Posts Tagged ‘Ideologia’

Rozwój nauki, rozwój społeczno-gospodarczy i rozwój walki w historii świata

Tabelka z książki Naukowe podstawy nacjokratyzmu – Józefa Kosseckiego

Rozwój nauki, rozwój społ-gosp i rozwój walki w historii świata2

 

WSTĘP

WSPÓŁCZESNY NACJOKRATYZM POLSKI

Po II wojnie światowej miała w Polsce miejsce manipulacja semantyczna, której istotą była zmiana znaczenia pewnych kluczowych dla życia społecznego słów. Do słów takich należały: patriotyzm, nacjonalizm i szowinizm.

W dominującej części narodu polskiego, przed II wojną światową, słowo patriotyzmrozumiano jako miłość ojczyzny, przy czym ojczyzną tą mogło być zarówno państwo narodowe jak i np. wielonarodowa monarchia. Słowo nacjonalizm rozumiano jako miłość do własnego narodu, która bynajmniej nie musiała oznaczać wywyższania go w stosunku do innych narodów – tak właśnie rozumieli to słowo twórcy polskiego nacjonalizmu z Romanem Dmowskim na czele. Słowo zaś szowinizm rozumiano jako skrajną odmianę nacjonalizmu, w której miłość własnego narodu łączyła się z pogardą, a czasem wręcz nienawiścią wobec innych narodów. Szowinizm narodowy w skrajnej formie reprezentował nacjonalizm niemiecki, którego wyraźne sformułowanie znajdujemy w hitleryzmie. Były też zresztą nienarodowe odmiany szowinizmu – np. szowinizm klasowy występujący u komunistów internacjonalistów. Szowinizm niejednokrotnie stanowił ideologiczne uzasadnienie różnych odmian imperializmu – zarówno narodowego (hitleryzm) jak i kosmopolitycznego (radziecka odmiana komunizmu).

Po II wojnie światowej imperializm szowinistyczno-narodowy w wydaniu niemieckim przegrał, zwyciężyły zaś kosmopolityczne odmiany imperializmu w wydaniu sowieckim (ZSRR) i liberalno-wolnomularskim (USA). Zgodnie z ich interesem dokonano w skali globalnej manipulacji lingwistycznej, polegającej na zmianie znaczenia wymienionych wyżej trzech kluczowych słów. Słowu patriotyzm, w oficjalnych masowych procesach wymiany informacji, nadano znaczenie takie jak dawniej nadawano słowom patriotyzm i nacjonalizm, słowu nacjonalizm nadano znaczenie takie jak miało dawniej słowoszowinizm narodowy, zaś słowo szowinizm zaczęło znikać z masowego społecznego obiegu informacji. Po doświadczeniach z hitlerowską odmianą szowinizmu niemieckiego, wszelki nacjonalizm zaczął się w społecznej świadomości – czy może nawet podświadomości – kojarzyć ze zbrodniczym hitleryzmem. Na tym właśnie polegała manipulacja semantyczna, której dokonano po II wojnie światowej, a jej skutki trwają do dzisiaj.

Zjawisko to zaobserwowali twórcy Ligi Narodowo Demokratycznej już w latach 50-tych i postanowili się jej przeciwstawić, przywracając w swych opracowaniach – z Programem LND[1] na czele – dawne przedwojenne znaczenie powyższych kluczowych słów.

Studiując zarówno przedwojenną jak i wojenną czy wreszcie emigracyjną literaturę narodową, doszliśmy do wniosku, że w świecie, jaki ukształtował się po II wojnie światowej, stara polska myśl narodowa już nie wystarczy. Stwierdziliśmy, że już w latach 30. tacy myśliciele ruchu narodowego jak Adam Doboszyński, wzbogacili ją, wprowadzając do niej naukę społeczną Kościoła katolickiego, sformułowaną przez Leona XIII w encyklice Rerum novarum i rozwiniętą przez Piusa XI w encyklice Quadragesimo anno.

Dążąc do unowocześnienia polskiej myśli narodowej, postanowiliśmy doktrynę LND oprzeć nie tylko na polskiej tradycyjnej myśli narodowej, której twórcami byli Roman Dmowski, Jan Ludwik Popławski i Zygmunt Balicki i nauce społecznej Kościoła katolickiego, ale również na nauce porównawczej o cywilizacjach Feliksa Konecznego. To był nasz pierwszy wkład w unowocześnienie polskiej myśli narodowej[2].

Dalszy wkład stanowiło wykorzystanie dorobku polskiej szkoły cybernetycznej, której głównym twórcą był Marian Mazur oraz cybernetyki społecznej (socjocybernetyki), której podstawy przez wiele lat opracowywałem i publikowałem. Dzięki temu polska doktryna narodowa stała się w pełni nowoczesna i oparta na naukowych podstawach. Postanowiliśmy nadać jej nazwę nacjokratyzm, który w naszym wydaniu opiera się na czterech następujących źródłach:

  1. polska tradycyjna myśl narodowa,
  2. nauka społeczna Kościoła katolickiego,
  3. nauka porównawcza o cywilizacjach,
  4. polska szkoła cybernetyczna i polska cybernetyka społeczna[3].

Warto w tym miejscu stwierdzić, że dążenie do oparcia doktryny narodowej na naukowych podstawach, było cechą charakterystyczną polskiego ruchu narodowego, od początku jego istnienia. Roman Dmowski z wykształcenia był biologiem, a pamiętajmy, że na przełomie XIX i XX wieku, w socjologii dominowały ujęcia odwołujące się do analogii biologicznych. Potem w pierwszej połowie XX wieku, wielu działaczy polskiego ruchu narodowego było socjologami czy ekonomistami. Roman Rybarski i Stanisław Grabski tworzyli podstawy socjologiczne myśli narodowej, zaś zarówno oni jak i Stanisław Głąbiński budowali naukowe podstawy ekonomiki narodowej. Sam Roman Dmowski w ostatnich latach swego życia zajmował się antropologią kultury.

Biorąc pod uwagę fakt historyczny, że obóz Józefa Piłsudskiego dysponował, w okresie dwudziestolecia międzywojennego, najlepszym wywiadem świata, jakim był II Oddział Sztabu Głównego, a także jedną z najlepszych na świecie policją, nawiązaliśmy w tej dziedzinie do tych właśnie tradycji, tworząc w dziedzinie socjotechniki syntezę metod obozu Romana Dmowskiego i Józefa Piłsudskiego. W strategicznych planach LND, wyłożonych w jej programie znaleźć można również elementy syntezy myśli politycznej Romana Dmowskiego i Józefa Piłsudskiego[4] – czego na nasze szczęście nie zauważyli oficerowie śledczy SB, prowadzący rozpracowanie naszej organizacji.

W okresie PRL Liga Narodowo Demokratyczna[5], stosując wspomnianą wyżej socjotechnikę, prowadziła zarówno działania tajne jak i jawne, przy czym na zewnątrz niczego nie firmowała. W miarę upływu czasu i rozwoju naszej doktryny, coraz więcej jej elementów i jej źródeł, mogło być ujawnianych, o czym świadczą liczne publikacje polskiej szkoły cybernetyki społecznej, a także pierwsze po II wojnie legalne wydanie Myśli nowoczesnego Polaka Romana Dmowskiego, przez wydawnictwo Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald”, które w tej organizacji podlegało mnie jako sekretarzowi propagandy. Podstawą ideową wszystkich tych naszych działań był nacjokratyzm.

Nacjokratyzm można również nazwać naukowym nacjonalizmem, biorąc jednak pod uwagę wspomnianą wyżej manipulację semantyczną, związaną ze zmianą znaczenia słowa, nacjonalizm, która obecnie funkcjonuje w masowych społecznych procesach wymiany informacji, chcąc unikać złego rozumienia powyższego terminu, używamy publicznie raczej terminu nacjokratyzm.

1. ROLA TAKTYKI, SZTUKI OPERACYJNEJ, STRATEGII I IDEOLOGII W DZIAŁANIACH SPOŁECZNYCH

1.1. Uwagi wstępne

Lata, które upłynęły od 1989 roku, wykazały, że żadna partia, ani też żadna koalicja sejmowa, nie była w stanie utrzymać się u władzy dłużej niż przez jedną kadencję, a były nawet przypadki skracania kadencji (1993 i 2007 rok). Dzieje się tak, mimo że kolejne kampanie wyborcze, a także okresy między nimi, wykazują, jak wielką wagę nasi politycy przywiązują do taktyki swych działań – zwłaszcza propagandowych. Natomiast długoterminowe działania strategiczne, nie mówiąc już o pracy ideowo-wychowawczej, są przez ogół naszych polityków niemal całkowicie ignorowane.

Nie należy się temu dziwić, jeżeli przypomnimy sobie, że w okresie PRL, strategia długookresowych działań politycznych o szerokim, światowym zasięgu była zarezerwowana dla centrali w Moskwie, Warszawa zaś miała opracowywać krótkookresowe lokalne problemy taktyczne, a co najwyżej średniookresowe i średniozakresowe problemy operacyjne. Rzecz jasna rozwiązywanie problemów ideologicznych było również zarezerwowane dla moskiewskiej centrali. W rezultacie kadry PZPR i aparatu państwowego PRL, posiadały tylko wiedzę pozwalającą rozwiązywać problemy taktyczno-operacyjne, wykazując niemal całkowitą indolencję gdy trzeba było samodzielnie rozwiązywać nowe problemy strategiczne i ideologiczne.

Z dawną opozycją było jeszcze gorzej, gdyż niemal cała była nastawiona na krytykę istniejącego reżimu i walkę z nim, nie opracowywała więc samodzielnie żadnych perspektywicznych planów, dostosowanych do zmieniającej się rzeczywistości. Co najwyżej sięgano do starych koncepcji z pierwszej połowy XX wieku lub mechanicznie przejmowano niektóre rozwiązania zaczerpnięte z Zachodu. W dodatku do 1989 roku opozycja była praktycznie odsunięta od sprawowania władzy w państwie, nie posiadła więc nawet wiedzy i doświadczenia, koniecznego do samodzielnego rozwiązywania problemów taktyczno-operacyjnych. W rezultacie dawna tzw. demokratyczna opozycja, gdy przejęła władzę, nie była w stanie samodzielnie rozwiązywać problemów taktyczno-operacyjnych na szczeblu państwa, ustępując w tej dziedzinie kadrom wywodzącym się z dawnej PZPR i jej satelitów. W tej sytuacji dawni opozycjoniści, którzy niespodziewanie dla siebie przejęli władzę w Polsce, musieli korzystać z informacyjno-koncepcyjnej pomocy ośrodków zachodnich, niemal całkowicie się od nich pod tym względem uzależniając[1]. Skończyło się na tym, że w nowej III/IV RP, rolę dawnej centrali moskiewskiej przejęły centrale – brukselska, waszyngtońska i berlińska, które rzecz jasna sterowały sytuacją w Polsce w sposób zgodny ze swymi interesami, nie zawsze zgodnymi i interesami Polski.

Ciekawe świadectwo informacyjnego uzależnienia Polski od zagranicznych central, znaleźć możemy w artykule Porażka ekonomistów Jacka Wiśniewskiego – głównego ekonomisty Raiffeisen Bank Polska. Czytamy w nim:

W jednym z ostatnich numerów „The Economist” można przeczytać artykuł „What went wrong wuth economics” o kryzysie nauk ekonomicznych, które w praktyce zawiodły w obliczu kryzysu. Wedle stawianych tez ekonomiści i finansiści po części doprowadzili do kryzysu, w dużej części zawiedli w ostrzeganiu przed kryzysem i właściwie nie wiedzą, jak go rozwiązać. Zastanawiałem się, jak wygląda to z polskiej perspektywy.

Po pierwsze nie doprowadziliśmy do kryzysu, bo udział naszego sektora finansowego i myśli teoretycznej jest znikomy na świecie. (…) Praktycznie śladowy wkład w rozwój obecnej teorii ekonomii i finansów jest przygnębiający i sam w sobie świadczy o poziomie edukacji.

Po drugie kryzysu światowego nie mogliśmy przewidzieć z bardzo prostego powodu – praktycznie nikt w Polsce zawodowo nie analizuje sytuacji globalnej gospodarki. Banki komercyjne i biura maklerskie skupiają się na lokalnym, góra regionalnym rynku. Prognozy dla globalnych liderów gospodarczych są tworzone w centralach – czyli w tym zakresie jako ekonomiści bankowi odtwarzamy to, co prognozowane jest zewnętrznie. Żaden z polskich uniwersytetów czy thin-tanków również nie stawia regularnie prognoz. Z jednej strony nie ma popytu na takie analizy, z drugiej – efektywność kosztowa prowadzi do centralizacji takich badań poza Polską.

Po trzecie,  skoro czegoś się nie analizuje, to ciężko będzie stawiać diagnozy i przepisywać lekarstwa. Stąd praktyczny brak polskiego głosu na temat kryzysu na łamach światowych.

(…)

Jeżeli chodzi o rozwiązania kryzysu, to mamy monodyskusję. Większość obecnych w mediach ekonomistów – łącznie ze mną – jest wychowana w „balcerowiczowskim” duchu reform i wolności. Nie ma więc drugiej strony dyskusji – kto w Polsce się przyzna, że jest keynesistą?  Daje to konsensus w sprawie tego, co należy zrobić, ale czy jest to na pewno słuszne?[2]

Obecnie rozpoczęła się ostra walka między wielkimi blokami państw, która nasila się w dobie kryzysu światowego, co dla strony polskiej stwarza pewne szanse, pod warunkiem jednak, że będzie potrafiła je wykorzystać, do tego zaś potrzebne są odpowiednio przygotowane kadry, które będą potrafiły nie tylko rozwiązywać taktyczno-operacyjne problemy związane z walką wyborczą i ewentualnie utrzymywaniem się u władzy do następnych wyborów, ale również problemy strategiczne i ideowo-wychowawcze, w interesie Polski, a nie tylko innych państw, czy ich bloków. Dla takich kadr przeznaczona jest niniejsza praca.

1.2. Czym jest taktyka, sztuka operacyjna, strategia i ideologia

w działaniach społecznych

Problemy taktyki, sztuki operacyjnej i strategii, zostały doskonale opracowane w naukach wojskowych. Dlatego zacytuję tu polskiego klasyka tych nauk – generała Stefana Mossora.

„Sztuka wojenna dzieliła się dawniej, jak wiadomo, na dwa tylko zasadnicze odłamy: taktykę i strategię.

Taktyka była umiejętnością uszykowania wojska do walki, strategia – nauką prowadzenia wojny.

(…)

W miarę wyraźnego podziału starć wojennych na walkę, bitwę i wojnę chciano mieć trzy terminy dla określenia nauki dowodzenia w każdej z nich. I wówczas powstał wyrazoperacje jako odpowiednik dla bitwy.

Teoretycznie więc sztuka wojenna dzieli się obecnie na 3 kategorie: taktykę, działania operacyjne i strategię”[3].

„Taktyka w pojęciu nowoczesnym obejmuje nie tylko umiejętność ugrupowania wojska do walki, ale i uzgodnienie kilku walczących obok siebie czynników do wspólnego wysiłkumającego jeden cel ograniczony w czasie i przestrzeni.

(…)

Wysiłek taktyczny ma zasięg ograniczony, bo opisane współdziałanie wojsk i środków ogniowych nie da się ustalić na dalszą metę.

(…)

Działania operacyjne są dziedziną daleko szerszą od taktyki. Nie chodzi tu o zorganizowanie krótkotrwałej walki poprowadzonej w jednym kierunku, ale o zgranie kilku walk bądź kilkudniowych serii walk, poprowadzonych oddzielnie na kilku zbieżnych kierunkach, nieraz bardzo odległych od siebie, ta kombinacjawielokierunkowego działania do jednego celu przy pomocy kilku zgrupowań o różnej sile stanowi zasadniczą cechę operacji.

(…)

Strategia jest najwyższą dziedziną sztuki wojennej. Nie zniża się ona nigdy do rzemiosła wojennego, jakim jest bezsprzecznie taktyka, pozostając zawsze na wyżynach potężnych zamiarów, rozstrzygających o losach krajów. (…)”[4].

W polityce dodać tu jeszcze trzeba walkę ideologiczną, gdyż ideologia w rozumieniu socjocybernetycznym, wytycza zasadnicze cele wszelkich działań społecznych, w tym również wszelkich rodzajów walki.

Powyższy podział możemy uogólnić na sterowanie wszelkimi działaniami społecznymi.

Wróćmy jeszcze do rozważań naszego klasyka wojskowości, który w swym dziele przytacza następujący cytat pruskiego teoretyka sztuki wojennej K. Clausewitza:

„Zarówno w taktyce jak i w strategii jest przewaga najpoważniejszą zasadą zwycięstwa”. „Należy ją uważać za ideę podstawową i dążyć do niej wedle możności, zawsze i przede wszystkim”[5].

„Przewaga przybiera na polach bitew postacie najrozmaitsze. Najprostszą jej postacią jest przewaga fizyczna (liczebna lub materialna). Brak takiej przewagi może być częściowo zastąpiony czynnikami uzupełniającymi, które są zresztą zawsze niezbędne do wygrania bitwy, a mianowicie:

1) przewagą sztuki wojennej (przewaga względna, uzyskiwana przez ekonomię sił i wyzyskanie czynnika zaskoczenia),

2) przewagą moralną (przewaga umysłu i ducha dowódcy oraz nastroju moralnego wojska).

Tu się nasuwa pytanie, w jakim stopniu mogą te dwa czynniki duchowe uzupełnić brak przewagi liczebnej i materialnej?”[6]

Na szczeblu taktycznym powyższy stopień jest znaczny, ale już na szczeblu operacyjnym znacznie mniejszy. Nasz klasyk stwierdza, że „(…) przeprowadzamy często podświadomą analogię między wspomnieniami taktycznych walk małych oddziałów a bitwami jednostek operacyjnych i strategicznych, które to analogie istniały za czasów małych armii zawodowych, ale dziś już nie istnieją. I dziś jeszcze jest możliwe, że szwadron kawalerii rozbije pułk tejże broni, jeśli go znienacka zaskoczy. Pobije on wówczas 4-krotną lub 6-krotną przewagę korzystając z tego, że skutek zaskoczenia trwa właśnie tyle czasu, ile mu go trzeba do pobicia przeciwnika. Ale nie jest już do pomyślenia, żeby jedna dywizja piechoty pobiła cztery równie silne i dobre dywizje, ponieważ do ich unieszkodliwienia potrzeba by co najmniej dwu dni lub więcej czasu, skutek zaś zaskoczenia (nawet zupełnego, na nocnym nieubezpieczonym postoju, czego się nie można spodziewać), nie trwa na tym szczeblu nigdy dłużej niż kilka godzin, co najwyżej jedna noc.

To sprawia, że im wyższy szczebel, tym trudniej o zaskoczenie i tym mniej czynników zastępujących siłę można odeń oczekiwać. O ile bowiem w walce indywidualnej lub w walce małych oddziałów taktycznych nie brak nawet w ostatnich wojnach, ba nawet w wojnie pozycyjnej, zdumiewających przykładów bohaterskiego zuchwalstwa, które w ciągu kilku minut rozprawiało się z rojem nieprzyjaciół, o tyle nie ma takich samych przykładów na szczeblu operacyjnym i strategicznym.

W sumie, żeby uniknąć rozczarowań, bądźmy skłonni uznać tezy Clauzewitza za miarodajne i przyjmijmy, że pobicie dwukrotnie silniejszej (liczebnie lub materialnie) armii będzie dziś rzeczą niezwykle trudną, jeżeli nie niemożliwą, chyba, że przeciwnik będzie bezwartościowy, na co w Europie już liczyć nie można”[7].

Stosując powyższe zasady do walki cywilnej i w ogóle działalności społecznej, w szczególności zaś walki politycznej, możemy stwierdzić, że działania taktyczne, to w demokratycznym państwie, przede wszystkim poszczególne walki przedwyborcze, toczone w różnych miejscach i w różnym czasie. Obiektem oddziaływania jest psychika społeczeństwa, zaś celem poderwanie autorytetu przeciwnika i budowanie autorytetu własnego. Na szczeblu taktycznym decydujące znaczenie może mieć czynnik zaskoczenia, wybór właściwego kierunku uderzenia – zgodny z oczekiwaniami społeczności w danym czasie i na danym obszarze oraz czynniki, które generał Mossor nazwał czynnikami przewagi moralnej – przewaga umysłu, ducha i autorytetu polityka, który tę walkę prowadzi oraz nastrój działaczy partyjnych i publiczności.

Działania operacyjne w walce politycznej, to w demokratycznym państwie, cała zorganizowana kampania wyborcza, której kierownictwo ma za zadanie ukierunkowanie poszczególnych walk, prowadzonych w różnych miejscach i w różnym czasie, w taki sposób by zmierzały one do jednego wytyczonego celu – którym jest zwycięstwo wyborcze. Tu już nie wystarczy sama przewaga moralna, konieczna jest bowiem odpowiednia siła materialna, niezbędna do pokonania przeciwnika. Siła ta wyrażać się może zarówno odpowiednią liczebnością działaczy i zwolenników danej partii, jak też środkami finansowymi, którymi ona dysponuje.

Rola tych czynników materialnych jest jeszcze większa w działaniach strategicznych, w których chodzi już nie tylko o wygranie następnych wyborów, ale o rozwiązywanie zasadniczych, długofalowych problemów społeczeństwa, którym zwycięska partia lub koalicja kieruje. Bez wytyczenia zasadniczych celów działań społecznych, rozwiązać takich problemów się nie da – i tu właśnie konieczne jest włączenie jakiejś ideologii, która wytyczaniem tego rodzaju celów się zajmuje.

