Posts Tagged ‘Wiedza’

Szkoła bez lęku – Marian Mazur

 

Źródło: http://autonom.edu.pl

Mazur Marian, 1966, Szkoła bez lęku. Argumenty, nr 42 (436), rok X, 16 października, Warszawa, s. 5 i 10. Z cyklu „O szkole cybernetycznie”.
Zeskanował i opracował Mirosław Rusek mirrusek@poczta.onet.pl

Na sali sądowej znajdowali się sami oskarżeni – obecność publiczności nie była przewidziana. W pewnej chwili wszedł do sali nobliwie wyglądający pan i powiedział do oskarżonych: Jestem waszym adwokatem. Przyznajcie mi się szczerze do wszystkiego, gdyż tylko wtedy będę mógł wam pomóc. Po wysłuchaniu zwierzeń oskarżonych powiedział: Przestałem być waszym adwokatem, staję się zaś waszym prokuratorem. Po przesłuchaniu oskarżonych i sporządzeniu aktu oskarżenia odezwał się jeszcze raz: A teraz jestem waszym sędzią i wydam sprawiedliwy wyrok.
Takiej parodii sądownictwa nie ma w żadnym sądzie. Ale coś w tym rodzaju odbywa się codziennie we wszystkich szkołach. Najpierw nauczyciel–adwokat spieszy uczniom z pomocą objaśniając im nową lekcję, a nawet dopytuje się, czy może ktoś czegoś nie zrozumiał; gdy się tacy znajdą, udziela im wyjaśnień. Nazajutrz ta sama osoba, ale już jako nauczyciel–prokurator, zadaje uczniom wnikliwe pytania zmierzające do zdemaskowania ich niewiedzy, po czym, jako nauczyciel–sędzia, stawia stopień.
Niektórzy młodzi uczniowie, a więc jeszcze naiwni, dają się nabierać na nauczyciela–adwokata i przyznają się, że nie wszystko zrozumieli (zdarza się to na lekcjach fizyki lub matematyki). Nauczyciel powtarza objaśnienia, po czym już tylko do „wychylających się” zwraca się z zapytaniem, czy teraz wszystko jest dla nich jasne. Przeważnie nie jest jasne, bo za drugim razem nauczyciel nie powiedział nic innego niż za pierwszym, ale nie rozumiejący uczniowie tracą ochotę do szczerości, aby nie zarobić sobie na opinię tępaków. Co nie przeszkadza, że następnego dnia nauczyciel-prokurator ich przede wszystkim wyrwie do odpowiedzi.
Drugą nauczkę naiwny uczeń dostaje, gdy spróbuje dać do zrozumienia, że ocena otrzymana od nauczyciela-sędziego wydaje mu się niesprawiedliwa. Szybko będzie mógł się przekonać, że nie ma do czynienia z osobą nieomylną.
Rzecz jasna, uczeń to nie oskarżony, niemniej we wskazanej przeze mnie „trójosobowej” roli nauczyciela wobec ucznia tkwi pewien element, z którego nauczyciele nie zdają sobie sprawy.
Postaram się to objaśnić odwołując się do Pawłowa. Powszechnie znane są eksperymenty, w których Pawłow wywoływał u psów skojarzenia widoku mięsa z dźwiękiem dzwonka. W wyniku wytworzonego w ten sposób odruchu warunkowego sam dźwięk dzwonka wystarczał, żeby pies zaczął przejawiać apetyt na mięso. Natomiast mało kto wie o następującym eksperymencie. Pawłow sporządził dwie plansze, z których jedna przedstawiała koło, druga zaś elipsę i nauczył psa, że gdy widać elipsę, to zaraz będzie mięso, a gdy koło, to o mięsie mowy nie ma. W tym stanie rzeczy Pawłow zaczął stopniowo pokazywać psu plansze z coraz szerszymi elipsami. Początkowo pies uważał, że elipsa wąska czy nieco szersza to zawsze przecież elipsa, czyli zapowiedź mięsa. W końcu jednak elipsa stała się tak szeroka, że pies stracił orientację, czy to, co mu się pokazuje, jest elipsą czy kołem, a więc czy ma się nastawiać na otrzymanie mięsa czy nie. Wynikiem eksperymentu było silne rozdrażnienie psa.
