Posts Tagged ‘Osobowość’

Złe usposobienie/osobowość jako narzędzie zarządzania – napisy PL [John Gatto]

Sekretem edukacji w Ameryce jest fakt, że szkoła nie naucza zgodnie ze sposobem, w jakim uczą się dzieci i tak naprawdę nie jest to jej zadaniem; szkoły zostały zaprojektowane, aby służyć ukrytej gospodarce sterowanej i rozmyślnie przewarstwowanemu porządkowi społecznemu. Tresuje się chłopców i dziewczęta, aby byli znudzeni, przestraszeni, zawistni, wymagający emocjonalnie i ogólnie niekompletni. Pomyślna gospodarka masowej produkcji wymaga takiej właśnie klienteli.
Pierwszym wrażeniem zorganizowanego społeczeństwa jest szkoła; podobnie jak większość pierwszych wrażeń, jest ono długotrwałe. Według szkoły życie jest nieciekawe i głupie, tylko konsumpcja jest w stanie zapewnić ulgę. Coca Cola, Big Mac, modne dżinsy, to ma prawdziwy sens, takie przesłanie wynosi się z lekcji, choć przekazane jest w pośredni sposób. Nietrudno zauważyć tę dynamikę decyzyjności, która czyni przymusową edukację toksyczną dla zdrowego rozwoju człowieka. Praca w sali lekcyjnej nie jest istotna; nie zaspokaja prawdziwych, pilnych potrzeb pojedynczych osób; nie odpowiada na rzeczywiste pytania zadawane w umyśle młodego człowieka rodzące się z doświadczenia; nie przyczynia się do rozwiązywania jakichkolwiek problemów, z którymi można się zetknąć w prawdziwym życiu.

„W naszych marzeniach, ludzie poddają się z doskonałą uległością naszym formującym dłoniom. Obecne konwencje edukacyjne kształcenia intelektualnego i charakteru znikają z ich umysłów i nieskrępowani przez tradycję, pracujemy z własnej dobrej woli nad wdzięcznym i wrażliwym ludem. Nie będziemy starać się z tych ludzi, ani z ich dzieci, robić filozofów, czy ludzi nauki. Nie musimy z nich robić autorów, nauczycieli, poetów czy pismaków. Nie będziemy szukać wśród nich ani wielkich artystów, malarzy, muzyków, ani prawników, lekarzy, kaznodziejów, polityków, mężów stanu —  których mamy duży zapas. Zadanie jest proste. Będziemy organizować dzieci i uczyć je w sposób doskonały tego, co ich ojcowie i matki robią w sposób niedoskonały.” — John D. Rockefeller

David Buss porusza zagadnienia dotyczące oczekiwań względem płci przeciwnej, budowania związków, doboru w pary, a także rozstań i zdrady. Jeśli jesteś zainteresowany taką tematyką to znajdziesz w tej książce kilka, a może wiele informacji, które pozwolą Ci dostrzec niektóre motywy postępowania własnego i innych ludzi oraz zrozumieć czemu do tej pory działo się tak, a nie inaczej.

Poniżej kilka fragmentów:

Prezentowanie zasobów

W świecie zwierząt demonstrowanie posiadanych zasobów jest dość powszechnym zachowaniem samców. Na przykład samce kukawki srokatej (Geococcyx californianus) łapią myszy czy niedojrzałe szczury, ogłuszają je lub zabijają, po czym oferują je samicom. Nie przekazują jednak prezentu, poprzestając na wyczekującym krakaniu i kiwaniu ogonem. Przekazanie żywności następuje dopiero po kopulacji; samica zjada „prezent”, co ma jej pomóc wysiedzieć jaja właśnie zapłodnione przez samca (Kevles, 1986). Jeżeli samcowi nie uda się upolować właściwego prezentu, nie uda mu się też i przystąpić do kopulacji.
Również mężczyźni dokładają starań, by zaprezentować swoje zasoby kobietom i dzięki temu przywabić je do siebie. W badaniach nad taktykami wabienia partnera prosiliśmy kilka setek studentów i studentek różnych uniwersytetów (kalifornijski, Harvarda, Michigan) o opisanie taktyk, które sami stosują i które zaobserwowali u innych. Wśród opisanych taktyk znalazły się takie zachowania, jak chwalenie się własnymi osiągnięciami, opowiadanie o ważności własnej pracy, okazywanie sympatii i zrozumienia innym, nawiązywanie kontaktu wzrokowego czy noszenie seksownych ubrań. Zespół czworga badaczy podzielił następnie te ponad sto zachowań na dwadzieścia osiem wyodrębniających się kategorii. Na przykład kategoria „prezentowanie sprawności fizycznej” obejmowała takie zachowania, jak podnoszenie ciężarów na pokaz, otwieranie mocno zamkniętych słojów i opowiadanie o własnych sukcesach sportowych. Wreszcie poprosiliśmy sto par małżeńskich i dwieście studentów i studentek stanu wolnego o ocenę skuteczności każdej z tych taktyk jako sposobu na przyciągnięcie płci przeciwnej (do związku przelotnego lub stałego) i ocenę, jak często każda taktyka jest stosowana przez nich samych, przez ich przyjaciół i małżonków (Buss, 1988a; Schmitt, Buss, 1996). Przedmiotem podobnie skonstruowanego badania były też taktyki zwalczania konkurencji – najpierw poprosiliśmy badanych o opisanie własnych i cu-dzych praktyk, po czym również sklasyfikowaliśmy je w dwadzieścia osiem różnych kategorii. Na przykład kategoria „podważanie inteligencji konkurenta” polegała na takich zachowaniach, jak doprowadzenie do sytuacji, w której konkurent wyjdzie na głupca, mówienie innym, że jest tępy czy że „ma nie po kolei w głowie”. Na koniec i tutaj poprosiliśmy sto małżeństw i ponad trzysta studentów i studentek o ocenę skuteczności i częstości stosowania tych taktyk (Buss, Dedden, 1990).
Jedną z taktyk stosowanych przez mężczyzn okazało się prezentowanie własnych zasobów – przechwalanie się wysokością zarobków i osiągnięciami, wydawanie dużych sum pieniędzy celem wywarcia na kobiecie odpowiedniego wrażenia, jeżdżenie drogim samochodem, opowiadanie o ważności wykonywanej pracy. Innym sposobem jest zawyżanie przed kobietami własnej pozycji zawodowej i perspektyw kariery. Pokazywanie zasobów jest więc strategią przyciągania płci przeciwnej stosowaną nie tylko przez ptaki, lecz i przez mężczyzn.
Mężczyźni starają się też pomniejszyć wagę zasobów, którymi dysponują konkurenci, mówiąc kobietom, że rywal jest biedny, nie ma pieniędzy, nie wykazuje ambicji i jeździ tanim samochodem. Kobiety w mniejszym stopniu stosują tę taktykę obniżania wartości rywalek, a jeżeli nawet, to jest ona oceniana jako mniej skuteczna w wydaniu kobiet niż mężczyzn.
Kluczową rolę odgrywa też dostosowanie taktyki do przelotnego bądź trwałego charakteru związku. Próby oszołomienia kobiety własnymi zasobami już na początku znajomości (kosztowna kolacja podczas pierwszej randki, cenne prezenty, szastanie pieniędzmi) są skuteczniejsze przy pozyskiwaniu partnerki związku przelotnego niż trwałego. W barach dla samotnych częstym sposobem wabienia partnerki jest fundowanie jej drinka, a im droższy drink, tym bardziej jest skuteczny; podobnie skuteczną strategią jest dawanie wysokich napiwków kelnerowi, co pokazuje kobiecie szczodrość i zasobność mężczyzny (Cloyd, 1976).
W kontekście związku trwałego skuteczniejszą taktyką mężczyzny jest natomiast pokazywanie własnej pracowitości czy opowiadanie o ambitnych planach życiowych. Podważanie wartości zasobów konkurenta również jest taktyką skuteczniejszą w kontekście pozyskiwania partnerki długotrwałej niż przelotnej – podważanie ambicji życiowych i umiejętności zawodowych konkurenta zniechęca do niego kobietę, jeżeli idzie o małżeństwo, ale nie o przelotny seks. Pasuje to oczywiście doskonale do poprzednio omówionych upodobań kobiet, które pragną natychmiastowego dostępu do zasobów mężczyzny w kontakcie przelotnym, a dobrych, choć niekoniecznie natychmiast realizowanych perspektyw na przyszłość w wypadku związku trwałego.
Noszenie kosztownego ubrania działa natomiast jednako dobrze w obu kontekstach. W pewnym badaniu wyświetlano kobietom zdjęcia mężczyzn ubranych w drogie trzyczęściowe garnitury, markowe dżinsy czy marynarki bądź też ubranych w odzież tanią. Ci pierwsi bardziej się kobietom podobali (Hill, Nocks, Gardner, 1987; Townsend, Levy, 1990), zarówno jako kandydaci na męża, jak i na przelotnego partnera, ponieważ drogie ubranie zdaje się sygnalizować zasoby zarówno natychmiastowo dostępne, jak i trwałe. Antropologowie John M. Townsend i Gary Levy stwierdzili powszechność takiego właśnie oddziaływania ubioru mężczyzn na kobiety we wszelkich relacjach damsko-męskich, od pójścia na kawę do małżeństwa. Pokazywali różnym kobietom zdjęcia tych samych mężczyzn ubranych albo w tani uniform Burger Kinga, albo w kosztowny blezer, białą koszulę i wykwintny krawat oraz zegarek firmy Rolex. Kobiety nie chciały z tymi pierwszymi ani umówić się na randkę, ani nawiązać przelotnego kontaktu, ani wyjść za nich za mąż. Ci drudzy, owszem, nadawali się do wszystkich tych trzech celów, mimo że byli to dokładnie ci sami mężczyźni, tyle że inaczej ubrani.
Ważność pokazywania przez mężczyznę zasobów materialnych nie ogranicza się oczywiście do kultur Zachodu. Antropolog A.R. Holmberg napotkał wśród boliwijskich Indian Siriono pewnego szczególnie marnego myśliwego, którego już kilka kolejnych żon zdążyło porzucić na rzecz lepszych myśliwych i który w związku z tym spadł na bardzo niską pozycję w plemiennej hierarchii. Kiedy jednak Holmberg zaczął z nim wspólnie polować i nauczył go posługiwania się bronią palną, wzrost łowieckich umiejętności owego Indianina spowowodował, że zaczął on w końcu „cieszyć się najwyższym szacunkiem współplemieńców, pozyskał kilka partnerek seksualnych i zaczął ubliżać innym, miast samemu wysłuchiwać ich obelg” (Holmberg, 1950, s. 58).
Siła oddziaływania zasobów mężczyzny nie jest też niczym nowym. Dwa tysiące lat temu Owidiusz zauważał nie bez melancholii: „Chcemy solidniejszych darów / chociaż poezję chwalimy / Nawet dziki barbarzyńca / nieogładzony, nieczuły / może być pewien triumfu /jeśli ma pełne szkatuły / Żyjemy dziś w złotym wieku / Wszystko otrzymasz za złoto / Ta, co nawet słynie cnotą / nagradza złoto pieszczotą” (Owidiusz Sztuka kochania, tłum. Julian Ejsmond, Warszawa 1987). Wciąż jeszcze żyjemy w tym złotym wieku.

(…)

