? — słuszne czy niesłuszne? To odpowiedzi na takie pytania dały wam wszystko, co macie — a odpowiedzi pochodziły z umysłu ludzkiego, umysłu bez reszty oddanego temu, co słuszne.
Proces rozumowania jest procesem moralnym. Na każdym jego etapie możecie popełnić błąd i nie chroni was nic z wyjątkiem własnej surowości — możecie też próbować oszukiwać, preparować dowody i unikać wysiłku dociekań — jeśli jednak poświęcenie dla prawdy jest wyróżnikiem moralności, nie istnieje większa, szlachetniejsza, bardziej heroiczna forma poświęcenia niż postępowanie człowieka biorącego na siebie odpowiedzialność myślenia.
To, co nazywacie swoją duszą lub duchem, jest waszą świadomością, a to, co zwiecie „wolną wolą”, jest wolnością waszego umysłu, mogącego wybrać, czy myśleć czy nie, jedyną wolą, jaką posiadacie, waszą jedyną wolnością, wyborem nadrzędnym w stosunku do wszystkich innych dokonywanych przez was wyborów, determinującym wasze życie i osobowość. Myślenie jest podstawową cnotą człowieka, z której wypływają wszystkie pozostałe. A jego podstawową przywarą, źródłem wszelkiego zła, jest ta nienazwana rzecz, którą robicie, choć za wszelką cenę próbujecie to ukryć: wymazywanie, świadome wyłączanie świadomości, odmowa myślenia — nie ślepota, lecz odmowa widzenia; nie niewiedza, lecz wypieranie wiedzy. Jest to akt rozregulowywania umysłu i wywoływania wewnętrznej mgły, by móc uciec od odpowiedzialności oceny — na podstawie milczącego założenia, że wystarczy odmówić identyfikacji czegoś, żeby to coś przestało istnieć, że A nie będzie równe A, jeśli tylko nie wydacie werdyktu w postaci słowa „jest”. Brak myślenia jest aktem unicestwienia, pragnieniem zanegowania istnienia, usiłowaniem wymazania rzeczywistości. Istnienie jednak istnieje, rzeczywistości nie da się wymazać, to ona może wymazać tego, kto wymazuje. Odmawiając powiedzenia „jest”, odmawiacie powiedzenia Jestem”. Zawieszając własny sąd, negujecie istnienie własnej osoby. Gdy człowiek mówi: „Kimże ja jestem, by wiedzieć?”, mówi: „Kimże jestem, by żyć?”
W każdym czasie i w każdej sytuacji waszym podstawowym wyborem moralnym jest: myśleć czy nie myśleć, istnieć czy nie istnieć, A czy nie A, jednostka czy zero.
W takim stopniu, w jakim człowiek jest racjonalny, u podłoża jego działań leży życie. W takim stopniu, w jakim jest irracjonalny, w podłoża jego działań leży śmierć.
Mówicie, że moralność jest zjawiskiem społecznym i że na bezludnej wyspie człowiek nie potrzebowałby jej? To właśnie tam potrzebowałby jej najbardziej. Niech spróbuje twierdzić, gdy nie ma ofiar, które by za to zapłaciły, że skała jest domem, piasek — odzieniem, pożywienie wpadnie mu do ust bez żadnego wysiłku z jego strony, że zbierze jutro plony, zjadając dziś nasiona
— a rzeczywistość się go pozbędzie, tak jak na to zasłużył; rzeczywistość mu pokaże, że życie jest wartością, którą trzeba kupić, a myślenie jedyną walutą dostatecznie mocną, by je opłacić. Gdybym miał mówić waszym językiem, powiedziałbym, że jedynym przykazaniem moralnym człowieka jest: będziesz myślał. Ale „przykazanie moralne” to sprzeczność sama w sobie. Moralne jest to, co wybrane, a nie narzucone; to, co zrozumiane, a nie czynione z posłuszeństwa. Moralne jest to, co rozumne, a rozum nie akceptuje żadnych przykazań.
Moja moralność, moralność rozumu, zawiera się w jednym jedynym aksjomacie: istnienie istnieje
— i w jednym jedynym wyborze: wyborze życia. Reszta jest ich pochodną. Aby żyć, człowiek musi przyjąć za nadrzędne i obowiązujące wartości swego życia trzy rzeczy: rozsądek — cel — posza¬nowanie własnej wartości. Rozsądek jako jedyne narzędzie wiedzy — cel jako wybór szczęścia, do osiągnięcia którego ma mu służyć to narzędzie — poszanowanie własnej wartości jako niezłomną pewność, że jego umysł jest zdolny do myślenia, a jego osoba warta szczęścia, co znaczy: warta życia. Te trzy wartości implikują i wymagają obecności wszystkich ludzkich cnót, a wszystkie te cnoty odnoszą się do relacji między istnieniem a świadomością: racjonalność, niezależność, prawość, uczciwość, sprawiedliwość, produktywność i duma.
Racjonalność polega na uznaniu faktu, że istnienie istnieje, że nic nie może zmienić prawdy i nic nie może być ważniejsze od jej postrzegania, czyli od myślenia — że umysł jest jedynym sędzią wartości i jedynym przewodnikiem działań — że rozum jest pewnikiem nie dopuszczającym kompromisu — że ustępstwo na rzecz irracjonalności kaleczy świadomość jednostki i odwraca ją od zadania postrzegania ku zadaniu udawania rzeczywistości — że rzekomy skrót do wiedzy, którym jest wiara, jest jedynie zwarciem niszczącym umysł — że akceptacja mistycznego wymysłu jest pragnieniem unicestwienia istnienia i w efekcie niszczy ludzką świadomość. Niezależność polega na uznaniu faktu, że odpowiedzialność wydania sądu należy do ciebie i nic nie może ci pomóc jej uniknąć — że nikt nie może za ciebie myśleć ani przeżyć twojego życia — że najnikczemniejszym rodzajem upokorzenia i zniszczenia samego siebie jest podporządkowanie swojego umysłu cudzemu, akceptacja cudzego zwierzchnictwa nad swoim umysłem, przyjmowanie cudzych twierdzeń jako faktów, cudzych sloganów jako prawd, cudzych edyktów jako pośrednika pomiędzy własną świadomością a własnym istnieniem.
Prawość polega na uznaniu faktu, że nie można udawać własnej świadomości, uczciwość zaś na uznaniu faktu, że nie można udawać istnienia — że człowiek jest jednostką niepodzielną, złożoną z dwóch nierozłącznych atrybutów: materii i świadomości, i że nie może pozwolić na rozłam pomiędzy ciałem a umysłem, działaniem a myślą, życiem a przekonaniami — że, niczym sędzia nieczuły na opinię publiczną, nie może
poświęcać swoich przekonań na rzecz cudzych pragnień, nawet jeśli będą to błagania i groźby wykrzykiwane w jego kierunku przez całą ludzkość — że odwaga i pewność są koniecznością praktyczną, odwaga bowiem stanowi praktyczną formę wierności życiu — wierności własnej świadomości.
Uczciwość polega na uznaniu faktu, że to, co nierzeczywiste, jest nierzeczywiste i nie może mieć żadnej wartości, że ani miłości, ani sławy, ani pieniędzy nie zdobywa się za pomocą oszustwa — że próba zdobycia wartości poprzez oszukiwanie cudzych umysłów stanowi akt wynoszenia swoich ofiar ponad rzeczywistość, stwarzanie sytuacji, w której sam stajesz się pionkiem w rękach ich ślepoty, niewolnikiem ich bezmyślności i uników, podczas gdy ich inteligencja, rozumność i spostrzegawczość stają się wrogami, których musisz się bać i wystrzegać — że człowiek nie chce żyć jako istota uzależniona, szczególnie zaś uzależniona od cudzej głupoty, ani jako dureń czerpiący wartość z otumaniania innych durniów — że uczciwość nie jest obowiązkiem społecznym ani poświęceniem dla dobra innych, lecz najbardziej samolubną cnotą, jaką może praktykować człowiek: odmową poświęcenia rzeczywistości własnego istnienia na rzecz cudzych iluzji.
Sprawiedliwość polega na uznaniu faktu, że nie można oszukać ludzkiego charakteru, tak jak nie można oszukać natury; że trzeba oceniać innych ludzi równie sumiennie, jak ocenia się przedmioty nieożywione, z tym samym poszanowaniem prawdy, tym samym uczciwym spojrzeniem, w równie czystym i racjonalnym procesie identyfikacji — że każdego człowieka trzeba oceniać na podstawie tego, kim jest, i tak też traktować; że, tak jak nie płaci się za zardzewiały kawał złomu wyższej ceny niż za kawałek lśniącego metalu, nie stawia się nędznika ponad bohaterem — że twoja ocena moralna jest monetą, którą płacisz ludziom za ich cnoty lub przywary i zapłata owa wymaga od ciebie równie skrupulatnego podejścia jak transakcje finansowe — że odmowa płacenia pogardą za przywary jest aktem fałszerstwa moralnego, a odmowa płacenia podziwem za cnoty aktem sprzeniewierzenia — że troszczenie się o cokolwiek bardziej niż o sprawiedliwość jest dewaluacją waluty moralnej i defraudacją dobra na rzecz zła, bo tylko dobro może przegrać, a zło skorzystać na deficycie sprawiedliwości — a dnem szybu kończącego tę drogę, aktem bankructwa moralnego, jest karanie ludzi za ich cnoty i nagradzanie za przywary. Jest to upadek ku całkowitemu zepsuciu, czarna msza kultu śmierci, poświęcenie własnej świadomości w służbie destrukcji istnienia. Produktywność polega na akceptacji moralności, uznaniu faktu, że postanowiłeś żyć — że praca produkcyjna to proces, za pomocą którego świadomość człowieka kontroluje jego istnienie, ciągły proces zdobywania wiedzy i kształtowania materii tak, by służyła jego celom, nadawania idei fizycznej formy, przetwarzania ziemi na obraz i podobieństwo własnych wartości — że wszelka praca jest pracą twórczą, jeśli wykonuje ją myślący umysł, a żadna nie jest twórcza, jeśli wykonuje ją tępak, naśladujący w bezkrytycznym zamroczeniu rutynę, której nauczył się od innych — że twoja praca zależy od twojego wyboru, a wybór jest równie rozległy jak twój umysł, że nic więcej nie jest dla ciebie możliwe, a nic mniej nie jest ludzkie — że nieuczciwe zdobycie pracy, której nie potrafi sprostać twój umysł, oznacza stanie się przerażoną małpą, naśladującą cudze ruchy i kradnącą cudzy czas, a poprzestanie na pracy wymagającej mniej, niż potrafi twój umysł, oznacza wyłączenie swojego silnika i skazanie się na ruch innego rodzaju: rozpad — że twoja praca jest procesem realizacji swoich wartości, a utrata ambicji ich realizacji oznacza utratę woli życia — że twoje ciało jest maszyną, ale napędza ją twój umysł, i musisz jechać tak daleko, jak on cię zabierze, za cel swojej drogi obierając osiągnięcie — że człowiek pozbawiony celu jest maszyną staczającą się z górki, którą pierwszy lepszy głaz zepchnie do pierwszego lepszego rowu, człowiek dławiący własny umysł jest wyłączoną, rdzewiejącą powoli maszyną, człowiek pozwalający przywódcy wytyczyć swój cel jest wrakiem wleczonym na złomowisko, a człowiek obierający za swój cel innego człowieka jest autostopowiczem, którego nie zabierze żaden kierowca — że twoja praca jest celem twojego życia i musisz pędem mijać wszystkich zabójców, roszczących sobie prawo do zatrzymania cię; że wszelkie wartości, jakie znajdujesz poza pracą, każda inna wierność czy miłość, mogą być jedynymi podróżnymi biorącymi udział w twojej podróży i muszą podróżować w tym samym kierunku dzięki własnemu napędowi.
Duma polega na uznaniu faktu, że ty sam jesteś swoją najwyższą wartością i, jak wszystkie ludzkie wartości, i tę musisz zdobyć własnymi siłami — że ze wszystkich możliwych osiągnięć tym, które umożliwia pozostałe, jest stworzenie swojego własnego charakteru — że twój charakter, działania, pragnienia i emocje są produktami założeń, na jakich opiera się twój umysł — że, tak jak człowiek musi wytwarzać potrzebne mu wartości fizyczne, by zachować życie, musi zdobyć wartości charak¬teru, które uczynią to życie wartym zachowania — że człowiek jest nie tylko istotą samodzielnie stwarzającą swoje bogactwo, lecz także samodzielnie stwarzającą swoją duszę — że życie wymaga poczucia własnej wartości, ale człowiek, nie posiadając wartości automatycznych, nie ma także automatycznego poszanowania własnej wartości i musi je zdobyć, kształtując swoją duszę na obraz i podobieństwo swojego ideału moralnego, na obraz i podobieństwo Człowieka, istoty rozumnej, z umiejętnością stworzenia której się narodził, ale musi ją stworzyć z własnej woli — ze podstawowym warunkiem poszanowania własnej wartości jest promienne samolubstwo duszy, pragnącej zawsze tego, co najlepsze, pośród wartości materialnych i duchowych, duszy dążącej przede wszystkim do własnej moralnej perfekcji, niczego nie ceniącej wyżej od siebie samej — i że dowodem osiągnięcia poszanowania własnej wartości jest dreszcz pogardy i bunt twojej duszy przeciwko roli zwierzęcia ofiarnego, przeciwko nikczemnej bezczelności każdej doktryny nawołującej do poświęcenia bezcennej wartości, jaką jest twoja świadomość, i niezrównanej chwały, jaką jest twoje istnienie, na rzecz ślepych uników i nieruchomego rozkładu innych. Czy już zaczynacie rozumieć, kim jest John Galt? Jestem kimś, kto wypracował sobie rzecz, o którą wy nie walczyliście, którą odrzuciliście, zdradziliście, skorumpowaliście, lecz nie zdołaliście całkowicie zniszczyć i ukrywacie teraz jako swój grzeszny sekret, trawiąc życie na przeprosinach składanych wszystkim profesjonalnym kanibalom, żeby tylko nie odkryto, że gdzieś w głębi siebie wciąż tęsknicie za powiedzeniem tego, co ja teraz mówię całej ludzkości —jestem dumny z własnej wartości i z faktu, że pragnę żyć.
To pragnienie — które podzielacie, lecz ukrywacie jako zło —jest jedyną pozostałością dobra w was, lecz trzeba się nauczyć na nie zasługiwać. Jedynym celem moralnym człowieka jest jego własne szczęście, ale może je osiągnąć tylko dzięki własnej cnocie. Cnota nie jest celem samym w sobie. Nie jest własną nagrodą ani ofiarną paszą, którą karmi się nagroda w postaci zła. Nagrodą cnoty jest życie — a celem i nagrodą życia jest szczęście.
Tak jak twoje ciało doświadcza dwóch podstawowych doznań, przyjemności i bólu, jako oznak własnego dobra lub krzywdy, barometru swojej podstawowej alternatywy: życie lub śmierć, twoja świadomość doświadcza dwóch podstawowych emocji, radości lub cierpienia, w odpowiedzi na tę samą alternatywę. Twoje emocje są wyceną tego, co rozszerza twoje życie lub mu zagraża, kalkulatorami dokonującymi rachunku strat i zysków. Nie masz wyboru w sprawie swojej zdolności odczuwania, czy coś jest dla ciebie dobre czy złe, ale to, co będziesz uważał za dobre lub złe, co będzie ci sprawiało rozkosz lub ból, co będziesz kochać, a czego nienawidzić, czego pragnąć, a czego się bać, zależy od twojego kryterium wartości. Emocje są wpisane w twoją naturę, ale ich zawartość dyktuje umysł Twoja zdolność odczuwania jest pustym silnikiem, a twoje wartości paliwem, którego dostarcza mu umysł. Jeśli wybierzesz mieszankę sprzeczności, zatrze silnik, spowoduje zardzewienie przekładni i zniszczy cię przy pierwszej próbie przemieszczenia się za pomocą maszyny, którą ty sam, kierowca, zepsułeś.
Jeśli twoim kryterium wartości jest to, co irracjonalne, a twoją koncepcją dobra to, co niemożliwe, jeżeli tęsknisz za nagrodami, na które nie zapracowałeś, za fortuną lub miłością, na którą nie zasługujesz, za luką w zasadzie przyczyny i skutku, za A zmieniającym się w nie-A w myśl twojej zachcianki, jeżeli pragniesz przeciwieństwa istnienia — osiągniesz je. Nie krzycz, gdy to nastąpi, że życie jest frustracją i że człowiek nie może osiągnąć szczęścia; sprawdź paliwo: przywiodło cię tam, gdzie chciałeś dotrzeć.
Szczęścia nie zdobywa się na rozkaz kaprysów emocjonalnych. Szczęście nie polega na zaspokajaniu irracjonalnych życzeń, którym ślepo próbujesz folgować. Szczęście to stan niesprzecznej radości, radości pozbawionej kary w postaci winy, radości nie ścierającej się z żadną z twoich wartości i nie działającej na rzecz twojej destrukcji, nie radości ucieczki od umysłu, lecz pełnego wykorzystania jego mocy, nie radości udawania rzeczywistości, lecz realizacji rzeczywistych wartości, nie radości pijaka, lecz producenta. Szczęście jest dostępne jedynie człowiekowi rozumnemu, człowiekowi dążącemu wyłącznie do racjonalnych celów, poszu-kującemu wyłącznie racjonalnych wartości i znajdującemu radość wyłącznie w racjonalnych działaniach.
Tak jak utrzymuję się przy życiu nie dzięki rabunkowi czy jałmużnie, lecz własnemu wysiłkowi, nie pragnę czerpać szczęścia z cudzej krzywdy lub przysług, lecz zapracować na nie własnym osiągnięciem. Tak jak nie uważam za cel swojego życia cudzej przyjemności, nie uważam swojej przyjemności za cel cudzego życia. Tak jak nie ma w moich wartościach sprzeczności, a w moich pragnieniach konfliktów, nie ma ofiar ani konfliktu interesów pomiędzy ludźmi rozumnymi, ludźmi nie pragnącymi tego, na co nie zapracowali, i nie patrzącymi na siebie nawzajem z pożądliwością kanibali, ludźmi nie składającymi ani nie przyjmującymi ofiar.
Symbolem stosunków pomiędzy takimi ludźmi, moralnym symbolem szacunku dla istot ludzkich, jest kupiec. My, żyjący na podstawie wartości, a nie z grabieży, jesteśmy kupcami, zarówno w sensie materialnym, jak i duchowym. Kupiec to człowiek, który zapracowuje na to, co otrzymuje, i nie daje ani nie bierze niezapracowanego. Kupiec nie prosi, by mu płacono za nieudane przedsięwzięcia lub kochano go za wady. Kupiec nie rozdaje swojego ciała jako paszy ani duszy jako jałmużny. Tak jak nie oddaje swojego dzieła inaczej niż w zamian za wartości materialne, nie oddaje wartości duchowych — miłości, przyjaźni, szacunku — inaczej niż w zamian za ludzkie cnoty, za swoją własną, egoistyczną przyjemność, otrzymywaną od ludzi, których może szanować. Mistyczne pasożyty, które na przestrzeni dziejów lżyły kupców i pogardzały nimi, sławiąc żebraków i grabieżców, znały sekretny motyw swoich szyderstw: kupiec należy do napawającej ich przerażeniem kategorii ludzi sprawiedliwych.
Pytacie, co jest moim obowiązkiem moralnym wobec bliźnich? Nic, z wyjątkiem obowiązku, jaki mam wobec samego siebie, przedmiotów materialnych i całego istnienia: racjonalności. Moje kontakty z ludźmi odbywają się w sposób wymagany przez moją i ich naturę: na podstawie rozumu. Nie chcę od nich niczego z wyjątkiem takich układów, w jakie pragną ze mną wchodzić z własnego wyboru. Mogę się porozumiewać jedynie z ich umysłami i jedynie w imię własnych interesów, gdy widzą, że nasze interesy są wspólne. Gdy tak nie jest, nie wchodzę w układ; pozwalam, by oni szli własną drogą, sam zaś nie zbaczam ze swojej. Wygrywam wyłącznie za pomocą własnej logiki i nie poddaję się niczemu z wyjątkiem logiki. Nie wyrzekam się rozsądku ani nie wchodzę w kontakty z ludźmi, którzy się go wyrzekają. Nie mam nic do zdobycia u głupców czy tchórzy, nie odnoszę korzyści z ludzkich przywar — głupoty, nieuczciwości czy strachu. Jedyną wartością, jaką człowiek może mi zaoferować, jest dzieło jego umysłu. Kiedy nie zgadzam się z człowiekiem ro¬zumnym, pozwalam, by sędzią najwyższym była rzeczywistość; jeśli mam rację, on to zrozumie, jeśli się mylę, dostrzegę to; jeden z nas wygra, ale obaj skorzystamy.
W wielu kwestiach można się spierać, ale nie w jednej: jest nią akt zła, którego żadnemu człowiekowi nie wolno popełnić wobec innych, usankcjonować ani przebaczyć. Dopóki ludzie pragną wspólnie żyć, nikomu nie wolno zainicjować — słyszycie?, nikomu nie wolno rozpocząć — stosowania wobec innych fizycznej przemocy.
Umieszczanie pomiędzy człowiekiem a jego postrzeganiem rzeczywistości zagrożenia fizyczną destrukcją neguje i paraliżuje jego środki przetrwania; zmuszanie go do działania wbrew własnej opinii jest jak zmuszanie do przeciwstawiania się świadectwu własnych oczu. Każdy, kto w jakimkolwiek celu i zakresie inicjuje użycie siły, jest zabójcą kierującym się przesłaniem śmierci, dążącym nie tylko do morderstwa, lecz do zniszczenia ludzkiej zdolności życia. Nie otwierajcie ust, by mi powiedzieć, że wasz umysł przekonał was, iż macie prawo stosować przemoc wobec mojego. Przemoc i umysł są przeciwieństwami; moralność kończy się tam, gdzie zaczyna się pistolet. Kiedy głosicie, że ludzie są irracjonalnymi zwierzętami i jako takie próbujecie je traktować, określacie swój własny charakter i nie możecie już, podobnie jak żaden inny orędownik sprzeczności, chlubić się posiadaniem rozumu. Nie może istnieć „prawo” do niszczenia źródła praw, jedynego środka służącego odróżnianiu dobra od zła: umysłu.