Strategia wynika z ideologii, sztuka operacyjna wynika ze strategii, zaś taktyka ze sztuki operacyjnej. Można to schematycznie przedstawić w następujący sposób:

Ideologia => Strategia => Sztuka operacyjna => Taktyka

Cele =>   Metody                    ich                  realizacji

Pojęcie ideologii ma w tych rozważaniach znaczenie ogólne i oznacza systemy norm społecznych wytyczających zasadnicze cele działań społeczeństwa jako systemu autonomicznego. Przy czym przez system autonomiczny – zgodnie z definicją Mariana Mazura – rozumiemy system, który ma zdolność do sterowania się i może przeciwdziałać utracie tej swojej zdolności, albo inaczej mówiąc jest swoim własnym organizatorem i może się sterować zgodnie z własnym interesem (w określonych granicach)[8].

W tym rozumieniu ideologią jest nie tylko np. komunizm, który wytyczał zasadnicze cele działań społecznych ludności ZSRR, czy nazizm, który wytyczał cele działań III Rzeszy, ale także obrona wolności, praw człowieka i szerzenie systemu demokratycznego i poprawności politycznej – które wytyczają zasadnicze cele USA i UE oraz innych państw współczesnej demokracji w stylu zachodnim.

Walka społeczna toczy się zarówno w sferze ideologicznej jak politycznej, ekonomicznej i propagandowej. W sferze ideologicznej chodzi o narzucenie lub przekonanie ludzi do własnej ideologii i realizacji wytyczonych przez nią celów. W sferze politycznej chodzi o narzucenie lub przekonanie ludzi do własnej strategii, sztuki operacyjnej i taktyki. W sferze ekonomicznej chodzi o narzucenie lub przekonanie do działań gospodarczych zgodnych z własnym interesem. Wreszcie w sferze propagandy chodzi o rozpowszechnianie własnych koncepcji i rozwiązań we wszystkich lub tylko wybranych dziedzinach życia.

W mniejszej skali możemy samodzielnie działające firmy (przede wszystkim prywatne) traktować jako systemy autonomiczne. W tym wypadku ideologię firmy będzie stanowić to, co nazywa się jej misją społeczną, czyli zaspokajanie określonych potrzeb klientów. Jak podają zachodnie podręczniki biznesu, John D. Rockefeller na początku swojej kariery, tłumaczył swoim pracownikom, że misją jego firmy jest dostarczenie klientom taniego, dobrego oświetlenia – chodziło wówczas o lampy naftowe. Z tej działalności, odpowiednio w miarę potrzeb społecznych modyfikowanej, wyrosła potem wielka fortuna Rockefellerów. Niektórzy teoretycy biznesu tłumaczą, że zysk to niejako produkt uboczny dobrego wypełniania misji polegającej na zaspokajaniu potrzeb klientów.

W marksistowskich podręcznikach ekonomii politycznej, ideologię firm kapitalistycznych przedstawiano inaczej. J. W. Stalin w swej pracy pt. Ekonomiczne problemy socjalizmu w ZSRR pisał, że „główne cechy i wymogi podstawowego ekonomicznego prawa współczesnego kapitalizmu można by było sformułować mniej więcej w następujący sposób: zapewnienie maksymalnego zysku kapitalistycznego w drodze wyzysku, ruiny i pauperyzacji większości ludności danego kraju, w drodze ujarzmiania i systematycznego ograbiania narodów innych krajów, zwłaszcza krajów zacofanych, wreszcie w drodze wojen i militaryzacji gospodarki narodowej wykorzystywanych dla zapewnienia najwyższych zysków”[9].

W powyższym ujęciu istotę zasadniczych celów – czyli rzeczywistą ideologię – kapitalistycznych przedsiębiorstw i całej gospodarki, określono zupełnie inaczej niż robił to J. D. Rockefeller. Ponadto określono też istotę zasadniczej strategii tejże gospodarki.

Nie wdając się w ocenę, które z powyższych ujęć jest bliższe prawdy, ograniczymy się do stwierdzenia, że każde z nich w pewien (choć zasadniczo różny) sposób, określa to, co nazwaliśmy ideologią firmy.

Na zakończenie tego rozdziału trzeba podkreślić, że w hierarchii skuteczności społecznej, najwyżej stoi wybór odpowiedniej ideologii, następnie właściwej strategii, potem rozwiązań operacyjnych i na koniec taktycznych.      Błędnych wyborów ideologicznych nie da się nadrobić nawet najlepszą strategią, sztuką operacyjną czy taktyką – czego dobitnym przykładem jest los III Rzeszy, której kierownictwo dokonało złego wyboru anachronicznej już w owym czasie polityki imperialnej i błędnych koncepcji rasistowskich. W rezultacie nawet skuteczna w pierwszym okresie II wojny światowej strategia tzw. wojny błyskawicznej, bardzo wysoko stojąca sztuka operacyjna i taktyczna wojsk niemieckich, nie mogły uchronić III Rzeszy od ostatecznej klęski.

Z kolei błędnych wyborów strategicznych nie da się nadrobić dobrą sztuką operacyjną i taktyką. Jako przykład może tu służyć nasza kampania wrześniowa w 1939 roku. Strategia zastosowana przez polskie kierownictwo polityczne, postawiła nasze wojsko w beznadziejnej sytuacji – nasi bowiem zachodni sojusznicy nie wywiązali się z zobowiązania uderzenia na III Rzeszę z zachodu, zaś Stalin jako sojusznik Hitlera ze swego zobowiązania się wywiązał (choć trochę zwlekał obserwując, czy Francja i Wielka Brytania uderzą na Hitlera w 14-tym dniu wojny, jak się zobowiązały). W tej sytuacji strategicznej, nawet wielkie bohaterstwo naszych żołnierzy i dowódców na szczeblu taktycznym i pewne udane działania operacyjne w bitwie pod Kutnem, nie mogły uchronić Polski od klęski. Równoczesnego uderzenia z dwu stron, dwóch największych armii lądowych i powietrznych ówczesnego świata, nie było w stanie wytrzymać żadne ówczesne państwo.

Natomiast błędy operacyjne i taktyczne popełnione przez Stalina i jego podwładnych, w pierwszym okresie wojny z III Rzeszą, zostały z nawiązką nadrobione skuteczną strategią ZSRR, jaką przyjęto podczas wojny, w okresie który nastąpił po pierwszych klęskach operacyjnych.

Warto na koniec zwrócić uwagę na to, że z jednej strony taka instytucja jak Kościół katolicki, a z drugiej strony wolnomularstwo, spełniające funkcje instytucji kwasireligijnej we współczesnych państwach demoliberalnych, zajmują się w zasadzie programowaniem ideowo wychowawczym i walką w sferze idei, nie zaś (poza pewnymi wyjątkami) prowadzeniem działań o charakterze strategicznym czy tem bardziej operacyjnym i taktycznym w sferze politycznej.

Rzecz jasna, programowanie ideowo wychowawcze i walka ideologiczna, pośrednio wpływa na strategię, a także może również pośrednio wpływać na działania operacyjne i taktyczne, nic więc dziwnego, że zarówno Kościół katolicki, jak i wolnomularstwo, były niejednokrotnie podejrzewane o bezpośrednie sterowanie politycznymi działaniami w sferze zarówno strategicznej, jak i taktyczno operacyjnej. Wiele przykładów na to znajdujemy w historii wolnomularstwa po Kongresie Wiedeńskim, gdy policje polityczne państw Świętego Przymierza, szukały w lożach wolnomularskich sztabów kierujących działaniami wywrotowymi. Analogicznie w państwach komunistycznych w XX wieku, organy policji politycznych, szukały w Kościele katolickim, sztabów sterujących bezpośrednio działaniami antykomunistycznymi – widoczne to było szczególnie wyraźnie w okresie stalinowskim. Zarówno jedne jak i drugie działania, dawały niewielkie rezultaty, co przedstawiciele policji tłumaczyli sobie istnieniem jakiejś superkonspiracji, nie rozumiejąc dobrze relacji między działaniami i walką w sferze ideologicznej i strategicznej, operacyjnej oraz taktycznej.

W średniowieczu, kościelne organy inkwizycji, bardzo dobrze rozumiały rolę ideologii i dywersji ideologicznej, w walce społeczno-politycznej, niejednokrotnie nawet przeceniając pewne jej przejawy, co prowadziło do różnych błędów i wypaczeń. O ile jednak Kościół katolicki do II Soboru Watykańskiego, przywiązywał wielką wagę do czystości swej doktryny, to wolnomularstwo zajmowało się głównie rozmywaniem wszelkich doktryn, pod hasłem tolerancji. To podejście wolnomularskie, przeniknęło również do Kościoła katolickiego – zwłaszcza w okresie po II Soborze Watykańskim.

 

Kolektywna Konspiracja – Edward Griffin – napisy PL

 

Nazywam się Ed Griffin, jestem pisarzem. W swoich książkach poruszam kontrowersyjne tematy. Sądzę, że to bardzo ważne książki. Zajmuję się tematami takimi jak historia bankowości, zagadnienia związane ze zdrowiem, ONZ i polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych. Tematy te budzą w ludziach emocje, ponieważ mam zdecydowane poglądy. Uważam jednak siebie za badacza, staram się też być historykiem najlepiej jak potrafię. Zajmuję się więc w głównej mierze faktami, nie opiniami. Param się tym przez większą część swojego dorosłego życia. Zacząłem się interesować tego rodzaju zagadnieniami w 1959 roku. W 1960 roku całkowicie mnie już pochłonęły. Porzuciłem pracę w dużej firmie ubezpieczeniowej i zająłem się w pełnym wymiarze godzin pisaniem oraz wypowiadaniem się na te tematy.

Rozwój ruchu Tea Party i paradygmat lewica-prawica są w jakimś sensie powiązane, a jednak stanowią w dużym stopniu odrębne wątki intelektualne. Uważam, że w pierwszej kolejności należy omówić i zrozumieć na czym polega paradygmat lewica-prawica. Większość z nas, w tym z pewnością również i ja, wychowuje się w przekonaniu, że trzeba wybrać – przynajmniej, jeśli się jest inteligentnym – między opowiedzeniem się po prawej stronie a opowiedzeniem się po lewej stronie sceny politycznej. Trzeba mieć określone poglądy polityczne. Gdy byłem młodszy, myślałem, że ekstremalna prawa strona to coś jak faszyzm lub nazizm, a ekstremalna lewa strona to oczywiście komunizm lub socjalizm tylko trochę odbiegający od komunizmu. To był paradygmat, którego mnie nauczono i który w tamtym czasie zdawał się mieć sens. Jednak kiedy bardziej zainteresowałem się tymi zagadnieniami i dowiedziałem się o nich więcej, zacząłem sobie uświadamiać, że podstawowa filozofia między tymi tak zwanymi ekstremalnymi lewicowcami, czyli komunistami i socjalistami, a tak zwaną filozofią po prawej stronie wyznawaną przez faszystów i nacjonalistów, jest w istocie jednakowa. Jak to możliwe? Przecież powinny być swoimi przeciwieństwami. Później zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, że istnieje coś wspólnego dla tych wszystkich filozofii, co zostało pominięte w mojej edukacji. To była ideologia kolektywizmu. Zacząłem sobie uświadamiać, że rzeczą wspólną dla nich wszystkich jest coś, co się nazywa kolektywizmem. To słowo nie jest dziś zbyt poprawnie używane, nie ma go współcześnie w słowniku większości ludzi. Odkryłem jednak, że jakieś sto lat temu było bardzo powszechne. Ludzie dużo pisali o kolektywizmie. Jego przeciwieństwem jest indywidualizm. To dwa słowa, które dzisiaj są w pewnym sensie zapomniane, ale moim zdaniem powinny wrócić do łask, powinno się je zrozumieć i częściej używać. Uświadomiłem sobie, że komunizm i faszyzm, czyli tak zwane przeciwieństwa, są po prostu rodzajami kolektywizmu. Są tą samą rzeczą. Według obu tych ideologii grupa jest ważniejsza niż jednostka, jednostkę trzeba w razie konieczności poświęcić w imię wyższego dobra większej liczby. Pełnia władzy powinna należeć do państwa, a ludzie powinni być posłuszni państwu w imię wyższego dobra większej liczby i tym podobne. Według obu ideologii prawa przyznaje państwo. Nie są częścią istoty ludzkiej, nie są dane przez Boga, nie są utrwalone w ciele i duszy człowieka. Muszą być nadane przez państwo. Wszystkie te ideologie, kiedy się je analizuje jedną po drugiej – komunizm i faszyzm, nazizm i socjalizm – one wszystkie na tym polegają. Skąd więc bierze się konflikt? Zacząłem się nad tym zastanawiać. Zdałem sobie sprawę, że to w jakimś sensie oszustwo – właściwie to sądzę, że ogromne oszustwo, wielka ściema, ponieważ ludzie nawet dzisiaj myślą, że muszą wybierać między prawą a lewą stroną, nie zdając sobie sprawy, że niezależnie od tego co wybiorą, akceptują zasadniczo tę samą, leżącą u podłoża ideologię. Prawdą jest, że przywódcy tych grup – Stalinowie tego świata, Adolfowie Hitlerowie tego świata, Mao Zedongowie tego świata i tak dalej – że przywódcy tych grup reprezentujący lewą lub prawą stronę, że będą się  nawzajem zwalczać, że będą prowadzić ze sobą wojny, wielkie bitwy, jakie widzieliśmy podczas Drugiej Wojny Światowej. Ale z jakiego powodu walczą? Ideologii? W żadnym wypadku, ponieważ się co do niej zgadzają. To o co walczą ze sobą to dominacja. Kto będzie rządził? Tylko z tego powodu walczą. Kiedy zrozumie się tę historyczną prawdę, nietrudno zauważyć, że to samo dzieje się nawet dzisiaj, a już na pewno dzieje się w amerykańskiej [polskiej] polityce. Mamy lewą i prawą stronę, w pewnym sensie uosobione dzisiaj w Partii Republikańskiej reprezentującej z założenia prawą stronę i Partii Demokratycznej reprezentującej z założenia lewą stronę. A zatem jest wybór, prawda? Dlaczego więc, skoro istnieje wybór, przechodzimy od Republikanów do Demokratów, a po czterech latach wracamy znów do Republikanów? Wciąż to robimy, robimy to od końca Pierwszej Wojny Światowej. Jak to jest, że nasz kraj podąża ciągle w tym samym kierunku, głębiej i głębiej w kolektywizm, niezależnie od tego która partia jest u władzy, ponieważ obie wierzą w kolektywizm, ponieważ obie wierzą w wielki rząd. Ich slogany są inne, ich przywódcy są różni, a biedny wyborca, który próbuje się w tym wszystkim rozeznać, pada ofiarą oszustwa, przekrętu, wpada w pułapkę. Sądzę, że to ważna rzecz, którą trzeba zrozumieć – to, że paradygmat lewica-prawica jest politycznym oszustwem, który bardzo opłaca się tym, którzy wiedzą co robią. Faktem jest, że zarówno Partia Republikańska, jak i Partia Demokratyczna pozostają w rękach stosunkowo niewielkiej grupy liczącej około 4 tysięcy członków, znanej jako Council on Foreign Relations. To są ludzie, którzy tak naprawdę pociągają za sznurki zarówno w Partii Republikańskiej, jak i w Partii Demokratycznej. Pisano nawet na ten temat. Facet o nazwisku Carroll Quigley, były profesor historii na Uniwersytecie Georgetown – nawiasem mówiąc mentor Williama Clintona, kiedy Clinton studiował na tej uczelni – napisał kilka książek o tej grupie, o pochodzeniu tych ludzi, o tym, że mają korzenie w Europie, w szczególności w Anglii. W jednej ze swoich książek zawarł bardzo interesujące stwierdzenie, że ok, tak wygląda prawdziwy świat, jak to jest, że my, kolektywiści, my, elita, jak możemy rządzić światem, gdy jednocześnie chcemy, żeby przeciętny człowiek myślał, że żyje w „demokracji”, że żyje w ustroju, w którym jego głos ma znaczenie, w świecie, który pozwala mu myśleć, że ma obowiązek tworzyć własne polityczne przeznaczenie. To jest pieczołowicie pielęgnowany mit, który politycy chcą stworzyć, żeby ludzie byli zadowoleni, żeby bez względu na to, co im się przydarza, powiedzieli: „Cóż, ja na nich zagłosowałem” lub „Ja to sprawiłem” lub „Ten rząd to mój rząd. Niezależnie od tego, jak jest zły, ja jestem za to odpowiedzialny”. Dopóki ludzie mają właśnie takie spojrzenie na tę kwestię, nie skarżą się tak bardzo na zły stan rzeczy, ponieważ sami go spowodowali – tak przynajmniej sądzą. Tak więc Quigley zajmuje się kwestią jak można pozwolić ludziom myśleć, że kierują własnym politycznym przeznaczeniem, podczas gdy w tym samym czasie my, elita, kierujemy ich politycznym przeznaczeniem, a oni o tym nie wiedzą. Jak to zrobić? Quigley podaje błyskotliwą odpowiedź. Twierdzi, że to bardzo proste. Muszą istnieć dwie główne partie polityczne. Obie muszą mieć te same nadrzędne cele, te same podstawowe, fundamentalne zasady. Partie te powierzchownie dla użytku publicznego będą się ze sobą kłóciły przy użyciu sloganów, koncepcji przywództwa, stylu i tym podobnych, ale to my będziemy kontrolować je obie. To jest właśnie ta strategia. To jest to całe oszustwo skrywające się za paradygmatem lewica-prawica. Jeśli zrozumiesz historię, jeśli zrozumiesz tę rzeczywistość, wtedy będziesz mógł powiedzieć, „Tak, mamy lewą [lewicę] i prawą stronę [prawicę], ale to są po prostu przeciwne strony tego samego obrzydliwego medalu, a ten medal nazywa się kolektywizm”. Jak to się odnosi do współczesnego ruchu Tea Party? Ruch Tea Party wydaje się bardzo autentycznym, spontanicznym ruchem, zapoczątkowanym przez ludzi niezadowolonych zarówno z rządu Busha, jak i z kandydatury Obamy. Nie podobało im się ani jedno ani drugie. Byli to ludzie, którzy rozumieli mniej więcej – choć może nie pod względem intelektualnym czy historycznym – że w obu partiach obecny jest kolektywizm. Na pewno rozumieli, że coś jest nie tak. Nie chcieli, żeby ten stan rzeczy trwał dłużej. A więc ruch Tea Party… Pomyślmy o tym, co to znaczy? Cofamy się do historycznego epizodu, kiedy osadnicy wrzucili skrzynie z herbatą do Zatoki Bostońskiej w ramach protestu przeciw podatkom, ograniczeniu swobód i Ustawie Stemplowej i tak dalej, czyli działaniom Brytyjczyków wymierzonym przeciwko koloniom. Tak więc ruch Tea Party był tak naprawdę buntem przeciwko potężnemu rządowi, niezależnie od tego, z którego obozu się wywodził, czy z Partii Republikańskiej, czy z Partii Demokratycznej. Niedługo trwało, zwłaszcza, kiedy ruch Tea Party zaczął nabierać rozpędu… Miałem zaszczyt dobrze się temu przyjrzeć, ponieważ zostałem zaproszony do uczestnictwa w tych wydarzeniach, które działy się na samym początku. Pamiętam pierwsze wydarzenie, na które poszedłem – było na nim może kilkaset osób, ale wszyscy byli oddani zasadom, które uczyniły ten kraj tak wspaniałym. Nie miały one nic wspólnego z Republikanami ani z Demokratami, ale z filozofią polityczną, ideą ograniczonego rządu i władzy w rękach ludzi, a nie rządu. Tak więc na początku obserwowałem tę niewielką grupę, a potem, w ciągu kolejnych kilku lat, grupa ta rosła i rosła aż wreszcie powstał bardzo duży ruch i już na tym etapie partie polityczne, przywódcy również, ale przede wszystkim partie polityczne, zaczęły mu się bardzo uważnie przyglądać. Politycy powiedzieli, „Zaraz zaraz, to jest coś, co my powinniśmy robić”, ponieważ są ekspertami od aranżowania ruchów i pozwalania ludziom myśleć, że to ich ruch. To był autentyczny, spontaniczny ruch obywatelski, który na początku nie miał nic wspólnego z partiami politycznymi. Przywódcy dwóch głównych partii nie mogli na coś takiego pozwolić, więc dokładnie się temu przyjrzeli i demokraci uznali, że nie odpowiada im natura i slogany ruchu Tea Party i zaczęli go atakować. Starali się zrobić z członków tego ruchu zgraję idiotów, świrów i szajbusów. Republikanie z kolei pomyśleli, „Hmm, to coś, co możemy wykorzystać”. Zaczęli więc wchodzić w ten ruch najlepiej, jak potrafili i próbowali go przejąć. To był ich cel – przekabacić ruch Tea Party na swoją stronę. Dziś ten proces jest w dalszym ciągu w toku. Wciąż trwają bardzo usilne próby przeniesienia ruchu Tea Party na front republikański. Przykro mówić, ale mają w tym pewne sukcesy, w głównej mierze dzięki znanym osobom, które są blisko związane z Partią Republikańską. Mówię oczywiście o kandydatce Sarze Palin, która jest od początku do końca republikanką i świetnie reprezentuje obraz prawej strony, pasuje do niego idealnie, jest doskonałą prawicową kolektywistką z Partii Republikańskiej. Potrafi wygłaszać przemówienia pełne zapału, emocji i treści kierowane przeciwko tym złym lewicowcom, demokratom o ekstremalnych poglądach. Dobrze sobie z tym radzi. Wszystko, co mówi jest prawdą, ale przeciwko złym prawicowcom nie przemawia, ponieważ sama należy do tej grupy. Jej misją nie jest odbudowa podstawowych zasad w Ameryce, ale przywrócenie do władzy Republikanów. To jest jej misja. No i oczywiście mamy ludzi takich jak Glenn Beck, za którym stoi władza w postaci Fox Broadcasting System. Ogromna władza. Beck też zawsze wygłasza pełne zapału, przekonania i treści przemówienia  przeciwko tym złym lewicowym demokratom. Nie ma nic złego w tym, co mówi. Złe jest to, czego nie mówi. Nigdy nie atakuje nikogo z Partii Republikańskiej. Mamy ludzi takich jak Rush Limbaugh, który jest bardzo dobry w ujawnianiu prawdy o demokratach, w odkrywaniu absurdów filozofii lewicowej, ale nigdy nie powie niczego złego o prawicowcu ani o Republikaninie. Tak to właśnie wygląda. Ma się rozumieć, po stronie demokratów dzieje się to samo, jest ten sam zespół, kibice i gracze, którzy pracują razem. Przeciętny wyborca znajduje się w samym środku tego wszystkiego i nie ma najmniejszego pojęcia co się dzieje. Sądzi po prostu, że debata polega na tym, że musi wybrać na kogo będzie głosować, na Republikanów albo na Demokratów. Jak długo wyborcy pozostają w tej roli, są niczym piłeczka tenisowa w czasie meczu. Przerzuca się ich tam i z powrotem przez siatkę, najpierw na prawo, potem z powrotem na lewo i znów na prawo, od Republikanów do Demokratów. Gra trwa bez końca. Chociaż jest możliwe, że któryś gracz wygra, piłeczka tenisowa nigdy nie zwycięży w tej grze. Myślę, że nadszedł czas, żeby ludzie przestali być piłeczkami tenisowymi i całkowicie wycofali się z tej gry.

