Posts Tagged ‘Adolf Hitler’

Kolektywna Konspiracja – Edward Griffin – napisy PL

 

Nazywam się Ed Griffin, jestem pisarzem. W swoich książkach poruszam kontrowersyjne tematy. Sądzę, że to bardzo ważne książki. Zajmuję się tematami takimi jak historia bankowości, zagadnienia związane ze zdrowiem, ONZ i polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych. Tematy te budzą w ludziach emocje, ponieważ mam zdecydowane poglądy. Uważam jednak siebie za badacza, staram się też być historykiem najlepiej jak potrafię. Zajmuję się więc w głównej mierze faktami, nie opiniami. Param się tym przez większą część swojego dorosłego życia. Zacząłem się interesować tego rodzaju zagadnieniami w 1959 roku. W 1960 roku całkowicie mnie już pochłonęły. Porzuciłem pracę w dużej firmie ubezpieczeniowej i zająłem się w pełnym wymiarze godzin pisaniem oraz wypowiadaniem się na te tematy.

Rozwój ruchu Tea Party i paradygmat lewica-prawica są w jakimś sensie powiązane, a jednak stanowią w dużym stopniu odrębne wątki intelektualne. Uważam, że w pierwszej kolejności należy omówić i zrozumieć na czym polega paradygmat lewica-prawica. Większość z nas, w tym z pewnością również i ja, wychowuje się w przekonaniu, że trzeba wybrać – przynajmniej, jeśli się jest inteligentnym – między opowiedzeniem się po prawej stronie a opowiedzeniem się po lewej stronie sceny politycznej. Trzeba mieć określone poglądy polityczne. Gdy byłem młodszy, myślałem, że ekstremalna prawa strona to coś jak faszyzm lub nazizm, a ekstremalna lewa strona to oczywiście komunizm lub socjalizm tylko trochę odbiegający od komunizmu. To był paradygmat, którego mnie nauczono i który w tamtym czasie zdawał się mieć sens. Jednak kiedy bardziej zainteresowałem się tymi zagadnieniami i dowiedziałem się o nich więcej, zacząłem sobie uświadamiać, że podstawowa filozofia między tymi tak zwanymi ekstremalnymi lewicowcami, czyli komunistami i socjalistami, a tak zwaną filozofią po prawej stronie wyznawaną przez faszystów i nacjonalistów, jest w istocie jednakowa. Jak to możliwe? Przecież powinny być swoimi przeciwieństwami. Później zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, że istnieje coś wspólnego dla tych wszystkich filozofii, co zostało pominięte w mojej edukacji. To była ideologia kolektywizmu. Zacząłem sobie uświadamiać, że rzeczą wspólną dla nich wszystkich jest coś, co się nazywa kolektywizmem. To słowo nie jest dziś zbyt poprawnie używane, nie ma go współcześnie w słowniku większości ludzi. Odkryłem jednak, że jakieś sto lat temu było bardzo powszechne. Ludzie dużo pisali o kolektywizmie. Jego przeciwieństwem jest indywidualizm. To dwa słowa, które dzisiaj są w pewnym sensie zapomniane, ale moim zdaniem powinny wrócić do łask, powinno się je zrozumieć i częściej używać. Uświadomiłem sobie, że komunizm i faszyzm, czyli tak zwane przeciwieństwa, są po prostu rodzajami kolektywizmu. Są tą samą rzeczą. Według obu tych ideologii grupa jest ważniejsza niż jednostka, jednostkę trzeba w razie konieczności poświęcić w imię wyższego dobra większej liczby. Pełnia władzy powinna należeć do państwa, a ludzie powinni być posłuszni państwu w imię wyższego dobra większej liczby i tym podobne. Według obu ideologii prawa przyznaje państwo. Nie są częścią istoty ludzkiej, nie są dane przez Boga, nie są utrwalone w ciele i duszy człowieka. Muszą być nadane przez państwo. Wszystkie te ideologie, kiedy się je analizuje jedną po drugiej – komunizm i faszyzm, nazizm i socjalizm – one wszystkie na tym polegają. Skąd więc bierze się konflikt? Zacząłem się nad tym zastanawiać. Zdałem sobie sprawę, że to w jakimś sensie oszustwo – właściwie to sądzę, że ogromne oszustwo, wielka ściema, ponieważ ludzie nawet dzisiaj myślą, że muszą wybierać między prawą a lewą stroną, nie zdając sobie sprawy, że niezależnie od tego co wybiorą, akceptują zasadniczo tę samą, leżącą u podłoża ideologię. Prawdą jest, że przywódcy tych grup – Stalinowie tego świata, Adolfowie Hitlerowie tego świata, Mao Zedongowie tego świata i tak dalej – że przywódcy tych grup reprezentujący lewą lub prawą stronę, że będą się  nawzajem zwalczać, że będą prowadzić ze sobą wojny, wielkie bitwy, jakie widzieliśmy podczas Drugiej Wojny Światowej. Ale z jakiego powodu walczą? Ideologii? W żadnym wypadku, ponieważ się co do niej zgadzają. To o co walczą ze sobą to dominacja. Kto będzie rządził? Tylko z tego powodu walczą. Kiedy zrozumie się tę historyczną prawdę, nietrudno zauważyć, że to samo dzieje się nawet dzisiaj, a już na pewno dzieje się w amerykańskiej [polskiej] polityce. Mamy lewą i prawą stronę, w pewnym sensie uosobione dzisiaj w Partii Republikańskiej reprezentującej z założenia prawą stronę i Partii Demokratycznej reprezentującej z założenia lewą stronę. A zatem jest wybór, prawda? Dlaczego więc, skoro istnieje wybór, przechodzimy od Republikanów do Demokratów, a po czterech latach wracamy znów do Republikanów? Wciąż to robimy, robimy to od końca Pierwszej Wojny Światowej. Jak to jest, że nasz kraj podąża ciągle w tym samym kierunku, głębiej i głębiej w kolektywizm, niezależnie od tego która partia jest u władzy, ponieważ obie wierzą w kolektywizm, ponieważ obie wierzą w wielki rząd. Ich slogany są inne, ich przywódcy są różni, a biedny wyborca, który próbuje się w tym wszystkim rozeznać, pada ofiarą oszustwa, przekrętu, wpada w pułapkę. Sądzę, że to ważna rzecz, którą trzeba zrozumieć – to, że paradygmat lewica-prawica jest politycznym oszustwem, który bardzo opłaca się tym, którzy wiedzą co robią. Faktem jest, że zarówno Partia Republikańska, jak i Partia Demokratyczna pozostają w rękach stosunkowo niewielkiej grupy liczącej około 4 tysięcy członków, znanej jako Council on Foreign Relations. To są ludzie, którzy tak naprawdę pociągają za sznurki zarówno w Partii Republikańskiej, jak i w Partii Demokratycznej. Pisano nawet na ten temat. Facet o nazwisku Carroll Quigley, były profesor historii na Uniwersytecie Georgetown – nawiasem mówiąc mentor Williama Clintona, kiedy Clinton studiował na tej uczelni – napisał kilka książek o tej grupie, o pochodzeniu tych ludzi, o tym, że mają korzenie w Europie, w szczególności w Anglii. W jednej ze swoich książek zawarł bardzo interesujące stwierdzenie, że ok, tak wygląda prawdziwy świat, jak to jest, że my, kolektywiści, my, elita, jak możemy rządzić światem, gdy jednocześnie chcemy, żeby przeciętny człowiek myślał, że żyje w „demokracji”, że żyje w ustroju, w którym jego głos ma znaczenie, w świecie, który pozwala mu myśleć, że ma obowiązek tworzyć własne polityczne przeznaczenie. To jest pieczołowicie pielęgnowany mit, który politycy chcą stworzyć, żeby ludzie byli zadowoleni, żeby bez względu na to, co im się przydarza, powiedzieli: „Cóż, ja na nich zagłosowałem” lub „Ja to sprawiłem” lub „Ten rząd to mój rząd. Niezależnie od tego, jak jest zły, ja jestem za to odpowiedzialny”. Dopóki ludzie mają właśnie takie spojrzenie na tę kwestię, nie skarżą się tak bardzo na zły stan rzeczy, ponieważ sami go spowodowali – tak przynajmniej sądzą. Tak więc Quigley zajmuje się kwestią jak można pozwolić ludziom myśleć, że kierują własnym politycznym przeznaczeniem, podczas gdy w tym samym czasie my, elita, kierujemy ich politycznym przeznaczeniem, a oni o tym nie wiedzą. Jak to zrobić? Quigley podaje błyskotliwą odpowiedź. Twierdzi, że to bardzo proste. Muszą istnieć dwie główne partie polityczne. Obie muszą mieć te same nadrzędne cele, te same podstawowe, fundamentalne zasady. Partie te powierzchownie dla użytku publicznego będą się ze sobą kłóciły przy użyciu sloganów, koncepcji przywództwa, stylu i tym podobnych, ale to my będziemy kontrolować je obie. To jest właśnie ta strategia. To jest to całe oszustwo skrywające się za paradygmatem lewica-prawica. Jeśli zrozumiesz historię, jeśli zrozumiesz tę rzeczywistość, wtedy będziesz mógł powiedzieć, „Tak, mamy lewą [lewicę] i prawą stronę [prawicę], ale to są po prostu przeciwne strony tego samego obrzydliwego medalu, a ten medal nazywa się kolektywizm”. Jak to się odnosi do współczesnego ruchu Tea Party? Ruch Tea Party wydaje się bardzo autentycznym, spontanicznym ruchem, zapoczątkowanym przez ludzi niezadowolonych zarówno z rządu Busha, jak i z kandydatury Obamy. Nie podobało im się ani jedno ani drugie. Byli to ludzie, którzy rozumieli mniej więcej – choć może nie pod względem intelektualnym czy historycznym – że w obu partiach obecny jest kolektywizm. Na pewno rozumieli, że coś jest nie tak. Nie chcieli, żeby ten stan rzeczy trwał dłużej. A więc ruch Tea Party… Pomyślmy o tym, co to znaczy? Cofamy się do historycznego epizodu, kiedy osadnicy wrzucili skrzynie z herbatą do Zatoki Bostońskiej w ramach protestu przeciw podatkom, ograniczeniu swobód i Ustawie Stemplowej i tak dalej, czyli działaniom Brytyjczyków wymierzonym przeciwko koloniom. Tak więc ruch Tea Party był tak naprawdę buntem przeciwko potężnemu rządowi, niezależnie od tego, z którego obozu się wywodził, czy z Partii Republikańskiej, czy z Partii Demokratycznej. Niedługo trwało, zwłaszcza, kiedy ruch Tea Party zaczął nabierać rozpędu… Miałem zaszczyt dobrze się temu przyjrzeć, ponieważ zostałem zaproszony do uczestnictwa w tych wydarzeniach, które działy się na samym początku. Pamiętam pierwsze wydarzenie, na które poszedłem – było na nim może kilkaset osób, ale wszyscy byli oddani zasadom, które uczyniły ten kraj tak wspaniałym. Nie miały one nic wspólnego z Republikanami ani z Demokratami, ale z filozofią polityczną, ideą ograniczonego rządu i władzy w rękach ludzi, a nie rządu. Tak więc na początku obserwowałem tę niewielką grupę, a potem, w ciągu kolejnych kilku lat, grupa ta rosła i rosła aż wreszcie powstał bardzo duży ruch i już na tym etapie partie polityczne, przywódcy również, ale przede wszystkim partie polityczne, zaczęły mu się bardzo uważnie przyglądać. Politycy powiedzieli, „Zaraz zaraz, to jest coś, co my powinniśmy robić”, ponieważ są ekspertami od aranżowania ruchów i pozwalania ludziom myśleć, że to ich ruch. To był autentyczny, spontaniczny ruch obywatelski, który na początku nie miał nic wspólnego z partiami politycznymi. Przywódcy dwóch głównych partii nie mogli na coś takiego pozwolić, więc dokładnie się temu przyjrzeli i demokraci uznali, że nie odpowiada im natura i slogany ruchu Tea Party i zaczęli go atakować. Starali się zrobić z członków tego ruchu zgraję idiotów, świrów i szajbusów. Republikanie z kolei pomyśleli, „Hmm, to coś, co możemy wykorzystać”. Zaczęli więc wchodzić w ten ruch najlepiej, jak potrafili i próbowali go przejąć. To był ich cel – przekabacić ruch Tea Party na swoją stronę. Dziś ten proces jest w dalszym ciągu w toku. Wciąż trwają bardzo usilne próby przeniesienia ruchu Tea Party na front republikański. Przykro mówić, ale mają w tym pewne sukcesy, w głównej mierze dzięki znanym osobom, które są blisko związane z Partią Republikańską. Mówię oczywiście o kandydatce Sarze Palin, która jest od początku do końca republikanką i świetnie reprezentuje obraz prawej strony, pasuje do niego idealnie, jest doskonałą prawicową kolektywistką z Partii Republikańskiej. Potrafi wygłaszać przemówienia pełne zapału, emocji i treści kierowane przeciwko tym złym lewicowcom, demokratom o ekstremalnych poglądach. Dobrze sobie z tym radzi. Wszystko, co mówi jest prawdą, ale przeciwko złym prawicowcom nie przemawia, ponieważ sama należy do tej grupy. Jej misją nie jest odbudowa podstawowych zasad w Ameryce, ale przywrócenie do władzy Republikanów. To jest jej misja. No i oczywiście mamy ludzi takich jak Glenn Beck, za którym stoi władza w postaci Fox Broadcasting System. Ogromna władza. Beck też zawsze wygłasza pełne zapału, przekonania i treści przemówienia  przeciwko tym złym lewicowym demokratom. Nie ma nic złego w tym, co mówi. Złe jest to, czego nie mówi. Nigdy nie atakuje nikogo z Partii Republikańskiej. Mamy ludzi takich jak Rush Limbaugh, który jest bardzo dobry w ujawnianiu prawdy o demokratach, w odkrywaniu absurdów filozofii lewicowej, ale nigdy nie powie niczego złego o prawicowcu ani o Republikaninie. Tak to właśnie wygląda. Ma się rozumieć, po stronie demokratów dzieje się to samo, jest ten sam zespół, kibice i gracze, którzy pracują razem. Przeciętny wyborca znajduje się w samym środku tego wszystkiego i nie ma najmniejszego pojęcia co się dzieje. Sądzi po prostu, że debata polega na tym, że musi wybrać na kogo będzie głosować, na Republikanów albo na Demokratów. Jak długo wyborcy pozostają w tej roli, są niczym piłeczka tenisowa w czasie meczu. Przerzuca się ich tam i z powrotem przez siatkę, najpierw na prawo, potem z powrotem na lewo i znów na prawo, od Republikanów do Demokratów. Gra trwa bez końca. Chociaż jest możliwe, że któryś gracz wygra, piłeczka tenisowa nigdy nie zwycięży w tej grze. Myślę, że nadszedł czas, żeby ludzie przestali być piłeczkami tenisowymi i całkowicie wycofali się z tej gry.

Istnieją pewne kwestie, o których ludzie po lewej stronie i po prawej stronie w amerykańskiej polityce nigdy nie rozmawiają. Powodem, dla którego o nich nie rozmawiają jest to, że się wzajemnie zgadzają. Demokraci i Republikanie zgadzają się w pewnych kwestiach, więc nie chcą ich poruszać w publicznej debacie, ponieważ to ujawniło by fakt, że obie partie są zasadniczo takie same. Rozmawiają tylko o tych zagadnieniach, co do których się nie zgadzają. Okazuje się, że kwestie, w których się zgadzają, to kwestie najważniejsze. Kwestie, w których się nie zgadzają, mają relatywnie niewielkie znaczenie. Rzeczą, co do której się zgadzają jest na przykład nasza polityka zagraniczna. Obie zgadzają się, że ostatecznym pożądanym celem jest uczynienie ze Stanów Zjednoczonych światowego rządu, nie jakiegokolwiek światowego rządu, lecz światowego rządu opartego na modelu kolektywizmu, innymi słowy wielkiego, potężnego, scentralizowanego światowego rządu. Gdyby miał to być światowy rząd oparty na zasadach wolności – wolności wyboru, wolności kultury, niewielkiej lub zerowej interwencji w życie normalnych istot ludzkich – mogłaby to być wspaniała rzecz, ale nie taki światowy rząd lewa i prawa strona mają na myśli. Mówią o totalnym światowym rządzie, w którym wszystkie najważniejsze decyzje podejmuje rząd, a ludzie na dole żyją zasadniczo w społeczeństwie feudalnym, są służącymi i chłopami. To wysokiej klasy technologiczny feudalizm. Zarówno lewa, jak i prawa strona zgadzają się, że to jest ostateczny cel, więc nigdy nie rozmawiają na ten temat w publicznej debacie. Inną kwestią, co do której się zgadzają jest dominacja systemu bankowego w naszej gospodarce i w dużym stopniu również w naszej polityce. Obie partie są zgodne, że banki pełnią nadrzędną rolę, że banki trzeba chronić, że banki trzeba finansować, że trzeba je ratować z problemów finansowych, że nie można im pozwolić zbankrutować. Kiedy banki udzielają złych kredytów krajom trzeciego świata albo kiedy udzielają złych pożyczek wielkim korporacjom, zarówno Republikanie, jak i Demokraci zgadzają się, że muszą wkroczyć z pieniędzmi podatników – uzyskanymi albo z podatków albo z inflacji – i uratować banki. Obie partie zgadzają się, że należy to robić dając pieniądze wielkim korporacjom i krajom trzeciego świata, żeby mogły nadal płacić bankom raty odsetkowe. Tak więc to są dwie najistotniejsze kwestie, przed którymi stoimy. Okazuje się, że Republikanie i Demokraci zgadzają się co do nich. Jeśli ktoś chce, może dodać trzeci temat, którym jest nasza rola na Bliskim Wschodzie. Obie partie na przemian mówią, że zakończymy tę wojnę na Bliskim Wschodzie, sprowadzimy nasze wojska do domu i tak dalej, ale to tylko retoryka. Przechodzimy od jednej partii do drugiej, a wojna wciąż trwa, wojna się rozwija, finansowanie wojny trwa. Mamy więc trzy główne problemy, być może najważniejsze ze wszystkich, i nie ma debaty między Republikanami a Demokratami w temacie co należy w tych kwestiach zrobić. Może istnieć debata pod względem retoryki i przemówień, ale kiedy przychodzi czas na głosowanie w kongresie, nie istnieje między nimi żaden podział. Już samo to powinno najdobitniej wskazywać jak wygląda dziś rzeczywistość polityczna. Każdy, kto ma otwarte oczy jest w stanie dostrzec ten fakt przyglądając się jedynie tym trzem kwestiom.

Naprawdę uważam, że kiedy Ron Paul ubiegał się o stanowisko prezydenta i ku zdumieniu wszystkich uzyskał tak duże poparcie, pomimo przeszkód, jakie przed nim stawiano i pomimo całkowitego braku zainteresowania ze strony głównych mediów, do tego stopnia, że był praktycznie nieznany wielu ludziom… Nawiasem mówiąc, sądzę, że gdyby media poświęciły mu choć w przybliżeniu tyle samo uwagi, co Republikanom i Demokratom – mam na myśli kandydatów w starym stylu z Partii Republikańskiej i Demokratycznej – prawdopodobnie zostałby prezydentem.

Tak czy inaczej, to był w pewnym sensie fenomen, że ktoś bez poparcia elity władzy, kto mówił tak jasno o wielu kwestiach – o tych właśnie kwestiach, o których my mówiliśmy, czyli o wojnie, gospodarce, ratowaniu banków, o Systemie Rezerwy Federalnej i o kwestii narodowej suwerenności – to są zagadnienia, których Republikanie i Demokraci reprezentujący główny nurt nie chcą poruszać, ponieważ się co do nich zgadzają. Ron Paul nie zgadzał się z tym, co robiły Partia Republikańska i Partia Demokratyczna i mówił o tym. Fakt, że pomimo tego, że był jedynym, który mówił o tych kwestiach, zyskał takie poparcie, przekonuje mnie, że w Amerykanach jest uśpiona moc, uśpiona świadomość, czekająca tylko na obudzenie. Sądzę, że ci, którzy kontrolują system dwupartyjny bardzo się tego boją. Nie chcą, żeby Amerykanie się ocknęli i dlatego tak ciężko dziś pracują, aby nałożyć kontrolę na Internet, ponieważ przekaz Rona Paula był rozpowszechniany przede wszystkim przez Internet, nie przez główne kanały komunikacji. Dziś obserwujemy więc nieustanne starania ze strony polityków reprezentujących dominujący nurt, którzy obmyślają różne sposoby, różne powody, różne preteksty, aby nałożyć kontrolę na Internet. Wymyślili na przykład wprowadzenie licencji, tak że ludzie nie będą mogli nawet założyć bloga bez licencji od rządu. Chcą nałożyć filtry na wyszukiwarki, żeby nie można było wyszukiwać pewnych wyrazów i tak dalej. Myślę, że w ten sposób, podejmując próby takich działań w naszym kraju, w dużym stopniu naśladują to, co już się dzieje na przykład w Chinach. Podziwiają system działający w Chinach. Politycy w Ameryce, choć wypowiadają się z pogardą o zamkniętym społeczeństwie Chin, robią wszystko co mogą, żeby naśladować Chińczyków. Jest to jeden z przejawów rzeczywistości, któremu powinniśmy się przyjrzeć. Co to oznacza dla przyszłości? Uważam, że dopóki Internet pozostaje otwarty i wolny, jego oddziaływanie jest bardzo korzystne, ponieważ w końcu mamy możliwość odcięcia się od mediów głównego nurtu. Ale z drugiej strony myślę, że jeśli rządy na świecie, a w szczególności nasz własny rząd, że jeśli uda im się nałożyć ograniczenia prawne i kontrolę na Internet, to obawiam się, że szanse na ruch jednostki przeciwko elicie władzy będą istotnie bardzo znikome.

Sądzę, że wprowadzenie człowieka do Białego Domu nie jest tak ważne jakby się początkowo zdawało. Właściwie to sądzę, że to jest niemal przeciwskuteczne, ponieważ jak długo skupiamy się na wprowadzeniu człowieka do Białego Domu, istnieje zasadnicze założenie, że to wszystko, co musimy zrobić. Taka jest natura Amerykanów. Chcą szybkich i prostych rozwiązań problemów. Chcą wiedzieć na kogo będziesz głosował. I tyle. To dlatego, że myślą, iż spełniają swój obywatelski obowiązek idąc do głosowania raz na 2 lata i być może poświęcając 20 minut na stawianie znaczków na kawałku papieru. Po wszystkim mogą powiedzieć, „W porządku, spełniłem swój obowiązek, ochroniłem swój kraj”. To nie działa w ten sposób, ponieważ decyzje zapadają zanim pójdziesz do głosowania i napiszesz ołówkiem te znaczki na kartce. Kandydaci już zostali wyselekcjonowani. Pytanie brzmi: kto wybiera kandydatów, na których ludzie głosują? Kto kształtuje kwestie, na które ludzie głosują? Głosowanie nic nie znaczy. Wszystko jest załatwione już przed tym etapem. Dopóki ludzie rozumują w kontekście na kogo będziemy głosować, jakiego człowieka wprowadzimy do Białego Domu, patrzą w złym kierunku, nie zdają sobie sprawy z wymiaru problemu. Nie twierdzę, że nie powinniśmy mieć odpowiedniego człowieka w Białym Domu, to może być bardzo ważne, twierdzę natomiast, że mamy przed sobą znacznie większe zadanie. Ludzie muszą stać się aktywni w polityce, muszą stać się aktywni w swoich społecznościach, muszą rozpowszechniać poglądy i współtworzyć opinię publiczną oraz świadomość dotyczącą najważniejszych zagadnień, tak, aby było możliwe wybranie odpowiedniego człowieka. Ron Paul prawdopodobnie zyskałby większe poparcie, gdyby ludzie lepiej rozumieli jak działa System Rezerwy Federalnej. Kiedy zaczął o tym mówić na początku swojej kampanii, większość ludzi reagowała, „Co? O czym on mówi?” Jednak dzięki Internetowi i za sprawą dystrybucji tak wielu materiałów dotyczących Systemu Rezerwy Federalnej – łącznie z moją książką, która prawdopodobnie odegrała w tym niewielką rolę – pojawiła się znaczna liczba osób, które rozumiały i mówiły, „Chwileczkę, przecież System Rezerwy Federalnej nie jest agencją rządową, to kartel, kartel bankowy, który działa wbrew interesom publicznym”. Kiedy rozległo się wystarczająco dużo takich głosów i ludzie rozumieli o czym mówią, poparcie nagle zaczęło się przesuwać w stronę Rona Paula zamiast się od niego odsuwać. Tak, ludzie nadal mówili, „Nie wiem o co mu chodzi”, jednak coraz więcej ludzi mówiło też, „WIEM o co mu chodzi i trafia w samo sedno”. Jeśli się z tym dotrze do zwykłych ludzi, kiedy wystarczająco dużo osób zacznie mówić, „Tak, on ma rację”, wówczas inni, którzy nic na ten temat nie wiedzą, zaczną słuchać i pytać, „O czym oni mówią?” i sami zaczną się tym interesować. Uważam, że doszliśmy prawie do momentu, w którym szala przechyla się na jedną ze stron, kiedy zwykli ludzie naprawdę rozumieją, że za Systemem Rezerwy Federalnej kryje się oszustwo. Sądzę, że gdyby Ron Paul i inni kandydaci po prostu nadal kładli nacisk tylko na tę kwestię, to właśnie sprawiłoby różnicę, to mogłoby stanowić różnicę między odzyskaniem naszego kraju a niezrobieniem tego.

Wracając do polityków starej daty z Partii Republikańskiej, prawdą jest, że jeśli porównamy to z Obamą…  Obama doszedł do władzy za sprawą pięknej retoryki o zmianie i wywieraniu pozytywnego wpływu, o powrocie Ameryki do korzeni i tak dalej, a ludzie odpowiedzieli na to emocjonalnie. Tak właśnie było, brakowało w tym jakiejkolwiek treści. Ale za to brzmiało dobrze. A ludzie byli źli, byli źli na reżim prezydenta, nie podobała im się administracja  Busha. Czuli złość, więc każdy, kto mówił o zmianie był ich człowiekiem, prawda? Dobrze, a teraz jesteśmy tutaj, zatoczyliśmy następne koło. Ludzie znowu są rozgniewani, ale tym razem na administrację Obamy. A więc ponownie rozgrywa się to samo polityczne oszustwo, ale tym razem po stronie Partii Republikańskiej. Teraz kandydaci z Partii Republikańskiej wygłaszają wspaniałe, emocjonalne, pokrzepiające stwierdzenia o tym, jak to kochają swój kraj, o odbudowie konstytucji, powrocie naszego kraju do korzeni, wprowadzeniu zmian, ograniczeniu władzy rządu i tak dalej. Jeżeli przyjrzymy się temu, kto mówi te rzeczy, to mamy ludzi takich jak na przykład Newt Gingrich. Jeśli spojrzymy na historię jego głosowań, zauważymy, że w całej swojej karierze politycznej głosował przeciwko konstytucji częściej niż za nią. Jest świetnym mówcą, stosuje wszystkie właściwe zwroty i słowa-klucze, ale oto mamy faceta, który mówi o powrocie do konstytucji, podczas gdy sam jest jednym z jej wielkich przeciwników, co pokazuje sposób jego głosowania w kongresie. Doszliśmy do punktu, w którym ludzie muszą przestać słuchać retoryki i zacząć patrzeć na faktyczną historię głosowań tych ludzi. Nie obchodzi mnie czy to Republikanie czy Demokraci, nie o to tu chodzi. Lenin bardzo dobrze to ujął. Napisał, „Słowa to jedno, czyny – drugie”. Mówił swoim zwolennikom, „Powiedzcie im to, co chcą usłyszeć. Nie martwcie się tym, że kłamiecie. Oni chcą słyszeć kłamstwa. Słowa to jedno, powiedzcie im, co chcą usłyszeć, niech was wybiorą, zdobądźcie władzę, a kiedy już będziecie u władzy, wtedy róbcie to, co chcecie. Słowa to jedno, czyny – drugie”. Propagował więc kłamstwo. Wierzcie mi, zawodowi politycy dobrze rozumieją tę taktykę. Nigdy by się z tym nie ujawnili i nie propagowali tej taktyki. Zaprzeczają temu, ale spójrzcie na historię ich głosowań. Nie słuchajcie ich słów, popatrzcie na czyny i wtedy będziecie wiedzieć w jaką grę z nami grają.

Zarówno Republikanie, jak i Demokraci, zarówno lewicowcy, jak i prawicowcy stosują taktykę dyskredytowania swoich przeciwników – i są w niej bardzo dobrzy. Wiedzą, że jeżeli dojdziemy do momentu, w którym toczy się poważna debata dotycząca jakiejś ważnej kwestii, najlepszą rzeczą, jaką można zrobić jest wycofanie się z tej debaty, trzymanie się z dala od tych kwestii, bo w przeciwnym razie przegrają. Zaczynają więc atakować charakter swojego przeciwnika lub jego inteligencję albo zaczynają szukać czegoś w jego przeszłości, co sprawi, że będzie wyglądał na złego człowieka. To się nazywa demonizowanie, demonizują przeciwnika. To stara taktyka, stosowana od bardzo dawna. Tak, widziałem przez lata, jak postępowali z John Birch Society, która jest po prostu organizacją edukacyjną zajmująca się zasadami i rzeczywistymi faktami historycznymi. Udało im się mniej więcej przekonać wszystkich w Ameryce, że członkowie John Birch Society w najlepszym razie są grupą staruszek w tenisówkach, a w najgorszym zgrają nazistów, faszystów, rasistów, a nawet komunistów. Nie miało znaczenia jak ich nazywali, trzeba było po prostu wymyślić dla nich jakąś brzydką nazwę. Jeżeli robisz coś takiego odpowiednio często i w głównych kanałach komunikacji, którym większość ludzi wierzy… więc tę taktykę stosuje się bardzo umiejętnie i sądzę, że powinniśmy być jej świadomi. Powinniśmy również zdawać sobie sprawę z faktu, że ludzie, o których mówimy, to elita władzy. Trudno znaleźć lepsze określenie. Ludzie, którzy naprawdę chcą kontrolować międzynarodowy, kolektywistyczny rząd, nie są głupi. Mają dużo pieniędzy i komitety doradcze, które opracowują dla nich strategie. Jedną ze strategii, którą zawsze stosowali jest kierowanie własną opozycją. Próbują kierować własną opozycją przede wszystkim dlatego, że wiedzą, iż będzie opozycja, więc po co czekać na pojawienie się prawdziwej opozycji, jeśli wiadomo co się wydarzy. Wypuść własnych ludzi i pozwól im udawać, że są twoją opozycją. Wszyscy za nimi pójdą, zwłaszcza jeśli są dobrze opłacani i wygłaszają odpowiednie przemówienia, wypowiadają właściwe słowa, na przykład te sympatyczne przemówienia wyborcze. Jednak tak naprawdę kontrolują ich ci sami ludzie, przeciwko którym występują w swoich przemówieniach. Zetknąłem się z tym, kiedy prowadziłem badanie nad Systemem Rezerwy Federalnej. Zdałem sobie sprawę, że na samym początku ci sami bankowcy, którzy stworzyli ten kartel i opracowali Ustawę o Rezerwie Federalnej – to był ich projekt ustawy – kiedy nadszedł czas, by zyskać dla niej poparcie wśród ludzi, ci sami bankowcy sfinansowali i faktycznie wypuścili własną opozycję. Niektórzy z nich zaczęli wygłaszać przemówienia i udzielać wywiadów gazetom. Mówili, „Och, ten projekt ustawy jest zły, zły dla Ameryki, zaszkodzi naszej gospodarce”. Wiedzieli, że przeciętny człowiek, który będzie to czytał w gazecie, powie, „O mój Boże, dobry Boże, posłuchajcie tego, tym bankowcom nie podoba się Ustawa o Rezerwie Federalnej… hmm, to znaczy, że musi być całkiem dobra”. Grają więc z nami w tę grę. Wiemy, że coś takiego dzieje się i dziś. Na przykład w ruchu Tea Party, jeśli chcą go zdyskredytować, jeśli nie potrafią tego kontrolować, powiedzmy, że jeśli jedna z partii nie potrafi tego kontrolować, będzie musiała to zdyskredytować, a więc właśnie to zrobi i sądzę, że już tego próbowała – że próbowała wysłać do ruchu Tea Party prawdziwych szajbusów albo ludzi, którzy udają szajbusów. Jeżeli są prawdziwymi szajbusami, już oni dopilnują, żeby zostali sprowadzeni do ruchu Tea Party. I za każdym razem, kiedy pojawia się ekipa telewizyjna z kamerami i robi zdjęcia, czy robi te zdjęcia 10.000 Amerykanów z klasy średniej, którzy wiedzą o czym mówią, czy wybiera dwóch lub trzech szajbusów w kapeluszach z folii aluminiowej? Albo facetów ze swastyką na ramieniu i tak dalej? To na tym się skupiają. Uważam, że niektórzy z tych ludzi są tam wysyłani celowo tylko po to, żeby demonizować i dyskredytować ten ruch. Większości Amerykanów trudno w to uwierzyć, ponieważ nie zdają sobie sprawy, że polityka to naprawdę twarda gra. Nie uświadamiają sobie, że uczestniczą w niej zawodowcy.