Zmuszanie człowieka do porzucenia własnego umysłu i zastąpienia go waszą wolą, z pistoletem w miejsce sylogizmu, terrorem w miejsce dowodu i śmiercią jako koronnym argumentem jest próbą istnienia przeciwko rzeczywistości. Rzeczywistość żąda od człowieka, by działał w swoim własnym, racjonalnym interesie; wasz pistolet każe mu działać wbrew niemu. Rzeczywistość grozi człowiekowi śmiercią, jeśli nie będzie się kierował rozsądkiem; wy grozicie mu śmiercią, jeśli będzie. Umieszczacie go w świecie, w którym ceną życia jest wyrzeczenie się wszystkich wartości potrzebnych, by żyć — a gdy śmierć staje się siłą rządzącą i zwycięskim argumentem w ludzkim społeczeństwie, wy i wasz system możecie jedynie doprowadzić do powolnego umierania. Czy to będzie rozbójnik, żądający od podróżnego „pieniędzy albo życia”, czy polityk, stawiający krajowi ultimatum „edukacja twoich dzieci albo życie”, znaczenie tego ultimatum brzmi: „umysł albo życie” — a w przypadku człowieka żadne z nich nie jest możliwe bez drugiego. Jeżeli zło można stopniować, trudno powiedzieć, kto jest bardziej godny pogardy: barbarzyńca roszczący sobie prawo do przemocy nad cudzymi umysłami czy degenerat moralny, przyznający innym prawo do kierowania swoim. Oto aksjomat moralny nie podlegający dyskusji. Nie pertraktuję na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku. Nie dyskutuję z sąsiadami, którzy sądzą, że mogą mi zakazać myślenia. Nie udzielam przyzwolenia moralnego mordercy, któremu zachciało się mnie zabić. Gdy ktoś próbuje używać wobec mnie siły, odpowiadam mu siłą.
Siły można używać tylko jako odwetu i tylko przeciwko człowiekowi, który użył jej pierwszy. Nie, nie podzielam jego zła ani nie zniżam się do .ego pojęcia moralności; ja tylko daję mu to, co sam wybrał: zniszczenie, jedyne zniszczenie, jakie miał prawo wybrać: jego własne. On używa siły w celu zagarnięcia wartości, ja jedynie po to, by zniszczyć zniszczenie. Rabuś próbuje zdobyć bogactwo, zabijając mnie; ja nie bogacę się, zabijając rabusia. Nie poszukuję wartości za pomocą zła ani nie wyrzekam się swoich wartości na rzecz niego.
W imieniu wszystkich producentów, którzy utrzymywali was przy życiu, otrzymując w zamian wasze śmiertelne ultimatum, przedstawię wam teraz nasze: nasza praca albo wasze pistolety. Możecie wybrać którekolwiek, lecz nie możecie mieć obu. My nie podnosimy broni przeciw innym ani nie poddajemy się przemocy z ich strony. Jeśli pragniecie jeszcze kiedyś żyć w społeczeństwie uprzemysłowionym, będzie ono funkcjonować opierając się na naszych zasadach moralnych. Nasze zasady i nasza siła napędowa są antytezą waszej. Wy używacie jako swojej broni strachu i uśmiercacie człowieka w ramach kary za odrzucenie waszej moralności. My oferujemy mu życie w nagrodę za przyjęcie naszej.
Wy, czciciele zera, nigdy nie odkryliście, że uzyskanie życia nie jest równoznaczne z uniknięciem śmierci. Rozkosz to nie „brak bólu”, inteligencja nie jest „brakiem głupoty”, światło — „brakiem ciemności”, istnienie — „brakiem nieistnienia”. Nie buduje się poprzez powstrzymywanie się od burzenia; wieki siedzenia i czekania w takiej wstrzemięźliwości nie wzniosą dla was ani jednego dźwigara, od którego zburzenia moglibyście się powstrzymywać — i teraz już nie możecie powiedzieć do mnie, budowniczego: „Produkuj i karm nas w zamian za nieniszczenie twojej produkcji”. Odpowiadam w imieniu waszych ofiar: gińcie w swojej otchłani i zabierzcie ją ze sobą. Istnienie nie jest negacją negacji. Zło, nie wartość, jest nieobecnością i negacją, zło jest bezsilne, a jego jedyną siłą jest ta, którą pozwalamy mu sobie wydrzeć. Gińcie, bo nauczyliśmy się, że zero nie może trzymać w zastawie życia.
Wy chcecie uciec przed bólem. My pragniemy osiągnąć szczęście. Wy istniejecie po to, by uniknąć kary. My po to, by zdobywać nagrody. Groźby nie wprawią nas w ruch, strach nie jest dla nas bodźcem. Nie chodzi nam o uniknięcie śmierci, lecz o przeżycie życia.
Wy, którzy zatraciliście pojęcie różnicy, wy, którzy twierdzicie, że strach i rozkosz są bodźcami o jednakowej mocy — i po cichu dodajecie, że strach jest bardziej „praktyczny” — nie pragniecie żyć, to tylko lęk przed śmiercią wciąż utrzymuje was przy potępionym przez was istnieniu. W panice ciskacie się w pułapce swoich dni, szukając wyjścia, które zamknęliście, miotając się między tym, co was ściga i co boicie się nazwać po imieniu, a koszmarem, który boicie się przyjąć do wiadomości, a im bardziej jesteście przerażeni, tym bardziej marzycie o jedynej rzeczy, jaka mogłaby was uratować: o myśleniu. Cel waszych zmagań polega na tym, by nie poznać, nie uchwycić, nie nazwać ani nie usłyszeć rzeczy, którą wam teraz powiem: wasza moralność jest moralnością śmierci.
Śmierć stanowi wasze kryterium wartości i cel i musicie biec bez końca, bo nie ma ucieczki przed tym, co was ściga i chce zniszczyć, ani przed świadomością, że ścigającym jesteście wy sami. Przestańcie wreszcie biec — nie ma dokąd uciec — stańcie nadzy, tacy, jakimi widzę was ja, choć wy sami śmiertelnie się tego boicie, i przyjrzyjcie się temu, co ośmielacie się nazywać kodeksem moralnym.
Początkiem waszej moralności jest potępienie, a celem, środkiem i końcem zniszczenie. Wasz kodeks zaczyna się od potępienia człowieka jako istoty złej, po czym żąda od niego czynienia dobra, które sam określa jako niewykonalne. Pierwszego dowodu cnoty, jakiego żąda się od czło-wieka, jest akceptacja „faktu” własnego zepsucia bez dowodu. Żąda, by od pierwszej chwili kierował się nie kryterium wartości, lecz kryterium zła, które stanowi on sam i za pomocą którego ma odtąd definiować dobro: dobrem jest to, czym on nie jest.
Nieważne, kto będzie czerpał zyski z jego odrzuconej chwały i udręczonej duszy, mistyczny Bóg i jego niezrozumiałe plany czy przechodzień, którego gnijące rany używane są jako niewytłumaczalne roszczenie wobec niego — nieważne, dobro nie polega na tym, by je rozumieć, obowiązkiem człowieka jest pełzać przez lata pokuty, odkupując swój grzech istnienia u pierwszego lepszego poborcy niezrozumiałych długów, jego jedynym kryterium wartości jest zero: dobrem jest to, co jest nieczłowiekiem.
Imię tego monstrualnego absurdu brzmi: Grzech pierworodny.
Grzech bez woli to policzek wymierzony moralności i bezczelna sprzeczność: to, co znajduje się poza możliwością wyboru, znajduje się poza obrębem moralności. Jeśli człowiek jest zły z natury, nie posiada woli i nie zmieni tego żadna siła; jeśli nie posiada woli, nie może być ani dobry, ani zły: robot jest pozbawiony moralności. Traktowanie jako grzechu człowieka faktu, wobec którego nie ma wyboru, jest kpiną z moralności. Traktowanie natury człowieka jako jego grzechu jest kpiną z natury. Karanie go za grzech popełniony przed narodzeniem jest kpiną ze sprawiedliwości. Uważanie go za winnego w kwestii, w której nie istnieje niewinność, jest kpiną z rozumu. Zniszczenie moralności, natury, sprawiedliwości i rozumu za pomocą jednego pojęcia jest niedoścignionym wręcz wyczynem zła. A przecież właśnie to leży u podstaw waszego kodeksu. Nie ukrywajcie się za tchórzliwym tłumaczeniem, że człowiek rodzi ię z wolną wolą, ale z „tendencją” do zła. Wolna wola obarczona tendencją jest jak gra obciążonymi kośćmi. Zmusza człowieka do zmagań, ponoszenia odpowiedzialności i płacenia za grę, ale tendencja, przed którą nie może uciec, dostaje fory. Jeśli ta tendencja stanowi jego wybór, nie może jej posiadać od urodzenia; jeśli nie stanowi jego wyboru, nie posiada wolnej woli.
Jaka jest natura winy, którą wasi nauczyciele nazywają grzechem pierworodnym? Jakie zło stało się udziałem człowieka, gdy utracił stan, który oni nazywają doskonałością? Ich mit głosi, że zjadł owoc z drzewa wiadomości — zdobył umysł i stał się istotą rozumną. Była to znajomość dobra i zła
— stał się więc istotą moralną. Skazano go na zarabianie na chleb za pomocą pracy własnych rąk
— stał się istotą produktywną. Skazano go na odczuwanie pożądania — uzyskał zdolność do rozkoszy seksualnych. Zło, za które go potępiają, to rozsądek, moralność, kreatywność i rozkosz — podstawowe wartości jego istnienia. To nie przywary ma wyjaśniać i potępiać ich mit o upadku człowieka, nie za błędy go wini, lecz za istotę jego ludzkiej natury. Kimkolwiek był ten robot z raju, żyjący bez umysłu, wartości i miłości — nie był człowiekiem.
Upadkiem człowieka, według waszych nauczycieli, było zdobycie cnót potrzebnych mu do życia. Według ich kryterium te cnoty stanowią jego grzech. Jego złem jest fakt bycia człowiekiem. Jego winą fakt życia.
Nazywają to moralnością miłosierdzia i doktryną miłości do człowieka.
Nie, mówią, nie głosimy, że człowiek jest zły, złem jest tylko obcy przedmiot: jego ciało. Nie, mówią, nie chcemy go zabić, chcemy tylko, by się pozbył ciała. Chcemy mu pomóc, mówią, by nie musiał czuć bólu — na kole tortur, do którego go przywiązali, kole rozciągającym go w dwóch przeciwnych kierunkach, kole doktryny rozdzielającej duszę i ciało.
Przecięli człowieka na pół, szczując jedną połowę na drugą. Nauczyli go, że jego ciało i świadomość są odwiecznymi wrogami, antagonistami o przeciwnych naturach, sprzecznych dążeniach i nie dających się pogodzić potrzebach, że korzyść jednego oznacza szkodę drugiego, że jego dusza należy do nadprzyrodzonego królestwa, lecz ciało jest więzieniem zła, przywiązującym ją do ziemi — i że dobro polega na pokonaniu ciała, osłabianiu go przez lata cierpliwych zmagań, robieniu podkopu wiodącego do cudownej wolności grobu.
Nauczyli człowieka, że jest beznadziejnym odmieńcem, zbudowanym z dwóch elementów, z których każdy symbolizuje śmierć. Ciało bez duszy jest trupem, dusza bez ciała widmem — a jednak taki właśnie jest ich obraz ludzkiej natury: jako pola bitewnego, na którym zmagają się trup i widmo, trup obarczony złą wolą i widmo obarczone wiedzą, że wszystko, co zna człowiek, nie istnieje, istnieje zaś tylko to, co nieznane.
Widzicie już, ignorowaniu jakiej ludzkiej właściwości miała służyć ta doktryna? Chodziło o zanegowanie ludzkiego umysłu, by spowodować rozpad człowieka. Raz wyrzekłszy się rozsądku, zdawał się na łaskę dwóch monstrów, których nie potrafił pojąć ani kontrolować: ciała napędzanego niewytłumaczalnymi instynktami i duszy napędzanej mistycznymi objawieniami — stawał się bierną ofiarą bitwy pomiędzy robotem a dyktafonem.
Teraz, gdy pełznie przez zgliszcza, po omacku szukając sposobu na przeżycie, wasi nauczyciele oferują mu pomoc w postaci moralności głoszącej, że nie znajdzie rozwiązania i nie ma szukać spełnienia na ziemi. Prawdziwym istnieniem, mówią, jest to, czego nie można dostrzec, a prawdziwą świadomością zdolność postrzegania tego, co nie istnieje; to zaś, że ktoś nie potrafi tego pojąć, dowodzi, że jego istnienie jest złe, a świadomość bezsilna.
Produktami rozdarcia pomiędzy duszą a ciałem są dwa rodzaje nauczycieli moralności śmierci: mistycy ducha i mistycy mięśni, których wy nazywacie spirytualistami i materialistami; ci, którzy wierzą w świadomość bez istnienia, i ci, którzy wierzą w istnienie bez świadomości. Jedni i drudzy żądają wyrzeczenia się umysłu, jedni na rzecz swoich objawień, drudzy — swoich odruchów. Nieważne, jak głośno demonstrują wzajemny antagonizm, ich kodeksy moralne są podobne i takież ich cele: w aspekcie materii — zniewolenie ludzkiego ciała, w aspekcie ducha — zniszczenie ludzkiego umysłu.
Dobrem, powiadają mistycy ducha, jest Bóg, istota, której jedyna definicja brzmi, że wyobrażenie go sobie wykracza poza możliwości człowieka; definicja ta okalecza świadomość człowieka i unieważnia jego koncepcję istnienia. Dobrem, powiadają mistycy mięśni, jest społeczeństwo — rzecz, którą definiują jako organizm nie posiadający kształtu fizycznego, nadistota nie zamieszkująca w nikim konkretnym, a zarazem zamieszkująca we wszystkich oprócz ciebie. Umysł ludzki, mówią mistycy ducha, musi się podporządkować woli Boga. Umysł ludzki, mówią mistycy mięśni, musi się podporządkować woli społeczeństwa. Kryterium wartości człowieka, mówią mistycy ducha, jest zadowolenie Boga, którego kryteria są poza zasięgiem ludzkiego zrozumienia i muszą być przyjęte na wiarę. Kryterium wartości człowieka, mówią mistycy mięśni, jest zado-wolenie społeczeństwa, którego kryteria nie podlegają ludzkiej ocenie i trzeba ich przestrzegać jako fundamentalnej zasady. Celem ludzkiego życia, mówią jedni i drudzy, jest przemiana w biernego zombi, służącego nieznanemu sobie celowi z przyczyn, których nie wolno mu kwestionować. Swoją nagrodę, mówią mistycy ducha, otrzyma w życiu pozagrobowym. Jego nagrodę, mówią mistycy mięśni, otrzymają na ziemi… jego prawnuki.
Egoizm — mówią jedni i drudzy —jest złem w człowieku. Dobrem w człowieku jest wyrzeczenie się osobistych pragnień, wyrzeczenie się siebie, uległość; dobrem w człowieku jest negacja własnego życia. Poświęcenie — wołają jedni i drudzy — jest istotą moralności, najwyższą dostępną człowiekowi cnotą.
Kimkolwiek jesteś ty, znajdujący się teraz w zasięgu mojego głosu, jeśli jesteś ofiarą, a nie zabójcą: przemawiam przy łożu śmierci twojego umysłu, na skraju ciemności, w której się pogrążasz, i jeśli wciąż masz siłę walczyć, by nie zgubić tych gasnących iskierek, niegdyś będących tobą, użyj jej teraz. Słowo, które cię zniszczyło, brzmi: „poświęcenie”. Użyj resztek swoich sił, by pojąć jego znaczenie. Wciąż jeszcze żyjesz. Masz szansę.
„Poświęcenie” nie oznacza odrzucenia tego, co bezwartościowe, lecz tego, co najcenniejsze. „Poświęcenie” to nie odrzucenie zła na rzecz dobra, lecz dobra na rzecz zła. „Poświęcenie” to wyrzeczenie się tego, co ma dla ciebie wartość, na rzecz tego, co jej nie ma.
Jeśli wymieniasz centa na dolara, nie poświęcasz się; jeśli wymieniasz dolara na centa, czynisz to. Jeśli po latach zmagań osiągasz upragnioną pozycję, nie poświęcasz się; jeśli potem rezygnujesz z niej na rzecz rywala, czynisz to. Jeśli masz butelkę mleka i oddajesz ją swemu głodnemu dziecku, nie poświęcasz się; jeśli dajesz ją dziecku sąsiada, pozwalając własnemu umrzeć, czynisz to. Jeśli dajesz pieniądze na pomoc przyjacielowi, nie poświęcasz się; czynisz to, jeśli je dajesz bezwartościowemu obcemu. Jeśli dajesz przyjacielowi sumę, na którą możesz sobie pozwolić, nie poświęcasz się; jeśli dajesz mu pieniądze kosztem własnej niewygody, na podstawie tego rodzaju kryterium moralnego jest to cnotą tylko częściowo: pełnią cnoty poświęcenia byłoby oddanie mu pieniędzy kosztem swojej klęski.
Jeśli wyrzekasz się wszelkich osobistych pragnień i poświęcasz życie tym, których kochasz, nie osiągasz pełni cnoty: nadal zachowujesz swoją własną wartość, jaką jest twoja miłość. Jeśli poświęcasz życie przypadkowym nieznajomym, cnota jest większa. Jeśli zaś poświęcasz je na rzecz człowieka, którego nienawidzisz —jesteś najbardziej cnotliwą istotą pod słońcem. Poświęcenie to wyrzeczenie się jakiejś wartości. Pełne poświęcenie to pełne wyrzeczenie się wszystkich. Jeśli pragniesz osiągnąć pełnię cnoty, nie wolno ci pragnąć za twoje poświęcenie wdzięczności, pochwały, miłości, podziwu, szacunku dla siebie, a nawet dumy z własnej cnotliwości; najmniejszy ślad jakiejkolwiek zdobyczy umniejsza twoją cnotę. Jeśli ścieżka, którą podążasz, nie pozwala ci zbrukać życia żadną przyjemnością, nie przynosi wartości materialnych ani duchowych, zdobyczy, zysku ani nagrody — jeśli osiągnąłeś stan kompletnego zera, osiągnąłeś ideał moralnej perfekcji.
Powiedziano ci, że perfekcja moralna jest dla człowieka nieosiągalna — i według tego kryterium jest tak istotnie. Nie możesz jej osiągnąć, dopóki żyjesz, ale wartość twojego życia lub osoby mierzona jest tym, jak blisko udało ci się podejść do ideału zerowego, którym jest śmierć. Jeśli jednak zaczynasz jako beznamiętny tępak, warzywo oczekujące na zjedzenie, nie mając wartości do odrzucenia ani pragnień do wyrzeczenia się, nie zdobędziesz korony poświęcenia. Nie jest poświęceniem wyrzeczenie się tego, czego się wcale nie pragnie. Nie jest poświęceniem od¬danie swojego życia innym, jeśli pragnie się śmierci. Aby osiągnąć cnotę poświęcenia, musisz chcieć żyć, kochać życie, pałać namiętnością do tej ziemi i całego splendoru, jaki możesz na niej osiągnąć — czuć każde cięcie noża, odcinającego cię od twoich pragnień i spuszczającego z ciała całą miłość. Ideałem, którego wymaga od ciebie moralność poświęcenia, nie jest zwyczajna śmierć, lecz śmierć w powolnych torturach.
Nie przypominajcie mi, że odnosi się to jedynie do życia doczesnego. Nie troszczę się o żadne inne. I wy także nie.
Jeśli chcecie uratować resztki swojej godności, nie nazywajcie swoich najlepszych postępków „poświęceniem”: ten termin klasyfikuje was jako niemoralnych. Jeśli matka kupuje jedzenie dla swego głodnego dziecka, zamiast kupić sobie kapelusz, nie poświęca się: dziecko jest dla niej wię-cej warte niż kapelusz; jednak dla kobiety, dla której większą wartością jest kapelusz i wolałaby, żeby jej dziecko umarło, a karmi je jedynie z poczucia obowiązku, jest to poświęcenie. Jeśli człowiek ginie w walce o własną wolność, nie poświęca się: nie chce żyć jako niewolnik; dla człowieka, który tego chce, jest to poświęcenie. Jeśli człowiek odmawia zaprzedania własnych przekonań, nie poświęca się — chyba że nie posiada żadnych przekonań.
Pozostawmy poświęcenie tym, którzy nie mają czego poświęcać — nie posiadają wartości, kryteriów ani opinii — tym, których pragnieniami są irracjonalne zachcianki, bezwiednie się rodzące i z łatwością triumfujące. Dla człowieka moralnego, którego pragnienia wypływają z racjonalnych wartości, poświęcenie jest rezygnacją ze słuszności na rzecz niesłuszności, z dobra na rzecz zła.
Doktryna poświęcenia jest moralnością niemoralnych — moralnością ogłaszającą własne bankructwo poprzez wyznanie, że nie może zaoferować ludziom żadnego osobistego udziału w formie cnót lub wartości i że ich dusze są ściekami niemoralności, którą muszą się nauczyć poświęcać. Sama przyznaje się w ten sposób do niemożności nauczenia ludzi, jak być dobrymi, i może jedynie poddawać ich nieustannej karze.
Czy myślicie w jakimś ciężkim zamroczeniu, że wasza moralność żąda od was poświęcenia jedynie wartości materialnych? I czym, według was, są wartości materialne? Jedyną wartością materii jest służenie do zaspokajania ludzkich pragnień. Materia jest tylko narzędziem ludzkich wartości. W służbie czego każe się wam oddawać materialne narzędzia wytworzone przez waszą cnotę? W służbie tego, co sami uważacie za zło: zasady, której nie hołdujecie, osoby, której nie szanujecie, osiągnięcia celu przeciwnego do własnego — inaczej bowiem wasz dar nie jest poświęceniem. Wasza moralność każe wam się wyrzekać świata materialnego i oddzielać swoje wartości od materii. Człowiek nie dający swoim wartościom materialnego wyrazu, człowiek, którego istnienie nie jest powiązane z jego ideałami, a działania są sprzeczne z przekonaniami, jest nędznym hipokrytą — a przecież to właśnie on jest posłuszny waszej moralności i oddziela swoje wartości od materii. Mężczyzna, który kocha jedną kobietę, ale sypia z inną — człowiek, który podziwia talent pracownika, lecz zatrudnia innego — człowiek, który jedną sprawę uważa za słuszną, lecz wspiera finansowo inną— człowiek, który ceni profesjonalizm, lecz własny wysiłek wkłada w produkcję bubli — to oni wyrzekli się materii, to oni wierzą, że nie mogą przenieść swoich duchowych wartości w świat materialny.
Mówisz, że ci ludzie wyrzekli się ducha? Oczywiście. Nie możesz mieć jednego bez drugiego. Jesteś nierozdzielną jednością materii i świadomości. Wyrzeknij się świadomości, a staniesz się barbarzyńcą. Wyrzeknij się ciała, a staniesz się oszustem. Wyrzeknij się świata materialnego, a oddasz go złu.
I właśnie taki jest cel waszej moralności, obowiązek, jaki nakłada na was wasz kodeks. Oddaj się temu, co nie sprawia ci przyjemności, służ temu, czego nie podziwiasz, podporządkuj się temu, co uważasz za złe — oddaj innym świat wartości, zaprzecz istnieniu swojego ja, odrzuć je, wyrzeknij się go. Twoje ja to twój umysł; wyrzeknij się go, a staniesz się ochłapem mięsa, czekającym na zjedzenie przez kanibala.
Wyrzeczenie się umysłu — tego właśnie chcą od was ci, którzy głoszą doktrynę poświęcenia, niezależnie od swoich etykietek i motywów; nieważne, czy żądają tego na rzecz duszy czy ciała, czy obiecują drugie życie w niebie, czy pełen żołądek na ziemi. Ci, którzy na początku mówią: „Dążenie do zaspokajania własnych życzeń jest samolubne, musisz je poświęcić na rzecz cudzych”, na końcu powiedzą: „Posiadanie własnych przekonań jest samolubne, musisz je poświęcić na rzecz cudzych”.