Uczeń w szkole znajduje się właśnie w roli takiego psa. W pewnym okresie zaczyna on tracić orientację, czy nauczyciel jest jego sprzymierzeńcem, któremu można się zwierzać, czy też przeciwnikiem, którego należy się strzec. Szereg przykrych doświadczeń skłania go wreszcie do drugiego z tych przypuszczeń. Tu tkwi przyczyna znanego faktu, że z każdym rokiem przebywania ucznia w szkole nauczyciel traci jego sympatię (co prawda, po latach wspomina się z sentymentem szkołę i nawet najbardziej antypatycznych nauczycieli, ale jest to tylko sentyment dla własnej odległej już młodości i wszystkiego co się z nią wiązało). Utyskiwanie nauczycieli na trudności w zdobywaniu zaufania młodzieży wynikają z niezrozumienia, że chcąc to zaufanie zdobyć nie można być na przemian elipsą i kołem.
Nauczyciel-prokurator, a zarazem nauczyciel-sędzia, to człowiek budzący lęk i niechęć, a elementem utrzymującym te uczucia jest egzaminowanie w najszerszym tego słowa znaczeniu (odpowiedzi ustne, wypracowania domowe i klasowe, egzaminy końcowe).
Egzaminowanie jest czynnością nauczycieli od tak dawna zakorzenioną, że w końcu wszyscy przywykli do niej jak do czegoś nieuchronnego i oczywistego. Rozlegające się nieraz głosy krytyki nie dotyczą egzaminowania w ogóle, lecz co najwyżej jednej z jego postaci (potocznie zwanej właśnie „egzaminem”), przy czym najczęściej chodzi o egzaminy maturalne, ale i w tym przypadku nie sięga się istoty sprawy lecz okoliczności drugorzędnych, jak np. zakres egzaminu, sposób jego przeprowadzania (pisemny czy ustny) itp.
Dopiero cybernetyka postawiła całe zagadnienie w zupełnie nowym świetle oraz znalazła środki jego rozwiązania. Zanim przejdę do ich omówienia, chciałbym wymienić mankamenty tradycyjnego egzaminowania. Można tu wymienić co najmniej pięć zarzutów.
Po pierwsze, szkoła wymaga stale od ucznia natychmiastowej gotowości do poddania się egzaminowaniu. Gdy nauczyciel, wodząc wzrokiem po liście uczniów cedzi: a teraz… do tablicy… przyjdzie… cała klasa zamiera w oczekiwaniu, kto będzie następnym delikwentem. Gdy wreszcie padnie czyjeś nazwisko, reszta uczniów odpręża się z uczuciem ulgi. Również zadania klasowe są najczęściej urządzane znienacka. Dopiero egzamin maturalny ma przynajmniej tę kulturalną cechę, że jego termin jest zawczasu podawany do wiadomości zdających. Doprawdy, czyżby nikt we władzach szkolnych nie zdawał sobie sprawy, że utrzymywanie dzieci w ciągłym napięciu jest okrucieństwem? Niechby kto od dorosłych, w pracy zawodowej, zechciał wymagać w każdej chwili gotowości do natychmiastowego udzielenia żądanych informacji, i to bez możności posługiwania się dokumentami, notatkami i innymi środkami pomocniczymi… Szkoła spekuluje na nieświadomości młodzieży w tym względzie.
Po drugie, egzaminowanie odbywa się w sposób wyrywkowy, to znaczy, że o wiedzy ucznia nauczyciel wnioskuje na podstawie sprawdzenia jej niewielkiego fragmentu. Na zadanie wszystkich możliwych pytań nauczyciel nie ma czasu, a ponadto nie mógłby na tej samej lekcji zadać tych samych pytań innym uczniom, skoro słyszeli oni dopiero co odpowiedzi poprzednika. Oczywiście, pytanie pytaniu nierówne, toteż egzaminowanie wyrywkowe jest obarczone ryzykiem znacznego błędu. Wprawdzie w skali całego roku szkolnego wpływ przypadkowości maleje, ale nie zmienia to faktu, że dla ucznia egzaminowanie go przez nauczyciela ma posmak loterii. Szkoda wynika stąd taka, że uczeń, zamiast na zdobywanie wiedzy dla własnego dobra, nastawia się do zajęć szkolnych jak do gry, w której przeciwnikiem jest nauczyciel i z której trzeba wyjść obronną ręką.
Po trzecie, zakres podlegający egzaminowaniu nie jest dokładnie określony. W zasadzie od ucznia wymaga się znajomości informacji podanych w podręczniku, ale między tym co wchodzi a tym co nie wchodzi w ich zakres jest mglista strefa pograniczna, która dla egzaminowanego ucznia jest zawsze źródłem niepokoju i zdenerwowania. W dodatku większość nauczycieli lubuje się w zadawaniu pytań z tej właśnie strefy, jak gdyby w obawie, że zadawanie prostych pytań dotyczących głównych spraw przedmiotu nie przyczyni egzaminowanemu trudności i wobec tego mija się z celem egzaminowania.