Jest kwestią prawdy historycznej, że grupa ludzi, których niekiedy nazywamy kapitalistami, wielkie, niesamowicie bogate rodziny – Rotschildowie, Rockefellerowie – stojący na czele wielkich amerykańskich korporacji, jak AT&T, Ford Motor Company i tak dalej, że ludzie myślą o nich jako o wielkich kapitalistach. To historyczny fakt, że wielu spośród tych ludzi zapewniło niezbędne środki finansowe, które umożliwiły dojście do władzy takich reżimów jak reżim Hitlera, w znacznym stopniu finansowany przez amerykańskich i brytyjskich finansistów. Podobnie w komunistycznej Rosji, grupa zwolenników Lenina była mocno finansowana przez amerykańskich i londyńskich bankowców. Kusi, by powiedzieć, „Cóż, oni stworzyli własną opozycję” i uważam, że to po części prawda, choć nie posuwałbym się aż tak daleko. Moim zdaniem ci ludzie rozglądają się, by ustalić jaki rodzaj rodzimej opozycji istnieje i jaki rodzaj rodzimych grup się rozwija, jakie powstają ruchy, które oni naprawdę chcieliby kontrolować. Być może niekoniecznie je tworzą, ale obserwują, które z nich wysuwają się na pierwszy plan i do tych właśnie wkraczają. I jeśli ktoś ma wystarczająco dużo pieniędzy – miliony dolarów – nie jest mu szczególnie trudno uzyskać wpływ na prawie każdą nową grupę, która walczy z opozycją i szuka pieniędzy. Grają zatem w tę grę, grali w nią zarówno w Związku Radzieckim, jak i w nazistowskich Niemczech. Sądzę, że robią to samo w Ameryce. Myślę, że jest to jedna z rzeczy, które teraz dzieją się z ruchem Tea Party. Nie sądzę, że to oni go stworzyli, ale postrzegają go jako ruch, który ma potencjał, by stać się potężną siłą, a więc poświęcają mu największą uwagę i wydają mnóstwo pieniędzy, aby sprawdzić, czy mogliby go wykorzystać dla własnych celów.

Inną taktyką jest to, że opozycja wie, iż Amerykanie i w ogóle ludzie na całym świecie z chęcią oddaliby swoją wolność i swoje wygody, jeśli w ich umyśle byłoby to sposobem zapewnienia sobie bezpieczeństwa i ochrony przed jakiegoś rodzaju zagrożeniem, które napawa ich strachem. Z tego powodu reżimy, które walczą o to, by utrzymać lojalność podlegających im ludzi, są bardzo niebezpiecznymi reżimami. Instynktownie wiedzą, że muszą iść na wojnę. Wiedzą, że w czasie wojny ludzie bez względu na wszystko gromadzą się przy swoich przywódcach, ponieważ trwa wojna. Jeżeli przegramy wojnę, zostaniemy najechani, zostaniemy podbici przez jakieś wroga, którego się obawiamy. Na przestrzeni historii słabe rządy traciły wpływ na własnych poddanych, tradycyjnie wszczynały wojny lub operacje pod fałszywą flagą przeciwko sobie samym. Nadal tworzą własnych wrogów, chcą być ofiarą, aby móc zgrupować za sobą swoich obywateli, a każdy, kto wciąż chce krytykować przywódców tych rządów otrzymuje piętno nie-patrioty lub nawet zdrajcy. A więc to jest stara sztuczka, wielokrotnie stosowana na przestrzeni wieków. Pisał o niej Machiavelli, który stwierdził, że w każdym momencie w historii widać przykłady jej użycia. Czy obecnie wykorzystuje się ją w Ameryce? Jak najbardziej. Przykro mi to mówić, ale tak.

Interesujące dla mnie jest to jak organizacje, których nazwa brzmi tak niewinnie jak w przypadku fundacji zwolnionych z opodatkowania, mogą mieć tak ogromny wpływ na politykę państwa, a także politykę zagraniczną i gospodarczą. Ogólne wrażenie, jakie sprawiają wielkie organizacje jak Fundacja Rockefeller czy Fundacja Forda, te wielkie megality zwolnione z opodatkowania, jest takie, że spełniają dobre uczynki. Podobno zajmują się jakiegoś rodzaju działalnością charytatywną, projektami edukacyjnymi. O rany, jaka jest różnica między tym wyobrażeniem a rzeczywistością, kiedy przypatrzymy się niektórym z nich. Wydają wiele, jeśli nie większość swoich pieniędzy na promowanie określonych projektów, które można wprawdzie opisywać jako filantropijne, ale w rzeczywistości są bardzo polityczne w swej naturze. Na myśl przychodzi w szczególności Fundacja Forda, ponieważ mimo że wydaje miliony, setki milionów dolarów przypuszczalnie na to, by polepszyć sytuację społeczną i ekonomiczną mniejszości, pieniądze te prawie zawsze trafiają do bardzo radykalnych mniejszości, które już nawet nie są mniejszościami, ale radykalnymi grupami forsującymi polityczne zmiany i niesłychanie destrukcyjne ruchy w Stanach Zjednoczonych. Wszystkie radykalne ruchy latynoskie – nie tylko latynoskie, ale w ogóle ruchy radykalne w rodzaju „obalić Stany Zjednoczone” albo „odetnijmy podatki i zwróćmy je Meksykowi” – one wszystkie są finansowane przez Fundację Forda z pieniędzy zwolnionych z opodatkowania. To trwa od dziesięcioleci. Ostatecznie trzeba dojść do wniosku, że dyrektorzy Fundacji Forda wiedzą dokładnie co robią, nie popełniają błędu, a na pewno nie popełniają tego samego błędu przez dekady. Wiedzą dokładnie co robią. Próbują podzielić Amerykę, próbują osłabić Amerykę, próbują ściągnąć Amerykę w dół, żeby przestała być światowym mocarstwem, żeby się chwiała i klęczała i dała się wygodnie połączyć ze wszystkimi pozostałymi krajami na świecie i żeby była skłonna zrezygnować ze swojej kultury, wolności, systemu sądowniczego i systemu ekonomicznego, a wszystko po to, by można ją było uratować przed jakiegoś rodzaju wewnętrznym chaosem, rewolucją, głodem i tak dalej. Inaczej mówiąc, ci ludzie celowo próbują osłabić Amerykę. Wszystko to dzieje się – nie wszystko, większość – większość z tych rzeczy dzieje się dzięki pomocy fundacji zwolnionych z opodatkowania. Co za piękna przykrywka dla czegoś, co dzieje się już od tak dawna.

Z pewnością nastąpiła zmiana w funkcjonowaniu amerykańskiego rządu. Na początku rząd posiadał określony system hamulców i równowagi, zgodnie z którym władza wykonawcza, sądownicza i ustawodawcza miały być bezwzględnie równe, żeby mogły się nawzajem kontrolować. Na przestrzeni lat nastąpiła zmiana, której początki sięgają Pierwszej Wojny Światowej, kiedy zdarzył się wielki kryzys, przed którym musieliśmy się bronić, kiedy zagrażali nam zagraniczni wrogowie. Od tego czasu wraz z każdym kolejnym kryzysem mieliśmy coraz silniejszy bodziec do tego, by zmienić formę naszego rządu po to, aby w założeniu zwiększyło się nasze bezpieczeństwo. A zatem stopniowo odchodziliśmy od systemu hamulców i równowagi. Proces ten wzmocniły decyzje Sądu Najwyższego, nowe przepisy prawa oraz media, a w głównej mierze apatia Amerykanów, jeśli nie ich totalna ignorancja w kwestii tego, jak powinno być, ponieważ nie uczą już o tym w szkołach. A więc stało się. Niezależnie od tego jak to się stało, faktem jest, że się stało. Obecnie więc nie ma już systemu hamulców i równowagi między trzema rodzajami władzy. Według realistycznej oceny mamy dyktaturę, demokratyczną dyktaturę, a większość władzy leży w rękach prezydenta Stanów Zjednoczonych. Pierwotnie prezydent miał pełnić taką rolę, jak prezes jakiejkolwiek korporacji, miał przyjmować polecenia od zarządu. Nie określał polityki, a już na pewno nie najważniejszej polityki. Być może miał coś do powiedzenia w pomniejszych kwestiach, jednak kluczowe decyzje podejmował zarząd, czyli kongres. Praca prezydenta polegała po prostu na wprowadzaniu w życie tej polityki. Tak kiedyś było w Ameryce, prezydent był relatywnie nieważną postacią. Był wybierany przez stany i jego zadaniem było wdrażanie polityki ukształtowanej przez kongres. Dziś już tak nie jest. Dziś prezydent jest zasadniczo tym samym, co król. Nie nazywamy go królem, nie mówimy „wasza wysokość”, tylko „panie prezydencie”, ale prezydent posiada niemal nieograniczoną władzę, taką samą, jak każdy wielki władca w historii. Kongres natomiast, choć wciąż o nim myślimy jako o ważnym organie, na dobrą sprawę wycofał się i pozwala prezydentowi robić co tylko chce. Kongres teoretycznie posiada władzę portfela, ponieważ może głosować w kwestii pieniędzy na finansowanie projektów prezydenta, ale i to obeszli, ponieważ teraz prezydent – nie tylko prezydent, ale na drodze całego tego procesu wypracowano sposoby i środki, dzięki którym w porozumieniu z Systemem Rezerwy Federalnej może ustanowić finansowanie bez  udziału kongresu. Dzisiaj zatem prezydent ma specjalne fundusze na to i specjalne fundusze na tamto i specjalne fundusze na jeszcze coś innego. Prezydent może ot tak sobie ustanowić każdy rodzaj finansowania, a kongres nie ma nic do powiedzenia. Dochodzimy więc do smutnego wniosku, że Stany Zjednoczone nie są już tym krajem, którym były. Pytanie brzmi co z tym zrobimy. Dawne metody, jak pisanie listu do swojego kongresmena już nie działają. Czas na fundamentalną zmianę, ale ona nie nastąpi dopóki więcej Amerykanów w pierwszej kolejności nie zda sobie sprawy z rzeczywistości, z tego, w jakiej sytuacji obecnie się znajdują. Oni wciąż żyją w świecie marzeń, wciąż czytają podręczniki do historii, patrzą na rysunki przedstawiające George’a Washingtona w białych skarpetach i tak dalej i na rysunki przedstawiające podpisywanie Deklaracji Niepodległości i myślą, że nadal tak jest. Już tak nie jest, kochani. Zatem ludzie żyją w tym świecie marzeń. Pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie w jakiej rzeczywistości żyjemy, w jakiego rodzaju systemie żyjemy, a dopiero kolejnym określenie jaki rodzaj systemu chcemy odbudować. Według mnie powrót do ideałów z naszej pierwotnej Konstytucji to wielki krok naprzód, nie wstecz. Od czasu Pierwszej Wojny Światowej cofamy się w kierunku monarchii. Musimy iść naprzód do przeszłości, jeśli mogę tak to sformułować. Ale nic się nie stanie dopóki duża liczba Amerykanów nie zrozumie, że to się musi stać. Czy to jest spojrzenie pesymistyczne czy optymistyczne? Sądzę, że optymistyczne w dłuższej perspektywie i pesymistyczne w krótszej, ponieważ nic takiego nie zdarzy się powiedzmy do listopada, nie zdarzy się podczas najbliższych wyborów. Amerykanie zawsze skupiają się na tym, jak mogą do czegoś doprowadzić szybko, żeby móc wrócić do przerwanej gry w golfa. Nie chcą poświęcać tym sprawom zbyt wiele czasu. „Będę aktywny może przez kilka miesięcy, oddam głos na kandydata czy coś, ale proszę nie przeciągajcie tego, bo jestem zbyt zajęty”. Chcą wiedzieć w jaki sposób możemy odwrócić sytuację do następnych wyborów. Nie da się tego zrobić do następnych wyborów, ale to jest możliwe i to jest właśnie optymistyczna część. Uważam, że jeśli mamy realistyczne spojrzenie na procesy zachodzące w polityce, rozumiemy, że czasami potrzeba pokolenia lub dwóch, aby mogły zajść naprawdę ważne zmiany. Jeżeli to zrozumiemy i uświadomimy sobie naszą rolę w doprowadzeniu do tych zmian, wtedy wieczorem kładąc się spać będziemy mogli powiedzieć, „O rety, naprawdę coś z tym robię, mam wpływ na rzeczywistość i zmiana naprawdę nastąpi”.

Nie wiem w którym momencie organy administracyjne rządu zyskały całkowitą dominację. Wiem jedynie, że zmiana następowała stopniowo i że za każdym razem był to gwałtowny ruch. Ilekroć mamy kryzys, ilekroć jest wojna, atak terrorystyczny albo kryzys bankowy,  niezależnie od tego, jakiego rodzaju jest to kryzys, pęd w kierunku totalitaryzmu zwiększa się, a potem zwalnia aż do następnego kryzysu. Nie wiem czy potrafię powiedzieć w którym momencie to się stało, ale mogę powiedzieć, że się stało i dzieje się również obecnie.

Tak, widziałem klip, w którym Hillary Clinton mówi… Powiedziała chyba, że dobrze jest być tak blisko głównej siedziby Council on Foreign Relations, ponieważ nie musiała sięgać zbyt daleko, żeby się dowiedzieć co myśleć i jak postępować w odniesieniu do konkretnych kwestii czy coś w tym sensie. Jestem pewien, że zawstydziło ją to stwierdzenie i prawdopodobnie wydała coś w rodzaju sprostowania, że nie do końca to miała na myśli. Ja jednak sądzę, że powiedziała dokładnie to, co chciała powiedzieć. Większość ludzi działających w polityce wie, że Council on Foreign Relations to centrum życia politycznego. To tam znajduje się cała władza. Nie masz zielonego światła w polityce, jeśli włącznik nie jest włączony w siedzibie Council on Foreign Relation. Z tego powodu wszyscy główni kandydaci na stanowisko prezydenta pojawiają się na konferencjach CFR. W Internecie można co jakiś czas obejrzeć klipy z nimi. Wygłaszają przemówienia raz przed dużą widownią, innym razem przed małymi grupami, ale jest dla mnie jasne, że sprowadza się ich na te konferencje i traktuje w bardzo miły sposób, a następnie członkowie CFR zadają im pytania, żeby sprawdzić w jaki sposób myślą, jak by się zachowali w konkretnych okolicznościach i jaki jest ich pogląd na tę czy inną kwestię. Jeżeli ich odpowiedzi są możliwe do zaakceptowania, dostają zielone światło. Council mówi, „W porządku, to jest człowiek, któremu możemy zaufać, którego możemy poprzeć”. Jeśli udzielą niewłaściwych odpowiedzi, nie sądzę, żeby kiedykolwiek otrzymali jakikolwiek rodzaj zielonego światła. Nawet ludzie tacy jak Hilary Clinton wiedzą… Hillary Clinton piastuje wysokie stanowisko,  jest jednym z najbardziej wpływowych polityków, ale w porównaniu z Council on Foreign Relations jest tylko pionkiem i wie, że musi zyskać aprobatę CFR.

Uważam, że ludzie, którzy monitorują scenę polityczną z pewnością zwrócili uwagę na rosnącą świadomość Amerykanów. Pytanie jednak brzmi czy się tym martwią. Nie sądzę, ponieważ wiemy, że myśleli o tym na długo przed tym zanim do tego doszło. Ci ludzie nie są głupi. Wiedzieli, że będzie istnieć opozycja wobec ich planów, kiedy będą się zbliżać do końca gry. Wiedzą, że kiedy ludzie zaczynają tracić wolność gospodarczą i że kiedy spada na nich jeden kryzys za drugim, opozycja się pojawi, a więc zaplanowali to dawno temu i sądzę, że to, czego tu jesteśmy świadkami… Chyba Alex Jones nazwał to ”końcem gry”. Zbliżają się do końca gry i mają na tę okoliczność plan. Ten plan to wprowadzenie stanu wojennego. Kiedy ludzie czują gniew, wychodzą na ulicę i demonstrują, a w końcu stają się nieposłuszni, w końcu uciekają się do przemocy, w końcu zaczynają tłuc szyby, w końcu ktoś zostaje ranny, w końcu ktoś traci życie, w końcu zostaje wprowadzony stan wojenny i to jest właśnie to, o co im naprawdę chodzi, chcą pretekstu dla wprowadzenia stanu wojennego. Wszystkie systemy kolektywistyczne w końcu degenerują się w państwo policyjne, ponieważ to jedyny sposób, w jaki można ten system utrzymać w całości. A zatem czy martwią się, że świadomość ludzi się zwiększa? Sądzę, że nie, ponieważ uwzględnili to w swoich planach. Ujmijmy to w ten sposób: z całą pewnością nie są tym zaskoczeni.

Ruch w kierunku światowego rządu kolektywistycznego trwa już od pewnego czasu. Nie sposób określić jego absolutne źródło, ale z pewnością pisano o nim na przełomie XIX i XX wieku. W tamtym czasie w różnych częściach świata powstawały grupy i organizacje, dla których kolektywistyczny rząd był celem. Jedną z najbardziej interesujących grup była grupa utworzona przez Cecila Rhodesa. Powstała po śmierci Rhodesa na mocy jego testamentu. Jego ogromną fortunę przeznaczono na utworzenie tajnego stowarzyszenia – bo tym właśnie była ta grupa, Rhodes zastrzegł, że musi pozostać tajnym stowarzyszeniem. Wszystkie jego pieniądze poszły na ten cel. To z tajnego stowarzyszenia Rhodesa powstała Council on Foreign Relations. Istniały też inne podobne organizacje na brytyjskich terytoriach zależnych. Wszystkie one miały za swój cel utworzenie ujednoliconego światowego rządu opartego na modelu kolektywistycznym. A zatem ten ruch polityczny i intelektualny ma ponad stuletnią historię. Z całą pewnością zyskał znaczenie w miarę, jak Pierwsza Wojna Światowa nabierała rozpędu i wreszcie w czasie Drugiej Wojny Światowej. Wszyscy najważniejsi gracze na światowej scenie mówili o globalnym rządzie. Próbowali utworzyć Ligę Narodów, ale się nie udało. Wreszcie utworzyli Organizację Narodów Zjednoczonych, która przetrwała, więc teraz starają się po prostu pompować w ONZ konstrukcję globalnego rządu, który zawsze sobie wyobrażali. To jest przedsięwzięcie wykraczające poza jedno pokolenie, przedsięwzięcie trans-pokoleniowe, innymi słowy to nie jest wizja tylko jednej osoby. Ludzie, którzy je zapoczątkowali dawno już nie żyją, ale ich spadkobiercy kontynuują realizację tego marzenia. Jestem pewien, że oni postrzegają to jako wspaniałą rzecz, jako koniec narodów, jak to zostało historycznie zdefiniowane. Postrzegają to jako coś korzystnego, ponieważ twierdzą, że to położy kres wojnie. Mogą sprzedać ten pomysł jako wielki krok w kierunku braterstwa, ujednoliconego, globalnego… używają tych wszystkich słów, żeby to dobrze brzmiało. Ale kiedy zaczniemy badać rzeczywistą taktykę, którą oni stosują, to już nie jest tak różowo. Ich działania opierają się na zasadzie kolektywizmu, o którym już kilkakrotnie wspomniałem, a to oznacza, że rząd ma pełnię władzy, że jest to despotyczny rząd, ten sam rodzaj systemu, o którym myślał Adolf Hitler, a przecież prowadziliśmy wojnę, by zniszczyć jego i jego system, ten sam rodzaj systemu, o którym myślał Józef Stalin, a prowadziliśmy zimną wojnę i robiliśmy wiele innych rzeczy, by dopilnować, że nic takiego się nie zdarzy, ten sam rodzaj systemu, o którym myślał Mao Zedong, a także Benito Mussolini. Wszyscy potężni kolektywiści w historii mieli za swój cel ujednolicony, światowy rząd oparty na modelu kolektywizmu, a my, choć do niedawna walczyliśmy z takimi zapędami, teraz sami jesteśmy największymi zwolennikami kolektywizmu. Nie nazywamy tego tyranią, nie nazywamy tego faszyzmem, nazizmem, komunizmem – mamy na to lepszą nazwę. Nazwa, którą wybrali kolektywiści to „nowy porządek świata”. To ich ulubione określenie. Ale kiedy zbadamy naturę i istotę tego „nowego porządku świata”, okaże się, że jest to system kolektywistyczny, czyli potężny rząd i mali ludzie na dole, spełniający rozkazy. To jest koncepcja podlegająca ewolucji od ponad stu lat. Wygląda na to, że teraz zaczyna być widoczna. Widzimy, jak narody Europy połączyły się w Unię Europejską. Na dobrą sprawę wszystkie te państwa utraciły swoją suwerenność na rzecz Unii Europejskiej. Zawsze mówiono, że to krok w kierunku prawdziwego światowego rządu, że jest nim w pierwszej kolejności zjednoczenie małych rządów na świecie w regionalne grupy, takie jak Unia Europejska. Istnieje taki zamysł w stosunku do Azji i Afryki, a teraz mówi się o realizacji tej samej koncepcji na kontynencie północnoamerykańskim. Unia Północnoamerykańska, bo taką nazwę wymyślono, miałaby być połączeniem Stanów Zjednoczonych, Meksyku i Kanady. Zwolennicy tego procesu zaprzeczają, jakoby był w toku, ale z całą pewnością jest i to od ponad dekady. Jeśli się zbada niektóre przepisy prawne i decyzje administracyjne ustanawiane i podejmowane przez rząd federalny na wszystkich poziomach, widać, że oni często używają wyrazu „harmonizacja”, co oznacza, że zharmonizują lub spróbują zharmonizować nasze przepisy prawne z przepisami prawnymi Kanady i Meksyku, także ten proces już na dobre trwa. Widzimy, jak euro zastępuje waluty narodowe w Europie. Jedna, regionalna waluta. Teraz mówią o tym samym tutaj w Stanach Zjednoczonych. Pozbądźmy się amerykańskiego dolara, pozbądźmy się meksykańskiego peso, pozbądźmy się kanadyjskiego dolara i stwórzmy nową walutę dla tych trzech państw, która prawdopodobnie będzie się nazywać amero. To nazwa, którą zdają się obecnie forsować. Ta konstrukcja światowego rządu opartego na modelu kolektywizmu jest budowana systematycznie krok po kroku. Codziennie można zajrzeć do gazety i znaleźć dowód, że dodano kolejną cegłę, kolejną belkę i że proces ten trwa i trwa bez końca. Czy to jest dobry czy zły proces? Czy to jest nieunikniony proces? Po pierwsze nie sądzę, że jest nieunikniony, ponieważ muszą go przeprowadzić ludzie i ci ludzie muszą chcieć go przeprowadzić albo nie chcieć go przeprowadzić. Jest zaawansowany, ponieważ ludzie u władzy, ludzie, których my wybieramy, ludzie, którzy stoją na czele naszego własnego rządu, ludzie, którzy stoją na czele rządów tych pozostałych krajów, wszyscy ci ludzie na szczycie opowiadają się za tym procesem. Dlatego właśnie to się dzieje. Na poziomie wyborcy, nie sądzę, żeby większość ludzi w ogóle wiedziała, że to się dzieje. Ale gdyby wiedzieli, prawdopodobnie powiedzieliby, „Nie uważam, że to dobry pomysł”. A zatem trudność zawsze polega na tym, jak to przeprowadzić zanim będzie za późno w taki sposób, żeby Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi czy Niemcy, a teraz Meksykanie czy Kanadyjczycy za bardzo się tym nie przejęli. Taka zawsze była stosowana przez nich strategia. To oznacza, że muszą zaprzeczać, że to się dzieje i prowadzić dalej tę politykę za zamkniętymi drzwiami. Nie poddają tych kwestii pod głosowanie w kongresie. Realizują ten proces na drodze administracyjnej, nie zaś ustawodawczej. Stosują te wszystkie strategie i taktyki. Czy to jest dobra rzecz czy zła rzecz? Według mnie to bardzo zła rzecz, ponieważ uważam, że kolektywizm jest cmentarzem cywilizacji, a z pewnością cmentarzem wolności. Jeśli się o tym pomyśli, w żadnym kolektywistycznym systemie na świecie wolność nigdy nie miała się dobrze. Ludzie, którzy nie zgadzali się ze swoimi przywódcami, zawsze kończyli w gułagu czy w jakimś innego rodzaju obozie koncentracyjnym. Sądzę, że należy zrozumieć te wszystkie czynniki po to, abyśmy mogli opracować inteligentny plan co zrobić w tej sytuacji, ponieważ nasze rozważania są czysto akademickie, dopóki nie opracujemy planu działania. Pierwszym krokiem do tego, by wiedzieć co zrobić w tej sytuacji jest wiedzieć czego nie robić. Rozumiem przez to, że nie należy ulegać paradygmatowi lewica-prawica, bo choć zarówno prawe skrzydło, jak i lewe skrzydło obrały sobie za cel kolektywistyczny rząd, to wzajemnie się zwalczają. Jeżeli wpadniemy w tę pułapkę, nie będziemy robić nic innego jak tylko walczyć raz z lewicowcami, a raz z prawicowcami – nie ma żadnej różnicy, ponieważ niezależnie od tego, po której jesteś stronie w tej bitwie, i tak forsujesz strategię globalistycznego rządu. A zatem w pierwszej kolejności trzeba uważać, żeby nie wpaść w pułapkę paradygmatu lewica-prawica. Drugą rzeczą jest wiedzieć czego się chce. Nie wystarczy wiedzieć czego się nie chce. Oczywiście, że nie chcemy tyranii, oczywiście, ale czego chcemy? Cóż, przeciętny zjadacz chleba powie po prostu, że chce być wolny. Ale kiedy zapytasz tę osobę czym jest wolność… To dobre pytanie, prawda? Co to jest wolność? Wiele osób sądzi, że wolność to po prostu nieprzebywanie w więzieniu. To jest ich definicja. Nie siedzisz w więzieniu, jesteś wolny. Nie ma dla nich żadnego znaczenia, że nie wolno ci żyć tam, gdzie chcesz żyć, zatrudniać tego, kogo chcesz zatrudnić, podróżować tam, dokąd chcesz podróżować, wydawać swoich pieniędzy tak jak chcesz je wydawać, pisać to co chcesz napisać, wejść w Internet i powiedzieć to co chcesz powiedzieć – uważają, że to nieważne dopóki nie siedzisz w więzieniu. To właśnie nazywają wolnością. Nie sądzę, by wolność według tej definicji warta była tego, by o nią walczyć. Musimy zatem wiedzieć, czego chcemy, czym jest wolność. Z tego powodu utworzyliśmy Freedom Force International, jako próbę zdefiniowania wolności. I zdefiniowaliśmy ją, posiadamy credo wolności, które naszym zdaniem stanowi bardzo pozytywne ujęcie tego czym ona jest. Mamy też przykazania wolności, rzeczy, których nie wolno robić. To bardzo proste rzeczy, ale wszystkie wielkie ruchy w historii zaczęły się od prostych koncepcji. Obecnie ruch wolnościowy w Ameryce i na całym świecie bardzo potrzebuje prostych koncepcji, prostych zasad, jakichś ideałów, w które można wierzyć. Stare porzekadło mówi, że jeśli w nic nie wierzysz, ulegniesz byle czemu. Jest w tym wielka prawda. A zatem pierwszym krokiem do zatrzymania tego pędu w kierunku globalnego, kolektywistycznego, despotycznego rządu jest wiedzieć w co wierzymy i czym jest wolność, umieć określić wolność, być w stanie jej bronić, odpierać twierdzenia kolektywistów, że ten system jest lepszy od tamtego z tego lub innego powodu. I wreszcie na końcu pojawia się pytanie kto to zrobi. Łatwo jest stracić nadzieję, zniechęcić się i powiedzieć, „Nikogo to nie obchodzi. Mój sąsiad kosi trawę. To dobry facet, gadamy o baseballu, pogodzie i o najnowszych filmach, ale on nie chce rozmawiać o polityce, gospodarka też go nie obchodzi. Nie chce nic wiedzieć na ten temat, a już na pewno nie chce brać żadnego rodzaju osobistej odpowiedzialności za monitorowanie i zmianę obecnego systemu”. Jak zatem zatrzymać ten wielki pęd w kierunku globalnego rządu, którym kierują potężni ludzie będący u steru władzy, jeśli nikt na ulicy o to nie dba? Odpowiedź jest następująca: wszystkie ruchy w historii determinowało zawsze mniej niż 3 procent populacji. Nie potrzebujesz wszystkich. Zresztą to niemożliwe. Coś takiego nigdy się nie zdarzy. Nie zdarzyło się wcześniej, nie zdarzy się teraz i na pewno nie zdarzy się w przyszłości. Przełomowych zmian dokonuje zawsze 3 procent społeczeństwa lub nawet mniej. Jeśli jesteś w stanie dotrzeć do 3 procent ludzi, których to naprawdę obchodzi i którzy naprawdę mają odpowiednie predyspozycje, są skłonni do poświęceń i oddani stojącemu przed nim zadaniu, to zmiana może się dokonać, a twój sąsiad będzie dalej pchał kosiarkę w tę stronę, w którą zmierza system. Zawsze tak było. A zatem nie musi nas zniechęcać fakt, że nie każdy się tym interesuje. Naszym zadaniem jest znaleźć ten jeden, dwa lub trzy procent ludzi, których to naprawdę obchodzi, podzielić się z nimi naszym przekazem, połączyć z nimi siły, a następnie zdobyć władzę. Zdobycie władzy oznacza, że musimy dostać się do polityki, odzyskać ośrodki medialne. Musimy przekazać tę informację. Musimy sprawić, aby nasz głos było słychać w wielkich ośrodkach władzy w społeczeństwie, w partiach politycznych, związkach zawodowych, organizacjach kościelnych, ośrodkach medialnych i tak dalej. To tam my – te 3 procent lub mniej – musimy wziąć się do roboty, to tam musimy stoczyć bitwę, to tam musimy ugodzić wroga i to tam odzyskamy wszystkie poszczególne kraje świata.

Istnieje fałszywa rywalizacja między lewicą a prawicą. Na ringu wrestlingowym stoi zawodnik w czarnej masce, a za chwilę wchodzi facet w niebieskiej pelerynce i zaczynają ten wielki zabawny mecz. To wspaniałe widowisko. Są kibice i komentatorzy po lewej i prawej stronie. Widowni podoba się ten mecz, oglądanie go sprawia im przyjemność. To ekscytujące, prawda? Zawodnicy wyrzucają się nawzajem z ringu, biją się, są raz na górze, raz na dole, wydaje się, że jeden z nich wygrywa, ale za chwilę okazuje się, że przegrywa. Cóż, ten mecz przegrał, ale wraca za tydzień, a więc nie przegapcie kolejnego meczu. Wraca legenda ringu, wszystko się kończy. Tak właśnie wygląda amerykańska polityka. Obaj zawodowi zapaśnicy trochę się pobiją w trakcie meczu, a potem spotkają się w szatni, poklepią się po plecach, pójdą razem na piwo i powiedzą, „To było całkiem niezłe przedstawienie, co zrobimy w przyszłym tygodniu?” To jest amerykańska polityka. Zarówno po lewej, jak i po prawej stronie mamy kibiców, spikerów programów informacyjnych, gospodarzy talk-show i to oni kształtują debatę. Nie pozwalają Amerykanom dyskutować o naprawdę istotnych kwestiach. Nie pozwalają im nawet pomyśleć o naprawdę istotnych kwestiach, czyli o tym czy zachowamy amerykańską suwerenność i czy pozwolimy, aby System Rezerwy Federalnej, który jest kartelem bankowym, nadal kierował naszym rządem. Nie pozwalają nam rozmawiać na te tematy. Dopóki polegamy na zabawnych zapaśnikach i sowicie opłacanych komentatorach w mediach, którzy zatrzymują naszą uwagę na drugorzędnych kwestiach, nigdy nie wydostaniemy się z tego bagna. Pierwszą rzeczą jest więc rozpoznać problem, sprawdzić kto jest opozycją, a potem odejść od tych ludzi.