Istnieją pewne kwestie, o których ludzie po lewej stronie i po prawej stronie w amerykańskiej polityce nigdy nie rozmawiają. Powodem, dla którego o nich nie rozmawiają jest to, że się wzajemnie zgadzają. Demokraci i Republikanie zgadzają się w pewnych kwestiach, więc nie chcą ich poruszać w publicznej debacie, ponieważ to ujawniło by fakt, że obie partie są zasadniczo takie same. Rozmawiają tylko o tych zagadnieniach, co do których się nie zgadzają. Okazuje się, że kwestie, w których się zgadzają, to kwestie najważniejsze. Kwestie, w których się nie zgadzają, mają relatywnie niewielkie znaczenie. Rzeczą, co do której się zgadzają jest na przykład nasza polityka zagraniczna. Obie zgadzają się, że ostatecznym pożądanym celem jest uczynienie ze Stanów Zjednoczonych światowego rządu, nie jakiegokolwiek światowego rządu, lecz światowego rządu opartego na modelu kolektywizmu, innymi słowy wielkiego, potężnego, scentralizowanego światowego rządu. Gdyby miał to być światowy rząd oparty na zasadach wolności – wolności wyboru, wolności kultury, niewielkiej lub zerowej interwencji w życie normalnych istot ludzkich – mogłaby to być wspaniała rzecz, ale nie taki światowy rząd lewa i prawa strona mają na myśli. Mówią o totalnym światowym rządzie, w którym wszystkie najważniejsze decyzje podejmuje rząd, a ludzie na dole żyją zasadniczo w społeczeństwie feudalnym, są służącymi i chłopami. To wysokiej klasy technologiczny feudalizm. Zarówno lewa, jak i prawa strona zgadzają się, że to jest ostateczny cel, więc nigdy nie rozmawiają na ten temat w publicznej debacie. Inną kwestią, co do której się zgadzają jest dominacja systemu bankowego w naszej gospodarce i w dużym stopniu również w naszej polityce. Obie partie są zgodne, że banki pełnią nadrzędną rolę, że banki trzeba chronić, że banki trzeba finansować, że trzeba je ratować z problemów finansowych, że nie można im pozwolić zbankrutować. Kiedy banki udzielają złych kredytów krajom trzeciego świata albo kiedy udzielają złych pożyczek wielkim korporacjom, zarówno Republikanie, jak i Demokraci zgadzają się, że muszą wkroczyć z pieniędzmi podatników – uzyskanymi albo z podatków albo z inflacji – i uratować banki. Obie partie zgadzają się, że należy to robić dając pieniądze wielkim korporacjom i krajom trzeciego świata, żeby mogły nadal płacić bankom raty odsetkowe. Tak więc to są dwie najistotniejsze kwestie, przed którymi stoimy. Okazuje się, że Republikanie i Demokraci zgadzają się co do nich. Jeśli ktoś chce, może dodać trzeci temat, którym jest nasza rola na Bliskim Wschodzie. Obie partie na przemian mówią, że zakończymy tę wojnę na Bliskim Wschodzie, sprowadzimy nasze wojska do domu i tak dalej, ale to tylko retoryka. Przechodzimy od jednej partii do drugiej, a wojna wciąż trwa, wojna się rozwija, finansowanie wojny trwa. Mamy więc trzy główne problemy, być może najważniejsze ze wszystkich, i nie ma debaty między Republikanami a Demokratami w temacie co należy w tych kwestiach zrobić. Może istnieć debata pod względem retoryki i przemówień, ale kiedy przychodzi czas na głosowanie w kongresie, nie istnieje między nimi żaden podział. Już samo to powinno najdobitniej wskazywać jak wygląda dziś rzeczywistość polityczna. Każdy, kto ma otwarte oczy jest w stanie dostrzec ten fakt przyglądając się jedynie tym trzem kwestiom.

Naprawdę uważam, że kiedy Ron Paul ubiegał się o stanowisko prezydenta i ku zdumieniu wszystkich uzyskał tak duże poparcie, pomimo przeszkód, jakie przed nim stawiano i pomimo całkowitego braku zainteresowania ze strony głównych mediów, do tego stopnia, że był praktycznie nieznany wielu ludziom… Nawiasem mówiąc, sądzę, że gdyby media poświęciły mu choć w przybliżeniu tyle samo uwagi, co Republikanom i Demokratom – mam na myśli kandydatów w starym stylu z Partii Republikańskiej i Demokratycznej – prawdopodobnie zostałby prezydentem.

Tak czy inaczej, to był w pewnym sensie fenomen, że ktoś bez poparcia elity władzy, kto mówił tak jasno o wielu kwestiach – o tych właśnie kwestiach, o których my mówiliśmy, czyli o wojnie, gospodarce, ratowaniu banków, o Systemie Rezerwy Federalnej i o kwestii narodowej suwerenności – to są zagadnienia, których Republikanie i Demokraci reprezentujący główny nurt nie chcą poruszać, ponieważ się co do nich zgadzają. Ron Paul nie zgadzał się z tym, co robiły Partia Republikańska i Partia Demokratyczna i mówił o tym. Fakt, że pomimo tego, że był jedynym, który mówił o tych kwestiach, zyskał takie poparcie, przekonuje mnie, że w Amerykanach jest uśpiona moc, uśpiona świadomość, czekająca tylko na obudzenie. Sądzę, że ci, którzy kontrolują system dwupartyjny bardzo się tego boją. Nie chcą, żeby Amerykanie się ocknęli i dlatego tak ciężko dziś pracują, aby nałożyć kontrolę na Internet, ponieważ przekaz Rona Paula był rozpowszechniany przede wszystkim przez Internet, nie przez główne kanały komunikacji. Dziś obserwujemy więc nieustanne starania ze strony polityków reprezentujących dominujący nurt, którzy obmyślają różne sposoby, różne powody, różne preteksty, aby nałożyć kontrolę na Internet. Wymyślili na przykład wprowadzenie licencji, tak że ludzie nie będą mogli nawet założyć bloga bez licencji od rządu. Chcą nałożyć filtry na wyszukiwarki, żeby nie można było wyszukiwać pewnych wyrazów i tak dalej. Myślę, że w ten sposób, podejmując próby takich działań w naszym kraju, w dużym stopniu naśladują to, co już się dzieje na przykład w Chinach. Podziwiają system działający w Chinach. Politycy w Ameryce, choć wypowiadają się z pogardą o zamkniętym społeczeństwie Chin, robią wszystko co mogą, żeby naśladować Chińczyków. Jest to jeden z przejawów rzeczywistości, któremu powinniśmy się przyjrzeć. Co to oznacza dla przyszłości? Uważam, że dopóki Internet pozostaje otwarty i wolny, jego oddziaływanie jest bardzo korzystne, ponieważ w końcu mamy możliwość odcięcia się od mediów głównego nurtu. Ale z drugiej strony myślę, że jeśli rządy na świecie, a w szczególności nasz własny rząd, że jeśli uda im się nałożyć ograniczenia prawne i kontrolę na Internet, to obawiam się, że szanse na ruch jednostki przeciwko elicie władzy będą istotnie bardzo znikome.

Sądzę, że wprowadzenie człowieka do Białego Domu nie jest tak ważne jakby się początkowo zdawało. Właściwie to sądzę, że to jest niemal przeciwskuteczne, ponieważ jak długo skupiamy się na wprowadzeniu człowieka do Białego Domu, istnieje zasadnicze założenie, że to wszystko, co musimy zrobić. Taka jest natura Amerykanów. Chcą szybkich i prostych rozwiązań problemów. Chcą wiedzieć na kogo będziesz głosował. I tyle. To dlatego, że myślą, iż spełniają swój obywatelski obowiązek idąc do głosowania raz na 2 lata i być może poświęcając 20 minut na stawianie znaczków na kawałku papieru. Po wszystkim mogą powiedzieć, „W porządku, spełniłem swój obowiązek, ochroniłem swój kraj”. To nie działa w ten sposób, ponieważ decyzje zapadają zanim pójdziesz do głosowania i napiszesz ołówkiem te znaczki na kartce. Kandydaci już zostali wyselekcjonowani. Pytanie brzmi: kto wybiera kandydatów, na których ludzie głosują? Kto kształtuje kwestie, na które ludzie głosują? Głosowanie nic nie znaczy. Wszystko jest załatwione już przed tym etapem. Dopóki ludzie rozumują w kontekście na kogo będziemy głosować, jakiego człowieka wprowadzimy do Białego Domu, patrzą w złym kierunku, nie zdają sobie sprawy z wymiaru problemu. Nie twierdzę, że nie powinniśmy mieć odpowiedniego człowieka w Białym Domu, to może być bardzo ważne, twierdzę natomiast, że mamy przed sobą znacznie większe zadanie. Ludzie muszą stać się aktywni w polityce, muszą stać się aktywni w swoich społecznościach, muszą rozpowszechniać poglądy i współtworzyć opinię publiczną oraz świadomość dotyczącą najważniejszych zagadnień, tak, aby było możliwe wybranie odpowiedniego człowieka. Ron Paul prawdopodobnie zyskałby większe poparcie, gdyby ludzie lepiej rozumieli jak działa System Rezerwy Federalnej. Kiedy zaczął o tym mówić na początku swojej kampanii, większość ludzi reagowała, „Co? O czym on mówi?” Jednak dzięki Internetowi i za sprawą dystrybucji tak wielu materiałów dotyczących Systemu Rezerwy Federalnej – łącznie z moją książką, która prawdopodobnie odegrała w tym niewielką rolę – pojawiła się znaczna liczba osób, które rozumiały i mówiły, „Chwileczkę, przecież System Rezerwy Federalnej nie jest agencją rządową, to kartel, kartel bankowy, który działa wbrew interesom publicznym”. Kiedy rozległo się wystarczająco dużo takich głosów i ludzie rozumieli o czym mówią, poparcie nagle zaczęło się przesuwać w stronę Rona Paula zamiast się od niego odsuwać. Tak, ludzie nadal mówili, „Nie wiem o co mu chodzi”, jednak coraz więcej ludzi mówiło też, „WIEM o co mu chodzi i trafia w samo sedno”. Jeśli się z tym dotrze do zwykłych ludzi, kiedy wystarczająco dużo osób zacznie mówić, „Tak, on ma rację”, wówczas inni, którzy nic na ten temat nie wiedzą, zaczną słuchać i pytać, „O czym oni mówią?” i sami zaczną się tym interesować. Uważam, że doszliśmy prawie do momentu, w którym szala przechyla się na jedną ze stron, kiedy zwykli ludzie naprawdę rozumieją, że za Systemem Rezerwy Federalnej kryje się oszustwo. Sądzę, że gdyby Ron Paul i inni kandydaci po prostu nadal kładli nacisk tylko na tę kwestię, to właśnie sprawiłoby różnicę, to mogłoby stanowić różnicę między odzyskaniem naszego kraju a niezrobieniem tego.

Wracając do polityków starej daty z Partii Republikańskiej, prawdą jest, że jeśli porównamy to z Obamą…  Obama doszedł do władzy za sprawą pięknej retoryki o zmianie i wywieraniu pozytywnego wpływu, o powrocie Ameryki do korzeni i tak dalej, a ludzie odpowiedzieli na to emocjonalnie. Tak właśnie było, brakowało w tym jakiejkolwiek treści. Ale za to brzmiało dobrze. A ludzie byli źli, byli źli na reżim prezydenta, nie podobała im się administracja  Busha. Czuli złość, więc każdy, kto mówił o zmianie był ich człowiekiem, prawda? Dobrze, a teraz jesteśmy tutaj, zatoczyliśmy następne koło. Ludzie znowu są rozgniewani, ale tym razem na administrację Obamy. A więc ponownie rozgrywa się to samo polityczne oszustwo, ale tym razem po stronie Partii Republikańskiej. Teraz kandydaci z Partii Republikańskiej wygłaszają wspaniałe, emocjonalne, pokrzepiające stwierdzenia o tym, jak to kochają swój kraj, o odbudowie konstytucji, powrocie naszego kraju do korzeni, wprowadzeniu zmian, ograniczeniu władzy rządu i tak dalej. Jeżeli przyjrzymy się temu, kto mówi te rzeczy, to mamy ludzi takich jak na przykład Newt Gingrich. Jeśli spojrzymy na historię jego głosowań, zauważymy, że w całej swojej karierze politycznej głosował przeciwko konstytucji częściej niż za nią. Jest świetnym mówcą, stosuje wszystkie właściwe zwroty i słowa-klucze, ale oto mamy faceta, który mówi o powrocie do konstytucji, podczas gdy sam jest jednym z jej wielkich przeciwników, co pokazuje sposób jego głosowania w kongresie. Doszliśmy do punktu, w którym ludzie muszą przestać słuchać retoryki i zacząć patrzeć na faktyczną historię głosowań tych ludzi. Nie obchodzi mnie czy to Republikanie czy Demokraci, nie o to tu chodzi. Lenin bardzo dobrze to ujął. Napisał, „Słowa to jedno, czyny – drugie”. Mówił swoim zwolennikom, „Powiedzcie im to, co chcą usłyszeć. Nie martwcie się tym, że kłamiecie. Oni chcą słyszeć kłamstwa. Słowa to jedno, powiedzcie im, co chcą usłyszeć, niech was wybiorą, zdobądźcie władzę, a kiedy już będziecie u władzy, wtedy róbcie to, co chcecie. Słowa to jedno, czyny – drugie”. Propagował więc kłamstwo. Wierzcie mi, zawodowi politycy dobrze rozumieją tę taktykę. Nigdy by się z tym nie ujawnili i nie propagowali tej taktyki. Zaprzeczają temu, ale spójrzcie na historię ich głosowań. Nie słuchajcie ich słów, popatrzcie na czyny i wtedy będziecie wiedzieć w jaką grę z nami grają.

Zarówno Republikanie, jak i Demokraci, zarówno lewicowcy, jak i prawicowcy stosują taktykę dyskredytowania swoich przeciwników – i są w niej bardzo dobrzy. Wiedzą, że jeżeli dojdziemy do momentu, w którym toczy się poważna debata dotycząca jakiejś ważnej kwestii, najlepszą rzeczą, jaką można zrobić jest wycofanie się z tej debaty, trzymanie się z dala od tych kwestii, bo w przeciwnym razie przegrają. Zaczynają więc atakować charakter swojego przeciwnika lub jego inteligencję albo zaczynają szukać czegoś w jego przeszłości, co sprawi, że będzie wyglądał na złego człowieka. To się nazywa demonizowanie, demonizują przeciwnika. To stara taktyka, stosowana od bardzo dawna. Tak, widziałem przez lata, jak postępowali z John Birch Society, która jest po prostu organizacją edukacyjną zajmująca się zasadami i rzeczywistymi faktami historycznymi. Udało im się mniej więcej przekonać wszystkich w Ameryce, że członkowie John Birch Society w najlepszym razie są grupą staruszek w tenisówkach, a w najgorszym zgrają nazistów, faszystów, rasistów, a nawet komunistów. Nie miało znaczenia jak ich nazywali, trzeba było po prostu wymyślić dla nich jakąś brzydką nazwę. Jeżeli robisz coś takiego odpowiednio często i w głównych kanałach komunikacji, którym większość ludzi wierzy… więc tę taktykę stosuje się bardzo umiejętnie i sądzę, że powinniśmy być jej świadomi. Powinniśmy również zdawać sobie sprawę z faktu, że ludzie, o których mówimy, to elita władzy. Trudno znaleźć lepsze określenie. Ludzie, którzy naprawdę chcą kontrolować międzynarodowy, kolektywistyczny rząd, nie są głupi. Mają dużo pieniędzy i komitety doradcze, które opracowują dla nich strategie. Jedną ze strategii, którą zawsze stosowali jest kierowanie własną opozycją. Próbują kierować własną opozycją przede wszystkim dlatego, że wiedzą, iż będzie opozycja, więc po co czekać na pojawienie się prawdziwej opozycji, jeśli wiadomo co się wydarzy. Wypuść własnych ludzi i pozwól im udawać, że są twoją opozycją. Wszyscy za nimi pójdą, zwłaszcza jeśli są dobrze opłacani i wygłaszają odpowiednie przemówienia, wypowiadają właściwe słowa, na przykład te sympatyczne przemówienia wyborcze. Jednak tak naprawdę kontrolują ich ci sami ludzie, przeciwko którym występują w swoich przemówieniach. Zetknąłem się z tym, kiedy prowadziłem badanie nad Systemem Rezerwy Federalnej. Zdałem sobie sprawę, że na samym początku ci sami bankowcy, którzy stworzyli ten kartel i opracowali Ustawę o Rezerwie Federalnej – to był ich projekt ustawy – kiedy nadszedł czas, by zyskać dla niej poparcie wśród ludzi, ci sami bankowcy sfinansowali i faktycznie wypuścili własną opozycję. Niektórzy z nich zaczęli wygłaszać przemówienia i udzielać wywiadów gazetom. Mówili, „Och, ten projekt ustawy jest zły, zły dla Ameryki, zaszkodzi naszej gospodarce”. Wiedzieli, że przeciętny człowiek, który będzie to czytał w gazecie, powie, „O mój Boże, dobry Boże, posłuchajcie tego, tym bankowcom nie podoba się Ustawa o Rezerwie Federalnej… hmm, to znaczy, że musi być całkiem dobra”. Grają więc z nami w tę grę. Wiemy, że coś takiego dzieje się i dziś. Na przykład w ruchu Tea Party, jeśli chcą go zdyskredytować, jeśli nie potrafią tego kontrolować, powiedzmy, że jeśli jedna z partii nie potrafi tego kontrolować, będzie musiała to zdyskredytować, a więc właśnie to zrobi i sądzę, że już tego próbowała – że próbowała wysłać do ruchu Tea Party prawdziwych szajbusów albo ludzi, którzy udają szajbusów. Jeżeli są prawdziwymi szajbusami, już oni dopilnują, żeby zostali sprowadzeni do ruchu Tea Party. I za każdym razem, kiedy pojawia się ekipa telewizyjna z kamerami i robi zdjęcia, czy robi te zdjęcia 10.000 Amerykanów z klasy średniej, którzy wiedzą o czym mówią, czy wybiera dwóch lub trzech szajbusów w kapeluszach z folii aluminiowej? Albo facetów ze swastyką na ramieniu i tak dalej? To na tym się skupiają. Uważam, że niektórzy z tych ludzi są tam wysyłani celowo tylko po to, żeby demonizować i dyskredytować ten ruch. Większości Amerykanów trudno w to uwierzyć, ponieważ nie zdają sobie sprawy, że polityka to naprawdę twarda gra. Nie uświadamiają sobie, że uczestniczą w niej zawodowcy.

Jest kwestią prawdy historycznej, że grupa ludzi, których niekiedy nazywamy kapitalistami, wielkie, niesamowicie bogate rodziny – Rotschildowie, Rockefellerowie – stojący na czele wielkich amerykańskich korporacji, jak AT&T, Ford Motor Company i tak dalej, że ludzie myślą o nich jako o wielkich kapitalistach. To historyczny fakt, że wielu spośród tych ludzi zapewniło niezbędne środki finansowe, które umożliwiły dojście do władzy takich reżimów jak reżim Hitlera, w znacznym stopniu finansowany przez amerykańskich i brytyjskich finansistów. Podobnie w komunistycznej Rosji, grupa zwolenników Lenina była mocno finansowana przez amerykańskich i londyńskich bankowców. Kusi, by powiedzieć, „Cóż, oni stworzyli własną opozycję” i uważam, że to po części prawda, choć nie posuwałbym się aż tak daleko. Moim zdaniem ci ludzie rozglądają się, by ustalić jaki rodzaj rodzimej opozycji istnieje i jaki rodzaj rodzimych grup się rozwija, jakie powstają ruchy, które oni naprawdę chcieliby kontrolować. Być może niekoniecznie je tworzą, ale obserwują, które z nich wysuwają się na pierwszy plan i do tych właśnie wkraczają. I jeśli ktoś ma wystarczająco dużo pieniędzy – miliony dolarów – nie jest mu szczególnie trudno uzyskać wpływ na prawie każdą nową grupę, która walczy z opozycją i szuka pieniędzy. Grają zatem w tę grę, grali w nią zarówno w Związku Radzieckim, jak i w nazistowskich Niemczech. Sądzę, że robią to samo w Ameryce. Myślę, że jest to jedna z rzeczy, które teraz dzieją się z ruchem Tea Party. Nie sądzę, że to oni go stworzyli, ale postrzegają go jako ruch, który ma potencjał, by stać się potężną siłą, a więc poświęcają mu największą uwagę i wydają mnóstwo pieniędzy, aby sprawdzić, czy mogliby go wykorzystać dla własnych celów.