Po czwarte, w szkole nie przyznaje się uczniom prawa do wielokrotnego odpowiadania z tego samego zestawu pytań. Jest w tym jakieś pomieszanie pojęć co do zadań szkoły. Przecież nie o to chodzi, żeby egzaminowanie traktować jako turniej, w którym uczeń ma coś do wygrania lub przegrania, lecz o doprowadzenie wiedzy ucznia do wymaganego stanu, przy czym jest obojętne, czy stwierdzenie tego stanu nastąpi za pierwszym czy np. za piątym razem. Jeżeli egzamin na samochodowe prawo jazdy lub egzamin pływacki można powtarzać wiele razy aż do skutku, to nie widać powodów, dlaczego takie samo traktowanie egzaminów miałoby być niemożliwe w szkole.
I wreszcie, po piąte, egzaminowanie w szkole jest głęboko niemoralne. Cóż bowiem jest przedmiotem egzaminowania? Rzecz jasna, wiedza egzaminowanego ucznia. Ale wiedza ta jest produktem dwóch czynników: starań nauczyciela i starań ucznia. A zatem odpowiedzialność za ujemny wynik egzaminu powinna obciążać zarówno nauczyciela jak i ucznia, a co najwyżej mogłaby być mowa o proporcjach rozdziału tej odpowiedzialności na każdego z nich w konkretnych przypadkach. Tymczasem traktuje się sprawę tak, jak gdyby tylko starania ucznia decydowały o jego wiedzy (przecież gdyby tak było naprawdę, to nauczyciele byliby niepotrzebni). Co więcej, w razie ujemnych wyników wspólnego trudu nauczyciela i ucznia konsekwencje w stosunku do jednego z tych wspólników wymierza drugi wspólnik!
Wszystkie te trudności cybernetyka rozwiązała przez wprowadzenie tzw. nauczania programowanego, opartego na posługiwaniu się maszynami uczącymi i maszynami egzaminującymi.
Na temat nauczania programowanego istnieje już dość obszerna literatura1). Zajmuje się ona rozmaitymi systemami nauczania programowanego, konstrukcją maszyn stosowanych do tego celu i relacjonowaniem przeprowadzonych eksperymentów, toteż ograniczę się tylko do omówienia wpływu, jaki ta metoda nauczania może wywrzeć na styl pracy w szkole.
Maszyna ucząca jest zaprogramowana w postaci dialogu między uczniem a maszyną. W dialogu tym uczeń otrzymuje od maszyny pewną ilość wiadomości, pytania sprawdzające opanowanie tych wiadomości przez ucznia, przy czym uczeń, odpowiadając na pytania, ma możność upewnienia się, czy jego odpowiedzi są trafne. W porównaniu z nauczycielem maszyny uczące mają wiele zalet. A więc program maszyny jest opracowany w sposób metodyczny, wnikliwy i staranny przez zespół autorów o najwyższych kwalifikacjach dydaktycznych. Dzięki temu program ten jest o wiele lepszy od toku lekcyjnego, jaki może zapewnić nauczyciel z reguły improwizujący, nieraz zmęczony, niewyspany, niezdrów, skłopotany sprawami osobistymi, niezdolny lub po prostu znudzony powtarzaniem tego samego kursu przez wiele lat.
Posługując się maszyną uczącą uczeń jest aktywny przez cały czas, natomiast na lekcji z nauczycielem jest przeważnie biernym słuchaczem.
Przy nauczaniu lekcyjnym tempo pracy wyznacza nauczyciel, przy czym jest ono dostosowane do uczniów o przeciętnych zdolnościach, toteż jest ono zbyt powolne dla uczniów zdolnych, a zbyt szybkie dla mniej zdolnych. Lekcja taka dla zdolnych uczniów staje się redundancją (powtarzaniem tych samych informacji) a dla mniej zdolnych szumem informacyjnym (informacjami niezrozumiałymi), wskutek czego jedni i drudzy zaczynają się nudzić i zabawiać czym innym, rozmawiać, zakłócać tok lekcji. Natomiast tempo pracy z maszyną uczącą wyznacza sam uczeń. Nikt go nie popędza, ani nie hamuje, opanowując szybko wiadomości zyskuje sporo wolnego czasu. Gdy ma trudności, może się zatrzymać nad nimi dłużej, nikomu tym nie przeszkadzając. Okoliczność, że przy pracy z maszyną uczeń jest stroną dyrygującą (a nie dyrygowaną jak na lekcji z nauczycielem) wyrabia w nim samodzielność, poczucie odpowiedzialności i umiejętność koncentrowania uwagi.
Maszyna ucząca jest cierpliwa – jej program może być powtarzany tyle razy, ile uczeń potrzebuje.