W jednym mają rację: najbardziej samolubną ze wszystkich rzeczy jest niezależny umysł, nie uznający żadnej władzy ponad sobą ani żadnej wartości ponad własną oceną. Proszą was, abyście się wyrzekli swojej uczciwości intelektualnej, logiki, rozsądku, kryteriów prawdy — by stać się prostytutkami, których kryterium stanowi ,jak najwięcej dobrego dla jak największej ilości”. Jeśli poszukacie w swoim kodeksie wskazówek, odpowiedzi na pytanie: „Co to jest dobro?” — jedyna odpowiedź, jaką znajdziecie, będzie brzmiała: „Jest to dobro innych”. Dobrem jest to, czego sobie życzą inni, czego sobie życzą według twojego mniemania albo czego w twoim mniemaniu powinni sobie życzyć. „Dobro innych” to magiczna formułka, która przeistacza wszystko w złoto, recytowana jako gwarant chwały moralnej i przyrząd do odkażania wszelkiego postępowania, nawet mordu popełnionego na całym kontynencie. Waszym kryterium cnoty nie jest przedmiot, działanie czy zasada, lecz zamiar. Nie potrzebujecie dowodów, powodów, sukcesu, nie musicie rzeczywiście osiągnąć dobra innych — musicie tylko wiedzieć, że kierowaliście się dobrem innych, a nie swoim własnym. Waszą jedyną definicją dobra jest negacja: dobre jest to, co nie jest dobre dla mnie.
Wasz kodeks — pochlebiający sobie, że hołduje wiecznym, absolutnym, obiektywnym wartościom moralnym i szydzi z tego, co uwarunkowane, względne i subiektywne —jako swoją wersję wartości absolutnej proponuje następującą zasadę postępowania moralnego: jeśli sobie czegoś życzysz, jest to złe; jeśli inni sobie tego życzą, jest dobre; jeśli motywem twojego czynu jest własne dobro, nie rób tego; jeśli jest nim dobro innych, rób to za wszelką cenę.
Tak jak ta podwójna moralność rozdziera cię na pół, rozdziela też ludzkość na dwa wrogie obozy: jednym jesteś ty, drugim — reszta ludzkości. Ty jesteś jedynym rozbitkiem, który nie ma prawa pragnąć żyć. Ty jesteś jedynym sługą, a pozostali panami; ty —jedynym dawcą, pozostali — biorcami; ty — wiecznym dłużnikiem, oni — wierzycielami, których nie da się spłacić. Nie wolno ci kwestionować ich prawa do twojego poświęcenia ani natury ich pragnień i potrzeb: to prawo przysługuje im na mocy negacji, na mocy faktu, iż nie są tobą.
Dla tych z was, którzy mogliby zadawać pytania, wasz kodeks przewiduje nagrodę pocieszenia i pułapkę: to dla własnego szczęścia, mówi, musisz służyć cudzemu, jedynym sposobem na osiągnięcie radości jest rezygnacja z niej na rzecz innych, jedynym sposobem na osiągnięcie dobrobytu jest rezygnacja z własnego bogactwa na rzecz innych, jedynym sposobem na uratowanie życia jest ratowanie wszystkich oprócz siebie — a jeśli nie znajdujesz w tych działaniach radości, to twoja własna wina i dowód na to, że jesteś zły; gdybyś był dobry, znalazłbyś szczęście w wydaniu bankietu na rzecz innych, a godność istnienia w ochłapach, które zechcą ci rzucić. Wy, pozbawieni kryterium poszanowania własnej wartości, bierzecie na siebie winę i nie ośmielacie się zadawać pytań. W głębi duszy jednak znacie odpowiedź, lecz odmawiacie dopuszczenia do świadomości tego co widzicie, ukrytej przesłanki kierującej światem. Znacie ją nie w formie uczciwego stwierdzenia, lecz mrocznego niepokoju, kiedy miotacie się pomiędzy wstydliwym oszustwem a niechętnym wypełnianiem zasady zbyt nikczemnej, by ją nazwać po imieniu.
Ja, nie akceptujący tego, co niezasłużone, ani w formie wartości, ani winy, jestem tu po to, by zadać wam pytania, od których uciekaliście. Dlaczego moralne jest służenie cudzemu szczęściu, lecz nie własnemu? Jeśli przyjemność jest wartością, dlaczego jest moralna, gdy doświadczają jej inni, lecz niemoralna, gdy ty sam jej doznajesz? Jeśli uczucie wywołane zjedzeniem ciastka jest wartością, dlaczego w twoim żołądku stanowi ono niemoralne nadużycie, ale staje się celem moralnym, gdy starasz się zapewnić je innym? Dlaczego twoje pragnienie jest niemoralne, a cudze moralne? Dlaczego niemoralne jest wyprodukowanie wartości i zachowanie jej, ale moralne wyrzeczenie się jej? A jeśli niemoralne jest zachowanie przez ciebie tej wartości, dlaczego jest moralne przyjęcie jej przez innych? Jeśli ty jesteś bezinteresowny i cnotliwy, oddając ją, czyż oni nie są samolubni i źli, biorąc? Czy cnota polega na służeniu swemu przeciwieństwu? Czy celem moralnym dobrych jest złożenie siebie w ofierze złym?
Odpowiedź, przed którą uciekacie, przerażająca odpowiedź, brzmi: nie, biorcy nie są źli, pod warunkiem, że nie zapracowali sobie na wartość, którą im dajecie. Jej akceptacja przez nich nie jest niemoralna, pod warunkiem, że sami nie potrafią jej wyprodukować, zasłużyć na nią ani dać wam czegokolwiek w zamian. Przyjemność, jaką z niej czerpią, nie jest niemoralna, pod warunkiem, że im się nie należała.
Taki jest ukryty kodeks waszej doktryny, druga połowa waszej podwójnej moralności: niemoralne jest życie na podstawie własnego wysiłku, moralne zaś żerowanie na cudzym — niemoralna jest konsumpcja własnych produktów, moralna zaś konsumpcja cudzych — niemoralne jest zarabianie, moralne zaś wyłudzanie — to pasożyty stanowią moralne uzasadnienie istnienia producentów, ale istnienie pasożytów jest celem samym w sobie — złem jest odnoszenie korzyści z własnych osiągnięć, dobrem zaś czerpanie ich z ofiar — złem jest budowanie własnego szczęścia, dobrem zaś przeżywanie go za cenę cudzej krwi.
Wasz kodeks dzieli ludzkość na dwie kasty i rozkazuje im żyć według dwóch przeciwnych zasad: jednym wolno pragnąć wszystkiego, drugim — niczego, jedni są wybrańcami, drudzy — sługami, jedni podróżnymi, drudzy — zwierzętami pociągowymi, jedni — zjadaczami, drudzy — zjadanymi. Jakie kryterium określa twoją kastę? Co jest twoim kluczem to elity moralnej? Jest nim brak wartości.
Jakakolwiek wartość wchodzi w grę, to jej brak stanowi twoje roszczenie wobec tych, którzy ją posiadają. Twoja potrzeba pozwala ci żądać nagród. Jeśli potrafisz zaspokoić własne potrzeby, ta umiejętność przekreśla twoje prawo do ich zaspokajania. Ale potrzeba, której zaspokoić nie potrafisz, daje ci pełne prawo do rozporządzania cudzym życiem.
Jeśli odnosisz sukces, każdy człowiek, któremu się to nie udaje, jest twoim panem; jeśli ponosisz klęskę, każdy, komu się udaje, jest twoim sługą. Niezależnie od tego, czy twoja klęska jest sprawiedliwa, twoje życzenia racjonalne, nieszczęście niezasłużone czy też wynikające z twoich przywar, to właśnie ono daje ci prawo do nagród. To ból, niezależnie od swojej natury czy przyczyny, ból jako fundamentalny aksjomat, daje ci w zastaw całe istnienie. Jeśli uleczysz ból własnym wysiłkiem, nie otrzymasz pochwały: twój kodeks określa to pogardliwie jako „dbanie o własny interes”. Do jakiejkolwiek dążysz wartości, czy to będzie bogactwo, pożywienie, miłość czy prawa, jeśli osiągasz ją dzięki własnej cnocie, twój kodeks nie uznaje tego za osiągnięcie moralne: nikt na tym nie traci, to handel, nie jałmużna; zapłata, nie poświęcenie. To, co zasłużone, należy do samolubnej, komercyjnej domeny obopólnego zysku; jedynie to, co niezasłużone, nawołuje do moralnej transakcji przynoszącej korzyść jednemu kosztem upadku drugiego. Żądanie nagród za swoją cnotę jest samolubne i niemoralne; dopiero brak cnoty czyni z twoich żądań prawo moralne.
Moralność, dla której potrzeba stanowi roszczenie, za kryterium wartości przyjmuje pustkę — nieistnienie — nagradza zaś nieobecność, porażkę: słabość, brak umiejętności, niekompetencję, cierpienie, chorobę, katastrofę, brak, wadę, skazę — zero.
Kto płaci za te roszczenia? Ci, których potępia się jako nie-zera, każdy w takim stopniu, w jakim odbiega od ideału. Ponieważ wszystkie wartości są produktem cnót, przy zadawaniu pokuty mierzy się stopień twojej cnotliwości, przy rozdzielaniu dóbr zaś rozmiar twoich wad. Wasz kodeks stwierdza, że człowiek rozumny musi się poświęcić na rzecz nierozumnego, niezależny na rzecz pasożytów, uczciwy na rzecz nieuczciwych, sprawiedliwy na rzecz niesprawiedliwych, produktywny na rzecz darmozjadów, prawy na rzecz sprzedawczyków, szanujący się na rzecz skomlących neurotyków. Zastanawiacie się nad małodusznością otaczających was ludzi? Człowiek, który osiągnie te cnoty, nie zaakceptuje waszego kodeksu moralnego; człowiek, który go akceptuje, nie osiągnie ich.
W moralności poświęcenia pierwszą wartością, jaką się poświęca, jest sama moralność; następną jest poszanowanie własnej wartości. Kiedy potrzeba stanowi kryterium, każdy człowiek jest zarówno ofiarą, jak i pasożytem. Jako ofiara musi pracować na realizację cudzych potrzeb, siebie samego stawiając w pozycji pasożyta, którego potrzeby muszą zaspokoić inni. W stosunku do innych ludzi może występować tylko w jednej z dwóch haniebnych ról: jako żebrak lub jako wampir.
Boisz się człowieka posiadającego o dolara mniej niż ty; ten dolar prawnie mu się należy, co stawia cię w pozycji moralnego złodzieja. Nienawidzisz człowieka posiadającego o dolara więcej niż ty; ten dolar należy się tobie, czujesz się moralnie okradziony. Człowiek stojący niżej jest źródłem winy, człowiek stojący wyżej — źródłem frustracji. Nie wiesz, czego się wyrzekać lub żądać, kiedy dawać, a kiedy brać, która przyjemność prawnie ci się należy, a która jest niespłaconym długiem wobec innych — ze wszystkich sił unikasz, jako „teorii”, świadomości, że na podstawie przyjętego przez siebie kryterium moralnego jesteś winien każdej chwili swojego życia, że każdego przełykanego przez ciebie kęsa pożywienia ktoś na świecie potrzebuje — i w ślepej urazie rezygnujesz z rozważania tego problemu, stwierdzając, że na ziemi nie da się osiągnąć ani pragnąć moralnej perfekcji i że musisz przemykać ukradkiem przez życie, unikając wzroku młodych, którzy patrzą na ciebie tak, jakby poszanowanie własnej wartości było na ziemi możliwe, i oczekują go od ciebie. Wstyd to jedyne, co zachowałeś w duszy — podobnie jak każdy, kto cię mija, unikając twojego wzroku. Zastanawiasz się, dlaczego moralność nie przyniosła ludziom braterstwa i wzajemnej dobrej woli?
Uzasadnienie poświęcenia proponowane przez waszą moralność jest bardziej niemoralne niż niemoralność, której uzasadnieniu ma służyć. Według niego motywem twojego poświęcenia powinna być miłość — miłość do wszystkich ludzi. Moralność głosząca pogląd, że wartości du-chowe są cenniejsze od materialnych, ucząca cię gardzić dziwką oddającą swoje ciało komu popadnie — żąda od ciebie, byś oddał duszę rozpustnej miłości każdego, kto się pojawi na horyzoncie.
Podobnie jak bogactwo, miłość ani żadne inne uczucie nie może być pozbawione przyczyny. Uczucie jest odzewem na istniejący fakt, oceną podyktowaną przez twoje kryteria. Kochać, znaczy cenić. Człowiek, który wam powie, że można cenić bez wartości, kochać kogoś, kogo się postrzega jako bezwartościowego, twierdzi zarazem, że można się wzbogacić dzięki konsumpcji bez produkcji i że papierowe pieniądze mają tę samą wartość co złoto.
Zwróćcie uwagę, że nie oczekuje od was odczuwania pozbawionego przyczyny lęku. Kiedy tacy jak on zdobywają władzę, są mistrzami w wynajdywaniu środków terroru i dają wam liczne powody do odczuwania strachu, za pomocą którego pragną wami rządzić. Gdy jednak chodzi o miłość, najwyższe uczucie, pozwalacie im wykrzykiwać, że jesteście przestępcami moralnymi, skoro nie potraficie odczuwać bezprzyczynowej miłości. Gdy człowiek bez powodu odczuwa lęk, wysyłacie go do psychiatry; znaczenia, charakteru i dostojeństwa miłości nie strzeżecie już tak pilnie.
Miłość jest wyrazem wartości człowieka, najwyższą nagrodą, jaką można otrzymać za zalety wypracowane w swojej osobowości i osobie, emocjonalną ceną płaconą przez jednego człowieka za radość, jaką mu dają cnoty drugiego. Wasza moralność żąda oddzielenia miłości od wartości i ofiarowania jej pierwszemu lepszemu obibokowi, nie w odpowiedzi na jego wartość, lecz na potrzebę; nie w formie nagrody, lecz jałmużny, nie jako zapłatę za cnoty, lecz jako czek in blanco wystawiony na przywary. Wasza moralność mówi wam, że celem miłości jest uwolnienie się z więzów moralności, że miłość stoi ponad oceną moralna, że prawdziwa miłość przewyższa, wybacza i znosi każdy rodzaj zła w ukochanej osobie i że im jest większa, na tym większą nieprawość jej pozwala. Kochanie człowieka za jego cnoty jest marne i ludzkie, mówi; kochanie go za wady jest świętością. Kochanie tych, którzy są tego warci, jest dbaniem o własne interesy; kochanie tych, którzy nie są, poświęceniem. Jesteś winien miłość tym, którzy na nią nie zasługują, a im bardziej nie zasługują, tym więcej jesteś im winien — im wstrętniejszy obiekt, tym szlachetniejsza miłość — a jeśli potrafisz sprowadzić swoją duszę do stanu wysypiska, przyjmującego wszystko na równych prawach, jeśli potrafisz przestać cenić wartości moralne, osiągnąłeś stan moralnej perfekcji.
Taka jest wasza moralność poświęcenia i jej bliźniacze ideały: przeobrażenia życia swego ciała w obraz chlewu i życia swego ducha w obraz wysypiska.
Taki był wasz cel — i osiągnęliście go. Dlaczego teraz jęczycie, że człowiek jest bezradny, a jego aspiracje daremne? Bo nie potrafiliście zdobyć bogactwa, dążąc do zniszczenia? Bo nie potrafiliście znaleźć rozkoszy w czczeniu bólu? Bo nie potrafiliście żyć, przyjąwszy za kryterium wartości śmierć?
Byliście zdolni żyć tylko w takim stopniu, w jakim łamaliście swój kodeks moralny, a jednak wierzycie, że ci, którzy go głoszą, są przyjaciółmi ludzkości, potępiacie siebie i nie ośmielacie się kwestionować ich pobudek ani celów. Spójrzcie na nich teraz, stojąc przed swoim ostatnim wyborem — i jeśli postanowicie zginąć, gińcie z pełną świadomością tego, jak tanio sprzedaliście skórę tak słabemu wrogowi.
Mistycy obu szkół, głoszący doktrynę poświęcenia, są zarazkami atakującymi poprzez wasz jedyny słaby punkt: obawę przed poleganiem na własnym umyśle. Mówią wam, że dysponują środkami wiedzy wyższymi niż umysł, świadomością nadrzędną wobec rozumu, jakby otrzymali specjalny przywilej od jakiegoś kosmicznego urzędnika, potajemnie udzielającego im wskazówek. Mistycy ducha utrzymują, że posiadają dodatkowy zmysł, którego wam brak: ich szósty zmysł polega na zaprzeczaniu wszelkiej wiedzy zdobytej przez pięć pozostałych. Mistycy mięśni nie uzurpują sobie prawa do percepcji pozazmysłowej: stwierdzają po prostu, że wasze zmysły nie są nic warte i że ich mądrość polega na dostrzeganiu w niewiadomy sposób waszej ślepoty. Jedni i drudzy żądają od was uznania własnej świadomości za iluzję i oddania im się we władanie. Dowodem ich wyższej wiedzy ma być fakt, iż twierdzą coś dokładnie odwrotnego niż to, co wy wiecie, a dowodem lepszej znajomości egzystencji fakt, że doprowadzają was do nędzy, poświęcenia, głodu i unicestwienia. Twierdzą, że dostrzegają sposób życia lepszy od waszej egzystencji na ziemi. Mistycy ducha nazywają go „innym wymiarem”, co oznacza zaprzeczanie istniejącym wymiarom. Mistycy mięśni nazywają go „przyszłością”, co oznacza przeczenie teraźniejszości. Istnienie polega na posiadaniu tożsamości. Jaką tożsamość potrafią nadać swojemu wyższemu królestwu? Opowiadają wam o tym, czym nie jest, ale nigdy o tym, czym jest. Identyfikują jedynie poprzez negację: Bóg jest czymś, czego nie może zrozumieć ludzki umysł, mówią— i żądają, byście to uważali za wiedzę — Bóg to nie-człowiek, niebo to nie-ziemia, dusza to nie-ciało, cnota to nie-zysk, A to nie-A, percepcja jest pozazmysłowa, a wiedza pozarozumowa. Ich definicje nie polegają na definiowaniu, lecz na wymazywaniu.
Jedynie metafizyka pijawki może się przyssać do pojęcia wszechświata, w którym kryterium tożsamości stanowi zero. Pijawka pragnie uciec przed koniecznością określania własnej natury — przed świadomością, że substancją, z której buduje swój prywatny wszechświat, jest krew. Jaki jest charakter wyższego świata, dla którego poświęcają istniejący? Mistycy ducha przeklinają materię, mistycy mięśni przeklinają zysk. Pierwsi chcą, by człowiek skorzystał na wyrzeczeniu się życia doczesnego, drudzy — by odziedziczył ziemię, wyrzekając się wszelkich korzyści. Ich niematerialne, niedochodowe światy to krainy, w których rzeki niosą mleko i kawę, wino tryska ze skał, a ciasto spada z chmur za cenę otwarcia ust. W doczesnym, interesownym życiu trzeba zainwestować ogromną ilość cnoty — inteligencji, uczciwości, energii, umiejętności — by wybudować milę drogi; w ich niematerialnym, bezinteresownym świecie lata się z planety na planetę za cenę życzenia. Kiedy uczciwa osoba pyta ich „Jak?”, odpowiadają z pogardliwą wyższością, że „jak” jest pojęciem przyziemnych realistów; pojęciem wyższych duchów jest Jakoś”. Na tej ziemi, ograniczonej materią i zyskiem, nagrody zdobywa się dzięki myśleniu; w świecie wolnym od takich ograniczeń zdobywa sieje za pomocą życzeń.
Oto cały ich nędzny sekret. Sekretem ich wszystkich ezoterycznych filozofii, dialektyk i wyższych zmysłów, umykających oczu i mrukliwych słów, sekretem, w imię którego niszczą cywilizację, język, przemysł i życie, sekretem, w imię którego dziurawią własne oczy i uszy, przytępiają zmysły i opróżniają umysły, celem rozwadniania aksjomatów rozumu, logiki, materii, istnienia, rzeczywistości —jest wzniesienie na tle tej plastycznej masy jednego świętego aksjomatu: ich życzenia.
Ograniczeniem, przed którym usiłują uciec, jest zasada tożsamości. Wolnością, której poszukują, jest wolność od faktu, że A zawsze będzie równe A, niezależnie od ich łez i napadów furii — że rzeka nie przyniesie im mleka, niezależnie od tego, jak bardzo będą głodni — że woda nie popłynie w górę, niezależnie od tego, jak by im to ułatwiło życie, i jeśli chcą ją doprowadzić do dachu drapacza chmur, muszą tego dokonać myślą i pracą, w których liczy się charakter każdego cala rurociągu, ale nie ich uczucia — uczuciami bowiem nie zdołają zmienić kursu jednej drobinki kurzu w powietrzu ani natury żadnego postępku, którego się dopuścili.
Ci, którzy wam mówią, że człowiek nie jest zdolny postrzegać rzeczywistości niezniekształconej przez jego zmysły, mają na myśli to, że nie chcą widzieć rzeczywistości niezniekształconej przez ich uczucia. „Istniejący stan rzeczy” to stan postrzegany przez twój umysł; oddziel go od rozsądku, a otrzymasz „stan pobożnych życzeń”.
Nie istnieje uczciwy bunt przeciwko rozumowi — a kiedy akceptujesz jakąkolwiek część ich doktryny, powoduje tobą pragnienie, by upiekło ci się coś, na usiłowanie czego rozsądek by ci nie pozwolił. Wolnością, której szukasz, jest wolność od faktu, że jeśli twój majątek pochodzi z kra-dzieży, jesteś łajdakiem, niezależnie od tego, ile dajesz na cele dobroczynne ani jak często się modlisz — że jeśli sypiasz z dziwkami, nie jesteś nic wart jako mąż, niezależnie od tego, jak gorliwie zapewniasz siebie następnego ranka o miłości do żony — że jesteś jednostką, a nie serią przypadkowych kawałków rozrzuconych po wszechświecie, w którym nic nie trzyma się kupy i nic cię do niczego nie obliguje, po wszechświecie z dziecinnego koszmaru, gdzie tożsamości zmieniają się i rozmywają, gdzie nędznik i bohater są wymienialnymi, dowolnie przybieranymi rolami — że jesteś człowiekiem — że jesteś jednostką — że jesteś.
Nieważne, jak gorliwie zapewniasz, że celem twoich mistycznych życzeń jest wyższa forma życia, bunt przeciwko tożsamości jest życzeniem nieistnienia. Pragnąc nie być niczym konkretnym, pragniesz po prostu nie być.
Twoi nauczyciele, mistycy obu szkół, odwrócili w swojej świadomości zasadę przyczyny i skutku, a teraz usiłują ją odwrócić w życiu. Uważają swoje uczucia za przyczynę, a umysł za bierny skutek. Przyjmują emocje za narzędzie postrzegania rzeczywistości. Swoje pragnienia traktują jako fakt podstawowy, nadrzędny wobec wszystkich pozostałych. Uczciwy człowiek nie pragnie, zanim nie zidentyfikuje obiektu swoich pragnień. Mówi: „To istnieje, więc pragnę tego”. Oni mówią: „Pragnę tego, więc to istnieje”.