Inną taktyką jest to, że opozycja wie, iż Amerykanie i w ogóle ludzie na całym świecie z chęcią oddaliby swoją wolność i swoje wygody, jeśli w ich umyśle byłoby to sposobem zapewnienia sobie bezpieczeństwa i ochrony przed jakiegoś rodzaju zagrożeniem, które napawa ich strachem. Z tego powodu reżimy, które walczą o to, by utrzymać lojalność podlegających im ludzi, są bardzo niebezpiecznymi reżimami. Instynktownie wiedzą, że muszą iść na wojnę. Wiedzą, że w czasie wojny ludzie bez względu na wszystko gromadzą się przy swoich przywódcach, ponieważ trwa wojna. Jeżeli przegramy wojnę, zostaniemy najechani, zostaniemy podbici przez jakieś wroga, którego się obawiamy. Na przestrzeni historii słabe rządy traciły wpływ na własnych poddanych, tradycyjnie wszczynały wojny lub operacje pod fałszywą flagą przeciwko sobie samym. Nadal tworzą własnych wrogów, chcą być ofiarą, aby móc zgrupować za sobą swoich obywateli, a każdy, kto wciąż chce krytykować przywódców tych rządów otrzymuje piętno nie-patrioty lub nawet zdrajcy. A więc to jest stara sztuczka, wielokrotnie stosowana na przestrzeni wieków. Pisał o niej Machiavelli, który stwierdził, że w każdym momencie w historii widać przykłady jej użycia. Czy obecnie wykorzystuje się ją w Ameryce? Jak najbardziej. Przykro mi to mówić, ale tak.

Interesujące dla mnie jest to jak organizacje, których nazwa brzmi tak niewinnie jak w przypadku fundacji zwolnionych z opodatkowania, mogą mieć tak ogromny wpływ na politykę państwa, a także politykę zagraniczną i gospodarczą. Ogólne wrażenie, jakie sprawiają wielkie organizacje jak Fundacja Rockefeller czy Fundacja Forda, te wielkie megality zwolnione z opodatkowania, jest takie, że spełniają dobre uczynki. Podobno zajmują się jakiegoś rodzaju działalnością charytatywną, projektami edukacyjnymi. O rany, jaka jest różnica między tym wyobrażeniem a rzeczywistością, kiedy przypatrzymy się niektórym z nich. Wydają wiele, jeśli nie większość swoich pieniędzy na promowanie określonych projektów, które można wprawdzie opisywać jako filantropijne, ale w rzeczywistości są bardzo polityczne w swej naturze. Na myśl przychodzi w szczególności Fundacja Forda, ponieważ mimo że wydaje miliony, setki milionów dolarów przypuszczalnie na to, by polepszyć sytuację społeczną i ekonomiczną mniejszości, pieniądze te prawie zawsze trafiają do bardzo radykalnych mniejszości, które już nawet nie są mniejszościami, ale radykalnymi grupami forsującymi polityczne zmiany i niesłychanie destrukcyjne ruchy w Stanach Zjednoczonych. Wszystkie radykalne ruchy latynoskie – nie tylko latynoskie, ale w ogóle ruchy radykalne w rodzaju „obalić Stany Zjednoczone” albo „odetnijmy podatki i zwróćmy je Meksykowi” – one wszystkie są finansowane przez Fundację Forda z pieniędzy zwolnionych z opodatkowania. To trwa od dziesięcioleci. Ostatecznie trzeba dojść do wniosku, że dyrektorzy Fundacji Forda wiedzą dokładnie co robią, nie popełniają błędu, a na pewno nie popełniają tego samego błędu przez dekady. Wiedzą dokładnie co robią. Próbują podzielić Amerykę, próbują osłabić Amerykę, próbują ściągnąć Amerykę w dół, żeby przestała być światowym mocarstwem, żeby się chwiała i klęczała i dała się wygodnie połączyć ze wszystkimi pozostałymi krajami na świecie i żeby była skłonna zrezygnować ze swojej kultury, wolności, systemu sądowniczego i systemu ekonomicznego, a wszystko po to, by można ją było uratować przed jakiegoś rodzaju wewnętrznym chaosem, rewolucją, głodem i tak dalej. Inaczej mówiąc, ci ludzie celowo próbują osłabić Amerykę. Wszystko to dzieje się – nie wszystko, większość – większość z tych rzeczy dzieje się dzięki pomocy fundacji zwolnionych z opodatkowania. Co za piękna przykrywka dla czegoś, co dzieje się już od tak dawna.

Z pewnością nastąpiła zmiana w funkcjonowaniu amerykańskiego rządu. Na początku rząd posiadał określony system hamulców i równowagi, zgodnie z którym władza wykonawcza, sądownicza i ustawodawcza miały być bezwzględnie równe, żeby mogły się nawzajem kontrolować. Na przestrzeni lat nastąpiła zmiana, której początki sięgają Pierwszej Wojny Światowej, kiedy zdarzył się wielki kryzys, przed którym musieliśmy się bronić, kiedy zagrażali nam zagraniczni wrogowie. Od tego czasu wraz z każdym kolejnym kryzysem mieliśmy coraz silniejszy bodziec do tego, by zmienić formę naszego rządu po to, aby w założeniu zwiększyło się nasze bezpieczeństwo. A zatem stopniowo odchodziliśmy od systemu hamulców i równowagi. Proces ten wzmocniły decyzje Sądu Najwyższego, nowe przepisy prawa oraz media, a w głównej mierze apatia Amerykanów, jeśli nie ich totalna ignorancja w kwestii tego, jak powinno być, ponieważ nie uczą już o tym w szkołach. A więc stało się. Niezależnie od tego jak to się stało, faktem jest, że się stało. Obecnie więc nie ma już systemu hamulców i równowagi między trzema rodzajami władzy. Według realistycznej oceny mamy dyktaturę, demokratyczną dyktaturę, a większość władzy leży w rękach prezydenta Stanów Zjednoczonych. Pierwotnie prezydent miał pełnić taką rolę, jak prezes jakiejkolwiek korporacji, miał przyjmować polecenia od zarządu. Nie określał polityki, a już na pewno nie najważniejszej polityki. Być może miał coś do powiedzenia w pomniejszych kwestiach, jednak kluczowe decyzje podejmował zarząd, czyli kongres. Praca prezydenta polegała po prostu na wprowadzaniu w życie tej polityki. Tak kiedyś było w Ameryce, prezydent był relatywnie nieważną postacią. Był wybierany przez stany i jego zadaniem było wdrażanie polityki ukształtowanej przez kongres. Dziś już tak nie jest. Dziś prezydent jest zasadniczo tym samym, co król. Nie nazywamy go królem, nie mówimy „wasza wysokość”, tylko „panie prezydencie”, ale prezydent posiada niemal nieograniczoną władzę, taką samą, jak każdy wielki władca w historii. Kongres natomiast, choć wciąż o nim myślimy jako o ważnym organie, na dobrą sprawę wycofał się i pozwala prezydentowi robić co tylko chce. Kongres teoretycznie posiada władzę portfela, ponieważ może głosować w kwestii pieniędzy na finansowanie projektów prezydenta, ale i to obeszli, ponieważ teraz prezydent – nie tylko prezydent, ale na drodze całego tego procesu wypracowano sposoby i środki, dzięki którym w porozumieniu z Systemem Rezerwy Federalnej może ustanowić finansowanie bez  udziału kongresu. Dzisiaj zatem prezydent ma specjalne fundusze na to i specjalne fundusze na tamto i specjalne fundusze na jeszcze coś innego. Prezydent może ot tak sobie ustanowić każdy rodzaj finansowania, a kongres nie ma nic do powiedzenia. Dochodzimy więc do smutnego wniosku, że Stany Zjednoczone nie są już tym krajem, którym były. Pytanie brzmi co z tym zrobimy. Dawne metody, jak pisanie listu do swojego kongresmena już nie działają. Czas na fundamentalną zmianę, ale ona nie nastąpi dopóki więcej Amerykanów w pierwszej kolejności nie zda sobie sprawy z rzeczywistości, z tego, w jakiej sytuacji obecnie się znajdują. Oni wciąż żyją w świecie marzeń, wciąż czytają podręczniki do historii, patrzą na rysunki przedstawiające George’a Washingtona w białych skarpetach i tak dalej i na rysunki przedstawiające podpisywanie Deklaracji Niepodległości i myślą, że nadal tak jest. Już tak nie jest, kochani. Zatem ludzie żyją w tym świecie marzeń. Pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie w jakiej rzeczywistości żyjemy, w jakiego rodzaju systemie żyjemy, a dopiero kolejnym określenie jaki rodzaj systemu chcemy odbudować. Według mnie powrót do ideałów z naszej pierwotnej Konstytucji to wielki krok naprzód, nie wstecz. Od czasu Pierwszej Wojny Światowej cofamy się w kierunku monarchii. Musimy iść naprzód do przeszłości, jeśli mogę tak to sformułować. Ale nic się nie stanie dopóki duża liczba Amerykanów nie zrozumie, że to się musi stać. Czy to jest spojrzenie pesymistyczne czy optymistyczne? Sądzę, że optymistyczne w dłuższej perspektywie i pesymistyczne w krótszej, ponieważ nic takiego nie zdarzy się powiedzmy do listopada, nie zdarzy się podczas najbliższych wyborów. Amerykanie zawsze skupiają się na tym, jak mogą do czegoś doprowadzić szybko, żeby móc wrócić do przerwanej gry w golfa. Nie chcą poświęcać tym sprawom zbyt wiele czasu. „Będę aktywny może przez kilka miesięcy, oddam głos na kandydata czy coś, ale proszę nie przeciągajcie tego, bo jestem zbyt zajęty”. Chcą wiedzieć w jaki sposób możemy odwrócić sytuację do następnych wyborów. Nie da się tego zrobić do następnych wyborów, ale to jest możliwe i to jest właśnie optymistyczna część. Uważam, że jeśli mamy realistyczne spojrzenie na procesy zachodzące w polityce, rozumiemy, że czasami potrzeba pokolenia lub dwóch, aby mogły zajść naprawdę ważne zmiany. Jeżeli to zrozumiemy i uświadomimy sobie naszą rolę w doprowadzeniu do tych zmian, wtedy wieczorem kładąc się spać będziemy mogli powiedzieć, „O rety, naprawdę coś z tym robię, mam wpływ na rzeczywistość i zmiana naprawdę nastąpi”.

Nie wiem w którym momencie organy administracyjne rządu zyskały całkowitą dominację. Wiem jedynie, że zmiana następowała stopniowo i że za każdym razem był to gwałtowny ruch. Ilekroć mamy kryzys, ilekroć jest wojna, atak terrorystyczny albo kryzys bankowy,  niezależnie od tego, jakiego rodzaju jest to kryzys, pęd w kierunku totalitaryzmu zwiększa się, a potem zwalnia aż do następnego kryzysu. Nie wiem czy potrafię powiedzieć w którym momencie to się stało, ale mogę powiedzieć, że się stało i dzieje się również obecnie.

Tak, widziałem klip, w którym Hillary Clinton mówi… Powiedziała chyba, że dobrze jest być tak blisko głównej siedziby Council on Foreign Relations, ponieważ nie musiała sięgać zbyt daleko, żeby się dowiedzieć co myśleć i jak postępować w odniesieniu do konkretnych kwestii czy coś w tym sensie. Jestem pewien, że zawstydziło ją to stwierdzenie i prawdopodobnie wydała coś w rodzaju sprostowania, że nie do końca to miała na myśli. Ja jednak sądzę, że powiedziała dokładnie to, co chciała powiedzieć. Większość ludzi działających w polityce wie, że Council on Foreign Relations to centrum życia politycznego. To tam znajduje się cała władza. Nie masz zielonego światła w polityce, jeśli włącznik nie jest włączony w siedzibie Council on Foreign Relation. Z tego powodu wszyscy główni kandydaci na stanowisko prezydenta pojawiają się na konferencjach CFR. W Internecie można co jakiś czas obejrzeć klipy z nimi. Wygłaszają przemówienia raz przed dużą widownią, innym razem przed małymi grupami, ale jest dla mnie jasne, że sprowadza się ich na te konferencje i traktuje w bardzo miły sposób, a następnie członkowie CFR zadają im pytania, żeby sprawdzić w jaki sposób myślą, jak by się zachowali w konkretnych okolicznościach i jaki jest ich pogląd na tę czy inną kwestię. Jeżeli ich odpowiedzi są możliwe do zaakceptowania, dostają zielone światło. Council mówi, „W porządku, to jest człowiek, któremu możemy zaufać, którego możemy poprzeć”. Jeśli udzielą niewłaściwych odpowiedzi, nie sądzę, żeby kiedykolwiek otrzymali jakikolwiek rodzaj zielonego światła. Nawet ludzie tacy jak Hilary Clinton wiedzą… Hillary Clinton piastuje wysokie stanowisko,  jest jednym z najbardziej wpływowych polityków, ale w porównaniu z Council on Foreign Relations jest tylko pionkiem i wie, że musi zyskać aprobatę CFR.

Uważam, że ludzie, którzy monitorują scenę polityczną z pewnością zwrócili uwagę na rosnącą świadomość Amerykanów. Pytanie jednak brzmi czy się tym martwią. Nie sądzę, ponieważ wiemy, że myśleli o tym na długo przed tym zanim do tego doszło. Ci ludzie nie są głupi. Wiedzieli, że będzie istnieć opozycja wobec ich planów, kiedy będą się zbliżać do końca gry. Wiedzą, że kiedy ludzie zaczynają tracić wolność gospodarczą i że kiedy spada na nich jeden kryzys za drugim, opozycja się pojawi, a więc zaplanowali to dawno temu i sądzę, że to, czego tu jesteśmy świadkami… Chyba Alex Jones nazwał to ”końcem gry”. Zbliżają się do końca gry i mają na tę okoliczność plan. Ten plan to wprowadzenie stanu wojennego. Kiedy ludzie czują gniew, wychodzą na ulicę i demonstrują, a w końcu stają się nieposłuszni, w końcu uciekają się do przemocy, w końcu zaczynają tłuc szyby, w końcu ktoś zostaje ranny, w końcu ktoś traci życie, w końcu zostaje wprowadzony stan wojenny i to jest właśnie to, o co im naprawdę chodzi, chcą pretekstu dla wprowadzenia stanu wojennego. Wszystkie systemy kolektywistyczne w końcu degenerują się w państwo policyjne, ponieważ to jedyny sposób, w jaki można ten system utrzymać w całości. A zatem czy martwią się, że świadomość ludzi się zwiększa? Sądzę, że nie, ponieważ uwzględnili to w swoich planach. Ujmijmy to w ten sposób: z całą pewnością nie są tym zaskoczeni.