Maszyna ucząca nie objawia żadnych emocji, nie zżyma się gdy uczeń powoli pojmuje przekazywane mu wiadomości, nie irytuje się, dzięki czemu nauczanie przebiega w zupełnym spokoju. Również i uczeń nie ma tendencji do dąsania się, opryskliwości lub złośliwości, bo przecież nie znalazłoby to u maszyny żadnego odzewu. Oprócz maszyn uczących istnieją również maszyny egzaminujące, różniące się od maszyn uczących tym, że nie podają żadnych wiadomości, a zawierają tylko same pytania, z kontrolą trafności odpowiedzi. Zazwyczaj działanie ich polega na tym, że przy poszczególnych pytaniach uczeń otrzymuje kilka (np. pięć) propozycji odpowiedzi i ma spośród nich wskazać (przez naciśnięcie odpowiedniego przycisku) tę, którą uważa za trafną. W razie wskazania odpowiedzi błędnej musi wskazać inną odpowiedź itd., aż do skutku; bez dojścia do odpowiedzi trafnej blokada mechanizmu maszyny uniemożliwia uczniowi przejście do następnego pytania. Maszyna egzaminująca jest wyposażona w licznik zliczający wszystkie odpowiedzi (trafne i błędne) udzielone przez uczniów. Na przykład, jeżeli włożona do maszyny taśma zawiera sto pytań, to w wyniku egzaminowania ucznia, który na każde pytanie udzielił od razu trafnej odpowiedzi, licznik wskaże sto odpowiedzi. Na odwrót, jeżeli uczeń nie potrafił odpowiedzieć na żadne pytanie (tj. na każde z nich dał cztery błędne odpowiedzi, a więc pozostało mu tylko wskazać piątą, nareszcie trafną odpowiedź), to licznik wskaże pięćset odpowiedzi. Wskazania licznika zawierają się więc między tymi skrajnymi liczbami i stanowią zarazem ocenę wiadomości ucznia.
Maszyna egzaminująca pozwala sprawdzić, czy uczeń przyswoił sobie wszystkie wymagane wiadomości, w odróżnieniu od wyrywkowego ich sprawdzania przy egzaminowaniu przez nauczyciela. Dzięki temu unika się również przypadkowości w zadawaniu pytań oraz pretensji ucznia, że nauczyciel się do niego uprzedził i rozmyślnie zadał mu trudne pytania.
Wynik egzaminu jest określony przez licznik maszyny za pomocą dokładnej liczby i w ten sposób obiektywny. Odpadają tu pretensje ucznia, że nauczyciel dał mu ocenę „niesprawiedliwą”.
Za pomocą maszyny egzaminującej uczeń może wstępnie sprawdzić stan swojego przygotowania do egzaminu i powtarzać to sprawdzanie tyle razy, aż zdoła na każde pytanie dać od razu trafną odpowiedź.
Stosując maszyny egzaminujące można zrealizować postulat, żeby uczeń trwale zapamiętał wymagane wiadomości, np. stawiając warunek, żeby w określonym odstępie czasu uczeń co najmniej dwukrotnie dał na wszystkie pytania od razu trafne odpowiedzi.
Egzaminowanie ucznia przez maszynę może się odbywać w dowolnych terminach. Po prostu, egzamin należy uznać za zdany wtedy, gdy uczeń spełni wymagania. Wystarczy przy tym wyznaczyć graniczny termin, do którego ma to nastąpić. Natomiast okoliczność, po ilu próbach egzaminacyjnych uczeń osiągnął pomyślny wynik, jest bez znaczenia, nie ma więc podstaw do żądania, żeby stwierdzenie tego stanu nastąpiło akurat w jakimś narzuconym uczniowi dniu. Rzecz jasna, przy zastosowaniu maszyn egzaminujących zbędne staje się przepytywanie uczniów. Trud nauczyciela sprowadza się do zakładania taśm z pytaniami do maszyny egzaminującej i do odczytywania końcowych wskazań licznika.
Maszyny egzaminujące umożliwią ilościowe ujęcie informacji wymaganych od ucznia w poszczególnych przedmiotach i odpowiednie skorygowanie ich zakresu. Ponadto dzięki maszynom egzaminującym można będzie zebrać obszerny materiał statystyczny dotyczący tempa zapamiętywania i zapominania informacji przez uczniów w zależności od ujęcia programu, przygotowania ucznia itp., co z kolei posłuży do ulepszania programów.