Skuteczną taktyką przyciągania męskiej uwagi jest też nawiązywanie przez kobietę kontaktu wzrokowego. Mężczyźni uważają wpatrywanie się im w oczy przez nieznajomą za jedną ze skuteczniejszych taktyk pozyskania ich na partnera prze­lotnego kontaktu. Kobiety uważały jednak tę taktykę za jedynie umiarkowanie skuteczną w wykonaniu mężczyzny (w połowie siedmiostopniowej skali). Inicjo­wanie kontaktu wzrokowego przez kobietę zdaje się więc być dla mężczyzn sy­gnałem jej dostępności seksualnej, a mężczyźni są mocno wyczuleni na wszelkie oznaki tego rodzaju. W jednym z badań nagrywano przebieg kontaktu mężczyzny z nieznajomą kobietą, która w pewnym momencie spoglądała mu z uśmiechem w oczy (Abbey, 1982). Badanym odtwarzano zapis tego kontaktu i proszono ich
0 ocenę jej intencji. Choć kobiety oceniały zachowanie aktorki jako wyraz jedynie przyjazności, mężczyźni to samo zachowanie uważali za uwodzicielski objaw erotycznego zainteresowania. Z uwagi na taką męską interpretację nawiązywania; kontaktu wzrokowego przez kobietę, zachowanie to może być skuteczniejszym sposobem pozyskiwania zainteresowania partnera przelotnego niż stałego. W wypadku tego ostatniego skuteczniejsze może być unikanie kontaktu wzrokowe­go, sygnalizujące mężczyźnie niedostępność i brak zainteresowania przelotnym seksem.
Tak jak sygnalizowanie seksualnej dostępności jest kobiecą taktyką pozyski­wania przelotnego partnera, tak kwestionowanie dostępności jest kobiecą takty­ką zwalczania konkurencji w kontekście takich kontaktów. Studentki na przy­kład starają się zdeprecjonować rywalki, tłumacząc mężczyźnie, że „tamta” tylko udaje i zabawia się mężczyznami, a w rzeczywistości jest oziębła i nie intere­suje się seksem. Usiłują więc przekonać mężczyznę, że niepotrzebnie traci czas i energię, gdyż i tak nie uzyska u rywalki tego, o co mu idzie. Ta strategia zwal­czania konkurencji częściej stosowana jest przez kobiety niż mężczyzn. Kobie­ty nierzadko twierdzą, że ich rywalki są ozięble, pruderyjne i purytańskie. Stra­tegia ta nie jest skuteczna w wypadku inicjowania trwałego związku, choć dobrze działa w kontekście kontaktów przelotnych, ponieważ kwestionowa­nie seksualnej dostępności rywalki sygnalizuje mężczyźnie bezowocność jego wysiłków.
Informowanie, że rywalka tylko zabawia się mężczyznami, próbując ich „roz­palić do białości”, ma też z punktu widzenia kobiety i ten walor, że wcale nie sy­gnalizuje wierności rywalki na dłuższą metę. Przeciwnie, sugeruje raczej nielojalność i wykorzystywanie udawanej dostępności seksualnej celem pozyskania od mężczyzny korzyści, które nie zostaną potem „opłacone” rzeczywistym kontaktem seksualnym. Mężczyźni unikają oziębłości i skłonności do manipulacji także u stałych partnerek. Stąd też taktyka deprecjonowania rywalki za pomocą insynu­acji, że faktycznie tylko udaje ona dostępność seksualną, by wycofać się, gdy „przyjdzie co do czego”, jest skuteczna w zwalczaniu konkurencji w kontaktach przelotnych, a równocześnie i ewentualnych kontaktach trwałych.
Mae West wyraziła się kiedyś, że inteligencja jest wielką zaletą kobiety, pod warunkiem, że potrafi ją ukryć. Zdaje się to być prawdą w odniesieniu do pozy­skiwania partnerów przelotnych. Kobiety często odgrywają rolę istot uległych, bezbronnych, a nawet głupich, celem pozyskania przelotnego partnera – pozwala­ją mu przejmować inicjatywę w rozmowie, udają roztrzepanie i naiwność. Studen­ci uważają tego rodzaju taktyki za umiarkowanie skuteczne w pozyskiwaniu męż­czyzny dla kontaktu przelotnego, choć za zupełnie nieskuteczne w pozyskiwaniu stałego partnera (średnie oceny 3,35 i 1,62 na siedmiostopniowej skali skuteczno­ści). Ujawnianie bezradności i uległości przez mężczyzn jest natomiast wybitnie nieskutecznym środkiem pozyskiwania partnerek zarówno przelotnych, jak i sta­łych (średnie oceny skuteczności: 1,60 i 1,31).
Uległość kobiety sygnalizuje mężczyźnie, że nie musi się obawiać jej wrogiej reakcji na własne awanse (Givins, 1978), że ma jej pozwolenie na zapoczątkowa­nie kontaktu. Rozszerza to znacznie pulę ewentualnych kandydatów o tych, którzy są niezbyt odważni czy wytrwali, powiększając możliwości dokonywania wybo­rów przez kobietę i szansę wybrania sobie lepszego partnera. Uległość może też sygnalizować mężczyźnie, że bez trudu zapanuje nad kobietą i podporządkuje ją swym pragnieniom. Ponieważ w kontekście kontaktów przelotnych pragnienia te mają charakter głównie seksualny, uległość sygnalizuje zwiększoną dostępność seksualną kobiety i możliwość seksu bez kosztów zaangażowania. Stereotyp „głu­piej blondynki” może jednak wprowadzać w błąd – taki sposób prezentowania siebie przez kobietę sygnalizuje nie tyle brak inteligencji, ile brak barier w dostę­pie do niej, także seksualnym.
Sygnalizowanie nasilonej dostępności seksualnej bywa częścią rozleglejszej intrygi w celu pozyskania przez kobietę trwałego partnera. Czasami jedynym spo­sobem kobiety na przyciągnięcie początkowej uwagi mężczyzny jest oferowanie łatwego dostępu seksualnego, pozornie niepociągającego za sobą żadnych kosz­tów z jego strony. Jeżeli koszty zdają się wystarczająco małe, mężczyzna zostaje bez trudu przywabiony do kontaktu wyglądającego na przelotny. Kiedy już kon­takt taki zostanie nawiązany, kobieta może na różne sposoby uzależniać mężczyz­nę od siebie, stale podnosząc jego korzyści z pozostania, a koszty z opuszczenia związku. Tak więc to, co początkowo wyglądało na seks bez zobowiązań, posłu­żyć może w istocie jako wabik służący powiększaniu zaangażowania mężczyzny. Ponieważ mężczyźni są tak bardzo nastawieni na pozyskiwanie seksu przelotne­go, kobiety mogą wykorzystywać ten mechanizm celem zwabienia ich do trwałe­go związku.

(…)

Na zazdrość seksualną składają się uczucia stanowiące reakcję na spostrzega­ne niebezpieczeństwo grożące naszemu związkowi. Dostrzeżenie niebezpieczeń­stwa prowadzi do pomniejszających lub usuwających je działań – od wzmożenia czujności w poszukiwaniu oznak niewierności drugiej strony do przemocy w sto­sunku do partnera lub rywala (Dały, Wilson, 1988, s. 182). Zazdrość wzbudzają sygnały zainteresowania rywali partnerem bądź też oznaki niewierności partnera czy tylko zainteresowania ewentualnymi rywalami. Funkcją wzbudzonych tymi oznakami emocji – gniewu, smutku, upokorzenia – jest albo odcięcie się od rywa­la, albo powstrzymanie własnego partnera przed dezercją ze związku.

Mężczyźni, którzy nie potrafili rozwiązać tego problemu adaptacyjnego, sta­wali nie tylko w obliczu bezpośrednich strat „reprodukcyjnych”, lecz również ry­zykowali utratą reputacji i pozycji społecznej, co w wypadku rejterady partnerki mogło im poważnie utrudniać pozyskanie następnej. Już u starożytnych Greków „niewierność żony ściągała hańbę na głowę męża, określanego wówczas obraźliwym mianem keratos (rogacz), oznaczającym słabość i nieadekwatność… Choć opinia społeczna dopuszczała tolerowanie zdrady męża przez żonę, tolerowanie niewierności żony przez męża było niedopuszczalne i ściągało nań drwiny jako zachowanie niemęskie” (Safilios-Rotschild, 1969, s. 78-79). Mężczyźni zdradzani są powszechnym przedmiotem kpin.

Zapewne z powodu asymetrii pewności ojcostwa i macierzyństwa większość dotychczasowych badań skupiała się na zazdrości seksualnej mężczyzn, choć jest ona doświadczana, oczywiście i przez kobiety. Kontakt partnera z inną kobietą mo­że, bowiem zawsze doprowadzić do wycofania przezeń własnych zasobów i skiero­wania ich na rywalkę i jej dzieci. Mężczyźni i kobiety nie różnią się ani częstością, ani natężeniem przeżywanej zazdrości, jak to wykazało na przykład badanie stu pięćdziesięciu par, które poproszono o opisanie własnego poziomu zazdrości o płeć przeciwną (White, 1981). Podobne wyniki uzyskano w badaniu ponad dwóch ty­sięcy osób z Węgier, Irlandii, Meksyku, Holandii, byłego Związku Radzieckiego, Stanów Zjednoczonych i dawnej Jugosławii, które to osoby proszono o podanie własnych reakcji na różne wyobrażane scenariusze zdrady. Mężczyźni i kobiety ze wszystkich siedmiu krajów podawali jednakowo negatywne reakcje na wyobraże­nie flirtu lub stosunku seksualnego drugiej strony z kimś innym. Nie różnili się też intensywnością reakcji na wyobrażane sceny, w których partner obejmuje rywalkę czy tańczy z nią, choć reakcje na te sceny były oczywiście mniej negatywne od re­akcji na flirt i stosunek seksualny. We wszystkich krajach mężczyźni i kobiety zda­ją się, więc jednako reagować zazdrością w odpowiedzi na grożące ich związkom niebezpieczeństwo (Buunk, Hupka, 1987).

Pomimo tych podobieństw, mężczyźni i kobiety ujawniają jednak intrygujące różnice, co do treści zdarzeń prowokujących zazdrość. W jednym z badań poproszono dwadzieścia kobiet i dwudziestu mężczyzn o odegranie roli w wywołują­cym zazdrość scenariuszu(Teisman, Mosher, 1978). Zanim jednak do tego doszło, badanych poproszono o wybranie najbardziej prowokującego scenariusza spośród kilku przedstawionych. Aż siedemnaście kobiet wybrało scenariusz, w którym niewierny partner poświęcał swój czas i zasoby materialne rywalce, a jedynie trzy scenariusz, w którym dochodziło wyłącznie do zdrady seksualnej. Mężczyźni wy­bierali natomiast dokładnie na odwrót – tylko czterech wybrało scenariusz zawie­rający poświęcanie czasu i energii, aż szesnastu – zdradę czysto seksualną. Bada­nie to dostarczyło pierwszej wskazówki, że choć zazdrość typowa jest i dla kobiet, i dla mężczyzn, każda z płci może ją przeżywać z odmiennych powodów. U ko­biet powody te dotyczą problemu pozyskiwania od mężczyzny niezbędnych zaso­bów materialnych, u mężczyzn – problemu pewności własnego ojcostwa.

(…)

Niepowtarzalność ludzkich strategii ma swoje źródło także i w tym, że pozo­stawanie razem przynosi reprodukcyjne korzyści obu płciom i dla obu płci korzy­ści te przeważają nad zyskami ze zmiany partnera. W rezultacie taktyki utrzymywania partnera przy sobie uprawiane są i przez mężczyzn, i przez kobiety (u owa­dów uprawiają je z reguły jedynie samce). Ponieważ ludzie kojarzą się zwykle z osobami o podobnym poziomie wartości reprodukcyjnej, obie strony mają zwy­kle mniej więcej tyle samo do stracenia wskutek rozpadu związku (Buss, 1988b; Buss, Barnes, 1986; Kenrick i in., 1993). Ludzie rozwinęli, więc wiele sobie tylko właściwych taktyk utrzymywania partnera przy sobie. Jedne z najważniejszych to system wczesnego ostrzegania przed niebezpieczeństwem w postaci zazdrości seksualnej oraz zaspokajanie pragnień partnera.

(…)

Ponadto mężczyźni mają niepokojącą skłonność do ogromnego niedoceniania, jak dalece agresja seksualna jest przykra dla kobiet. Wszystkie tego rodzaju akty agre­sji mężczyźni uznają za znacznie mniej przykre dla kobiet, niż uważają same ko­biety. Jest to oczywiście drzemiące zarzewie konfliktu – niedocenianie bolesności wymuszonego seksu stanowić może jeden z czynników powodujących brak empa­tii mężczyzn dla ofiar gwałtu (Zahavi, 1977). Drastyczną ilustracją tego braku jest pozbawiona serca (i sensu) wypowiedź pewnego teksańskiego polityka, który stwierdził, że jeżeli kobieta nie może uciec przed gwałtem, powinna leżeć spokoj­nie i starać się przynajmniej mieć z niego przyjemność.

Z kolei kobiety przeceniają stopień, w jakim mężczyznom sprawia przykrość skierowana na nich kobieca agresja seksualna – kobiety oceniają ją na 5,13, sami mężczyźni – jedynie na 3,02 (Blumstein, Schwartz, 1983). Tak więc zarówno męż­czyźni, jak i kobiety nie doceniają zdania płci przeciwnej i niezbyt dobrze je rozu­mieją. Obie płcie skłonne są widzieć reakcje płci przeciwnej raczej na obraz i po­dobieństwo swoich własnych odczuć. Mężczyźni sądzą, że kobiety w sprawach agresji seksualnej są bardziej męskie, niż to jest w istocie, a podobny błąd – zmie­niwszy, co trzeba – popełniają i kobiety. Rozpowszechnienie informacji o faktycz­nych odczuciach kobiet wśród mężczyzn i o faktycznych odczuciach mężczyzn wśród kobiet mogłoby, więc stanowić choćby drobny krok na drodze zmniejszania konfliktu między płciami.

W pewnym sensie odwrotnością agresji seksualnej jest oziębłość czy wycofy­wanie się z seksu, o co ustawicznie kobiety oskarżane są przez mężczyzn. Narze­kają oni na takie ich zachowania, jak celowe rozbudzanie mężczyzny, by potem się wycofać z kontaktu, złośliwe flirtowanie na niby czy odmawianie kontaktu seksualnego. Tego rodzaju zachowania oceniane są przez mężczyzn jako wyraźnie przykre (5,03), choć przez kobiety widziane są jako tylko umiarkowanie przykre (4,29). Wycofanie się z seksu jest, więc przykre dla obu płci, choć wyraźnie bar­dziej dla mężczyzn.

Z punktu widzenia kobiet wycofywanie się z seksu spełniać może szereg fun­kcji. Najbardziej oczywistą jest pozostawianie sobie możliwości wyboru między mężczyznami o dużej wartości, gotowymi do zaangażowania uczuciowego i mate­rialnego. Kobiety wycofują się z seksu z pewnymi mężczyznami po to, by zaanga­żować się weń z innymi, których same wybrały. Za pomocą wycofania się z seksu kobiety podwyższają również swoje znaczenie dla mężczyzny – w myśl zasady, że niedostępność każdego dobra podnosi jego wartość. Jeżeli jedynym sposobem po­zyskania kobiety przez mężczyznę będzie poczynienie poważnych inwestycji, poczyni je. Ale jest to następne zarzewie konfliktu między mężczyzną pragnącym szybkiego seksu bez zobowiązań a kobietą, która wycofuje dostępność seksualną, by pozyskać właśnie emocjonalne zobowiązanie mężczyzny.

(…)

Złe traktowanie drugiej strony jest oczywiście taktyką bardzo niebezpieczną. Choć zasadniczym jej celem jest powiększenie zaangażowania partnerki i przy­muszenie jej do działań na rzecz męża, taktyka ta może łatwo przynieść skutki od­wrotne od zamierzonych i doprowadzić do ucieczki kobiety, gdy dojdzie ona do wniosku, że nic gorszego i tak już jej spotkać nie może. Być może właśnie, dlatego mężowie bijący żony często je potem przepraszają, nierzadko plącząc i obiecując poprawę (Dały, Wilson, 1988; Russell, 1990). Tego rodzaju działania służą po­wstrzymaniu żony przed ucieczką.