Ruch w kierunku światowego rządu kolektywistycznego trwa już od pewnego czasu. Nie sposób określić jego absolutne źródło, ale z pewnością pisano o nim na przełomie XIX i XX wieku. W tamtym czasie w różnych częściach świata powstawały grupy i organizacje, dla których kolektywistyczny rząd był celem. Jedną z najbardziej interesujących grup była grupa utworzona przez Cecila Rhodesa. Powstała po śmierci Rhodesa na mocy jego testamentu. Jego ogromną fortunę przeznaczono na utworzenie tajnego stowarzyszenia – bo tym właśnie była ta grupa, Rhodes zastrzegł, że musi pozostać tajnym stowarzyszeniem. Wszystkie jego pieniądze poszły na ten cel. To z tajnego stowarzyszenia Rhodesa powstała Council on Foreign Relations. Istniały też inne podobne organizacje na brytyjskich terytoriach zależnych. Wszystkie one miały za swój cel utworzenie ujednoliconego światowego rządu opartego na modelu kolektywistycznym. A zatem ten ruch polityczny i intelektualny ma ponad stuletnią historię. Z całą pewnością zyskał znaczenie w miarę, jak Pierwsza Wojna Światowa nabierała rozpędu i wreszcie w czasie Drugiej Wojny Światowej. Wszyscy najważniejsi gracze na światowej scenie mówili o globalnym rządzie. Próbowali utworzyć Ligę Narodów, ale się nie udało. Wreszcie utworzyli Organizację Narodów Zjednoczonych, która przetrwała, więc teraz starają się po prostu pompować w ONZ konstrukcję globalnego rządu, który zawsze sobie wyobrażali. To jest przedsięwzięcie wykraczające poza jedno pokolenie, przedsięwzięcie trans-pokoleniowe, innymi słowy to nie jest wizja tylko jednej osoby. Ludzie, którzy je zapoczątkowali dawno już nie żyją, ale ich spadkobiercy kontynuują realizację tego marzenia. Jestem pewien, że oni postrzegają to jako wspaniałą rzecz, jako koniec narodów, jak to zostało historycznie zdefiniowane. Postrzegają to jako coś korzystnego, ponieważ twierdzą, że to położy kres wojnie. Mogą sprzedać ten pomysł jako wielki krok w kierunku braterstwa, ujednoliconego, globalnego… używają tych wszystkich słów, żeby to dobrze brzmiało. Ale kiedy zaczniemy badać rzeczywistą taktykę, którą oni stosują, to już nie jest tak różowo. Ich działania opierają się na zasadzie kolektywizmu, o którym już kilkakrotnie wspomniałem, a to oznacza, że rząd ma pełnię władzy, że jest to despotyczny rząd, ten sam rodzaj systemu, o którym myślał Adolf Hitler, a przecież prowadziliśmy wojnę, by zniszczyć jego i jego system, ten sam rodzaj systemu, o którym myślał Józef Stalin, a prowadziliśmy zimną wojnę i robiliśmy wiele innych rzeczy, by dopilnować, że nic takiego się nie zdarzy, ten sam rodzaj systemu, o którym myślał Mao Zedong, a także Benito Mussolini. Wszyscy potężni kolektywiści w historii mieli za swój cel ujednolicony, światowy rząd oparty na modelu kolektywizmu, a my, choć do niedawna walczyliśmy z takimi zapędami, teraz sami jesteśmy największymi zwolennikami kolektywizmu. Nie nazywamy tego tyranią, nie nazywamy tego faszyzmem, nazizmem, komunizmem – mamy na to lepszą nazwę. Nazwa, którą wybrali kolektywiści to „nowy porządek świata”. To ich ulubione określenie. Ale kiedy zbadamy naturę i istotę tego „nowego porządku świata”, okaże się, że jest to system kolektywistyczny, czyli potężny rząd i mali ludzie na dole, spełniający rozkazy. To jest koncepcja podlegająca ewolucji od ponad stu lat. Wygląda na to, że teraz zaczyna być widoczna. Widzimy, jak narody Europy połączyły się w Unię Europejską. Na dobrą sprawę wszystkie te państwa utraciły swoją suwerenność na rzecz Unii Europejskiej. Zawsze mówiono, że to krok w kierunku prawdziwego światowego rządu, że jest nim w pierwszej kolejności zjednoczenie małych rządów na świecie w regionalne grupy, takie jak Unia Europejska. Istnieje taki zamysł w stosunku do Azji i Afryki, a teraz mówi się o realizacji tej samej koncepcji na kontynencie północnoamerykańskim. Unia Północnoamerykańska, bo taką nazwę wymyślono, miałaby być połączeniem Stanów Zjednoczonych, Meksyku i Kanady. Zwolennicy tego procesu zaprzeczają, jakoby był w toku, ale z całą pewnością jest i to od ponad dekady. Jeśli się zbada niektóre przepisy prawne i decyzje administracyjne ustanawiane i podejmowane przez rząd federalny na wszystkich poziomach, widać, że oni często używają wyrazu „harmonizacja”, co oznacza, że zharmonizują lub spróbują zharmonizować nasze przepisy prawne z przepisami prawnymi Kanady i Meksyku, także ten proces już na dobre trwa. Widzimy, jak euro zastępuje waluty narodowe w Europie. Jedna, regionalna waluta. Teraz mówią o tym samym tutaj w Stanach Zjednoczonych. Pozbądźmy się amerykańskiego dolara, pozbądźmy się meksykańskiego peso, pozbądźmy się kanadyjskiego dolara i stwórzmy nową walutę dla tych trzech państw, która prawdopodobnie będzie się nazywać amero. To nazwa, którą zdają się obecnie forsować. Ta konstrukcja światowego rządu opartego na modelu kolektywizmu jest budowana systematycznie krok po kroku. Codziennie można zajrzeć do gazety i znaleźć dowód, że dodano kolejną cegłę, kolejną belkę i że proces ten trwa i trwa bez końca. Czy to jest dobry czy zły proces? Czy to jest nieunikniony proces? Po pierwsze nie sądzę, że jest nieunikniony, ponieważ muszą go przeprowadzić ludzie i ci ludzie muszą chcieć go przeprowadzić albo nie chcieć go przeprowadzić. Jest zaawansowany, ponieważ ludzie u władzy, ludzie, których my wybieramy, ludzie, którzy stoją na czele naszego własnego rządu, ludzie, którzy stoją na czele rządów tych pozostałych krajów, wszyscy ci ludzie na szczycie opowiadają się za tym procesem. Dlatego właśnie to się dzieje. Na poziomie wyborcy, nie sądzę, żeby większość ludzi w ogóle wiedziała, że to się dzieje. Ale gdyby wiedzieli, prawdopodobnie powiedzieliby, „Nie uważam, że to dobry pomysł”. A zatem trudność zawsze polega na tym, jak to przeprowadzić zanim będzie za późno w taki sposób, żeby Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi czy Niemcy, a teraz Meksykanie czy Kanadyjczycy za bardzo się tym nie przejęli. Taka zawsze była stosowana przez nich strategia. To oznacza, że muszą zaprzeczać, że to się dzieje i prowadzić dalej tę politykę za zamkniętymi drzwiami. Nie poddają tych kwestii pod głosowanie w kongresie. Realizują ten proces na drodze administracyjnej, nie zaś ustawodawczej. Stosują te wszystkie strategie i taktyki. Czy to jest dobra rzecz czy zła rzecz? Według mnie to bardzo zła rzecz, ponieważ uważam, że kolektywizm jest cmentarzem cywilizacji, a z pewnością cmentarzem wolności. Jeśli się o tym pomyśli, w żadnym kolektywistycznym systemie na świecie wolność nigdy nie miała się dobrze. Ludzie, którzy nie zgadzali się ze swoimi przywódcami, zawsze kończyli w gułagu czy w jakimś innego rodzaju obozie koncentracyjnym. Sądzę, że należy zrozumieć te wszystkie czynniki po to, abyśmy mogli opracować inteligentny plan co zrobić w tej sytuacji, ponieważ nasze rozważania są czysto akademickie, dopóki nie opracujemy planu działania. Pierwszym krokiem do tego, by wiedzieć co zrobić w tej sytuacji jest wiedzieć czego nie robić. Rozumiem przez to, że nie należy ulegać paradygmatowi lewica-prawica, bo choć zarówno prawe skrzydło, jak i lewe skrzydło obrały sobie za cel kolektywistyczny rząd, to wzajemnie się zwalczają. Jeżeli wpadniemy w tę pułapkę, nie będziemy robić nic innego jak tylko walczyć raz z lewicowcami, a raz z prawicowcami – nie ma żadnej różnicy, ponieważ niezależnie od tego, po której jesteś stronie w tej bitwie, i tak forsujesz strategię globalistycznego rządu. A zatem w pierwszej kolejności trzeba uważać, żeby nie wpaść w pułapkę paradygmatu lewica-prawica. Drugą rzeczą jest wiedzieć czego się chce. Nie wystarczy wiedzieć czego się nie chce. Oczywiście, że nie chcemy tyranii, oczywiście, ale czego chcemy? Cóż, przeciętny zjadacz chleba powie po prostu, że chce być wolny. Ale kiedy zapytasz tę osobę czym jest wolność… To dobre pytanie, prawda? Co to jest wolność? Wiele osób sądzi, że wolność to po prostu nieprzebywanie w więzieniu. To jest ich definicja. Nie siedzisz w więzieniu, jesteś wolny. Nie ma dla nich żadnego znaczenia, że nie wolno ci żyć tam, gdzie chcesz żyć, zatrudniać tego, kogo chcesz zatrudnić, podróżować tam, dokąd chcesz podróżować, wydawać swoich pieniędzy tak jak chcesz je wydawać, pisać to co chcesz napisać, wejść w Internet i powiedzieć to co chcesz powiedzieć – uważają, że to nieważne dopóki nie siedzisz w więzieniu. To właśnie nazywają wolnością. Nie sądzę, by wolność według tej definicji warta była tego, by o nią walczyć. Musimy zatem wiedzieć, czego chcemy, czym jest wolność. Z tego powodu utworzyliśmy Freedom Force International, jako próbę zdefiniowania wolności. I zdefiniowaliśmy ją, posiadamy credo wolności, które naszym zdaniem stanowi bardzo pozytywne ujęcie tego czym ona jest. Mamy też przykazania wolności, rzeczy, których nie wolno robić. To bardzo proste rzeczy, ale wszystkie wielkie ruchy w historii zaczęły się od prostych koncepcji. Obecnie ruch wolnościowy w Ameryce i na całym świecie bardzo potrzebuje prostych koncepcji, prostych zasad, jakichś ideałów, w które można wierzyć. Stare porzekadło mówi, że jeśli w nic nie wierzysz, ulegniesz byle czemu. Jest w tym wielka prawda. A zatem pierwszym krokiem do zatrzymania tego pędu w kierunku globalnego, kolektywistycznego, despotycznego rządu jest wiedzieć w co wierzymy i czym jest wolność, umieć określić wolność, być w stanie jej bronić, odpierać twierdzenia kolektywistów, że ten system jest lepszy od tamtego z tego lub innego powodu. I wreszcie na końcu pojawia się pytanie kto to zrobi. Łatwo jest stracić nadzieję, zniechęcić się i powiedzieć, „Nikogo to nie obchodzi. Mój sąsiad kosi trawę. To dobry facet, gadamy o baseballu, pogodzie i o najnowszych filmach, ale on nie chce rozmawiać o polityce, gospodarka też go nie obchodzi. Nie chce nic wiedzieć na ten temat, a już na pewno nie chce brać żadnego rodzaju osobistej odpowiedzialności za monitorowanie i zmianę obecnego systemu”. Jak zatem zatrzymać ten wielki pęd w kierunku globalnego rządu, którym kierują potężni ludzie będący u steru władzy, jeśli nikt na ulicy o to nie dba? Odpowiedź jest następująca: wszystkie ruchy w historii determinowało zawsze mniej niż 3 procent populacji. Nie potrzebujesz wszystkich. Zresztą to niemożliwe. Coś takiego nigdy się nie zdarzy. Nie zdarzyło się wcześniej, nie zdarzy się teraz i na pewno nie zdarzy się w przyszłości. Przełomowych zmian dokonuje zawsze 3 procent społeczeństwa lub nawet mniej. Jeśli jesteś w stanie dotrzeć do 3 procent ludzi, których to naprawdę obchodzi i którzy naprawdę mają odpowiednie predyspozycje, są skłonni do poświęceń i oddani stojącemu przed nim zadaniu, to zmiana może się dokonać, a twój sąsiad będzie dalej pchał kosiarkę w tę stronę, w którą zmierza system. Zawsze tak było. A zatem nie musi nas zniechęcać fakt, że nie każdy się tym interesuje. Naszym zadaniem jest znaleźć ten jeden, dwa lub trzy procent ludzi, których to naprawdę obchodzi, podzielić się z nimi naszym przekazem, połączyć z nimi siły, a następnie zdobyć władzę. Zdobycie władzy oznacza, że musimy dostać się do polityki, odzyskać ośrodki medialne. Musimy przekazać tę informację. Musimy sprawić, aby nasz głos było słychać w wielkich ośrodkach władzy w społeczeństwie, w partiach politycznych, związkach zawodowych, organizacjach kościelnych, ośrodkach medialnych i tak dalej. To tam my – te 3 procent lub mniej – musimy wziąć się do roboty, to tam musimy stoczyć bitwę, to tam musimy ugodzić wroga i to tam odzyskamy wszystkie poszczególne kraje świata.

Istnieje fałszywa rywalizacja między lewicą a prawicą. Na ringu wrestlingowym stoi zawodnik w czarnej masce, a za chwilę wchodzi facet w niebieskiej pelerynce i zaczynają ten wielki zabawny mecz. To wspaniałe widowisko. Są kibice i komentatorzy po lewej i prawej stronie. Widowni podoba się ten mecz, oglądanie go sprawia im przyjemność. To ekscytujące, prawda? Zawodnicy wyrzucają się nawzajem z ringu, biją się, są raz na górze, raz na dole, wydaje się, że jeden z nich wygrywa, ale za chwilę okazuje się, że przegrywa. Cóż, ten mecz przegrał, ale wraca za tydzień, a więc nie przegapcie kolejnego meczu. Wraca legenda ringu, wszystko się kończy. Tak właśnie wygląda amerykańska polityka. Obaj zawodowi zapaśnicy trochę się pobiją w trakcie meczu, a potem spotkają się w szatni, poklepią się po plecach, pójdą razem na piwo i powiedzą, „To było całkiem niezłe przedstawienie, co zrobimy w przyszłym tygodniu?” To jest amerykańska polityka. Zarówno po lewej, jak i po prawej stronie mamy kibiców, spikerów programów informacyjnych, gospodarzy talk-show i to oni kształtują debatę. Nie pozwalają Amerykanom dyskutować o naprawdę istotnych kwestiach. Nie pozwalają im nawet pomyśleć o naprawdę istotnych kwestiach, czyli o tym czy zachowamy amerykańską suwerenność i czy pozwolimy, aby System Rezerwy Federalnej, który jest kartelem bankowym, nadal kierował naszym rządem. Nie pozwalają nam rozmawiać na te tematy. Dopóki polegamy na zabawnych zapaśnikach i sowicie opłacanych komentatorach w mediach, którzy zatrzymują naszą uwagę na drugorzędnych kwestiach, nigdy nie wydostaniemy się z tego bagna. Pierwszą rzeczą jest więc rozpoznać problem, sprawdzić kto jest opozycją, a potem odejść od tych ludzi.

Sądzę, że przedstawienie w wykonaniu Glenna Becka jest bardzo interesujące. Facet odwala kawał dobrej roboty. Ja osobiście mam mały problem z jego osobowością telewizyjną, do mnie on zbytnio nie przemawia, jednak wiele osób takiego problemu nie ma, ponieważ on wydaje się tak szczery, tak emocjonalny i wydaje się takim patriotą i kocha swój kraj i tak dalej. To się bardzo dobrze sprzedaje. Czy ja kwestionuję jego szczerość? Tak, bo wiem, że to jest show i wiem, że jeśli rzeczywiście byłby tak bardzo zaniepokojony losem Ameryki i jeśli byłby tak wielkim patriotą, za jakiego się podaje, ujawniałby przestępcze działania po prawej stronie tak samo, jak po lewej. Wtedy wiedziałbym, że jest szczery. Ale ponieważ jest tak dobrze zdefiniowany dokładnie po środku, atakuje tylko tych po lewej stronie, a złe uczynki polityków prawicowych puszcza płazem. Stąd wiem, że to jest zabawny mecz wrestlingowy.

Musimy uświadomić sobie, że Fox News Network stanowi część imperium Ruperta Murdocha, podobnie jak wiele innych wielkich ośrodków medialnych, jak ABC, CBS, NBC – one wszystkie znajdują się w rękach członków Council on Foreign Relations i samego Murdocha jako członka Council on Foreign Relations. Co nam to mówi? To mianowicie, że istnieje ukryty plan, że ci ludzie mają ukryty plan i się tym chełpią. Nietrudno odkryć jaki to plan. Jest nim światowy rząd. Ich plan to utworzenie światowego rządu opartego na modelu kolektywizmu. Wiemy, że Murdoch nie zezwoliłby na istnienie spójnego programu czy ruchu wewnątrz swojego kanału w sieci, jeśli ów program czy ruch – przynajmniej w jego przekonaniu – nie służyłby forsowaniu tego planu. Wiemy zatem, że to fałszywa gra. Jak to wszystko składa się w całość? Mamy Fox Network, który reprezentuje prawe skrzydło paradygmatu lewica-prawica i mamy inne grupy po drugiej stronie, których nie będę wymieniał, ponieważ jest ich bardzo dużo, w każdym razie grupy reprezentujące lewe skrzydło tego paradygmatu. W zależności od tego kogo słuchasz, który kanał oglądasz, doświadczasz  efektu pomponiary. Po prawej stronie są dobrzy ludzie, a wszyscy po lewej są źli lub odwrotnie, wszyscy po lewej są dobrzy, a wszyscy po prawej źli. To nie przypadek, że Fox Network pełni rolę pomponiary wszystkiego co jest po prawej stronie, czyli przynajmniej w tej chwili Partii Republikańskiej. Odwalają kawał dobrej roboty. Kiedy Glenn Beck rysuje wykres pokazujący genealogię w powiązaniu z partią komunistyczną i tak dalej, nie mam wątpliwości, że to prawda, ale dlaczego nie zrobi tego samego na przykład z rodziną Busha i nie wskaże jej powiązania z nazistami w Niemczech czy też roli amerykańskich banków w sfinansowaniu przejęcia władzy przez Adolfa Hitlera? Dlaczego tego nie robi? Nigdy tego nie zrobi. Wyśmiałby każdego, kto zrobiłby coś takiego. Nazwałby go teoretykiem spisku czy jakoś podobnie. Taką rolę pełni i pełni ją bardzo dobrze.

Po to, żeby przerzucać piłeczkę pingpongową czy tenisową tam i z powrotem przez siatkę, od Republikanów do Demokratów i od Demokratów do Republikanów, potrzebni są eksperci w krytykowaniu drugiej strony. To część gry. Nie ma mowy o otwartej i obiektywnej analizie wiadomości, bo ludzie powiedzieliby, „Hmm chyba obie partie są wszawe”. Nie może tak być, bo nie tak się gra w tę grę. Po prawej stronie muszą działać ludzie, których rolą jest ujawnianie złych uczynków i sprzeciwianie się lewicowcom, a po lewej stronie ci, którzy ujawniają złe uczynki i sprzeciwiają się prawicowcom. Konieczne jest, by zawsze byli ludzie, którzy potrafią wyrazić poważny sprzeciw i krytykę drugiej strony. To zależy od tego, kto aktualnie sprawuje władzę. Oni wszyscy są źli. Zawsze łatwo jest znaleźć coś do skrytykowania. Oni wszyscy kłamią. Wszyscy składają obietnice, których nie zamierzają dotrzymać i których istotnie nie dotrzymują. Wszyscy uwikłani są w różnego rodzaju oszustwa i szwindle. Jest w tym nieuczciwość… To polityka. Oni wszyscy tacy są. Mogę zrobić zastrzeżenie dla jednego procenta, o którym nic mi nie wiadomo. Ron Paul prawdopodobnie taki nie jest. Nie można liczyć na to, że jest inaczej. Łatwo jest zatem… Kiedy jedna partia obejmuje władzę, druga daje jej trochę czasu, coś w rodzaju miodowego miesiąca, żeby było jasne, że niczego nie zmieni, a potem przechodzi do ofensywy i mówi, „Popatrzcie tylko co oni zrobili, jacy są źli”. I wtedy wyborcy myślą, „No tak, musimy się ich pozbyć”. Niesamowicie się więc nakręcają, tak jak teraz członkowie Partii Republikańskiej wzywający, żebyśmy odzyskali nasz kraj, odbudowali Konstytucję, wygonili CIA z naszych sypialni i odegnali od naszych komputerów i tak dalej, wszystkie te chwytliwe hasła. Ani jedno z tych słów nie jest wypowiadane na poważnie. Grają jedynie na sentymentach wyborców. Zależy im teraz wyłącznie na tym, by prezydentem został Republikanin. Ludzie nie przyjrzą się dokładnie kandydatowi z Partii Republikańskiej, ponieważ będą tak pełni pogardy i nienawiści wobec Demokraty, czyli Obamy, że powiedzą, „Nieważne kogo wybierzemy, każdy będzie lepszy niż on”. Oczywiście Obama w ten sam sposób został prezydentem. Ludzie powiedzieli, „Nic mnie nie obchodzi Obama, nie obchodzi mnie co mówicie, każdy będzie lepszy niż Bush”. To samo było z Bushem – każdy będzie lepszy niż Clinton. Amerykańska polityka to polityka nienawiści. Nie chodzi o to kogo lubisz albo kogo kochasz, ale o to kogo nienawidzisz. Tylko o to dzisiaj chodzi. To strategia, która jak się zdaje działa bardzo dobrze.

Ludzie zawsze przeżywają szok, kiedy dowiadują się, że jedni z największych masowych morderców w historii, najwięksi tyrani w historii byli popierani i finansowani przez bardzo zamożnych finansistów i siły w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Czasami idą bardzo blisko ramię w ramię. Każdy wie o zdobyciu władzy przez Hitlera, ale mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że partia nazistowska była finansowana przez wiele dynastii bankowych, które nadal istnieją w Stanach Zjednoczonych. One finansowały Hitlera. Wielkie korporacje amerykańskie weszły w spółkę z niektórymi niemieckimi korporacjami i w ten sposób powstał kartel o nazwie IG Farben. Włożyły ogromne kwoty jako inwestycję w nazistowską machinę wojenną. Włożyły pieniądze w partię polityczną Adolfa Hitlera, partię nazistowską. Wysłały nawet do Niemiec jednego ze swoich ekspertów od public relations – nazywał się bodajże Ivy Lee – żeby przeprowadził wywiad z Hitlerem, poddał go analizie i zgłosił sugestie jak poprawić jego publiczny wizerunek. Były mocno zainteresowane promowaniem nazistowskiego reżimu. To kwestia prawdy historycznej, a nie opinii. Może ci się to podobać lub nie, ale to jest prawda historyczna. Coś takiego zawsze się dzieje. Mao Zedong nie mógłby zdobyć władzy, gdyby nie bardzo potężne siły w Stanach Zjednoczonych. Przed końcem Drugiej Wojny Światowej przepędzono Japończyków, ale w Chinach panował duży podział. Chińscy nacjonaliści pod wodzą Czang Kaj-szeka opanowali znaczną część kraju, zaś druga część znajdowała się w rękach chińskich sił komunistycznych pod wodzą Mao Zedonga. Siły nacjonalistyczne i siły komunistyczne były zaciekłymi wrogami, pomimo tego, że walczyły do pewnego stopnia razem przeciwko Japończykom. Obie wiedziały, że kiedy wojna się skończy, tylko jedna z nich będzie mogła przetrwać, więc przygotowywały się na to, że będą ze sobą walczyć. Taki scenariusz nie leżał w najlepszym interesie ludzi w Waszyngtonie. Nie chcieli, żeby się spełnił, toteż wywierali nacisk na nacjonalistach, czyli na rządzie Czang Kaj-szeka, aby przyjął komunistów na kluczowe stanowiska, utworzył coś, co nazywano rządem koalicyjnym. Amerykanom zależało, aby komuniści objęli bardzo kluczowe stanowiska, ściśle mówiąc, aby stanęli na czele wojskowości. No i to by było na tyle. Nacjonaliści tego nie chcieli. Tak więc generał George Catlett Marshall, który w tamtym czasie dowodził wszystkimi operacjami militarnymi w Azji, po prostu odciął dostawy amunicji i broni dla nacjonalistów i dopilnował, żeby całe wyposażenie wojskowe porzucone przez Japończyków zostało przekazane komunistom. Dzięki tym dwóm posunięciom nie mogło być wątpliwości, że armia Mao Zedonga, która w tym czasie była już dużo lepiej znana i dużo lepiej wyposażona niż wojska komunistyczne, odniesie zwycięstwo – i tak też się stało. George Marshall później nawet się tym chełpił. Powiedział, „Ot tak rozbrajam w jednej chwili 30 dywizji armii Czang Kaj-szeka”. Wszystko to spowodowały Stany Zjednoczone. Decyzja o przejęciu władzy w Chinach przez komunistów została podjęta przez tak zwane siły kapitalistyczne w Stanach Zjednoczonych. Te wszystkie informacje są sprzeczne z konwencjonalną wiedzą historyczną, ale tak jak powiedziałem wcześniej, łatwo je odszukać w źródłach historycznych, nie są już dłużej kwestią opinii. Całość można podsumować stwierdzeniem, że niektóre z najbardziej brutalnych reżimów totalitarnych w historii były finansowane przez bardzo zamożnych ludzi, o których myślimy po prostu jako o kapitalistach. Mają wielkie fortuny, ale my nie zdajemy sobie sprawy z tego, że posiadanie wielkiej fortuny samo w sobie nie jest problemem. Chodzi o to, co robisz z tą fortuną i w jaki sposób ją zdobyłeś. Kapitalista wolnorynkowy to taki, który zdobywa majątek na drodze rywalizacji, dzięki istnieniu wolnego rynku oraz wytwarzaniu produktów i świadczeniu usług lepszej jakości i po niższej cenie. Kapitalista monopolistyczny to taki, który zdobywa majątek kupując lojalność polityków i przepychając określone przepisy prawne, żeby przechylić szalę rządu na swoją korzyść, a także dzięki stawianiu przeszkód na drodze konkurencji. Istnieją więc dwa rodzaje kapitalistów, jeśli już chcemy używać tego słowa. Musimy to powiedzieć jasno. Kapitaliści, o których mówimy, ci, którzy wspierali totalitarne reżimy, nie byli kapitalistami wolnorynkowymi. To byli kapitaliści monopolistyczni, którzy wierzyli w koncepcję kolektywizmu.