Sądzę, że przedstawienie w wykonaniu Glenna Becka jest bardzo interesujące. Facet odwala kawał dobrej roboty. Ja osobiście mam mały problem z jego osobowością telewizyjną, do mnie on zbytnio nie przemawia, jednak wiele osób takiego problemu nie ma, ponieważ on wydaje się tak szczery, tak emocjonalny i wydaje się takim patriotą i kocha swój kraj i tak dalej. To się bardzo dobrze sprzedaje. Czy ja kwestionuję jego szczerość? Tak, bo wiem, że to jest show i wiem, że jeśli rzeczywiście byłby tak bardzo zaniepokojony losem Ameryki i jeśli byłby tak wielkim patriotą, za jakiego się podaje, ujawniałby przestępcze działania po prawej stronie tak samo, jak po lewej. Wtedy wiedziałbym, że jest szczery. Ale ponieważ jest tak dobrze zdefiniowany dokładnie po środku, atakuje tylko tych po lewej stronie, a złe uczynki polityków prawicowych puszcza płazem. Stąd wiem, że to jest zabawny mecz wrestlingowy.

Musimy uświadomić sobie, że Fox News Network stanowi część imperium Ruperta Murdocha, podobnie jak wiele innych wielkich ośrodków medialnych, jak ABC, CBS, NBC – one wszystkie znajdują się w rękach członków Council on Foreign Relations i samego Murdocha jako członka Council on Foreign Relations. Co nam to mówi? To mianowicie, że istnieje ukryty plan, że ci ludzie mają ukryty plan i się tym chełpią. Nietrudno odkryć jaki to plan. Jest nim światowy rząd. Ich plan to utworzenie światowego rządu opartego na modelu kolektywizmu. Wiemy, że Murdoch nie zezwoliłby na istnienie spójnego programu czy ruchu wewnątrz swojego kanału w sieci, jeśli ów program czy ruch – przynajmniej w jego przekonaniu – nie służyłby forsowaniu tego planu. Wiemy zatem, że to fałszywa gra. Jak to wszystko składa się w całość? Mamy Fox Network, który reprezentuje prawe skrzydło paradygmatu lewica-prawica i mamy inne grupy po drugiej stronie, których nie będę wymieniał, ponieważ jest ich bardzo dużo, w każdym razie grupy reprezentujące lewe skrzydło tego paradygmatu. W zależności od tego kogo słuchasz, który kanał oglądasz, doświadczasz  efektu pomponiary. Po prawej stronie są dobrzy ludzie, a wszyscy po lewej są źli lub odwrotnie, wszyscy po lewej są dobrzy, a wszyscy po prawej źli. To nie przypadek, że Fox Network pełni rolę pomponiary wszystkiego co jest po prawej stronie, czyli przynajmniej w tej chwili Partii Republikańskiej. Odwalają kawał dobrej roboty. Kiedy Glenn Beck rysuje wykres pokazujący genealogię w powiązaniu z partią komunistyczną i tak dalej, nie mam wątpliwości, że to prawda, ale dlaczego nie zrobi tego samego na przykład z rodziną Busha i nie wskaże jej powiązania z nazistami w Niemczech czy też roli amerykańskich banków w sfinansowaniu przejęcia władzy przez Adolfa Hitlera? Dlaczego tego nie robi? Nigdy tego nie zrobi. Wyśmiałby każdego, kto zrobiłby coś takiego. Nazwałby go teoretykiem spisku czy jakoś podobnie. Taką rolę pełni i pełni ją bardzo dobrze.

Po to, żeby przerzucać piłeczkę pingpongową czy tenisową tam i z powrotem przez siatkę, od Republikanów do Demokratów i od Demokratów do Republikanów, potrzebni są eksperci w krytykowaniu drugiej strony. To część gry. Nie ma mowy o otwartej i obiektywnej analizie wiadomości, bo ludzie powiedzieliby, „Hmm chyba obie partie są wszawe”. Nie może tak być, bo nie tak się gra w tę grę. Po prawej stronie muszą działać ludzie, których rolą jest ujawnianie złych uczynków i sprzeciwianie się lewicowcom, a po lewej stronie ci, którzy ujawniają złe uczynki i sprzeciwiają się prawicowcom. Konieczne jest, by zawsze byli ludzie, którzy potrafią wyrazić poważny sprzeciw i krytykę drugiej strony. To zależy od tego, kto aktualnie sprawuje władzę. Oni wszyscy są źli. Zawsze łatwo jest znaleźć coś do skrytykowania. Oni wszyscy kłamią. Wszyscy składają obietnice, których nie zamierzają dotrzymać i których istotnie nie dotrzymują. Wszyscy uwikłani są w różnego rodzaju oszustwa i szwindle. Jest w tym nieuczciwość… To polityka. Oni wszyscy tacy są. Mogę zrobić zastrzeżenie dla jednego procenta, o którym nic mi nie wiadomo. Ron Paul prawdopodobnie taki nie jest. Nie można liczyć na to, że jest inaczej. Łatwo jest zatem… Kiedy jedna partia obejmuje władzę, druga daje jej trochę czasu, coś w rodzaju miodowego miesiąca, żeby było jasne, że niczego nie zmieni, a potem przechodzi do ofensywy i mówi, „Popatrzcie tylko co oni zrobili, jacy są źli”. I wtedy wyborcy myślą, „No tak, musimy się ich pozbyć”. Niesamowicie się więc nakręcają, tak jak teraz członkowie Partii Republikańskiej wzywający, żebyśmy odzyskali nasz kraj, odbudowali Konstytucję, wygonili CIA z naszych sypialni i odegnali od naszych komputerów i tak dalej, wszystkie te chwytliwe hasła. Ani jedno z tych słów nie jest wypowiadane na poważnie. Grają jedynie na sentymentach wyborców. Zależy im teraz wyłącznie na tym, by prezydentem został Republikanin. Ludzie nie przyjrzą się dokładnie kandydatowi z Partii Republikańskiej, ponieważ będą tak pełni pogardy i nienawiści wobec Demokraty, czyli Obamy, że powiedzą, „Nieważne kogo wybierzemy, każdy będzie lepszy niż on”. Oczywiście Obama w ten sam sposób został prezydentem. Ludzie powiedzieli, „Nic mnie nie obchodzi Obama, nie obchodzi mnie co mówicie, każdy będzie lepszy niż Bush”. To samo było z Bushem – każdy będzie lepszy niż Clinton. Amerykańska polityka to polityka nienawiści. Nie chodzi o to kogo lubisz albo kogo kochasz, ale o to kogo nienawidzisz. Tylko o to dzisiaj chodzi. To strategia, która jak się zdaje działa bardzo dobrze.

Ludzie zawsze przeżywają szok, kiedy dowiadują się, że jedni z największych masowych morderców w historii, najwięksi tyrani w historii byli popierani i finansowani przez bardzo zamożnych finansistów i siły w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Czasami idą bardzo blisko ramię w ramię. Każdy wie o zdobyciu władzy przez Hitlera, ale mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że partia nazistowska była finansowana przez wiele dynastii bankowych, które nadal istnieją w Stanach Zjednoczonych. One finansowały Hitlera. Wielkie korporacje amerykańskie weszły w spółkę z niektórymi niemieckimi korporacjami i w ten sposób powstał kartel o nazwie IG Farben. Włożyły ogromne kwoty jako inwestycję w nazistowską machinę wojenną. Włożyły pieniądze w partię polityczną Adolfa Hitlera, partię nazistowską. Wysłały nawet do Niemiec jednego ze swoich ekspertów od public relations – nazywał się bodajże Ivy Lee – żeby przeprowadził wywiad z Hitlerem, poddał go analizie i zgłosił sugestie jak poprawić jego publiczny wizerunek. Były mocno zainteresowane promowaniem nazistowskiego reżimu. To kwestia prawdy historycznej, a nie opinii. Może ci się to podobać lub nie, ale to jest prawda historyczna. Coś takiego zawsze się dzieje. Mao Zedong nie mógłby zdobyć władzy, gdyby nie bardzo potężne siły w Stanach Zjednoczonych. Przed końcem Drugiej Wojny Światowej przepędzono Japończyków, ale w Chinach panował duży podział. Chińscy nacjonaliści pod wodzą Czang Kaj-szeka opanowali znaczną część kraju, zaś druga część znajdowała się w rękach chińskich sił komunistycznych pod wodzą Mao Zedonga. Siły nacjonalistyczne i siły komunistyczne były zaciekłymi wrogami, pomimo tego, że walczyły do pewnego stopnia razem przeciwko Japończykom. Obie wiedziały, że kiedy wojna się skończy, tylko jedna z nich będzie mogła przetrwać, więc przygotowywały się na to, że będą ze sobą walczyć. Taki scenariusz nie leżał w najlepszym interesie ludzi w Waszyngtonie. Nie chcieli, żeby się spełnił, toteż wywierali nacisk na nacjonalistach, czyli na rządzie Czang Kaj-szeka, aby przyjął komunistów na kluczowe stanowiska, utworzył coś, co nazywano rządem koalicyjnym. Amerykanom zależało, aby komuniści objęli bardzo kluczowe stanowiska, ściśle mówiąc, aby stanęli na czele wojskowości. No i to by było na tyle. Nacjonaliści tego nie chcieli. Tak więc generał George Catlett Marshall, który w tamtym czasie dowodził wszystkimi operacjami militarnymi w Azji, po prostu odciął dostawy amunicji i broni dla nacjonalistów i dopilnował, żeby całe wyposażenie wojskowe porzucone przez Japończyków zostało przekazane komunistom. Dzięki tym dwóm posunięciom nie mogło być wątpliwości, że armia Mao Zedonga, która w tym czasie była już dużo lepiej znana i dużo lepiej wyposażona niż wojska komunistyczne, odniesie zwycięstwo – i tak też się stało. George Marshall później nawet się tym chełpił. Powiedział, „Ot tak rozbrajam w jednej chwili 30 dywizji armii Czang Kaj-szeka”. Wszystko to spowodowały Stany Zjednoczone. Decyzja o przejęciu władzy w Chinach przez komunistów została podjęta przez tak zwane siły kapitalistyczne w Stanach Zjednoczonych. Te wszystkie informacje są sprzeczne z konwencjonalną wiedzą historyczną, ale tak jak powiedziałem wcześniej, łatwo je odszukać w źródłach historycznych, nie są już dłużej kwestią opinii. Całość można podsumować stwierdzeniem, że niektóre z najbardziej brutalnych reżimów totalitarnych w historii były finansowane przez bardzo zamożnych ludzi, o których myślimy po prostu jako o kapitalistach. Mają wielkie fortuny, ale my nie zdajemy sobie sprawy z tego, że posiadanie wielkiej fortuny samo w sobie nie jest problemem. Chodzi o to, co robisz z tą fortuną i w jaki sposób ją zdobyłeś. Kapitalista wolnorynkowy to taki, który zdobywa majątek na drodze rywalizacji, dzięki istnieniu wolnego rynku oraz wytwarzaniu produktów i świadczeniu usług lepszej jakości i po niższej cenie. Kapitalista monopolistyczny to taki, który zdobywa majątek kupując lojalność polityków i przepychając określone przepisy prawne, żeby przechylić szalę rządu na swoją korzyść, a także dzięki stawianiu przeszkód na drodze konkurencji. Istnieją więc dwa rodzaje kapitalistów, jeśli już chcemy używać tego słowa. Musimy to powiedzieć jasno. Kapitaliści, o których mówimy, ci, którzy wspierali totalitarne reżimy, nie byli kapitalistami wolnorynkowymi. To byli kapitaliści monopolistyczni, którzy wierzyli w koncepcję kolektywizmu.

Kwestia ratowania banków z kłopotów finansowych jest bardzo prosta. Można ją skomplikować, ale u swojej podstawy jest naprawdę bardzo prosta. Chodzi o to, że banki, które posiadają Federal Reserve System – bo to jest kartel banków – mają wielki wpływ na nasz rząd federalny. Kiedy banki wpadły w kłopoty i były o krok od bankructwa… Większość banków, jeśli się spojrzy na ich bilans, rzeczywiście zbankrutowało, ponieważ udzieliły zbyt wielu złych kredytów krajom trzeciego świata lub wielkim korporacjom i te kraje i korporacje nie były w stanie dalej płacić odsetek od tych kredytów. Banki doszły do momentu, w którym musiały uznać te kredyty za niespłacalne. To by je zniszczyło, poszłyby na dno. Przestałyby funkcjonować. A zatem prezesi tych banków udali się do swoich przyjaciół w Waszyngtonie i powiedzieli, „Słuchajcie, musimy uratować Amerykę”. Nie powiedzieli, że musimy uratować banki, ale że musimy uratować Amerykę. Jeżeli banki upadną, kto wie co się stanie. Ameryka pójdzie na dno. Tak więc ich przyjaciele w kongresie przegłosowali miliardy, a ostatecznie biliony dolarów, żeby to wszystko umożliwić, żeby uratować General Motors i Forda, różne kraje i same banki. Amerykanom zostało to przedstawione jako wspaniałe posunięcie w imieniu Ameryki. Oto w jaki sposób uratujemy Amerykę – ratując banki. Prawie się udało – prawie, bo do tego czasu wystarczająco dużo ludzi uświadomiło sobie o co chodzi w tej grze. Wiedzieli, że System Rezerwy Federalnej generuje pieniądze z niczego. Wiedzieli, że to będzie miało swoje skutki i wiedzieli, że to oni będą musieli zapłacić rachunek albo w formie podatków albo inflacji. Ostatecznie zapłacili w formie inflacji, ponieważ politycy niechętnie podwyższają podatki tak bardzo jak powinni, żeby pokryć wydatki rządu, więc zawsze utrzymują podatki na tak niskim poziomie jak to tylko możliwe. No ale zebrali pieniądze poprzez inflację, ponieważ pompując nowe pieniądze w gospodarkę, rozcieńczyli siłę nabywczą wszystkich istniejących pieniędzy. Kiedy wyborcy uświadomili sobie, że to oni będą musieli zapłacić ten rachunek – nie rząd, ale obywatele, konsumenci, mieli zapłacić za ratowanie banków, to oni faktycznie je ratowali – a więc kiedy to sobie uświadomili, poczuli gniew. Jako wyraz sprzeciwu zapoczątkowali wielki ruch, było mnóstwo złości, zwłaszcza, gdy dowiedzieli się, że niektórzy z dyrektorów otrzymywali warte milion dolarów bonusy za doprowadzenie swojego banku do bankructwa. Emocje sięgały zenitu. Nawiasem mówiąc, uważam, że cała ta kwestia bonusów, choć ważna, była kwestią poboczną. Sądzę, że to był jeden z tych trików stosowanych przez media w celu odwrócenia uwagi publicznej od prawdziwego problemu. A prawdziwym problemem był fakt, że System Rezerwy Federalnej i kongres generowały te wszystkie pieniądze na ratowanie banków z niczego. To była zasadnicza kwestia, która mogła doprowadzić do bankructwa Ameryki, pozbawić ludzi pracy i domu. Mogła zniszczyć Amerykę, ale czy oni o tym mówili? Nie, mówili o tym jak to źle, że prezes jakiegoś banku otrzymał premię w wysokości miliona dolarów. To tam na dłuższy czas skierowano uwagę wszystkich. To była kwestia poboczna, przynajmniej według mnie. Tak to właśnie wyglądało. Co można na to wszystko powiedzieć? Mimo że coś takiego budzi w ludziach złość, fakt ten nie doprowadził do żadnej zmiany, ponieważ ludzie nie kontrolują swojego rządu. Sądzą, że tak, ale się mylą. Reprezentujący ich politycy mają zobowiązania wobec cechu bankowego i kartelu bankowego, jakim jest System Rezerwy Federalnej. To tam dziś znajduje się władza. Jeżeli potrzebujesz na to jakiegoś dowodu, wystarczy, że przyjrzysz się najnowszej historii, ratowaniu banków wbrew woli większości Amerykanów, pomimo złości większości Amerykanów. Pomimo sprzeciwu społeczeństwa kongres nie zawahał się i przegłosował ustawę. Prezydent Stanów Zjednoczonych ją podpisał, wszyscy na górze opowiadali się za nią, ale ludzie na dole jej nie chcieli, więc jak to możliwe, że plan został zrealizowany? Gdyby ludzie kontrolowali swój rząd, czy to by się wydarzyło? Nie. Oto jest niezbity dowód, że obywatele Stanów Zjednoczonych utracili kontrolę nad swoim własnym rządem.

Gniew związany z ratowaniem banków z tarapatów finansowych posłużył jako wielka siła napędowa dla ruchu Tea Party, ale pytanie brzmi czy ruch Tea Party będzie w stanie w jakikolwiek sposób to wykorzystać? Odpowiedź brzmi: nie, dopóki nie wymienią ludzi w Waszyngtonie, którzy doprowadzili do ratowanie banków. Ruch Tea Party nie będzie miał żadnej wartości, jeśli nie doprowadzi do wymiany polityków, którzy wywołali kryzys finansowy. To oznacza, że trzeba wymienić wszystkich, nie tylko Demokratów albo Republikanów. Wszystkich. Obawiam się, że obecnie ruch Tea Party… Podejmuje się próby, aby stał się rzecznikiem Partii Republikańskiej, tak by wyglądało, że wszystko co się dzieje w gospodarce, w tym ratowanie banków, że to wszystko jest skutkiem działania Demokratów, ale to nieprawda. Z pewnością odegrali w tym znaczącą rolę, lecz to wszystko dzieje się od dziesięcioleci i Republikanie też mają w tym swoją rolę. Niektórzy z  Republikanów, którzy dziś wstają i mówią, „Powinniśmy położyć kres ratowaniu banków”, to ci sami ludzie, którzy na początku głosowali za tą ustawą, tylko nikt nie sprawdza historii ich głosowań. A zatem tak, gniew Amerykanów związany z ratowaniem banków jest paliwem dla ruchu Tea Party. To dobrze, ale kluczową kwestią jest czy ruch ten pozostanie niezależny od politycznego wpływu Partii Republikańskiej.

Tak, myślę, że film „What in the world are they spraying?” („Co rozpyla się na świecie?”) będzie bardzo ważnym filmem, który zaszokuje wiele osób. Że coś rozpylają, to wiadomo. Sądzę, że wrodzona inteligencja każdego człowieka mówi mu, że to, co widzi na niebie, te przecinający się linie i białe smugi prowadzące od horyzontu do horyzontu, to nie są jedynie kryształki lodu, które ciągną się za silnikiem odrzutowym. Prawdą jest, że silnik odrzutowy wytwarza kryształki lodu na dużych wysokościach, gdzie panują niskie temperatury, ale są one bardzo szybko wchłaniane w atmosferę. Można zobaczyć je tuż za samolotem, gdy przelatuje po niebie, trochę białego dymu, który za nim podąża i znika. To zupełnie coś innego niż te kłębiące się chmury dymu, które ciągną się od horyzontu do horyzontu i rozprzestrzeniają się tak, że do wieczora całe niebo jest mlecznobiałe. A więc co oni rozpylają? Teraz już wiemy co to takiego. To skutek pojawienia się nowej gałęzi przemysłu, relatywnie nowej gałęzi przemysłu o nazwie geoinżynieria. Istnieje grupa naukowców, polityków i korporacji, która planuje zarobić bardzo dużo pieniędzy i osiągnąć także inne cele, inne ukryte cele, zmieniając naturę naszej planety. Twierdzą, że robią to, ponieważ chcą zatrzymać globalne ocieplenie. To jest ich główny pretekst. Powinienem teraz publicznie oświadczyć, że według mnie globalne ocieplenie to totalny mit, ale nie tym się teraz zajmujemy. Nawet gdyby to była prawda…  Oni twierdzą, że próbują zatrzymać globalne ocieplenie, ale w rzeczywistości ich działania mają dużo bardziej katastrofalne skutki niż jakiekolwiek efekty globalnego ocieplenia. Twierdzą, że chcą kontrolować pogodę, twierdzą, że chcą zwiększyć plony, twierdzą, ze chcą zmienić charakter gleby i wody dla poprawy losu ludzkości, oczywiście zawsze dla poprawy losu ludzkości. Zawsze robią to dla nas. To wielki przemysł. Twierdzą, że w tej chwili to wszystko znajduje się dopiero na etapie rozmów. Mówią, że rozmawiają o rozpylaniu glinu i baru do atmosfery i twierdzą, że muszą przeprowadzić badania, żeby sprawdzić czy te pierwiastki mają toksyczne działanie. Wypowiadają te wszystkie właściwe słowa tak jakby dopiero to wszystko rozważali. Istnieją jednak ewidentne dowody, że proceder ten trwa już od ponad dziesięciu lat. To się dzieje, dzieje się w tej właśnie chwili. Mamy dowody nie tylko na to, że się dzieje, ale i na to, że skutki tego procederu są tragiczne dla naszej planety. Rozpylanie tych pierwiastków niszczy życie roślin, niszczy plony, niszczy dziką przyrodę i jest katastrofalne dla ludzkiego zdrowia. Ludzie zapadają na bardzo poważne choroby, ponieważ wdychają te toksyczne substancje. Tak więc teraz już wiemy co rozpylają. Możemy zidentyfikować te substancje. Przeprowadzono liczne badania nie tylko gleby i wody, ale również wody deszczowej i śniegu, a więc wody, która pochodzi z nieba, o której nie można powiedzieć, że wzięła się z ziemi. Badania te przeprowadzono na atmosferze, wodzie deszczowej i śniegu w miejscach oddalonych o setki mil od ośrodków przemysłowych. Nie można więc powiedzieć czegoś w rodzaju, że substancje te zostały tam przywiane z jakiegoś komina. Otóż badacze odkryli niepokojąco wysoki poziom substancji toksycznych, w szczególności aluminium i baru, czyli tych właśnie pierwiastków, o których naukowcy mówią, „Zastanawiamy się, co by się stało, gdybyśmy rozpylili glin i bar w niebo. Zastanawiamy się…”. A naukowcy odkryli ogromne ilości właśnie tych pierwiastków w wodzie pochodzącej z nieba. Na przykład Góra Shasta. W śniegu na tej górze w ogóle nie powinno być aluminium, ponieważ śnieg pochodzi z nieba. W niebie nad terenem takim jak Góra Shasta – dziewiczym pustkowiu w Północnej Kalifornii – w ogóle nie powinno być aluminium. Istnieje wymóg rządowy, że jeśli poziom aluminium osiąga bodajże tysiąc cząsteczek na miliard, konieczna jest bezpośrednia interwencja ze strony Agencji Ochrony Środowiska, ponieważ tak wysoki poziom stężenia tego pierwiastka traktowany jest jako wysoce niebezpieczny i toksyczny. Tysiąc cząsteczek na miliard. W tym śniegu powinno być zero ppb, ale kiedy przeprowadzili badanie/, odkryli 60.000 ppm. Inaczej mówiąc, 60 razy więcej niż najwyższy dopuszczalny poziom glinu – w śniegu na Górze Shasta! Niebywale toksyczne. Ta woda zabije turystów, którzy ją piją, albo zwariują przez nią czy coś podobnego. Widzimy to wszędzie, nie tylko na Górze Shasta. Wysoki poziom trujących pierwiastków występuje również na pięknych hawajskich wyspach, gdzie rozpylanie jest prowadzone na dużą skalę. Pobiera się próbki deszczu i te substancje pochodzą z nieba, dokładnie te same substancje, o których naukowcy mówią, „Co by się stało, gdybyśmy wypuścili je w niebo?” Istnieje wiele dowodów na to, że ten proceder toczy się właśnie w tej chwili, co gorsza rozpylane są toksyczne substancje, a już  najgorsze jest to, że kłamią nam na ten temat. Taki jest właśnie przekaz naszego filmu „What in the world are they spraying?” („Co rozpyla się na świecie?”)

http://trivium.wybudzeni.com/2016/07/18/kolektywizm/

Szkoła po amerykańsku jest do kitu – napisy PL

 

Ucząc się historii z podręczników szkolnych znajdujemy przewidywalny zestaw konkretów – co, kto, gdzie i oczywiście kiedy. Ale niemal zawsze brakuje kontekstu, czyli DLACZEGO i JAK?

W tym materiale jest opisane to jak publiczne szkoły przyczyniają się do powstawania socjalizmu, imperializmu, a w końcu nazizmu w Niemczech pomiędzy 1890 a 1940 rokiem.
W szkole przyzwyczajani jesteśmy do myślenia, że żyjemy w idealnej wizji tego jak społeczeństwo powinno wyglądać.
Ale czyja to jest wizja?
I jakie są jej ideały?

 

Dokumenty pruskie – Osmańczyk Edmund

Link do skanu książki na mega poniżej:
https://mega.co.nz/#!MwhjEa6S!bI6D8rllRNWf03VsMUEZmo6v62cWF0PbW8EJXt4tb30

Poniżej fragment książki:

SPIS TREŚC I
NORYMBERGA …. 5
5 LISTOPADA 1937 … 13
HISTORIA TRZECIEJ RZESZY . 32
PAMIĘTNIKI HANSA FRANKA . . 54
VON DEM BACH – ZELEWSKI . 116
SZTAB GENERALNY … 133
LIST HINDENBURGA … 141
TESTAMENT HITLERA … 147
GŁOSY DEMOKRATYCZNYCH NIEMIEC 162
ŹRÓDŁA CZWARTEJ RZESZY . 173

NORYMBERGA

„Stany Zjednoczone Ameryki, Republika Francuska, Zjednoczone Królestwo W. Brytanii i Póln. Irlandii oraz Związek Socjalistycznych Republik Rad oskarżają:
Hermanna Wilhelma Goringa, Rudolfa Hessa itd.”

Tymi słowy rozpoczyna się akt oskarżenia Trybunału Wojskowego dla osądzenia głównych zbrodniarzy wojennych. Słowa wstępne, w niezbyt szczęśliwy sposób sformułowane, oznaczały, że Niemcy oskarżone są formalnie nie przez wszystkie narody zjednoczone i nie w imieniu tych narodów, lecz bezpośrednio przez cztery zwycięskie mocarstwa. Błąd takiego sformułowania odbił się na akcie oskarżenia, a z kolei na całym przewodzie sądowym.
Proces norymberski ma znaczenie historyczne. Stanowi precedens, nieznany dotąd w historii. Mamy zatem prawo oceniać jego znaczenie.
Cztery mocarstwa oskarżały w swoim imieniu przedstawicieli rządu Rzeszy, NSDAP, SS, SD, Gestapo oraz Sztabu Generalnego Niemieckich Sił Zbrojnych o zbrodnie wojenne, dokonane w Europie, Afryce i na morzach. Część pierwsza aktu określiła zbrodnie oskarżonych, część druga ogłosiła wyżej wymienione organizacje za zbrodnicze, część trzecia ustaliła rodzaje zbrodni i przygotowania do nich przez stworzenie „wspólnego planu (spisku)”, którego podstawą były takie pojęcia, jak „rasa panów”, „zasada wodzostwa” oraz takie hasła, jak „wojny są szlachetnym zajęciem Niemców”, „przywództwo partii jest motorem państwa i narodu”. Następnie akt oskarżenia ustalił etapy wykonywania planu przez kolejne uzyskiwanie totalnej kontroli politycznej, gospodarczej i kulturalnej w Niemczech, a następnie przerzucenie kontroli tej na zagranicę (zajęcie Saary, Austrii. Czechosłowacji, Kłajpedy), wreszcie rozpoczęcie wojny z Polską. Ustęp ten brzmi, jak następuje:

„…ustalono nasamprzód przy pierwszej okazji zaatakować Polskę. Przyznawano, że sprawy dotyczące Gdańska, poruszane w odniesieniu do Polski, nie stanowią właściwych zagadnień, lecz że chodzi tu przede wszystkim o sprawę agresywnej ekspansji dla zdobycia żywności i „Lebensraumu”. Uznano, że Polska na atak odpowie zbrojnie i że nie można spodziewać się powtórzenia sukcesu, tak w wypadku z Czechosłowacją, podbicia Polski bez wojny. Zatem stwierdzono, że problem polega na odizolowaniu Polski, aby, jeśli to możliwe, przeszkodzić jednoczesnemu konfliktowi na zachodzie. Mimo to jednak zdania były zgodne, że Anglia będzie wrogiem tego rodzaju dążeń, że w końcu dojść musi do starcia wojennego z Anglią i jej sojusznikiem, Francją, a zatem w tej wojnie należy uczynić wszystkie próby, aby Anglię pokonać przez uderzenie błyskawiczne („Blitz-krieg”). Po czym postanowiono natychmiast wypracować we wszystkich szczegółach plan ataku na Polskę przy pierwszej nadarzającej się sposobności oraz plany ataków na Francję i Anglię, jak i plany jednoczesnego obsadzenia baz lotniczych w Holandii i Belgii siłą zbrojną.
Po wypowiedzeniu bez uzasadnionej przyczyny polsko-niemieckiego paktu z roku 1934 przeszli nazistowscy spiskowcy do rozdmuchiwania kwestii gdańskiej i przygotowania „incydentów granicznych”,

mających na celu uzasadnienie aktu, oraz do podnoszenia żądań w stosunku do polskiego terytorium. Gdy Polska nie chciała ustąpić, wówczas spowodowali 1 września 1939 r. wtargnięcie uzbrojonych niemieckich oddziałów do Polski, przez co wywołali również wojnę ze Zjednoczonym Królestwem i Francją.”

„W ten sposób rozpoczęta została wojna zaczepna atakiem na Polskę, przygotowana przedtem wtargnięciem do Austrii i Czechosłowacji. Po całkowitej klęsce Polski poczynili spiskowcy praktyczne przygotowania do rozszerzenia wojny w Europie.”

Z kolei akt oskarżenia opisał ataki niemieckie na Danię, Norwegię, Holandię, Belgię, Luksemburg, Jugosławię i Grecję, a następnie na ZSRR.
Punkt 7. omawia współpracę spiskowców z Włochami i Japonią oraz wojnę zaczepną przeciw Stanom Zjednoczonym.
Punkt S określa „zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciw zasadom humanitarnym, popełnione w czasie wykonywania spisku, a za które odpowiedzialni są spiskowcy.
Punkt H orzeka przy tym, że odpowiedzialność za wyżej wymienione zbrodnie spada zarówno na osoby poszczególne, jak i na wyżej wymienione organizacje.
Z kolei akt oskarżenia wymienia „zbrodnie przeciw pokojowi”. Tu następuje wyliczenie „uplanowanych, przygotowanych, wywołanych i prowadzonych wojen”, rozpoczynających się „wojną przeciw Polsce 1 września 1939 r „.
Osobny paragraf obejmują „zbrodnie wojenne”, które powstały z planu spiskowców, przewidującego „wojnę totalną” i stosowanie metod w walce i w okupacji wojskowej, które sprzeciwiają się wyraźnie prawu i zwyczajom wojennym, oraz dokonanie zbrodni na polach bitew przy spotkaniu z armiami nieprzyjacielskimi, w stosunku do jeńców wojennych, a na zajętych obszarach przeciw ludności cywilnej. Tu następuje ustalenie sposobów „mordowania i szykanowania ludności cywilnej na terenach okupowanych oraz na pełnym morzu”. W ustępie tym jest zdanie następujące: „Stosowali oni zasadniczy i systematyczny mord masowy, tzn. wytępienie grup określonej rasy czy narodowości wśród ludności cywilnej pewnych okupowanych terenów, aby zniszczyć niektóre rasy czy warstwy narodu oraz grupy narodowe, rasowe lub religijne, a szczególnie Żydów, Polaków, Cyganów i in.”
Akt oskarżenia, stwierdziwszy złamanie przez spiskowców międzynarodowej konwencji haskiej z roku 1907 o prawach i zwyczajach wojennych, przytacza długą litanię zbrodni dokonanych przez Niemców w tej wojnie. Lista ta, opatrzona jest następującym wstępem:

„Przytoczone w niniejszym punkcie oskarżenia wypadki- służą wyłącznie jako przykłady i nie wykluczają relacji innych. Trybunał zastrzega sobie kategorycznie prawo dostarczenia dowodów na inne wypadki mordowania i szykanowania osób cywilnych.”