Bicie żon spotykane jest w wielu kulturach. Wśród Indian Yanomamo zdarza się często, że mężczyźni biją swoje żony kijami za takie „wykroczenia”, jak opie­szałość w podawaniu herbaty (Chagnon, 1983). Co ciekawe, kobiety z tego ple­mienia uważają nierzadko bicie za objaw gorących uczuć mężowskich – interpre­tacja, której zapewne nie podzielają współczesne Amerykanki. Niezależnie od interpretacji, tego rodzaju działania służą podporządkowaniu żony mężowi.

Inną formą złego traktowania drugiej strony jest szydzenie z jej wyglądu. Zdarza się to zaledwie u 5% nowo poślubionych mężczyzn, ale w piątym roku małżeństwa odsetek ten jest już czterokrotnie wyższy. Zważywszy, jak ważny dla kobiet jest ich wygląd, cios wymierzony w ten punkt jest wyjątkowo bolesny. Funkcją takiego postępowania mężczyzny jest zapewne obniżanie mniemania żo­ny o samej sobie, a przez to powstrzymywanie jej od angażowania się w kontakty pozamałżeńskie.

Złe traktowanie partnerek można więc wyjaśnić na gruncie myślenia ewolucjonistycznego adaptacyjnymi funkcjami takiego postępowania. Zrozumienie fun­kcji i celów takiego zachowania nie oznacza jednak wcale jego akceptacji czy aprobaty, podobnie jak to jest i z innymi rodzajami destruktywnego postępowania. Wręcz przeciwnie, zrozumienie przyczyn i warunków pojawiania się takich niepo­żądanych zachowań może przyczynić się do skuteczniejszego im przeciwdziała­nia. Złe traktowanie partnerek przez mężczyzn ma swoje korzenie biologiczne, ale nie jest to w żadnym sensie zachowanie ani konieczne (niczym odruch kolanowy), ani niemożliwe do zmiany. Jego pojawianie się zależy od różnych okoliczności, w tym także od szczególnych cech charakteru mężczyzn. W badaniach nad nowo­żeńcami stwierdziliśmy na przykład, że mężczyźni nieufni i niestabilni emocjo­nalnie czterokrotnie częściej źle traktują swoje żony, niż mężczyźni emocjonalnie stabilni i pozbawieni podejrzliwości. Inne czynniki nasilające poniewieranie żon przez mężów to odizolowanie żony od jej krewnych, brak sankcji prawnych gro­żących mężczyźnie za takie postępowanie, czy sytuacja, w której atrakcyjność żo­ny znacznie przewyższa atrakcyjność jej męża, co nasila się jego lęk przed opuszcze­niem. Zidentyfikowanie okoliczności nasilających szansę złego traktowania kobiety przez męża może być pierwszym krokiem w kierunku przeciwdziałania temu niepożądanemu zjawisku

(…)

Sytuacją, w której stosunkowo często dochodzi do gwałtu, jest randka. Jedno z badań ujawniło, że prawie 15% studentek doświadczyło gwałtu podczas randki. Inne badanie trzystu czterdziestu siedmiu kobiet ujawniło zaś, że sprawcami aż 63% gwałtów są „chłopcy”, narzeczeni czy mężowie ofiar (Gavey, 1991). Najbar­dziej rozległe z dotychczasowych badań nad tym problemem ujawniło, że spośród prawie tysiąca zamężnych kobiet, 14% zostało zgwałconych przez swoich mężów (Russell, 1990). Daleko, więc do tego, by gwałt można było uważać za przestęp­stwo popełniane jedynie przez nieznajomych czyhających w ciemnych alejkach. Jest on zjawiskiem nierzadkim w kontekście kojarzenia się ludzi w pary, stano­wiącym przedmiot zainteresowania tej książki.

(…)

Ewolucyjny wyścig zbrojeń

Kontakty mężczyzn z kobietami nękane są więc licznymi konfliktami – od poty­czek o dostęp seksualny w parach przedmałżeńskich, przez walki o zaangażo­wanie i inwestycje zasobów wśród par małżeńskich, do zaczepek seksualnych w miejscu pracy i gwałtu pośród znających się osób i nieznajomych. Źródła znacznej większości tych konfliktów znaleźć można w odmienności ewolucyjnie wykształconych strategii seksualnych obu płci. Strategie typowe dla jednej płci często utrudniają realizację celów drugiej strony.

Obie strony konfliktu wykształciły w trakcie ewolucji szereg mechanizmów reagowania na utrudnianie własnych celów przez postępowanie drugiej strony. Należą do nich przede wszystkim takie emocje, jak gniew, smutek i zazdrość. Ko­biety najsilniej reagują gniewem na mężczyzn wtedy, kiedy ich postępowanie uniemożliwia im realizację ich własnych strategii postępowania, kiedy mężczyźni na przykład próbują wymusić seks i poniżają je. Podobnie mężczyźni reagują gniewem na utrudnianie im realizacji ich własnych strategii seksualnych, kiedy kobiety odtrącają ich zaloty, odmawiają seksu czy podrzucają „kukułcze jaja”.

Wszystkie te potyczki prowadziły w trakcie ewolucji naszego gatunku do swoistej „spirali zbrojeń” obu płci. Na każdy postęp umiejętności mężczyzn do wprowadzania kobiet w błąd, te odpowiadały rozwojem większych umiejętności wykrywania oszustwa. Na każdą, coraz to trudniejszą próbę, na którą kobiety wy­stawiały mężczyzn, by sprawdzić siłę ich uczuć i zaangażowania, mężczyźni od­powiadali wzrostem umiejętności udawania oznak zaangażowania. A to prowadzi­ło do dalszego wzrostu wrażliwości kobiet na tego rodzaju próby wprowadzenia ich w błąd. Każde ulepszenie w realizacji strategicznych celów jednej płci spoty­kało się z analogiczną reakcją drugiej. Ponieważ zaś strategie seksualne obu płci są częściowo odmienne, owa ewolucyjna spirala zdaje się nie mieć końca.

Ewolucyjnie wykształcona zdolność do reagowania negatywnymi emocja­mi i cierpieniem na przeszkody w realizowaniu własnych strategii seksualnych pozwalają kobietom i mężczyznom działać w sposób pomniejszający ich własne koszty. Czasami oznacza to wycofanie się z dotychczasowego związku.

(…)

Harmonia między kobietą a mężczyzną

 Cokolwiek zostało uczynione przez jakąkolwiek jednostkę w historii ludzkiego gatunku, wyznacza minimalną granicę naszych możliwości. Granica maksymalna — jeżeli w ogóle istnieje —pozostaje całkowitą niewiadomą

John Tooby i Leda Cosmides The Adapted Mind

Kluczowym przesłaniem niniejszych rozważań nad ludzkimi strategia­mi seksualnymi jest idea, że strategie te są ogromnie plastyczne i wrażliwe na kontekst społeczny. Wykształcając różne nasze mecha­nizmy psychologiczne, ewolucja wyposażyła nas w szeroki repertuar zmiennych zachowań pozwalających rozwiązywać różne problemy adaptacyjne związane z doborem partnerów. Z repertuaru tego możemy wybierać dowolne za­chowania pozwalające spełnić nasze pragnienia przy uwzględnieniu konkretnych warunków, w których do spełnienia tych pragnień dochodzi. Tak więc w dziedzi­nie seksu żadne zachowanie nie jest nieuniknione czy wyznaczone nieuchronnym programem genetycznym – ani niewierność czy monogamia, ani przemoc czy ła­godność, ani zazdrosne strzeżenie drugiej strony czy obojętność. Mężczyźni nie są nieodwołalnie skazani na pogoń za przelotnym seksem z licznymi partnerkami, podobnie jak kobiety nie są skazane na wyśmiewanie mężczyzn nieskłonnych do stałego zaangażowania. Nie jesteśmy niewolnikami na zawsze przypisanymi do ról płciowych wyznaczonych przez ewolucję. Znajomość warunków aktywizują­cych każdą ze strategii postępowania umożliwia nam dowolne decydowanie, którą z nich realizować, a którą pozostawić jedynie niewykorzystaną możliwością.

Zrozumienie powodów, dla których seksualne strategie w nas się wykształciły, dostarcza nam potężnego narzędzia umożliwiającego zmienianie naszego własnego postępowania, podobnie jak poznanie fizjologii ludzkiego ciała umożliwia nam wprowadzanie zmian w jego funkcjonowaniu. Wiedząc, co i dlaczego powoduje powstawanie odcisków, możemy ich uniknąć. Podobnie wiedząc, że funkcją zazdrości u mężczyzn jest zapewnienie sobie ojcostwa rodzonych przez partnerkę dzieci, a u kobiet — zapewnienie sobie wyłączności dostępu do zasobów partnera, możemy przewidzieć, które warunki najbardziej będą zazdrości sprzyjały, a w konsekwencji warunków tych unikać. Dysponując tą wiedzą, możemy skonstruować nasz związek w taki sposób, że zazdrość nie będzie w nim wielkim problemem.

W dotychczasowych rozdziałach tej książki posługiwałem się danymi empi­rycznymi na temat stosowanych przez ludzi taktyk przyciągania, pozyskiwania, utrzymywania przy sobie i porzucania partnera celem zbudowania ogólnej teorii ludzkich zachowań seksualnych. Choć nie stroniłem od spekulacji, w zasadzie sta­rałem się ograniczać do ustalonych faktów. W tym rozdziale wychodzę poza owe fakty, próbując pokazać ich szersze implikacje dla kontaktów społecznych w ogó­le, a szczególnie dla kontaktów między kobietami a mężczyznami.

Różnice między płciami

Ponieważ kobiety i mężczyźni stawali w ewolucyjnej przeszłości naszego gatunku przed ogromną liczbą identycznych wyzwań, większość wykształconych przez obie płcie mechanizmów adaptacyjnych jest jednakowa. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni pocą się i doznają dreszczy w trakcie regulacji temperatury ciała, po­dobnie jak obie płcie wysoko cenią sobie inteligencję i niezawodność u stałego partnera życiowego, a także jego lojalność, rzetelność czy skłonność do współpra­cy. Na tle tych licznych podobieństw tym bardziej wyraziste stają się różnice mię­dzy kobietami a mężczyznami. Występują one w takim zakresie, w jakim nasi praprzodkowie różnych płci stawali przed odmiennymi problemami przystoso­wawczymi, które musiały zostać rozwiązane odmiennymi sposobami. Ponieważ na pradawne kobiety spadał główny ciężar opieki nad dzieckiem, to u nich wykształ­ciły się gruczoły mleczne. Ponieważ do zapłodnienia dochodzi wewnątrz ciała ko­biety, to pradawni mężczyźni stawali przed problemem pewności własnego ojco­stwa. Doprowadziło to do wykształcenia się u nich szczególnej preferencji do seksualnej wierności partnerek i psychologicznych mechanizmów zazdrości skon­centrowanej na niewierności seksualnej oraz skłonności do wycofywania własnego zaangażowania w wypadku podejrzeń, że podrzucono im „kukułcze jajo”. Wszyst­ko to wyraźnie ich odróżnia od kobiet (Baker, Bellis, 1995; Buss, Schmitt, 1993; Betzing, 1989).

Niektóre z różnic między płciami są niezbyt przyjemne. Kobiety nie lubią być traktowane jako obiekty seksualne cenione za piękno i młodość, a więc wła­ściwości, na które w przeważającej mierze nie mają żadnego wpływu. Mężczy­źni nie lubią być traktowani jako narzędzie sukcesu cenione za grubość portfela i wysokość zajmowanej pozycji społecznej. Niewątpliwe bolesne jest być żoną mężczyzny, którego pogoń za seksualną różnorodnością skłania do niewierności, podobnie jak być mężem kobiety, którą do niewierności skłania poszukiwanie emocjonalnej bliskości z innym mężczyzną. I dla kobiet, i dla mężczyzn bolesne jest doświadczenie odrzucenia przez płeć przeciwną wskutek braku cenionych przez nią właściwości.

Dość powszechnie przyjmowane założenie nauk społecznych o jednakowości obu płci nie daje się utrzymać w świetle obecnie znanych faktów. Zważywszy siłę ewolucyjnych presji oddziaływujących w odmienny sposób na kobiety i mężczyzn przez tysiące pokoleń, oczekiwanie takiej jednakowości byłoby oczywiście zupełnie pozbawione realizmu. Dziś nie można już wątpić w zasadnicze różnice między płciami – z silniejszą preferencją mężczyzn do partnerek młodych, urodziwych i licznych oraz z silniejszą preferencją kobiet do mężczyzn wysoko stojących w hie­rarchii, zasobnych i skłonnych do dzielenia się swymi zasobami tylko z nimi. Męż­czyźni i kobiety różnią się znacznie strategiami przyciągania, pozyskiwania i utrzy­mywania przy sobie drugiej strony. Wszystkie te różnice zdają się mieć po­wszechny, w dużym stopniu ponadkulturowy charakter i decydują o kształcie poży­cia obu płci.

Niektórzy ludzie starają się różnicom tym przeczyć w nadziei, że po zamknię­ciu oczu znikną i same różnice. Zaprzeczanie ich istnieniu nie na wiele się jednak zda, a harmonijne współżycie obu płci będzie możliwe dopiero wtedy, kiedy róż­nice te dobrze zrozumiemy, pojmując w ten sposób także i odmienność pragnień kobiet i mężczyzn.

Fragment książki „Jak skutecznie przekonywać” – Gerry Spence

Jak skutecznie przekonywać - Gerry Spence

 

Rozdział 6 POTĘGA UPRZEDZENIA Przegląd ubrania, wywabianie plam

BLOKADA: Uprzedzenie blokuje umysł. Zamyka do niego dostęp. Nie zezwala na powstawanie myśli.