Kwestia ratowania banków z kłopotów finansowych jest bardzo prosta. Można ją skomplikować, ale u swojej podstawy jest naprawdę bardzo prosta. Chodzi o to, że banki, które posiadają Federal Reserve System – bo to jest kartel banków – mają wielki wpływ na nasz rząd federalny. Kiedy banki wpadły w kłopoty i były o krok od bankructwa… Większość banków, jeśli się spojrzy na ich bilans, rzeczywiście zbankrutowało, ponieważ udzieliły zbyt wielu złych kredytów krajom trzeciego świata lub wielkim korporacjom i te kraje i korporacje nie były w stanie dalej płacić odsetek od tych kredytów. Banki doszły do momentu, w którym musiały uznać te kredyty za niespłacalne. To by je zniszczyło, poszłyby na dno. Przestałyby funkcjonować. A zatem prezesi tych banków udali się do swoich przyjaciół w Waszyngtonie i powiedzieli, „Słuchajcie, musimy uratować Amerykę”. Nie powiedzieli, że musimy uratować banki, ale że musimy uratować Amerykę. Jeżeli banki upadną, kto wie co się stanie. Ameryka pójdzie na dno. Tak więc ich przyjaciele w kongresie przegłosowali miliardy, a ostatecznie biliony dolarów, żeby to wszystko umożliwić, żeby uratować General Motors i Forda, różne kraje i same banki. Amerykanom zostało to przedstawione jako wspaniałe posunięcie w imieniu Ameryki. Oto w jaki sposób uratujemy Amerykę – ratując banki. Prawie się udało – prawie, bo do tego czasu wystarczająco dużo ludzi uświadomiło sobie o co chodzi w tej grze. Wiedzieli, że System Rezerwy Federalnej generuje pieniądze z niczego. Wiedzieli, że to będzie miało swoje skutki i wiedzieli, że to oni będą musieli zapłacić rachunek albo w formie podatków albo inflacji. Ostatecznie zapłacili w formie inflacji, ponieważ politycy niechętnie podwyższają podatki tak bardzo jak powinni, żeby pokryć wydatki rządu, więc zawsze utrzymują podatki na tak niskim poziomie jak to tylko możliwe. No ale zebrali pieniądze poprzez inflację, ponieważ pompując nowe pieniądze w gospodarkę, rozcieńczyli siłę nabywczą wszystkich istniejących pieniędzy. Kiedy wyborcy uświadomili sobie, że to oni będą musieli zapłacić ten rachunek – nie rząd, ale obywatele, konsumenci, mieli zapłacić za ratowanie banków, to oni faktycznie je ratowali – a więc kiedy to sobie uświadomili, poczuli gniew. Jako wyraz sprzeciwu zapoczątkowali wielki ruch, było mnóstwo złości, zwłaszcza, gdy dowiedzieli się, że niektórzy z dyrektorów otrzymywali warte milion dolarów bonusy za doprowadzenie swojego banku do bankructwa. Emocje sięgały zenitu. Nawiasem mówiąc, uważam, że cała ta kwestia bonusów, choć ważna, była kwestią poboczną. Sądzę, że to był jeden z tych trików stosowanych przez media w celu odwrócenia uwagi publicznej od prawdziwego problemu. A prawdziwym problemem był fakt, że System Rezerwy Federalnej i kongres generowały te wszystkie pieniądze na ratowanie banków z niczego. To była zasadnicza kwestia, która mogła doprowadzić do bankructwa Ameryki, pozbawić ludzi pracy i domu. Mogła zniszczyć Amerykę, ale czy oni o tym mówili? Nie, mówili o tym jak to źle, że prezes jakiegoś banku otrzymał premię w wysokości miliona dolarów. To tam na dłuższy czas skierowano uwagę wszystkich. To była kwestia poboczna, przynajmniej według mnie. Tak to właśnie wyglądało. Co można na to wszystko powiedzieć? Mimo że coś takiego budzi w ludziach złość, fakt ten nie doprowadził do żadnej zmiany, ponieważ ludzie nie kontrolują swojego rządu. Sądzą, że tak, ale się mylą. Reprezentujący ich politycy mają zobowiązania wobec cechu bankowego i kartelu bankowego, jakim jest System Rezerwy Federalnej. To tam dziś znajduje się władza. Jeżeli potrzebujesz na to jakiegoś dowodu, wystarczy, że przyjrzysz się najnowszej historii, ratowaniu banków wbrew woli większości Amerykanów, pomimo złości większości Amerykanów. Pomimo sprzeciwu społeczeństwa kongres nie zawahał się i przegłosował ustawę. Prezydent Stanów Zjednoczonych ją podpisał, wszyscy na górze opowiadali się za nią, ale ludzie na dole jej nie chcieli, więc jak to możliwe, że plan został zrealizowany? Gdyby ludzie kontrolowali swój rząd, czy to by się wydarzyło? Nie. Oto jest niezbity dowód, że obywatele Stanów Zjednoczonych utracili kontrolę nad swoim własnym rządem.

Gniew związany z ratowaniem banków z tarapatów finansowych posłużył jako wielka siła napędowa dla ruchu Tea Party, ale pytanie brzmi czy ruch Tea Party będzie w stanie w jakikolwiek sposób to wykorzystać? Odpowiedź brzmi: nie, dopóki nie wymienią ludzi w Waszyngtonie, którzy doprowadzili do ratowanie banków. Ruch Tea Party nie będzie miał żadnej wartości, jeśli nie doprowadzi do wymiany polityków, którzy wywołali kryzys finansowy. To oznacza, że trzeba wymienić wszystkich, nie tylko Demokratów albo Republikanów. Wszystkich. Obawiam się, że obecnie ruch Tea Party… Podejmuje się próby, aby stał się rzecznikiem Partii Republikańskiej, tak by wyglądało, że wszystko co się dzieje w gospodarce, w tym ratowanie banków, że to wszystko jest skutkiem działania Demokratów, ale to nieprawda. Z pewnością odegrali w tym znaczącą rolę, lecz to wszystko dzieje się od dziesięcioleci i Republikanie też mają w tym swoją rolę. Niektórzy z  Republikanów, którzy dziś wstają i mówią, „Powinniśmy położyć kres ratowaniu banków”, to ci sami ludzie, którzy na początku głosowali za tą ustawą, tylko nikt nie sprawdza historii ich głosowań. A zatem tak, gniew Amerykanów związany z ratowaniem banków jest paliwem dla ruchu Tea Party. To dobrze, ale kluczową kwestią jest czy ruch ten pozostanie niezależny od politycznego wpływu Partii Republikańskiej.

Tak, myślę, że film „What in the world are they spraying?” („Co rozpyla się na świecie?”) będzie bardzo ważnym filmem, który zaszokuje wiele osób. Że coś rozpylają, to wiadomo. Sądzę, że wrodzona inteligencja każdego człowieka mówi mu, że to, co widzi na niebie, te przecinający się linie i białe smugi prowadzące od horyzontu do horyzontu, to nie są jedynie kryształki lodu, które ciągną się za silnikiem odrzutowym. Prawdą jest, że silnik odrzutowy wytwarza kryształki lodu na dużych wysokościach, gdzie panują niskie temperatury, ale są one bardzo szybko wchłaniane w atmosferę. Można zobaczyć je tuż za samolotem, gdy przelatuje po niebie, trochę białego dymu, który za nim podąża i znika. To zupełnie coś innego niż te kłębiące się chmury dymu, które ciągną się od horyzontu do horyzontu i rozprzestrzeniają się tak, że do wieczora całe niebo jest mlecznobiałe. A więc co oni rozpylają? Teraz już wiemy co to takiego. To skutek pojawienia się nowej gałęzi przemysłu, relatywnie nowej gałęzi przemysłu o nazwie geoinżynieria. Istnieje grupa naukowców, polityków i korporacji, która planuje zarobić bardzo dużo pieniędzy i osiągnąć także inne cele, inne ukryte cele, zmieniając naturę naszej planety. Twierdzą, że robią to, ponieważ chcą zatrzymać globalne ocieplenie. To jest ich główny pretekst. Powinienem teraz publicznie oświadczyć, że według mnie globalne ocieplenie to totalny mit, ale nie tym się teraz zajmujemy. Nawet gdyby to była prawda…  Oni twierdzą, że próbują zatrzymać globalne ocieplenie, ale w rzeczywistości ich działania mają dużo bardziej katastrofalne skutki niż jakiekolwiek efekty globalnego ocieplenia. Twierdzą, że chcą kontrolować pogodę, twierdzą, że chcą zwiększyć plony, twierdzą, ze chcą zmienić charakter gleby i wody dla poprawy losu ludzkości, oczywiście zawsze dla poprawy losu ludzkości. Zawsze robią to dla nas. To wielki przemysł. Twierdzą, że w tej chwili to wszystko znajduje się dopiero na etapie rozmów. Mówią, że rozmawiają o rozpylaniu glinu i baru do atmosfery i twierdzą, że muszą przeprowadzić badania, żeby sprawdzić czy te pierwiastki mają toksyczne działanie. Wypowiadają te wszystkie właściwe słowa tak jakby dopiero to wszystko rozważali. Istnieją jednak ewidentne dowody, że proceder ten trwa już od ponad dziesięciu lat. To się dzieje, dzieje się w tej właśnie chwili. Mamy dowody nie tylko na to, że się dzieje, ale i na to, że skutki tego procederu są tragiczne dla naszej planety. Rozpylanie tych pierwiastków niszczy życie roślin, niszczy plony, niszczy dziką przyrodę i jest katastrofalne dla ludzkiego zdrowia. Ludzie zapadają na bardzo poważne choroby, ponieważ wdychają te toksyczne substancje. Tak więc teraz już wiemy co rozpylają. Możemy zidentyfikować te substancje. Przeprowadzono liczne badania nie tylko gleby i wody, ale również wody deszczowej i śniegu, a więc wody, która pochodzi z nieba, o której nie można powiedzieć, że wzięła się z ziemi. Badania te przeprowadzono na atmosferze, wodzie deszczowej i śniegu w miejscach oddalonych o setki mil od ośrodków przemysłowych. Nie można więc powiedzieć czegoś w rodzaju, że substancje te zostały tam przywiane z jakiegoś komina. Otóż badacze odkryli niepokojąco wysoki poziom substancji toksycznych, w szczególności aluminium i baru, czyli tych właśnie pierwiastków, o których naukowcy mówią, „Zastanawiamy się, co by się stało, gdybyśmy rozpylili glin i bar w niebo. Zastanawiamy się…”. A naukowcy odkryli ogromne ilości właśnie tych pierwiastków w wodzie pochodzącej z nieba. Na przykład Góra Shasta. W śniegu na tej górze w ogóle nie powinno być aluminium, ponieważ śnieg pochodzi z nieba. W niebie nad terenem takim jak Góra Shasta – dziewiczym pustkowiu w Północnej Kalifornii – w ogóle nie powinno być aluminium. Istnieje wymóg rządowy, że jeśli poziom aluminium osiąga bodajże tysiąc cząsteczek na miliard, konieczna jest bezpośrednia interwencja ze strony Agencji Ochrony Środowiska, ponieważ tak wysoki poziom stężenia tego pierwiastka traktowany jest jako wysoce niebezpieczny i toksyczny. Tysiąc cząsteczek na miliard. W tym śniegu powinno być zero ppb, ale kiedy przeprowadzili badanie/, odkryli 60.000 ppm. Inaczej mówiąc, 60 razy więcej niż najwyższy dopuszczalny poziom glinu – w śniegu na Górze Shasta! Niebywale toksyczne. Ta woda zabije turystów, którzy ją piją, albo zwariują przez nią czy coś podobnego. Widzimy to wszędzie, nie tylko na Górze Shasta. Wysoki poziom trujących pierwiastków występuje również na pięknych hawajskich wyspach, gdzie rozpylanie jest prowadzone na dużą skalę. Pobiera się próbki deszczu i te substancje pochodzą z nieba, dokładnie te same substancje, o których naukowcy mówią, „Co by się stało, gdybyśmy wypuścili je w niebo?” Istnieje wiele dowodów na to, że ten proceder toczy się właśnie w tej chwili, co gorsza rozpylane są toksyczne substancje, a już  najgorsze jest to, że kłamią nam na ten temat. Taki jest właśnie przekaz naszego filmu „What in the world are they spraying?” („Co rozpyla się na świecie?”)

http://trivium.wybudzeni.com/2016/07/18/kolektywizm/

Historia świadomości

 

Wstęp

 

Z pomocą kryterium postaw kulturotwórczej wypracowanej przez rolników i zawłaszczającej przyjętej przez wędrownych pasterzy można łatwo prześledzić co istotnego zdarzyło się w dziejach i zrozumieć dlaczego historia polityczna, uznawana dotychczas za historię w ogóle, była bezsilna, kiedy oczekiwało się od niej czegoś więcej niż faktografii. Natomiast to kryterium daje sposobność sformułowania praw historiozofii i odczytania dziejów jako logicznej konsekwencji tych praw. Jeżeli zaś je znamy to można przewidzieć co czeka nas w przyszłości i ewentualnie tę przyszłość kreować.
Najdawniejszą historię znamy z mitów. Dotyczą one czasów, kiedy człowiek wyłaniał się dopiero ze zwierzęcej nieświadomości i, jako kierujący się pierwotnymi instynktami, nie był podmiotem dziejów, tylko przedmiotem sił przyrody.
Zmiana charakteru związku człowieka z przyrodą pojawia się w najstarszym ze znanych mitów – sumeryjskim mitem o wyłonieniu się człowieka ze świata zwierzęcego w momencie kopania pierwszego rowu irygacyjnego. Po raz pierwszy intelekt odkrył, że można wykorzystać znajomość praw przyrody tak, by służyły człowiekowi w sposób przez niego zaprojektowany. Nie człowiek dostosowuje się do zastanych warunków, tylko kieruje siłami przyrody w sposób przemyślany. Zaczął tworzyć kulturę, zaczął stawać się podmiotem świata.
Osiągnięcie to otworzyło przed człowiekiem nowe, nieograniczone możliwości, ale i przyniosło nowe, nieprzewidywalne w jego raczkującej świadomości problemy. Odkrył mianowicie, że możliwość wielokierunkowej realizacji jego woli wiąże się z odpowiedzialnością za konsekwencje przyjęcia jakiegoś kierunku, i dodatkowo burzy błogostan nieświadomej zależności od instynktów – pierwotnego wyposażenia przyrodniczego. Ten moment w dziejach notuje mit o zjedzeniu jabłka w raju.

 

Historia znana z mitów

 

Jabłko

 

„Ale wie Bóg, że któregokolwiek dnia z niego jeść będziecie, otworzą się oczy wasze; a będziecie jako bogowie, znający dobro i zło”. [Genesis 3, 5]
I zjedli, i stali się jako bogowie. I stracili szczęście raju nieświadomej zależności od swojego twórcy – przyrody, którą tu reprezentuje Bóg. I zobaczyli w świecie dobro i zło, ale więcej zła, gdyż ziemia w swym naturalnym stanie dawała więcej cierni i ostów niż dobrego pożywienia, i zobaczyli przed sobą ciężką pracę na roli, aby ziemia obdarzała ich lepszymi plonami, i zobaczyli ból rodzenia dzieci i zobaczyli przyszłe pokolenia i długą drogę do zrealizowania dobra, które ledwo co ujrzane, było na razie poza zasięgiem. Wiedzieli, że kiedyś osiągną to co rozpoczęli zjedzeniem jabłka, że staną się jako bogowie, posiądą pełną wiedzę – wrócą do Boga, do raju i szczęście będzie wówczas niezagrożone nieświadomością – wieczne.

 

Grzech pierworodny

 

Wersja znana z Biblii, poprawiona w ramach Wielkiego Czytania, nadaje już rajskiemu bogowi atrybuty koczowniczego Jehowy. Dlatego też kulturotwórcze aspiracje Adama i Ewy jako pierwszy symbol humanizmu nazwane są grzechem. Chrześcijańska wykładnia tego grzechu jako pierworodnego dobrze notuje, że człowiek rodzi się z nim, a więc skłonność do humanizmu jest w ludzkiej naturze.
Propaganda koczowników wie o tym, wkłada więc w usta Jehowy potępienie grzechu pierworodnego, i później formułując chrześcijaństwo, jako religię dla niewolników, tworzy obrzęd chrztu, jako symboliczne wyzbycie się odczuć humanizmu. Tworzy też system wychowania, który ma tę kastrację ludzi z człowieczeństwa praktycznie zrealizować.
O ile starsze wersje mitu o raju prawidłowo odczytują, że człowiek musiał w pewnym momencie odkryć możliwości swojej woli i w związku z tym doświadczać rozterek decyzji moralnych, o tyle w wersji biblijnej, mającej w miejsce sumienia podłożyć ideologię koczownika, stanowisko Jehowy jest pokrętne.
Jehowa, taki jak go przedstawia Genesis – wszechwiedzący, musiał mieć świadomość jak postąpi z zakazem jego produkt – człowiek. Musiał wiedzieć, że ukształtowany na Jego wzór i podobieństwo człowiek będzie chciał posiąść boską cechę rozróżniania dobra i zła. Dlaczego więc, zaraz po ulepieniu człowieka i tchnięciu mu swego ducha, nie dał mu tego jabłka na pierwszy posiłek, dlaczego nie poinstruował, że ten owoc powinien stale spożywać, aby świadomości moralnej nie zgubić? Wygląda na to, że chciał tę świadomość dać (nie miał zresztą innego wyjścia), ale transakcją wiązaną, dokładając do tego poczucie winy z jego posiadania. Poczucie winy jest silnym środkiem destrukcji osobowości, powoduje nierównowagę emocjonalną i tłumienie instynktu samozachowawczego. Człowiek z poczuciem winy, z niską samooceną, nie będzie słuchał swojej podświadomości, natomiast będzie szukał oparcia i wykładni świata na zewnątrz. Jest on doskonałym materiałem na niewolnika przyjmującego narzucony mu z zewnątrz styl życia, myślenia o świecie oraz substytuty sumienia i moralności.

 

Mit o ogrodzie Eden

 

We wcześniejszej, bardziej zbliżonej do egipskiego pierwowzoru wersji mitu o Edenie nie występuje postać Boga. Dzięki temu mit jest bardziej czytelny. Wyeksponowany tam wąż reprezentujący rodzący się intelekt ludzi odkrywa przed Adamem i Ewą zasadnicze problemy życiowe do jakich będą się musieli ustosunkować.
W micie tym ciekawie oddana jest kolejność pozyskiwania wiedzy o życiu przez ludzki intelekt. Zauważenie istnienia śmierci i niezgoda na nią. Odkrycie tajemnicy rozmnażania, z zaznaczeniem, że kobiety poznały ją wcześniej. Znalezienie celu świadomego życia, jako pracy dla nowych pokoleń, przeciwdziałającej skuteczności śmierci. Odkrycie uroków seksu i pierwsze problemy z zazdrością. Pierwszy podział ról i niezadowolenie mężczyzny z roli pracownika, któremu cele i zakres pracy wyznacza kobieta oddająca się w czasie jego pracy zajęciom intelektualnym i przyjemnościom. Utratę rajskiej miłości, powstanie nieufności i prób wzajemnego podporządkowywania, umysł ludzki też musiał odkryć bardzo wcześnie.

 

Drzewo życia

 

Używanie intelektu zburzyło rajską nieświadomość, ale umożliwiło rozwój. Stare kultury przewidywały, że rozwój ten doprowadzi do odzyskania rajskiej błogości, na etapie jednak rozwiniętego intelektu, który będzie w stanie warunki tej błogości wykreować i zabezpieczać. Mówi o tym mit o drzewie życia. Mit ten zaczerpnąłem z Biblii, więc znowu występuje tu koczowniczy Jehowa, ale Jego obecność nie zakłóca czytelności przesłania mitu.
„Tedy rzekł Pan Bóg: Oto Adam stał się jako jeden z nas, wiedzący dobre i złe; teraz tedy wyżeńmy go, by snadź nie ściągnął ręki swej, i nie wziął z drzewa żywota, i nie jadł, i żyłby na wieki.
I wypuścił go Pan Bóg z sadu Eden, ku sprawowaniu ziemi, z której był wzięty.
A tak wygnał człowieka; i postawił na wschód słońca sadu Eden Cheruby, i miecz płomienisty i obrotny ku strzeżeniu drogi do drzewa żywota”. [Genesis 3, 22-24]
Człowiek chce błogości Edenu, chce owocu drzewa życia. Niedostatki intelektu czynią jednak pracę i rozwój mało efektywnymi (Ziemia rodzi głównie ciernie i osty). Śmierć, co prawda nie może odnieść ostatecznego zwycięstwa, gdyż wyrastają ciągle nowe pokolenia, ale zbiera swoje żniwo i strach przed nią pozostał. Drzewo życia jest, co prawda, niedaleko, ale człowiek jest za słaby, aby pokonać straże na jej drodze.
Przyjrzyjmy się tym strażom, których człowiek się boi. Cheruby. To są wg teologii duchy, czyli, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli, urządzenia software’owe. Są zainstalowane w umysłach ludzi, i powodują, że boją się oni wkroczyć na drogę prowadzącą do drzewa życia. Kiedy Cheruby znikną, czyli kiedy człowiek przestanie tworzyć w swoim umyśle paraliżujące go tabu, będzie mógł wkroczyć na tę drogę. Są tam jeszcze ogniste miecze, znaczy to, że istnieje groźba zgorzenia od miecza, i może trzeba będzie wielu prób zakończonych niepowodzeniem i ofiarami, aby wreszcie udało się rozpoznać prawidłowości obrotów ognistego miecza tak, by udało się przejść obok niego, a on nie dosięgnie idących. Cherubów, czyli obszarów intelektu, na które człowiek nie wkracza jest już niewiele, i wygląda na to, że przynajmniej część ludzkości nie uznaje żadnych nieświadomych tabu, a to wystarcza. Umysł uwalnia się, i na drodze nie ma aniołów. Jest jeszcze ognisty miecz, i na razie nie zanika, zebrał już wielkie żniwo w historii, która przez nieświadomość ludzi i poszukiwania w błędnych kierunkach bywała jednym wielkim pasmem rzezi, zniewalania i niszczenia. Miecz ognisty zbiera żniwo i dziś, i kręci się coraz szybciej. Nie sposób, nawet nie zbliżając się do drogi, uniknąć jego szalejących to tu, to tam płomieni. To jednak przyspieszenie zjadliwości jego pożogi, wydaje się przyspieszać koniec jego skuteczności odstraszania. Skoro i tak nie uda się skutecznie chować przed jego płomieniami, to nie pozostaje nic innego, jak próbować opanować go i ugasić. Jehowa i jego koczowniczy sprzymierzeńcy wśród nas stracą i miecz. Uwolniony umysł, unicestwione narzędzia zastraszania i zagłady wraz z ich nosicielami, oraz likwidacja stresów nieufności uczynią drogę do drzewa życia wolną, i to już chyba niedługo. Natomiast jak długo trzeba będzie nią iść, to już problem dla tych, którzy wkroczą na nią niepomni ofiar i wysiłku obalenia straży.
Mając taki pogląd na swoje miejsce w świecie i na długofalowy program kulturowy człowiek zaczął próby jego realizacji. Trudności pojawiły się na samym początku, gdyż człowiek, tworząc kulturę wg swojej woli i swojego rozeznania może dokonywać wyborów nie tylko prowadzących do wzrostu świadomości i rozwoju kultury, ale też wiodących do destrukcji już poczynionych osiągnięć. W każdym razie, od momentu, kiedy zaczął kontrolować zarówno przyrodę jak i swoje postępowanie przestał być zwierzęciem.
Najstarszy znany sumeryjski mit określa wyraźnie, że człowiek wyłonił się z dzikich istot w momencie, kiedy zaczął sztucznie nawadniać glebę pod uprawy rolne. Drobne echa tego mitu trafiły do biblijnego opisu stworzenia świata.
„Gdy Pan Bóg Uczynił ziemię i niebo, nie było jeszcze żadnego krzewu polnego na ziemi ani żadna trawa polna jeszcze nie wzeszła – bo Pan Bóg nie zsyłał deszczu na ziemię i nie było człowieka, który by uprawiał ziemię i rów kopał w ziemi, aby w ten sposób nawadniać całą powierzchnię gleby …” [Rodz I, 5-7]