Chcą oszukać aksjomat istnienia i świadomości, uczynić ze swojej świadomości narzędzie służące nie do postrzegania, lecz do kreowania rzeczywistości, a istnienie nie ma być przedmiotem, lecz podmiotem ich świadomości — chcą być Bogiem, którego stworzyli na swój obraz i podobieństwo, tworzącym świat z nicości za pomocą kaprysu. Rzeczywistości nie da się jednak oszukać. To, co osiągają, jest przeciwieństwem ich pragnienia. Pragną nieograniczonej władzy nad istnieniem; zamiast tego tracą władzę nad własną świadomością. Wyrzekając się wiedzy, skazują się na koszmar wiecznej niewiedzy.
Te irracjonalne życzenia, które cię pociągają w ich doktrynie, emocje, które czcisz jak bożka, składając ziemię na ich ołtarzu, ta mroczna, niespójna namiętność wewnątrz ciebie, którą nazywasz głosem Boga albo własnych gruczołów, jest jedynie trupem twojego umysłu. Uczucie kolidujące z rozumem, uczucie, którego nie potrafisz wyjaśnić ani kontrolować, jest tylko pozostałością tego skrzywionego myślenia, które odebrało umysłowi kontrolę.
Kiedykolwiek popełniłeś grzech odmowy myślenia i widzenia, ukrywając przed pewnikiem rzeczywistości jakieś drobne życzenie, kiedykolwiek powiedziałeś: „Niech mój rozum nie osądza kradzieży ciastek albo nie roztrząsa istnienia Boga, niech się spełni moje irracjonalne życzenie, a we wszystkim innym będę rozsądny” — był to akt przenicowania świadomości, demoralizacji umysłu. Twój umysł stawał się wtedy przepłaconą ławą przysięgłych, przyjmującą rozkazy z jakiegoś podziemnego świata i tak przekręcającą dowody, by pasowały do pewnika, którego nie ośmiela się tknąć — a w efekcie otrzymujesz ocenzurowaną, rozbitą rzeczywistość, gdzie kawałki, które postanowiłeś widzieć, unoszą się ponad przepaściami tych niewidzialnych, połączone balsamem w postaci uczucia zwolnionego z myślenia.
Ogniwa, które usiłujesz zniweczyć, to ogniwa przyczyn. Wróg, którego pragniesz pokonać, to zasada przyczyny i skutku, nie zezwalająca na cuda. Zasada przyczyny i skutku to zasada tożsamości, odnosząca się do działania. Wszystkie działania są dziełem jednostek. Natura działania wynika z natury działającej jednostki; nic nie może działać sprzecznie ze swoją naturą. Działanie nie wywołane przed jednostkę byłoby wywołane przez zero, co by oznaczało, że nic sprawuje kontrolę nad czymś, nie-jednostka nad jednostką, nieistniejące nad istniejącym — i w ten sposób osiągnęlibyśmy wszechświat, którego pragną twoi nauczyciele, przyczynę ich doktryn bezprzyczynowego działania, powód ich buntu przeciwko rozumowi, cel ich moralności, polityki, ekonomii, upragniony ideał: rządy zera.
Zasada tożsamości nie pozwala ci zjeść ciastka i mieć go nadal. Zasada przyczyny i skutku nie pozwala ci zjeść ciastka, zanim je otrzymałeś. Ale jeśli utopisz obie zasady w otchłaniach swojego umysłu, jeśli będziesz udawać przed sobą i innymi, że nie widzisz — możesz próbować uzurpować sobie prawo do zjedzenia swojego ciastka dzisiaj, a jutro zabrania mi mojego, możesz głosić, że aby mieć ciastko, należy je zjeść, zanim się je upiekło, że aby wyprodukować, należy najpierw skonsumować, że wszyscy, którzy sobie czegoś życzą, mają do tego jednakowe prawo, bo nic z niczego nie wynika. To, co bezprzyczynowe w materii, prowadzi do tego, co niezasłużone w duchu. Kiedykolwiek buntujesz się przeciwko zasadzie przyczyny i skutku, kieruje tobą oszukańcze pragnienie, nie aby przed nią uciec, lecz gorzej: aby ją odwrócić. Pragniesz niezasłużonej miłości, jak gdyby miłość, czyli skutek, mogła ci nadać osobistą wartość, czyli przyczynę — pragniesz niezasłużonego podziwu, jak gdyby podziw, czyli skutek, mógł dać ci cnotę, czyli przyczynę — pragniesz niezasłużonego bogactwa, jak gdyby bogactwo, czyli skutek, mogło ci dać umiejętność, czyli przyczynę — błagasz o miłosierdzie, miłosierdzie, nie sprawiedliwość, jakby niezasłużone przebaczenie mogło wymazać przyczynę tego błagania. I dla tych drobnych, paskudnych krętactw popierasz doktryny swoich nauczycieli, kiedy już idą na całego, głosząc, że wydawanie — skutek — tworzy bogactwo — przyczynę; że narzędzia — skutek — tworzą inteligencję — przyczynę; że twoje pragnienia seksualne — skutek — tworzą twoje wartości filozoficzne — przyczynę. Kto płaci za tę orgię? Kto powoduje to, co nie ma powodu? Kim są ofiary, skazane na pozostanie nieznanymi i milczącą agonię, by nie zakłócić pozorów swego nieistnienia? My nimi jesteśmy — my, ludzie umysłu.
Jesteśmy przyczyną wszystkich wartości, których pożądacie, my, myślący, a zatem definiujący tożsamość i odkrywający ogniwa przyczyny i skutku. Nauczyliśmy was wiedzieć, mówić, produkować, pragnąć i kochać. Gdyby nie my, wy, którzy wyrzekliście się rozsądku, nie moglibyście realizować swoich pragnień ani nawet ich posiadać. Nie potrafilibyście pragnąć ubrań, których nie uszyto, samochodu, którego nie wynaleziono pieniędzy, których nie wymyślono, w zamian za dobra, które nie istnieją, podziwu niedoświadczonego przez ludzi, którzy nic nie zyskali, miłości należnej i właściwej tylko tym, którzy zachowują zdolność myślenia, wyboru i wartościowania.
Wy, wyskakujący jak dzikusy z dżungli swoich uczuć na Piątą Aleję naszego Nowego Jorku i obwieszczający, że chcecie zachować światło elektryczne, ale zniszczyć jego źródła — to z naszego bogactwa korzystacie, niszcząc nas, z naszych wartości, potępiając nas, z naszego języka, przecząc istnieniu umysłu.
Tak jak mistycy ducha wymyślili swoje niebo na obraz ziemi, pomijając nasze istnienie, i obiecali wam nagrody, cudem stworzone z nie-materii, współcześni mistycy mięśni pomijają nasze istnienie i obiecują wam niebo, w którym materia kształtuje się z własnej, bezprzyczynowej woli w nagrody pożądane przez nie-umysł.
Przez wieki mistycy ducha kazali sobie płacić za ochronę, czyniąc życie na ziemi nieznośnym, a potem żądając od was zapłaty za pocieszenie i ulgę; zakazując wszelkich cnót, które umożliwiają życie, a potem jadąc na grzbiecie waszego wstydu; obwieszczając, że produkcja i rozkosz są grze-chami, a potem zbierając od grzeszników okup. My, ludzie umysłu, byliśmy cichymi ofiarami tej doktryny, my, gotowi złamać ich kodeks moralny i dać się potępić za grzech rozumu — my, myślący i działający, podczas gdy oni pragnęli i modlili się — my, moralni rozbitkowie, szmuglujący życie, gdy zbrodnią było żyć — podczas gdy oni pławili się w chwale moralnej za cnotę pokonania chciwości i rozdawania w bezinteresownej dobroczynności dóbr materialnych wyprodukowanych przez — biała plama.
Teraz jesteśmy skuci i zmuszani do produkcji przez dzikusów, którzy nie identyfikują nas nawet jako grzeszników — dzikusów głoszących, że nie istniejemy, po czym grożących odebraniem nam życia, którego nie posiadamy, jeśli nie dostarczymy im dóbr, których nie produkujemy. Teraz oczekuje się od nas, że zapewnimy transport kolejowy i będziemy znali co do minuty czas przybycia pociągu na stację po drugiej stronie kontynentu, że będziemy kierować hutami żelaza i znać strukturę molekularną każdej kapki metalu w kablach waszych mostów i w kadłubach sa-molotów utrzymujących was w powietrzu — podczas gdy plemiona waszych groteskowych, małych mistyków mięśni biją się o trupa świata, bełkocząc nieludzkim głosem, że nie ma żadnych zasad, pewników, wiedzy ani umysłu.
Schodząc poniżej poziomu dzikusa, wierzącego, że wymawiane przez niego magiczne słowa mają moc zmieniania rzeczywistości, wierzą oni, że rzeczywistość można zmienić mocą słów, których nie wymawiają — a ich czarodziejską różdżką jest biała plama, utrzymywanie, że nic nie może zaistnieć, jeśli nie dadzą na to magicznego przyzwolenia.
Tak jak ich ciała żywią się kradzionymi dobrami, ich umysły karmią się kradzionymi pojęciami i głoszą, że uczciwość polega na odmowie przyjęcia do wiadomości, że się kradnie. Tak jak korzystają ze skutków, przecząc przyczynom, korzystają też z pojęć, przecząc korzeniom i istnieniu owych pojęć. Tak jak nie pragną budować, lecz zagarniać fabryki, nie pragną myśleć, lecz zagarnąć myśl ludzką.
Tak jak głoszą, że do kierowania fabryką potrzeba jedynie umiejętności przekładania dźwigni maszyn, i wymazują pytanie, kto stworzył fabrykę — głoszą też, że nie istnieją jednostki, a jedynie ruch, i wymazują fakt, że ruch zakłada istnienie rzeczy, która się porusza, a zatem bez pojęcia jednostki pojęcie ruchu nie może istnieć. Tak jak głoszą swoje prawo do konsumpcji tego, na co nie zapracowali, i wymazują pytanie, kto ma to wyprodukować — głoszą, że nie istnieje zasada tożsamości, że nie istnieje nic z wyjątkiem zmiany, i wymazują fakt, że zmiana zakłada istnienie rzeczy, która się zmienia, i tej, w którą się zmienia, a zatem bez zasady tożsamości pojęcie zmiany jest niemożliwe. Tak jak ograbiają przemysłowca, przecząc jego wartości, usiłują zawładnąć całym istnieniem, zaprzeczając, jakoby istniało.
„Wiemy, że nic nie wiemy” — trajkoczą, wymazując fakt, że to także jest wiedza — „Nie ma pewników” — trajkoczą, wymazując fakt, że wygłaszają pewnik — „Nie można dowieść, że się istnieje ani że się posiada świadomość” — trajkoczą, wymazując fakt, że dowód zakłada istnienie, świadomość i skomplikowany łańcuch wiedzy: istnienie czegoś, co ma być poznane, świadomości zdolnej do jego poznania i znajomości pojęć udowodnionego i nieudowodnionego. Kiedy dzikus, który nie nauczył się mówić, głosi, że istnienie wymaga dowodu, prosi cię o dowiedzenie tego poprzez nieistnienie — kiedy głosi, że dowodu wymaga świadomość, prosi o dowiedzenie tego poprzez nieświadomość — prosi, żebyś wyszedł w otchłań znajdującą się poza istnieniem i świadomością, by mu dowieść istnienia obu — prosi, żebyś stał się zerem, zdobywającym wiedzę na temat zera.
Kiedy głosi, że aksjomat można przyjąć lub odrzucić i nie decyduje się przyjąć aksjomatu, że istnieje, wymazuje fakt, że przyjął go poprzez wypowiedzenie tego zdania — że jedynym sposobem odrzucenia go jest zamknąć się, nie wygłaszać żadnych teorii i umrzeć.
Aksjomat to twierdzenie, które identyfikuje podstawę wiedzy i każdego dalszego odnoszącego się do niej twierdzenia, twierdzenie obecne we wszystkich innych, niezależnie od tego, czy ktoś chce je tam widzieć czy nie. Aksjomat to twierdzenie pokonujące oponentów za pomocą faktu, że muszą je zaakceptować i posługiwać się nim w każdym procesie zmierzającym do zaprzeczenia mu. Niech jaskiniowiec, który nie przyjmuje aksjomatu tożsamości, spróbuje przedstawić swoją teorię, nie posługując się tym pojęciem ani żadnym wywodzącym się od niego — niech istota człekokształtna nie przyjmująca do wiadomości istnienia rzeczowników, spróbuje wymyślić język bez rzeczowników, przymiotników czy czasowników — niech czarownik nie uznający postrzegania zmysłowego, spróbuje tego dowieść, nie posługując się danymi zdobytymi dzięki niemu — niech łowca głów nie uznający logiki, spróbuje tego dowieść, nie posługując się logiką— niech pigmej twierdzący, że drapacz chmur nie potrzebuje fundamentów, jeśli ma więcej niż pięćdziesiąt pięter, usunie fundamenty spod swojego budynku zamiast spod twojego — niech kanibal gderający, że wolny umysł był potrzebny, by stworzyć cywilizację przemysłową, lecz nie jest potrzebny, by ją zachować, otrzyma grot strzały i niedźwiedzią skórę, a nie katedrę na uniwersytecie. Myślicie, że cofają was w mroki średniowiecza? Cofają was w mroki, jakich jeszcze w historii nie było. Ich celem nie jest epoka przednaukowa, lecz przedjęzykowa. Zamierzają was pozbawić pojęcia, na którym opiera się ludzki umysł, życie i kultura — pojęcia rzeczywistości obiektywnej. Zidentyfikujcie rozwój ludzkiej świadomości, a poznacie cel ich doktryny.
Dzikus to istota, która nie pojęła, że A jest równe A i że rzeczywistość jest rzeczywista. Jego umysł zatrzymał się na poziomie niemowlęcia, w stanie, w którym występują już początki postrzegania zmysłowego, ale nie rozpoznaje się jeszcze konkretnych przedmiotów. To właśnie niemowlę odbiera świat jako ruchomą plamę pozbawioną poruszających się przedmiotów — a jego umysł rodzi się w dniu, w którym pojmuje, że smuga, która wciąż obok niego przelatuje, jest jego matką, a ten wir za nią to firanka, że są to dwie konkretne jednostki i żadna nie może się zmienić w drugą, że są tym, czym są — że istnieją. Dzień, w którym pojmuje, że materia nie posiada woli, jest dniem zrozumienia, że ono samo ją posiada. Tak rodzi się człowiek. Kiedy spostrzega, że odbicie, które widzi w lustrze, nie jest złudzeniem — jest prawdziwe, lecz nie jest nim; że miraż na pustyni nie jest złudzeniem — powietrze i promienie światła wywołujące go są prawdziwe, ale nie jest to miasto, lecz odbicie miasta — dzień, w którym pojmuje, że nie jest biernym odbiorcą wrażeń danej chwili, że zmysły nie dostarczają mu automatycznej wiedzy w oddzielnych, pozbawionych kontekstu odcinkach, lecz jedynie materiał na wiedzę, który jego umysł musi nauczyć się scalać — dzień, w którym pojmuje, że zmysły nie mogą go omamić, że obiekty fizyczne nie mogą działać bez przyczyny, że jego organy percepcji są fizyczne i nie posiadają woli ani mocy wymyślania czy zniekształcania, że materiał, którego mu dostarczają, jest pewnikiem, ale umysł musi się nauczyć go rozumieć, odkryć naturę, przyczyny i pełen kontekst tego materiału, zidentyfikować postrzegane rzeczy — jest dniem jego narodzin jako myśliciela i naukowca.
My jesteśmy ludźmi, którzy osiągają ten dzień; wy postanowiliście osiągnąć go częściowo; dzikus to ktoś, kto nie osiąga go nigdy.
Dla dzikusa świat jest miejscem niezrozumiałych cudów, gdzie materia nieożywiona może wszystko, on sam zaś nic. Jego światem nie jest nieznane, lecz irracjonalny koszmar: niepoznawalne. Wierzy, że obiekty fizyczne posiadają tajemniczą wolę, napędzaną bezprzyczynowymi, nieprzewidywalnymi kaprysami, podczas gdy on jest bezradnym pionkiem na łasce sił, nad którymi nie ma kontroli. Wierzy, że naturą rządzą demony, posiadające nieograniczoną władzę, i że rzeczywistość jest ich plastyczną zabawką, w której mogą w każdej chwili zmienić jego miskę zjedzeniem w węża, a żonę w żuka, A, którego nigdy nie odkrył, może być dowolnym nie-A, jakie wybiorą, a jego jedyną wiedzą jest to, że nie wolno mu dążyć do wiedzy. Nie może na nic liczyć, może jedynie chcieć — spędza więc życie na chceniu, na błaganiu demonów, by spełniły jego życzenia mocą swojej woli, dziękując im, kiedy to czynią, biorąc winę na siebie, gdy tego nie czynią, składając im ofiary na znak wdzięczności i pokuty, czołgając się na brzuchu w strachu i czci dla słońca, księżyca, wiatru, deszczu i każdego łotra, który ogłasza się wyrazicielem ich woli, pod warunkiem, że jego słowa są niezrozumiałe, a maska dostatecznie przerażająca — pragnie, błaga i czołga się, po czym umiera, pozostawiając wam, jako zapis swojej wizji świata, zdeformowanych, potwornych bożków, hybrydy człowieka, bestii i pająka, wcielenia świata, w którym nie istnieje A.
Taki jest stan intelektualny waszych nauczycieli i do takiego świata chcą was przywieść. Jeśli się zastanawiacie, w jaki sposób zamierzają to zrobić, wejdźcie do dowolnej sali uniwersyteckiej, a usłyszycie, jak profesorowie uczą wasze dzieci, że człowiek nie może być niczego pewien, że jego świadomość nie jest nic warta, że nie może poznać faktów ani praw istnienia, że jest niezdolny do poznania obiektywnej rzeczywistości. Jakie zatem jest jego kryterium wiedzy i prawdy? Jest nim to, w co wierzą inni, odpowiadają nauczyciele. Nie istnieje wiedza, mówią, tylko wiara: twoja wiara w to, że istniejesz, jest warta tyle samo co czyjaś wiara w to, że ma prawo cię zabić; naukowe aksjomaty są warte tyle samo co mistyczna wiara w objawienia; przekonanie, że generator może wytworzyć światło elektryczne, jest warte tyle samo co przekonanie, że może je wytworzyć królicza łapka pocałowana pod drabiną w pierwszy dzień miesiąca — prawda jest taka, jakiej chcą ludzie, a ludzie to wszyscy oprócz ciebie; rzeczywistością jest to, co ludzie nią obwołali; nie ma faktów obiektywnych, jedynie kaprysy — człowiek poszukujący wiedzy w laboratorium za pomocą probówek i logiki jest staroświeckim, przesądnym głupcem; prawdziwy naukowiec to ktoś, kto bada opinię publiczną — i gdyby nie samolubna chciwość producentów dźwigarów stalowych, żywotnie zainteresowanych zahamowaniem postępu nauki, dowiedzielibyście się, że Nowy Jork nie istnieje, bo ankieta przeprowadzona wśród całej ludności świata wykazałaby dobitnie, że jej przekonania zabraniają mu istnieć. Przez wieki mistycy ducha głosili, że wiara jest nadrzędna w stosunku do rozumu, lecz nie śmieli przeczyć istnieniu tego drugiego. Ich spadkobiercy, mistycy mięśni, dokończyli dzieło i zrealizowali ich marzenie: głoszą, że wszystko jest wiarą, i nazywają to buntem przeciwko wierze. Ich bunt przeciwko nie dowiedzionym twierdzeniom polega na głoszeniu, że niczego nie można dowieść; bunt przeciwko wiedzy nadprzyrodzonej na twierdzeniu, że wszelka wiedza jest niemożliwa; bunt przeciwko wrogom nauki na twierdzeniu, że nauka to przesąd; bunt przeciwko zniewoleniu umysłu na twierdzeniu, że umysł nie istnieje.
Jeśli wyrzekacie się zdolności postrzegania, jeśli akceptujecie zmianę kryteriów z obiektywnych na kolektywne i czekacie, aż ludzkość wam powie, co macie myśleć, wkrótce przed oczami, których się wyrzekliście, rozegra się kolejna zmiana: wasi nauczyciele staną się władcami kolektywu, a jeśli odmówicie podporządkowania im się, protestując, że nie są całą ludzkością, odpowiedzą: „Skąd wiesz, że nie jesteśmy? Jesteśmy, bracie? Skąd wziąłeś to staroświeckie słowo?” Jeśli wątpicie, że taki właśnie jest ich cel, zwróćcie uwagę, jak uporczywie mistycy mięśni starają się wymazać z waszej pamięci fakt, iż pojęcie „umysł” kiedykolwiek istniało. Zwróćcie uwagę na ich nowomowę, słowa o gumowym znaczeniu, nieokreślone określenia, za pomocą których usiłują obejść pojęcie myślenia. Twoja świadomość, mówią, składa się z „odruchów”, „reakcji”, „doświadczeń”, „popędów” i „pragnień” — i odmawiają identyfikacji środków, za pomocą których zdobyli tę wiedzę, identyfikacji aktu jej przekazywania i aktu odbierania jej przez ciebie. Słowa potrafią cię „ocenić”, mówią i odmawiają identyfikacji powodu, dla którego słowa potrafią cię zmienić — biała plama. Student czytający książkę rozumie ją dzięki procesowi — biała plama. Naukowiec pracujący nad wynalazkiem posługuje się — biała plama. Psycholog pomagający neurotykowi rozwiązać problem i rozwikłać konflikt czyni to za pomocą — biała plama. Przemysłowiec — biała plama — nie ma takiej osoby. Fabryka jest „zasobem naturalnym”, jak drzewo, skała czy kałuża. Problem produkcji, mówią, został rozwiązany i nie zasługuje na badania ani troskę; waszym „odruchom” pozostał jedynie do rozwiązania promem dystrybucji. Kto rozwiązał problem produkcji? Ludzkość, odpowiadają. Jakie było rozwiązanie? Produkty istnieją. Skąd się wzięły? Skądś. Co się do tego przyczyniło? Przyczyny nie istnieją.
Głoszą, że każdy człowiek rodzi się upoważniony do istnienia bez pracy, niezależnie od praw kierujących rzeczywistością, ma więc prawo otrzymywać „podstawowy zasiłek” — żywność, ubiór, dach nad głową
— bez żadnych starań, jako coś prawnie mu należnego. Otrzymywać — od kogo? Biała plama. Każdy człowiek, obwieszczają, ma jednakowe prawo do korzystania z powstających na świecie dobrodziejstw techniki. Powstających — za czyją sprawą? Biała plama. Roztrzęsieni tchórze, po-zujący na obrońców przemysłowców, określają teraz cel ekonomii jako „dopasowanie nieograniczonych pragnień ludzkich do ograniczonej ilości dostarczanych dóbr”. Dostarczanych — przez kogo? Biała plama. Intelektualni bandyci, pozujący na profesorów, drwią z dawnych myślicieli, twierdząc, że ich teorie społeczne opierały się na niepraktycznym założeniu, iż człowiek jest istotą rozumną — ponieważ jednak ludzie nie są rozumni, mówią, należy stworzyć system, który im umożliwi istnienie w takim stanie, co znaczy: w opozycji do rzeczywistości. Kto to umożliwi? Biała plama. Pierwsza lepsza miernota publikuje plany kontroli nad dobrami wytwarzanymi przez ludzkość — i niezależnie od tego, czy ktoś się zgadza ze statystykami czy nie, nikt nie kwestionuje jej prawa do narzucania swoich planów siłą. Narzucania — komu? Biała plama. Kobiety z pieniędzmi, na które nie zapracowały, podróżują dookoła świata i wracają, by nieść zacofanym narodom przesłanie, że świat „domaga się” wyższego standardu życia. Domaga się — od kogo? Biała plama.