Zaglądanie do umysłu ogarniętego uprzedzeniem to jak otwieranie drzwi do pomieszczenia, które pod sufit zapa­kowane jest rupieciami. Nic więcej już się tam nie zmieści, a po otwarciu drzwi różne rzeczy z łoskotem wypadają na zewnątrz.
Ci, których umysły przytłacza uprzedzenie, nie mają szans na rozwój. Proces uczenia się jest zahamowany. Lu­dzie tacy mogą zrozumieć naszą logikę, ale logika nie ma dla nich żadnego znaczenia.
Słowo uprzedzenie pochodzi od praejudicium, co wła­ściwie znaczy przedwczesny sąd, sąd wydany z góry. Lu­dzie są uprzedzeni w stosunku do filozofii, religii, wie­rzeń. Mogą mieć uprzedzenie co do partii politycznej, marki samochodu, rasy, osoby — którą sami najlepiej naz­wiecie.
Jeśli ktoś nienawidzi Żydów czy katolików, to nic już tego najprawdopodobniej nie zmieni. Można tu chwy­tać się różnych sposobów: tłumaczenia, krzyku, płaczu, Próśb, a błagania o bezstronność i sprawiedliwość spełzną na niczym.

Zrozumienie uprzedzeń: Uprzedzenia — wszyscy je mamy — stanowią część struktury osobowości. Problem w tym, że mogą one spokojnie spoczywać gdzieś na dnie umysłu, wpływając na nasze myślenie, o czym wcale nie wiemy. Uprzedzenie mogło wziąć początek od okrutnego lub zaniedbującego dzieci ojca, chorej czy roztrzepanej matki, zamknięcia w ciemnej szafie. Może także zrodzić się z przerażenia, strachu, zmuszania do wykonywania ob­rzydliwych czynności, konieczności poniesienia niezasłu­żonej kary. Początkiem mogło być zagubienie, wstręt do konkretnego rodzaju jedzenia, zaprawienie młodego umy­słu jadem nienawiści. Uprzedzenia, podobnie do fobii, są tak trwale w nas osadzone, że gdy zdajemy sobie z nich sprawę, jest już przeważnie za późno, aby coś z nimi zro­bić. Wiedząc o naszych uprzedzeniach, możemy bronić się przed ich skutkami dla siebie i innych, ale one i tak istnieją niczym pępek będący znamieniem porodu. Argumenta­cja, dowodzenie swego stanowiska nie wymazuje uprze­dzenia bardziej niż blizna, czy to natury psychologicznej, czy fizycznej.

Religia jako uprzedzenie: Czy wszystkie religie nie sta­nowią uprzedzeń? A może jesteśmy za bardzo uprzedzeni, żeby to przyznać? Rzeczywiście, gdyby komuś przyszła na to ochota, czy miałby szanse przekonać baptystę, że Chry­stus nie jest synem Bożym albo żarliwego mormona o tym, że Brigham Young był pariasem lubiącym kobiety? Jeśli już teraz zamkniecie tę książkę, to będzie to także miało jakiś związek z waszym uprzedzeniem.
Spróbujcie przekonać rekina biznesu, że nadmierne gro­madzenie bogactwa powodowane jest chciwością i złem. W odpowiedzi pokaże wam ostatni bilans sprawdzony przez biegłych księgowych, który stanowi dowód jego su­kcesów. W księgach firmy wspomina się o pracownikach, ujmując ich tylko pod pozycją „koszty robocizny”.
Hasła, które głoszą, że dzieci nie powinny głodować, że chorym należy się opieka, że młodzieży należy zapewnić dostęp do szkół, że każdy człowiek powinien mieć dach nad głową — nie brzmią jak zasady o uniwersalnym za­kresie, lecz jakby stanowiły doktrynę socjalizmu. Oślepia­jące uprzedzenie powoduje, że więcej uwagi poświęcamy bezbronnym, wałęsającym się po ulicach psom niż bezdo­mnym i głodującym dzieciom, które wegetują gdzieś pod mostem.
Prawo a uprzedzenie: Prawo rozumie nieprzejednaną istotę uprzedzenia. Uznaje, że uprzedzeni sędziowie nie po­winni zajmować się konkretną sprawą, chociaż większość z nich jest zbyt uprzedzona, aby uświadomić sobie to uprze­dzenie i zrezygnować na własną prośbę. Usunięcie uprze­dzonego sędziego jest podobne do wyrywania zęba roz­wścieczonemu gorylowi. Prawo umożliwia także potencjal­nemu członkowi ławy przysięgłych, któremu wykazano, że jest uprzedzony, aby ustąpił i nie brał udziału w procesie. Absurdem i paradoksem jest jednak to, że po odkryciu i wy­jaśnieniu uprzedzenia sam sędzia przysięgły, adwokaci, przewodniczący składu sędziowskiego — wszyscy razem dokładają starań, aby pozostawić go i nie wykluczać ze spra­wy. Jest to jednak oddzielny temat.

Wszechobecność uprzedzeń: Pytanie, które należy za­dać, nie powinno brzmieć: „Czy jesteśmy uprzedzeni?”, lecz raczej: „Jakie są nasze uprzedzenia?” Jesteśmy uprze­dzeni nawet do samego słowa uprzedzenie, gdyż wpojono w nas, że bycie uprzedzonym jest społecznie i politycz­nie niewłaściwe. Ja sam jestem uprzedzony do rasistów, wszelkiego rodzaju bigotów (oprócz tych, z którymi się zgadzam), a w mniejszym stopniu graczy w golfa. Moje uprzedzenie dotyczy również śmietany dodawanej do po­traw kuchni amerykańsk-iej. Nie lubię bankierów, ponie­waż okradają ludzi w majestacie prawa. Określam ich, po­dobnie jak niektórzy robili to już w przeszłości, mianem „banksterzy”. Mam większy szacunek i uznanie dla Dillin- gera niż dla większości bankierów. Dillinger nie okradał biedaków. Rabował tych, którzy wzbogacili się na okrada­niu biednych. Bankierzy są także bardzo wyniośli. Obrzyd­liwie wyniośli i oczywiście nie znają się na niczym poza pieniędzmi, które same przez się są nudne. Moje uprze­dzenie do bankierów bierze się również z tego, że wykazują niechęć i urazę do biednych, co jest odbiciem głębokiego, trwałego i wstrętnego uprzedzenia. Tacy przejdą na ulicy obok głodnego włóczęgi, ale hojnie obdarują „społecznie właściwą” orkiestrę symfoniczną, jeśli w programie kon­certów wyraźnie zaznaczy się ich nazwiska jako głównych sponsorów.
Jestem uprzedzony do graczy w golfa, ponieważ w każ­dej ich grupie, każdym klubie znajduje się mnóstwo ban­kierów lub przyjaciół bankierów, a ponadto gracze w golfa na ogół są tak samo nudni jak bankierzy. Nie są w stanie oczarować nikogo poza innymi graczami. Twierdzę (po­przez moje uprzedzenie), że jeśli któregoś dnia Bóg ześle śmierć na wszystkich golfistów przebywających na wszy­stkich polach golfowych świata — świat pójdzie we wła­ściwym kierunku i nie dozna przez to żadnego uszczerbku.
Jestem uprzedzony do kwaśnej śmietany, ponieważ pa­miętam z dzieciństwa, jak babcia robiła masło. Zapach przy tym był nieszczególny. Dawała zsiadłe mleko kurczakom. To z kolei rodziło uprzedzenie do kurczaków, ponieważ dziwiłem się, jak można jeść cokolwiek, co wcześniej zo­stało nakarmione czymś tak cuchnącym, jak zsiadłe mleko. Nigdy tak do końca nie wyzbyłem się tego uprzedzenia. Nieraz babcia zmuszała mnie do wypicia mleka, chociaż zbierało mi się prawie na wymioty. W końcu zrodziło to we mnie niechęć, nawet nienawiść do nabiału na całe życie.
Mój syn nienawidzi orzechów — wszelkich orzechów: ziemnych, włoskich, brazylijskich; wszystkiego, co przy­pomina orzechy. Zauważyliśmy już wcześniej, że uprze­dzenia wyrastają z doświadczeń młodości i dzieciństwa. Rodzice mogli nienawidzić czarnoskórych, policjantów, ka­znodziejów lub czegoś w rodzaju drużyny Boston Red Sox albo Partii Republikańskiej. Uprzedzenia mogą rodzić się w wyniku naszych własnych przeżyć. Ktoś nienawidzi La­tynosów, bo został przez nich oszukany lub nabrany. Ktoś wykiwany przez Latynosa może odtąd nienawidzić każde­go, kto ma jakikolwiek kolor skóry poza białym.
Znam człowieka, który jako mały chłopak nacierpiał się za przyczyną sumaka jadowitego. Teraz nie tylko nie może znieść tej rośliny, ale żadnej, która wygląda jak bluszcz, żadnego pnącza, żadnego lasu, w którym można spotkać bluszcz, nienawidzi wszystkiego, co rośnie i żyje poza do­mem, nienawidzi gór, prerii — w rzeczywistości nienawi­dzi całego świata przyrody.
Co prawda ludzie z uprzedzeniami nie tylko nie uświa­damiają sobie ich istnienia, ale jest im z nimi dobrze. Uprzedzenia są prawdą — ich prawdą. Moja prawda głosi, że bankierzy to bezduszne roboty, które są społecznie i mo­ralnie stracone, które wyrzucają biednych z domów, gdy ci nie spłacają należności, i które od czasu ukończenia Har­vard Business School nie przeczytały żadnej dobrej książki, a może w ogóle żadnej. Ja zdaję sobie sprawę z moich uprzedzeń, ale jest mi z nimi dobrze. Lubię je. Nie istniał­bym bez nich.

KLUCZ: Informacja ma służyć uchronieniu się przed uprzedzeniami. Ale jak?

Jak przekonać się o uprzedzeniach innych — sędziego, klienta, urzędnika czy najbliższego sąsiada? Jedno jest pew­ne — ich uprzedzenia wyjdą na jaw po tym, jak opowie­dzą się przeciw naszej argumentacji, doskonałemu wystą­pieniu naszego autorstwa. Dobrze byłoby takie uprzedzenia poznać zawczasu i od nich zaczynać. Informacja. Tak, in­formacja! Jak zdobywać informacje?
Można nieraz zapytać przysięgłych, czy są uprzedzeni do sprawy, czy klienta, a odpowiedzą twierdząco. Najczę­ściej przyznają się, aby ich zwolnić z obowiązku zasiadania na ławie przysięgłych lub co gorsza, żeby wytworzyć uprze­dzenie w celu zwolnienia z takiego obowiązku. Większość przysięgłych nie potwierdzi swych uprzedzeń. Uważają je po prostu za uzasadnione opinie. Mają wewnętrzne przeko­nanie, że są uprzedzeni, ale sądzą, iż takimi wypada być. A właściwie, to dlaczego mieliby ujawniać swe uprzedzenia i dać się usunąć z ławy przysięgłych, gdy zależy im, żeby uczestniczyć w rozprawie i odesłać naszego klienta na zie­loną trawkę? Sala sądowa wypełniona ludźmi nie wydaje się najlepszym miejscem do tego, aby spowiadać się ze swych manii, nawyków, aspołecznych poglądów czy nie­właściwych politycznie postaw.
Który z bankierów oficjalnie powie, że jest uprzedzony do czarnoskórych, Latynosów albo biedaków? Który z sze­fów kadr przyzna, że nie zamierza zatrudnić nikogo po pięćdziesiątce? Kto otwarcie przyzna się do uprzedzenia do homoseksualistów?
Tak więc członek ławy przysięgłych z miłym uśmie­chem na twarzy zaprzeczy jakimkolwiek uprzedzeniom — najzwyczajniej zaprzeczy. Co możemy w takiej sytuacji zrobić?

Określenie podobieństwa osobowości: Przychylam się często do koncepcji „kiści”. Osobowości ludzkie, nawyki, nałogi, postawy, opinie, uprzedzenia występują w kiściach, jak winogrona. Sprawdzając smak jednego owocu, szybko określamy jakość wszystkich. Mogą oczywiście wystąpić niewielkie różnice między poszczególnymi owocami, ale te, których nie spróbowaliśmy, z całą pewnością nie mają smaku befsztyka.