Mimo tego zastrzeżenia lista zbrodni wojennych czyni wrażenie wybitnie dyletanckiej kompilacji, w której zajmują wiele miejsca szczegóły drobne i cyfry nikłe, gdy najbardziej znane zbrodnie wojenne zostały pominięte. Oto przykłady:
Po szczegółowym wyliczeniu zbrodni dokonanych we Francji, Danii, Belgii i Luksemburgu („krajach zachodnich” — według terminu przyjętego w akcie oskarżenia), następuje sprawozdanie z „krajów wschodnich” dające długą, szczegółową listę potwornych zbrodni dokonanych na obszarach ZSRR, ogólnikowe dane o Majdanku i Oświęcimiu („około 1.500.000 i 4.000.000 osób, wśród nich obywatele polscy, sowieccy, amerykańscy, brytyjscy, czescy, francuscy i inni”), wstawka, że ,,w Czechosłowacji ponad 20.000 osób zostało w więzieniach Gestapo w Brnie, Seimie i innych miejscowościach zamęczonych, rozstrzelanych lub powieszonych, poza tym wiele tysięcy aresztowanych było poddanych zbrodniczemu biciu i męczarniom. Przed wojną jak i w czasie wojny tysiące czeskich patriotów, a szczególnie katolików i protestantów, adwokatów, lekarzy, nauczycieli itd- aresztowano jako zakładników i osadzono w więzieniu. Duża liczba tych zakładników została przez Niemców wymordowana.”
O Grudziądzu, Warszawie, Palmirach, Sobiborze, Zamojszczyźnie itp. ani słowa. O krwawych ofiarach Serbów, Chorwatów, Słoweńców tylko jedno zdanie:

„W Jugosławii zostało zamordowanych wiele tysięcy osób cywilnych”.

Pod literą B przytoczono wypadki deportacji ludności cywilnej do pracy niewolniczej. Z „krajów zachodnich” jest znów szczegółowa lista transportów z Francji. Z krajów wschodnich—jedno krótkie zdanie o 4.918.000 deportowanych z ZSRR, dłuższe zdanie o 750.000 obywateli czeskich i notatka o zarządzeniach deportacyjnych w Jugosławii. O Polakach ani słowa.
Pod literą C przykłady „mordowania i szykanowania jeńców wojennych” dają znów obraz tragedii francuskiej, jeśli chodzi o „kraje zachodnie”. W „krajach wschodnich” — niepełna lista sowiecka. O Polsce tylko to, że „we wrześniu 1941 zostało w lasku katyńskim w pobliżu Smoleńska zamordowanych 11 tysięcy polskich oficerów — jeńców wojennych”. O wrześniu 1939 i sierpniu 1944 nic.
Pod literą D znajdujemy przykłady mordowania zakładników. O Polsce ani słowa.
Pod literą E—przykłady „rabunku własności publicz nej i prywatnej”. Z „krajów zachodnich” Francja znów dała szczegółowe zestawienie, nie pomijając nawet 49.000 ton sera i 87.000.000 flaszek szampana. Ź „krajów wschodnich” pominięto całkowicie przykłady z Polski. Natomiast jest oskarżenie czeskie tej treści:

„Po obsadzeniu Czechosłowacji 15.III.39 skonfiskowano i skradziono wielkie zapasy surowców, miedzi, cynku, żelaza, bawełny i środków żywnościowych, spowodowano wy wóz wielu wagonów kolejowych i wielu maszyn, aut, parowców, autobusów, obrabowano biblioteki, laboratoria, muzea, kradnąc książki, obrazy, dzieła sztuki, aparaty i urządzenia naukowe, rabując rezerwy złota i dewiz, w tym 23.000 kg złota o wartości nominalnej 5.625.000 funtów szterlingów, uzyskując w sposób podstępny kontrolę nad czeskimi bankami i wieloma czeskimi przedsiębiorstwami przemysłowymi, ograbiając je i wywłaszczając w rozmaity sposób czechosłowacki majątek prywatny i publiczny. Ogólną sumę gospodarczej ekspropriacji Czechosłowacji w latach 1938 — 1945 ocenia się na 200.000 milionów czeskich koron.”

Pod literą F idą przykłady nakładania na społeczeństwo kar pieniężnych. O Polsce ani słowa.
Pod literą G — przykłady „złośliwego zniszczenia większych i, mniejszych miast oraz wsi i spustoszenia, dokonywanego bez uzasadnionej konieczności wojskowej”. Przykłady z Norwegii, Francji i Holandii, jeśli chodzi o „kraje zachodnie”, a z Grecji, Jugosławii i Czechosłowacji, jeśli chodzi o „kraje wschodnie”. O Polsce i Warszawie nic.
Pod literą H podane są przykłady przymusowej rekrutacji robotników cywilnych. Przykłady z Francji i Luksemburga oraz z Rosji i Czechosłowacji. O Polsce nic.
Pod literą J (przykłady „germanizacji okupowanych terenów”) około 100 Wierszy petitem zajmuje opis germanizacji wschodniej Francji. O Polsce nic.
W ostatnim wreszcie punkcie oskarżenia „o zbrodnie przeciw humanitarności” znajdujemy już tylko oskarżenia ogólne. Sprawa wymordowania Żydów potraktowana jest bardziej szczegółowo, ale i tu przytoczone przykłady pomijają najpotworniejsze fakty, jak zniszczenie getta warszawskiego i łódzkiego.
Jest widoczne, że akt oskarżenia mimo kilkumiesięcznych przygotowań nie opierał się na szeroko ujętym rejestrze zbrodni niemieckich w Europie, lecz na przypadkowym wyborze faktów.
Wydawać by się mogło, że akt oskarżenia w tego rodzaju procesie stanie się zarazem czarną księgą wszystkich zbrodni niemieckich w tej wojnie. Niestety, Trybunał nie zadał sobie trudu opracowania takiej czarnej księgi uważając najwidoczniej, że przytoczony materiał jest dostatecznie obciążający.
Historyk procesu zdziwiony będzie zapewne, tak jak i my, że jako zbrodnie przykładowe w historycznym akcie oskarżenia figurowały kradzieże 49.000 ton sera, 87 milionów flaszek szampana, natomiast nie figurowały kradzieże dzieci polskich z Zamojszczyzny ani wymordowanie 200.000 kobiet, mężczyzn i dzieci w powstaniu warszawskim, ani zburzenie Warszawy w dwóch fazach — po powstaniu żydowskim i po powstaniu polskim — zbezczeszczenie cmentarzy, ani zniszczenie pomników Chopina i Kopernika, ani itp. itp.
Faktem historycznym jest, że w wojnie tej najpotworniejsze zbrodnie niemieckie dokonane zostały na terytorium Polski, Jugosławii i Związku Radzieckiego.
Od konferencji poczdamskiej, tj. od czasu określenia linii granicznej Odra — Nysa. istnieją w pewnych kołach tendencje do tuszowania bohaterskiej przeszłości Polski, a wysuwania cierpień niemieckich Prusaków, wysiedlanych z Nadodrza. Jest niepokojące, iż te tendencje pomniejszenia ofiar Polski dla pokoju świata wkradły się do Trybunału Norymberskiego. W przewodzie sądowym również sprawa Polski nie wystąpiła z całą wyrazistością. Prokuratorzy polscy nie zostali dopuszczeni do roli bezpośrednich oskarżycieli. Formuła aktu oskarżenia spowodowała ten, a nie inny przebieg procesu.

PAMIĘTNIKI HANSA FRANKA

I. „TAGEBUCH DES HERRN GENERAL- GOUVERNEURS”

 

Hans Frank głosem słabym i nerwowym stwierdził, że jest niewinny. Hans Frank na ławie oskarżonych wyróżniał się wraz z Gôringiem największą ruchliwością. To śmiał się, to rozmawiał z sąsiadami (Frickiem i Rosenbergiem), to ruchem ręki czy głowy zaprzeczał punktom oskarżenia. Hans Frank, którego nalaną, podpuchniętą od pijaństwa twarz pamiętamy, teraz wyglądał blado, ziemiście, a na wysokim czole odbijało się nerwowymi zmarszczkami kłębowisko myśli szukających uniewinnienia, myśli, które musiały być szalone, bo Frank czasami sprawiał wrażenie nienormalnego. Tak wygląda lis w kotle, który wie, że nie umknie, ale myśli wciąż jeszcze o ucieczce.
Kariera antypolska Franka rozpoczęła się w roku 1932, kiedy na Śląsku Opolskim bronił 6 SS-manów, oskarżonych o zamordowanie powstańca śląskiego we wsi Potępa, Polaka, członka partii komunistycznej, nazwiskiem Piecuch. Hans Frank wtedy postawił tezę: oskarżonych należy uniewinnić, bo zasłużyli się dla narodu niemieckiego mordując primo Polaka, secundo komunistę. W roku 1933 został członkiem Reichstagu, ministrem Rzeszy, komisarzem Rzeszy dla kodyfikacji prawa (Gleichschaltung). W rok później prezydentem akademii prawa niemieckiego, kuźni totalnego bezprawia. W roku 1938 (wstydliwy rok monachijskiej Europy) Hans Frank został wybrany prezydentem Międzynarodowej Izby Prawniczej. 25 października 1939 r. Frank otrzymał o godzinie ósmej rano nominację telefoniczną od Hitlera na generalnego gubernatora Polski. 0 godzinie 9 rano zamianował pierwszego urzędnika Generalnego Gubernatorstwa — szefa kuchni. Godzinę później zamianował Fischera gubernatorem Warszawy polecając mu przysłanie z Warszawy 300 futer damskich i męskich. W rok później, gdy Europa została pokonana, a Hitler przygotowywał się do ataku na Rosję, Hans Frank skreślił „na wieczne czasy” słowo „Polska” z nazwy „Generalna Gubernia”. Ten pierwszy rok był próbą różnych systemów terroru, mających wytępić Polaków i Żydów. Następne lata były bezprzykładnym w dziejach okresem bezprawia wskutek rządów prezydenta Międzynarodowej Izby Prawniczej. Dokumenty tych rządów zachowały się w oryginale. Są to pamiętniki Hansa Franka. O stylu pamiętników świadczą najwymowniej ostatnie ich strony:

„16 stycznia 1945 roku o godzinie 12 w południe Pan Generalny Gubernator otrzymawszy wiadomość o zajęciu Częstochowy i Radomska żegna się wzruszony z miejscem swej pracy. 17 stycznia o godzinie 9 rano Generał prosi Pana Generalnego Gubernatora o natychmiastowe opuszczenie Krakowa. Godzina dwunasta ostatnie posiedzenie rządu.”

Godzina 13 min. 25

„Herr General – Gouverneur verlässt mit einer Wagenkolonne im herrlichen Windwetter und strahlenden Sonnenschein die Burg zu Krakau”. Aż słychać w tym zdaniu majestatyczny powiew historii zmiatającej z Wawelu zbrodniczego kabotyna. A oto ostatnie zdanie diariusza 3.IV.45: „Herr General-Gouverneur trifft im Haus Bergfrieden (Bawaria) ein und übernachtet daselbstl”

20 listopada 1945 Hans Frank równie osobiście zasiadł na ławie oskarżonych w Pałacu Sprawiedliwości w Norymberdze.
W oskarżeniu niemieckich przestępców wojennych o popełnienie zbrodni w Europie Wschodniej osobne miejsce zajęły czyny Hansa Franka, byłego generalnego gubernatora.
Dokumentem, na którym opierał swe oskarżenie prokurator Pokrowski, było 31 oprawnych tomów i 5 skoroszytów „Diariusza Pana Generalnego Gubernatora”, jak oficjalnie w tytule niemieckim zaznaczono. Z tomów tych najbardziej charakterystyczne wypowiedzi wybrał przedstawiciel Rządu Polskiego w Norymberdze, dr St. Piotrowski. Z polecenia prokuratora Rudenki wyjątki diariusza wydrukowane zostały w Lipsku w osobnych odbitkach w języku niemieckim, rosyjskim, angielskim i francuskim. Egzemplarz pt. „Auszüge aus dem Tagebuch von Hans Frank” liczy 24 strony tekstu, formatu 16X24, tekst ułożony przejrzyście, w porządku chronologicznym, opatrzony został przedmową gen. R. Rudenki, który stwierdził:

„Prowadzony przez oskarżonego Franka i jego sekretarzy dzień w dzień pamiętnik wyjaśnia stanowisko oskarżonego w wielu sprawach rozpatrywanych przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy.”
„Można stwierdzić według własnych słów oskarżonego, wypowiadanych w różnych okolicznościach i okresach czasu, w jakim stopniu jest on odpowiedzialny za czyny zbrodnicze, popełnione przez spiskowców nazistowskich na obszarze Generalnej Guberni.”

Diariusz Hansa Franka wyrósł z pychy ludzkiej kanalii. Nie znam w historii bardziej nikczemnego dokumentu pychy. Starannie na maszynie pisane kartki diariusza oprawione są w czerwoną skórę, na której złotem
tłoczone są tytuły. Księgi te stały w bibliotece prywatnej w mieszkaniu wawelskim Franka i w ciągu lat 4 wzrosły do liczby 31 tomów. Co roku kartki diariusza szły do oprawy. Co roku powiększały bibliotekę Pana Generalnego Gubernatora, który z umiłowaniem spoglądać musiał na tę swoją „historyczną” pracę. Rocznik 1944 już do oprawy nie poszedł. W styczniu bowiem 1945 Hans Frank musiał uchodzić z Krakowa. Z biblioteki swej zabrał do samochodu w dwóch skrzyniach złożoną „najwartościowszą” pamiątkę: księgi oprawne i skoroszyty z ostatniego roku rządów na Wawelu. W czasie podróży z Krakowa do Bawarii każdy dzień notował nadal i włączał arkusze zapisanego papieru do skoroszytów. Ciągle w formie majestatycznej:

„Pan Generalny Gubernator zrobił w dniu dzisiejszym to i to…”

W kwietniu 1945 r. Hans Frank osiadł na stałe w swym domu pod miasteczkiem podgórskim Neuhaus w Bawarii. Dom miał nazwę „Bergfrieden”, przypominającą „Berghof” Hitlera w Obersalzbergu. 15 maja 1945 r. porucznik 7 armii amerykańskiej Walter Stein wraz z żołnierzami żandarmerii polowej udał się do domu Franka i aresztował byłego generalnego gubernatora. Nim rozpoczęto rewizję, Hans Frank wskazał na księgi oprawne i powiedział: „Tu macie historyczne dokumenty”. Próżność zatryumfowała. Nie zniszczył Hans Frank nic, chciał, aby o nim pisano, aby historia miała wiele materiału o nim, złego czy dobrego, to obojętne, ale przysparzającego mu sławy.
Potem w wiezieniu, przygnębiony prostotą wybielonej celi, Frank wpadł w depresję i postanowił popełnić samobójstwo. Kawałkiem szkła przeciął sobie żyłę u lewej ręki. Strach przed śmiercią, a może i myśl o straconej okazji zasłynięcia na norymberskim procesie spowodowały, że Hans Frank brocząc krwią wezwał ratunku. W
szpitalu więziennym odzyskał szybko zdrowie, tylko zraniony nerw lewej ręki uczynił ją bezwładną. Czarna rękawiczka na lewej ręce jest pamiątką tej nieprzemyślanej decyzji. Próżność Franka była równa jego tchórzliwości. Podczas procesu, ilekroć padło jego nazwisko, podnosił dumnie głowę, rozglądał się tryumfalnie po sali, aby za chwilę przytłoczony oskarżeniem, zwinąć się jak robak, gestami rąk i grymasami twarzy zaprzeczać wypowiadanym słowom.
Gdy sądowi przedłożono dwie skrzynie z 36 tomami diariusza, Frank promieniał, szeptał coś swym sąsiadom, z miłością spoglądał na dzieło główne swego życia. Gdy prokurator Pokrowski odczytywał wyjątki z pamiętnika, Frank bladł, kurczył się, a potem robił jakieś notatki, które posyłał swemu adwokatowi. Zapewne wskazywał mu na wypowiedzi swoje, zawarte w innych rozdziałach pamiętnika, gdzie „staje w obronie Polaków”. Są bowiem i takie wypowiedzi z okresu „jednoczenia Europy do walki z bolszewizmem”. Cóż, kiedy charakter taktyczny tych wypowiedzi przygwożdżony jest zaraz na następnych stronach w samochwalczych notatkach Franka, jak np. poniższa:

„A jeśli pozwalamy sobie na luksus dania Polakom czegoś w rodzaju filharmonii, którą pokazujemy zagranicznym dziennikarzom, to jest to bez znaczenia. Ludzie ci robią muzykę w naszym duchu, a gdy nam więcej nie będą potrzebni, rozwiążemy po prostu tę instytucję…”

Przed przedłożeniem sądowi tomów diariusza por. Thomas Minkę w obecności dwóch żołnierzy amerykańskich stwierdził ich identyczność zadając Frankowi następujące pytania:
— Czy wszystkie dokumenty leżące przed Panem są Pańskim diariuszem?
— Tak jest sam je wręczyłem Amerykanom. Nie chcę niczego ukrywać. Chodzi tu o dokumenty historyczne.
— Czy wszystko w diariuszu tym zapisane było zgodnie z prawdą i według najlepszej wiedzy i sumienia?
— Tak. Według mej najlepszej wiedzy, szczególnie według mojej najlepszej wiedzy.
Pamiętnik Franka jest pełen samochwalstwa. Majestatyczny ton diariusza, ratowanie diariusza dla potomności, wreszcie ta kabotyńska odpowiedź: „Nie chcę niczego ukrywać, chodzi tu o dokument historyczny”, świadczą o rozmiarze pychy „Generalnego Gubernatora”.
Wiemy skądinąd, że samochwalstwo jest cechą Prusaków i Hans Frank nie stanowi wyjątku w tym narodzie. Po raz pierwszy jednak uzyskaliśmy dokument, w którym sprusaczony naród niemiecki jak w zwierciadle ujrzeć może nieludzkie oblicze swej pychy. Nim to się stanie, nim naród niemiecki, wstrząśnięty własnym obliczem, w pokorze odwróci się od pychy, upłyną długie lata, o ile to w ogóle nastąpi. Toteż dobrze będzie, abyśmy Polacy, skazani na-wieczne sąsiedztwo z Niemcami, zapamiętali dobrze pyszną twarz sąsiada, ukazaną nam w diariuszu Hansa Franka. Autoportret jest potwornie wierny oryginałowi.

 

II. KARIERA SZUBIENICZNIKA

 

O sobie mówi Hans Frank w diariuszu wiele i z wyraźnym zadowoleniem.
W roku 1942 przypomina podwładnym swe zasługi tymi słowami:

„Od roku 1920 poświęciłem wszystko pracy dla nacjonalistycznej niemieckiej partii robotniczej. Jako nacjonal – socjalista brałem udział w wydarzeniach listopadowych 1923 r. i za to otrzymałem „order krwi” (Blutorden). Po odrodzeniu się ruchu w roku 1925 zaczyna się moja właściwa wielka działalność w partii. Staję się powoli wyłącznym doradcą prawnym Führera i kierownictwa NSDAP i głównym przedstawicielem interesów prawnych tworzącej się Trzeciej Rzeszy zarówno w sprawach prawno – ideologicznych jak i prawno-praktycznych. Kulminacyjny punkt widzę w wielkim procesie lipskim przeciwko członkom Reichswehry, kiedy udaje mi się doprowadzić do dopuszczenia Führera, aby złożył słynną przysięgę o legalności NSDAP, co dało możliwość ruchowi nacjonal – socjalistycznemu stworzenia sobie podstawy prawnej, a co za tym idzie możliwość wspaniałego rozwoju. Toteż w uznaniu tych zasług mianował mnie Führer już w r. 1926 wodzem nacjonal – socjalistycznego związku prawników, w r. 1929 kierownikiem urzędu prawnego Rzeszy i przywództwa NSDAP, w 1933 bawarskim ministrem sprawiedliwości, w r. 1934 prezydentem stworzonej przeze mnie Akademii Niemieckiego Prawa, w grudniu 1934 ministrem Rzeszy bez teki, a wreszcie 1939 r. generalnym gubernatorem dla okupowanych polskich terenów.
Tak więc byłem, jestem i pozostanę najwybitniejszym jurystą czasów walki nacjonal – socjalizmu.”

Hans Frank posiadał dar, który cenił wysoko Hitler, znający dobrze swój naród; darem tym była umiejętność legalizowania każdego czynu, umiejętność, która po okresie teoretyzowania zabłysnąć miała w Trzeciej Rzeszy terroryzmem prawa. Hans Frank wiedział równie dobrze jak Hitler, że naród niemiecki, naród stadowy, nie zrobi rewolucji, aby mogła powstać Trzecia Rzesza, natomiast usłucha każdego prawa, jeśli zostanie ono wydrukowane w „Reichsgesetzblatt”.
Dlatego partia hitlerowska wbrew rewolucyjnej legendzie doszła do władzy drogą legalną, większością głosów w wyborach. Gdy to się stało, Frank opracował ustawę o „zglajchszaltowaniu” partii niemieckich, ustawę uchwaloną przez legalnie wybraną większość parlamentu. Podobnie jak w procesie lipskim, gdzie Frank przed trybunałem Rzeszy broniąc oficerów Reichswehry, oskarżonych o przynależność do NSDAP, doprowadził do przeprowadzenia dowodu legalności partii… przez zaprzysiężenie Adolfa Hitlera, iż partia jego pracuje legalnie w ramach konstytucji weimarskiej. (Masz, Cyganie, świadki? Mam żonę i dziatki!).
Resztkom sumienia niemieckiego potrzebne były te zastrzyki legalizmu, znieczulające Niemca na cudzy ból. Ulubionym powiedzeniem Franka i milionów Niemców było:

„Postępujemy według prawa…” (rechtsgemass)! Kariera Franka polegała właśnie na tym, że zawsze umiał wymyślić prawo, uzasadniające postępowanie takie czy inne. Od ustaw norymberskich po warszawskie getto wszystko miało uzasadnienie „prawniczo-ideowe i prawniczo praktyczne”.

Zostawszy generalnym gubernatorem Hans Frank po raz pierwszy nie tylko jest twórcą prawa, ale i wykonawcą. Nienawiść do Polaków ujawniona w r. 1932 w Bytomiu na procesie zabójców Piecucha („należy ich uniewinnić, bo zabili po pierwsze Polaka, po drugie komunistę”), ambicja rządzenia i pycha pana świata, to wszystko składa się na typ zbrodniczego satrapy.
Hans Frank jest zazdrosny o swą władzę. Wierzy tylko w swoją mądrość. Dnia 8.3.1940 r. mówi:

„Jedno jest pewne, że autorytet generalnego gubernatora, jako reprezentanta Fuhrera i woli Rzeszy jest na tym obszarze na pewno silny. Nie zostawiłem też nigdy wątpliwości, że autorytetem tym grać nie pozwolę. Toteż poleciłem w Berlinie oświadczyć, że zakazałem mieszania się w sprawy Generalnej Guberni nie tylko wszystkim
urzędom w Rzeszy nie wyłączając policji, ale nawet wojsku. To samo tyczy się próby, uczynionej przez SS 15.Xl. 1939 r., kiedy Reichsfiihrer SS (Himmler) zarządził, iż wszystkie dzieła sztuki w GG przechodzą na własność SS. Na moje zażalenia rozporządzenie to zostało cofnięte.”

„Po tej samej linii idąc, wydal Fuhrer zarządzenie, ogłoszone 30.1.1940 r. w „Dzienniku Ustaw Rzeszy”, według którego prawo łaski na obszarze okupowanym Polski posiada wyłącznie generalny gubernator.”

„Tu w GG nie ma autorytetu, który by w randze był wyższy, we wpływach silniejszy, a jako autorytet większy niż Generalny Gubernator. Wehrmacht nie sprawuje tu żadnych funkcji rządu czy administracji. Spełnia jedynie funkcje organu bezpieczeństwa oraz wykonuje ogólne zadania żołnierskie, żadnej zaś władzy politycznej nie posiada. To samo dotyczy policji i SS. Nie ma tu państwa w państwie. My jesteśmy jedynie reprezentantami Fuhrera i Rzeszy. To samo wreszcie tyczy się partii, która nie posiada tu żadnych innych wpływów poza tym, że najstarsi nacjonal-socjaliści, zasłużeni bojowcy Fuhrera, rządzą tym krajem.”
„Uzyskałem również wyraźny rozkaz Fuhrera, na mocy którego wszystkie egzekucje zależne są od mego poprzedniego zezwolenia. Nie ma wykonania wyroku śmierci, wydanego przez sąd specjalny, bez poprzedniej mej zgody.”

Te zdania, wpisane z dumą przez Franka, wystarczają, aby odpowiedzialność za wszystkie mordy w Polsce ścisnęła mu pętlę na szyi. Hans Frank lubi jednak mówić dużo. Oto 2.3.1940 r. jego program w stosunku do Polaków:

„Na nas ciąży niesłychana odpowiedzialność, aby Polakom po wszystkie czasy złamany został kręgosłup i aby nigdy więcej w tym kraju nie zrodził się najmniejszy opór przeciwko niemieckiej polityce Rzeszy”.
„Generalny Gubernator jest tu zastępcą Fiihrera. Jedynym realnym rządem polskiego narodu, istniejącym obecnie w świecie, jest ustanowiony przez Führera rząd Generalnego Gubernatorstwa.”
„Nie zapominajcie, że Niemcy obecnie stoją wobec zadania utworzenia światowej Rzeszy (Weltreich)!”
„Uczynimy wszystko, aby standard życiowy polskiego narodu nie podniósł się powyżej minimum zabezpieczającego życie.”
„Ponoszę odpowiedzialność za to, co od dnia 11.10 1939 r. tu nastąpiło, bez względu na to, co nastąpiło, i przez kogo bezpośrednio zostało wykonane. Ja ponoszę odpowiedzialność i nie zrzucam jej na nikogo innego.”

Autokratyczne postępowanie Franka wywoływało zazdrość w partii i w SS. Intrygi, kłótnie o kompetencje spowodowały, że wreszcie musiało dojść do rozmowy Franka z Himmlerem. O zaufaniu Himmlera do Franka świadczy fakt, że 14.3. 1942 r. Himmler na piśmie uznaje przywództwo Franka nad SS i policją w GG.
Dnia 17.3.1942 r. oświadcza Frank:

„Wiecie, że jestem fanatykiem jedności władzy administracyjnej, toteż jasne jest, że wyżsi przywódcy SS i policji podlegają mnie, że policja jest częścią składową rządu…”
W myśl umowy z Himmlerem w kwietniu 1942 r. do rządu GG powołany zostaje sekretarz stanu do spraw bezpieczeństwa, Obergruppenführer Krüger, który „podlega bezpośrednio generalnemu gubernatorowi”. Himmler może udzielić wskazówek podsekretarzowi stanu, lecz ten wykonać je dopiero może za zgodą Franka. „Odwrotnie, wskazówki generalnego gubernatora udzielane podsekretarzowi stanu wymagają zgody Himmlera.”

Odpowiedzialność zatem jest teraz podwójna, ale w równym stopniu. Himmler i Frank aprobują odtąd zgodnie wszystkie zbrodnie w GG. Jest to szczegół niezwykle znamienny, jeśli zważymy, że w sierpniu 1939 r. plan ataku na Polskę nosił nazwę „Unternehmen Himmler!” Akcja Himmlera! W r. 1942 ambicja generalnego gubernatora kazała wpisać na kartę zbrodni w Polsce najpierw swoje nazwisko, później Himmlera.
Frank, Himmler! Godna para.
Lecz wróćmy do kariery szubienicznika.
W tym samym roku w sierpniu Frank miał dużo przykrości. Szwagier jego, gubernator Lwowa Lasch, likwidując getto wzbogacił się nad miarę w sposób niekoleżeński wobec innych hitlerowskich bonzów. Rodzina Franka i on sam zostali wmieszani w tę ciemną aferę, w której miliardy marek w złocie odpłynęły w nieznanym kierunku. Frank został usunięty ze stanowiska prezydenta Akademii Prawa Niemieckiego, nie wolno mu było opuszczać Krzeszowic, na Wawelu rządził podsekretarz stanu do spraw bezpieczeństwa Krüger. Lasch został aresztowany.

„24.8.1942 r. złożyłem Führerowi moje podanie o zwolnienie mnie ze stanowiska generalnego gubernatora. 31.8. 1942 r. Führer kazał mnie zawiadomić przez ministra Rzeszy Lammersa, że rezygnacji mej nie przyjmuje.”

Przez siedem dni Frank siedział zamknięty w Krzeszowicach i czekał wyroku. Führer pamiętał jednak o zasługach swego „doradcy prawnego”, a może nie miał pod ręką równego drania, dość że zgodził się zatrzymać Franka. Jesień 1942 roku zapisała się w pamięci Polaków gorliwością Franka w tępieniu wszystkiego co polskie.
Gorliwość ta spowodowała powrót do łaski Führera. Posłuchajmy, jak chwali się Frank 22.9.1943 r. przed przybyłym wówczas do Krakowa SS-Obergruppenfiihre- rem von dem Bach-Zelewskim:

„Zna Pan od lat moją namiętność podkreślania zasady jedności władzy administracyjnej, toteż szczęśliwy jestem, że udało mi się właśnie w związku z moją zasadniczą rozmową z Führerem w dniu 9 maja b. r., która trwała ponad dwie godziny i odbywała się w cztery oczy, uzyskać znowu całkowitą jego zgodę na moje poglądy i wynieść od Führera honorowy tytuł wielkiego polityka – realisty w sprawach wschodu.”

Himmler, który po Laschowskiej aferze umocnił swą pozycję w GG, teraz po powrocie Franka do łaski musiał znów ustąpić. 23 czerwca 1943 r. odbył rozmowę z Frankiem i po raz drugi podpisał umowę o zależności SS, policji i Gestapo w GG od Franka.
Ustąpić też musiał Krüger, który rządził na Wawelu, gdy w Krzeszowicach przez 7 dni zamknięty siedział Frank czekając decyzji Führera.
W miejsce Krügera przybył SS – Obergruppenführer Koppe, o którym 16.12.1943 r. Frank powiedział:

„…Jestem szczęśliwy, że na czele policji w GG stoi fachowiec wielkiej klasy.”

Oświadczenie to nabiera wyrazistości, gdy przypominamy sobie jesień 1943 roku, szubienice we wszystkich miastach i masowe egzekucje na ulicach Warszawy.
W lutym przybył Himmler do Poznania, gdzie spotkał się z Frankiem, który notując w diariuszu ów dzień zapisuje:

„Dałem wyraz memu głębokiemu zadowoleniu, że zarówno między mną a SS-Obergruppenführerem Koppen?, jak i między nim i sekretarzem stanu drem Bühlerem panuje wyjątkowo piękny stosunek koleżeńskiej współpracy.”

Rok później Frank mógł wobec tego mówić w Rzeszowie (18.3.44):

„Jeślibym poszedł do Fuhrera i powiedział mu: mój wodzu, melduję Ci, że znów zniszczyłem 150.000 Polaków — to on odpowiedziałby mi: „dobrześ zrobił, jeśli to było konieczne.”

Współpraca z Himmlerem odtąd jest niczym nie zakłócona. Do końca swych rządów Frank opiera się na Gestapo, SS i policji. Gdy wybucha powstanie w Warszawie, Frank wyczuwając myśli wodza posyła depeszę:

„Palenie domów jest najpewniejszym środkiem wykurzenia powstańców z ich schronów. Po stłumieniu powstania Warszawę spotka słusznie (mit Recht) zasłużony los: całkowite zniszczenie…”

Gdy opuszcza Kraków, nakazuje podminowanie tego miasta. Gdy aresztowany 15.V.1945 r. opuszcza swój dom, każe zabrać swe pamiętniki „historyczne”. Gdy na procesie norymberskim pytają go, czy przyznaje się do winy, odpowiada przecząco.
Hans Frank nie jest człowiekiem głupim. Jest próżny, tchórzliwy, zły, ale nie głupi.
Hans Frank jest jednocześnie jednym z najgłówniej- szych zbrodniarzy hitlerowskich; nie wiem, czy gdyby ich ustawiać w kolejności, nie należałoby mu dać miejsce trzecie po Hitlerze i Himmlerze. Mało jest bowiem hitlerowców, którzy by mogli powołać się na tak „wspaniałe” tradycje jak Frank, który 17.2.1942 r. mówił:

„W czerwcu minęło 25 lat, gdy poznałem Fiihrera i od 25 lat jestem przy nim. W wielu ciężkich godzinach związaliśmy się nawzajem z sobą. Należę do koła nielicznych współuczestników tworzenia nacjonal – socjalizmu. Ja byłem przy formowaniu programu partyjnego, ja brałem udział w przygotowaniach do pierwszego wiecu partii w Mathauserbrau,  Ja znam historię ruchu od samego początku. Dla mnie historia 25 lat ruchu jest historią największej epoki rozwojowej naszego narodu, a obecnie również i świata.”