By zaś uzasadnić różnicę między wioską w dżungli a Nowym Jorkiem, posuwają się do ohydy tłumaczenia postępu cywilizacyjnego — drapaczy chmur, mostów wiszących, silników elektrycznych, pociągów — twierdzeniem, że człowiek jest zwierzęciem wyposażonym w „instynkt produkcji narzędzi”.
Zastanawiałeś się, co jest nie tak ze światem? Doktryna bezprzyczynowego i niezasłużonego osiągnęła apogeum. Wszystkie twoje gangi mistyków, ducha czy mięśni, walczą teraz o władzę nad tobą, gderając, że miłość rozwiąże wszystkie problemy twojego ducha, a bicz wszystkie problemy ciała — umysłu bowiem, jak sam się zgodziłeś, nie posiadasz Przyznając człowiekowi mniej godności niż bydłu, ignorując to, co mógłby im powiedzieć treser zwierząt — że żadnego zwierzęcia nie da się wytresować poprzez strach, że torturowany słoń raczej zmiażdży oprawcę, niż będzie dla niego pracował lub nosił jego ciężary — oczekują, że będzie dalej produkował lampy elektronowe, odrzutowce, silniki rozbijające atomy i teleskopy międzygwiezdne, otrzymując w nagrodę swoją porcję mięsa, a jako bodziec smagnięcie biczem po plecach.
Nie miej wątpliwości co do charakteru mistyków. Przez wszystkie wieki ich jedynym celem było okaleczenie twojej świadomości, a ich jedynym pragnieniem — pragnienie kierowania tobą przy użyciu siły.
Od rytuałów czarowników z dżungli, zniekształcających rzeczywistość do rozmiarów groteskowych absurdów, blokujących umysły swoich ofiar i przez wieki stagnacji utrzymujących ich w lęku przed nadprzyrodzonym — poprzez nadprzyrodzone doktryny średniowiecza, każące ludziom kulić się na zabłoconych podłogach nędznych chat w przerażeniu, że diabeł może skraść zupę, na którą pracowali osiemnaście godzin — po małego, obleśnego profesorka, zapewniającego, że twój mózg nie jest zdolny do myślenia, a ty nie masz środków postrzegania i musisz być ślepo posłuszny wszechmocnej woli siły nadprzyrodzonej, której na imię społeczeństwo — wszystko to jest tym samym działaniem w tym samym celu: zredukowania cię do postaci papki, która wyrzekła się zaufania do swojej świadomości.
Nie da się jednak tego zrobić bez twojej zgody. Jeśli na to pozwalasz, zasługujesz na to. Kiedy słuchasz kazania mistyka na temat bezsilności ludzkiego umysłu i zaczynasz wątpić we własną, nie jego, świadomość, kiedy pozwalasz, by twoim niestabilnym, półracjonalnym stanem wstrząsnęło pierwsze lepsze stwierdzenie, i dochodzisz do wniosku, że bezpieczniej jest zaufać jego pewności i wiedzy, kpisz z was obu: twoja zgoda jest jedynym źródłem jego pewności. Moc nadprzyrodzona, przed którą drży mistyk, niepoznawalny duch, którego czci, świadomość, którą uważa za wszechmocną — należą do ciebie.
Mistyk to ktoś, kto wyrzekł się własnego umysłu przy pierwszym zetknięciu z umysłami innych. Gdzieś w dzieciństwie, gdy jego pojmowanie rzeczywistości zderzyło się z cudzymi twierdzeniami, arbitralnymi rozkazami i sprzecznymi żądaniami, ogarnął go tak przemożny lęk przed niezależnością, że wyrzekł się rozumu. Mając wybór między ,ja wiem” a „oni mówią”, wybrał autorytet innych, wolał się podporządkować, niż zrozumieć, wolał wierzyć, niż myśleć. Wiara w nadprzyrodzoność zaczyna się od wiary w wyższość innych. Jego poddanie się przybrało formę uczucia, że musi ukryć swój brak zrozumienia, że inni posiadają jakąś tajemną wiedzę, której sam jest pozbawiony i że w jakiś niedostępny mu sposób potrafią tak zaczarować rzeczywistość, by odpowiadała ich życzeniom.
Od tej chwili, bojąc się myśleć, jest zdany na łaskę niezidentyfikowanych uczuć. Uczucia stają się jego jedynym przewodnikiem i jedyną pozostałością osobowości, trzyma się ich kurczowo — a jeśli myśli, to tylko o tym, jak ukryć przed sobą fakt, iż jego uczucia są koszmarem. Kiedy mistyk deklaruje, że czuje istnienie siły wyższej niż rozum, istotnie tak czuje, siłą tą nie jest jednak wszechwiedzący duch wszechświata, lecz świadomość każdego przechodnia, na rzecz którego wyrzekł się własnej. Mistykiem kieruje pragnienie robienia wrażenia, oszukiwania, schlebiania, okłamywania, zmuszania owej wszechmocnej cudzej świadomości. „Oni” są jego jedynym kluczem do rzeczywistości, czuje, że nie może istnieć inaczej niż tylko dzięki ujarzmieniu ich tajemnej siły i wymuszeniu na nich jakiejś nieokreślonej zgody. „Oni” są jego jedynymi organami postrzegania i, jak ślepiec uzależniony od wzroku psa, czuje, że musi ich trzymać na smyczy, by żyć. Panowanie nad cudzą świadomością staje się jego jedyną pasją; żądza władzy jest chwastem wyrastającym jedynie na pustkowiach porzuconego umysłu.
Każdy dyktator jest mistykiem, a każdy mistyk potencjalnym dyktatorem. Mistyk pragnie od ludzi posłuszeństwa, nie zgody. Chce, żeby się wyrzekli własnej świadomości na rzecz jego zapewnień, zarządzeń, życzeń, kaprysów — tak, jak on wyrzekł się swojej na rzecz ich własnej. Chce kierować ludźmi za pomocą wiary i siły — nie zadowala go ich zgoda, jeśli musi na nią zapracować faktami i rozsądkiem. Rozsądek jest wrogiem, którego śmiertelnie się boi, a zarazem uważa za niepewnego: rozsądek jest dla niego instrumentem oszustwa; czuje, że ludzie posiadają moc wyższą od rozsądku
— i tylko ich bezprzyczynowa wiara lub wymuszone posłuszeństwo mogą mu dać jakieś poczucie bezpieczeństwa, dowód, że objął panowanie nad mistycznym darem, którego mu brakowało. Jego pragnieniem jest rządzić, nie przekonać: przekonanie wymaga aktu niezależności i domaga się uznania pewnika w postaci rzeczywistości obiektywnej; on zaś pragnie władzy nad rzeczywistością i nad ludzkim instrumentem jej postrzegania — umysłem — władzy umieszczenia swojej woli pomiędzy istnieniem a rzeczywistością, jak gdyby, godząc się na udawanie rzeczywistości, którą im każe udawać, ludzie mieli ją istotnie stworzyć.
Tak jak pasożytuje na materii, zagarniając bogactwo wytworzone przez innych, i na duchu, plądrując pomysły wymyślone przez innych, mistyk schodzi poniżej poziomu szaleńca, tworzącego własne zdeformowane rzeczywistości — do poziomu pasożyta szaleństwa, dążącego do deformacji stworzonej przez innych.
Istnieje tylko jeden stan spełniający jego pragnienie nieskończoności, bezprzyczynowości i braku tożsamości: śmierć. Jakiekolwiek niezrozumiałe przyczyny przypisywałby swoim nieprzekazywalnym uczuciom, każdy, kto odrzuca rzeczywistość, odrzuca istnienie — a uczuciami, które odtąd nim kierują, są nienawiść do wszystkich wartości ludzkiego życia i pragnienie wszelkiego zła zdolnego je zniszczyć. Mistyk rozkoszuje się spektaklem cierpienia, biedy, służalczości i terroru: te rzeczy dają mu poczucie triumfu, dowód zwycięstwa nad racjonalną rzeczywistością. Żadna inna jednak nie istnieje.
Nieważne, czyjemu dobru rzekomo służy — Boga czy bezcielesnego gargulca, którego nazywa „ludem”; nieważne, jaki ideał wynosi do nadprzyrodzonych rozmiarów — w rzeczywistości, na ziemi, jego ideałem jest śmierć, pragnieniem zabijanie, a jedyne, co go zadowala, zadawanie tortur. Destrukcja to jedyny cel, jaki kiedykolwiek osiągnęła doktryna mistyków i jedyny, jaki osiąga dziś, a jeśli dokonane przez nich spustoszenia nie zmusiły ich do zakwestionowania własnej doktryny, jeśli utrzymują że kieruje nimi miłość, lecz nie powstrzymuje ich stos trupów, to dlatego, że prawda na temat ich dusz jest gorsza niż ta ohydna wymówka, na którą się godzisz — wymówka, że cel uświęca środki i że potworności, których się dopuszczają, są środkami wiodącymi do szlachetniejszego celu. Prawda jest taka, że te potworności są ich celem.
Ty, dość zepsuty, by wierzyć, że możesz się przyzwyczaić do dyktatury mistyka i zadowolić go spełnianiem jego rozkazów, wiedz, że nie ma sposobu na to, by go zadowolić. Kiedy go posłuchasz, odwróci rozkazy; pragnie posłuszeństwa dla samego posłuszeństwa i zniszczenia dla samego zniszczenia. Ty, dość tchórzliwy, by wierzyć, że możesz się dogadać z mistykiem, przystając na jego wymuszenia — wiedz, że nie ma sposobu, by go kupić, bo przystanie tylko na jedną łapówkę
— twoje życie — i weźmie je tym szybciej, im bardziej mu na to pozwalasz — a potworem, którego ma przekupić ta łapówka, jest ukryta biała plama w jego umyśle, każąca mu zabijać, by uciec przed świadomością, że to własnej śmierci pragnie.
Ty, dość niewinny, by wierzyć, że siły hulające swobodnie po dzisiejszym świecie kierują się pożądaniem rzeczy materialnych, wiedz, że walka mistyków o łupy jest jedynie zasłoną dymną, ukrywającą przed ich umysłami charakter ich pobudek. Bogactwo służy utrzymywaniu ludzkiego życia, a oni domagają się go, imitując żywe stworzenia, by udawać przed sobą, że pragną żyć. Ale to ich tarzanie się w zagrabionych dobrach nie jest radością, lecz ucieczką. Nie pragną zagarnąć twojej fortuny: pragną, byś ty ją stracił; nie pragną sukcesu, lecz twojej porażki; nie pragną życia, lecz twojej śmierci; nie pragną niczego, nienawidzą istnienia i wciąż uciekają, by się nie dowiedzieć, że sami są przedmiotem swojej nienawiści.
Ty, który nigdy nie pojąłeś natury zła i nazywasz ich „zbłąkanymi idealistami” — oby Bóg, którego wymyśliłeś, ci wybaczył! — wiedz, że to oni stanowią istotę zła, oni, słudzy antyżycia, pragnący pożreć świat, by wypełnić bezosobowe zero swoich dusz. Nie o twoje bogactwo im chodzi. Spiskują przeciwko umysłowi, a zatem: przeciwko ludzkiemu życiu.
Jest to spisek bez przywódcy ani kierunku, a drobni dranie, bogacący się na udręce tej czy innej ziemi, są przypadkowymi szumowinami, unoszącymi się na falach wielowiekowych ścieków, które przerwały tamę : i wylały się ze zbiornika nienawiści do rozsądku, logiki, umiejętności, osiągnięcia i radości, gromadzonej przez wszystkich skomlących antyludzi, głoszących wyższość „serca” nad rozumem.
Jest to spisek wszystkich, którzy nie pragną żyć, lecz chcą, aby „upiekło im się życie”, wszystkich, którzy pragną odciąć maleńki skrawek rzeczywistości i czują więź uczuciową z każdym, kto zawzięcie odcina inny — spisek łączący więzami uniku wszystkich dążących do wartości „zero”: profesora, który, nie potrafiąc myśleć, znajduje przyjemność w okaleczaniu cudzych umysłów; biznesmena, który, by chronić własną stagnację, znajduje przyjemność w krępowaniu talentu konkurentów; neurotyka, który, by bronić pogardy dla samego siebie, znajduje przyjemność w odbieraniu innym poszanowania własnej wartości; nieudacznika znajdującego przyjemność w pokonywaniu cudzych osiągnięć; miernoty znajdującej przyjemność w niszczeniu wielkości; eunucha znajdującego przyjemność w kastracji wszelkiej przyjemności — i wszystkich producentów ich intelektualnej amunicji, głoszących, że złożenie cnót w ofierze przeobrazi przywary w cnoty. Śmierć jest założeniem leżącym u źródła ich teorii i celem ich wszystkich działań — a wy jesteście ich ostatnimi ofiarami.
My, żywe bufory pomiędzy wami a naturą waszej doktryny, nie będziemy już was ratować przed skutkami waszych własnych wierzeń. Mamy już dość płacenia własnym życiem za wasze długi i za deficyt moralny nagromadzony przez poprzednie pokolenia. Żyliście w pożyczonym czasie — a ja jestem człowiekiem, który domaga się zwrotu pożyczki.
Jestem człowiekiem, którego istnienie miała wymazać biała plama wewnątrz was. Jestem człowiekiem, któremu nie chcieliście pozwolić ani żyć, ani umrzeć. Nie chcieliście, abym żył, bo baliście się wiedzieć, że dźwigam na swoich barkach zrzuconą przez was odpowiedzialność i że wasze życie jest w moich rękach; nie chcieliście, abym umarł, bo to wiedzieliście. Dwanaście lat temu, gdy pracowałem w waszym świecie, byłem wynalazcą. Wykonywałem zawód, który pojawił się w historii ludzkości ostatni i zniknie pierwszy, gdy ludzkość zejdzie do poziomu podludzi. Wynalazca to człowiek, który pyta wszechświat: „Dlaczego?” i nie pozwala, by cokolwiek stanęło między odpowiedzią a jego umysłem.
Jak człowiek, który odkrył zastosowanie pary, lub ten, który odkrył zastosowanie ropy, ja odkryłem źródło energii osiągalne od czasu narodzin ziemi, lecz dotąd stanowiące jedynie obiekt czci, trwogi i legend pozbawionych ciskającego gromy boga. Zbudowałem eksperymentalny model silnika, który przyniósłby fortunę mnie i tym, którzy by mnie wynajęli, zwiększyłby wydajność każdego urządzenia napędzanego elektrycznością i produktywność każdej godziny poświęcanej przez was zarabianiu na życie.
Potem, pewnego wieczoru, podczas zebrania w fabryce, otrzymałem za swoje osiągnięcie wyrok śmierci. Usłyszałem, jak troje pasożytów stwierdza, że mój mózg i życie stanowią jch własność, a moje prawo do istnienia jest uwarunkowane spełnieniem ich pragnień. Celem moich umiejętności, mówili, jest służba potrzebom tych, którzy ich nie posiadają. Nie mam prawa żyć — z racji mojej umiejętności życia; oni mają do tego pełne prawo — z racji swojej nieumiejętności. Wtedy zrozumiałem, co złego dzieje się ze światem, pojąłem, co niszczy ludzi i narody, i gdzie musi się rozegrać walka o życie. Zrozumiałem, że wrogiem jest odwrócona moralność, a jego jedyną siłą — moje przyzwolenie. Zrozumiałem, że zło jest bezsilne — że jest nim irracjonalność, ślepota, antyrzeczywistość — i że jedynym narzędziem jego triumfu jest gotowość dobra do służenia mu. Tak jak otaczające mnie pasożyty głosiły swoją bezradną zależność od mojego umysłu i oczekiwały ode mnie dobrowolnego oddania się w niewolę, której nie mogły mi narzucić; tak jak liczyły, że złożę siebie w ofierze, by mogły zrealizować swój plan — na całym świecie i w całej historii ludzkości, w każdej wersji i formie, od wymuszeń ze strony próżnujących krewnych po okrucieństwa państw praktykujących kolektywizm, ludzie dobrzy, zdolni, ludzie rozumu działają na rzecz własnego zniszczenia, przelewają w żyły zła krew własnej cnoty i pozwalają mu wlewać w swoje zabójczą truciznę, dając mu siłę przetrwania, a własnym wartościom pozostawiając bezradność śmierci. Zrozumiałem, że aby zło mogło pokonać człowieka cnotliwego, potrzebna jest jego własna zgoda i żadna krzywda uczyniona mu przez innych nie poskutkuje, jeśli on sam tej zgody nie udzieli. Zrozumiałem, że mogę położyć kres waszym postępkom, wymawiając w myślach jedno jedyne słowo. Wymówiłem je. Słowo to brzmiało: „Nie”.
Odszedłem z fabryki. Odszedłem ze świata. Zająłem się ostrzeganiem waszych ofiar i dostarczaniem im metody i broni do walki z wami. Metodą była odmowa unikania odwetu. Bronią była sprawiedliwość.
Jeśli chcecie wiedzieć, co straciliście, kiedy odszedłem i kiedy ci, którzy przyłączyli się do strajku, opuścili wasz świat — stańcie na niezbadanym przez człowieka pustkowiu i zadajcie sobie pytanie, w jaki sposób i jak długo przetrwalibyście, odmawiając myślenia i nie mając nikogo, kto by was nauczył, co robić, a ile zdołałyby odkryć wasze umysły, gdybyście zdecydowali się myśleć — zadajcie sobie pytanie, do ilu niezależnych wniosków doszliście w życiu, a ile czasu spędziliście na wykonywaniu działań, których nauczyli was inni — zapytajcie siebie, czy potrafilibyście odkryć, jak uprawiać ziemię i hodować dla siebie żywność, wynaleźć koło, dźwignię, cewkę indukcyjną, generator, lampę elektronową — i wtedy zdecydujcie, czy ludzie uzdolnieni są wyzyskiwaczami, żyjącymi z owoców waszej pracy i okradającymi was z bogactwa, które wytwarzacie, i czy ośmielacie się wierzyć, że jesteście zdolni ich zniewolić. Niech wasze kobiety przyjrzą się kobiecie z dżungli o wyschniętej twarzy i obwisłych piersiach, ucierającej w misce posiłki, godzina za godziną, wiek za wiekiem — i zadadzą sobie pytanie, czy ich „instynkt wytwarzania narzędzi” zapewni im lodówki, pralki i odkurzacze, a jeśli nie, czy istotnie pragną zniszczyć tych, którzy to wszystko stworzyli, lecz nie dokonali tego dzięki „instynktowi”.
Rozejrzyjcie się wokół wy, jaskiniowcy, dukający, że idee powstają dzięki środkom produkcji, a maszyna nie jest wytworem ludzkiej myśli, lecz mistyczną siłą, rodzącą ludzką myśl. Dla was nigdy nie nastała epoka przemysłu; do dziś trzymacie się kurczowo barbarzyńskiej moralności z czasów, w których praca mięśni niewolników zapewniała ludzkości nędzną egzystencję. Każdy mistyk zawsze tęsknił za niewolnikami, aby go chronili przed materialną rzeczywistością, przed którą drżał. Ale wy, w swoim groteskowym atawizmie, gapicie się tępo na drapacze chmur i kominy, marząc o zniewoleniu dostarczycieli materiałów — naukowców, wynalazców i przemysłowców. Domagając się publicznej własności środków produkcji, pragniecie publicznej własności umysłu. Ja nauczyłem strajkujących, że jedyną odpowiedzią, na jaką zasługujecie, jest: „Przyjdźcie i weźcie go sobie”.
Głosicie, że nie potraficie ujarzmić sił materii nieożywionej, a chcecie ujarzmić umysły ludzi zdolnych do wyczynów dla was niewykonalnych. Głosicie, że nie możecie bez nas przetrwać, a chcecie nam dyktować warunki naszego przetrwania. Głosicie, że nas potrzebujecie, a posuwacie się do bezczelności twierdzenia, że macie prawo rządzić nami przy użyciu siły — i oczekujecie, że my, nie obawiający się tej fizycznej natury, która was napełnia przerażeniem, stchórzymy na widok pierwszego lepszego chama, który was namówił, żebyście mu dali szansę rządzenia nami. Chcecie zbudować społeczeństwo oparte na następujących zasadach: że nie macie kompetencji do kierowania własnym życiem, lecz posiadacie wystarczające, by kierować cudzym — że nie jesteście przygotowani do wolności, lecz możecie sprawować rządy absolutne — że nie jesteście zdolni zarobić na życie mocą własnej inteligencji, ale możecie oceniać polityków i przyznawać im nieograniczoną władzę nad nieznaną wam sztuką, niezrozumiałą dla was nauką, osiągnięciami, o których nie macie pojęcia, i gigantycznymi zakładami przemysłowymi, gdzie wy, na podstawie własnej definicji swoich umiejętności, nie nadawalibyście się do pracy nawet na stanowisku zastępcy smarowacza.
Ten bożek waszego kultu zera, ten symbol niemocy — urodzony pasożyt — jest waszym wyobrażeniem człowieka i kryterium wartości, na obraz którego usiłujecie przekształcić swoją duszę. „To ludzka rzecz!” — wołacie w obronie wszelkiego zepsucia, poniżając się do tego stopnia, że chcecie, by pojęcie „ludzki” oznaczało słabeusza, durnia, nędznika, kłamcę, niezdarę, tchórza i oszusta, podczas gdy odmawiacie prawa przynależności do rodzaju ludzkiego bohaterowi, myślicielowi, producentowi, wynalazcy, silnemu, dążącemu do celu, czystemu —jak gdyby rzeczą ludzką było „odczuwanie”, ale nie myślenie; jak gdyby ludzka była klęska, lecz nie sukces; jak gdyby ludzkie było zepsucie, lecz nie cnota — jak gdyby człowiek kierował się przesłanką śmierci, a nie życia.
Chcąc nas pozbawić honoru, by potem móc pozbawić bogactwa, zawsze traktowaliście nas jak niewolników, nie zasługujących na uznanie moralne. Wychwalacie każde przedsięwzięcie określane jako niedochodowe, po czym potępiacie ludzi, dzięki dochodom których było ono moż-liwe. Uważacie, że „w interesie publicznym” leży każdy projekt na rzecz tych, którzy nie płacą — podczas gdy świadczenie usług tym, którzy płacą, do tej kategorii nie należy. „Pożyteczna dla społeczeństwa” jest każda jałmużna, handel natomiast jest dla społeczeństwa krzywdą. „Dobro publiczne” to dobro tych, którzy na nie nie zapracowali; tym, którzy zapracowali, dobro się nie należy. „Społeczeństwem” są dla was wszyscy, którzy nie zdołali osiągnąć żadnej cnoty ani wartości; każdy, kto ją osiągnął, każdy, kto wam dostarcza dóbr potrzebnych do przetrwania, przestaje być częścią społeczeństwa i rasy ludzkiej.