Przykład pierwszy — bankier: Jeśli wiemy, że ktoś jest bankierem, to wiadomo, że nie mieszka i raczej nigdy nie mieszkał w getcie. Nie jeździ starym furgonem z kil­koma słupkami ogrodzeniowymi, zwojem drutu i sta­rym pasterskim psem. Na pewno nie należy do Kościoła Zielonoświątkowców ani nie prenumeruje „Daily Worke- ra”. Jego koledzy nie bywają członkami Partii Komunisty­cznej. Prawdopodobnie nie pali marihuany. Nigdy też nie zdarzyło mu się spać na ulicy. Z pewnością chodził do dobrej szkoły i skończył college. Bez wielkiego ryzyka można przyjąć, że jego rodzice mieli pieniądze. W wybo­rach oddaje głos na Republikanów. Nie kupuje garniturów w sklepie J. C. Penney i nie był bezrobotny. Nigdy nie napisał wiersza i nie namalował obrazu. Można by tak wyliczać bez końca.
Jakie są poglądy typowego bankiera? Prawdopodobnie myśli, że każdy bezrobotny jest leniwy. Powie wam, że „jest tyle do zrobienia. A ja nie mogę załatwić nikogo do mycia okien. Nie ma komu naprawić pieca. Czeka się dwa tygodnie na hydraulika. Ci, którzy nie pracują, najzwyczaj­niej nie chcą pracować”.
Jego poglądy na system opieki społecznej, podobnie jak innych, łatwo przewidzieć. Opowie wam historyjkę, którą słyszeliście już setki razy, o tym, jak to kobiety korzystające z opieki rodzą dzieci, żeby dostawać wyższe zasiłki: „Te kobiety robią pieniądze na dzieciach — ich sprawa”. Nig­dy w życiu jednak nie zabrał na kolację biednej, prostej kobiety, która gnieździ się z siódemką dzieci w trzypoko­jowym mieszkaniu w domu bez windy, w mieszkaniu bez ogrzewania ani nie zapytał jej, dlaczego ma tak dużo dzieci. Po co miałby pytać?
Poglądy bankiera na temat czarnej społeczności dadzą się także łatwo zaszufladkować. Powie wam, że nie ma żadnych uprzedzeń do czarnych, ale gdy go przyciśniecie, dowiecie się, że stanowią oni około 0,0067 dłużników. We­dług niego bezdomni mieszkają na ulicy, bo akurat tego chcą. Uważa, choć niechętnie to wyzna, że wszystko bierze się z leseferyzmu. Musimy pozostawić wszystkim i wszy­stkiemu swobodę działania, co zastępczo oznacza pozbycie się niewygodnych części społeczeństwa poprzez danie im szansy na śmierć z głodu.
Poglądy polityczne bankiera są zupełnie jasne, bez konieczności zadawania jakiegokolwiek pytania. Jest on zwolennikiem wolności gospodarki, występuje przeciw­ko zwiększeniu podatków, niezależnie od tego, jak byłyby niskie. Uważa, że rząd nie powinien ingerować w życie obywateli z wyjątkiem udzielania gwarancji bezpieczeń­stwa przedsiębiorstwom i bankom. Kryzys zainteresowania usługami bankowymi to wynik mistyfikacji rządu. Rząd winien bronić nas przed pospolitą przestępczością, ale nie przeciw zbrodniom bankierów popełnianych na depozy­tariuszach. Granice kraju należy zamknąć: „Nie potrzebu­jemy już więcej Meksykańców” (pejoratywnych określeń używa się tylko w rozmowach w saunie). Kara śmierci musi być szerzej stosowana, a nie ograniczana. Innymi słowy, społeczeństwo winno zabijać więcej, a nie mniej swych członków. Nie należy wymagać od społeczeństwa, aby dożywotnio utrzymywało zabójców. Powinniśmy wie­szać złodziei i tych, którzy napadają na banki, szczególnie tych, którzy napadają na banki. Fałszerzy czeków trzeba znaczyć tatuażem na czole, żeby ułatwić ich rozpoznanie. Uprzedzenia obecne w psychice bankiera są powtarzalne, typowe dla wszystkich z tego kręgu. Wyjątki, które zawsze się zdarzają, nie mogą zmienić naszej oceny. Przeglądając kiść czerwonych winogron, zawsze znajdziemy jakiś owoc, który jest nieco innego koloru. Mówię tu o kiściach, o pięćdziesięciu owocach, a nie o jednym brązowawym owocu, ukrytym gdzieś wśród reszty.

Inny przykład: Co składa się na osobowość na przykład czarnoskórego robotnika kolejowego? Jego poglądy na nie­które sprawy są zupełnie inne od poglądów bankiera. By­wają i takie, w których różnice byłyby prawie nie zauważo­ne. Obaj są zgodni co do kwestii bezrobocia. Obaj oburzają się na podwyższenie podatków. Mają zbliżone poglądy na temat opieki społecznej. Czarnoskóry robotnik kolejowy wie, że około sześćdziesiąt procent więźniów to czarni, a jak podejrzewa, przyczyną jest rasizm. Nie lubi ban­kierów. (Nie lubi graczy w golfa). Jest politycznie w po­rządku w stosunku do swych kolegów z pracy, jest z nimi na dobrej stopie, jada z nimi lunch w zakładowej kantynie
i wielu z nich uważa za przyjaciół. Nie zapominajcie, że ciągle mówię o kiściach. Każda z osób posiada własną kiść, która w dużym stopniu przypomina tę, która jest chara­kterystyczna dla osób o podobnym pochodzeniu i doświad­czeniach.
Pastor: Kolejnym przykładem może być pastor. Wielu, może nawet wszyscy, są za karą śmierci. Spora część, cho­ciaż wyznaje, że postępują według nauki Chrystusa, cierpi na „zaburzenia miłości”, to znaczy kocha Boga, a nienawi­dzi człowieka, mimo że Bóg sprawiał jej więcej kłopotu niż ktokolwiek z ludzi. Wcale mnie to nie dziwi, biorąc pod uwagę poparcie duchowieństwa dla wojen czy umie­szczanie na zderzakach samochodów nalepek głoszących hasło: ZABIJAJ DLA CHRYSTUSA. Krótko mówiąc, pasto­rzy zaczynają kierować swe poglądy polityczne bardziej na prawo, co paradoksalnie znaczy, iż mają coraz mniej mi­łości dla człowieka. Gdy potrzebują pieniędzy, nakazują nam dawać, jak Chrystus dawał siebie. Natomiast gdy jakaś zbłąkana owieczka, której psychika w dzieciństwie została skrzywiona, popełni zbrodnię, pastor odwoła się do starej zasady prawa mojżeszowego, głoszącego „oko za oko…”, Czy mamy znów do czynienia z uprzedzeniami?

Jeszcze inni: Kiście dla ranczerów czy robotników prze­mysłowych podobne są do tych dla pracowników admini­stracji i służb komunalnych. Pisarzy, aktorów, muzyków, malarzy można by też zakwalifikować do jednej grupy. Ale trzeba tu zachować pewną ostrożność. Spójrzcie na Charl- tona Hestona, który tak mocno skłania się ku prawicy, że można zastanawiać się, czy jego prawa noga nie jest dużo krótsza od lewej, a z kolei Jane Fonda miała kiedyś podob­ne kłopoty, ale z lewą nogą. Kiście, o których cały czas mówimy, dla nauczycieli, alpinistów, pielęgniarek, sekre­tarek są znacznie bardziej niewyraźne i niełatwe do okre­ślenia. Bogaci, którzy wywodzą się z bogatych sfer, nie dadzą się łatwo zaszufladkować. Ci najbardziej wartościowi często mają poczucie winy za niezasłużone obfitości, które przyniósł im los i szukają okazji naprawienia zbrodni swe­go urodzenia, a inni, choćby bracia Menendez, nie mają żadnych moralnych skrupułów, są tak puści, jak puszka po jakimś napoju znaleziona na plaży. Starsze gospody­nie będą pełniej odzwierciedlać zespoły cech osobowościo­wych swych mężów niż młode, pracujące żony. W trakcie czytania o tych poglądach na temat kiści, które są przecież obciążone moimi uprzedzeniami, zareagujecie według swo­ich uprzedzeń. Jeśli spotkamy się w cztery oczy, żadne z nas nie wykaże uprzedzeń. Gdybyśmy nie byli w czymś zgodni, to przecież ty jesteś uprzedzony — nieprawdaż?

Niebezpieczeństwo zignorowania kiści: Klasyfikowa­nie ludzi według rasy, pochodzenia etnicznego, płci, po­ziomu życia czy zawodu jest dość niebezpieczne, a może nawet niewłaściwe i naganne. Aby móc podjąć odpowie­dzialne działania w celu uchronienia się przed spustosze­niem i zniszczeniem przez uprzedzenia, idea kiści wydaje się bardzo przydatna. Może nie jest „politycznie właściwa”, ale jest znacznie lepsza niż czytanie z kart.
Opowiem wam pewne zdarzenie. Wiele lat temu bro­niłem bankiera z Luizjany oskarżonego o defraudację. To­czyłem z nim boje, gdy przyjeżdżał do Wyoming, żeby mnie przekonać do zajęcia się jego sprawą.
Powiedziałem mu wprost:
—      Wie pan, nie lubię bankierów. Wygląda pan na mi­łego gościa, ale ja nigdy nie broniłem bankiera i szczerze mówiąc, nie wiem, dlaczego miałbym zrobić dla pana wy­jątek.
Starałem się przemawiać spokojnym głosem.
—      Drogi panie Spence — odrzekł. — Ze mnie jest ka­wał drania.
To zwróciło moją uwagę. Spojrzał na mnie, a jego wzrok był wyjątkowo smutny i poważny.
—      Jeśli włożę w sprawę dużo serca i energii, chcę coś w zamian. Chciałbym wierzyć, że osoba, której będę bronił, uczyni coś dla dobra społecznego. W przeciwnym wypadku
uważałbym, że zmarnowałem życie. Nie chcę marnować
życia.
Bankier wyjaśnił, że popadł w tarapaty tylko dlatego, że właściwie zrobił za dużo dobrego. Udzielał kredytów biedakom, którzy nigdy ich nie spłacili; nie powinien ich udzielać, ponieważ było to wbrew rygorystycznym przepi­som. Lekceważył żelazne zasady bankowości, według któ­rych bank daje ci kredyt wtedy, gdy nie potrzebujesz pie­niędzy, ale jeśli znajdziesz się w prawdziwej potrzebie, nie dostaniesz nic, nawet jeśli chciałbyś zastawić żonę i dzieci. Próbował też pomagać na starcie drobnym przedsiębior­com. Był lojalny wobec przyjaciół nie będących bankierami. Przekazywał darowizny czarnoskórej społeczności w swo­im mieście, dał sporo pieniędzy na uniwersytet zdomino­wany przez murzyńskich studentów. W konsekwencji zna­lazł się w konflikcie z prawem, aż wreszcie, jak powiedział, jego sprawa trafiła do prokuratora.
Nie pasował mi do całej rzeszy bankierów. Mimo to wcale nie chciałem go reprezentować. Przedyskutowałem ten przypadek z żoną.
—      Nie pojmuję, dlaczego nie bronisz tego biedaka — powiedziała. — Bankierzy też są ludźmi.
—      Zgoda — odparłem. — Każdy dewiant jest czło­wiekiem.
—      Można zakładać, że są niewinni — mówiła dalej.
—      Takie założenie odnosi się do każdego oskarżonego.
—      Mają prawo do obrony.
—      Każdy, komu postawisz zarzut, ma takie prawo.
—      Jesteś uprzedzony — orzekła. — Będziesz miał szan­sę wyzbyć się swych uprzedzeń.
Miała rację, jak zwykle. Im bardziej poznawałem tego człowieka, tym większą darzyłem go sympatią. W każdym można znaleźć coś pozytywnego, nawet w bankierze. W końcu wyraziłem zgodę i wziąłem tę sprawę.
W sądzie uświadomiłem sobie, że będziemy mieć do czynienia z konfrontacją czarnych z Luizjany i białego ban­kiera z Luizjany. W trakcie kompletowania składu ławyprzysięgłych zupełnie nieświadomie zacząłem dobierać ta­kich przysięgłych, których bym się nie obawiał, z którymi dałbym sobie radę. Urodziłem się w Wyoming i nie miałem wielu kontaktów z czarnymi, ale nie czułem żadnego za­grożenia ani niepokoju. Odczuwam pewną zdrową nieuf­ność wobec zwierzchniej roli białej społeczności. Wiem, jaką niesprawiedliwość wyrządzają biali, narzucając swą dominację nad pozbawionymi praw i bezradnymi. Wyra­stałem w biedzie. W szkole uczniowska elita nie akcepto­wała mnie, odmawiała wstępu do korporacji. Byłem paria­sem, który często chciał zdobyć niezależność, nawet za cenę wygnania. Czułem się osamotniony i odtrącony. W la­tach sześćdziesiątych zrozumiałem położenie czarnych i miałem dla nich dużo sympatii.
W miarę postępów w ustalaniu składu przysięgłych uz­mysłowiłem sobie, że dobrze byłoby, aby wszyscy byli czarni. Sądziłem, że ich rozumiem. Jeśli ich polubię, to i oni mnie polubią, a jeśli tak to wysłuchają mego wystąpienia. Tak właśnie układałem cały logiczny ciąg zdarzeń. Bankier zgo­dził się z tym wszystkim. Lubił czarnych i chciał w ich ręce złożyć swój los. Ponadto czarni przysięgli bez wątpienia zrozumieją, że bankier ich wybrał, zaufał im i z tego po­wodu okażą mu zaufanie. Ufność rodzi ufność. Ciągle gło­szę taką zasadę.
Prokurator z kolei, ze sobie znanych powodów, uważał, że czarni będą stać po stronie interesu państwa. Ostatecz­nie proces zaczął się z ławą przysięgłych, w której składzie było dziesięciu czarnych i dwóch białych. Próbowałem na­wet usunąć ze składu tych dwoje białych — farmera i go­spodynię domową, ale niczego nie wskórałem i ku memu rozczarowaniu pozostali.
Proces trwał wiele miesięcy. Podobnie jak za każdym razem, mieliśmy i wtedy przywódcę wśród przysięgłych — młodego Murzyna, który siedział w pierwszym rzędzie z lewej strony. Puszył się, nadymał, zadzierał nosa, wszys­tkim chciał pokazać, jaki jest ważny. W późniejszych re­lacjach składanych kolegom nazywałem go „Laluś”.
Laluś mnie polubił. Za każdym razem, gdy udało mi się „trafić” przeciwnika, uśmiechał się, rzucał w moją stro­nę przyjazne spojrzenie, z uznaniem kiwał głową.
przy końcu procesu doszedłem do wniosku, że Laluś nie tylko chciałby wyrosnąć na czołową postać ławy przy­sięgłych, ale może przyczynić się do uwolnienia mego klienta. Ponadto sam przekazał przysięgłym informację, że mój bankier wstawiał się wielokrotnie za czarnymi i nale­żałoby uważać go za osobę przyjazną. Wreszcie nabrałem przekonania i spróbowałem udowodnić, że niektórym cho­dzi tylko o to, aby poprzez skazanie mego klienta pokazać, kto ma władzę. Biurokraci chcieli wyrównać rachunki za jego nieprzejednaną, bezkompromisową odmowę współ­pracy z nimi.
Moje końcowe wystąpienie było znakomite, zawierało wszystkie reguły, techniki, idee i umiejętności, o których piszę na kartach tej książki. Zrobiłem ogromne wrażenie na przysięgłych. Sędzia ogłosił, że sprawa pozostaje bez rozstrzygnięcia i przysięgli rozeszli się do domów. Wycho­dząc z sądu, zobaczyłem przejeżdżającego Lalusia, który także mnie zauważył. Pomachał mi przyjaźnie ręką, uśmiech­nął się i pokazał palcami znak zwycięstwa.Później sędzia sam zarządził głosowanie i, co wprawiło mnie w zdumienie, dziesięciu czarnych głosowało prze­ciwko mnie, a dwoje białych, których chciałem usunąć ze składu, poparło moje stanowisko. Zignorowałem zjawisko kiści. Sprawdziło się: darzyłem sympatią czarnych przy­sięgłych i oni mnie lubili. Jednak ich głębokie uprzedzenie do bankierów, szczególnie białych bankierów, zwłaszcza tych, którzy ich popierali, przekazując sumy murzyńskim organizacjom (do których i tak nie mogli należeć), było motywem ich decyzji. Ich uprzedzenia, podobnie do mo- lch, były łatwe do przewidzenia. Nie zwracałem na nie uwagi w trakcie całego postępowania, jak i nie przywiązy- wałem wagi do swoich uprzedzeń, według których czarni są bardziej uprzedzeni do prokuratora niż przedstawicie- le administracji rządowej do mego bankiera. Powinienem lepiej wiedzieć. Wiedziałem lepiej. Sympatyzowałem z czar­nymi przysięgłymi, a moja postawa o mało nie doprowa­dziła mnie do klęski.
Biali przysięgli, jak można przewidywać, głosowali zgodnie z wzorcem swych cech, z ową kiścią. Farmer miał po dziurki w nosie wszystkich uciążliwych przepisów two­rzonych przez administrację państwową. Polubił mnie i mego klienta, który był hojniejszy i bardziej wielkodusz­ny w swej działalności obejmującej udzielanie kredytów niż większość bankierów, z którymi tenże farmer kiedy­kolwiek się zetknął. Gospodyni zrobiła po prostu to, co farmer. Każdy laik, który nigdy nie czytał tej książki, mógł­by przewidzieć wynik. W końcu koncepcja kiści to przed­wczesny osąd, uprzedzenie samo w sobie dotyczące ludzi o podobnych, zbliżonych potrzebach. To proces, w wyni­ku którego na podstawie własnych uprzedzeń określamy uprzedzenia innych. Proces taki pełen jest pułapek i wy­jątków. Jego skuteczność wypływa z faktu, że znalezienie jednego grona niesie ogromne prawdopodobieństwo znale­zienia podobnych. Przyjemność uczenia się o ludziach, po­znawania ludzi to znalezienie takiego owocu, takiego gro­na, które nas zaskoczy.