 

III. HERRENVOLK W GG
Frank uzyskawszy władzę nad Polakami nie zapomniał nigdy o tym, by swoim zarządzeniom dać nimb ideologiczny. Jak każdy Niemiec, umiał patrzeć na inne narody tylko przez pryzmat własnej pychy. Toteż wszystko, co w różnych okresach czasu zapisał Frank w swoim diariuszu o stosunku do Polaków i Polski, jest dokumentem niezwykle ważnym: odsłania bowiem duszę niemiecką w jej samouwielbieniu poprzez poniżenie drugich.
Na wstępie swego „panowania”, 31.10.1939 r., dr Frank oświadczył publicznie:

„Z całą wyrazistością musi być zaznaczona różnica między niemieckim narodem panów a Polakami.
Polacy będą posiadali odtąd tylko takie możliwości kształcenia się, które pokażą im beznadziejność ich narodowego bytu. Wyświetlać można dla nich filmy tylko najgorsze, albo takie, które pokazują wielkość i siłę Niemiec.”

Nic tak Niemców nie odradza duchowo, jak możność niewolenia innych ludzi. Polska miała być krajem niewolników.

„Decydująca dla działalności rządu GG jest wola Fuhrera, aby obszar ten był pierwszym kolonialnym terenem narodu niemieckiego. Teren ten jako całość jest łupem Rzeszy Niemieckiej…” (2.XII.1939 r.).

Kolonizacja w Europie oznacza dla Niemców zniszczenie narodu podbitego przez wytępienie jego warstw przodujących i zgermanizowanie reszty. GG stanowiło jednak tylko część Polski i zależne było od reszty, to też

„politykę, mającą na celu przeprowadzenie germanizacji bez przeszkód, będzie można rozpocząć dopiero wtedy, gdy okręgi „Wartbegau, Westprenssen, Danzig, Siid- ostraum und Oberschlesien” staną się niemieckimi w sensie określonym rozkazem Fuhrera.” (8.3.1940) Generalna Gubernia nie będzie odtąd traktowana jako obszar okupacyjny, lecz jako część niemieckiej Rzeszy. Fuhrer, gdy powziął tę decyzję, oświadczył mi, że pozostawia mi swobodę w stawianiu postulatów, które służyć mają dalszemu, ostatecznemu spojeniu GG z Rzeszą. Otrzymałem od Fuhrera całkowitą swobodę ustalenia terminu tego aktu.” (12.9.1940 r.).

Frank dba o to, by kolonialny charakter panowania nad Polakami był utrzymany. 7.10.1940 r. mówi:

„Jest samo przez się zrozumiałe, że człowiek niemiecki musi zajmować takie stanowisko, aby najmniejszy spośród nas stał daleko wyżej niż najwybitniejszy Polak na tym obszarze.”

A innym razem:

„Osobiście nie mam żadnego kontaktu z Polakami i proszę Panów również o identyczne postępowanie… Tu chodzi wyłącznie o decyzję albo—albo. Los rozstrzygnął, że my tu jesteśmy panami, Polacy zaś pod naszą opieką, naszymi poddanymi. Proszę więc Panów ograniczyć przyjmowanie Polaków, delegacji składających prośby itp. jedynie do rzeczywiście koniecznej formy służbowej. Również nie jest możliwe, aby Polakom przyznać standard życiowy Niemców. Musi istnieć różnica między standardem życiowym narodu panów a poddanymi.”

„Polacy muszą uznać granice swych możliwości rozwojowych. Fuhrer na moje wyraźne zapytanie ponownie zdecydował, że wprowadzone przez nas Ograniczenia mają pozostać w mocy. Żaden Polak nie może przekroczyć rangi starszego robotnika i żaden Polak nie otrzyma możliwości uzyskania wyższego wykształcenia w publicznych uczelniach państwowych. Proszę Panów o trzymanie się tej wyraźnej linii.”

„Poza tym nie zależy nam zupełnie na rozwoju tego kraju. Jest to być może najcięższe słowo, które powiedzieć musimy. Nam nie zależy na tym, aby Polacy byli bogatsi, czy bezpieczniejsi lub aby bardziej byli pewnej swej własności. Nam zależy tylko na zbudowaniu na tym terenie autorytetu niemieckiego. Dzieła naszego nie możemy mierzyć ilością indywidualnego szczęścia poszczególnych Polaków według pojęć rządów minionych stuleci, lecz tym, w jakim stopniu zmniejszyliśmy szanse powstania kiedykolwiek w przyszłości Polski. To może wydać się twarde i okrutne, ale w walce narodów o tysiąclecia i o lat miliony nie można innych rozstrzygnięć podejmować- Jasne jest. że dla takiej pracy potrzebne są charaktery silne i twarde. Kto do tej pracy się nie nadawał, ten już dawno odszedł od nas lub został usunięty. My tu myślimy imperialnie w największym stylu wszystkich czasów.

„Fuhrer powiedział wyraźnie, że na generalnego gubernatora nie nakłada żadnego obowiązku kształtowania tutaj niemieckiego życia i że żadne tendencje germanizacyjne tu nie obowiązują. Teren ten jest powołany do tego, aby był wielkim rezerwuarem robotniczym. My posiadamy tu jedynie gigantyczny obóz pracy, gdzie wszystko, co oznacza siłę i samodzielność, znajduje się w rękach Niemców.” (12.9.1940)

Projekt powszechnej germanizacji, postulowany w październiku 1939 r., został, jak widać, porzucony definitywnie w rok później.
Perfidia Franka występuje jaskrawo, gdy 14.4.1942 roku omawia politykę prasową „gadzinówek”:

„Zasadniczo trzeba powiedzieć, że Polacy muszą odnosić z prasy wrażenie, iż nie są traktowani jak świnie, lecz jak Europejczycy i ludzie… Zadajemy sobie już tyle trudu z Polakami, że wypada nam powiedzieć: Polak w Generalnej Guberni, mimo że mu się wiedzie jak psu, żyje lepiej niż Wioch, Grek, Serb czy inni.”

To przypomnienie Europy, jako miejsca zamieszkania Polaków, którym się wiedzie pod opieką pana Franka jak psom, jest sygnałem zbliżającego się Stalingradu i klęski Niemiec.
O wytępieniu i germanizowaniu nie ma już mowy. Trzeba to odłożyć na czas późniejszy. Mordowanie Żydów zużywa zresztą wiele sił Herrenvolku. Polaków tymczasem trzeba terroryzować i gnać na roboty do Niemiec.

 „Sytuacja, jeśli chodzi o Polaków — zapisuje w diariuszu 5.8.42 r. Frank — jest dlatego tak szczególna, ponieważ z jednej strony posiadamy niemczyznę, którą, mówię całkiem otwarcie, musimy tak umocnić, aby teren Generalnej Guberni w najbliższym lat dziesiątku stał się czysto niemieckim krajem osadników, z drugiej zaś strony w związku z obecną wojną, jesteśmy zmuszeni na tym terenie posługiwać się obcokrajowcami, którzy muszą wykonywać pracę w służbie wielkich Niemiec „

To samo powtórzył Frank dwa lata później 12.1.1944 roku, bardziej krótkim i jasnym zdaniem:

 „Kiedy wreszcie wygramy wojnę, wówczas, jeśli o moje zdanie chodzi, można będzie z Polaków i Ukraińców i z tych, którzy tu się włóczą, zrobić siekaninę (Hackfleisch). Reszta nas nie wzrusza.”

Charakterystyczne w tej ostatniej wypowiedzi jest połączenie Polaków z Ukraińcami w tym kulinarnym wyroku śmierci. Pamiętamy bowiem flirty ukraińsko- hitlerowskie na Wawelu i ton prasy niemieckiej ciepły i serdeczny o sojusznikach z SS-Division „Galizien”. Że flirt ten był nieszczery, świadczą dwie notatki Franka. Pierwsza z 12.4.1940 r., druga z 5.8.1942:

   „Oczywiście nie dopuszczę do założenia wielkiej narodowej organizacji społecznej Ukraińców, zezwolę jedynie na pewnego rodzaju samopomoc i organizacje charytatywne. Poza tym uważam, że należy stosować w GG zasadę: „divide et impera” — dziel i rządź…”

„Ukraińcy stanowią wyjątek. Muszę stwierdzić, że w interesie niemieckiej polityki należy utrzymać stan naprężenia między Polakami a Ukraińcami. Cztery i pół czy pięć milionów Ukraińców, które posiadamy w kraju, są przeciwwagą wobec Polaków. Usiłowałem zatem zawsze utrzymywać Ukraińców w nastroju pewnego zadowolenia politycznego po to, aby zapobiec zbliżeniu się ich do Polaków.”

Gdy 25.1.1944 r. chwalił się Frank przed przedstawicielami prasy swoją polityką, z dumą kolonialnego kacyka oświadczył:

 „Nie zapominajcie, Panowie, że przy najkorzystniejszym obliczeniu stosunek Niemców do ludności cudzoziemskiej w GG wynosi 1 do 99, bowiem na 16 milionów ludności GG jest tylko 250.000 Niemców.”

Tak wyglądały rządy Franka w GG oglądane pod kątem ideologii „Herrenvolku”.
IV. GŁÓD TYFOIDALNY
Metody rządzenia krajem podbitym były po hitlerowsku proste: u góry naród panów, u dołu mierzwa tubylców, bydło robocze, trzymane w posłuchu głodem i terrorem. Głód był metodą rządzenia. Tam, gdzie celem było wyniszczenie wrogiego narodu, głód był sprzymierzeńcem rządzących. Niebezpieczeństwo grożące ze strony ludzi głodnych unicestwiała potęga Gestapo. W diariuszu Franka obserwować możemy to metodyczne pogłębianie głodu na obszarze GG.
11.1.1941 r. odbyła się narada Franka z Krugerem.

 „Tematem obrad było zagadnienie osiedlenia w GG około 800.000 Polaków i Żydów z ziem wcielonych do Rzeszy. Na pytanie Generalnego Gubernatora, czy ludzie ci zostaną przez Rzeszę zaopatrzeni w żywność, ubrania itd., SS-Obergruppenfiihrer sądzi, że musi dać odpowiedź negatywną.”

Osiem miesięcy później, 9.9.1941,

„starszy radca medycyny dr Walbaum przedstawił sytuację zdrowotną polskiej ludności. Badania wykazały, że większa część Polaków żyje przy około 600 kaloriach dziennie, gdy normalne potrzeby człowieka wymagają 2.200 kalorii. Ludność polska jest w tak wysokim stopniu osłabiona, że z łatwością stać się może łupem epidemii tyfusu. Liczba Polaków chorych wynosi już dziś 40°/o. W ostatnim tygodniu zostało urzędowo stwierdzonych 1000 nowych wypadków tyfusu. Jest to dotąd najwyższa cyfra. Taka sytuacja zdrowotna stanowi dla Rzeszy i dla żołnierzy przybywających do GG wielkie niebezpieczeństwo. Staje się możliwe przeniesienie zarazy do Rzeszy. Również wzrost gruźlicy jest niepokojący. Jeśli racje żywnościowe jeszcze zostaną zmniejszone, wówczas można z góry przewidzieć ogromny wzrost zachorowań.”

Naiwne sprawozdanie dra Walbauma nie zmieniło polityki Franka, który wkrótce potem notuje swą rozmowę z Saucklem (18.1.1942 r.):

„Pragnę Panu w zaufaniu powiedzieć, że mamy dostarczyć Rzeszy 600.000 ton zboża.”

Na zebraniu partyjnym w Krakowie 14.12.1942 r. mówi Frank otwarcie:

   „Będę się starał z rezerwuaru tego terenu wydobyć wszystko, co tylko jeszcze wydobyć można. Jeśli Panowie zważą, że udało mi się dostarczyć 600.000 ton zboża dla Rzeszy, dalej 180.000 ton zboża dla stacjonującego tu Wehrmachtu, poza tym wiele tysięcy ton innych produktów, jak ziarna siewnego, tłuszczów, jarzyn, 300 milionów jaj dla Rzeszy, to zrozumieją Panowie, jak wielkie znaczenie teren ten posiada dla Rzeszy. Aby Panom wartość tych 600.000 ton uświadomić, chcę powiedzieć, że oznaczają one dwie trzecie zwiększonej racji chlebowej Wielkich Niemiec na okres obecnego planu wyżywienia. Ten niebywały wyczyn możemy z całą słusznością podkreślić.”

„Jednak świadczenia na rzecz Rzeszy posiadają i swoją ciemną stronę, mianowicie, że nałożone na nas kontyngenty przekraczają rzeczywiste możliwości żywnościowe GG i wobec tego stoimy przed następującym problemem: Czy możemy już w lutym w GG całkowicie wyłączyć z ogólnego przydziału żywnościowego ponad 2 miliony obcoplemiennej ludności tego terenu, czy nie?”
Frank przyjął jednak plan świadczeń dla Rzeszy na rok 1942/43 bez zmiany, mimo że dr. Fisch oświadczył, iż „wykonanie tego planu oznacza dla samego miasta Warszawy i okolic, że 500.000 ludzi nie otrzyma wyżywienia”

Odpowiedź na to dał Frank szczerą:

„Przy wszystkich trudnościach, które Panowie tu przytaczają, muszą Panowie zawsze mieć na uwadze, że dużo lepiej jest, gdy z głodu pada Polak niż Niemiec”

Wzrost głodu w GG niepokoić począł nawet Gestapo. Na posiedzeniu Gestapo w Warszawie w obecności Franka 25.1.1943 r. Kruger oświadczył:

„Wiemy dokładnie, że jakość pracy ludzi obcoplemiennych (fremdyolkiscli — ulubiony termin na Polaków
w GG w diariuszu Franka! p. ni.) spada z dnia na dzień. Nic nie pomoże tu podwyżka płac. Siła robocza zawsze płynie z żołądka. Ludzie ci mogą pracować, jeśli mają dostateczne wyżywienie. Za 33 złote, które zarabia dziś przeciętnie Polak w GG, praktycznie nie może on niczego kupić. Pieniądze w większej części idą na komorne, świało, opał, gaz itp.”

Metoda głodu staje się zawodną w latach rozpoczynającej się katastrofy III Rzeszy. 14.4.1943 r. dr Biihler składa raport Frankowi:

  „Mogę już dziś powiedzieć, że robotnik polski w GG gorzej jest zaopatrzony w żywność niż cudzoziemski robotnik w Rzeszy, niż wschodni robotnik w krajach Rzeszy, niż polski i sowiecki jeniec wojenny, nie mówiąc już o przydziałach, które otrzymuje czeska ludność w protektoracie i polska ludność na przyłączonych terenach wschodnich. Mimo to od polskiej ludności w GG wymaga się tej samej pracy co od innych.”

Na (tym samym posiedzeniu prezydent urzędu wyżywienia w GG Naumann składa sprawozdanie:

„Na rok 1943/4 przewidziane są następujące ilości: 1.500 ton słodyczy dla Niemców, 36.000.000 litrów mleka odciąganego, 15.100.000 litrów mleka pełnego dla Niemców.”

A dalej Naumann stwierdza:

„W ubiegłym roku zmniejszyliśmy stan bydła w GG o 20%. Krowy, które właściwie konieczne były do produkcji mleka i masła, zostały w roku zeszłym zarżnięte, aby utrzymać w pewnym stopniu dostawy mięsa dla Rzeszy i wojska. Jeśli chcemy dostarczyć 120.000 ton mięsa, to musimy z pozostałej ilości bydła zabrać 40°/o. Oznaczać to będzie, że w końcu 1944 roku w GG pozostanie tylko 600.000 sztuk bydła.”

„Na zapytanie Pana Generalnego Gubernatora odpowiada prezydent Naumann, że jeśli chodzi o zboże, to w r. 1940 zabrano 383.000 ton, w 1941 r. 685.000 ton, a w 1942 r. — 1,2 miliona ton, z czego widać, iż z roku na rok zaostrzano kontyngenty i zbliżano się coraz bardziej do granicy możliwości. Obecnie zwiększa się kontyngent o dalsze 200.000 ton, co oznacza osiągnięcie najwyższej granicy. Można bowiem głód polskiego chłopa zaostrzyć tylko na tyle, aby miał on jeszcze siły do uprawiania pola i do wykonania nałożonych mu prac, jak np. zwózka drzewa dla zarządu lasów.”

i Przytoczone cyfry oskarżają Franka, a zarazem obrazują stan, jaki w r. 1945 odrodzone Państwo Polskie zastało. 15.4.1943 r., a więc następnego dnia po referacie Naumanna, szef Gestapo dr Kruger nawrócił do sprawy głodu.

„Pogorszenie się sytuacji żywnościowej obcoplemieńców jest poważnym zagadnieniem.
Polityczne uspokojenie ludności jest zupełnie możliwe, jeśli tej części ludności, która znajduje się w służbie niemieckiej, zapewnione zostanie wyżywienie rodzin. Polski robotnik nie może być syty z otrzymanych przydziałów, jakość jego pracy staje się coraz gorsza. Zmuszony jest on do opuszczania pracy na dwa lub trzy dni w tygodniu celem zdobycia środków żywnościowych na drodze nielegalnej.”

Następujące słowa dra Buhlera wypowiedziane na przednówku 1943 (31.5.1943) oskarżają Franka.

„Rząd GG zdaje sobie od dłuższego czasu sprawę z tego, że racje żywnościowe, które dotąd przydzielane są obcoplemiennym, pod żadnym warunkiem nie mogą być nadal utrzymane, jeśli się nie chce zmusić ludności do powstania.
…Trudności sytuacji żywnościowej, które, rzecz prosta, wpływają na nastroje ludności, niebywałe wzrosty cen, częściowo przesadna i małoduszna polityka uposażeń i płac, spowodowały to, że część ludności polskiej doprowadzona została do rozpaczy.”

Rok 1943 był rokiem niezwykle ostrej walki Polski Podziemnej z najeźdźcą. Jesienią zaniepokojony kontr terrorem polskim Frank zmniejsza kontyngenty i oświadcza (22.9.1943):

„Dostarczenie 730.000 ton zboża z samej GG w roku 1942 jest doprawdy czynem tak cudownym, że nikt po nas ni i potrafi go powtórzyć.”

Nawet sam Frank bowiem dalej mówi:

,,Sądzę, że będziemy w stanie dostarczyć Rzeszy, jeśli już nie głodową liczbę 730.000 ton zboża, to jednak 500.000 ton na pewno.”
„Minimum egzystencji polskiego i ukraińskiego urzędnika i pracownika jest bardzo niskie. Nie są oni nawet w stanie wykupić urzędowo przydzielanych im środków żywnościowych.”

Wyrzut ten dr Frank czyni drowi Senkowsky’emu, który był „odpowiedzialny” za finanse GG.

V. ŁAPANKI EUROPEJSKIE
Hans Frank przywykł jako doradca prawny NSDAP każdą rzecz uzasadniać, aby była „słuszna”, toteż dnia 31.10.1939 r. oświadczył:

„Obowiązek pracy dla Polaków ma swe uzasadnienie w wywiezieniu polskiego złota za granicę: w konieczności naprawienia szkód spowodowanych przez Polaków.”

W marcu 1940 r. jedzie Frank do Berlina,

„gdzie przedstawiono mu pilne zadanie przesłania do Rzeszy większej ilości polskich robotników rolnych. Generalny Gubernator powiedział w Berlinie, iż zastosuje oczywiście przymus, a to w takiej mniej więcej formie, że każe policji obstawić wieś i wszystkich potrzebnych mężczyzn i kobiety przymusowo wyprowadzić i odesłać do Niemiec.”

12.4.1940 r. Frank precyzuje dalsze metody powoływania do pracy Polaków:

„Ponieważ ilość zgłaszający cli się dobrowolnie na roboty do Rzeszy jest niewystarczająca, zarządzono stosowanie przymusu. Przymus ten oznacza możliwość zaaresztowania Polaków płci męskiej i żeńskiej. To spowodowało pewien niepokój, który według różnych sprawozdań poważnie się rozszerza i może stworzyć trudności we wszystkich dziedzinach. Pan marszałek polny, Goring, wskazał swego czasu w wielkiej mowie na konieczność sprowadzenia do Rzeszy miliona sił roboczych. Dotychczas dostarczono 160.000 ludzi.
Aresztowania młodych ludzi, opuszczających kościoły i kinoteatry, zwiększyć mogą nerwowość wśród Polaków. Osobiście nie mam nic przeciwko temu, jeśli zdolne do pracy, a włóczące się tałałajstwo będzie zabierane z ulicy. Najlepszym wyjściem byłoby jednak zorganizowanie obławy. Jest przecież całkowicie zgodne z prawem zatrzymać Polaka na ulicy i pytać go, co robi, gdzie jest zatrudniony itp. Pan Generalny Gubernator wskazał następnie na to, że Polacy z Warthegau mogą być od razu wysyłani do Rzeszy.”

W niecały miesiąc później, 8.5.1940, odbyła się pierwsza obława, której lud Warszawy nadał drwiąco – ohydną nazwę, mającą przetrwać całą wojnę: „łapanka”. W dwa prawie lata po uzasadnieniu obowiązku pracy 5.9.1941 r. czytamy w diariuszu Franka:

„Na zapytanie pana Gubernatora odpowiada starszy radca rządu Reedde, że dotychczas ogółem wysłano do Rzeszy 1,4 miliona robotników polskich. W chwili obecnej niemożliwe jest wysłanie do Galicji specjalnych kolumn robotniczych do budowy dróg.”

9.9.1941 r. członek rządu GG dr Frauenhofer składa sprawozdanie Frankowi:

„W liczbie wszystkich obcoplemiennych sił roboczych na całym obszarze wielkoniemieckiej Rzeszy znajduje się 47°/o Polaków. Ponadto urzędy pracy w GG przekazywały do Rzeszy 230.000 ludzi miesięcznie, to jest około 8.000 dziennie. Liczba ta zostanie jeszcze zwiększona przez zdobyte w Galicji siły robocze, z których już 35.000 posłano do Rzeszy. Udało się również w krótkim czasie dostarczyć zapotrzebowaną liczbę górników, a mianowicie 11.000 dla Zagłębia Ruhry, dalszych zaś dla transportu węgla i dla handlu węglem.”

Statystyki urzędu pracy, zapewne dzięki urzędnikom Polakom, nie są ścisłe. Wymieniona 5.9.1941 r. liczba 1,4 miliona zmniejsza się 26.3.1942:

„Prezydent dr Frauenhofer oświadcza, że liczba Polaków na robotach w Rzeszy osiągnęła 1,1 miliona, z czego przez sam urząd pracy dostarczonych było 630.000… dziś jedzie tygodniowo do Rzeszy 7.000 — 8.000 Polaków”.

O tym, że wyjazdy te nie były dobrowolne i napotykały na opór Polaków, świadczy notatka z 27.3.1942 r.:

„Generalny Dyrektor Budin, jako kierownik wielkiego przedsiębiorstwa w Rzeszy, zaproponował zabranie około 2.000 robotników z fabryki w Kamiennej i przesłanie mu ich do Niemiec. Dostarczono więc robotnikom w Kamiennej wezwanie do pracy, lecz tylko 800 robotników zgodziło się na wysyłkę do Rzeszy; wobec pozostałych 1200 robotników ma być zastosowana akcja policyjna. Kapitan Gartzke uważa taką akcję za możliwą jedynie na podstawie legalnej.”

Tajemnicy ostatniego zdania pamiętnik nie wyjaśnia. A szkoda.
Hans Frank zadowolony jest z łapanek, które nadają charakter germańskiej Europie. 5.8.1942 r. chwali się Frank przed NSDAP:

„Mogę stwierdzić, że w ciągu ostatnich 18 miesięcy dostarczono niemieckiej gospodarce i rolnictwu przeszło 800.000 sił roboczych z GG. Jest to najwyższa liczba obco- plemiennych robotników, jaka z jednego kraju dostarczona została do Niemiec.”

18.8.1942 r. chwali się z kolei przed „Reichsfuhrerem” dla handlu niewolnikami, Saucklem:

„Cieszę się, że mogę Panu oficjalnie zameldować, iż dostarczyliśmy Rzeszy dotychczas ponad 800.000 sił roboczych… Ostatnio zwrócił sic Pan do nas o przekazanie dalszych 140.000 sił roboczych. Mogę z radością Panu urzędowo oświadczyć, że w myśl naszej wczorajszej umowy 60% żądanych sił przekażemy do Rzeszy do końca października, pozostałe zaś 40% do końca tego roku.
Poza tym może Pan liczyć w roku przyszłym na dalszych robotników z GG, ponieważ do zdobycia sił robotniczych zaangażujemy policję.”

Na procesie norymberskim powyższy wyjątek zrobił wrażenie na wszystkich poza Frankiem i Saucklem, co jest zrozumiałe, jeśli przeczytamy samochwalczą notatkę Franka z 14.12.1942 r.:

„Wiedzą Panowie o tym, że oddaliśmy Rzeszy 940.000 polskich robotników. Tym samym GG stoi w liczbach bezwzględnych i procentowych na czele wszystkich europejskich krajów. Ten wyczyn jest wspaniały i tak też ocenił go gauleiter Sauckel.”

Sposoby werbowania do „dobrowolnego” wyjazdu do Rzeszy zawiodły. Na posiedzeniu policji w Krakowie 18.6.1942 r.:

„Generalny Gubernator wyraził również opinię, że nie ma już sił roboczych, klóre by dobrowolnie meldowały się do pracy w Rzeszy. Obecnie nic już sie nic osiągnie systemem ochotniczych zgłoszeń.”

Istotnie, zawodził nie tylko system zgłoszeń dobrowolnych, ale i przymusowych. 26.1.1943 r. Kriiger oświadczył Frankowi:

Pożądane by było, aby wreszcie powiedziano nam, ile jeszcze polskich sił roboczych mamy dostarczyć. O tym, jak dalece jest to konieczne, świadczy np. fakt, że ludzie na wsi uciekają na widok urzędnika policji. Potwierdził to pełnomocnik Pehle. Gdy zjawił się on we wsi, chłopi porzucili wozy i z kobietami oraz dziećmi uciekali. Na zapytanie odpowiedziano mu, że uważano go za tego, który ma przeprowadzać powoływanie do pracy.”

Mimo to łapanki trwają nadal. 20.4.1943 r. dr Buhler mówi:

„Przed kilkoma tygodniami Pan Generalny Gubernator pożegnał milionowego robotnika, udającego się do Rzeszy. Obecnie zdobyto dla Rzeszy znów dalsze 110.000. [Zdobyto!]

22.9.1943 r. chwali się Frank von dem Bachowi:

„…posłaliśmy z naszego terenu do Rzeszy 1,3 miliona robotników — wyczyn, który jest jedyny w swoim rodzaju.”

Na dorocznym posiedzeniu „rządu GG” 26.10.1943 r. „chlubne” sprawozdanie:

„Mimo stale rozwijającego się życia gospodarczego w Generalnej Guberni dała ona Rzeszy olbrzymie ilości sił roboczych: w r. 1939 — 40.000, w r. 1940 — 302.000, w r. 1942 — 390.000. Ogółem od września 1939 r. do końca sierpnia 1943 r. przekazaliśmy do Rzeszy 1.234.000 sił roboczych. To są liczby, które mówią za siebie.”

Liczby te mówią ludzkim głosem, bo za każdą cyfrą kryją się żywi ludzie, którzy walczyli ze zbrodniarzem z Krzeszowic. Ta walka zmusza Franka do regularnej wojny. Oto dokument z 2.2.1943 r.:

„Pan Generalny Gubernator gotów jest w razie potrzeby zwrócić się do Wehrmachtu z prośbą o przydzielenie mu kilku kompanii dla zatrzymania tych, którzy nie chcą pracować. Policja i Sonderdienst niestety są za słabe, by mogły wypełnić takie zadanie. Gen. Gubernator polecił podsekretarzowi stanu drowi Buhlerowi wypracowanie odpowiedniego projektu.”

Projekt został wypracowany, dowództwo armii wyraziło zgodę, żołnierze Wehrmachtu razem z SS i Gestapo rozpoczęli łapanki w r. 1943 i brali odtąd udział w tych „jedynych w swoim rodzaju wyczynach” aż do stycznia 1945 r. Jest to jedna z najciemniejszych kart żołnierza niemieckiego. — Rakarze!
18.3.1944 r. w Rzeszowie Frank chwali raz jeszcze siebie, a po raz pierwszy wobec „jedności narodów europejskich w obliczu wspólnego niebezpieczeństwa” chwali także Polaków:

„Miliony zostało posłanych na roboty. Na czele stoi jak zawsze Generalna Gubernia, która wysłała do Rzeszy prawie 2 miliony sił roboczych. Właściwie biorąc Polacy, jeśli się ich traktuje dobrze, są najsolidniejszymi pracownikami w całej Europie, szczególnie jako robotnicy niewykwalifikowani.”

19.4.1944 r. prezydent Struwe przedstawił Frankowi następującą tabelę:

„Obcoplemienne siły robocze przekazane przez „Arbeitsamfy” do pracy:

Rok   |    w GG    |w Rzeszy
1940 | 477.000  |300.000
1941 | 734.000  |  233.000
1942 |979.000   |  398.000
1943 | 840.000 | 184.000

Taki jest bilans łapanek Hansa Franka. O warunkach życia ludzi pracy w Generalnym Gubernatorstwie wiemy z diariusza generalnego gubernatora dostatecznie dużo, aby móc oskarżać (por. rozdział pt. „Głód tyfoidalny”). O warunkach życia robotników polskich w Rzeszy daje diariusz Franka również dostateczny materiał obciążający. Oto zapisek z 12.4.1944 r.:

„…Prezydent Gerteis mówił o traktowaniu Polaków w Rzeszy. Było ono zawsze jeszcze gorsze niż traktowanie każdego innego robotnika cudzoziemskiego i doprowadziło do tego, że dziś właściwie żaden Polak nie zgłasza się dobrowolnie na roboty do Niemiec.”

Oto w skrócie wyjątki z diariusza Franka, dające obraz 5 lat niemieckiej „polityki sił roboczych”. Zarazem dla historyków kultury najbardziej obiektywny źródlosłów drwiąco – ohydnego słowa o europejskim zasięgu: „łapanka”.

 

VI. MADAGASKAR W TREBLINCE

 

Nie ma zbrodni wojennej, która by za zgodą Franka nie została popełniona w „Generalnej Guberni”. Hans Frank jest odpowiedzialny bezpośrednio za większą ilość zbrodni niż którykolwiek z oskarżonych. Jeśli świat z przerażeniem spoglądał na proces potwora z Belsen, odpowiedzialnego tylko za jeden kilkudziesięciotysięczny obóz śmierci, cóż więc rzec o Franku, który zgodził się aby podległa mu GG była obozem śmierci milionów.
Tu przecież poza milionami Polaków i Ukraińców zginęło 3 i pól miliona Żydów. Gdy z diariusza Franka wybrałem i ułożyłem w chronologicznej kolejności notatki jego o Żydach, powstał przerażający obraz narastania tej jedynej w dziejach zbrodni. Posłuchajmy niemieckiej opowieści:

„7 października 1939 roku w Krakowie gubernator dr Fischer zauważył, że dla Żydów tworzyć trzeba specjalne getta. Pan Generalny Gubernator wyraził na to swą zgodę.”

To jest początek.

10.11.1939 r. „Pan Generalny Gubernator zarządził wprowadzenie oznaki dla Żydów (biała opaska z niebieską gwiazdą Syjonu). Nosić ją mają wszyscy Żydzi i Żydówki od 12 roku życia. Każde nieposłuszeństwo wobec tego przepisu musi być odpowiednio ukarane.”