Jasne jest, że przy zastosowaniu nauczania programowanego nauczycielowi pozostałaby tylko rola adwokata: pomaganie uczniom przez objaśnianie im trudnych miejsc w programie maszyny uczącej (gdyby okazał się on niezupełnie przyswajalny dla niektórych uczniów), uzupełnianie wiadomości nie objętych programem (uczniom przejawiającym zainteresowanie szersze niż zakres wymagany), udzielanie rad na temat techniki skutecznego uczenia się z maszyną uczącą, organizowania sobie pracy itp. W tym stanie rzeczy uczeń nie mógłby już grać roli cierpiętnika robiącego nauczycielowi łaskę odrabianiem zadań, lecz musiałby zabiegać o pomoc nauczyciela, aby sobie ułatwić i skrócić pracę z maszyną. Stosunki między nauczycielem a uczniem stałyby się jednoznaczne i oparte na wzajemnej życzliwości. Rolę nauczyciela-prokuratora (egzaminowanie) i nauczyciela-sędziego (wystawianie ocen) przejęłaby maszyna egzaminująca.
Zniknęłoby zaskakiwanie ucznia wypytywaniem i utrzymywanie go w ciągłej gotowości do odpowiadania, ponieważ stawianie pytań przez maszynę byłoby uzależnione od inicjatywy ucznia i nie pociągałoby dla niego żadnych skutków o charakterze dyskwalifikacyjnym, jako że technika nauczania programowanego polega właśnie na zadawaniu pytań i powtarzaniu ich tak długo, aż uczeń opanuje wymagane wiadomości.
Egzaminowanie straciłoby charakter wyrywkowy, ponieważ w nauczaniu programowanym uczeń musi umieć wszystko przewidziane programem, tj. odpowiedzieć na wszystkie zawarte w nim pytania. Eliminuje to czynnik przypadkowości, a spryt ucznia w dążeniu do wykpiwania się od pracy czyni bezużytecznym.
Również zakres egzekwowanych wiadomości byłby jasno określony. Wszystkie pytania byłyby uczniowi znane, z gwarancją, że maszyna egzaminująca nie zada ani jednego pytania więcej, niż to zostało przewidziane.
Uległaby też zatarciu różnica między przygotowywaniem się do egzaminu a samym egzaminem. Z kilku powtórek dialogu między uczniem a maszyną rolę egzaminu spełniałaby ostatnia powtórka, przy której uczeń odpowiedział trafnie na wszystkie pytania. I wreszcie zniknęłaby wspomniana powyżej niemoralność egzaminowania polegająca na tym, że za przedmiot oceny uważa się rzekomo wynik pracy ucznia, choć w rzeczywistości jest to wspólny wynik pracy ucznia i nauczyciela, przy czym oceniającym jest nauczyciel, a więc współwinowajca (w razie wyniku ujemnego).
Przy nauczaniu programowanym nauczyciel ani nie jest współtwórcą wyników pracy ucznia ani ich nie ocenia. Wprawdzie są to wyniki współpracy ucznia i maszyny, ale maszyna jako obiekt dokładnie jednakowy dla wszystkich uczniów i bezemocjonalny nie może być przyczyną różnic między wynikami pracy różnych uczniów. Poza tym maszyna pozostaje całkowicie do dyspozycji ucznia, więc tylko od niego samego zależy, co z jego współpracy z maszyną wyniknie. Jak wiadomo, sprzężenie zwrotne polega na tym, że nie tylko przyczyna oddziałuje na skutek, lecz i skutek oddziałuje na przyczynę, w wyniku czego przyczyna staje się swoim własnym skutkiem. Zachodzi to właśnie między uczniem a maszyną uczącą. W rzeczywistości więc nauczanie programowane sprowadza się do tego, że to sam uczeń, za pomocą maszyny, zadaje sobie pytania, sam na nie odpowiada, a przez to sam determinuje ocenę wskazaną przez licznik.
Wprowadzenie nauczania programowanego w pełnym zakresie oznaczałoby zmierzch egzaminów maturalnych, a w konsekwencji likwidację wszystkich toczących się o nie sporów, na wyrywkowe bowiem egzaminy nie ma w nauczaniu programowanym miejsca.
Taka metoda nauczania spowodowałaby też głębokie przemiany strukturalne szkoły. Tak na przykład, bezprzedmiotowe stałoby się tradycyjne pojecie lekcji. Przestałyby też istnieć klasy szkolne, a wraz z nimi straciłoby również sens przechodzenie z klasy do klasy, bądź pozostawanie na drugi rok w tej samej klasie.
Zamiast tego byłyby sale maszyn, a obowiązkiem ucznia, zamiast odsiadywania 45–minutowych lekcji, byłoby opanowywanie wyznaczonych dawek wiedzy. Po wcześniejszym wykonaniu tego zadania uczeń mógłby zabrać się do następnych tematów i w końcowym rezultacie skrócić sobie pobyt w szkole o rok czy dwa.