Poznawanie ludzi: Młodzi często mnie pytają, jakich przedmiotów powinni się uczyć w szkołach, żeby zostać dobrymi prawnikami, przygotowanymi do pracy w sądow­nictwie. Lepiej byłoby zapytać: czego trzeba się uczyć, że­by zostać człowiekiem? Czy chcemy odnosić sukcesy na sali sądowej czy radzić sobie w innych dziedzinach, gdzie potrzebne jest zrozumienie dla naszych braci i sióstr stą­pających po Ziemi? Ale jak? Jak zostać specjalistą w po­znawaniu ludzi? Niestety, w szkole tego się nie można na­uczyć.
Dzieci bogatych rodziców są często wysyłane do pry­watnych szkół, gdzie faszeruje się je archiwalną wiedzą przepełnioną łaciną i greką. Wyrządza się im krzywdę ta­ką edukacją. Znam argumenty na korzyść klasycznego wykształcenia. Zmierzam jednak do czegoś innego: sposób, w jaki odbieramy innych ludzi, zależy od tego, kim sami jesteśmy. Cały nasz bagaż doświadczeń, które zbliżone są do tego, co przeżyli inni, ułatwia zrozumienie drugiego człowieka i przewidywanie jego reakcji i postępowania. Robotnik lepiej zrozumie robotnika niż naukowiec. Nie ma nic bardziej smutnego, a może zabawnego, niż patrzeć na prawnika, który skończył jakąś sławną uczelnię i przema­wia do ławy przysięgłych złożonej z normalnych, zwyczaj­nych ludzi. Zasób słownictwa, składnia, metafory, jego przekonanie o skuteczności pewnych sformułowań obra­zują doświadczenia, na których opiera swe wystąpienie ad­resowane do sędziego i przysięgłych. Nieraz wychodzi na snoba albo robi wrażenie kogoś zbyt wyniośle pobłażliwe­go. Przysięgli nie nawiązują z nim żadnego porozumienia, nie ufają mu, ponieważ obce im są jego cechy.
Powtarzam tym młodym kandydatom do zawodu pra­wnika, że jeśli chcą odnosić sukcesy w „starciach” z ławą przysięgłych, muszą zdobyć jak najwięcej wiedzy o wszel­kich aspektach człowieczeństwa, najlepiej poprzez doświad­czenie. Twierdzę, że młodzi ludzie powinni dużo pracować, traktując pracę jako część edukacji, przygotowania do peł­nienia życiowych ról. Powinni poznać trud zdobywania gro­sza, radzenia sobie z opłatami za czynsz, poznać smak zmę­czenia po dniu ciężkiej pracy i zaznać radości wypełnienia choćby małych zadań. Chcę, żeby moje dzieci wiedziały, jak wywozić nieczystości z latryny, postawić dom, nosić cegły, stawiać ściany. Powinny umieć pielęgnować chorych, nawodnić pastwisko, wspinać się po górach, napisać wiersz, zaśpiewać pieśń, poleżeć nad rzeką i porozmyślać, zaznać miłości i cierpienia. Uważam, że młodzi, którzy nigdy nie musieli pracować, martwić się, ciężko czegoś zdobywać, są upośledzeni w takim samym stopniu, jak młodzi wychowy­wani w getcie.
Bogaci rodzice często popełniają błąd, wysyłając swe (‚zieci w jakieś bezpieczne miejsca, gdzie są one odcięte °d reszty świata — i oczekując, że tam staną się w pełnisprawnymi jednostkami przygotowanymi do życia w rze­czywistym świecie dorosłych. Nie można przygotować się do walki bokserskiej poprzez osiągnięcie mistrzostwa w ba­lecie (chociaż bokserom nie zaszkodziłoby, gdyby popra­wili swe taneczne umiejętności).

BLOKADA: Co zrobić po odkryciu uprzedzeń?

Poznawszy naturę i istotę uprzedzeń, musimy pamiętać to, o czym się dowiedzieliśmy — trafianie bezpośrednio w uprzedzenia jest jak krzyk w pustkę. Widziałem mnós­two prawników, którzy usiłowali przekonywać o swych racjach uprzedzonych sędziów lub przysięgłych, a po prze­granej zadawali sobie rozpaczliwe pytania: „Gdzie popełni­łem błąd? Co było moją słabą stroną? Przecież moje wystą­pienie i argumentacja były znakomite”. Źródłem porażki nie było wystąpienie, ale nieumiejętność odkrycia uprze­dzenia i nauczenia się sposobów na to, aby dać sobie z nim radę.

KLUCZ: Klucz nie otworzy wielu drzwi, jeśli zacięły się z winy uprzedzeń.

Własne dobro, mur nie do przebycia: Gdy ktoś wie, że jego własne dobro jest stawką w grze, nie ma szans na osiągnięcie nad nim przewagi. Dzieje się tak, ponieważ za­sadniczym celem, motorem działań każdej istoty, człowie­ka czy leśnej paproci, jest przetrwanie. Niezależnie od tego, z jakim kunsztem prowadzimy argumentację, nie wygramy, gdy inni muszą podjąć decyzję przeciw własnemu dobru.