2 grudnia 1939 r. wydaje już Hans Frank nakaz cenzurowania wiadomości o Żydach w GG tej treści:

„Niepożądane są komunikaty prasowe o rozstrzeliwaniu Żydów, nie należy bowiem Żydów przestraszać.”

Frank z całą świadomością przygotowuje pułapkę dla Żydów, których ściąga do GG, jak stwierdza 8.XII.1939 roku Kruger:

„Od 1 grudnia codziennie przybywa do GG wiele pociągów z Polakami i Żydami z nowoprzyłączonych do Rzeszy terenów. Transporty te trwać będą do połowy grudnia.”

Frank w swych antyżydowskich zarządzeniach przybiera zawsze pozę reprezentanta czystości idei niemieckiej. 12.4.1940 r. opowiada o sobie z patosem:

„Dr Frank stwierdził wczoraj w rozmowie z generałami, że na skutek trudności kwaterunkowych zmuszeni: są oni mieszkać w domach, gdzie prócz nich lokatorami są tylko Żydzi.
Tyczy się to również wszystkich kategorii urzędników. Stan ten na daleką metę jest nie do zniesienia. Jeśli autorytet nacjonal-socjalistycznej Rzeszy ma być nadal utrzymany, to nie można dopuścić do tego, aby reprezentanci tej Rzeszy zmuszeni byli przy wchodzeniu czy opuszczeniu domu spotykać się z Żydami i narażać się na nie bezpieczeństwo zarażenia chorobami. Dr Frank zamierza wobec tego, jeśli to tylko możliwe, rozpocząć wielką akcję wysiedlania i oczyścić miasto Kraków z Żydów do 1 listopada 1940 roku. Jest bowiem absolutnie niedopuszczalne, aby w mieście, któremu Fiihrer przyznał wysoki honor stania się siedzibą władz Rzeszy, włóczyło się i posiadało mieszkania tysiące Żydów. Kraków musi być oczyszczony od Żydów bardziej, niż jakiekolwiek inne miasto w GG.”

Po pokonaniu Francji, kiedy Afryka, wydawało się, stanie się bardzo szybko kolonią włosko – niemiecką i w całej Rzeszy uczono się na gwałt języka afrykańskiego Suaheli, Hitler wpadł na pomysł założenia kolonii żydowskiej pod protektoratem Gestapo. 12.7.1940 r. Frank opowiada o swej rozmowie z Adolfem:

„Bardzo ważne jest rozstrzygnięcie Fuhrera, powzięte na mój wniosek, że nie będzie więcej transportów Żydów do GG. Pragnę przy tym ogólnie zaznaczyć, że planowane jest przetransportowanie całego żydostwa z Rzeszy Niemieckiej, GG i Protektoratu w najkrótszym czasie po zawarciu pokoju do jednej z afrykańskich lub amerykańskich kolonii. Mówi się o Madagaskarze, który w tym celu odstąpiony będzie przez Francję. Tam na przestrzeni 500.000 km kw. będzie dość miejsca dla paru milionów Żydów. Starałem się o to, aby i Żydzi z GG brali udział w tym korzystnym rozwiązaniu umożliwiającym im stworzenie sobie nowego życia na nowei ziemi. Zostało to zaakceptowane, tak że w bliskim czasie nastąpi olbrzymie odciążenie.”

Niemniej pan Frank dalej tworzył getta, o czym czytamy pod datą 12.9.1940 r.:

„Jeśli chodzi o Żydów, to zezwoliłem na zamknięcie getta w Warszawie, przede wszystkim dlatego, że jak stwierdzono, niebezpieczeństwo grożące ze strony 500.000 Żydów jest tak wielkie, iż trzeba było zlikwidować możliwość włóczenia się ich (po mieście)”.

25.7.1940 r. przemawia Frank i raz jeszcze opowiada o decyzji Hitlera, która spotyka się z charakterystycznym śmiechem słuchaczy:

„Jak tylko komunikacja morska pozwoli, Żydzi zostaną sztuka po sztuce odtransportowani. Przypuszczam, że z tego powodu panowie nie będą się martwić (wesołość). Wierzę zatem, że jak to się zwykło mówić, odwaliliśmy już najbrudniejszą robotę i że obecnie możliwe jest stworzenie tu naprawdę przyzwoitego ludzkiego miasta dla naszych niemieckich rodaczek i rodaków.”

Ten dowcipny ton zachował i w swej mowie 19.12.1940 r., gdy przemawiał do wojska opowiadając wesoło o troskach matek niemieckich, które myślą o swych synach:

„Mój Boże, siedzi on gdzieś tam w Polsce, gdzie tak wiele wszy i Żydów, może mu głodno i chłodno, a nie waży się o tym pisać. Może byłoby zatem dobrze posłać ukochanym do domu fotografię i powiedzieć im: och, w GG jest już inaczej i lepiej niż dawniej. Oczywiście w ciągu jednego roku nie mogłem usunąć wszystkich wszy i wszystkich Żydów (wesołość), ale z biegiem czasu, a przede wszystkim, jeśli wy mi będziecie pomagać, uda się i to wykonać.”

Jesienią 1940 inwazja na Anglię nie powiodła się. Hitler począł przygotowywać plan „Barbarossa”, idea madagaskarska została porzucona, do GG znów zaczęły przychodzić transporty z Żydami. 15.1.1941 r.:

„Dr Buhler oświadczył, że uważa za niemożliwe rozdzielić w przewidziany sposób milion ludzi na obszarze GG. Jest to zadanie tak trudne, zarówno pod względem bezpieczeństwa, jak zdrowotności i wyżywienia, że niemożliwe jest, by obyło się bez zamieszek. Pan Generalny Gubernator odpowiedział, że przeciwko zamieszkom wystąpi się z całą surowością.
Załącznik: sprawozdanie z rozmowy o przesiedleniu Polaków i Żydów do GG, odbytej w Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy w Berlinie 8.1.1941 r.
W roku 1941 należy ogółem przesiedlić z terenów wschodnich Rzeszy do GG 831.000, ponadto przewiduje się przesiedlenie wewnątrz GG około 180.000 ludzi.
Pan Generalny Gubernator uzależnia swoją decyzję utrzymania lub rozwiązania warszawskiego getta od wyniku mającej tam wkrótce nastąpić inspekcji. W każdym razie nie dopuści on do tego, aby miasto takie jak Warszawa było całkowicie zasmrodzone.”

Madagaskar znika z projektów Franka. Wypróbowana na Polakach metoda głodu zostaje zastosowana urzędowo do „rozwiązania kwestii żydowskiej”.
15.10.1941 r. „Pan Generalny Gubernator uważa, że dalsze środki żywnościowe dla ludności żydowskiej do starczano być nie mogą.”

17.10.1941 r. sprawozdanie z Lublina:

„Miasto Lublin liczyło w końcu 1939 r. 40.000 Żydów. Około 12.000 zostało w międzyczasie wysiedlonych, lecz mniej więcej taka sama liczba znowu przybyła. Wszyscy Żydzi są stłoczeni w starej części miasta, której granic przekraczać im nie wolno, nie ma jednak dotąd zamkniętego getta. Jedna z najważniejszych dróg ze wschodu prowadzi przez środek tej części miasta, tak że trzeba było budować ulicę okrężną. W tych dniach będzie ona gotowa, a wtedy getto otoczone zostanie drutem kolczastym
i całkowicie zamknięte. Zarządzeń tych można by nadal nie wprowadzać w życie, ponieważ od roku żaden Żyd nie mieszka poza wyznaczonym terenem, ale przybywający stale Żydzi przynoszą bardzo często tyfus i inne choro by i są stałymi roznosicielami zarazy. Rozwiązanie sprawy żydowskiej będzie ostatecznie dopiero wtedy możliwe, gdy uda się przeprowadzić pełne odtransportowanie wszystkich Żydów.”

16.12.1941 r.: „Dr Frank: Przecinko opuszczaniu getta przez Żydów trzeba będzie wystąpić i wystąpi się z całą ostrością. Z tego powodu wyznaczona kara śmierci dla Żydów musi być jak najszybciej stosowana.”

22.1.1941 r.: „Dr Frank: Tak długo, jak Żydzi są tutaj, muszą oni pracować, oczywiście nie w sposób taki, jak dawniej. Żydzi proszą dziś świat o współczucie, ale my pozostajemy zimni!”

9.9.1941 r.: „Dr Hummel: Niebezpieczeństwo tyfusu zwiększa się na skutek spadku odporności zdrowotnej u ludności, szczególnie wśród młodzieży. Wyżywienie mieszkańców getta jest niedostateczne. Brak jest środków dezynfekcyjnych, brak mieszkań. Raportowany stan ty fusu w getcie wynosi dziś 2.405 wypadków. Rzeczywisty stan jest daleko wyższy. W Warszawie stwierdzono 503, na prowincji 589 zachorzeń Polaków na tyfus. Samo zamknięcie Żydów w getcie jest błogosławieństwem. Ważne jest obecnie całkowite odcięcie getta. Z dziękczynieniem powitano rozkaz policji, zezwalający na strzelanie do Żydów na drogach wiejskich. Dr Hummel referuje dalej praktyczne skutki nałożenia kary śmierci za nie prawne opuszczanie getta. W Warszawie mimo powołania trzeciego sądu zdołano wydać tylko 45 wyroków śmierci, z których dopiero 8 wykonano, ponieważ o każdym wypadku ostateczną decyzję wydaje Komisja Ułaskawień w Krakowie. Dalsze 600 wniosków o wyrok czeka. Na drodze postępowania sądów specjalnych skuteczne zaniknięcie getta jest niemożliwe. Postępowanie do chwili likwidacji trwa zbyt długo, obciążone jest formalnościami i musi być uproszczone.”

Tak narasta zbrodnia. Drowi Hummlowi odpowiada tegoż dnia Frank:

„Z Żydami — to chcę Panom otwarcie powiedzieć — trzeba tak czy owak zrobić koniec. (Tu cytuje słowa Hit lera z 1.IX.1939 r.). Wiem, że krytykuje się szereg zarządzeń, wydanych obecnie w Rzeszy przeciwko Żydom. Jak wynika z raportów o nastrojach, wciąż się mówi o okrucieństwach, surowości itp. Pozwolą Panowie, że nim będę mówić dalej., uzgodnimy między sobą tę zasadę: współczucie chcemy zachować zasadniczo tylko dla niemieckiego narodu, poza tym dla nikogo na świecie. Dla nas też nikt nie miał współczucia. Jako stary nacjonal- socjalista muszę powiedzieć: jeśli żydostwo przeżyje w Europie tę wojnę, my zaś dla utrzymania Europy poświęcimy naszą najlepszą krew, to wówczas wojna ta stanowić będzie tylko sukces częściowy. Toteż oczekuję, że Żydzi znikną. Muszą zniknąć. Nawiązałem rozmowy w celu wyrzucenia Żydów na wschód. W styczniu odbędzie się w Berlinie wielka konferencja, na którą posyłam p. Buhlera. W każdym bądź razie nastanie wielka żydowska wędrówka. Lecz co ma z tymi Żydami nastąpić? Czy wierzą Panowie, że na wschodzie umieści się ich w wioskach osadniczych? Powiedziano nam w Berlinie: Po co robicie tę historię? Przecież w Ostlandzie czy w Komisariatach Rzeszy również będziemy musieli coś począć z Żydami —zlikwidujcie ich sami. Moi Panowie, muszę Was prosić, byście się opancerzyli przeciwko wszystkim rozważaniom uczuciowym. Aby utrzymać fundamenty Rzeszy, musimy Żydów zniszczyć, gdziekolwiek ich spotkamy i gdziekolwiek to jest możliwe. To oczywiście nastąpi za pomocą metod innych niż te, o których mówił dr Hummel. Nie można czasowych poglądów przenosić na tego rodzaju jednorazowe gigantyczne wydarzenia. W każdym razie musimy znaleźć drogę, która prowadzi do celu i o tym właśnie rozmyślam. Żydzi są dla nas również niezwykle szkodliwymi żarłokami. GG liczy około 2,5 miliona, a razem z (ludźmi) spokrewnionymi z Żydami około 3,5 miliona- Tych 3,5 miliona Żydów nie możemy rozstrzelać, nie możemy otruć, w związku jednak-« wielkimi decyzjami, powziętymi w Rzeszy, zastosujemy metody, które jakoś doprowadzą do sukcesu zniszczenia (Vernichtungserfolg), GG musi być wolna od Żydów tak jak Rzesza. Gdzie i jak to nastąpi, jest sprawą władz, które w tym celu powołamy i stworzymy, a których skuteczność zostanie Panom we właściwym czasie podana do wiadomości.”

To jest przemówienie Hansa Franka, który na procesie norymberskim oświadczył, iż jest niewinny.
5.8.1942 r. na posiedzeniu partii mówił Frank:

„O Żydach nie potrzebuję specjalnie mówić. Zmusiliśmy ich do pracy. Wszelka litość nie jest tu na miejscu. Nie zasłużyli oni sobie na inny los niż ten, który ich spotkał, oni bowiem przecież rozpętali wojnę…!”
„Cóż za paskudny naród żydowski panoszył się w roku 1939! A gdzie są dziś ci Żydzi? Prawie ich nic widać. Są przy pracy.”

Tragedia narodu żydowskiego zbliża się do punktu kulminacyjnego. 18.6.1942 r. na policyjnej odprawie w obecności Franka interpeluje dr Buhler w sprawie szybkiego zmniejszenia ludności getta. Sekretarz stanu Kruger odpowiada, że zapewne w ciągu sierpnia będzie można mieć już pogląd na tę sprawę. Problem wysiedlania Żydów dojrzewa. Dla przeprowadzenia akcji wysiedleńczej’ potrzeba wystarczającej ilości pociągów transportowych. Mimo całkowitego zamknięcia ruchu kolejowego na najbliższe 14 dni, Kruger w rozmowach z prezydentem Gerteisem uzyskał zapewnienie, że dla odtransportowania Żydów pociągi będą podstawione. Po zniesieniu ograniczeń ruchu kolejowego akcja żydowska musi być przeprowadzona z większym natężeniem.”
Jak przyjęli Niemcy „wysiedlanie” Żydów na Madagaskar w Treblince i Sobiborze?
25.1.1943 r. „Gubernator Zorner: Ewakuacja Żydów została przez większość Niemców uznana jako akcja konieczna. Niestety przy końcu zbyt pośpieszne zarządzenia doprowadziły do tego, że wielu Żydów uciekło do lasów i dołączyło się do grup bandyckich. Tak np. w Puławach stwierdzono, że jedna z band składała się z 3 Rosjan i 24 Żydów.”
31.5.1943 r. oświadczył Kruger w obecności Franka:

„Odżydzenie… było dla policji jednym z najcięższych i najbardziej nieprzyjemnych zadań, które jednak, na rozkaz Fiihrera, musiało być przeprowadzone, ponieważ leżało w interesie całej Europy.”

Potem przez cały prawie rok w pamiętniku Franka nie ma notatki o Żydach. Dopiero w 1944 r. ostatnie dwa zapiski, które starczą za tomy oskarżeń.
25.1.1944 r. na konferencji prasowej w Berlinie chełpił się Frank:

„Obecnie mamy w GG może jeszcze ze 100.000 Żydów”.

4.3.1944 r. na posiedzeniu partii morderca milionów Żydów kpi z tych, którzy się z dokonaną zbrodnią pogodzić nie mogą:

„Jeśli do niedawna ten czy ów obnosił ze łzami w oczach żałobę po Żydach i mówił: czyż nie jest to okrutne, co z Żydami uczyniono, to należy go zapytać, czy i dziś nadal reprezentuje ten pogląd. Gdybyśmy dziś mieli dwa miliony Aktywnych Żydów, a z drugiej strony tę niewielką liczbę niemieckich mężczyzn w kraju, wówczas nie bylibyśmy już panami położenia. Żydzi są rasą, która musi być wytępiona. Każdego złapanego Żyda wykończymy na miejscu.”

VII. TRUCIZNA DLA NARODU
Wrogi stosunek Franka d(| religii wypływał nie z kry tyki rozumowej, lecz z poczucia bezużyteczności religii wobec posiadanej siły.
W diaiiuszu Franka znalazł dr Piotrowski również szereg wypowiedzi o Kościele Katolickim w Polsce, które charakteryzują generalnego gubernatora, a zarazem są dalszymi dowodami oskarżenia.
Już 2 grudnia 1939 r. Frank określa swą politykę totalną wobec Kościoła:

„Skazanie na śmierć jednego arcybiskupa i jednego biskupa pozwala mi stwierdzić, że w GG prowadzi się totalną walkę z wszelkiego rodzaju oporem. Obaj biskupi zostali słusznie skazani, ponieważ znaleziono przy nich broń! Jeśli mimo to zamieniono im karę śmierci na dożywotnie więzienie, spowodowały to inne specjalne względy.”

„SS — Obergruppenführer Krüger uważa za stosowne, aby o wypadkach tego rodzaju, jak wspomniane skazanie dwóch biskupów nie rozpowiadano, istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że plotka może liczbę skazanych znacznie pomnożyć.”

W grudniu 1940 r. gmach seminarium duchownego w Krakowie został przekazany przez Franka niemieckiej policji, przy czym Frank oświadczył:

„Jeśli Wam nie wystarczy seminarium duchowne, to wówczas dam Wam pałac Księcia Metropolity. A jeśli
macie ochotę na cokolwiek innego, co może ułatwić Wam służbę, jestem zawsze gotów Wasze życzenia spełnić.”

Na tajnym posiedzeniu partii w Krakowie 18 marca 1942 r:

„Nie troszczmy się o Kościół. Po prostu problemów kościelnych u nas nie będzie. Wehrmacht posiada co prawda w Generalnej Guberni kościoły garnizonowe, ale dla cywilnej, ludności niemieckiej w GG kościołów nie będzie. Jesteśmy — rzec można — szczęśliwym krajem, bowiem z takim problemem nie musimy się liczyć.”

A oto cyniczna uwaga Franka wobec dziennikarzy niemieckich 14 kwietnia 1942 r.:

„A jeśli się twierdzi, że katolicyzm jest rzeczywiście hańbą dla narodu, to tym bardziej muszę życzyć Polakom katolicyzmu. Jeśli zaś katolicyzm jest trucizną, to należy tylko życzyć narodowi polskiemu tej trucizny. To samo dotyczy i innych spraw.”

Na kursie wychowawczym partii w Krakowie 2 lutego 1944 r.:

„Dobrze trzeba zapamiętać, że klechy są naszymi śmiertelnymi wrogami. Toteż czuję odrazę, gdy widzę, że katolickie kościoły w Generalnej Guberni zapełniają się Niemcami bardziej, niż bym się tego kiedykolwiek spodziewał. Miałem cichą nadzieję, że na tym nowym obszarze Rzeszy Niemieckiej uda się zlikwidować wpływy Kościoła, lecz ci, którzy już od dwóch tysięcy lat krążą ze swoimi bajeczkami po kraju — to cwane łobuzy. Nazywamy się „Herrenmenschen”, pragniemy tworzyć nowy kraj, a latamy za tymi rzezakami cieląt równie przygarbieni jak to Polaczyska (die Polacken).”

Na zakończenie kursu dwa tygodnie później przemawiał znów Frank:

„Wiecie sami, jak ciężka jest nasza walka z Kościołem. Domy Boże zapełniają się coraz bardziej, a jednocześnie Kościoł potrafi jak żmija w sposób przebiegły i mądry ukrywać swoją do nas wrogość. Wrogowie nasi (mamy ich także i w Niemczech) są zorganizowani międzynarodowo i posiadają pomoc międzynarodową. Widzimy więc, że chęć rozsadzania programu Fuhrera
0 znaczeniu światowo-historycznym stworzyła front nieprzyjaciół, których jako zwycięzców widzieliśmy u nas w roku 1919, to jest front żydów, jezuitów i masonów. Ci nasi wrogowie znowu występują w dzisiejszym dramacie światowym.”

5 maja 1944 r. zapisana jest rozmowa Franka z metropolitą Sapiehą:

„Sapieha: Cała ludność ¡jest właściwie bezbronna. Zdarzało się, że podrzędnym organom administracji pozostawiono decyzję co do rozstrzeliwania lub pozostawienia przy życiu Polaków.
Arcybiskup Sapieha mówił z kolei o aresztowaniu i rozstrzeliwaniu polskich księży. Określał wielu z nich jako całkowicie niewinnych. 20 księży poniosło już śmierć w Oświęcimiu, gdy pozostałych 20 nadal znajduje się w areszcie.
Pan Generalny Gubernator: Mała liczba 20 zabitych i 20 aresztowanych księży może służyć jako dowód, że mimo wszystko umożliwiło się Polakom praktyki religijne.”

Ta notatka posiada równie wiele cynizmu, jak i w 9 dni później, 14.5. 1944 r., wypowiedziana uwaga do towarzyszy partyjnych NSDAP:

„A jeśli przyjdzie do nas ksiądz i zechce nam dać ostatnie namaszczenie, to wówczas odpowiemy mu:„Kochany przyjacielu, pozostaw w spokoju twą Jezusową historię. Myśmy bezpośrednio przeżyli Żywe Objawienie (den Träger eines Glaubens).”

Dla nas powiedzenie, że Hitler był „Żywym Objawieniem” wydaje się czymś obłąkańczym. Dla milionów Niemców jednak nacjonal-socjalizm był religią, a Hitler jedynym bogiem. Frank wiedział o tym. Toteż czytając jego wypowiedzi pamiętać zawsze trzeba, że choć one nas rażą, nie raziły one nigdy sprusaczonych Niemców.

 

VIII. DZIECI Z ZAMOJSZCZYZNY

 

W historii Warszawy z okresu okupacji sprawa dzieci z Zamojszczyzny należy do najpiękniejszych kart. Wte dy to, gdy w ciągu godzin nieledwie cała Warszawa orga nizowała pomoc i uprowadzała z, wagonów kolejowych osierocone dzieciaki chłopskie spod Zamościa, Niemcy przekonali się, że popełnili błąd.
W diariuszu Franka sprawa Zamojszczyzny powtarza się wielokrotnie. Warto podać jej echa w „rządzie GG” w kolejności zapisków.
Początek sprawy zapisany jest pod datą 4.8. 1942 r.:

„Sekretarz stanu Kruger mówił następnie o tym, że Himmler zamierza w najbliższym czasie, do końca przyszłego roku, zająć w obu powiatach (zamojskim i lubelskim): 1000 wiejskich zagród (1 zagroda dla jednej rodziny liczącej, ok. 6 osób) dla Niemców z Bośni, 1000 zagród dla Niemców z Besarabii, 200 dla Niemców z Serbii, 2000 dla Niemców z Leningradu, 4000 dla Niemców z krajów bałtyckich, 500 dla Niemców z Wołynia i 200 dla Niemców z Flandrii, Danii i Holandii, razem 10.000 zagród dla 50 — 60 tysięcy osób.
Pan Generalny Gubernator zarządza, aby plan przesiedleńczy został omówiony komisyjnie przez odpowiednie urzędy i oświadcza gotowość zaakceptowania w końcu sierpnia opracowanego planu po zadowalającym uregulowaniu wszelkich związanych z planem zagadnień, prze de wszystkim zabezpieczenia spokoju i porządku, tak aby w połowie listopada, jako w najkorzystniejszym okresie, móc rozpocząć przesiedlenie.”

Tak się też stało. Akcja została rozpoczęta w listopadzie. Skutki jej zaskoczyły Niemców i wywołały zastrzeżenia, które sformułował przed Frankiem dr Kruger na tajnym zebraniu Gestapo 25. 1. 1943 r. w Warszawie:

„Jako przedstawiciel Komisarza Rzeszy zadawałem sobie często pytanie, czy jest słuszne przeprowadzać teraz przesiedlania i czy wobec politycznej sytuacji nie byłoby celowe wstrzymanie tej akcji. To, że GG będzie za mieszkała przez Niemców, nie ulega żadnej wątpliwości. Zasadniczo Niemcy jak i cała Europa w ogóle mogą żyć tylko ze Wschodu.
Chodzi tu przede wszystkim o dystrykty Lublina i Galicji. Tam mówi się, że nie jest teraz wskazane podejmowanie akcji osiedleńczej.
Ostatnio, na krótko przed Bożym Narodzeniem osiedliliśmy około 4.000 ludzi w powiecie zamojskim. Miałem okazję rozmawiania z nimi. To, że zasiedlenie tego terenu nie przysporzyło nam wśród Polaków przyjaciół — jest samo przez się zrozumiałe. Przez osiedlanie volksdeutschów na tym obszarze jesteśmy zmuszeni wyganiać stamtąd Polaków… Będą oni przerzuceni najpierw do obozów koncentracyjnych, a następnie przekazani zostaną do pracy w Rzeszy. Cala ta akcja, znów mówiąc w sensie propagandy wobec Polaków, rozegrała się dla nas niekorzystnie, ponieważ Polak mówi: po wytępieniu Żydów próbuje się podobnymi metodami usunąć Polaków z tego obszaru i zlikwidować ich tak samo jak Żydów.
Dr Frank: W drugiej połowie lutego, jeżeli to tylko będzie możliwe, odwiedzę sam te osady w dystrykcie lubelskim.
Dr Krüger: Jak już powiedziałem, wysiedlania wywołały wielki niepokój wśród Polaków.
Dr. Frank: Będziemy każdy wypadek przesiedlania omawiać równie dokładnie, jak sprawę Zamościa. Panie sekretarzu stanu, będzie Pan mi osobiście składał sprawozdania.”

Sprawa mimo to nie została wyczerpana. Z kolei zabrał głos gubernator Warszawy Fischer:

„Bardzo silne zaniepokojenie nastąpiło po przesiedleniach w powiecie zamojskim. Wysyłka dzieci wywołała żywy oddźwięk w Warszawie. Ta wysyłka, która z początku miała tylko małe rozmiary, spowodowała wielki niepokój. Wielu Polaków rozprawiało o tym na ulicach i dodawało komentarze. Podane przez radio dementi od-działało dobrze przynajmniej na miasto Warszawę. Lecz w kilka dni później znów przyjechały do Warszawy dzieci z Zamościa. Volksdeutsch, sołtys ich wsi, nie miał dla nich pomieszczenia, 45 dzieci przekazano szpitalom. Z raportu kreishauptmannów wynika, że na skutek przesiedleń postawa chłopów jest bardzo niewyraźna, a jeśli wkrótce nie nastąpi uspokojenie, wówczas jest możliwe, że chłop porzuci dotychczasową potulność w stosunku do nas.
Gubernator Lublina Zörner: W powiecie zamojskim po przesiedleniu pozostało jeszcze 50°/o Polaków… 0 ile dawniej Volksdeutsche nie byli napastowani, o tyle obecnie po nowych osiedleniach doszło do napadów i podpalań chat osadników. W związku z akcją w Zamojskim trzeba było użyć większej ilości oddziałów policji i żandarmerii będących do dyspozycji dystryktów. Oddziaływa to również bardzo źle na powiaty sąsiednie, a wobec zbliżających się robót wiosennych trzeba się odnieść z największym zastrzeżeniem (do skutków przeprowadzanej akcji).
Krüger: Rozkaz przesiedlania wydany został przez Komisarza Rzeszy, a o zagadnieniach z tym związanych odbyła się pod przewodnictwem Generalnego Gubernatora konferencja na zamku.”

3. 2. 1943 r. Krüger oświadcza Frankowi:

„Przyznaję, że w związku z wypadkami w powiecie zamojskim nie można podejmować dalszych przesiedleń.
Dr Bühler: Zwracam uwagę szczególnie na akcję przesiedleńczą w dystrykcie Lublin, w powiecie zamojskim, gdyż ciągle jeszcze nie jest zakończona. Akcja ta . doprowadziła na całym terenie do niepokoju, który nadal wzrasta. Okazuje się, że tego rodzaju akcje wyrządzają w swych skutkach wielkie szkody gospodarcze, a przede wszystkim żywnościowe.
Pan Generalny Gubernator: Życzeniem jednak Fuhrera jest, aby powoli rozpoczęło się osiedlanie w GG Niemców. Toteż tego problemu nie można oceniać tylko z punktu widzenia korzyści i szkód, lecz z punktu widzenia pilnej potrzeby.”

31. 5. 1943 r. ocena akcji zamojskiej jest już zgodna:

„Dr Bühler: To, że akcja przesiedleńcza w dystrykcie lubelskim miała szczególnie nieszczęśliwe skutki, zostało dowiedzione…
Dr Kriiger: Dalszym czynnikiem niepokoju jest akcja przesiedleńcza. Pierwsze osadnictwo zostało przeprowadzone w powiecie zamojskim (dystrykt Lublin). Komisarz Rzeszy dla umocnienia niemczyzny, który po wiat ten ogłosił jako niemiecki teren osadniczy, osiedlił tam około 8.000 — 12.000 ludzi.
Generał Hennicke: Ryła mowa o tym, że należy na takim terenie ogłosić stan wyjątkowy. Chodzi tu o sprawę polityczną i ostrzegam przed używaniem choćby tylko takiego określenia, bowiem gazety angielskie natychmiast je podchwycą. Określenie „stan wyjątkowy” nie może nigdy być użyte. Jeśli będzie ono wprowadzone w praktyce, to polegać musi na umowie między odpowiednimi czynnikami.”

Mimo tych zastrzeżeń Frank próbuje przeforsować wysiedlenie Polaków z Zamojszczyzny. 22. 7. 1943 r. na posiedzeniu „rządu GG” oświadcza:

„Jeśli w związku z akcją pacyfikacyjną w dystrykcie lubelskim muszą być znowu przeprowadzone w wielkim rozmiarze wysiedlenia, to chciałbym podkreślić, że wszystkie te akcje nic nie znaczą w porównaniu z jednym tylko nieprzyjacielskim nalotem bombowym na któreś z niemieckich wielkich miast w Nadrenii i z tamtejszą nędzą oraz z akcją ewakuacyjną.”

Kończy się zamojska krzywda całkowitą kapitulacją Franka, Himmlera i Hitlera. Akcja osiedleńcza zostaje wstrzymana. 25. 1. 1944 r. Frank melancholijnie oświadcza przedstawicielom prasy w Berlinie:

„Popełniliśmy również błędy, tak więc i ten błąd, że wierzyliśmy, iż możemy teraz przemocą zasiedlać teren (GG) Niemcami.”

A 17. 2. 1944 r. w przemówieniu do Niemców w Krakowie pociesza siebie i swych rodaków tymi słowy:

„Luksusem jest czynić cokolwiek, co można lepiej zrobić po zwycięstwie. Na pytanie, kto będzie mieszkać na tym terenie, odpowiedzieć łatwo. Taki mądry i ja jestem, aby wiedzieć, że tu Polacy nie zostaną!”

IX. POLSKA WALCZY
Przeciwko terrorowi „Herrenvolku” wystąpił polski naród, ceniący niepodległość ponad wszystko. W diariuszu Hansa Franka z 1939 r. jak również w tomach do roku 1945 stale napotykamy zapiski, mówiące o Polsce walczącej.
10 listopada 1939 r. „pan generalny gubernator” przyjął szefa dystryktu dra Wächtera, który zameldował, że w szeregu miejscowości rozlepiono plakaty z okazji polskiego Dnia Wolności. 11.XI. „pan generalny gubernator” zarządził, aby przed każdym domem, na którym nalepiono plakat, rozstrzelany został jeden mężczyzna, mieszkaniec danego domu. Rozporządzenie to wykona szef policji. Dr Wächter nakazał zawczasu aresztować 120 zakładników w Krakowie.
15.12. 1939 r- „pan generalny gubernator” przestrzegł stanowczo przed niebezpieczeństwem stworzenia jakichkolwiek możliwości organizowania się. Celem zapobieżenia temu niebezpieczeństwu „pan generalny gubernator” zarządza, aby plan organizacyjny Polskiego Komitetu Samopomocy Społecznej został opracowany w porozumieniu z wyższymi dowódcami SS i policji, a następnie przedłożony jemu do zatwierdzenia.

„Nie wolno zapominać, że konieczna jest żelazna surowość i że wszystkimi środkami dążyć trzeba do tego, aby uniemożliwić stworzenie przez Polaków jakiejkolwiek formy zorganizowanej wspólnoty.”