W praktyce przeprowadza się już eksperymenty z nauczaniem programowanym, ale przypominają one pierwsze samochody, w których konie zastąpiono silnikami, ale pozostawiono kształt bryczki. Eksperymenty te traktuje się tak, jak gdyby nic poza tym w szkole nie miało się zmienić. Tymczasem nauczaniu programowanemu musi towarzyszyć zmiana całego systemu szkolnego.
Między innymi zasługuje tu na poruszenie okoliczność, że nauczyciele nie odróżniają wiadomości od poglądów2) i dlatego nie rozumieją, że trzeba uczyć wiadomości, ale nie można „uczyć” poglądów; poglądy można jedynie dyskutować. Jeżeli nauczyciel uczy, że bitwa pod Waterloo została stoczona w 1816 roku, to wszystko w porządku. Natomiast nonsensem jest, gdy „uczy” on, jakie były przyczyny, że Napoleon tę bitwę przegrał. Na tę sprawę można mieć różne poglądy, przy czym nikt nie zdoła dowieść, że jego pogląd jest rozstrzygający. Można co najwyżej wymienić sporo faktów (a więc wiadomości), jak np. odsiecz Blüchera, spóźnienie się Grouchy, kiepskie zdrowie Napoleona, wyczerpanie Francji itd., ale niepodobna stwierdzić, jaki byłby wynik bitwy, gdyby któryś z tych faktów nie zaszedł.

Przy nauczaniu programowanym musiałoby nastąpić ścisłe oddzielenie wiadomości od poglądów. Przedmiotem pracy ucznia z maszyną uczącą mogą być wyłącznie wiadomości. Poglądów uczeń nie może się „nauczyć” ani od maszyny ani od nauczyciela. Nie mogą one stanowić przedmiotu nauczania, zwłaszcza ze stawianiem stopni za „nauczenie się” poglądów nakazanych. Poglądy może sobie uczeń tylko wyrabiać. Do tego celu powinny być organizowane w szkole dyskusje równolegle towarzyszące nabywaniu wiadomości za pomocą maszyn. Dyskusje takie stanowiłyby doniosły czynnik intelektualnego rozwoju ucznia, i w tym dopiero nauczyciel miałby do odegrania właściwą rolę. Maszyna nie ma wyrugować nauczyciela, lecz uwolnić go od najbardziej jałowej części jego pracy.
Jeżeli uda się do tego doprowadzić, będzie to niezmierną zasługą cybernetyki.

 


 

 

Fragment książki Mariana Mazura – Cybernetyka i charakter

Dziecko jako egzodynamik, potrzebuje doznawania mnóstwa bodźców wnoszących informacje o rzeczywistym świecie, aby na podstawie ich skojarzeń tworzyć w wyobraźni własny świat urojony.
Tymczasem traktowanie dzieci jest zupełnym tego przeciwieństwem. Zamiast dostarczać dzieciom informacji o rzeczywistości opowiada się im bajki. Zamiast pozostawiać dzieciom swobodę fantazjowania ładuje się w nie rzekomo „fantastyczne” i rzekomo „artystyczne” elaboraty bajkopisów. Już dawno „pisarze” nie mający nic do powiedzenia w literaturze z prawdziwego zdarzenia zrobili sobie zajęcie zarobkowe z produkowania „literatury dla dzieci”, a ostatnio powstał cały przemysł wydawniczy i filmowy do zaśmiecania dziecięcej wyobraźni.
Stworzono fikcyjny świat zaludniony wiedźmami, czarnoksiężnikami i krasnoludkami oraz załgany świat zwierząt, w którym nie istnieje walka o byt, jest natomiast wystawianie cenzurek: „zły wilk”, „chytry lis”, „pracowita mrówka”, „lekkomyślny konik polny” – chociaż wilk pożerający zająca nie jest bardziej „zły” niż zając pożerający trawę, a koniki polne utrzymują się w przyrodzie nie gorzej niż mrówki. Czworonożne zwierzaki w dziecięcych ubrankach chodzą na dwóch nogach, wiosłują na łodziach, jeżdżą samochodami, strzelają z pistoletów.
Ale to jeszcze nic w porównaniu z tym, co się w tym fikcyjnym świecie wyprawia z prawami fizyki. Nie obowiązuje w nim prawo ciążenia ani prawo zachowania energii, ani żadne inne. Dzieci przedstawiane w filmach dla dzieci spadają z wysokich skał, po czym biegną dalej, jak gdyby nic się nie stało. Wpadają do rzeki i nie toną. Przygniecione wielkimi głazami wypełzają spod nich bez trudności. Rozbijają pędzący samochód o drzewo bez żadnej dla siebie szkody itd. Niebezpieczeństwo okazuje się tylko zabawne.