Jaka biała plama pozwoliła wam mieć nadzieję, że upiecze wam się to szambo sprzeczności, i planować je jako idealne społeczeństwo, skoro jedno „nie” waszych ofiar wystarczało do zburzenia całej tej konstrukcji? Co pozwala każdemu bezczelnemu żebrakowi obnażać swoje rany przed oczyma lepszych od siebie i tonem groźby prosić o pomoc? Podobnie jak on, wykrzykujecie, że liczycie na naszą litość, ale waszą sekretną nadzieją jest kodeks moralny, który was nauczył liczyć na nasz wstyd. Oczekujecie, że będziemy się czuli winni swoich cnót w obecności waszych przywar, ran i klęsk — winni, że żyjemy i cieszymy się życiem, które wy potępiacie, lecz błagacie, byśmy pomogli wam przeżyć.
Chcieliście wiedzieć, kim jest John Galt? Jestem pierwszym uzdolnionym człowiekiem, który odmówił uważania swoich zdolności za winę. Jestem pierwszym, który nie chce odprawiać pokuty za swoje cnoty ani pozwolić na wykorzystanie ich jako narzędzi zniszczenia swojej własnej osoby. Jestem pierwszym człowiekiem nie godzącym się na męczeństwo z rąk tych, którzy chcieliby, abym zginął w imię przywileju utrzymania ich przy życiu. Jestem pierwszym, który im powiedział, że ich nie potrzebuje i że dopóki nie nauczą się z nim pertraktować jak kupcy, oferując wartość za wartość, będą musieli istnieć bez niego, tak jak on będzie istniał bez nich; wtedy przekonają się, kto ma potrzeby, a kto umiejętności — i, jeśli ludzkie przetrwanie stanowi kryterium, na czyich warunkach nastąpi to przetrwanie.
Planowo i celowo uczyniłem to, co od zarania dziejów odbywało się na zasadzie biernego oporu. Zawsze istnieli ludzie, którzy strajkowali, w imię protestu i z rozpaczy, nie pojmując jednak znaczenia swoich działań. Człowiek wycofujący się z życia publicznego, by myśleć, lecz nie dzielić się swoimi myślami — człowiek postanawiający spędzić życie jako sługa, zachowując dla siebie żar swojego umysłu, nigdy nie nadając mu kształtu, wyrazu ani realnego wymiaru, odmawiając ofiarowania go światu, którym gardzi — człowiek pokonany przez odrazę, rezygnujący, nim zaczął, wolący rezygnację od uległości, pracujący na bardzo niskich obrotach, rozbrojony przez tęsknotę za ideałem, którego nie znalazł — wszyscy oni strajkują, strajkują przeciwko brakowi rozsądku, przeciwko waszemu światu i waszym wartościom. Nie znając jednak żadnych innych, własnych wartości, porzucają poszukiwania — w mrokach beznadziejnego oburzenia, słusznego bez znajomości tego, co słuszne, namiętnego bez znajomości pożądania, oddają wam władzę nad rzeczywistością i wyrzekają się bodźców swoich umysłów — po czym giną w gorzkim poczuciu daremności, jako buntownicy nie znający przedmiotu swego buntu i kochankowie, którzy nie odkryli miłości.
Haniebne czasy, które nazywacie mrokami średniowiecza, były epoką strajku inteligencji. Ludzie inteligentni zeszli wówczas pod ziemię i żyli nie odkryci, studiując potajemnie, po czym umierali, unicestwiając dzieła swoich umysłów; tylko garstka najdzielniejszych męczenników pozostała, by trzymać ludzkość przy życiu. Każdy okres rządów mistyków był epoką stagnacji i niedostatku, w której większość ludzi strajkowała przeciwko istnieniu, otrzymując za swoją pracę mniej, niż wystarczało na przeżycie, i nie pozostawiając władcom do zagrabienia nic z wyjątkiem ochłapów, odmawiając myślenia, odwagi, produkcji; właścicielem ich zysków i najwyższym autorytetem w kwestii prawdy był wówczas kaprys jakiegoś pozłacanego degenerata o władzy uświęconej prawem bożym lub siłą pałki. Droga historii ludzkości była drogą białych plam, biegnących przez jałową przestrzeń, wyżartą przez wiarę i przemoc, z kilkoma zaledwie chwilami blasku, następującymi wtedy, gdy uwolniona energia ludzi umysłu dokonywała cudów, na które wy gapiliście się, podziwialiście je i czym prędzej niszczyliście.
Tym razem to się wam nie uda. Gra mistyków dobiegła końca. Znikniecie we własnej nierzeczywistości — i dzięki niej. My, ludzie rozsądku, przetrwamy.
Wezwałem do strajku męczenników, którzy nigdy przedtem was nie opuścili. Dałem im broń, której przedtem nie mieli: świadomość ich moralnej wartości. Nauczyłem ich, że świat jest nasz, kiedykolwiek zechcemy się o niego upomnieć, ponieważ nasza moralność jest moralnością życia. Oni, wielkie ofiary, których dziełem były wszystkie cuda krótkiego lata ludzkości, oni, przemysłowcy, władcy materii, nie rozumieli charakteru swojego prawa. Nie wiedzieli, że do nich należy władza. Ja ich nauczyłem, że do nich należy chwała.
Wy, którzy macie czelność uważać nas za gorszych moralnie od pierwszego lepszego mistyka, nawiedzanego przez nadprzyrodzone wizje — wy, walczący jak sępy o zagrabione grosze, ale gardzący ludźmi zbijającymi majątek własną pracą — wy, gardzący biznesmenami, a podziwiający pseudoartystów — źródłem waszych kryteriów jest ten mistyczny miazmat, unoszący się z pierwotnych bagien, ten kult śmierci, który każe uznawać biznesmena za niemoralnego z racji faktu, że to on utrzymuje was przy życiu. Wy, twierdzący, że pragniecie się wznieść ponad prymitywne sprawy ciała, ponad rutynę realizacji czysto fizycznych potrzeb — kto jest zniewolony przez potrzeby fizyczne: Hindus harujący od świtu do zmroku przy ręcznym pługu za miskę ryżu czy Amerykanin jadący na traktorze? Kto jest władcą fizycznej rzeczywistości: człowiek śpiący na gwoździach czy ten, który śpi na materacu sprężynowym? Co jest narzędziem triumfu ducha ludzkiego nad materią: pełne zarazków chałupy nad brzegami Gangesu czy wyrastająca nad oceanem sylwetka Nowego Jorku? Jeśli nie poznacie odpowiedzi na te pytania — i nie nauczycie się stać na baczność w obliczu wytworów ludzkiego umysłu — niedługo już pożyjecie na tej ziemi, którą my kochamy i której nie pozwolimy wam zaprzepaścić. Nie prześliźniecie się po reszcie swoich dni. Przedstawiłem pokrótce zwykły bieg historii, żebyście mogli odkryć rodzaj zapłaty, którą mieliście nadzieję zrzucić na cudze barki. Ostatki waszych sił witalnych zostaną teraz wyssane, by dostarczyć czcicielom i nosicielom śmierci to, na co nie zapracowali. Nie udawajcie, że pokonała was podła rzeczywistość — pokonały was własne uniki. Nie udawajcie, że giniecie za szlachetny ideał — posłużycie jako pasza dla tych, którzy nienawidzą człowieka. Ale tym spośród was, którzy zachowali resztki godności i pragnienie miłości życia, daję szansę wyboru. Wybierajcie, czy chcecie zginąć za moralność, w którą nigdy nie wierzyliście i której nie praktykowaliście. Zatrzymajcie się na skraju autodestrukcji i przypatrzcie swoim wartościom i życiu. Dokonajcie przeglądu zawartości waszych umysłów.
Od dzieciństwa ukrywacie wstydliwy sekret, że nie czujecie pragnienia, by być moralnymi, nie chcecie dążyć do samozniszczenia, boicie się i nienawidzicie swojego kodeksu, ale nie ośmielacie się tego powiedzieć nawet samym sobie; że jesteście pozbawieni owych „moralnych instynktów”, które rzekomo czują inni. Im mniej czuliście, tym głośniej obwieszczaliście swoją bezinteresowną miłość i oddanie innym, bojąc się, by nie odkryli waszego własnego ja, tego, które zdradziliście i trzymaliście w ukryciu, niczym trupa zamkniętego w szafie własnego ciała. A oni, będący zarazem oszukiwanymi i oszustami, słuchali i przyklaskiwali wam w obawie, że odkryjecie, iż ukrywają ten sam sekret. Wasze istnienie polega na wielkim udawaniu, odgrywaniu komedii przed sobą nawzajem, bo każdy czuje, że tylko on jest grzesznym wybrykiem natury, upatruje autorytet moralny w jakiejś niepoznawalnej sile, do której dostęp mają tylko inni, i udaje rzeczywistość na podstawie swojego wyobrażenia cudzych oczekiwań. Tylko niektórzy mają odwagę przerwać to błędne koło.
Nieważne, jaki niechlubny kompromis zawarliście ze swoją niepraktyczną doktryną, nieważne, jak nędzną równowagę między cynizmem a przesądem udaje wam się teraz utrzymywać, nie pozbyliście się korzeni, które stanowi śmiercionośna zasada: wiara, że moralność i praktyczność są przeciwieństwami. Od dzieciństwa uciekacie przed koszmarem wyboru, którego nigdy nie ośmieliliście się w pełni zidentyfikować. Jeśli to, co praktyczne — wszystko, co musicie robić, by istnieć, wszystko, co się sprawdza, odnosi sukces, osiąga cel, przynosi wam pożywienie i przy-jemność, przynosi wam korzyść, jest złe — a dobre, moralne jest to, co niepraktyczne, to, co się nie udaje, niszczy, blokuje, rani was i przynosi wam straty lub ból — wasz wybór jest wyborem między moralnością a życiem.
Jedynym rezultatem tej morderczej doktryny było pozbawienie życia moralności. Dorastaliście w wierze, że jedyny związek zasad moralnych z życiem polega na przeszkadzaniu i zagrażaniu mu z ich strony; że ludzkie istnienie jest pozbawioną moralności dżunglą, w której dopuszczalne jest wszystko. I w tej mgle odwróconych definicji, która osiadła na uśpionych umysłach, zapomnieliście, że grzechy potępiane przez waszą doktrynę to cnoty potrzebne do życia, i zaczęliście wierzyć, że rzeczywistym złem są praktyczne środki istnienia. Zapominając, że tym niepraktycznym „dobrem” było poświęcenie, wierzycie, że poszanowanie własnej wartości jest niepraktyczne; zapominając, że praktycznym „złem” była produkcja, wierzycie, że praktyczna jest grabież.
Kołysząc się jak bezradna gałązka na wietrze nie oznaczonego na mapach moralnego pustkowia, nie ośmielacie się być w pełni złymi ani w pełni żywymi. Kiedy jesteście uczciwi, czujecie urazę ze strony oszusta; kiedy oszukujecie, czujecie trwogę i wstyd; wasz ból wzmaga uczucie, że ból jest waszym stanem naturalnym. Litujecie się nad ludźmi, których podziwiacie, wierząc, że są skazani na klęskę; zazdrościcie tym, których nienawidzicie, wierząc, że są panami istnienia. Czujecie się bezradni wobec łotrów, wierząc, że zło musi zwyciężyć, bo moralność jest bezsilna, „niepraktyczna”.
Moralność jest dla was widmowym strachem na wróble, na którego składają się obowiązek, nuda, kara i ból, skrzyżowaniem waszego pierwszego nauczyciela z podstawówki i poborcy podatkowego, stojącym na jałowym polu i wymachującym kijem, by odpędzić wasze przyjemności
— a słowo „przyjemność” oznacza dla was mózg przesiąknięty alkoholem, bezmózgą dziwkę albo głupotę tumana stawiającego pieniądze na wyścigach zwierząt, bo przecież przyjemność nie może być moralna.
Jeśli zrozumiecie, w co naprawdę wierzycie, odkryjecie potrójne potępienie — siebie, życia i cnoty
— kryjące się w groteskowym wniosku: wierzycie, że moralność to zło konieczne.
Czy zastanawiacie się, dlaczego żyjecie bez godności, kochacie bez ognia i umieracie bez oporu? Czy zastanawiacie się, dlaczego, gdziekolwiek spojrzycie, widzicie jedynie pytania bez odpowiedzi, dlaczego w waszym życiem targają nierozwiązywalne konflikty, dlaczego spędzacie je, W siedząc na irracjonalnych płotach, by uniknąć sztucznych wyborów, takich jak: dusza czy ciało, umysł czy serce, bezpieczeństwo czy wolność, prywatny zysk czy dobro społeczne?
Krzyczycie, że nie znajdujecie odpowiedzi? W jaki sposób mieliście nadzieję je znaleźć? Wyrzekacie się narzędzia percepcji — umysłu — a potem narzekacie, że wszechświat jest tajemnicą. Wyrzucacie klucz, a potem jęczycie, że wszystkie drzwi są przed wami zamknięte. Wyruszacie w poszukiwaniu irracjonalnego, a potem przeklinacie istnienie za to, że nie ma sensu. Płot, na którym przesiadujecie od dwóch godzin — słuchając moich słów i usiłując przed nimi uciec — jest tchórzowską formułką zawartą w zdaniu: „Nie posuwajmy się do skrajności!” Skrajnością, której zawsze staraliście się uniknąć, jest rozpoznanie faktu, iż rzeczywistość jest ostateczna, A znaczy A, a prawda jest prawdziwa. Kodeks moralny, którego nie da się praktykować, kodeks domagający się niedoskonałości lub śmierci, nauczył was rozpuszczać wszystkie idee we mgle, nie pozwalać na jednoznaczne definicje, traktować każde pojęcie jako przybliżone i każdą regułę postępowania jako elastyczną, asekurować się w przypadku wszelkich zasad i iść na kompromis w przypadku wszelkich wartości, starając się zawsze „wypośrodkować”. Wymuszając na was akceptację nadprzyrodzonych aksjomatów, wasz kodeks zmusił was do odrzucenia aksjomatu natury. Uniemożliwiając oceny moralne, odebrał wam zdolność formułowania racjonalnych opinii. Kodeks, który zabrania wam rzucić pierwszy kamień, zabronił wam definiować tożsamość kamieni i wiedzieć, kiedy i czy jesteście kamienowani.
Człowiek odmawiający wydania sądu, nie mówiący ani „tak”, ani „nie”, twierdzący, że nie istnieją pewniki, i wierzący, że uniknie odpowiedzialności, jest odpowiedzialny za całą krew przelewaną teraz na świecie. Rzeczywistość jest pewnikiem, istnienie jest pewnikiem, drobinka kurzu jest pewnikiem i jest nim także ludzkie życie. To, czy żyjesz, czy umierasz, jest pewnikiem. To, czy masz kawałek chleba czy nie, jest pewnikiem. To, czy zjesz swój chleb, czy zje go grabieżca, także jest pewnikiem.
Każda sprawa ma dwa końce: jeden jest słuszny, a drugi niesłuszny; to, co pośrodku, jest jednak zawsze złe. Człowiek, który się myli, zachowuje jakiś szacunek dla prawdy, choćby poprzez przyjęcie odpowiedzialności wyboru. Człowiek środka jest natomiast sługusem, wymazującym prawdę na rzecz udawania, że nie istnieje żaden wybór ani wartości, chcącym przeczekać każdą bitwę, napić się krwi niewinnych albo czołgać na brzuchu do winnych, rozpraszającym sprawiedliwość poprzez posyłanie do więzienia zarówno rabusia, jak i obrabowanego, rozwiązującym konflikty poprzez nakazywanie myślicielowi i głupcowi spotkać się w pół drogi. W każdym kompromisie pomiędzy pożywieniem a trucizną zwycięzcą może być jedynie śmierć. Na każdym kompromisie pomiędzy dobrem a złem skorzystać może jedynie zło. W transfuzji krwi, osłabiającej dobro, by wzmocnić zło, osoba idąca na kompromis odgrywa rolę gumowej rurki. Wy, pół rozumni, pół tchórze, bawicie się w ciuciubabkę z rzeczywistością ale ofiarą, której zawiązaliście oczy, jesteście wy sami. Kiedy ludzie praktykują swoje cnoty w przybliżeniu, zło przybiera postać całkowitego; kiedy cnotliwi rezygnują z wierności sztywnym zasadom, przejmują ją dranie, fundując wam gorszący spektakl kulącego się, targującego, zdradliwego dobra i przekonanego o swojej wyższości bezkompromisowego zła. Tak jak poddaliście się mistykom mięśni, gdy wam powiedzieli, że niewiedza polega na przeświadczeniu o posiadaniu wiedzy, teraz poddajecie im się, gdy wrzeszczą, że niemoralność charakteryzuje się wyrażaniem sądów moralnych. Gdy wykrzykują, że pewność swojej racji jest samolubna, spieszycie z zapewnieniem, że niczego nie jesteście pewni. Gdy wołają, że opieranie się na swoich przekonaniach jest niemoralne, zapewniacie ich, że żadnych przekonań nie posiadacie. Kiedy rzezimieszki z Europejskich Republik Ludowych warczą, że jesteście winni nietolerancji, bo nie traktujecie swojego pragnienia życia i ich pragnienia zabicia was jako różnicy zdań — kulicie się i spieszycie z zapewnieniem, że nie jesteście nietolerancyjni wobec żadnych potworności. Kiedy jakiś bosy darmozjad w zatęchłej azjatyckiej dziurze wrzeszczy na was: „Jak śmiecie być bogaci?!” — korzycie się, błagacie go o cierpliwość i przyrzekacie, że pozbędziecie się wszystkiego. Znaleźliście się w ślepej uliczce zdrady, którą popełniliście, zgadzając się, że nie macie prawa istnieć. Kiedyś wierzyliście, że to „tylko” kompromis: godziliście się, że złem jest życie dla siebie, ale dobrem życie dla swoich dzieci. Potem godziliście się, że życie dla swoich dzieci jest samolubne, ale życie dla swojej społeczności moralne. Potem godziliście się, że życie dla swojej społeczności jest samolubne, ale życie dla kraju moralne. Teraz pozwalacie, by męty ze wszystkich zakątków świata pożerały ten najwspanialszy z krajów, godząc się, że życie dla własnego kraju jest samolubne i że waszym obowiązkiem moralnym jest życie dla świata. Człowiek, który nie ma prawa do życia, nie ma prawa do wartości i nie utrzyma ich.
Na końcu swojej drogi skutecznych zdrad, pozbawieni broni, pewności i honoru, popełniacie zdradę ostateczną, podpisując akt bankructwa intelektualnego: gdy mistycy mięśni z republik ludowych ogłaszają się panami rozumu i nauki, spieszycie ich zapewniać, że waszą fundamentalną zasadą jest wiara, podczas gdy rozsądek cechuje waszych niszczycieli. Walczącym o przetrwanie resztkom rozsądnej uczciwości w oszołomionych umysłach swoich dzieci mówicie, że nie macie racjonalnych argumentów na poparcie idei, które stworzyły ten kraj, że nie ma racjonalnego usprawiedliwienia dla wolności, własności, sprawiedliwości ani praw, że opierają się one na mistycznej intuicji i można je przyjąć jedynie na wiarę; że choć rozsądek i logika podpowiadają, iż wróg ma rację, wiara stoi ponad rozsądkiem. Mówicie im, że racjonalnie jest grabić, torturować, więzić, konfiskować i mordować, należy zaś opierać się pokusom logiki i trwać w dyscyplinie irracjonalności — że drapacze chmur, fabryki, radia i samoloty były produktami wiary i mistycznej intuicji, a głód, obozy koncentracyjne i plutony egzekucyjne są produktami racjonalnego sposobu życia — że rewolucja przemysłowa była rewoltą ludzi wiary przeciwko epoce rozsądku i logiki, znanej jako średniowiecze. Jednym tchem temu samemu dziecku, mówicie, że grabieżcy rządzący republikami ludowymi prześcigną ten kraj w produkcji, są bowiem przedstawicielami nauki, ale troszczenie się o dobra materialne jest złem i trzeba się wyrzec dostatku; mówicie, że ideały grabieżców są szlachetne, ale oni nie traktują ich poważnie, a wy tak; że waszym celem w walce z grabieżcami jest jedynie realizacja ich celów, których oni zrealizować nie mogą, lecz wy tak; i że sposobem na ich pokonanie jest uprzedzenie ich i rozdanie swojego majątku. Potem zastanawiacie się, dlaczego wasze dzieci przyłączają się do „ludowców” albo zostają na wpół oszalałymi przestępcami, dlaczego grabieżcy podchodzą coraz bliżej waszych drzwi — i winicie głupotę ludzką, twierdząc, że masy są pozbawione rozumu.
Wymazujecie ze świadomości otwarty, publiczny spektakl walki grabieżców z rozumem i fakt, że najkrwawsze zbrodnie dokonują się w imię kary za zbrodnię myślenia. Wymazujecie fakt, że większość mistyków mięśni zaczynała jako mistycy ducha, że wciąż przerzucają się z jednego na drugie, że ludzie nazywani przez ciebie materialistami i spirytualistami to tylko dwie połówki tej samej przepołowionej osoby, nieustannie poszukujące dopełnienia, lecz dążące do niego poprzez oscylowanie między niszczeniem ciała a niszczeniem duszy — że wyjeżdżają z waszych uczelni do obozów pracy w Europie, a potem staczają się w mistyczne szambo Indii, szukając ucieczki przed rzeczywistością i umysłem.
Wymazujecie to i trzymacie się kurczowo swojej obłudnej „wiary”, żeby nie dopuścić do siebie wiedzy, że grabieżcy trzymają was na smyczy, którą jest wasz kodeks moralny — że to oni bezwarunkowo i nieprzerwanie praktykują moralność, której wy jesteście w połowie posłuszni, w połowie zaś uciekacie przed nią — że praktykują ją w jedyny sposób, w jaki można to czynić: zmieniając ziemię w piec ofiarny — że wasza moralność zabrania wam opierać im się w jedyny możliwy sposób: odmawiając złożenia siebie w ofierze i dumnie głosząc swoje prawo do istnienia — że aby walczyć z nimi do końca i mieć całkowitą słuszność, musicie odrzucić swoją moralność. Wymazujecie to, bo wasze poszanowanie własnej wartości jest nierozdzielnie związane z tą mistyczną „bezinteresownością”, której nigdy nie mieliście ani nie praktykowaliście, ale udawaliście to przez tyle lat, że myśl ojej potępieniu przepełnia was trwogą. Żadna wartość nie jest wyższa od poszanowania własnej wartości, wy jednak zainwestowaliście ją w atrapy środków bezpieczeństwa — i teraz wasza moralność schwytała was w pułapkę, w której jesteście zmuszeni udawać szacunek dla siebie, walcząc po stronie credo autodestrukcji. Kpicie z samych siebie: potrzeba poszanowania własnej wartości, której nie potraficie wyjaśnić ani zdefiniować, jest częścią mojej moralności, nie waszej; jest to obiektywny symbol mojego kodeksu, mój dowód w waszych duszach.