 

Powstanie mentalności rolnika i koczownika

 

Biblijny Adam, żyjący jeszcze nieświadomie, przynajmniej do czasu zjedzenia jabłka, według praw natury jest wobec tego na granicy człowieczeństwa, bo jako pierwszy rolnik przedstawiony jest tam Kain i od razu ma kłopoty z pierwszym koczownikiem Ablem.
Ten bardzo stary mit dowodzi, że starożytne społeczeństwa wiedziały o życiu więcej, niż się nam przez wieki wydawało i zaskakuje nas, że współczesne, okupione ofiarą wieków błądzenia, odkrycia odnajdujemy po fakcie w przekazach mitów.
Przytoczę treść tego mitu, gdyż wersja biblijna jest mocno okrojona [ Żydowskie legendy biblijne –  Micha Josef Bin Gorion Berdyczewski, Uraeus 1996 ]

 

Kain i Abel

 

Abel przypędził swoje stada, wypasł i stratował nimi pole Kaina. Wybuchła kwiecista, jak to u Żydów, kłótnia. Nie doszli oczywiście do porozumienia, wobec czego udali się do Adama, aby ich rozsądził i przedstawiają sprawę.
Argumenty Kaina są rzeczowe i uzasadnione wspólnym interesem ich mikrospołeczności:
1.Trzeba dużo pracy by pole przynosiło dobre plony, a Abel za jednym wypasem tę pracę zniszczył.
2.Plony z jego pola jedzą wszyscy, nie on sam, więc Abel, rozumiejąc to nie powinien pola niszczyć.
Argumenty Abla odnoszą się do abstraktów (Jehowa, pieniądze):
1.Jehowa dał ziemię wszystkim do wspólnego użytkowania, więc ma prawo paść swoje stada wszędzie.
2.Kain ma ubranie z wełny i je mięso z jego owiec. Niech zatem Kain odda wełnę w którą się ubiera i zapłaci za mięso (w czasie formułowania mitu były znane już pieniądze), wtedy on opuści ziemię Kaina.
Adam nie zdobywa się jednak na jakiekolwiek rozstrzygnięcie, prawdopodobnie decyzję utrudnia mu brak pewności siebie powodowany nieuregulowanym stosunkiem intelektu do instynktu.
Reszta faktów jest taka jak w oficjalnej Biblii.
Pragnę jednak zwrócić uwagę na bardzo niejednoznaczną postawę Jehowy w tej sprawie. W zasadzie nie wiadomo, po której jest stronie.

 

Co jednak można ustalić:

 

1.Jehowa nie lubi Kaina już przed całą sprawą. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego – Kain kocha ziemię i powoływanie się na abstrakcyjnego Boga nie trafia mu do przekonania. Tego abstraktu może najwyżej się bać, gdyż jest on motorem działania jego wrogów.
2.Jehowa lubi Abla, podoba mu się zapach palonego mięsa z Ablowej ofiary. Kiedy karci Kaina za zabicie Abla używa sformułowania „zabiłeś mojego ukochanego Abla”.
3.Jehowa nie lubi ziemi, a właściwie Ziemi (konkurencyjna podstawa systemu wartości). Złorzeczy Ziemi, że „rozwarła swą paszczę aby wypić krew mojego ukochanego Abla”
4.Jehowa chroni nie lubianego przez siebie Kaina. Nie dosyć, że nie mści się na nim (a bardzo to lubi), to jeszcze daje Kainowi specjalne znamię mające być znakiem, że nie wolno go zabić. Nie koniec na tym. Kto zabiłby Kaina będzie przez Jehowę siedmiokroć pomszczony.
5.Abel umiera bezpotomnie (Jehowa nie chroni go), a potomstwo Kaina daje początek inicjatorom nowych umiejętności człowieka.

 

Historyjka ta miała ludziom coś ważnego powiedzieć o konflikcie koczownika i rolnika. Fakt, że w VI w. p.n.e. została ocenzurowana mówi, że cos się wówczas zmieniło. Co? Ano usunięte zostały fragmenty ukazujące istotę konfliktu i pod wymogi koczowniczego Jehowy została odwrócona ocena mentalności braci.

 

Aby doprowadzić jednak ten sąd nad Ablem do końca trzeba będzie:
1.Prześledzić w historii obecność koczownika zawłaszczającego gotowe dobra przyrody i pracę innych ludzi, oraz rolnika podejmującego współpracę z przyrodą przy tworzeniu kultury (wpierw tylko kultury rolnej, później w innych dziedzinach).
2.Określić mentalność i religie jakie te dwa podejścia do życia wykształciły.
3.Odnaleźć te mentalności we współczesnej cywilizacji.
4.Przewidzieć jak to potoczy się dalej.
Twierdzę, że ten konflikt jest osią dziejów i bez jego zrozumienia nie rozwiążemy problemów współczesnego świata.
Wg mnie prognoza jest następująca:
Jehowa wie, że jest na przegranej pozycji bo nie udało mu się zatrzymać ludzi na pozycji ślepej zależności od siebie w zwierzęcej nieświadomości (już zjedli jabłko), czy mentalności koczowniczej (Abel musi być zabity przez Kaina i umrzeć bezpotomnie). Ludzie weszli nieodwołalnie na drogę odkrywania moralności, kształtowania siebie, odpowiedzialności za swoje decyzje – słowem na drogę kształtowania swojej kultury duchowej. Jehowa żyjący jednak nadal w mentalności zawłaszczania (dawnych koczowników) będzie jeszcze tysiące lat przeszkadzał rozwojowi kultury, lecz w końcu umrze wraz z ostatnim nosicielem mentalności koczowniczej. Tak umierają bogowie, którzy są tylko symbolami ideologii. Świętości przyrody i kultury żyją wiecznie, mimo że przeważnie nie mają statusu boga, w zasadzie obcego kulturze, bo istnieją niezależnie od swoich czcicieli. Zapomniane, nawet na długi czas, bywają odkrywane na nowo, gdyż ich odkrywanie to tylko kwestia czasu dla świadomości, która wszak jest też planem przyrody.

 

Koczownik i rolnik jako mieszkańcy różnych światów

 

Mentalność koczownika

 

Pierwotny koczownik ukształtował swoją mentalność w hordzie, której życie polegało na rabunkowej eksploatacji naturalnych pastwisk, napadach na ośrodki rolnicze i walkach z innymi koczownikami. Dla pomyślności hordy celowym było kompletne zużycie pastwiska lub zniszczenie pozostałości przy przenoszeniu się na nowe po to, by horda konkurencyjna miała utrudnione warunki życia, gdyby podążała śladem tej pierwszej. Konkurencyjna horda to wróg, z którym toczy się wojnę totalną. Śmierć jednej warunkuje bezpieczeństwo drugiej. Przeżycie hordy w warunkach zagrożenia innymi hordami przy ryzyku braku żywności wymaga od jej członków absolutnego, wojskowego podporządkowania się hersztowi.
Warunkiem koniecznym przeżycia grupy jest możliwość poświęcenia dla niej każdego osobnika. Herszt musi być więc panem życia i śmierci jednostek. On też musi wygasić w grupie wszelkie indywidualne emocje, które osłabiłyby zwartość grupy i gotowość do poświęcenia własnych spraw grupie. Dla hordy byłoby to duże zagrożenie. Konieczność prowadzenia totalnej wojny z hordami konkurencyjnymi wymaga pielęgnowania cech, które w takiej wojnie są przydatne, tj. siła i waleczność, niewrażliwość sumienia na czynione zło i zniszczenie, a wreszcie pozwalająca na ryzykowną walkę pogarda dla własnego życia. Dobry wojownik nie może przywiązywać się do posiadanych rzeczy. Mobilność grupy wymaga, by rzeczy było jak najmniej, a i te można było porzucić w warunkach zagrożenia. Nie można się wiązać uczuciowo z innymi ludźmi aby nie było uciążliwe poświęcenie ich dla dobra hordy, czy na rozkaz herszta, gdyż on ma prawo do rozstrzygania o ludziach. W totalnej wojnie są możliwe tylko dwa rozstrzygnięcia: śmierć albo zwycięstwo. To usprawiedliwia stosowanie wszelkich mogących przyczynić się do zwycięstwa metod i uczciwość w walce absolutnie się nie liczy. Możliwe jest więc stosowanie wobec wroga podstępów, oszustwa, usypiania jego czujności, szantażu i innych niepochlebnych, a skutecznych technik. Te przydatne w walce cechy, muszą być nagradzane w codziennym życiu i muszą być warunki ich rozwijania i doskonalenia. Dlatego też dobry herszt dba o to, by dobrzy wojownicy mieli zapewnione duże przywileje. Musi też zapewnić warunki do wyłaniania tych najlepszych, musi istnieć cała hierarchiczne struktura praw i przywilejów, która będzie wzbudzała konkurencję, nagradzaną pozycją w hierarchii. Musi też być dopuszczalne wewnątrz hordy stosowanie nieuczciwych technik konkurencji, aby doskonalić umiejętności podstępnej walki z wrogiem, niejednokrotnie bardziej decydujące o rozstrzygnięciu totalnej wojny niż autentyczna siła bojowa.
Skoro ceni się człowieka za jego skuteczność w walce (nawet nieuczciwej) i na tej podstawie ustala się jego miejsce w hierarchii społecznej, inne cechy i spełnianie innych funkcji społecznych jest pogardzane i spychane na doły hierarchii. Brak szacunku do pracy i wartości moralnych skazuje część społeczeństwa hordy oraz całe plemiona rolnicze (nie tworzące hierarchii) na status podludzi – niewolników. Umacnia się więc mentalność i ideologia zawłaszczania a selekcja wywołana nią kieruje najwartościowsze jednostki na wojowników, a najgorsze do tworzenia cywilizacji. Wobec szczupłości zasobów rabunkowo eksploatowanej przyrody zaostrzają się nieuniknione wojny z konkurencyjnymi hordami, a wobec deprecjonowania własnego sektora twórczego nieodzowne dla przeżycia są napady rabunkowe na plemiona rolnicze lub organizowanie rozległego sektora pracy niewolniczej.
Tak wyglądało to w czasach powstawania mentalności zawłaszczania. Czasy się zmieniły, zmieniło się otoczenie cywilizacyjne a mentalność koczownicza pozostała bez zmian, tylko narzędzia techniczne i umysłowe zawłaszczania są nowocześniejsze.

 

Mentalność rolnika

 

Słowo kultura oznacza uprawę, uprawa to stwarzanie dogodnych warunków do naturalnego rozwoju najlepszych skłonności obiektu uprawy, zgodnego z jego naturalnymi możliwościami i z oczekiwaniami uprawiającego. Uprawiać można ziemię, od tego zaczęła się kultura w ogóle, ale uprawie można poddać wszystkie inne dziedziny działalności człowieka z uprawą człowieczeństwa włącznie.
Pierwotny rolnik szybko zrozumiał na czym polega uprawa. Wiedział, że przyroda mocą swoich praw odtwarza życie. Plony zależą od tego, na ile te prawa przyrody poznał, na ile jest z nimi w zgodzie i na ile będzie w stanie stworzyć optymalne warunki dla działania sił przyrody, które chce w swojej uprawie wykorzystać. Z takiego rozumienia świata wyniknęła odpowiadająca temu duchowość pierwotnego rolnika. Prawa przyrody, które poznał, fascynująca i niepojęta zagadka życia stanowiły dla niego przedmiot podziwu i uwielbienia. Obdarzał przyrodę mianem świętości. Nie było jednak w tym żadnego bałwochwalstwa. „Święty” znaczyło np. w dawnej polszczyźnie tyle co życiodajny, silny siłą życia. Wiedział, że siły życia, których na razie nie rozumie, są do poznania i do opanowania jak prawa przyrody, które już zna. Animizacja obiektów przyrody to rozumienie zakotwiczenia człowieka w przyrodzie i jednolitości jej praw. Możliwość uczestnictwa w tworzeniu świata przez regulowanie działaniem świętych sił przyrody to uświęcenie człowieka a zarazem konieczność odpowiedzialności za swoje działania. Wiedział, że wszelkie próby działań wbrew naturalnym dążeniom przyrody, wbrew jej prawom, muszą go doprowadzić do klęski i okryć hańbą. Czuł, że w swoich działaniach ma wydobywać z możliwości świata najlepsze. Jeżeli to się udaje odczuwa pełnię życia, jeżeli nie sprosta – czuje wstyd. a jeżeli świadomie się im sprzeniewierzał, okrywał się hańbą. Te trzy odzewy sumienia – planu przyrody w człowieku – poczucie pełni życia, wstyd i hańba ustanowiły kryteria moralności pierwotnego rolnika. Do dziś zresztą nie straciły one ani aktualności, ani pełni systemu etycznego. Dziś wręcz kryteria te nabierają jeszcze większej mocy, kiedy to rozwój świata dokonuje się najbardziej na polu kultury.
Tak wyposażony duchowo rolnik, kiedy już raz rozpoczął współpracę z przyrodą i rozpoznał jej lokalne warunki niechętnie przenosił się w inne miejsce. Odkrywał też, że ziemia przynosi coraz lepsze plony w miarę wieloletnich zabiegów pielęgnacyjnych. To powodowało intelektualne wzmacnianie jego przywiązania do uprawianej przez siebie ziemi i do lokalnych warunków przyrodniczych. Konieczność opuszczenia przez plemię rolnicze swojej ziemi była kataklizmem, na miarę końca świata, zdarzało się to bardzo rzadko i tylko w obliczu zagrożenia fizycznej egzystencji plemienia.
Prowadzący osiadłe życie rolnicy, związani emocjonalnie z lokalną przyrodą i z lokalnymi świętościami, rozumieli, że inne plemiona rolnicze też kochają swoją ziemię i mają sobie właściwy, powiązany z lokalnymi warunkami, temperament i swoją obyczajowość. Pomimo więc dużej różnorodności kulturowej plemiona rolnicze szanowały siebie nawzajem, swoje odrębności, widząc to jako konsekwencję różnorodności lokalnej przyrody, której są integralną częścią. Mentalność ta nie pozwalała też na wojny zaborcze między plemionami rolniczymi, gdyż byłby to zamach na integralność środowiska przyrodniczego z jego mieszkańcami – czyli zamach na podstawy własnej duchowości.

 

Wzajemne kontakty dwóch światów

 

Powodzenie rolnika zależało od pracy i twórczości, nie od walki. Walkę rolnik widział jako zakłócenie naturalnego porządku rzeczy. Nie lubił jej, mimo że bywał zmuszony ją podejmować, kiedy nie chciał być narażony na systematyczne ograbianie przez koczowników.
Dająca dobre plony ziemia to efekt wieloletniej pracy i świętość. Nie można dopuścić do jej zaniedbania ani zniszczenia. Rolnik będzie jej bronił wobec zagrożenia przed np. wypasem upraw i stratowaniem ich przez wędrujące stado plemienia koczującego w pobliżu. Rolnik musi mieć też dużo dobra materialnego w postaci narzędzi pracy, zabudowań gospodarczych chroniących jego dobytek i zapasy dorocznych zbiorów. Ten dobytek, to też potencjalny łakomy kąsek dla koczownika – nastawionego na zawłaszczanie gotowych dóbr i skorego raczej do walki, niż samodzielnej pracy. Rolnik musiał więc wykształcić skuteczne mechanizmy obrony przed koczowniczymi rabusiami.
Walka z napadającym koczownikiem była jednak trudna. Koczownik zjawiał się nagle, rabował i uciekał. Rolnik miał ograniczone możliwości ścigania napastnika, nie mógł na długo zostawić pola i dobytku, gdyż naraziłby je na inne nieprzewidziane zagrożenia.
Jedyną skuteczną strategią rolnika jest więc niezłomna obrona swojej siedziby i zabicie koczownika. Koczownik wie o tym i będzie rabował zachowując największą ostrożność.
Natomiast w interesie koczownika leżało oczywiście ograbienie rolnika, ale nie zabicie. Pozostawiony przy życiu rolnik odbuduje wszak swoje uprawy i zdolny jest tu do wielkich wyrzeczeń. Musi więc zostać żywy, aby było co rabować w przyszłości, tym bardziej, że w miarę rozszerzania się zasięgów kultury bandytyzm staje się jedyną możliwością istnienia koczowników.
Często też koczownik w czasie napadu nie rabował wszystkiego – zostawiał rolnikowi ziarno w ilości potrzebnej do następnego zasiewu. Wiedział, że rolnik będzie cierpiał głód, a ziarna na siew nie zje. Aby zmniejszyć niebezpieczeństwo zabicia przez rolnika koczownik będzie starał się raczej go zastraszyć, zniewolić, podporządkować sobie niż rabować z użyciem bezpośredniej przemocy.
Rolnik, któremu nietrudno było wyprodukować nadwyżkę dóbr czasami godził się na okazjonalny haracz dla rabusia. Dawało mu to w miarę spokojne warunki życia i bezpieczeństwo od innych hord, które jego obłaskawiony rabuś z własnej inicjatywy tępił. Nie były natomiast możliwe żadne porozumienia między konkurującymi ze sobą hordami koczowników. Tu każde wejście sobie w drogę oznaczało walkę do całkowitego wytępienia przegrywających i zagarnięcia ich mienia, stada, kobiet i niewolników.

 

Bogowie koczowników a panteizm rolników

 

Doświadczenia wynikające z codziennego życia stają się obyczajem społeczności i utrwalają w system ideologii, mającej ten obyczaj uzasadniać i przekazywać następnym pokoleniom jako prawdę o życiu. Nietrudno sobie wyobrazić jak ten proces mógł wyglądać w koczującej ze swoim stadem hordzie, lub grupie myśliwych podążających za reniferami.
Obyczaj tworzenia społeczności hierarchicznej, o prawach i przywilejach uzależnionych od przydatności w totalnej walce z wrogiem, lub umiejętności rabowania obcych musiał wytworzyć obraz świata jako ekstrapolację obyczaju hordy. Otóż na czele świata stoi ktoś w rodzaju własnego herszta, tylko znacznie od niego potężniejszy. Arbitralnie ustanawia hierarchię ważności spraw i stanowi rękojmię oraz uzasadnienie podległych hierarchii z hierarchią hordy włącznie. Wola tego Nadherszta ma być czynnikiem organizującym świat i jedynym źródłem prawa i Prawdy. Herszt własnej hordy nie jest już teraz człowiekiem przypadkowym – jest on namiestnikiem Nadherszta na hordę i jako taki staje się czynnikiem konstytuującym tożsamość grupy. Teraz to już ze względu na Nadherszta, szafarza życia, prawa i władzy ludzie mają wyzbyć się siebie dla poddania się rozkazom herszta. Nadherszt jako wykładnia porządku całego świata konstytuuje też wszystkie inne instytucje koczowniczego porządku w świecie. Do prawidłowości świata włączona też jest praktyka wojny totalnej z konkurencyjnymi hordami, rabunkowa eksploatacja przyrody, czy zniewalanie ludów znajdujących się wg koczowniczej hierarchii zawłaszczania na najniższym piętrze świata.
Dla koczownika świat jest zasobem dóbr do zawłaszczenia, czymś, co zastaje gotowe i ma prawo zużytkować i zezwolić na zużytkowanie niższym w hierarchii, o ile oczywiście nie sprzeciwia się to woli silniejszych, czyli wyższych w hierarchii. Herszt jest suwerennym dysponentem wszystkiego co może zawłaszczyć horda, na mocy porządku świata z powołaniem się na instytucję Nadherszta, który jest władcą wszystkiego i bardzo często też stwórcą, gdyż gotowy do rozdysponowania świat stworzył On aktem woli lub posiadł w walce.
Nadherszta – instytucję Boga, jako odzwierciedlenie obyczaju hordy koczowniczej powołały w podobny sposób Germanie, Semici, i wiele azjatyckich plemion. Mitologia tych ludów daje przykład (nieomal historyczny) jak rozwijało się to w całe systemy religijne. Jako przykład podałem, częściowo znany z Biblii, mit o Kainie i Ablu. Ale wcześniej przyjrzyjmy się, jak ten proces logizacji świata na podstawie własnych doświadczeń przebiegał u ludów rolniczych.
Uzależnienie rolnika od przyrody i powodzenie związane z rozumieniem jej praw kazało mu ją szanować i przyjmować za porządek świata odkryte, lub przypuszczalne jej prawa. Sam czując się elementem przyrody przenosił na nią wiele wniosków z obserwacji dokonanych na sobie i na odwrót, uznał, że wszystko, co zaobserwował w tworach przyrody, ma naturalny wpływ na jego życie.
Na mocy tej analogii, całą przyrodę wyposażył w duchowość podobną własnej psychice. Duszę miały wszystkie zwierzęta, rośliny, pola, góry, lasy i obserwowane obiekty kosmiczne. Starał się zrozumieć duchowe własności wszystkich elementów przyrody i wchodzić z nimi w kontakty dla jakiejś potrzeby czy rozrywki. Sposób kontaktu zależał od wiedzy nt ich funkcjonowania. Czasem była to skuteczna, oparta na praktycznej wiedzy, współpraca jak przy doskonaleniu techniki uprawy ziemi, czy opanowywaniu rzemiosł, czasem tylko zaspokojenie potrzeby psychicznej oparcia się w porządku świata, kiedy to stosował magię czy rytuały obrzędowe. Zresztą większość, tych magicznych rytuałów związana była z siłami przyrody i z jej cyklami, które to przenosiły się bezpośrednio na cykliczność pracy i zbioru płodów rolnych. Ta cykliczność przyrody stanie się główną osią duchowości rolnika i ze zmiennością pór roku zwiąże on swoją obrzędowość, która ma go usposobić do przeżywania odpowiednich dla tej pory treści duchowych. Symboliką rocznego cyklu przyrody stał się zodiak, a nazwy odpowiednich gwiazdozbiorów nazwami świąt i specyficznego dla tej pory uduchowienia przyrody. W okresie górowania jakiegoś gwiazdozbioru cała przyroda, łącznie z ludźmi nastawiona była na realizację właściwych tej porze treści duchowych.
Astrologia i bogowie związani z obiektami astronomicznymi byli skutkiem przyswojenia sobie wiedzy rolników przez nie czujących przyrody koczowników, którzy tej wiedzy nadali oparcie we własnych abstrakcyjnych systemach światopoglądowych. Systemy te jednak umierały tak szybko, jak koczownicy zapominali o ich pochodzeniu od zmienności przyrody – abstrakcyjne symbole własnego światopoglądu stawały się wówczas puste i martwe. (Chaotyczna wędrówka nauczającego Chrystusa staje się logicznie uporządkowana, kiedy przyjrzymy się symbolom jej towarzyszącym. Te symbole to ułożone według porządku zodiaku nazwy gwiazdozbiorów, a treść głoszonych nauk odpowiada treści duchowej rolniczych świąt umiarkowanej strefy klimatycznej).
Dla rolnika zastany świat nie jest gotowy. Aby nadawał się do życia należy włożyć dużo pracy – przystosować przyrodę do dawania potrzebnych plonów – wspomóc jej duchy porządku, a osłabić działanie duchów chaosu i destrukcji. To jest praca twórcza, to wypełnianie swoim duchem chaosu świata. Tego dokonuje on sam, on jest więc twórcą świata, a przynajmniej tego tworzenia motorem.
To się udaje zrobić, więc poprawnie odczytuje, że duchy destrukcji są głupsze od niego i od duchów pomocnych we wprowadzaniu porządku. Wzrasta jego wiara w siebie, w zdobywaną wiedzę o świecie, wzrasta też uwielbienie dla przyrody, która, w miarę jak ją poznaje, staje się mu bardziej przyjazna.
Światopoglądy wszystkich ludów rolniczych dochodziły do jakiejś konkretyzacji powyższego panteizmu.