8 marca 1940 r. Frank oświadczył:

„Nasze zarządzenia nie mogą prowadzić do tego, aby element polski brał choćby najmniejszy udział w administracji GG. Ogólnie można powiedzieć, że musimy się liczyć z oporem wzrastającym ze strony inteligencji, Kościoła i byłych oficerów. Już obecnie są stworzone formy organizacyjne przeciwko naszemu panowaniu w tym kraju. Przy najmniejszej próbie Polaków podjęcia jakiejś akcji dojdzie do niesłychanego terroru przeciwko nim. Wówczas nie będę się bał użyć oddziałów wzbudzających strach (Schreckensregiment) i nie będę się bał skutków mego postępowania. Wydałem rozkaz, aby kilkuset członków tych organizacji zamknięto na trzy miesiące, aby w najbliższym czasie nic się nie zdarzyło. Ostatnie słowa, które mi Führer powiedział na pożegnanie, brzmiały:

„Niech Pan się stara o to, aby tam u Pana był absolutny spokój. Nie mogę tolerować sił niszczących spokój na wschodzie.” O to ja już się będę starał.”

12.4.1940 r. „W dystrykcie lubelskim stwierdzono, że księża z ambon podburzali ludność. Zamknęliśmy tych proboszczów i w osiem dni później sytuacja istotnie się poprawiła. Standartenführer Schulz zauważa, że dokonywane są aresztowania w wielkiej ilości. Aresztowani są przekazywani odpowiednim sądom, lecz co się z nimi dzieje, Schulz nie może powiedzieć.”

19.12.1940 r. Frank ostrzega swoich podwładnych:

„Moi panowie, chciałbym bardzo ostrzec panów przed tym, abyście się nie dali ukołysać spokojem panującym w Waszym służbowym terenie. Kraj ten nie jest uspokojony. W kraju tym muszą panować rządy twardej ręki. Polak musi odczuć, że my nie budujemy Państwa dla niego; dla Polaka istnieje tu jeden tylko obowiązek, mianowicie być posłusznym i pracowitym. Jest jasne, że mogą powstać nieraz trudności, lecz panowie musicie w swoim własnym interesie stosować te wszystkie metody, aby zapanować nad trudnościami. Możecie przy tym bezwzględnie na mnie polegać.”

25.2.1940 r. w Radomiu:

„Jeśli policja bezpieczeństwa zauważy, że duchowni zbaczają w jakikolwiek sposób na polityczne tory, to nie wolno mieć dla nich żadnych względów. Pilnujcie, panowie, kazań i działalności duchownych i interweniujcie, natychmiast, jeśli padnie jakiekolwiek podejrzenie, że kościół jest wykorzystywany dla celów politycznych”

25.3.1941 r. Frank ma już poważniejsze zmartwienie:

  „Gubernator dr Fischer: Jest charakterystyczne, że w ostatnim czasie mamy wystąpienia ruchu oporu. Zanotowaliśmy trzy akty terrorystyczne: zastrzelenie jednego volksdeutscha w Warszawie, zranienie jednego żołnierza w Łowiczu i jednego żołnierza w Kielcach. Proszę Pana Generalnego Gubernatora o wystąpienie z całą możliwą ostrością przeciwko tego rodzaju aktom terrorystycznym. Przede wszystkim powinien być podawany do publicznej wiadomości wymiar kary. Taka metoda działa bardzo odstraszająco i zmusi pewne elementy do porzucenia metody terroru.”

15.10.1941 r. w Warszawie posiedzenie „rządu”:

„Referat przywódcy SS i policji na dystrykt warszawski, SS-Oberfiihrera Wieganda: W ostatnich dwóch latach musiano zamknąć w obozach koncentracyjnych ze względu na przestępstwa polityczne i kryminalne 7.000 osób. W tutejszych więzieniach siedzi obecnie 2.811 aresztantów, z czego przestępców politycznych 1.290 mężczyzn i 268 kobiet.”

9.9.1941 r. „Dr Schóngarth, pułkownik policji: Liczba osób, znajdujących się w tej chwili w więzieniach, aresztowanych z powodu udziału w ruchu oporu, jest niezwykle wysoka.”

Na to odpowiada dr Frank:

  „Niechaj to panów nie zdziwi, że w najbliższym okresie nieco krócej schwycę cugle w stosunku do Polaków. Muszę się panom przyznać, że już nieraz nosiłem się z myślą, czy nie mam rozpocząć nowej akcji, w której wystąpię ze specjalnym kodeksem karnym przeciwko tym Polaczyskom, którzy nie ustępują z drogi niemieckim oficerom albo ich umyślnie potrącają.”

17.3.1942 r. omawiając podporządkowanie Gestapo władzy generalnego gubernatora, Frank mówi:

  „Byłoby śmieszne, gdybyśmy chcieli tutaj zbudować własną politykę bezpieczeństwa w stosunku do naszych Polaków, wiedząc, że Polaczyska w Prusach Zachodnich, w Poznaniu, w kraju nadwarteckim i na Śląsku posiadają wspólny ruch oporu. Reichsführer SS i szef niemieckiej policji musi mieć zatem możliwość interwencji policyjnej w całej Rzeszy za pośrednictwem swoich instancji. Ja jednak muszę być zawsze powiadomiony o mających nastąpić zarządzeniach, których wykonanie zależne będzie od mojej zgody. W GG policja jest wojskiem. W związku z tym został powołany przeze mnie kierownik policji do rządu GG, będący sekretarzem stanu dla spraw bezpieczeństwa i podlegający mnie, względnie memu zastępcy.”

Tak więc Frank, nie mogąc sobie dać rady z ruchem oporu stworzył specjalne ministerstwo do walki z Polakami. Poza tym na pomoc przywołał jeszcze osławiony Sonderdienst, o czym dowiadujemy się z zapisku z dnia 24.3. 1942 r.:

„Pan Generalny Gubernator podpisał zarządzenie dotyczące nowego stanowiska Sonderdienstu. Istotna treść zarządzenia mówi, że wyłączne przywództwo nad Sonderdienstem jest zastrzeżone dla Pana Generalnego Gubernatora.”
10.4.1942 r. Jeszcze raz przypomina Frank, że „SS Obergruppenführer jako sekretarz stanu dla spraw bezpieczeństwa w GG może występować tylko z ramienia Generalnego Gubernatora, a nie Reichsführera SS.”

To zdanie przekreśla wszelką możliwość zrzucenia przez Franka winy na Himmlera.
18.3.1942 r. w Krakowie:

„Kundt (Radom): Jeden żołnierz Sonderdienstu został zastrzelony… Obecnie przeprowadza policja akcję odwetową w wioskach tego terenu. Pewna liczba podejrzanych osób została aresztowana, a 50 z nich zostało rozstrzelanych.
Dr Frank: Walka o przeprowadzenie naszych celów toczy się z żelazną konsekwencją dalej. Panowie widzą, że przed niczym nie okazujemy lęku i całe tuziny różnych ludzi stawiamy pod ścianą. Jest to konieczne, bo w okresie, kiedy przelewamy najlepszą niemiecką krew, nie możemy oszczędzać obcej krwi; mogłoby w ten sposób powstać jedno z największych niebezpieczeństw. Słyszymy już dziś w Niemczech, że jeńcy wojenni administrują całkowicie samodzielnie wielkimi gospodarstwami w Bawarii czy w Turyngii, gdy wszyscy zdolni do walki mężczyźni z danej wsi znajdują się na froncie. Jeśli ten proces będzie trwał dalej, to powoli nastąpi zanikanie niemczyzny. Nie należy tego niebezpieczeństwa nie doceniać, toteż trzeba tępić polskość wciąż bez przerwy, z całą bezwzględną energią. Nie należy tego ogłaszać z wielkim hałasem, musi to następować w milczeniu.”

25.1.43 w Warszawie: „Dr Frank: …Chciałbym jedno zaznaczyć, że nie możemy być specjalnie wrażliwi, jeśli słyszymy liczbę 17.000 rozstrzelanych. Ci rozstrzelani są też ofiarami wojny… Musimy sobie uświadomić, że my wszyscy tutaj zebrani figurujemy na liście zbrodniarzy pana Roosevelta. Ja mam honor być pod numerem pierwszym. Staliśmy się zatem, można powiedzieć, wspólnikami w historyczno – światowym sensie. Właśnie dlatego musimy się wspólnie zbierać, musimy wspólnie czuć i byłoby śmieszne, gdybyśmy tu chcieli przeprowadzać jakiekolwiek spory na temat metod.”

Za to jedno zdanie należy się Frankowi szubienica, Ale Hans Frank szubienicę swoją budował przez lat pięć.

15.4.1943 r. w Krakowie: „Sekretarz stanu dr Buhler: Pozostałe środki zwalczania (ruchu oporu) nie przyniosły nam sukcesu na dłuższą metę. Łapanki (Durchkemmeaktion) dają co prawda na parę dni spokój, ale po krótkim czasie ruch oporu znów daje znać o sobie. System brania zakładników i rozstrzeliwań, co ciągle jeszcze jest stosowane, nie doprowadzi do żadnego zasadniczego uspokojenia. Wobec zapewnień SS-Brigadenfiihrera dra Schongartha, że nie zarządził on żadnych rozstrzeliwań zakładników, dr Buhler stwierdził, że według posiadanych przez niego informacyj zostało po zabiciu jednego komisarza powiatowego i jednego kreishauptmanna rozstrzelanych 30 zakładników. Prezydent dr Struwe: Poza tym należy stwierdzić, że pewna ilość przedsięwzięć policyjnych zapisywana jest na konto urzędów pracy, które nie ponoszą tu żadnej odpowiedzialności.”

31.5.1943 r.: „Dodać trzeba jeszcze szereg akcji w GG, które na nastroje ludności wpłynęły bardzo źle; przede wszystkim wielka akcja wyłapywania na roboty, przeprowadzona w styczniu 1943 r. kiedy to ludzie zabierani byli bez planu z ulic, kościołów i mieszkań.”
Na posiedzeniu rządu 20.4.1943 r. wypowiedział w obecności Franka SS-Brigadenfiihrer dr Schongarth słowa, które powinny być każdemu Niemcowi, wysiedlonemu dziś z Polski, wbijane w pamięć.

„Takiego ucisku, jaki cierpi naród polski, żaden naród nigdy jeszcze cierpieć nie musiał.”

22.9.1943 r.: „Generał – porucznik Becker: Na terenie, znanym jako centrum band, a więc w lasach biłgorajskich oraz na północ i na południe od tych lasów musiały być przeprowadzone wysiedlania ludności. Tym samym, według mojego zdania, została stworzona podstawa do pełnego sukcesu.
W związku z powyższym Pan Generalny Gubernator stwierdził, że wysiedlanie nastąpiło w pełnym porozumieniu między nim a Reichsführerem SS.”

16.12.1943 r.: „Zarządzenia policji stosującej prawo wojenne i egzekucje dały wyniki korzystne. Poza twardymi zarządzeniami nie ma dotychczas żadnej innej drogi dla niemieckiego panowania.
Należy się zastanowić nad tym, czy nie byłoby celo we przeprowadzać egzekucje tam, gdzie został dokonany zamach na Niemca. Trzeba by może stworzyć w tym celu specjalne miejsca egzekucyjne, ponieważ stwierdzone jest, że ludność polska przybywa tłumnie do dostępnych każdemu miejsc egzekucji po to, aby ziemię przesyconą krwią zbierać w naczynia i zanosić do kościołów.
SS Obergruppenführer Koppe: Za zamach na pociąg stracono 150, a za zamach na dwóch niemieckich urzędników — 50 polskich terrorystów na miejscu czynu albo w pobliżu. Trzeba pamiętać, że przy rozstrzelaniu 200 ludzi co najmniej 3000 osób (najbliższej rodziny) zostaje dotkniętych…
Organizacje oporu i bandy zmierzają do tego, aby znowu stworzyć dawną Polskę.
Punkt ciężkości leży w ataku. W przyszłości będą przeprowadzane kontrole na ulicach, w pociągach, rewizje po domach, obławy w mieszkaniach i w restauracjach. Trzeba będzie osiągnąć i to, aby w wypadku potrzeby można było całkowicie odciąć jakieś miasto, np. Warszawę.”

2.10.1943 r. w Krakowie: „Tematem rozmów jest przedłożony przez dra Weh projekt rozporządzenia o zwalczaniu ataków na niemieckie dzieło odbudowy w GG. Po krótkim wyjaśnieniu Pan Generalny Gubernator wycofał swoje zastrzeżenia i podpisał projekt ustawy.

Dr Frank: Ustawą wchodzącą w życie dnia 10 października, po wycofaniu wszystkich hamujących zastrzeżeń formalnych, dałem policji bezpieczeństwa nadzwyczajne pełnomocnictwa. – SS Oberführer Birkamp: Ruch oporu przeniósł swoje oddziały do Warszawy i pragnie na terror odpowiadać przeciw terrorem. Dotychczas jednak Polacy nie odważyli się na to, niemniej posiadamy ulotki o następującej treści: Odpowiadać będziemy terrorem na terror, tak że niemieccy gnębiciele będą musieli ustąpić.”
23.10.1943 r.: „Tematem rozmowy jest skierowane do Pana Generalnego Gubernatora pismo przewodniczącego RGO hr. Ronikiera, w którym wyraża on żal z powodu nowych, dalszych rozstrzeliwań Polaków i z powodu bolesnego podniecenia wśród ludności polskiej. Hr. Roni- kier uzależnia wzięcie udziału w Święcie Dożynek od ogłoszenia gwarancji, że w przyszłości nie będzie tego rodzaju policyjnych wyczynów.
Pan generalny gubernator nakazał radcy Weihrauchowi, aby oświadczył hr. Ronikierowi, że musi on zdecydować się dziś jeszcze do godziny 18, czy chce wziąć udział z członkami RGO w jutrzejszym Święcie Dożynkowym. Jeśli odpowiedź nie zostanie dana w wyznaczonym czasie, to wówczas generalny gubernator poczyni właściwe kroki i nie będzie się wahał nawet rozwiązać RGO.
W końcu odbyła się krótka debata na temat ostatnio wydanych zarządzeń przez SS – Oberführera Birkampa.
Sekretarz stanu dr Buhler uważa za stosowne, aby ci Polacy, którzy mają być rozstrzelani, byli przedtem skazywani normalnym trybem sądów polowych. Należy również unikać określania ich terminem „zakładnicy”, bowiem rozstrzeliwanie zakładników jest zawsze pożałowania godnym wypadkiem, który daje zagranicy argumenty przeciwko niemieckiemu kierownictwu w GG.”

27.10.1943 r. w Krakowie:

„Policja bezpieczeństwa zatrzymała wielu ludzi, którzy popełnili przestępstwa przewidziane w ustawie wydanej 10 października. Zostali oni skazani na śmierć przez rozstrzelanie. Nazwiska ich będą podane do publicznej wiadomości, przy czym poda się, że ci a ci ludzie mogą oczekiwać ułaskawienia, o ile nie zdarzą się dalsze mordy popełniane na Niemcach. Za jednego zamordowanego Niemca zostanie zgładzonych 10 Polaków. Analogicznie będzie z Ukraińcami.”

Tak przedstawia się historia masowych egzekucji jesienią 1943 r. 12 stycznia 1944 r. w Zakopanem Frank przemawiał do niemieckich kierowników dla spraw rolnictwa:

„Jeśli się bez sensu wyrzuca gwałtem setki i tysiące polskich chłopów z ich gospodarstw, to nie trzeba się dziwić, że idą oni do lasu i stają się rabusiami.”

15 stycznia 1944 r. w Krakowie chwalił się Frank przed kierownikami partii:

„Ja nie wahałem się oświadczyć, że jeśli jeden Niemiec zostanie zabity, to w zamian rozstrzelamy 100 Polaków.”

 

 

VON DEM BACH-ZELEWSKl

 

Wysoki. Chód kawalerzysty. Rasowy junkier. W ry sach coś drapieżnego i odpychającego. Tandetne ubranie, pasiasta koszula i jakiś bardzo tani krawat, widać to wyraźnie, nie są własnością świadka, którego niezdrowa, ziemista cera zdradza, że przychodzi z więzienia. Trzyma się jednak prosto, nie okazuje zmieszania widokiem starych znajomych na ławie oskarżonych, spokojnym głosem wymawia swe nazwisko:
— Erich von dem Bach – Zelewski.
Dla nas dziennikarzy z Warszawy, którzy przed 14 miesiącami żyliśmy w mieście palonym i mordowanym przez tego, tu przed nami stojącego, człowieka, jest to chwila, kiedy uczucia mroczą” umysł, oczy ciemnieją od nienawiści. Chwila mija, zostaje naprężenie nerwów, czy padnie wreszcie na tej sali norymberskiego sądu nie- wymówione dotąd słowo: Warszawa!
Generał SS w cywilnym przykrótkim ubraniu powtarza za sędzią słowa przysięgi:
— Przysięgam przed Bogiem Wszechmogącym i Wszystkowiedzącym, że mówić będę czystą prawdę nic nie przemilczając i nic nie dodając.
W czarnym tużurku z białym żabotem amerykański pułkownik Taylor jako przedstawiciel prokuratora
Jacksona zadaje świadkowi pytania. Nasamprzód życiorys:
— Urodziłem się w 1898 roku na Pomorzu Zachodnim w Lęborku. Jako ochotnik walczyłem w latach 1914 — 1918 na froncie, dwukrotnie byłem ranny, otrzymałem krzyż żelazny I i II klasy. Po wojnie zostałem do r. 1924 w stutysięcznej, zawodowej armii niemieckiej, po czym byłem dowódcą batalionu Grenzschutzu na śląsku Opolskim i Mazurach, a co roku do czasu wojny z Polską odbywałem ćwiczeń a w wojsku. W r. 1930 wstąpiłem do NSDAP i SS. Wtedy zorganizowałem formacje Grenzschutzu SS w rejonie Słubic nad Odrą i Piły, a w roku 1934 zostałem mianowany Oberabschnittsfuhrerem najpierw na Prusy Wschodnie, później na Śląsk. Od r. 1932 byłem do końca członkiem Reichstagu. W chwili wybuchu wojny miałem rangę SS — Gruppenfuhrera i generała — porucznika. W dniu 9.XI.41 r. awansowałem na SS — Obergruppenfiihrera i generała broni SS. Po rozpoczęciu kampanii sowieckiej byłem wyższym dowódcą SS i policji na odcinku środkowym zaplecza frontu w Rosji. Dowódcą frontu na tym odcinku był najpierw marszałek Bock, później marszałek Kluge.
— Jakie wtedy świadek miał zadanie?
— Zwalczanie partyzantki.
— Jakie było główne zadanie podległych świadkowi oddziałów (Einsatztruppen) SD?
— Zadaniem głównym jednostek SD było tępienie Żydów, Cyganów i politycznych komisarzy. Na zapleczu frontu zwalczanie partyzantki przeprowadzane było przez jednostki broni SS, policji porządkowej, a przede wszystkim przez jednostki Wehrmachtu. W końcu 1912 roku zostałem mianowany szefem oddziałów zwalczających bandy.
— Czy stanowisko szefa „der Bandenbekämpfungsverbände” zostało specjalnie stworzone dla pana?
— Tak.
— Komu pan bezpośrednio podlegał?
— Heinrichowi Himmlerowi, w którego kwaterze głównej otrzymywałem wszystkie meldunki o ruchach band partyzanckich.
— Czy omawiał pan metody zwalczania partyzantki i z kim?
— Tak. Z dowódcami odcinków frontowych, np. z gen. Bremerem, marsz. Küchlerem, marsz. Klugem, gen. Büschem, gen, Kitzingerem, marsz, von Weichsem, dowódcą armii w Serbii, i innymi.
— Kto dowodził oddziałami zwalczającymi partyzantkę?
— Jeśli Wehrmacht dał więcej żołnierzy, to oficer Wehrmachtu, jeśli Waffen SS czy policja, to oficerowie tych formacji.
— Czy najwyżsi dowódcy wojskowi wydali zarządzenia, że przy wyprawach przeciw partyzantom należy postępować z całą surowością?
— Tak.
— Czy najwyżsi dowódcy wojskowi wydali jakieś szczegółowe zarządzenia, określające metody, które miały być stosowane w walce z partyzantami?
— Nie, na skutek czego w zwalczaniu partyzantów panował dziki chaos.
— Czy z powodu braku szczegółowych rozkazów metody zwalczania partyzantów były bardziej surowe, aniżeli uzasadniałaby konieczność?
— Zależało to od charakteru komendanta i od jakości żołnierzy. Ja byłem zdania, że wiele akcji nie tylko mijało się z celem, ale również wychodziło daleko poza cel.
— Czy stosowane metody prowadziły w skutkach do nieuzasadnionego zabijania większej liczby osób spośród ludności cywilnej?
— Tak.
— Czy został wydany rozkaz przez naczelne dowództwo, że żołnierze niemieccy, którzy popełnią przestępstwo wobec ludności cywilnej, nie będą karani przez sądy wojenne?
— Tak. Rozkaz taki został wydany. Rozkaz ten, moim zdaniem, uniemożliwiał jakąkolwiek zdyscyplinowaną walkę.
Oskarżeni, którzy początkowo patrzyli na von dem Bacha – Zelewskiego z sympatią, teraz spoglądali nań z odrazą, a Göring z widoczną nienawiścią.
Do mikrofonu prokuratorskiego podszedł przedstawiciel ZSRR w mundurze pułkownika, prok. Pokrow- ski.
— Czy wie pan coś o brygadzie antypartyzanckiej, złożonej ze szmuglerów, kłusowników i więźniów?
— Owszem. Na początku r. 1942 stworzony został na odcinku środkowym batalion, który nastepnie rozrósł się w pułk, a wreszcie w brygadę, zwaną od nazwiska dowódcy brygadą Durrlewangera. Brygada ta składała się w większości ze zbrodniarzy, a oficjalnie mówiło się o zespole kłusowników. W rzeczywistości byli to kryminaliści, skazani za bandytyzm, włamania, mordy itp.
— Czym pan wytłumaczy fakt, że dowódca niemieckiej armii wzmacniał swe oddziały zbrodniarzami, a w szczególności w walce z partyzantką?
— Jestem zdania, że istnieje wyraźny związek między tym faktem a mową Himmlera, wygłoszoną w Weselburg w r. 1941 przed kampanią rosyjską. Himmler wówczas oświadczył, że celem tej kampanii będzie zmniejszenie ludności słowiańskiej o 30 milionów; aby cel ten osiągnąć, musiano rzeczywiście stworzyć oddziały asocjalne, które w tym sensie mogłyby walczyć.
Po tym sensacyjnym oświadczeniu, które sprawiło, że Göring zacisnął pięści, a Keitel z Jodlem piorunowali oczami von dem Bacha, nastąpił długi dialog prokuratora ze świadkiem na temat organizacji niemieckich akcji anty-partyzanckich. Z odpowiedzi wynikało jasno, że w daniu wolnej ręki komendantom oddziałów, niekaraniu żołnierzy była metoda dowództwa nie SS, lecz Wehrmachtu, które zezwalało na zbójecką samowolę w myśl programu Himmlera wytępienia 30 milionów Słowian. Jeńców na wschodzie, podobnie jak i zakładników, an» podczas walk partyzanckich, ani na froncie nie brano. Po prostu palono ws’e i mordowano wszystkich mieszkańców.
Ostatnie pytanie pułkownika Pokrowskiego brzmiało:
— Czy potwierdza pan fakt, że istotnie zarządzenia, które wydało dowództwo Wehrmachtu w podległych sobie obszarach, rzeczywiście zmierzały do tego, aby liczbę Słowian i Żydów zmniejszyć o 30 milionów?
— Jestem zdania, że te metody naprawdę doprowadziłyby do wyniszczenia 30 m lionów, gdyby były stosowane w dalszym ciągu i gdyby zmiana położenia strategicznego nie odmieniła sytuacji.
Z kolei zabrali głos obrońcy, których oskarżeni zasypywali kartkami, aby w krzyżowym ogniu pytań podważyć zeznania świadka. Jako pierwszy występuje dr Exner, obrońca sztabu generalnego.
— Czy brygada Dürrlewangera była formacją Wehr machtu czy broni SS?
— N e broni SS, lecz Wehrmachtu.
— Czy w grupach partyzanckich byli Żydzi?
— Tak, w niektórych grupach.
— W niektórych? — A zatem były to wyjątki?
— Raczej na pewno były to wyjątki.
— Nie rozumiem zatem, dlaczego zwalczanie partyzantów miało doprowadzić do wytępienia Żydów?
— Tego nie twierdziłem, mówiłem poprzednio o akcjach Einsatzgruppe SD.
Z kolei obrońca Schachta, prof. dr Kraus, z uśmiechem zadał niewinne pytanie:
— Czy był pan obecny 18 sierpnia 1935 r. w Królewcu na Targach Wschodnich w czasie przemówienia b. prezydenta Banku Rzeszy Schachta?
— Owszem.
— Pan wówczas w połowie przemówienia na znak protestu opuścił salę?
— Owszem.
— Czy mogę zapytać, dlaczego pan protestował?
Sch&cht wpatruje się uporczywie w świadka, który
teraz ma możność wykazania, iż Schaclit już w r. 1935 był źle „widziany” przez przywódców SS. Ale odpowiedź jest niespodziewanie dla Schachta przykra, bo odsłania niepochlebnie jego stosunek do hitlerowskich władz:
— Znane jest, że w Prusach Wschodnich prowadziłem zaciętą walkę przeciwko ówczesnemu gauleiterowi Kochowi, toteż n e mogłem pojąć, że minister Rzeszy Schacht w swej mowie temu właśnie człowiekowi, którego ja uważałem za korupcjonistę, prawi komplementy.
Adwokat czyni ostativ wysiłek i pyta:
— Nie rozumiem, czy zatem protestował pan przeciwko Schachtowi czy przeciwko Kochowi?
— Mnie się zdaje, że panu Schachtowi wiadome jest, że protest odnosił się do Kocha, bowiem prosiłem, by mu to oświadczono, a później przez pośredników pogodziliśmy się przecież z panem Schachtem całkowicie.
Podobnie nieudaną próbę odciążenia Sauckla prze prowadza dr Serwatius, a dialog obrońcy Göringa, dra Stammera, z von dem Bachem przerywany był ciągle przez sędziego, ponieważ tłumacze nie byli w stanie powtórzyć wiernie wypowiadanych pośpiesznie słów, zdarzało się bowiem dość rzadko na sali norymberskiej, że zarówno świadek jak i pytający mówili jednym językiem. Z dialogu tego wbrew intencjom obrońcy wynikło jasno, że za zbrodnie dokonywane na zapleczu frontu na ludności cywilnej, jeńcach i partyzantach ponosi pełną współodpowiedzialność zarówno dowództwo Wehrmachtu jak SS i policja.
Pod koniec dr Stammer zadał zjadliwe pytanie: — Wie pan o tym, że Hitler i Himmler szczególnie chwalili pana, specjalnie zaś z powodu bezwzględnego i energicznego zwalczania partyzantki?
— Nie wiem o tym. Żadnego odznaczenia nie otrzymałem za to. Wszystkie moje odznaczenia zasłużyłem sobie na froncie i otrzymałem je od Wehrmachtu.
Von dem Bach był wyraźnie zmęczony i zirytowany pytaniami obrony ad personam. Adwokat Rosenberga, dr Thoma, rozpoczął znów od osobistego ataku:
— Jak pan mógł pogodzić ze swoim sumieniem stanowisko inspektora zwalczania band na wschodzie?
Obrońca użył słowa „bandy”, po czym dopiero po prawił się na „grupy partyzanckie”.
— Nie tylko mogłem pogodzić to z moim sumieniem, ale sam starałem się o to stanowisko, gdy w latach 1941 — 42 doszedłem do wniosku, że walka tak dalej pro wadzona być nie może.
Obrońca Rosenberga postawił dalsze pytania, które stały się szczytowymi punktami dramatycznych dialogów tego dnia:
— Czy wierzy pan, że mowa Himmlera, żądająca wytępienia 30 milionów Słowian, była odbiciem tylko jego poglądów, czy też całej partii?
Von dem Bach odpowiadał wolno, z naciskiem podkreślając słowo „naszego”:
— Dziś jestem zdania, że było to logiczną konsekwencją naszego światopoglądu.
— Dziś?
— Dziś!
— Czy wtedy mial pan inne poglądy?
— Ciężko jest dla Niemca przemóc się i dojść do takiego przekonania. Ja potrzebowałem do tego wielu rzeczy i wiele czasu.
— Jakże jest to możliwe, że przed kilku dniami tu na tej sali inny świadek, Ohlendorf, przyznał, iż jednostki SD wymordowały 90 tysięcy ludzi i że nie było to w zgodzie z ideologią nazistowską?
— Ja jestem innego zdania. Jeśli przez dziesiątki lat powtarza się, że rasa słowiańska jest rasą niższą, że Żydzi w ogóle m’e są ludźmi, to musi dojść do takiej eksplozji.
Dr Thoma stal się wyraźnie zły i ze zjadliwością rzucił ostatnie pytanie:
— Niemniej pozostaje faktem, że pan wówczas oprócz poglądów nazistowskich posiadał również jeszcze sumienie?
— Dziś również, dlatego stoję tutaj.
Nikt nie żądał więcej pytań. Von dem Bach po dwu i pólgodzinnym przesłuchaniu opuścił salę, eskortowany przez dwóch policjantów. Gdy przechodził obok Göringa, ten, czerwony z oburzenia, rzucił sykliwym szeptem obelgę:
-verfluchter Verräter! (Przeklęty zdrajca!).
Dziennikarze wybiegli z sali, by przetelefonować sensację dnia. Dla nas, korespondentów warszawskich, metamorfoza mordercy Warszawy była zaledwie faktem godnym zapamiętania. Wydarzeniem natomiast dla nas było to, że znów nie padło słowo: Warszawa. Raz co prawda wypowiedział je von dem Bach, gdy cytował swój krzyż rycerski za stłumienie powstania warszawskiego, ale nikomu z prokuratorów ani obrońców nie przyszło na myśl zapytać go o zbrodnię warszawską. Czy dlatego, że w akcie oskarżenia nie zarzuca się norymberskim zbrodniarzom najpotworniejszego zniszczenią stolicy jednego z narodów zjednoczonych, i że w dokumentach przedłożonych sądowi nie ma ani jednego aktu z napisem: „Warszawa”!
Wiemy natomiast, że są dokumenty — jak wspomniałem na początku — rabunku sera, masła, koniaku i szampana z Francji i te wpisane będą w historyczną księgę norymberskiego procesu.
Uczony prawnik tłumaczył mi, że brak jest formuły prawnej na zbrodnie niemieckie w Warszawie. Może ma rację. Tego żadna formuła nie pomieści.
W kilka dni później na żądanie Rządu Polskiego von dem Bach przesłuchany został ponownie, jednak nie na sali Trybunału Międzynarodowego, lecz w więzieniu, a więc poza toczącym się procesem.
Więzienie norymberskie, koszarowy gmach, mieszczący się za Pałacem Sprawiedliwości, jest dobrze ogrzane, zelektryfikowane, skanalizowane, można nawet po wiedzieć, przypomniawszy sobie mieszkania miilionów Europejczyków, komfortowe. W tym to więzieniu przebywali na jednym piętrze norymberscy oskarżeni, inne zaś piętra zajęte były przez świadków oskarżenia.
Z jednej celi sprowadzili żołnierze amerykańscy do pokoju przesłuchań Ericha von dem Bacha-Zelewskiego, który wszedłszy rozejrzał się przez chwilę po obecnych, po czym wzrok zatrzymał na oknie, za którym mocna żelazna siatka przypominała znów celę więzienną. Ściany pokoju przesłuchań obite są tapetą, pod którą jest gruba warstwa wełny drzewnej. Dwa stoły, k.lka krzeseł stanowią całe umeblowanie. Prokurator amerykański dal znak i żołnierze opuścili pokój zatrzymując się za drzwiami, uwagę swą skupiając na tablicy świetlnej. Prokurator bowiem, o czym przesłuchiwany nie wie, posiada do dyspozycji cały system sygnałów świetlnych i umieszczonych w krawędzi stołu niewidocznych dzwonków elektrycznych. Ochrona więc przed atakiem szału u przesłuchiwanego jest w samym pokoju niepotrzebna.
Amerykanin wskazując na swego sąsiada, otyłego, starannie ubranego pana, o siwiejących wyraźnie włosach i młodzieńczo żywych oczach, zwrócił się do stojącego generała SS:
— Oto pełnomocnik Rządu Polskiego dla badania zbrodni wojennych, prokurator dr Jerzy Sawicki, który przesłucha pana.
Von dem Bach pochyla głowę i trwa w tym ukło nie aż do chwili, kiedy prokurator polski pozwala mu usiąść. W tym przydługim ukłonie jest chęć niepokazania uczuć -na junkierskiej pucołowatej twarzy, z której łatwo czytać można wiele.
Padają pytania, zadawane po niemiecku i tłumaczone natychmiast na język angielski. Von dem Bach odpowiada z opanowaniem, ale z wewnętrznym niepokojem, który przejawia się w nagromadzaniu szczegółów nieistotnych. Tak więc opowiada o swym majątku rodzinnym Celewo, na Kaszubach pod Lęborkiem, gdzie się urodził z matki Polki, z domu Szymańskiej. Wspomina o Borze-Komorowskim po to, aby powiedzieć, że w rozmowie z nim rzekomo odkrył, iż podobnie jak jego rodzina, tak i rodzina Komorowskich otrzymała nadanie szlachectwa od króla Jana III za udział w wyprawie wiedeńskiej. Po wtarza jakieś nic nie znaczące formuły grzecznościowe, które padły ze strony polskiej rzekomo pod jego adresem w czasie rokowań kapitulacyjnych. Wytworność manier, niestety, nie idzie w parze z rozumem politycznym. Nieszczęsny wódz powstania nie wykazał poza tragicznie wytwornymi, bohaterskimi gestami żadnej myśli, którą by warto było przekazać historii. Bóg z nim. Ważniejszą od Bora jest Warszawa i o nią w tym przesłuchaniu chodzi. Von dem Bach zasłania się znów szczegółami.
— W chwili wybuchu powstania — mówi — byłem w Sopocie. Himmler telefonicznie wydał mi rozkaz udania się do Warszawy.
Potem następuje opowieść o skomplikowanej sytuacji wojskowej w dowództwie, opowieść, która ma na celu rozłożenie odpowiedzianości za Warszawę na Hitlera, Himmlera, Guderiana, Reinefahrta, Vormanna, Smilo von Lütwitza, Stahela, Reinhardta, Rodego i wreszcie von dem Bacha.
Przybywszy do Warszawy zastał Bach poza jednostkami Wehrmachtu dwie brygady specjalne Kamińskiego i Durrlewangera. Pierwsza składała się z „własowców” druga „posiadała około 10% przywódców, 50% kryminalistów i 40% volksdeutschöw”.
—Zaraz po mym przejeździe stwierdziłem, że na cmentarzu warszawskim spędzono ludność nie walczącą, zarówno kobiety, jak i dzieci, i wszystkich wymordowano. Uczynił to oddział podlegający Reinefalirtowi.
Pan Bach był oburzony! Zażądał od gen. Reinefahrta wyjaśnień, lecz ten powołał się na rozkaz Hitlera i Himmlera:

„1) Wszyscy powstańcy po wzięciu do niewoli mają być rozstrzeliwani bez względu na to, czy ich działalność była zgodna z konwencją haską czy nie.
2) Nie walcząca część ludności ma być bez różnicy płci i wieku wymordowana.
3) Miasto ma być zrównane z ziemią, to znaczy do my, ulice i wszystko to, co znajduje się w mieście, ma być zniszczone.”