Dzięki uczuciu, którego nie nauczył się identyfikować, lecz nosi w sobie od pierwszej świadomej chwili istnienia, od momentu odkrycia, że musi dokonywać wyborów, człowiek wie, że jego rozpaczliwa potrzeba poszanowania własnej wartości jest sprawą życia lub śmierci. Jako istota obdarzona świadomą wolą wie, że musi znać swoją wartość, by zachować życie. Wie, że musi mieć rację; mylić się w czynach, oznacza zagrożenie dla życia; mylić się w duchu, być złym, oznacza nieprzystosowanie do życia.
Każdy czyn człowieka musi być zamierzony; sam akt zdobywania lub zjadania pożywienia implikuje, że osoba, którą utrzymuje przy życiu, jest tego warta; każda przyjemność, do jakiej dąży, implikuje, że osoba dążąca do niej jest warta jej doznania. Nie ma wyboru w kwestii swojej potrzeby poszanowania własnej wartości, może jedynie wybrać kryteria, którymi ją mierzy. Popełnia śmiertelny błąd, używając owego narzędzia chroniącego życie w służbie autodestrukcji, wybierając kryterium sprzeczne z istnieniem i kierując szacunek dla własnej osoby przeciwko rzeczywistości.
Każda forma bezprzyczynowej wątpliwości, każde poczucie niższości i niedowartościowania jest w istocie ukrytym lękiem człowieka przed niezdolnością do poradzenia sobie z istnieniem. Ale im większy jego lęk, tym bardziej uporczywie trzyma się dławiących go morderczych doktryn. Żaden człowiek nie może przeżyć chwili, w której deklaruje się jako nieuleczalnie zły; jeśli mu się uda, następna chwila przyniesie szaleństwo lub samobójstwo. Jeśli wybrał kryterium irracjonalne, będzie próbował przed tym uciec, udając, uchylając się, wymazując; podstępem pozbawi się rzeczywistości, istnienia, szczęścia, umysłu — i, ostatecznie, poszanowania własnej wartości, uparcie walcząc o zachowanie jej złudzenia, by tylko nie odkryć jej braku. Strach przed stawieniem czoła jakiejś kwestii oznacza wiarę, że prawdą jest najgorsze.
Permanentnej winy nie zaszczepia w was żadna zbrodnia, którą popełniliście, żadne z waszych niepowodzeń, błędów czy wad, lecz biała plama, za pomocą której usiłujecie je wymazać — nie żaden grzech pierworodny ani nieznany wrodzony defekt, lecz świadomość faktu waszego pod-stawowego deficytu: zawieszenia umysłu, odmowy myślenia. Lęk i poczucie winy są waszymi chronicznymi uczuciami, są rzeczywiste i zasługujecie na nie, ale ich źródłem nie są żadne powierzchowne przyczyny, które wymyślacie, by ukryć prawdziwe, nie „egoizm”, słabość czy niewiedza, lecz rzeczywiste i fundamentalne zagrożenie waszego istnienia: boicie się, bo porzuciliście swoje narzędzie przetrwania, i macie poczucie winy, bo wiecie, że uczyniliście to dobrowolnie.
Zdradziliście swoje ja, to znaczy swój umysł; poszanowanie własnej wartości oznacza poleganie na własnej umiejętności myślenia. Ego, którego poszukujecie, lecz nie potraficie wyrazić ani określić, to nie emocje ani mgliste marzenia, lecz wasz intelekt, ten sędzia najwyższego trybunału, pozbawiony przez was władzy na rzecz małych krętaczy zwanych „uczuciami”. Potem czołgacie się przez noc, którą sami sobie zgotowaliście, w rozpaczliwym poszukiwaniu bezimiennego ognia, napędzani blednącą wizją ujrzanego i utraconego świtu.
Zwróćcie uwagę na uparcie powracającą w mitologiach legendę o raju, Atlantydzie lub jakimś królestwie doskonałości, które człowiek posiadał i utracił. Korzenie tej legendy tkwią nie w przeszłości rasy, lecz w przeszłości każdego człowieka. Nadal macie poczucie — nie tak konkretne jak wspomnienie, przypominające raczej tępy, niejasny ból beznadziejnej tęsknoty — że gdzieś w pierwszych latach dzieciństwa, zanim nauczyliście się uległości, wchłonęliście koszmar irracjonalności i zwątpiliście w wartość własnych umysłów, poznaliście radosną egzystencję niezależnej, rozumnej świadomości, stojącej w obliczu nieograniczonego wszechświata. Oto raj utracony, upragniony — i będący na wyciągnięcie ręki.
Niektórzy z was nigdy nie będą wiedzieli, kim jest John Galt. Ale ci, którzy przeżyli choć jedną chwilę miłości do życia i dumy z bycia wartymi przeżywania go, ogarnęli tę ziemię jednym aprobującym spojrzeniem, byli ludźmi — a ja jestem po prostu człowiekiem, który wiedział, że tego stanu nie można zdradzić. Jestem człowiekiem, który wiedział, czego potrzeba, by nim być, i postanowił zawsze praktykować to, co wy praktykowaliście przez tę jedną chwilę. Możecie zrobić to samo. Tego wyboru — oddania się temu, co w człowieku najwyższe — dokonuje się poprzez akceptację faktu, że waszym najszlachetniejszym dokonaniem było odkrycie, iż dwa plus dwa równa się cztery.
Kimkolwiek jesteś — ty, stojący teraz sam na sam z moimi słowami mając za przewodnika jedynie własną uczciwość — nadal masz szansę być człowiekiem, ale musisz rozpocząć od zera, stanąć nagi w obliczu rzeczywistości i, odwracając kosztowny błąd historii, zadeklarować: „Jestem, więc myślę”.
Zaakceptuj nieodwracalny fakt, że twoje życie zależy od twojego umysłu. Przyznaj, że wszystkie twoje zmagania, wątpliwości, oszustwa i uniki były desperacką próbą ucieczki przed odpowiedzialnością wolnej świadomości — dążeniem do automatycznej wiedzy, instynktownego działania, intuicyjnej pewności — i chociaż nazywałeś to tęsknotą do stanu anielskiego, w istocie dążyłeś do stanu zwierzęcego. Przyjmij za swój ideał moralny dążenie do bycia człowiekiem. Nie mów, że boisz się zaufać umysłowi, bo tak mało wiesz. Czy bezpieczniej jest ufać mistykom, odrzucając własną skromną wiedzę? Żyj i działaj w jej granicach i do końca życia ją rozwijaj. Wykup swój umysł z lombardu autorytetów. Zaakceptuj fakt, że nie jesteś wszechwiedzący, ale odgrywanie zombi nie zapewni ci wszechwiedzy — że twój umysł jest zawodny, ale pozbycie się go nie uczyni cię niezawodnym — że jeden własny błąd jest bezpieczniejszy niż dziesięć prawd przyjętych na wiarę, bo ten pierwszy pozostawia ci środki do naprawienia go, ostatnie zaś niszczą w tobie zdolność odróżnienia prawdy od błędu. W miejsce swojego marzenia o nieskończonej automatycznej wiedzy zaakceptuj fakt, że człowiek zdobywa wiedzę wyłącznie własnym wysiłkiem
— i właśnie to wyróżnia go we wszechświecie, to jest jego naturą, moralnością i chwałą. Pozbądź się tej nieograniczonej zgody na zło, polegającej na twierdzeniu, że człowiek jest niedoskonały. Na podstawie jakiego kryterium skazujesz go na taki stan? Zaakceptuj fakt, że aby być moralnym, trzeba być doskonałym. Doskonałości nie mierzy się jednak mistycznymi przykaza-niami, nakazującymi czynić niemożliwe, a twojej postawy moralnej kwestiami nie podlegającymi wyborowi. Człowiek ma jeden podstawowy wybór: myśleć lub nie myśleć — i właśnie to jest miarą jego cnoty. Perfekcja moralna to niezłomna racjonalność — nie rozmiar twojej inteligencji, lecz pełne i bezustanne korzystanie z umysłu, nie rozmiar wiedzy, lecz koncepcja rozsądku jako wartości absolutnej. Naucz się dostrzegać różnicę między błędami a odstępstwami od moralności. Błąd nie jest skazą moralną, pod warunkiem, że jesteś gotów go naprawić; tylko mistyk może oceniać istoty ludzkie na podstawie kryterium nieosiągalnej, automatycznej wszechwiedzy. Natomiast odstępstwo od moralności to świadomy wybór działania, o którym wiesz, że jest złe, albo celowe uchylanie się od wiedzy, odwracanie wzroku i wyłączanie myślenia. Za to, czego nie wiesz, nie jesteś odpowiedzialny moralnie; to zaś, czego nie chcesz wiedzieć, jest rosnącym w twojej duszy rachunkiem hańby. Bierz konieczne poprawki na błędy; nie wybaczaj ani nie akceptuj żadnego odstępstwa od moralności. Pozwól wątpić tym, którzy dążą do wiedzy; traktuj zaś jak potencjalnych zabójców te okazy bezczelnego zepsucia, które wysuwają wobec ciebie roszczenia, głosząc, że nie mają ani nie potrzebują mieć po temu powodów, wystarczy, że „po prostu tak czują”
— i tych kwitujących niezbity argument słowami: „To tylko logika”, znaczącymi: „To tylko rzeczywistość”. Jedyną płaszczyzną przeciwną rzeczywistości jest płaszczyzna śmierci. Zaakceptuj fakt, że osiągnięcie szczęścia jest jedynym celem moralnym twojego życia i że szczęście — a nie ból ani folgowanie bezmyślnym zachciankom — jest dowodem uczciwości moralnej, jest bowiem dowodem i wynikiem twojej lojalności wobec realizacji własnych wartości. Szczęście było odpowiedzialnością, przed którą drżałeś, wymagało racjonalnej dyscypliny wydającej się przerastać twoje możliwości — i niespokojna jałowość twoich czasów jest pomnikiem twojego uciekania przed wiedzą, że nie istnieje moralny substytut dla szczęścia i że nie ma bardziej nikczemnego tchórza niż człowiek rezygnujący z walki o radość, bojący się wyrażać swoje prawo do istnienia, pozbawiony odwagi i wierności życiu, którą posiada ptak albo kwiat rosnący ku słońcu. Pozbądź się ochronnych łachmanów tej przywary, którą nazywasz cnotą: pokory
— naucz się cenić siebie, to znaczy: walczyć o swoje szczęście — i kiedy się nauczysz, że sumą wszystkich cnót jest duma, nauczysz się żyć jak człowiek.
Niech twoim pierwszym krokiem ku poszanowaniu własnej wartości będzie nauczenie się, aby traktować jako kanibala każdego, kto żąda od ciebie pomocy. Takie żądanie świadczy, że uważa on twoje życie za swoją własność — i o ile to roszczenie samo w sobie jest wstrętne, znacznie wstrętniejsze jest co innego: twoja zgoda. Pytasz, czy w takim razie należy kiedykolwiek komuś pomagać? Nie — jeśli uważa to za swoje
prawo i twój moralny obowiązek wobec niego. Tak —jeśli takie jest twoje własne pragnienie, oparte na osobistej przyjemności, jaką daje ci wartość danej osoby i jej zmagań. Cierpienie jako takie nie jest wartością, jest nią natomiast walka człowieka z cierpieniem. Jeśli postanawiasz pomóc komuś, kto cierpi, rób to tylko z uwagi na jego cnoty, na jego walkę o wyzdrowienie, potęgę jego rozumu, fakt, że cierpi niezasłużenie — wtedy twoje działanie pozostaje wymianą, a jego cnota jest zapłatą za twoją pomoc. Pomaganie człowiekowi pozbawionemu cnót, pomaganie mu tylko dlatego, że cierpi, akceptacja jego wad i potrzeb jako roszczenia jest natomiast akceptacją hipoteki zera na twoich wartościach. Człowiek nie posiadający cnót jest człowiekiem nienawidzącym istnienia i kierującym się przesłanką śmierci; pomaganie mu jest akceptacją jego zła i popieraniem jego destruktywnych działań. Hołd złożony zeru, choćby tylko w postaci grosza, którego braku nie odczujesz, albo życzliwego uśmiechu, na który nie zasłużyło, jest zdradą życia i wszystkich usiłujących je zachować. To właśnie te grosze i uśmiechy złożyły się na upadek waszego świata. Nie mówcie, że moja moralność jest zbyt trudna, żebyście ją mogli praktykować i że boicie się jej tak samo jak nieznanego. Wszystkie chwile życia, jakich zaznaliście, przeżyliście na podstawie wartości mojego kodeksu. Wy jednak dławiliście, negowaliście i zdradzaliście go. Poświęcaliście swoje cnoty na rzecz przywar, a najlepszych ludzi na rzecz najgorszych. Rozejrzyjcie się: to, co uczyniliście ze społeczeństwem, najpierw uczyniliście z własnymi duszami; jedno jest odbiciem drugiego. Ta ponura ruina, którą jest teraz wasz świat, to fizyczny kształt zdrady popełnionej wobec waszych wartości, przyjaciół, obrońców, przyszłości, kraju i siebie samych.
My — których teraz wzywacie, lecz nie otrzymacie już odpowiedzi — żyliśmy wśród was, ale nie chcieliście nas znać. Odmawialiście myślenia i widzenia, kim jesteśmy. Nie poznaliście się na wynalezionym przeze mnie silniku, skazując go, w swoim świecie, na los grata rdzewiejącego na złomowisku. Nie poznaliście się na bohaterze tkwiącym w waszych własnych duszach — i nie rozpoznawaliście mnie, gdy was mijałem na ulicach. Kiedy rozpaczliwie wzywaliście nieosiągalnego ducha, który — jak czuliście — opuścił wasz świat, nazywaliście go moim imieniem, ale tak naprawdę wzywaliście swoje własne zdradzone poszanowanie własnej wartości. Nie da się uleczyć jednego bez drugiego.
Kiedy odmówiliście należnego szacunku umysłowi ludzkiemu i usiłowaliście rządzić ludzkością za pomocą siły — ci, którzy się podporządkowali, byli pozbawieni umysłu; ci, którzy go mają, nie podporządkowują się. Geniusz produkcyjny przywdział więc w waszym świecie przebranie playboya i został niszczycielem bogactwa, woląc zniszczyć własną fortunę, niż pozwolić odebrać ją sobie siłą. Myśliciel, człowiek rozumu, został natomiast piratem, woląc bronić swoich wartości siłą, przeciwstawiając się waszej sile, niż żyć pod rządami przemocy. Czy mnie słyszycie, Francisco d’Anconia i Ragnarze Danneskjold, moi pierwsi przyjaciele, towarzysze broni, współbanici, w imieniu których i w hołdzie którym przemawiam?
To nasza trójka zaczęła to, co teraz kończę. To nasza trójka postanowiła pomścić ten kraj i uwolnić jego uwięzioną duszę. Ten najwspanialszy z krajów został zbudowany na podstawie mojej moralności — nienaruszalnej supremacji prawa człowieka do istnienia — ale wy baliście się to przyrżnąć i żyć według tej zasady. Gapiliście się na największe osiągnięcie wszechczasów, zagarnęliście jego skutek, a wymazaliście przyczynę. ‚W obecności pomnika moralności ludzkiej, jakim jest fabryka, autostrada czy most — potępialiście ten kraj jako niemoralny, a jego postęp jako „chciwość” i przepraszaliście za wielkość tego kraju bożka pierwotnego głodu, bożka ginącej Europy, trędowatego, mistycznego darmozjada.
Ten kraj — wytwór rozsądku — nie zdołałby przetrwać, opierając się Ina moralności poświęcenia. Nie zbudowali go ludzie dążący do samounicestwienia ani ci wyciągający rękę po datki. Nie zniósłby mistycznego rozdziału między duszą a ciałem. Nie potrafiłby żyć na podstawie mistycznej doktryny, potępiającej tę ziemię jako złą, a tych, którzy odnoszą tu sukces, jako zepsutych. Ten kraj od samego początku stanowił zagrożenie dla odwiecznych rządów mistyków. W swojej młodzieńczej eksplozji pokazał niedowierzającemu światu, jak wielki potrafi być człowiek i jakie szczęście może osiągnąć na tym świecie. Możliwe było jedno albo drugie: Ameryka albo mistycy. Oni to wiedzieli, wy nie. Pozwoliliście im zarazić was kultem potrzeby, czyniąc z tego kraju olbrzyma o duszy żebrzącego karła, podczas gdy jego prawdziwą, żywą duszę zepchnięto do podziemia, by harowała i karmiła was w milczeniu, przemilczana, pozbawiona chwały, negowana — jego prawdziwą duszę: przemysłowca. Czy słyszysz mnie teraz, Hanku Rearden, największa ofiaro, jaką kiedykolwiek pomściłem?
Ani on, ani pozostali z nas nie wrócą, póki droga do odbudowy kraju nie będzie wolna — póki nie zmiecie się z naszej drogi szczątków moralności poświęcenia. System polityczny każdego kraju opiera się na jego systemie wartości. Odbudujemy system Ameryki na podstawie przesłanki moralnej, która była jej fundamentem, lecz wy traktowaliście ją jak grzeszne podziemie, gorączkowo uciekając przed konfliktem między nią a swoją mistyczną moralnością — przesłanki, że człowiek sam w sobie jest celem, a nie środkiem realizacji cudzych celów; że życie człowieka, jego wolność i szczęście należą do niego na mocy niezbywalnego prawa.
Wy, którzy zatraciliście pojęcie prawa i bezradnie miotacie się pomiędzy twierdzeniem, że prawa są darem Bożym, nadprzyrodzonym, przyjmowanym na wiarę, a twierdzeniem, że są one darem społeczeństwa i każdy jego kaprys może je złamać — wiedzcie, że źródłem ludzkich praw nie jest Bóg ani Kongres, lecz zasada tożsamości. A znaczy A. Człowiek jest człowiekiem. Prawa to warunki istnienia potrzebne ludzkiej naturze dla prawidłowego przetrwania. Jeśli człowiek ma żyć na ziemi, jego prawem jest posługiwanie się umysłem, działanie na podstawie własnego nieza-leżnego sądu, praca na rzecz swoich wartości i zachowywanie produktu tej pracy. Jeśli jego celem jest życie na ziemi, ma prawo żyć jako istota rozumna: natura zabrania mu być nierozumnym. Każda grupa, każda banda, każdy naród usiłujący zanegować ludzkie prawa nie ma racji, to znaczy: jest zły, to znaczy: występuje przeciwko życiu.
Prawa stanowią pojęcie moralne — a moralność jest sprawą wyboru. Ludzie mogą nie wybrać przetrwania ludzkiego jako kryterium swojej moralności i praw, ale nie mogą uciec przed faktem, że jego przeciwieństwem jest społeczeństwo kanibali, istniejące przez chwilę dzięki pożeraniu najlepszych spośród siebie i upadające jak przeżarte rakiem ciało, gdy zdrowi zostali zjedzeni przez chorych, a rozumni przez nierozumnych. Taki był los waszych społeczeństw na przestrzeni dziejów, wy jednak za wszelką cenę staraliście się uniknąć zrozumienia przyczyny. Jestem tu po to, by ją wyjaśnić: środkiem odwetu było prawo tożsamości, przed którym nie da się uciec. Tak jak nie może przeżyć człowiek pozbawiony rozumu, tak samo nie może przeżyć ich dwóch, dwa tysiące ani dwa miliardy. Tak jak nie może odnieść sukcesu człowiek rzucający wyzwanie rzeczywistości, nie może go odnieść naród, kraj ani planeta. A znaczy A. Reszta jest kwestią czasu, wspieranego przez ofiarność ofiar.
Tak jak nie może istnieć człowiek bez ciała, nie mogą istnieć prawa, gdy nie istnieje prawo przekładania ich na rzeczywistość — myślenia, pracy i zatrzymywania dla siebie jej produktów — to znaczy: prawo własności. Współcześni mistycy mięśni, oferujący wam złudny wybór między „prawami człowieka” a „prawem własności”, jakby jedno mogło istnieć bez drugiego, czynią ostatnią groteskową próbę ożywienia doktryny antynomii między duszą a ciałem. Tylko duch może istnieć bez własności materialnej; tylko niewolnik może pracować bez prawa do zatrzymania produktu swoich wysiłków. Doktryna głosząca, że „prawa człowieka” są nadrzędne w stosunku do „prawa własności”, oznacza po prostu, że niektóre jednostki mają prawo się bogacić kosztem innych; skoro kompetentni nie mają nic do zyskania u niekompetentnych, oznacza to prawo niekompetentnych do rozporządzania lepszymi od siebie i używania ich jako krów mlecznych. Każdy, kto uważa to za ludzkie i słuszne, nie ma prawa nosić miana człowieka. Źródłem prawa własności jest zasada przyczyny i skutku. Wszelka własność i wszystkie formy bogactwa są produktem ludzkiego umysłu i pracy. Tak jak nie mogą istnieć skutki pozbawione przyczyn, nie może istnieć bogactwo pozbawione źródła, którym jest inteligencja. Inteligencji nie można zmusić do pracy: ci, którzy potrafią myśleć, nie będą pracować pod przymusem; ci, którzy będą, wyprodukują niewiele więcej niż wart był bicz potrzebny do trzymania ich w ryzach. Produkty umysłu można otrzymywać jedynie na warunkach dyktowanych przez właściciela, w for¬mie wymiany i dzięki dobrowolnej zgodzie. Każda inna polityka ludzi w stosunku do czyjejś własności jest polityką zbrodniarzy, niezależnie od ich liczby. Zbrodniarze to krótkowzroczne dzikusy, głodujące, gdy kończą im się łupy — tak jak dziś głodujecie wy, którzy wierzyliście, że zbrodnia może być „praktyczna”, skoro wasz rząd uznał rabunek za legalny, a opieranie mu się za bezprawne.
Jedyną właściwą rolą rządu jest ochrona ludzkich praw, co oznacza ochronę człowieka przed fizyczną przemocą. Właściwy rząd jest policjantem, działającym jako środek samoobrony człowieka i jako taki może używać siły jedynie przeciwko tym, którzy użyli jej pierwsi. Jedynymi właściwymi formacjami rządowymi są: policja, broniąca was przed przestępcami, armia, broniąca was przed obcym agresorem, i sądy, broniące waszej własności i umów przed pogwałceniem lub oszustwem ze strony innych i rozstrzygające dysputy na podstawie racjonalnych zasad, na mocy obiektywnego prawa. Ale rząd inicjujący użycie siły przeciwko ludziom, którzy jej nie użyli, stosowanie zbrojnego przymusu wobec bezbronnych ofiar jest koszmarną, piekielną machiną, mającą na celu unicestwienie moralności: taki rząd odwraca swój jedyny cel moralny i z obrońcy zmienia się w najzacieklejszego wroga człowieka, z policjanta w zbrodniarza obdarzonego prawem używania przemocy wobec ofiar pozbawionych prawa do samoobrony. Taki rząd zastępuje moralność następującą zasadą zachowania społecznego: możesz robić sąsiadowi, co ci się podoba, pod warunkiem, że twój gang jest większy niż jego własny.