 

Historia pisana

 

Historia świadomości to próby znajdowania drogi do symbolicznego Edenu, sukcesy i porażki na niej – sukcesy kultury rozwijającej intelekt i pozbywającej się tabu stawianych przez popleczników uosobionej niejednokrotnie nieświadomości – porażki przyjmowania błędnych kierunków, okrutnie karane przez dysponentów ognistych mieczy. Porażki ze słabości powodowanej stresami nieufności i świadomością poprzednich porażek.
Historia polityczna to egzemplifikacje kontaktów między ludami o mentalności kulturotwórczej i zawłaszczania, czyli między duchowymi potomkami pierwotnych rolników i koczowników. Kilka relacji porządkujących prawie wszystkie wydarzenia tej historii: znajdziemy w niej formowanie się hierarchii społeczności zawłaszczania (koczowników) z właściwym jej wyścigiem szczurów i wyłanianie wewnętrznego niewolnictwa, w które popadają twórcy kultury; wojny totalne między narodami konkurującymi w próbie zawłaszczenia świata, wojny zaborcze, mające zniewolić ludy o mentalności twórczej i reakcja na nie – tępienie zaborców.
Natomiast pierwsza, trwająca od powstania dwóch konkurencyjnych mentalności do dziś – wojna samych idei była w cieniu. Dopiero wydarzenia ostatnich kilkudziesięciu lat pokazały, jej istotę i ważność. Rosnąca świadomość kulturotwórcza i demaskowanie idei zawłaszczania to wstęp do wyeliminowania koczownictwa.
Przejście od historii znanej z mitów do historii pisanej jest płynne. Zazębiają się one i nietrudno o znajdowanie przykładów w historii pisanej ilustrujących treści mitów.
Starożytny Bliski Wschód jest terenem, na którym najlepiej udokumentowany jest problem Kaina i Abla. Było tam mnóstwo plemion koczowniczych, które wędrowały ze swoimi stadami od pastwiska do pastwiska, i ich członkowie spoglądali z pogardą (ale też i z zazdrością) na ośrodki rolnicze. Z pogardą, gdyż rolnicy pracują, a praca to domena niewolników, a oni sami – ludzie wolni nie kalają się pracą na ziemi – oni mogą walczyć dla zabezpieczenia swej wolności, oni mogą znosić niewygody i ryzyko koczowniczego życia, ale nigdy nie zamieniliby swej wolności na niewolnicze przywiązanie do ziemi i pracę na niej. Z zazdrością, gdyż widzą radość życia plemion rolniczych, radość, której im nie wolno doświadczać w obawie o zanik potrzebnej w walce twardości charakterów. Nie można tym bardziej okazywać sentymentu do obserwowanej u rolników radości życia.
Takie pasterskie plemiona przetrwały do dziś w Azji i ich mentalność nie różni się od mentalności plemienia, które Abraham wyprowadził z Babilonu.
Kiedy pierwsze kultury agrarne organizowały ośrodki wysokiej cywilizacji, jak w Sumerze, Egipcie, na Krecie i innych wyspach egejskich, koczownicy byli małymi biednymi ludami, które wzbudzały litość zadowolonych z życia i siebie cywilizowanych rolników. Te kultury doszły do poziomu umysłowego na tyle wysokiego, że po zniszczeniu ich cywilizacji, dorobek ich potrafiliśmy zrozumieć dopiero pod koniec XX w. Przekaz najwyższego poziomu zrozumienia ogólnych praw funkcjonowania świata zachował się w myśli Pitagorejczyków – najdłużej przetrwałego nurtu kultur agrarnych starożytności. Być może kultury te wiedziały coś jeszcze, ale przekazów albo brak, albo ich jeszcze nie rozumiemy.
Plemiona koczownicze, kontaktując się z ośrodkami wysokiej cywilizacji, chętnie przejmowały od nich dorobek umysłowy i adoptowały do swoich potrzeb. Adoptowane narzędzia umysłowe pozwoliły im sformułować lepiej służącą im ideologię, a dorobek materialny dawał awans cywilizacyjny i przewagę nad plemionami konkurencyjnymi, które tego dorobku adoptowały mniej. Tak wzmocnione, zaczęły zagrażać ośrodkom cywilizacji rolniczych i zdarzało się, że je podbijali. Narzucali wówczas swój porządek, przejmowali jednak dorobek podbitych kultur, uzyskiwali też efekty zawłaszczanej pracy podbitego ludu i mogli zlecać mu realizację im potrzebnych zadań. Powstała w ten sposób nowa cywilizacja była mniej efektywna kulturowo, natomiast rozwijała materialne i duchowe narzędzia zawłaszczającej polityki koczowników.
Do VI w. p.n.e. przeważały jednak ludy agrarne, ale właśnie w tym wieku nastąpił zwrot. W kilku miejscach na raz koczownicy sformułowali swoje prawo, tradycje i wytworzyli religie, które wzmocniły zwartość ich plemion, pozwoliły na zmarginalizowanie idei kulturotwórczych i zmonopolizowały myślenie o świecie. Dało to w efekcie przejęcie przez koczowników władzy politycznej i duchowej w całym tym regionie.
W Indiach występuje Budda i nadaje agrarnej kulturze wedyjskiej charakter będący odpowiednikiem późniejszego chrześcijaństwa. W Izraelu ma miejsce Wielkie Czytanie, praca redakcyjna ustalająca treść mitów, które pozbierali Żydzi w trakcie wielowiekowych wędrówek po świecie. Ustalenie to ma postać ortodoksyjnej ideologii koczownika, wszelkie przekazy zostały do tej ideologii przystosowane, i uznane za jedyne możliwe do rozpowszechniania, a nie pasujące do doktryny zakazane.
W Grecji mamy Sokratesa. Jest on może nie tyle twórcą ideologii jak założyciele kultów, ile postacią przełomową, która symbolizuje długotrwały proces upadku kultury greckiej zapoczątkowany najazdem achajskim. Grecję wówczas opanowuje wyartykułowana przez Sokratesa filozofia personalistyczna (odmiana ideologii koczownika dla ludów mających być niewolnikami) i Grecja popada w uzależnienie przy okazji pierwszej nadarzającej się wojny.
Do Italii przypływa małe koczownicze plemię Latynów, aby niedługo podbić Etrusków i zbudować Imperium. Inne plemiona semickie budują Kartaginę, która jest nie tyle państwem co organizacją – kartelem handlowym. Koczownik opanowuje cały obszar śródziemnomorski i zaczynają się nieuchronne wojny totalne o tereny wypasu, którymi jest już teraz hegemonia nad innymi ludami. W wyniku tych wojen odchodzą w zapomnienie pokonani i wytępieni słabsi konkurenci do zawłaszczania świata, a na arenie zostają dwa największe imperia: Rzym i Kartagina. Ale oba przetrwać nie mogą i po trzech rujnujących obie strony okrutnych wojnach Kartagina upada i ślad po niej natychmiast ginie. Rzym zostaje na arenie sam.
Gdy jednak Etruskowie i inne kulturotwórcze ludy zostaną zepchnięte na margines, a ich kultura zaniknie, w Imperium zabraknie warstwy państwowotwórczej i stanie się klasyczną, coraz to bardziej stromą hierarchią. Państwo z ogromną rzeszą ludzi pozbawionych znaczenia i zepchniętych na margines stało się łatwym łupem degenerującej do reszty idei chrześcijańskiej, która dokonała ostatecznego rozkładu i spowodowała atrofię państwa. (Dobrze to opisuje art. w „Zadrudze” nr 1/1939 „Światopogląd na eksport”) Rozkład państwa jest tak głęboki, że stolicę Imperium, milionowe miasto opanowuje, praktycznie bez walki trzystuosobowa wataha półdzikich, nie mających pojęcia o strategii Gotów. Na wschodzie przetrwa jeszcze przez kilka wieków Konstantynopol, utrzymujący się siłą niewygasłej jeszcze do końca kultury helleńskiej, ale chrześcijaństwo powoli rozmyje i te resztki kultury oddając rozsypane do końca Cesarstwo wyrosłemu w pobliżu nowemu koczownikowi, Turkom. Resztkami Cesarstwa Zachodniego podzielą się Germanie i Arabowie.
Arabowie, też koczownicy, formułowali swoją doktrynę w piątym wieku n. e. Znali już doświadczenia swoich pobratymców – Żydów, znali historię walczących ze sobą imperiów i ich upadki. Znali też już użyteczność takiej idei jak chrześcijaństwo, która pozwala na utrzymywanie ludzi w podległości mocą rozkładającego systemu wartości, zamiast ucisku politycznego. Znali też historię Rzymu, któremu zabrakło warstwy związanej z państwem. Dołożyli więc starań aby spisane przez nich Słowo Proroka było czytelnym dla wszystkich systemem prawnym, z czytelnymi i nieodwołalnymi sankcjami za sprzeniewierzanie się mu. Dla hierarchicznej struktury koczowników, taki silny system utrzymywania posłuchu w hierarchii był kwestią jej przeżycia. Arabom udało się też przejąć Aleksandrię, najważniejszy ośrodek kultury helleńskiej, co prawda już bez biblioteki, którą spalił biskup Teofil, ale z ludźmi na tej kulturze wyrosłymi. Jak w takich przypadkach bywa, adoptowali ją jako ornament swojego Imperium, a że podobała się, to pozwolili w niektórych dziedzinach na jej rozwój. Dzięki Arabom dorobek umysłowy greckiego antyku przetrwał przez najciemniejsze wieki chrześcijaństwa, i kiedy Arabowie ulegli w końcu silniejszemu koczownikowi, to uciekając do Europy przywieźli ten dorobek, i dał on początek Renesansowi.
Germanie jeszcze przed opanowaniem rzymskiego imperium mieli wykształconą mentalność koczownika tak w sferze stosunków wewnętrznych, w stosunku do pracy i walki, jak i w postępowaniu, w podbojach i wojnach z konkurentami. Tacyt pisząc o Germanach, daje szczegółowy opis ich mentalności i obyczajowości. Jest to obraz hordy koczowniczej w czystej postaci. Pisząc o nich stawia ich za wzór Rzymianom, i stara się aby patrząc na Germanów odbudowali widoczne u nich „cnoty”, które posiadali kiedyś Latynowie. Germanie jeszcze przez tysiąc lat po oglądaniu ich przez Tacyta nie zmienią obyczajów i mentalności. Snorli Snorluson, piszący w XIII w. Heimskringlę, a właściwie redagujący ustne przekazy historii Norwegii, daje obraz życia Wikingów, który nie odbiega od szkicu Tacyta. Heimskringla jest o tyle dziełem ważnym, że zawiera i porządną faktografię i szczerość komentarzy, a najważniejsze, zawiera precyzyjnie oddany sposób rozumowania Wikingów – jedyne pisane źródło o tym charakterze dotyczące ludu o sterylnej, pierwotnej jeszcze mentalności koczownika.
W międzyczasie jednak inni Germanie, ci co u progu średniowiecza przyszli ze Skandynawii na kontynent europejski i wbili się między Słowian a Celtów, tworzą Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego. Poznając historię Rzymu poczuli się, zgodnie ze słowami Tacyta, pełnoprawnymi spadkobiercami duchowymi Imperium Romanum, wobec zniszczonego przez chrześcijaństwo dawnego społeczeństwa Rzymu. Chrześcijaństwo, które przyjęli za oficjalną ideologię państwa, nie stało się jednak dla nich regułą życia. Wzorem koczowniczych Żydów uznali natomiast, że chrześcijaństwo jest wspaniałym instrumentem utrzymywania w posłuchu podbitych ludów, z wielkim zapałem wprowadzali je nie szczędząc mieczy i krwi opornych w przyjmowaniu jedynie słusznej religii. Chrześcijaństwo stało się też pomocne w uzasadnianiu podbojów, jako że koczownik musi mieć na uzasadnienie swojej polityki jakiś abstrakt ustanawiający hierarchię i uzasadniający politykę. Sami jednak rycerze, nawet należący do zakonów, byli ponad normatywami chrześcijaństwa – byli oni wszak biczem bożym i im przysługiwały prerogatywy wykonawcy nie potrzebującej uzasadnień woli bożej, a ją rozumieli zgodnie z interesem ich świętej, a więc błogosławionej przez Boga hierarchii. Nastają krucjaty. Różny jest ich skutek, gdyż dużo rycerstwa ginie, a zanim odtworzy się hierarchia nowego rycerstwa z warstw zepchniętych na doły społeczne musi minąć sporo czasu. Cnoty chrześcijańskie, aczkolwiek nie dotyczą rycerstwa (ono ma jeszcze kodeks wojownika wywodzący się od Odyna), wpajane są niższym warstwom społeczeństwa i powodują osłabianie wydajności cywilizacyjnej całego Cesarstwa.
Po zajęciu całej Europy Zachodniej i sporadycznych wyprawach do Ziemi Świętej Cesarstwo łakomie patrzy na ziemie Słowian. Podbój jednak nastręczał wiele trudności, gdyż Słowianie wyposażeni w mentalność agrarną są silni wewnętrznie i potrafią skutecznie bronić swoich siedzib. Słowianie, nie budujący imperiów nie znają jednak taktyki oszustw politycznych, stosowanych i rozwijanych przez koczowników od pierwszych potyczek hord, a udoskonalonych przez cesarstwo i papiestwo w ramach sprawowania kontroli nad olbrzymim imperium. Divide et impera. Ta taktyka przynosi rezultaty. W społeczeństwach agrarnych, także u Słowian zdarzają się ludzie gorszego gatunku nie potrafiący sprostać wymagającej filozofii życia, i z tego powodu sfrustrowani. Do nich trafiała propaganda chrześcijańska i oni stawali się przyczółkiem do którego Kościół i Cesarstwo mogło się odwoływać. Tak było np. z naszym, nie mogącym sobie zdobyć pozycji zaspokajającej jego ambicje, Mieszkiem. Przyjęcie chrześcijaństwa i związek z Cesarstwem spycha Polskę w obręb polityki niemieckiej. Dzięki polskiej pomocy Cesarstwo opanowuje Słowian Zachodnich, a że nie chcą przyjąć niewolniczej religii krzyża, zostają praktycznie wytępieni. Niedobitki zostają wchłonięte przez koczownicze społeczeństwo germańskie, albo zasilają poddaną chrześcijaństwu jego najniższą warstwę. Niedługo potem, w czasie odnowy kulturowej Polski Niemcy wykorzystają Ruś do pobicia wojsk Masława i oddania nas pod wpływy Cesarstwa. Pacyfikacja kraju czyni takie szkody, że przez kilka wieków, aż do Renesansu Polska nie może odbudować silnej państwowości, a kultury nie odbudowała do dziś. To pozwala Germanom stosować tę taktykę dalej i dzięki niej w Polsce zagnieżdża się zakon krzyżacki. Mająca rozprzestrzenić władzę Cesarstwa i papiestwa, decydująca o tym krucjata na Litwę ponosi klęskę z powodu odmowy w niej udziału przez Polskę. Polska stojąca tam, gdzie jest jej miejsce – po stronie pogan, jednocząca politycznie i militarnie wszystkich Słowian odnosi zwycięstwo pod Grunwaldem i wydaje się, że ten odkryty, właściwy kierunek polityki Słowian będzie kontynuowany. Odwracające hierarchię wartości chrześcijaństwo ma jednak w Polsce dużą siłę i rozmywa próby wygenerowania własnej ideologii i własnej polityki.
W międzyczasie powstają nowe germańskie państwa koczownicze, toczą ze sobą totalne wojny i osłabiają się nawzajem. Pobite przez nich ludy jednak trwają i w dogodnych momentach odbudowują nieco kultury. Proces ten jednak jest nieefektywny, gdyż narzucone chrześcijaństwo demoralizuje ludzi, a koczownicza struktura marnotrawi efekty pracy wszystkich i talenty wybitniejszych jednostek.
Po Renesansie następuje osłabienie Kościoła i prawie całkowity rozkład jego ideologii. Germanie wówczas oficjalnie zrywają z chrześcijańskimi cnotami i powołują protestantyzm, który formalnie tylko jest odłamem chrześcijaństwa, a praktycznie bliższy jest żydowskiej idei Narodu Wybranego. Protestantyzm też konsekwentnie sięga bardziej do Starego Zakonu, a każącą być niewolnikiem prawdę Nowego Testamentu odsuwa na margines.
Ludy słowiańskie i częściowo Celtowie, nie akceptują zawłaszczającej ideologii niesionej przez Protestantyzm. Reformację pojmują po swojemu i próbują zmieścić w ramach ornamentacji zewnętrznych form chrześcijaństwa sobie właściwe, pamiętane jeszcze pojęcia ich świętości i kulturotwórcze zasady moralne panteizmu. Pod Białą Górą giną Czesi i husytyzm. U nas prawie wygrywa własna wersja reformacji, ale w ostatniej chwili Rzym, poprzez specjalnych agentów, dowodzonych przez Commendoniego i Hozjusza paraliżuje secesję narodowego kościoła i nasza szansa przepada. Katolicyzm wygrywa, nadchodzą najciemniejsze wieki w naszej historii, a resztę rodzimych pomysłów na reformację, w tym najbardziej światły jej nurt – Arian, zniszczymy sami.
Słowianie obrządku bizantyjskiego są w lepszej sytuacji. Prawosławie jest, co prawda, tak samo jak katolicyzm obezwładniające duchowo, ale nie ma tu niszczenia rodzimej kultury, a penetracja przez Germanów bardzo utrudniona. Zachowują więcej świadomości siebie i mogą kultywować sporo cech właściwych kulturotwórczej etyce agrarnej. Ruś co prawda popada w niewolę koczowników ze wschodu, ale wychodzi z niej wzmocniona o znajomość ich polityki i dzięki temu jest skuteczniejsza w obronie przed oszustwami polityki Germanów i potrafi rządzić utrzymując Wschód, na którym żyją ich dawni okupanci.
XX w. porządkuje sytuację na świecie. Dokonuje głębokich polaryzacji postaw. Robi się ciasno, a to bardziej uwidacznia różnice i zaostrza konflikty, przygotowując ostateczne rozstrzygnięcie zmagań rolnika z koczownikiem. To już zobaczy wiek XXI, bo w tym już nie ma czasu, mimo, że wszystko już przygotowane.
Stan tych przygotowań widzimy w codziennych obserwacjach świata – radykalizacja totalizmu współczesnej polityki usiłującej utrzymać walący się porządek koczowniczy i narastanie oporu w powstających, coraz to nowych ogniskach oraz wzrost ich świadomości jako twórców nowej kultury.

 

Zdzisław Słowiński
ZB 9(167), listopad 2001
Źródło: http://prawia.org/artykuly/historia_swiadomosci.html