Prokurator polski nie ustępuje. Krzyżowy ogień py tań detonuje von dem Bacha. Zaczyna się plątać w zeznaniach. Gdy z początku zaprzeczał swej winie, teraz poczyna się przyznawać.
— Czy dal pan rozkazy, żeby ludność cywilna opuściła Warszawę?
— Tak.
— Czy wiedział pan o tym, że ludność cywilna nie mogła’ że sobą nic więcej zabierać ponad to, co mogła umeść?
— No, tyle ile mogła unieść…
— Czy wie pan, że pańscy żołnierze oczyszczali całe bloki w ciągu godziny po wyjściu ludności?
— Czy było to w tej części Warszawy, którą posia daliśmy?
— Tak.
— Jeśli tak było, działo a ę to bezprawnie.
— Lecz ktoś musi być odpowiedzialny za działalność wojska?
— Jeśli pan tak stawia sprawę, prokuratorze, to muszę przyznać, że ponoszę odpowiedzialność za wojsko w tym czasie, kiedy nim dowodziłem.
— Czy nie sądzi pan, że jeżeli ludność cywilna w dobrej wierze zaufała pańskim ulotkom, a pańscy żołnierze działali wbrew danemu przez pana słowu, to pan jest odpowiedzialny za niedotrzymanie obietnicy?
— To jest jasne, prokuratorze. Lecz proszę zrozumieć, że nie mogłem zamienić złodziejów w żołnierzy
Po tym zwaleniu winy na żołnierzy hitlerowskich generał zadaje pytanie:
— Lecz czy ja dałem jakiekolwiek obietnice, że ludność n e będzie pozbawiona własności przy wyjściu z Warszawy?
— Zastanawia mnie pański moralny poziom. Czy nie sądzi pan, że bez obietnicy, ale na podstawie prawa międzynarodowego i ogólnych zasad moralności ludzkiej niewinna ludność cywilna nie może być obrabowana?
— Jeżeli lak pan sprawę stawia, to muszę się w zupełności zgodzić z wywodami pana.
— Czy wiadomo panu, że między Polską a Niemcami obowiązuje konwencja genewska i haska?
— Mogę tu wobec pana, jako przedstawiciela Polski, oświadczyć tylko jedno, że cała walka przeciwko Polsce była według mego zdania tak nieludzka, że ja sam nie czyniłem sobie żadnych skrupułów natury czysto prawniczej.
Von dem Bach wypowiedziawszy te słowa nerwowo obciąga marynarkę. Jest zmęczony. Twarz nabrzmiała mu z wysiłku opanowywania coraz większej nerwowości. Lecz prokurator polski jest nieustępliwy.
— Czy po tym wszystkim nie poczuwa się pan do winy, generale?
— Po tym, co pan prokurator mi powiedział, staje mi się jasne, że za czas kiedy dowodziłem…
— to jest od 15 sierpnia do kapitulacji…
— …tak, jestem odpowiedzialny za to, co się stało, lecz z zastrzeżeniem…
— Czy ma pan jeszcze zastrzeżenia?
— Tak, są jeszcze okoliczności łagodzące. Robiłem wszystko, co w mojej mocy, aby umniejszyć zło.
— Czy poczuwa się pan do winy w stosunku do ludności cywilnej?
— W tym sensie, jak pan to przedstawił — tak.
— Czy w związku z tym pańskie powołanie się m matkę Polkę wobec mnie nie uważa pan za co najmnie niewłaściwe, jeśli nie prowokujące?
Von dem Bach pokornieje:
— Przepraszam pana, że podkreśliłem pochodzenie mojej matki.
Następnego dnia odbywa się dalszy ciąg przęsłu chania. Von dem Bach jest widocznie wstrząśnięty wczo rajszym dniem. Z niepokojem czeka pytań. Dr Sawick uspokaja go wprowadzając ton poufnej pogawędki.
— Niech mi pan opowie krótko o swych rozmowach powstańcami.  I teraz zaczyna się piękna opowieść generała SS o jego kłopotach w nawiązaniu łączności z Polakami. Po buchajmy:
— Już w pierwszych dniach starałem się mieć z nimi kontakt. Z początku wszystkie usiłowania spalały nr panewce, ponieważ kogokolwiek z wziętych do niewoli Po laków posyłałem, nikt nie wracał. Pamiętam także takt wypadek. Do niewoli została wzięta polska dziewczyna studentka medycyny, nie pamiętam już jej nazwiska. Była w mundurze, nosiła oznakę Czerwonego Krzyża, była moim gościem i prosiłem ją, aby poszła w moim imieniu jako parlamentariuszka do powstańców. Odpowiedziała mi, że może uczynić to tylko pod pewnymi warunkami Kiedy zapytałem o nie, odpowiedziała, że musi znać treść listu, jaki będzie obowiązana odnieść. Ułożyłem szkic listu lecz dziewczyna odmówiła pośrednictwa tłumacząc, że nie może tego pogodzić z sumieniem narodowym, bowiem list ten zawierał wezwanie do bezwarunkowej kapitulacji
Oświadczyła następnie, że może być parlamentariuszka jeśli chodzi tylko o ludność cywilną, lecz nie o żołnierzy
— Czy nie odeszła panu ochota posyłania parlamentariuszy Polaków?
— Owszem. Od tego czasu posługiwałem się tylko – volksdeutschami.
Z tonu pogawędki prokurator Sawicki przeszedł do rzeczy bardziej istotnej, do przedłożenia mordercy Warszawy jego wczorajszych zeznań ujętych w punkty. Najważniejsze wypowiedzi zebrane na sześciu stronach w języku niemieckim, a więc w oryginale, przedłożone zostały do podpisu. Von dem Bach z uwagą czytał każde słowo. Nad każdym zdaniem pochylał głowę na znak, że to jego własne. Z wielogodzinnej rozmowy wydobyto to, co najważniejsze. A więc:

„Nie przeczę, że przed objęciem przeze mnie dowództwa wojska rabowały, mordowały i paliły, że po przejęciu władzy przeze mnie czyny występne zdarzały się, ale, niestety, było to nie do uniknięcia, bowiem wojska (słowo to przekreślił von dem Bach i napisał „część wojska”) nie były żadnym wojskiem, lecz stadem świń. Chcę ponieść pełną odpowiedzialność za to, że nie udało mi się powstrzymać występków.”

Albo inne zdanie:

„Wiem również, że przy exodus pewnej części ludności w okresie walk konfiskowano własność prywatna Przyznaję, że było to wbrew prawu międzynarodowemu.”

Przyznając się sam do winy hitlerowski junkier nie zapomniał o obciążeniu winą i innych rodaków. Poza wymienionymi wyżej generałami pogrążył swego przyjaciela Hansa Franka.
Oto Bachowe słowa:

„Za wszystko, co się działo w obozie pruszkowskim za warunki tamtejsze, za znęcanie się nad kobietami, dziećmi i nie walczącymi mężczyznami, ponosi całkowitą odpowiedzialność administracja cywilna, a w szczególności gubernator „Warszawy dr Fischer i generalny gubernator Frank.
Po kapitulacji został wydany drugi rozkaz Hitlera i Himmlera, aby wszystkie rzeczy wartościowe wywieźć i miasta, a miasto zrównać z ziemią, o ile nie stoją temu aa przeszkodzie potrzeby wojskowe. Zadanie to przypadło administracji cywilnej. Rozkazu tego nie wykonałem, ponieważ udałem się w misji specjalnej do Budapesztu za ograbienie miasta po kapitulacji i niedotrzymanie ze strony .Niemców zobowiązań kapitulacyjnych odpowiedzialni są wyżej wymienieni: dr Fischer i dr Frank.”

Na końcu dokumentu jest zdanie, będące pieczęcią gorzkiej satysfakcji dla nas, Polaków, a pod którym kładzie swój podpis człowiek, który przeciw Polsce walczył w r. 1919 na Opolszczyźnie, a potem grasował aż po rok 1939 na pograniczu polsko – niemieckim, aby w r. 1944 przejść do historii, jako największy morderca Warszawy. Zdanie ostatnie brzmi:

„W powołaniu się na złożoną przysięgę stwierdzam podpisem własnym zgodność przytoczonych zeznań, złożonych przed prokuratorem Rzeczypospolitej Polskiej.,. (—) Erich von dem Bach. Norymberga 3 Ił 1946.”

Na korytarzu czerwony sygnał świetlny. Wchodzą kołnierze ze straży więziennej. Von dem Bach kłan’a się głęboko i wychodzi. Na sali sądu norymberskiego, gdy przed trzema tygodniami zeznawał Erich von dem Bach Zelewski, nie było prokuratora polskiego i nikt nie zapytał się ,,pana na Celewie” o wymordowanie stolicy niepodległego narodu. Wtedy von dem Bach wychodź’} z sali pewny siebie, zrzuciwszy winę na tych, którzy już siedzieli na ławie oskarżonych.
Teraz już wie, że choć zapomniano na procesie o największej jego akcji wojskowej, to nie zapomniano tam gdzie wbrew obliczeniom niemieckim znów jest stolica Polski. Z Warszawy przyjechał prokurator polski, który zmusił go w spokojnej rozmowie do przyznania się do winy. Tego się Erich von dem Bach nie spodziewał.
Znaczenie powstałego dokumentu jest nie tylko proceduralnie ważne, ale przede wszystkim historycznie, bo karty historii Polski lat wojny są wypalone jak Warszawa. Musimy na nowo spisywać dokumenty, bowiem historia nie zapisana przestaje być historia.

 

ŹRÓDŁA CZWARTEJ RZESZY

 

Niemcy przyjęli okupację jako dopust Boży, który trzeba przetrwać pozostając sobą. Mają wytrwałość mrówek i pracowitość wołów. Nie udało się Hitlerowi, trzeba zatem znów od początku. Wzorem stał się więc Stresemann, człowiek, który przygotował fundament pod politykę Ribbentropa. Duża część społeczeństwa niemieckiego, szczególnie na zachodzie, widzi przyszłość Niemiec w odrodzeniu polityki stresemannowskiej. W różnych miastach nowych Niemiec nazwy ulic z hitlerowskich przemieniono na ulice Siresemanna. Postać te go nieprzeciętnego kunktatora, locareńskiego ministra spraw zagranicznych Rzeszy, przypominana jest często przez prasę niemiecką, która nazywa go „wielkim realnym politykiem”.
Gustaw Stresemann był założycielem w r. 1918 Niemieckiej Partii Ludowej (Deutsche Volkspartei), która głosiła program liberalno-nacjonalistyczny. W szesnaste rocznicę śmierci, 3.X. 1945 demokratyczna ..Allgemeine Zeitung” pisała:
„Stresemann był realistą. Zrozumiał on bowiem, iż metoda wypełniania zobowiązań (Erfiillungspolitik) jest lepszym środkiem do politycznej i gospodarczej odbudowy Niemiec niż bierny opór. W najcięższych latach powojennych, szczególnie w r. 1923, gdy inflacja przybierała przerażające rozmiary, Stresemann powołany został na urząd kanclerza Rzeszy oraz ministra spraw zagranicznych. Kanclerzem był tylko trzy miesiące. W tym krótkim czasie została wstrzymana inflacja i wprowadzony stały pieniądz. Grożąca wojna domowa została zażegnana. Walka na obszarze Ruhry zawieszona. Stresemann pozostał ministrem spraw zagranicznych Republiki Weimarskiej i wkrótce okazało się, że w owym czasie było to najważniejsze w Niemczech stanowisko. Powstała przyjaźń pomiędzy Niemcami a Francją, poprzez przyjaźń Stresemanna z Briandem, który dopomógł mu w jego polityce umiaru. Wejście Niemiec do Ligi Narodów i opuszczenie przez Francuzów Nadrenii — oto największe sukcesy polityki Stresemanna. Nagła śmierć ode brała narodowi niemieckiemu tego jedynego od czasu Bismarcka ministra spraw zagranicznych, który posiadał szeroki program polityki zagranicznej. Po śmierci Stresemanna polityka Niemiec rozwinęła się w przeciw nym kierunku.”
Tyle „Allgemeine Zeitung”. Teraz przypomnijmy fakty. Polityka Stresemanna opierała się na łudzeniu Brianda w tym samym stopniu przyjaźnią niemiecką cc polityka Ribbentropa w stosunku do Lavala i Daladiera. Podstawą polityki Stresemanna było kłamstwo o krzywdzie wersalskiej, wyrażające się w „niedoli” mniejszości niemieckich „odciętych od Rzeszy”. Wejście Niemców do Ligi Narodów zaznaczyło się w latach 1923/25 „widowiska mi mniejszościowymi”, w których Niemcy występowały przed Ligą Narodów w roli oskarżycieli Polski, Czechosłowacji i Litwy. Himmlerowskich „volksdeutschów” stworzył Stresemann. Nastroje antypolskie i antyczeskie wychowały za Stresemanna całe pokolenie hitlerowców. Polityka Stresemanna była klasycznie niemiecka. Wobec klauzul wersalskich propagowała liberalizm na zewnątrz, starając się uzyskać liberalne traktowanie Niemiec przez mocodawców traktatu wersalskiego, oraz nacjonalizm na wewnątrz, przygotowujący Niemców do rozprawy z Polską i Czechosłowacją.
Na kim opierał się Stresemann? Na nacjonalistach wilhelmowskich, którzy ponieśli klęskę w r. 1918, uważa li jednak, że są niewinni i mają prawo odbudowywania potęgi nowej Rzeszy. Ci ludzie Hindenburga (Reichswehra), Hugenberga, Thyssena (wielki przemysł), Papena (arystokracja Ilerrenclubu) umożliwili Hitlerowi dojście do władzy i stanowili do Monachium {1938) zasłonę dymną hitleryzmu wobec świata.
Na kim teraz chcą się oprzeć demokratyczne Niemcy? Znów na ludziach klęski. A więc na tych, którzy przegrali I wojnę światową, i na tych, którzy zjednoczyli naród niemiecki w r. 1933 i ponieśli klęskę 12 lat później. Historia partii hitlerowskiej jest bardzo pouczająca. Okazuje się bowiem, że Niemcy są mistrzami w dostosowywaniu się do nowych form przy zachowaniu starej treści.
Partia nacjonalsocjalistyczna zawdzięczała swój roz wój dwom okresom 1930/32 i 1937/39. Okres pierwszy bezrobocia i kryzysu przygnał do partii Hitlera setki ty sięcy straceńców, „Habenichts”, ludzi, dla których zwycięstwo Fiihrera oznaczało pełny żołądek i koniec biedy. Ostrość walki o władzę nie uszlachetniła tych ludzi, sukces zaś utwierdził ich w przekonaniu, że metody bojówek SA i SS są najlepszą gwarancją panowania nad własnym na rodem i nad światem. Ten typ „towarzysza partyjnego”, który szczycił się, że był „starym bojownikiem”, nie wy magał specjalnego wyszkolenia partyjnego. To on swoją „bojową” postawą stwarzał szkołę partyjną. W chwili, gdy Hitler dochodził do władzy, partia osiągała właśnie liczbę trzech milionów członków.
Trzy miliony wystarczyło, aby 70-milionowy naród uchwycić tak, by już się nie sprzeciwił totalizmowi, 5%! Słownie: pięć procent!
Po dojściu do władzy NSDAP wstrzymała przyjmowanie nowych członków. „Na krótko przed wstrzymaniem przyjmowania nowych członków napłynęło do kierownictwa partii tyle wniosków (daleko ponad milion!), że ich rozpatrzenie będzie wymagać kilku miesięcy.” („Berliner Morgenpost” z dn. 7.6.1933!). Przeprowadzono w partii czystkę, która trwała do końca 1934 roku, pamiętnego z puczu Rohma. Rewolucyjnych eks-bezrobotnych zdyscyplinowano, założono szkoły i kursy partyjne, rozbudowywano jednocześnie partię, tak by mogła wchłoną; cały aparat państwowy. W końcu 1934 roku Hitler mógł oświadczyć: partia i państwo to to samo. Jedyny wyjątek w pierwszych dwóch latach rządów Hitlera w przyjmowaniu towarzyszy partyjnych stanowiło wchłanianie członków rozwiązanych organizacji nacjonalistycznych zarówno partyjnych jak paramilitarnych. Dla tych właśnie nowych członków stworzono kursy partyjne.
W latach 1935/37 partia rozpoczęła wchłanianie urzędników administracji państwowej, którzy lojalnością swoją, a przede wszystkim usłużnością i denuncjowaniem nieprawomyślnych kolegów wykazali, że są godni być „Pg (Parteigenosse). Poza tym zaczęto przyjmować masowo przedstawicieli sfer gospodarczych, wietrzących duże zyski z przyszłej wojny, i stąd „heilhitlerujących” manifestacyjnie. Ten okres rozrostu partii nazwać można „elitarnym”. Przyjmowano jednostki, zajmujące w życiu państwowym, zarówno gospodarczym jak kulturalnym, stanowiska przodujące. Wtedy to ludzie Hindenburga, Hugenberga i Papena weszli prawie w całości do partii, W tych latach nastąpił też po raz pierwszy dopływ elity di. Hitlerjugend i Rund Deutscher Madei.
Lata 1937/39, lata największej prosperity niemieckiej i sukcesów polityki zagranicznej Hitlera, wykorzystała partia do dalszego zwiększenia ilości swych członków, tym razem zezwalając już na napływ masowy. Lata wojny były tego masowego napływu zakończeniem.
W roku 1937 partia była zorganizowana doskonale. Szczyty powiązane były z dołem mechanizmem precyzyjnym i niezawodnym. Każdy „Pg.” był w codziennym kontakcie ze swą partią, prowadził rozmowy takie, jakich praca propagandowa wymagała, czytał to, co mu kazano, myślał tak, jak go nauczono myśleć w danym dniu. Człowiek ze swastyką w klapie obnosił swoją godność, każdy sukces Hitlera uważając za swój własny i żył jak w transie. Ze zbiórki — na obchód, z obchodu — na kurs, z kursu — na zebranie, gdzie zachłystywano się miłością do mądrego Adolfa i nienawiścią do Żydów, a potem do Czechów, Polaków, Francuzów itd. itd.
W dniu 8 maja 1945 r., kiedy NSDAP przestała istnieć, rejestr partyjny zawierał dwanaście milionów nazwisk. To znaczy cztery razy tyle, ile było zapisanych w partii w styczniu 1933 r., a nie omylimy się, jeśli powiemy, że dwa razy tyle, ile było w r. 1937.
Statystycy obliczają, że na obszarze obecnej Rzeszy żyje swobodnie na 70 milionów ludności około 8 milionów „Pg.” Pozostałe cztery przypadają na poległych, zaginionych, żyjących w obozach lub poza granicami obecnej Rzeszy. Te 8 milionów hitlerowców niewątpliwych stanowi kardynalny problem demokratyzujących się Niemiec. Co uczynić z nimi?
Alianci zarządzili denazifikację, to jest usunięcie „Pg.” ze stanowisk przodujących zezwalając im jedynie na pracę zarobkową, płatną w wysokości najniższej płacy robotnika fizycznego.
Natomiast partie demokratyczne, antyfaszystowskie zażądały rehabilitowania hitlerowców i dopuszczenia ich do dzieła budowy niemieckiej demokracji. Domagają się tego niewątpliwi antyfaszyści, którzy w wielu wypadkach panowanie NSDAP pamiętają z więzień i obozów koncentracyjnych.
Cóż za dziwna wspaniałomyślność?
Zagadka przestaje być niezrozumiałą, jeśli przypomnimy sobie, kogo NSDAP przyjęła na członków w latacłi swego rozwoju. Istotą totalizmu nacjonal-socjalistycznego była zasada przywództwa. Ktokolwiek wybijał się ponad przeciętność masy, ten miał dane do przewodzenia drugim, oczywiście, o ile był w partii, która rządziła narodem i państwem. „Starzy bojowcy” po latach biedy i rozgoryczenia, gdy nasycili się zemstą, podjedli dobrze i urządzili się wygodnie, przestali być „rewolucjonistami”. Chętnie też przyjęli do swego grona całą prawie elitę narodu niemieckiego, aby później zezwolić na masowy napływ tych wszystkich, którzy wykazywali energię większą niż przeciętna potulnej masy narodu niemieckiego. Nastąpiło nieomal totalne wchłonięcie i sprusaczenie aktywu niemieckiego przez NSDAP.
Budowniczy nowych Niemiec, mających w przyszłości wejść do rodziny demokratycznych narodów, stanęli przed pustką. Tych demokratów niemieckich prawdziwych, którzy przetrwali hitleryzm, jest dziś w Rzeszy nie więcej niż kilkadziesiąt tysięcy, a i z tego większość to ludzie starzy, którzy pamiętają doskonale przeszłość, lecz nie rozumieją teraźniejszości. Reszta zaś narodu to glina, udeptana przez hitleryzm, klepisko, na którym każdy wy- młóci swoją słomę. Aktyw narodu przez proces denazifikacji znalazł się poza nawiasem życia politycznego Niemiec. Ta prawda tłumaczy całą suchotniczość dotychczasowego życia partyjno-politycznego demokratycznej Rzeszy i dążenie nowych partii do uzyskania zezwolenia na przyjmowanie na członków byłych „Pg.”.
Oczywiście o tej słabości wewnętrznej żaden z przywódców nowych partii nie mówi, Dyskusja toczy się o „małych Pg.”, zwanych też „nominalnymi Pg.”, a więc takimi, którzy „poza zapisaniem się do NSDAP nic w życiu złego nikomu nie zrobili”.
Pierwszym wyłomem w totalnym potępieniu hitlerowców z NSDAP było dopuszczenie przez władze amerykańskie w wyborach w Bawarii tych „Pg.” do prawa głosowania, którzy wstąpili do partii po roku 1937, a więc 50°/o dawnych hitlerowców.
W listopadzie 1945 roku cztery partie demokratyczne Niemiec powzięły następującą uchwałę:

„Nie osłabiając odpowiedzialności wszystkich pozostałych członków NSDAP uważamy, że ci, którzy nie byli aktywnymi nazistami ani zbrodniarzami, winni być zwolnieni od kary i powinni zerwawszy ze swą polityczną przeszłością wszystkimi swymi siłami pomagać w odbudowie naszego kraju.”

W lutym 1946 sędziwy przywódca Komunistycznej Partii Niemiec, Wilhelm Pieck, oświadczył w berlińskim radio w imieniu demokratycznych partii niemieckich:

„Uważamy, że tak zwanym „małym nazim” winna być dana możliwość wzięcia udziału w walce frontowej antyfaszystowsko-demokratycznych sił, aby w ten sposób mogli uwolnić się od hańby członkostwa NSDAP i aby mogli zdobyć na nowo zaufanie wśród „antyfaszystów”.

„Der Tagesspiegel”, dziennik strefy amerykańskiej, pisał na ten sam temat:

„Konieczne jest powzięcie decyzji w sprawie „Pg.”, inaczej istnieje niebezpieczeństwo, że łatwo stworzy się nowych męczenników, albo blok ludzi odseparowanych od społeczności.”

„Berliner Zeitung”, dziennik strefy rosyjskiej, uważał, że:

„Pg. musi wiedzieć, iż po okresie próby odzyska pełne prawa, że o nim decyduje przede wszystkim jego obecna postawa”. A dalej omówiwszy metody selekcji „BZ” pisał: „W ten sposób mają być zasadniczo dla „nieaktywnego Pg.” otwarte wszystkie pola pracy, za wyjątkiem na razie funkcji politycznych.”

Artykuł kończył się szlachetnym stwierdzeniem:

„Tak plewy rozdzielimy od ziarna. Kto zawiedzie w teraźniejszości tak, jak zawiódł w przeszłości, ten słusznie zostanie wykluczony z niemieckiej demokracji. Elementy natomiast zdolne do rozwoju, w istocie swej zdrowe, będą pełnowartościowymi obywatelami nowych Niemiec.”

Tak więc w rok po upadku hitleryzmu zaobserwowaliśmy ciekawy eksperyment przerobienia hitlerowców na demokratów. Gdyby to się udało, byłby to największy triumf wyznawców idei demokratycznej, że ludzi można na ludzi wychować. Próbował tego już raz Stresemann i wychował… Hitlera.
Znając Niemcy wiemy, że jest to tragiczny naród, który nie mając nigdy tego pod dostatkiem, o czym marzył, zawsze musiał szukać sposobów fabrykowania namiastki. Ersatz demokracji z hitlerowców, to już najtragiczniejsza klęska niemieckiego przemysłu politycznego. Chwilowo polityczny przemysł niemiecki jest pod kontrolą świata. Dobrze jest jednak zapamiętać sobie rodzaj materiału, z jakiego budują się demokratyczne Niemcy. Po latach, gdy brunatna cegła pokryta będzie różnokolorowym tynkiem, ludzie nie pamiętający początków IV Rzeszy łudzić się będą, jak przy Stresemannie, że oto zrodziły się nowe Niemcy, które można zaprosić do Genewy,
San Francisco czy Londynu i zdziwieni będą, gdy po kilkunastu latach Niemcy zaproszą paru naiwnych premierów do Monachium.
Niemieckie partie demokratyczne otwierają swe podwoje dla hitlerowców, bez których pozostałyby słabe. Oto najfantastyczniejsze zwycięstwo Hitlera za grobem.
Jak głębokie jest zhitleryzowanie narodu niemieckiego, świadczy list wystosowany przez Radę Kościoła Ewangelickiego w Niemczech do władz amerykańskich, list podpisany przez samego pastora Martina Niemollera.
Oto amerykańskie władze okupacyjne wydały „ustawę o uwolnieniu Niemiec od nacjonal-socjalizmu i militaryzmu” oświadczając na wstępie:

„Wszyscy ci, którzy aktywnie wspomagali nacjonal- socjalistyczną władzę przemocy, lub ci, którzy ponoszą odpowiedzialność za przestępstwa wobec sprawiedliwości i ludzkości, lub ci, którzy ciągnęli korzyści z wytworzonego stanu rzeczy, zostaną usunięci od wpływu na życie publiczne, gospodarcze i kulturalne i zobowiązani do naprawienia wyrządzonych szkód.”

A oto co pisze Niemoller w imieniu Rady Kościoła Ewangelickiego:

„Pierwsze wrażenie, jakie wywarła ustawa, jest wstrząsające, ponieważ nikt z członków Rady nie może oprzeć się przeświadczeniu, że właściwie uniemożliwione zostaje tym samym rozpoczęte dopiero dzieło duchowego odrodzenia narodu niemieckiego w sensie porozumienia i uspokojenia. Nastrój, który wywoła ustawa, zaciąży bardzo silnie, jeśli w ogóle nie zniszczy istniejącej obecnie gotowości do rozpoczęcia nowego życia. Wielka część ludności — mówi się o 20 milionach — zostanie uderzona tą ustawą, która otwiera bramę najniższym instynktom zazdrości i nienawiści. Nastąpi zalegalizowane prześladowanie określonego światopoglądu w tak wielkich rozmiarach, jakich nawet pod rządami nazistów nigdy nie było. Należy obawiać się, że na skutek tej ustawy, która rzekomo ma nas „uwolnić od nacjonal socjalizmu i militaryzmu”, zrodzi się niesłychana reakcja w sensie nazistowskim i militarystycznym.”

Nie jest ważne dla nas, że dowódca amerykański w Niemczech ostro potępił stanowisko Rady Kościoła Ewangelickiego w Niemczech i protest odrzucił, ważne ¡jest natomiast, że pastor Niemoller, człowiek, który 10 lat przebył w obozach koncentracyjnych, który pierwszy złożył publiczne przyznanie się Niemiec do winy, łudzi się, że potrafi hitlerowców przerobić na demokratów i w imię chrześcijańskiej humanitarności protestuje — cóż za potworne rzucanie Chlebem w niedawno kamienujących — przeciwko

„zalegalizowanemu prześladowaniu określonego światopoglądu w tak wielkich rozmiarach, jakich nawet pod rządami nazistów nie było”.

Kościół ewangelicki tak jak partie uschnie, jeśli nie zdobędzie rządu dusz nad aktywem narodu niemieckie go. Aktyw ten był w partii hitlerowskiej. Ustawy denazifikacyjne nie dopuszczają aktywu hitlerowskiego do aktywności publicznej ani w nowych partiach, ani w Kościele. Przywódcy polityczni, religijni, kulturalni nowych Niemiec załamują ręce i protestują. Bez hitlerowców nie zbudują nowych Niemiec!
„Hier stehe ich und kann nicht anders.” (Tu stoję i nie mogę inaczej). Te słowa Lutra oddają w pełni rozterkę duchową nowych Niemiec.
Nie mogą inaczej. Muszą budować na hitlerowcach. W proteście przeciwko władzom okupacyjnym Niemiec, żądającym denazifikacji, jednoczą się Niemcy ongi prześladowani z Niemcami ongi prześladującymi, przebaczają sobie winę i scalają się w nową pruską nację.
Czy jest to jakaś siła fatalna narodu niemieckiego, że wciąż musi budować na ludziach gwałtu i klęski, czy jest to ślepota przywódców, trudno powiedzieć. Dla nas ważny jest tylko fakt, że tak jak za czasów Stresemanna budowano Republikę Weimarską na nacjonalistach Bismarcka i zbudowano III Rzeszę, tak dziś buduje się IV Rzeszę na nacjonal-socjalistach Hitlera i Himmlera. Musimy zważać, aby z IV Rzeszy nie wyrosła Rzesza V znów oparta na przemocy i gwałcie.