To usypianie czujności dzieci staję się źródłem nieszczęść, rodząc beztroskę w zabawianiu się zapałkami, manipulowaniu niewypałami, wychylaniu się z okna, przebieganiu przez jezdnię, czepianiu się tramwajów itp.Jest ono źródłem bezradności dzieci w takich sytuacjach, jak np. gdy dziecko zabłądzi na ulicy, gdy ktoś obcy zwabia dziecko do siebie, gdy dziecko się skaleczy albo oparzy, gdy zapaliła się firanka, gdy domownik zasłabł lub stracił przytomność itd. Zamiast o tym, jak i kiedy zaalarmować sąsiadów, policję, pogotowie ratunkowe, straż pożarną, dziecko jest wyposażone w informacje o chatce z pierników, w której Małgosia ocaliła Jasia przed upieczeniem przez czarownicę.
Na listę absurdów należy też wpisać sposób mówienia do dzieci. Filmowe pieski mówią szczekliwie, z ludzka po psiemu. Ptaki mówią w sposób, o którym nie wiadomo, czy to szczebiot ptasi imitowany przez dzieci, czy szczebiot dziecięcy imitowany przez ptaki. Najwidoczniej bajkopisy sądzą, że mówiąc do dzieci trzeba naśladować ich naiwnie brzmiące głosy i słowa, a postacie na filmach kreskowych i na książkowych ilustracjach rysować w sposób naśladujący nieporadność rysunków dziecięcych. Czy bajkopisy zaczęliby sztucznie jąkać się rozmawiając z jąkałą? Albo robić błędy ortograficzne pisząc list do człowieka niewykształconego?
W pewnym serialu filmowym dla dzieci kreskowy puchacz pełniący rolę konferansjera kłapał dziobem recytując: „gazetki leśnej numer mam”. Dlaczego puchacz, a nie człowiek, dorosły i mówiący bez kłapania? Dlaczego „gazetki leśnej”, a nie aktualnego dziennika? Czy tym, co dzieci najbardziej interesuje, jest fałszywy las z fałszywym puchaczem i z fałszywą mową? Dopiero gdy dziecko stłucze lustro lub zegarek, wtedy u dorosłych koniec z językowym mizdrzeniem się do dzieci, zaczynają do nich mówić normalnie i już na temat realiów. Wywołuje to u dzieci awersję do dorosłych mówiących językiem normalnym, bo to zawsze oznacza, że nastąpią przykrości.
Czym się dzieci naprawdę interesują, można było zobaczyć na dokumentalnym filmie krótkometrażowym o objazdowym nauczycielu wtajemniczającym kilkuletnie dzieci w rozkosze malarstwa. Niczego im nie narzucał, pozwalał im mazać plamy na arkuszach papieru dłońmi maczanymi w farbach, doradzał, gdy był o coś pytany. Gdy dzieci miały już dość tego taszyzmu, zaczęły malować w sposób mający coś przedstawiać, a na zakończenie pobytu nauczyciela odbyła się wystawa dziecięcych obrazów. Tu pytanie do czytelników: jaki tematy zostały obrane przez dzieci jako treść obrazów?
Obrazy te miały tylko jeden temat: twarze ludzi dorosłych! Oto jest świat nęcący wyobraźnię dzieci.
Ale świat dorosłych jest dla nich hermetycznie zamknięty. Dzieci nic nie wiedzą o pracy zawodowej rodziców, zarobkach, wydatkach, nic nie wiedzą o życiu uczuciowym rodziców. W obecności dzieci nie omawia się spraw istotnych. Gdy przychodzą znajomi, dzieci się wydala („idźcie się pobawić”), a jeżeli nie ma dokąd, rodzice mają się na baczności wobec tematów poruszanych przez gości („nie przy dzieciach”). Od dzieci wymaga się mówienia prawdy – bez wzajemności.
Gdy dzieci same inicjują zabawę, bawią się w „tatusia i mamusię”, w „pana doktora”, w „policjantów i złodziei”, w „sklep” i inne okruchy podpatrzonej rzeczywistości.
Dzieci traktuje się tak, jak gdyby świat rzeczywisty nie istniał. Jego namiastką mają być rozmaite bajdy ciotki Adelajdy.
Dzieci, jak wszyscy egzodynamicy, pragną fantazjować, ale na podstawie skojarzeń między elementami zaczerpniętymi z rzeczywistości. Tymczasem bajkopisy dostarczają dzieciom elementów fikcyjnych i usiłują je w fantazjowaniu wyręczać.