Decydujący argument prowadzący do porażki: Przy­kładem może tu być argumentacja, do której sięgamy, zwra­cając się do drwala, aby przekonać go do oszczędzenia sta­rego lasu. Możliwość pracy przy wycince drzew jest pod­stawą jego egzystencji. Zrozumiałe zatem, że drwale są uprzedzeni do sowy plamistej, niewinnego ptaka, którego
nieszczęściem jest to, że stał się symbolem ruchów ochrony
środowiska.
Dla przedstawienia nieprzezwyciężonej trudności, którą napotykamy przy próbach bezpośredniego pokonania uprze­dzenia osadzonego w kategoriach przeżycia, dajmy drwalo­wi hipotetyczną władzę decydowania o wyrębie lasu. Nasze wystąpienie do drwala zaczniemy od potwierdzenia jego uprzedzenia. Zaakceptujemy potrzebę przetrwania.
—      Obaj rozumiemy, że zdobycie środków do życia wią­że się z wycinaniem tego lasu.
—      Tak, właśnie tak zarabiam na utrzymanie. A co pan chce zrobić? Zabrać moim dzieciom kolację ze względu na jakąś tam sowę?
—      Ma pan swoje powody. Ale zgodził się pan wysłu­chać moich argumentów przeciwko wycinaniu lasu i spró­bować podjąć bezstronną decyzję. Taka była umowa, praw­da?
—      Jasne, wysłucham pana. Potem wystrzelam te pta­szyska.
Następnie wypytuję go, jak zamierza pozostać bezstronny.
—      W jaki sposób zamierza pan zachować bezstronność i nie brać pod uwagę swych osobistych korzyści?
—      Co pan ma na myśli?
—      Jak pan postąpi, żeby na pana decyzji nie zaważyło dążenie do własnego dobra? Mimo wszystko nakarmienie rodziny jest najważniejsze, tak?
—      Trafił pan w sedno sprawy.
—      Jest nawet ważniejsze od tego, czy ktoś jest fair, zgoda?
—      Może.
—      Jak pan może być fair w takiej sytuacji?
—      Nie wiem. Spróbuję. Nic innego nie mogę obiecać.
—      W takich okolicznościach to nie fair z mojej strony, żeby nawet prosić pana o bezstronność. Gdybym to ja był na pana miejscu, nie wiem, czy sam też bym się zdobył na bezstronność. Chyba nikomu by się to nie udało, jeśli w grę wchodzi dobro rodziny i środki utrzymania.
Nie odezwał się.
—      Czy mogę podpowiedzieć panu, w jaki sposób po­zostać bezstronnym?
—      Dobrze.
—      Niech pan sobie wyobrazi, że stanowi pan organ naj­wyższej władzy. Ma pan absolutną moc decydowania o wszystkich żyjących istotach. Pana pragnieniem jest za­pewnić doskonałą sprawiedliwość. Czy może pan sobie to wyobrazić, chociaż na chwilę?
—      Nie wiem. Czy mam odegrać rolę Boga?
—      Taką władzę pan tu posiada, nieprawdaż? Ten las, ta puszcza, stanowi swoisty wszechświat, który ewoluował przez miliony lat, a dla niezliczonych roślin, zwierząt, drzew i innych żyjących organizmów pana decyzja będzie decyzją boską. Czy uważa pan, że jako bóg lasu może pan podjąć sprawiedliwą i szlachetną decyzję?
—      Stawia mnie pan w ciężkiej sytuacji.
—      Oczywiście, ale jako bóg lasu ponosi pan olbrzymią odpowiedzialność. Nie jest łatwo być Bogiem.
W tym momencie drwal poczuł upoważnienie do decy­dowania. Wie, że to tylko on sam podejmuje decyzję. Ponad­to uświadomiłem mu, że jego dobro kłóci się nieco z losem wielu stworzeń tworzących leśny świat. Zgodził się także zostawić na boku osobiste korzyści, chociaż przyznał, że nie będzie to łatwe; prawdopodobnie zrozumiał jeszcze jed­no: jeśli będzie kierował się tylko dobrem swojej rodziny i swoim, to decyzja nie zostanie odebrana jako bezstronna. On właśnie decyduje o losie sowy plamistej.
Teraz mogę zacząć opowiadać coś z historii.
—      Powiem panu prawdziwą historię. Do końca XVIII wieku przywieziono do obu Ameryk około dziesięciu do piętnastu milionów Murzynów z Afryki, niewolników, co stanowiło tylko jedną trzecią liczby kobiet i mężczyzn, któ­rzy zostali schwytani przez handlarzy. Dwie trzecie zmarło. Czarnoskórych pakowano do ładowni statków jak śledzie w beczce. Jak pisał jeden z naocznych świadków, pokład, gdzie stłoczono niewolników, wyglądał „jak rzeźnia, wszys­tko zakrwawione”.
W 1637 roku „Desire”, pierwszy amerykański statek z niewolnikami, płynął z Marblehead. Ładownie miał po­dzielone żelaznymi belkami na boksy o wymiarach sześć­dziesiąt na sto osiemdziesiąt centymetrów, które były dodatkowo wyposażone w kajdany i kraty. Według ofi­cjalnych rządowych opracowań, Afryka straciła około pięćdziesięciu milionów ludzi, tych, którzy stali się nie­wolnikami bądź zmarli w drodze do Nowego Świata.
—      Ale jak się to wszystko ma do tej cholernej sowy? Przecież to nie człowiek.
—      Słusznie. Sowa, tak jak czarni niewolnicy, jest ży­wym stworzeniem bez żadnych praw.
—      Ale sowa to nic innego jak pieprzone ptaszydło. Nie­wolnicy byli ludźmi.
—      Zgadza się. Czy przyjmie pan jednak do wiadomości to, że niewolników postrzegano jako przedmioty, dzikusów, którzy po złapaniu stawali się rzeczami i mogli być sprze­dawani, kupowani, niszczeni wedle woli właścicieli?
Pytanie pozostało bez odpowiedzi.
—      Drzewa są także dzikie, zaś po wycięciu przechodzą na czyjąś własność, stają się rzeczą, a może jest inaczej?
—      Drzewa to drzewa.
—      Tak więc kwestia, czy niewolnik, czy drzewo jest przedmiotem, zależy jedynie od tego, co ludzie uważają za przedmiot, rzecz.
Znów bez odpowiedzi.
—      Według mnie to, czy ludzie są traktowani jako przed­mioty bez praw, czy jako obywatele z przysługującymi im prawami, zależy wyłącznie od tego, kto jest u władzy. Czy tego samego nie można odnieść do lasu? Własność i władza są nierozerwalnie powiązane; czy pan się z tym zgadza?
—      O co panu chodzi?
—      Cóż, w związku z tym, że nie mamy już władzy nad czarnymi, nie możemy ich przekształcić w przedmioty. Jeśli Pan nie miałby władzy nad lasem, nie mógłby pan też prze­istoczyć lasu w przedmiot. W końcu to, czy las jest, czy nie jest czyjąś własnością, zależy od tego, kto jest u władzy.
—      I CO?
—      To, że dziś uważamy stare, dojrzałe drzewa za naszą własność nie dlatego, iż są własnością, ale dlatego, że ma­my władzę, aby je za własność uważać.
—      To, co?
—      To, że pan ma władzę. Czy uzna pan stary las za rzecz, czy będzie pan skłonny spojrzeć na to wszystko ina­czej?
—      Może tak, może nie.
—      Czy możemy być zgodni co do jednego, a mianowi­cie co do tego, że władanie samo w sobie nie ustala, co jest dobre, a co nie? To, że właściciele niewolników mieli dość władzy, by posiadać niewolników nie usprawiedli­wiało takiego posiadania.
—      Widzę, że odeszliśmy dość daleko od sprawy sowy plamistej.
—      Prawo własności nie ustala moralnych reguł. Dobro i zło istnieją niezależnie od własności, prawda?
—      Chyba tak. Nie bardzo podoba mi się to, dokąd pan zmierza.
—      Posiadanie lasu nie usprawiedliwia jego zniszczenia, nieprawdaż?
Kolejne pytanie pozostało bez odpowiedzi.
—      Według mnie, jeśli zdecydowałby się pan wyciąć las, nie mógłby pan tłumaczyć tego tym, że jest pan wła­ścicielem albo że miał pan prawo do decydowania o jego losie. Chyba się nie mylę?
—      Odbiegamy od tematu.
—      Posiadanie wiąże się z odpowiedzialnością, może nie?
W odpowiedzi znów milczenie.
—      Jeśli posiada pan konia, nie może go pan zamorzyć głodem na śmierć i tłumaczyć potem, że tak się panu za­chciało, bo był pan jego właścicielem, racja?
—      Tak.
—      Dam panu inny przykład. Przypuśćmy, że posia­dam jakiś cenny obraz, na przykład van Gogha. Czy mam obowiązek go zachować, czy mogę go zniszczyć, jeśli będę miał na to ochotę?
—      No, obraz to nie koń.
—      Ale czy nie zgodziłby się pan z tym, że cały świat zainteresowany jest zachowaniem arcydzieł malarstwa, a prawa wszystkich ludzi do zachowania obrazu są wię­ksze niż prawo jednostki, wynikające z zasady własności, do postąpienia z obrazem według własnej zachcianki?
—      Nie mam takiej pewności.
—      Pójdźmy nieco dalej. Skąd pochodzi prawo własno­ści, prawo posiadania? Czy to prawo boskie? Czy pochodzi od Boga?
—      Sam nie wiem. Mam wątpliwości.
—      To prawo człowieka, tak?
—      Chyba tak.
—      Jeśli jest to tylko kwestia praw ludzkich, czyż nie jest zatem możliwe, żeby takie prawo zostało zmienione przez człowieka dla zwiększenia korzyści?
—      Brzmi to dość poprawnie.
—      Czyż nie wierzymy w to, że wszelkie zasady po­winny być tworzone dla dobra jak największej liczby ludzi?
—      Na tym polega demokracja.
—      Odnosząc te zasady do problemu naszego lasu, na­leży zapytać, czy zachowanie lasu będzie korzystne dla ludzi dzięki uchronieniu unikatowego świata kwiatów, drzew, ptaków, zwierząt, a przy tym — czy zgadza się pan, że możemy zmienić zasady własności tak, aby jeden czy kilku ludzi nie było w stanie zniszczyć wszechświata dla realizacji prywatnego interesu?
—      A co z moją pracą?
Tu cię mam! Niemożliwy do przebrnięcia mur, który wszystko powstrzymuje — mur własnego, prywatnego do­bra. Niezależnie od tego, jak mocno walimy w ten mur, jak bardzo chcemy go pokonać, pozostaje on nie do przebycia. Instynkt przetrwania jest zakodowany w genach. Jest silniej­szy niż rozum każdego z żyjących gatunków.
—      Zgodził się pan nie brać własnych korzyści pod uwagę.
—      Ale mam też swoje prawa.
—      Oczywiście, że tak. Lecz jako bezstronny sędzia bę­dzie pan musiał zapomnieć o swych prawach i wydać orze­czenie, kierując się jedynie sprawiedliwością, prawda?
—      Uważam, że mam więcej praw niż zasrana sowa.
—      Kto dał panu te prawa?
—      To są moje prawa należne obywatelowi Stanów Zjed­noczonych, należne człowiekowi.
—      Czy ma pan je od urodzenia?
—      Tak.
—      Z jakimi prawami przychodzą na świat inne stwo­rzenia?
—      Nie mają żadnych praw.
—      Dlaczego?
—      Drzewa i robactwo nie mają praw.
—      Kto to powiedział?
—      Ja tak mówię.
—      Czy jest to decyzja bezstronnego sędziego posiadają­cego „najwyższą władzę na świecie”, czy drwala, który ma na utrzymaniu rodzinę?
—      W tym wypadku nie ma różnicy.
Takie rozumowanie zaprezentowane nauczycielowi z Sioux Falls lub artyście z Nowego Jorku (żaden z nich nie ma rodziny czy przyjaciół, których by to dotyczyło) odniosłoby pozytywny skutek. Możliwe, że uznaliby moje wystąpienie przeciw wyniszczeniu starego lasu za logicz­ne i słuszne. Wynik jednak byłby pewnie podobny jak w poprzednim wypadku. Podejrzewam, że większość lu­dzi uważa, iż człowiek ma więcej praw niż sowa plamista. Takie jest uprzedzenie naszego gatunku.
Zmiana argumentu: Kierunek działania argumentu moż­na nieco zmienić, aby zrobić z niego narzędzie zwycięstwa. Zmiana polegać będzie na zwróceniu się ku dobru własnemu innych. Mogłoby to wszystko przybrać następującą postać:
—      Praca drwala jest ciężka, prawda?
—      Trafił pan w dziesiątkę.
—      W lesie mogą się zdarzyć nawet śmiertelne wypadki, nie mówiąc już o kalectwie, a rodziny muszą potem prze­żyć za psi grosz.
—      Słusznie.
—      Robota jest ciężka. Wiem, że człowiek jest wykoń­czony po całym dniu, nie?
—      Racja.
—      Nie jest to stałe zajęcie. Czasem jest, czasem nie.
—      Ma pan rację.
—      Czy lubi pan tę pracę?
—      Tylko tyle umiem. Lubię przebywać w lesie.
—      Czy popierałby pan plan umożliwiający zachowanie lasu i dający bezpieczną, stałą pracę, którą by pan polubił i która byłaby dobrze płatna?
—      Zastanowiłbym się nad tym.
—      Czy zostałby pan członkiem komisji opracowującej taki plan?
—      Jasne. W zasadzie nie lubię wycinania tych olbrzy­mich, starych drzew. Nie mogę ścierpieć odgłosu, gdy walą się na ziemię. Brzmi to jak ich płacz.
Przydzielenie drwala do komisji jest niezbędnym ak­tem jego upełnomocnienia; pamiętajmy, że nie możemy osiągnąć przewagi i zwycięstwa wtedy, gdy inni nie ma­ją władzy, by zaakceptować lub odrzucić naszą argumen­tację. Przypuśćmy, że on i jemu podobni zostają zaan­gażowani przez jakąś firmę farmaceutyczną do zbierania próbek roślin służących do opracowania nowych leków. Załóżmy, że może dostać pracę jako przewodnik albo za­trudni się w fabryce materiałów budowlanych.
W takich okolicznościach usłyszymy drwala, który na­prawdę kocha las, przyjmuje wszystkie moje argumenty Wysuwane dla uratowania puszczy i jej symbolu — sowy Plamistej. Wtedy drwal najprawdopodobniej powie:
—      To przecież taki piękny ptak. Nie zostało ich już zbyt wiele. Ludzie mogą budować domy z czegoś innego niż drewno. Sowa może żyć tylko w lesie.
Odczytałem to wszystko jednemu z przyjaciół. Gdy skoń­czyłem, odezwał się:
—      Powiem ci, co o tym myślę. Wydaje mi się, że jedna sowa plamista jest ważniejsza od jednego człowieka, po­nieważ ona jest już prawie na wymarciu, a gatunek ludzki tak się rozwija i rozprzestrzenia, że grozi mu śmierć gło­dowa.
—      Słusznie to zauważyłeś — odpowiedziałem. — Ale czyje życie byś poświęcił za sowę? Może życie głodującego dziecka w New Delhi?
—      Może czyjeś inne? — odparł.
—      Którego dziecka z New Delhi?
Nie odpowiedział.
—      A twojego dziecka?
—      Spokojnie — powiedział. — Zmieńmy temat.