Tylko cham, głupiec lub tchórz może się zgodzić na istnienie na takich warunkach i podarować innym czek in blanco na swoje życie i umysł, zaakceptować pogląd, że inni mają prawo rozporządzać nim zgodnie ze swoim widzimisię, że wola większości jest wszechmocna, że siła mięśni i liczb może zastąpić sprawiedliwość, rzeczywistość i prawdę. My, ludzie umysłu, będący kupcami, nie zaś panami czy niewolnikami, nie przyjmujemy ani nie wystawiamy czeków in blanco. Nie współżyjemy ani nie współpracujemy z niczym, co nieobiektywne. Zanim człowiek się ucywilizował, nie miał pojęcia o obiektywnej rzeczywistości i wierzył, że naturą rządzą nieodgadnione demony. Nie było wtedy mowy o myśleniu, nauce czy produkcji. Dopiero kiedy odkryto, że natura stanowi konkretny, przewidywalny pewnik, ludzie mogli się oprzeć na swojej wiedzy, obrać kurs, zaplanować przyszłość i, krok po kroku, wyjść z jaskiń. Teraz oddaliście nowoczesny przemysł, z jego ogromną złożonością i precyzją naukową, z powrotem w ręce nieodgadnionych demonów — w ręce nieprzewidywalnych kaprysów małych, wstrętnych, ukrywających się biurokratów. Rolnik nie inwestuje pracy jednego lata, jeśli nie może ocenić szans na zbiory — wy zaś oczekujecie od gigantów przemysłu, którzy planują w kategoriach dekad, inwestują w kategoriach pokoleń i zawierają umowy na dziewięćdziesiąt dziewięć lat, że będą dalej funkcjonowali i produkowali, nie wiedząc, jaki kaprys którego przypadkowego urzędnika spadnie na nich w nieoczekiwanym momencie i pokrzyżuje wszystkie plany. Ludzie trudniący się pracą fizyczną i dorywczą żyją i planują z dnia na dzień. Im większy umysł, tym większy zasięg planu. Człowiek zdolny zaplanować jedynie prymitywny barak może budować na waszych ruchomych piaskach, zgarniać szybkie pieniądze i uciekać. Ten, który potrafi projektować drapacze chmur, nie zrobi tego. Nie poświęci też dziesięciu lat nieprzerwanych wysiłków tworzeniu nowego produktu, wiedząc, że bandy dzierżących stery władzy miernot obmyślają ustawy mające na celu skrępowanie go i doprowadzenie do upadku, jeśli zaś będzie z nimi walczył i zwycięży, zagarną jego nagrody i wynalazek.
Wyjrzyjcie poza tę chwilę, wy, którzy krzyczycie, że boicie się współzawodniczyć z ludźmi o wyższej inteligencji, że ich umysły są zagrożeniem dla waszego życia, że na wolnym rynku silni nie dają szansy słabym. Co określa wartość materialną waszego dzieła? Wyłącznie wysiłek produkcyjny umysłu — jeśli żyjecie na bezludnej wyspie. Im mniej wydajne myślenie, tym mniej przyniesie wam wasz fizyczny wysiłek — i moglibyście trawić całe życie na fizycznej rutynie, zbierając marne plony albo polując za pomocą łuku i strzał, niezdolni sięgnąć myślą ani odrobinę dalej. Ale żyjąc w rozumnym społeczeństwie, gdzie możliwa jest wolna wymiana, otrzymujecie nieocenioną premię: materialną wartość waszej pracy określa nie tylko wasz własny wysiłek, ale również wysiłek najlepszych umysłów produkcyjnych żyjących obok was.
Kiedy pracujecie w nowoczesnej fabryce, płaci się wam nie tylko za pracę fizyczną, ale także za cały geniusz produkcyjny, który umożliwił zaistnienie tej fabryki: za pracę przemysłowca, który ją wybudował; inwestora, który zaoszczędził pieniądze, by je postawić na niewypróbowane i nowe przedsięwzięcie; inżyniera, który zaprojektował maszyny, abyście wy mogli przesuwać ich dźwignie; wynalazcy, który wymyślił produkt, abyście wy mogli go produkować; naukowca, który odkrył zasady stosowane przy jego produkcji; filozofa, który nauczył ludzi, jak myśleć, i został za to przez was potępiony.
Maszyna, zamrożony kształt żywej inteligencji, jest siłą zwiększającą potencjał waszego życia poprzez zwiększenie produkcyjności waszego czasu. Gdybyście pracowali jako kowale w mistycznym średniowieczu, cały wasz potencjał zarobkowy mieściłby się w sztabie żelaza wyprodukowanej przez wasze ręce w wielodniowym wysiłku. Ile ton szyn dziennie produkujecie, pracując dla Hanka Reardena? Czy ośmielicie się twierdzić, że wielkość waszej płacy zależy wyłącznie od pracy fizycznej i że te szyny są produktem waszych mięśni? Wasze mięśnie są warte jedynie standardu życia tamtego kowala; reszta to podarunek od Hanka Reardena. Każdy człowiek może się wznieść tak wysoko, jak chce i jak jest zdolny, ale tylko zakres jego myślenia określa wysokość, na jaką się wzniesie. Praca fizyczna jako taka nie sięga poza daną chwilę. Człowiek zajmujący się wyłącznie nią konsumuje materialny ekwiwalent wartości swojego wkładu w proces produkcji i nie pozostawia nic więcej ani sobie, ani innym. Ale człowiek tworzący — w jakiejkolwiek dziedzinie racjonalnych przedsięwzięć — idee, człowiek odkrywający nową wiedzę, jest dobroczyńcą całej ludzkości. Produktami materialnymi nie można się dzielić, należą do jakiegoś ostatecznego konsumenta; jedynie ideami można się podzielić z nieograniczoną liczbą osób, wzbogacając je wszystkie bez żadnej straty dla siebie, zwiększając potencjał produkcyjny wykonywanej przez nich pracy. Człowiek o potężnym intelekcie ofiarowuje słabszym wartość własnego czasu, dając im możliwość pracy w stworzonych przez siebie zawodach, swój czas poświęcając zaś dokonywaniu dalszych odkryć. Jest to uczciwa wymiana z obopólną korzyścią: wśród ludzi pragnących pracować i nie oczekujących manny z nieba interesy umysłu są zawsze takie same, niezależnie od rozmiaru inteligencji.
W stosunku do włożonego wysiłku umysłowego twórca nowego wynalazku otrzymuje jedynie niewielki procent swojej wartości w formie zapłaty materialnej, niezależnie od tego, jaki zbije majątek, ile zarobi milionów. Ale człowiek pracujący jako stróż w fabryce wytwarzającej ów wynalazek otrzymuje olbrzymią zapłatę w stosunku do wysiłku umysłowego, jakiego wymaga od niego ta praca. To samo dotyczy wszystkich pośrednich szczebli, ludzi znajdujących się na wszystkich poziomach ambicji i umiejętności. Człowiek stojący na szczycie piramidy intelektualnej daje najwięcej tym, którzy znajdują się niżej od niego, nie dostaje jednak nic z wyjątkiem zapłaty materialnej, żadnej intelektualnej premii, którą mógłby dodać do wartości swojego czasu. Człowiek stojący na samym dole, który pozostawiony samemu sobie i swojej beznadziejnej niezdarności umarłby z głodu, nie daje nic tym, którzy stoją ponad nim, ale otrzymuje premię wszystkich ich umysłów. Taka jest natura „współzawodnictwa” pomiędzy silnymi i słabymi intelektualnie. Taki jest model „wyzysku”, za który potępiliście silnych.
Taka była nasza funkcja i pełniliśmy ją z przyjemnością. O co prosiliśmy w zamian? Jedynie o wolność. Potrzebowaliśmy swobody, by funkcjonować — myśleć i pracować tak, jak chcemy — podejmować własne ryzyko i ponosić własne straty — zdobywać własne dochody i gromadzić własne fortuny — stawiać na wasz rozum, poddawać swoje produkty waszej ocenie w celu ubicia dobrowolnego targu, polegać na obiektywnej wartości swojej pracy i zdolności waszych umysłów do jej ujrzenia — liczyć na waszą inteligencję i uczciwość i pertraktować wyłącznie z waszymi umysłami. Taka była cena, wy jednak postanowiliście ją odrzucić jako zbyt wysoką. Zadecydowaliście, że niesprawiedliwe jest, abyśmy my, którzy was wyciągnęliśmy z lepianek i daliśmy wam nowoczesne mieszkania, radia, kina i samochody, mieli posiadać pałace i jachty — i uznaliście, że wy macie prawo do swoich pensji, ale my nie mamy prawa do swoich zysków; że nie chcecie już, abyśmy pertraktowali z waszymi umysłami, lecz z waszymi pistoletami. Nasza odpowiedź brzmiała: „Idźcie do diabła!” Przekleństwo zadziałało. Jesteście w piekle. Nie chcieliście rywalizować na poziomie inteligencji — rywalizujecie teraz na poziomie przemocy. Nie chcieliście pozwolić, by nagrody otrzymywało się za udaną produkcję — teraz toczycie wyścig o nagrody otrzymywane za udaną grabież. Nazywaliście samolubną i okrutną wymianę wartości za wartość — teraz zbudowaliście bezinteresowne społeczeństwo, funkcjonujące na zasadzie: grabież za grabież. Wasz system jest uprawomocnioną wojną domową, w której ludzie łączą się w gangi i walczą o władzę nad prawem, używanym potem jako pałka na wrogów, dopóki kolejna banda nie wydrze go poprzedniej i nie pogoni jej — przy czym wszystkie wznoszą protesty w imię służby nieokreślonemu dobru nieokreślonego społeczeństwa. Mówiliście, że nie widzicie różnicy pomię-dzy siłą ekonomiczną a polityczną, pomiędzy siłą pieniądza a siłą pistoletów — pomiędzy nagrodą a karą, kupnem a grabieżą, przyjemnością a strachem, życiem a śmiercią. Teraz zaczynacie ją widzieć.
Niektórzy z was mogą się usprawiedliwiać niewiedzą, ograniczonym umysłem i możliwościami. Najbardziej winni są jednak ci, którzy posiadali zdolność rozumienia, lecz woleli wymazać rzeczywistość, z cyniczną służalczością podporządkowując swoją inteligencję sile: ci nikczemni mistycy nauki, głoszący poświęcenie wobec „czystej wiedzy” — czystej, to znaczy nie mającej na tym świecie żadnego praktycznego celu — i rezerwujący swoją logikę dla materii nieożywionej w mniemaniu, że człowiek nie zasługuje na racjonalne traktowanie; gardzący pieniędzmi i sprzedający dusze za laboratoria istniejące dzięki grabieży. Ponieważ jednak nie istnieje coś takiego jak „wiedza niepraktyczna” ani działania „bezinteresowne”, gardząc wykorzystaniem swojej nauki w służbie życia, pozwalają na jej wykorzystanie w służbie śmierci, bo tylko taki praktyczny cel mogą z niej mieć grabieżcy: do wynajdywania narzędzi przymusu i zabijania. To oni, intelektualiści próbujący uciec przed wartościami moralnymi, są przeklęci za życia; to oni popełnili nieprzebaczalny grzech.
Czy pan mnie słyszy, Robercie Stadler?
Ale to nie z nim pragnę rozmawiać. Mówię do tych spośród was, którzy zachowali choć odrobinę suwerennej duszy, nie zaprzedaną i nie podstemplowaną słowami: „…na polecenie innych”. Jeśli w chaosie przyczyn, które skłoniły was dzisiaj do słuchania radia, mieściło się uczciwe, racjonalne pragnienie dowiedzenia się, co jest nie tak ze światem, to do was kieruję swoje słowa. Według zasad i kryteriów mojego kodeksu człowiek powinien dać racjonalną odpowiedź tym, których ona obchodzi i którzy czynią wysiłek w celu jej poznania. Ci, którzy wysilają się, by mnie nie zrozumieć, nie obchodzą mnie.
Mówię do każdego człowieka, pragnącego żyć i odzyskać honor swojej duszy. Teraz, kiedy znasz prawdę o swoim świecie, przestań popierać swoich niszczycieli. Zło jest możliwe wyłącznie dzięki twojej zgodzie na nie. Wycofaj ją. Wycofaj poparcie. Nie próbuj żyć na warunkach wroga ani wygrać w grze, w której on ustala reguły. Nie szukaj przychylności tych, którzy cię zniewolili, nie błagaj o jałmużnę tych, którzy cię obrabowali — nie staraj się o dotacje, pożyczki ani pracę — nie dołączaj do nich, by odzyskać to, co ci zabrali, poprzez obrabowywanie własnych sąsiadów. Nie można mieć nadziei na zachowanie życia, gdy się przyjmuje łapówki, udzielając zgody na jego zniszczenie. Nie staraj się o zysk, sukces ani bezpieczeństwo, oddając w zastaw swoje prawo do istnienia. Ten zastaw nigdy nie zostanie zwrócony; im więcej im zapłacisz, tym więcej będą żądać; im większe są wartości, do których dążysz lub które osiągasz, tym bardziej stajesz się wobec nich bezradny. Stosują system „niewinnego szantażu”, używając jako broni nie twoich grzechów, lecz miłości do życia.
Nie próbuj odnosić sukcesu na warunkach grabieżców, nie wspinaj się po drabinie, gdy oni trzymają za linki. Nie pozwól ich rękom tknąć jedynej siły, która daje im władzę: twojego pragnienia życia. Zastrajkuj — tak jak ja. Korzystaj ze swego umysłu i talentu prywatnie, rozwijaj swoją wiedzę i umiejętności, ale nie dziel się swoimi osiągnięciami z innymi. Nie próbuj robić fortuny, kiedy grabieżca siedzi ci na grzbiecie. Zostań na najniższym szczeblu ich drabiny, zarabiaj tylko tyle, ile ci trzeba na przeżycie, ale dla nich nie zarób ani grosza. Skoro jesteś jeńcem, postępuj jak jeniec; nie pomagaj im w udawaniu, że jesteś wolny. Bądź milczącym, niezłomnym wrogiem, przed którymi drżą. Gdy cię zmuszają, bądź posłuszny — ale nie podporządkowuj się im z własnej woli. Nigdy nie rób ani kroku w ich kierunku, nie wyrażaj życzenia, prośby ani zamiaru. Nie wspieraj twierdzenia bandyty, że działa jako twój przyjaciel i dobroczyńca. Nie pomagaj tym, którzy cię więżą, udawać, że więzienie jest naturalnym stanem istnienia. Nie pomagaj im fałszować rzeczywistości. Ten fałsz jest jedynie tamą powstrzymującą ich potajemne przerażenie — przerażenie świadomością, że nie nadają się do życia. Usuń ją i pozwól im zatonąć; twoja zgoda jest ich jedynym kołem ratunkowym.
Jeśli masz okazję zniknąć na jakimś pustkowiu, gdzie cię nie dosięgną, zrób to, ale nie żyj jako bandyta, nie zakładaj współzawodniczących z nimi gangów; buduj swoje życie na podstawie zasad produkcji, wspólnie z tymi, którzy akceptują twój kodeks moralny i pragną walczyć o istnienie na ludzkich prawach. Nie masz szans zwyciężyć, opierając się na moralności śmierci ani na kodeksie wiary i siły; ustanów kryterium, które przyciągnie uczciwych: kryterium życia i rozsądku. Postępuj jak istota ludzka i dąż do stania się latarnią dla wszystkich spragnionych głosu uczciwości — opieraj się na własnych racjonalnych wartościach, nieważne, czy będziesz samotny pośród wrogów, z garstką wybranych przyjaciół czy zostaniesz założycielem skromnej społeczności u progu odrodzenia rodzaju ludzkiego.
Kiedy państwo grabieżców upadnie, pozbawione swoich najlepszych niewolników, pogrążając się w bezradnym chaosie, jak rządzone przez mistyków kraje Wschodu, i rozpadnie się na głodujące gangi rabusiów, walczące ze sobą o łupy — kiedy orędownicy moralności poświęcenia zginą razem ze swoim docelowym ideałem — nastanie dzień naszego powrotu.
Otworzymy bramy swojego miasta — miasta kominów, rurociągów, sadów, rynków i nietykalnych domów — przed tymi, którzy zasługują na wejście. Będziemy działać jako centrum zborne dla wszystkich ukrytych placówek, które wybudujecie. Dzierżąc jako swój symbol znak dolara — znak wolnego handlu i wolnych umysłów — po raz kolejny odbierzemy ten kraj bezradnym dzikusom, którzy nigdy nie pojęli jego natury, znaczenia ani splendoru. Ci z was, którzy zechcą się do nas przyłączyć, zrobią to; pozostali nie będą w stanie nas powstrzymać; hordy dzikusów nigdy nie zdołały przeszkodzić ludziom niosącym sztandar umysłu.
Wtedy ten kraj ponownie stanie się sanktuarium ginącego gatunku: istoty rozumnej. Zbudujemy system polityczny oparty na pojedynczej przesłance moralnej: żaden człowiek nie może uzyskiwać od innych żadnych wartości, uciekając się do siły fizycznej. Każdy zwycięży albo upadnie, będzie żył lub umrze, kierując się własnym racjonalnym sądem. Jeśli nie będzie się nim posługiwał i upadnie, będzie swoją jedyną ofiarą. Jeśli nie będzie pewien swego sądu, nie otrzyma broni, by go nią wesprzeć. Jeśli postanowi na czas naprawić swoje błędy, będzie miał przewodnika w postaci lepszych od siebie, od których bez przeszkód będzie mógł uczyć się myślenia; położymy jednak kres hańbie płacenia życiem za cudze błędy.
W tym świecie będziecie mogli budzić się rano z duszą pełną uczuć, które znaliście w dzieciństwie: entuzjazmu, poczucia przygody i pewności, wynikających z kontaktu z racjonalnym wszechświatem. Żadne dziecko nie boi się przyrody; to wasz strach przed ludźmi zniknie; strach, który blokował wasze dusze; strach nabyty podczas pierwszych spotkań z tym, co niezrozumiałe, nieprzewidziane, sprzeczne, arbitralne, ukrywane, udawane, irracjonalne w ludziach. Będziecie żyć w świecie istot odpowiedzialnych, równie spójnych i wiarygodnych jak fakty; gwarancją ich cha-rakteru będzie system istnienia, w którym rolę sędziego pełni obiektywna rzeczywistość. Wasze cnoty będą pod ochroną — przywary i słabości nie. Każda okazja będzie stała otworem przed dobrem — żadna przed złem. Będziecie dostawać od ludzi nie jałmużnę, litość, miłosierdzie czy odpuszczenie grzechów, ale jedną wartość: sprawiedliwość. A patrząc na nich lub na samych siebie, nie będziecie odczuwać niesmaku, podejrzliwości ani wstydu, lecz respekt.
Taką przyszłość możecie dla siebie zdobyć. Wymaga ona wysiłku, podobnie jak każda ludzka wartość. Całe życie jest wysiłkiem zmierzającym ku jakiemuś celowi, a waszym jedynym wyborem jest wybór tego celu. Chcecie kontynuować swoje obecne zmagania czy wolicie walczyć o mój świat? Czy chcecie kontynuować zmagania polegające na kurczowym trzymaniu się wąskich półek skalnych, po których stopniowo staczacie się w otchłań, znosić nieodwracalne trudy i odnosić zwycięstwa przybliżające wasze zniszczenie? Czy wolicie podjąć walkę polegającą na wspinaniu się z półki na półkę i nieprzerwanemu parciu ku szczytowi, walkę, w której trudności są inwestycjami w przyszłość, a zwycięstwa przybliżają wam świat waszego moralnego ideału, i nawet gdybyście mieli umrzeć, nie dotarłszy tam, gdzie słońce świeci pełnym blaskiem, umrzecie dotknięci przez jego promienie? Taki wybór macie przed sobą. Niech zadecydują wasze umysły i umiłowanie życia.
Ostatnie swoje słowa kieruję do tych bohaterów, którzy być może wciąż żyją w ukryciu, uwięzieni nie przez swoje uniki, lecz cnoty i desperacką odwagę. Moi bracia w duchu, przyjrzyjcie się swoim cnotom i naturze wrogów, którym służycie. Wasi niszczyciele rządzą wami poprzez waszą wytrzymałość, wspaniałomyślność, niewinność, miłość — wytrzymałość dźwigającą ich brzemiona — wspaniałomyślność reagującą na ich okrzyki rozpaczy — niewinność niezdolną do wyobrażenia sobie tkwiącego w nich zła i rozstrzygającą każdą wątpliwość na ich korzyść, odmawiając potępienia bez zrozumienia, a nie potrafiąc zrozumieć ich pobudek — i miłość, waszą miłość do życia, nakazującą wam wierzyć, że oni są ludźmi i także je kochają. Ale to dzisiejszy świat jest tym, którego pragnęli, życie zaś przedmiotem ich nienawiści. Pozostawcie ich śmierci, którą czczą. W imię swojej wielkiej miłości do tej ziemi zostawcie ich, nie trwońcie wielkości swego ducha, pracując na triumf ich zła. Czy mnie słyszycie? Czy ty mnie słyszysz, kochana? W imię tego, co w tobie najlepsze, nie poświęcaj tego świata na rzecz najgorszych. W imię wartości, które utrzymują cię przy życiu, nie pozwól, by twoją wizję człowieka zdeformowało to, co brzydkie, tchórzliwe i bezmyślne w stworzeniach nie zasługujących na to miano. Nie zapominaj, że właściwym stanem człowieka jest wyprostowana postawa, niezłomny umysł i krok przemierzający nieograniczone obszary. Nie pozwól jego ogniowi gasnąć, iskra po iskrze, w beznadziejnych bagnach bycia „mniej więcej”, „nie całkiem”, ,jeszcze nie”, „wcale nie”. Nie pozwól, by bohater w twojej duszy zginął w samotnej tęsknocie za życiem, na które zasługiwałaś, lecz nigdy nie zdołałaś osiągnąć. Przyjrzyj się swojej drodze i naturze swojej bitwy. Świat, którego pragnęłaś, jest do zdobycia, istnieje, jest prawdziwy, jest możliwy, jest twój.
Ale zdobycie go wymaga całkowitego oddania i całkowitego zerwania ze światem przeszłości, z doktryną uznającą człowieka za zwierzę ofiarne, istniejące dla cudzej przyjemności. Walcz o swoją własną wartość. Walcz o cnotę swojej dumy. Walcz o istotę człowieczeństwa: o suwerenny racjonalny umysł. Walcz z promienną pewnością i niezłomną wiedzą, że twoja moralność jest moralnością życia i że twoja bitwa jest bitwą o każde osiągnięcie, wartość, wielkość, dobro i radość, jakie kiedykolwiek istniały na tej ziemi.
Zwyciężysz, kiedy będziesz gotowa wypowiedzieć ślubowanie, które ja złożyłem na początku swojej bitwy — i dla tych, którzy chcą ujrzeć dzień mojego powrotu, powtórzę je teraz wobec całego świata:
Przysięgam — na swoje życie i swoją miłość do niego — że nigdy nie będę żył dla innego człowieka ani prosił go, by żył dla mnie.