W konfrontacji z uprzedzeniem logika i sprawiedliwość stają się bezsilne. Nadal powinniśmy prowadzić spór i do­chodzić prawdy, chociaż w obliczu uprzedzenia nie ma szans na wygraną. Gdy spotykamy się ze stwierdzeniem, że wszyscy Latynosi są z natury leniwi, Irlandczycy są roz­lazłymi pijakami, a kobiety mniej przystosowane do peł­nienia odpowiedzialnych stanowisk, wtedy także mamy obowiązek wobec siebie, aby podejmować spór, wysuwać swoje argumenty i występować przeciw uprzedzeniom.
Uprzedzenie innych — plama na ich honorze okaże się prawdopodobnie silniejsza niż nasze argumenty. Znamię uprzedzenia jest często nie do usunięcia.
Sprawa osobista: Kilka lat temu mój bliski przyjaciel, jego cudowna żona i ich osiemnastoletni syn, dobrze zapo­wiadający się sportowiec, zginęli w domu podczas snu w wyniku wybuchu podłożonej bomby. Człowiekiem od­powiedzialnym za tę zbrodnię był długoletni kryminalista, handlarz narkotyków, który wynajął do tej roboty jakiegoś miejscowego zbira. Niedługo potem, gdy zostałem wyzna­czony jako oskarżyciel w tej sprawie, zabito głównego świadka, który miał złożyć zeznania przed wielką ławą przysięgłych.
Zawsze byłem twardym przeciwnikiem kary śmierci. Wierzyłem głęboko, że nie powstrzymamy zabijania na uli­cach, dopóki rząd nie zatrzyma rzezi ludzi w domach i na całym świecie. Zabijanie to zabijanie, bez względu na to, czy dokonane przez rząd, grupę złożoną z jednostek, z nas, czy przez mordercę.
Gdy przyszedł czas na wystąpienie przeciw mordercy, sprawcy bezsensownej śmierci czworga ludzi, których zna­łem, okazało się, że zastosowałem się ściśle do litery prawa i jako specjalny oskarżyciel wniosłem o wymierzenie kary śmierci. Zabójca został skazany, a po ponad 12 latach od­wołań wyrok wykonano. Przypominam sobie te ciężkie la­ta, gdy moje moralne przekonania zderzyły się bezpośred­nio z literą prawa.
Bardzo łatwo stać gdzieś na uboczu, nie angażować się, nie włączać, wydawać orzeczenia i wołać obłudnie zupełnie w próżnię. Łatwo jest walczyć z moralnymi przekonaniami tak, jak ja to uczyniłem w sprawie zachowania lasu, gdyż to nie ja miałem stracić pracę i nie moja rodzina mogła odczuć skutki tego postępowania. Łatwo przekonywać, że życie sowy plamistej jest ważniejsze niż życie człowieka, dopóki nie jest to życie moje lub mojego dziecka, które na­leżałoby poświęcić. Łatwo także głosić sprzeciw wobec kary śmierci, dopóki nie dotyczy to zabójstwa mojej żony, dzie­cka lub przyjaciela. Jedynie święci są zdolni zrezygnować z własnych korzyści, ale nawet oni pozostają bezinteresow­ni, aby zachować swą ogromną i nieodpartą osobistą potrze­bę doprowadzenia do sprawiedliwości na świecie.
Rozpoznanie i pokonywanie uprzedzeń społecznych:
Będąc członkami jakiejkolwiek społeczności, stykamy się z jej uprzedzeniami o różnym charakterze i zabarwieniu. Jesteśmy uprzedzeni do gospodarki nastawionej na zysk i gospodarki skrępowanej przepisami. Twardo bronimy de­mokracji i odcinamy się od totalitaryzmu. Uważamy, że muzułmanie są podejrzani, a chrześcijanie uczciwi i szcze­rzy. Akceptujemy nasze uprzedzenia jako normy społecz­ne. Postawy społeczne są znane, określone, łatwe do mani­pulowania.
Siły, które decydują o tym, co jest politycznie poprawne, a co nie, mogą być zarówno pożyteczne dla społeczeństwa, jak i oddziaływać niszczycielsko. „Politycznie poprawne” idee nazistowskich Niemiec doprowadziły do najbardziej ohydnych zjawisk, jakie zna historia ludzkości.
Gdyby nie zniewolenie poprawnym politycznie myśle­niem, można by liczyć na sprzeciw w stosunku do budzą­cego nienawiść i odrazę rasizmu oraz nie usprawiedliwio­nego niczym seksizmu. W dążeniu do zrozumienia władzy politycznej poprawności wciąż jesteśmy gotowi babrać się w odmętach tych niesławnych czasów. Uważam, że posta­wy społeczne, podobnie do indywidualnych uprzedzeń, mogą być dobre i złe.
Sprawa pani Marcos a opinia społeczna: Wspomnia­łem już wcześniej o tym, że broniłem pani Imeldy Marcos w sądzie federalnym w Nowym Jorku. Sprawa stała się klasycznym przykładem działania uprzedzeń, które wpły­nęły na opinię społeczną. Po obaleniu Ferdinanda Marcosa przez reżim Aquino zarówno samemu Marcosowi, jak i jego żonie postawiono wiele zarzutów obejmujących wszelkie możliwe oskarżenia znane FBI, w tym wymuszanie i oszu­stwa.
Zanim sprawa dotarła do sądu, było już powszechnie wiadomo, że pani Marcos, ciesząca się wcześniej przyjaź­nią kilku dawnych prezydentów Stanów Zjednoczonych oraz ich żon, nagle stała się pospolitą kryminalistką, którą należałoby powiesić głową w dół na Times Square.
Opinia społeczna domagała się skazania pani Marcos, zesłania jej gdzieś daleko, gdzie nie mogłaby założyć żadnej z trzech tysięcy par butów. Rudolph Giuliani, burmistrz
Nowego Jorku, w tamtych czasach pełniący urząd ministra sprawiedliwości, obawiał się powszechnego uprzedzenia, jakie jej okazywano. Gwarantował na piśmie, że zostanie skazana. Niewielu jednak z tych, którzy ją potępiali, miało kiedykolwiek sposobność do poznania jej. Wziąłem tę spra­wę, gdyż mimo panującej opinii społecznej wierzyłem, że rząd Stanów Zjednoczonych nie ma żadnego prawa wcis­kania nosa w wewnętrzną politykę Filipin poprzez oskar­żanie wdowy po prezydencie. W końcu największą zbrod­nią okazała się jej lojalność w stosunku do męża, zarówno przed jego śmiercią, jak i po.
Proces trwał przez trzy miesiące. Przysięgli, dobrani bardzo rozważnie, nie ugięli się pod naciskiem opinii spo­łecznej i uwolnili panią Marcos od wszelkich zarzutów i oskarżeń. Strona rządowa okazała się tak słaba, że wcale nie musiałem wzywać żadnych świadków obrony ani na­wet prosić moją klientkę o składanie wyjaśnień. Zarzuty — domniemane szastanie pieniędzmi, powiązania z polityką finansową prowadzoną przez jej męża — były obliczone na wywołanie oburzenia ze strony biednych nowojorskich przysięgłych, z których wielu z trudem wiąże koniec z koń­cem.
W czasie rozprawy prasa, dając wiarę wszystkiemu, co pisano i przyjmując za prawdę opinię społeczną, którą sa­ma stworzyła (jakoby pani Marcos była uosobieniem wszel­kiego zła), prowadziła kampanię oszczerstw i pomówień. Codziennie rano kupowałem gazety, aby przeczytać nie­stworzone historie o całym procesie. Byłem zdumiony. Czy­tając relacje prasowe, odnosiłem wrażenie, że reporterzy przysłuchują się zupełnie innej sprawie, a nie tej, w której ja sam uczestniczę. Można było wywnioskować, że oskar­żenie wspierane jest przez zeznania każdego z powołanych świadków, podczas gdy w rzeczywistości żaden z nich nie przypisywał mojej klientce przestępstw. W rzeczywistości świadkowie poręczali za jej dobro i przyzwoitość. Doszło do tego, że nawet sędzia prowadzący rozprawę głośno wy­powiadał słowa zdziwienia, że sprawa trafiła do sądu.
Jedna z gazet posunęła się do tego, że przysłała rankiem reportera, którego zadaniem nie było przeprowadzenie wy­wiadu z panią Marcos ani zbieranie o niej informacji, ale zrobienie zdjęcia pokazującego jej buty. Były to czarne la­kierki, a bez cienia wątpliwości można powiedzieć, że no­siła tę samą parę kilka dni z rzędu. Gazeta owa rozgrzewała atmosferę, utrzymując, iż ta nikczemna, zdeprawowana ko­bieta miała aż trzy tysiące par butów. Zatrzymałem kiedyś tego reportera, żeby mu powiedzieć, iż moja klientka ma tyle butów, ponieważ na Filipinach jest wiele fabryk, a pa­ni Marcos, jako pierwsza dama Filipin, otrzymywała setki par od producentów, którzy chcieli, aby nosiła tylko ich obuwie. Przyznała mi się też, że większość tych butów najzwyczajniej trzyma w jakiejś tam szafie, gdyż mają nie­odpowiedni rozmiar. Ten fakt, oczywiście niezgodny z opi­nią społeczną, nigdy nie został podany do publicznej wia­domości.
Jeden szczególnie cyniczny gość z mediów był tak za­ślepiony przez swe uprzedzenia, że gdy pani Marcos upad­ła na sali sądowej, uderzyła głową o stół i zalała się krwią w wyniku pęknięcia naczyń krwionośnych żołądka, pod­biegł do mnie i bezczelnie zapytał, skąd miałem kapsułkę z czerwoną farbą dla mojej klientki.
Pani Marcos została zabrana do szpitala, gdzie przez wiele dni pozostawała pod opieką lekarzy, zanim była w stanie wrócić do sądu. Jeszcze teraz, gdy staję wobec opinii głoszącej, że jest ona złą osobą, odbywam rozmowę, która zaczyna się zwykle następująco:
—      Żywiłem dla pana wielki szacunek, panie Spence, zanim zajął się pan sprawą tej Marcos. Co pana do tego skłoniło? Pieniądze? Jeśli to tylko pieniądze, to mogę zro­zumieć i wybaczyć — mówi ktoś, kto wie, że pani Marcos jest demonem.
—      Z pewnością nie lubi pan mojej klientki.
—      Tak właśnie jest.
—      Musiał pan spędzić z nią wiele czasu i dobrze ją poznać.
—      Nigdy w życiu jej nie spotkałem.
—      To dziwne, wiem, że jest pan uczciwym człowie­kiem. Musi pan w takim razie znać kogoś, kto znał ją oso­biście.
—      Wcale nie.
—      Może czytał pan o niej coś, co się panu nie spodobało?
—      Jasne, codziennie czytuję gazety.
—      No, właśnie! Odkrył pan najważniejszą zasadę, na której pan polega: jeśli coś jest w gazecie, wówczas staje się to ewangelią.
—      Proszę mi tego nie przypisywać.
—      Być może ja jestem jedyną osobą na świecie, która osobiście zna panią Marcos. Spędziłem z nią wiele dni w najtrudniejszych warunkach w czasie procesu. Gdyby pan chciał posłuchać, z przyjemnością opowiedziałbym wszystko, co o niej wiem.
Takie wystąpienia służą tylko mnie samemu. Nigdy je­szcze nikt nie wyznał, że po tym, co powiedziałem, od­rzucił to, co głosi opinia publiczna.
Jak (nieraz) przeciwstawić się uprzedzeniom społecz­nym: Jak przeciwstawić się burzy rozpętanej przez uprze­dzenia społeczne? Nie weźmiecie kursu na wprost. Będzie­cie halsować niczym żaglówka kierująca się ku akwenom nawiedzonym sztormem. Gdybym, na przykład, miał wy­stąpić przeciw opinii społecznej głoszącej, iż adwokaci bro­niący przestępców manipulują przepisami tak, że ich winni klienci wymykają się wymiarowi sprawiedliwości dzięki lu­kom prawnym, wtedy prowadziłbym cały wywód następu­jąco (rozmowa w takiej sytuacji zaczyna się pytaniem, które Jest niczym innym jak zawoalowanym atakiem):
—      Panie Spence, proszę powiedzieć, czy kiedykolwiek reprezentował pan kogoś, kto był według pana winien prze­stępstwa, o które był posądzony? (Tak postawione pytanie nie daje szans na zdobycie przewagi.)
—      Zadał pan ciekawe pytanie. Jeśli odpowiem „tak”, wtedy natychmiast zostanę uznany za łotra. Gdy odpowiem „nie”, zarzuci mi pan, że kłamię. Czy mam odpowiedzieć jako łotr, czy jako kłamca?
—      Sprytna odpowiedź. Zasługuje pan na swą dobrą re­putację i sławę.
—      Może ja teraz zadam pytanie. Czy jeśli jest pan u le­karza, to pyta on, czy choroba, na którą pan cierpi, nie jest skutkiem popełnienia przez pana przestępstwa?
—      Oczywiście, że nie.
—      Czy lekarz odmówiłby pomocy, gdyby pan kiedy­kolwiek był winien jakiejś zbrodni?
—      Oczywiście, że nie.
—      Na pewno nie wydałby żadnego sądu, zanim zgo­dziłby się udzielić pomocy?
—      Zaciekawia mnie pan.
—      Musi pan oczywiście przyznać, że ma pan prawo oczekiwać pomocy od lekarza bez wcześniejszego podda­wania się jego ocenie moralnej.
—      Jasne.
—      Mój klient ma też pewne uprawnienia ustawowe. Dopóki ponad wszelką wątpliwość ława przysięgłych nie uzna go winnym, dopóty uważa się go za niewinnego. Wię­kszość z nas o tym zapomina — gwarancje są zapisane w konstytucji.
—      Teraz to mnie pan zaciekawia.
—      Cóż, staram się po prostu ustalić, że mój klient ma prawo do pomocy ze strony adwokata, jak i pan ma prawo do pomocy medycznej bez wcześniejszej weryfikacji pana postawy moralnej.
—      To znaczy, że reprezentował pan ludzi, o których pan wiedział, że są winni, tak?
—      Gdyby był pan oskarżony o popełnienie przestę­pstwa i przyszedł do mnie, czy ja miałbym ustawić w biu­rze konfesjonał i najpierw wysłuchać pańskiej spowiedzi, a dopiero później zająć się sprawą?
—      Bardzo sprytne.
—      Należałoby postawić pytanie o takiej treści: „Jakich praw oskarżonego, winnego albo nie, ma bronić uczciwy i szanowany adwokat?” Jeśli zada pan takie pytanie, chęt­nie udzielę na nie odpowiedzi.
—      Dobrze. Załóżmy, że pytanie zostało zadane.
—      Każdy prawnik wie, że zanim obywatel tego kraju zostanie skazany, państwo musi udowodnić mu winę na podstawie obowiązujących przepisów, z których najważ­niejsze są zapisane w konstytucji. Zasady te chronią nasze prawa jako obywateli Ameryki i stanowią obronę przed uciskiem i tyranią państwa. Każdy uczciwy prawnik ma obowiązek uważać, że osoba oskarżona o popełnienie przestępstwa, winna lub niewinna, nie jest skazana, chy­ba że państwo w godziwy i zgodny z przepisami spo­sób dowiedzie winy. Ta wzniosła idea różni nasz kraj od innych.
—      Poważny ton.
—      Niech pan to przemyśli.
—      A luki w prawie, które zawsze znajdujecie?
—      To, co stanowi „lukę” dla „tych paskudnych prze­stępców” jest waszym uświęconym prawem zapisanym w konstytucji, na wypadek gdyby, Boże broń, pan albo ktoś z pańskiej rodziny został o coś oskarżony.
—      A tak na marginesie, kto według pana zdobędzie w tym roku mistrzostwo w futbolu?
Zakorzenione uprzedzenia: Dochodzimy wreszcie do ta­kich sytuacji, w których stajemy naprzeciw ludzi, ulegają­cych silnym, zakorzenionym uprzedzeniom. Dyskusja jest wtedy zupełnie niemożliwa. Zwycięstwo można osiągnąć jedynie dzięki potulnemu słuchaniu. Spróbujcie na przykład przekonać kogoś, kto bardzo dokładnie czyta Biblię, że czło­wiek powstał w wyniku długotrwałego procesu ewolucji, a nie został stworzony przez Boga w siódmym dniu. Wielki prawnik Clarence Darrow usiłował walczyć przeciw takim zakorzenionym uprzedzeniom w głośnej sprawie Scopesa w 1932 roku, zwanej sprawą „małpy”. Niestety przegrał. Wolałbym mieć umysł otwarty poprzez cud niż zamknięty przez wiarę.Zwycięstwo jest, jak wcześniej zdefiniowałem, otrzyma­niem tego, czego chcemy. W dłuższej perspektywie chcemy prowadzić czynne życie, by móc je spożytkować dla owoc­nych działań. Nie chcemy go zmarnować. Zachowałem so­bie prawo wyboru, w jakich bitwach mam wziąć udział, jakich argumentów i przeciw komu używać. Gdybym był generałem, nie wysyłałbym swoich żołnierzy do walki z ufortyfikowanym przeciwnikiem, żeby uchronić ich przed niechybną śmiercią. Powinniśmy dbać o siebie tak, jak generał dba o swych żołnierzy. Zwycięstwo nie zawsze jest zwycięstwem. Nieraz jest rozsądnym taktycznie odwro­tem, szczególnie w obliczu niezmiennego uprzedzenia — w obliczu nieprzeniknionego sklepienia zamykającego lub zniewalającego umysł.
PODSUMUJMY: Zawsze znajdą się takie argumenty, któ­rych można używać w obliczu nieprzezwyciężonego uprze­dzenia. Przeważnie jednak są wysuwane, gdyż istnieje ta­ka konieczność. Czasem, gdy potrafimy wskazać innym ich osobistą korzyść, argument okazuje się skuteczny. Rzadziej się zdarza, iż argumentacja uczuli innych na ich uprzedze­nia. Niekiedy trafimy za jej pomocą do przekonania komuś, dla kogo nie była przeznaczona i zdziałamy dużo dobrego.
Nieraz wzmacniamy swą pozycję, przedstawiając wy­wód, którego nie doprowadzimy do szczęśliwego końca, ale ostatecznie argumenty rzadko zmieniają uprzedzenia. Chrystus miał swym słowem zmienić świat, ale Jego sło­wa odnosiły się do zbawienia, a ponadto budziły lęk przed potępieniem w wypadku ich odrzucenia. Mając takie wspar­cie naszych argumentów, też moglibyśmy zmienić bieg hi­storii.
Tak więc uważajcie na uprzedzenia. Pamiętajcie, że nie zawsze da się wygrać spór z każdym. Gdyby było inaczej, świat już dawno temu zostałby opanowany przez logikę i sprawiedliwość, a gdybyśmy się temu przeciwstawili, zostalibyśmy bez pracy, nieprawdaż?

 

Skan książki jest dostępny TUTAJ

 

Zobacz na:
Myślenie pojęciowe, a myślenie stereotypowe
http://forum.wybudzeni.pl/index.php/topic,302.0.html