Gdy dziecku się marzy, że jego kot lata nad domem, urojenie to jest procesem tworzenia. Natomiast gdy dziecko widzi latającego kota na filmie, nie tylko samo niczego nie tworzy, ale ma do czynienia z mistyfikacją cudzego tworzenia, gdyż autorom żaden kot się nie marzył, lecz tylko został przez nich wybrany jako temat w wyniku spekulacji, co by tu jeszcze niewyeksploatowanego rzucić na rynek w celu wyłudzenia pieniędzy od nierozsądnych rodziców. Świat przedstawiany przez bajkopisów jest nie tylko sfałszowany, ale nawet jego fałszowanie jest fałszywe.
Cała ta „twórczość” jest fałszywie zaadresowana. Wyobraźnia dzieci bowiem jest tak bujna, jak nigdy potem już nie będzie. Po kilkudziesięciu latach zostaną z niej tylko mizerne szczątki, również u dorosłych bajkopisów, i z takimi to szczątkami zwracają się oni do dzieci, mistrzów fantazjowania! Jest to taki sam bezsens, jak gdyby ktoś chciał skraplać fontannę.
Być może zechce ktoś wysunąć argument empiryczny: wiadomo przecież, że dzieci lubią bajki i nawet się o nie dopominają, a powszechność tego zjawiska świadczy, że mamy do czynienia z mocną empirią.
Tymczasem nic z tego nie jest prawdą. Dzieci lubią bajki, ale komponowane przez siebie, lubią je opowiadać, a nie żeby je im opowiadano. Dopominają się o bajki nie dlatego, że to są bajki, lecz dlatego, że chcą, żeby się coś działo, potrzebują bowiem elementów do fantazjowania, a tylko bajki im się udostępnia.
Rzekomo mocna empiria jest tylko fałszywą interpretacją. Natomiast mocna jest teoria, niepodważalne bowiem jest w niej twierdzenie, że życie rozpoczyna się od egzodynamizmu, oraz twierdzenie, że egzodynamizm przejawia się pragnieniem wydawania informacji.
Powszechność błędnego poglądu na rolę bajek bierze się stąd, że dorośli uważają się za wyłącznie kompetentnych do oceny, co dla dzieci jest dobre. Kiedy niedawno ktoś wpadł na pomysł, żeby o to zapytać same dzieci za pomocą ankiety, na pytanie „czy lubisz oglądać filmy kreskowe dla dzieci?”, otrzymano odpowiedzi, dla których reprezentatywna była wypowiedź dziewięcioletniego chłopca, że nie lubi, bo to są „głupoty”. Chłopiec ten zasłużył na miejsce w historii.
Dziecko to człowiek o określonym charakterze. Trzeba dzieci traktować poważnie, ponieważ one także traktują wszystko poważnie.
O ile w okresie dzieciństwa charakter jest wyłącznie egzodynamiczny, z prawie nieuchwytnymi różnicami, to w okresie młodości zaczyna się on coraz bardziej różnicować. Na początku tego okresu oprócz opóźnionych egzodynamików spotyka się egzostatyków, później zaś przyśpieszonych statyków. Nie rozumiejąc, że mają do czynienia z różnymi charakterami, nauczyciele traktują to jak różnice zachowania i starają się je usuwać przez „kształtowanie charakteru”, tzn. przerabianie wszystkich uczniów na statyków, a postępują tak, ponieważ sami są statykami. Wydaje im się, że dopiero przywiązanie do zasad czyni człowieka wartościowym.
Ponieważ wcześniej czy później nauczyciele swój cel osiągali, więc utrwaliło się w nich przeświadczenie, że był to skutek ich wychowawczych zabiegów. Nie przychodziło im na myśl, że przywiązanie do zasad jest fazą ewolucji charakteru, która sama nadejdzie („nie pchaj rzeki, sama płynie”), i która sama przeminie, bez względu na to, czy się to gani, czy pochwala. Żadna siła nie doprowadzi do wpojenia jakichkolwiek zasad egzodynamikowi, a więc człowiekowi, który jeszcze nie jest statykiem, ani endodynamikowi, który już nie jest statykiem.
Za podstawową zasadę do wpajania statyczni nauczyciele uważają utrzymywanie porządku, a jednakowość za jego ideał. Jednakowość to przeciwieństwo różnorodności, a różnorodność to przejaw egzodynamizmu, toteż wchodząc do szkoły dziecko staje się przedmiotem uporczywej walki statyzmu z egzodynamizmem. Nauczyciele lubią jednobarwność okładek zeszytów szkolnych – uczniowie wolą różnobarwność. Nauczyciele aplikują uczniom gimnastykę jako zajęcie, w którym wszyscy mają wykonywać jednakowe ruchy na komendę – uczniowie wolą zabawy ruchowe, w których każdy robi co innego i na co ma ochotę. Nauczyciele chcą, żeby uczniowie nosili mundurki szkolne – uczniowie unikają tego, jak tylko mogą, w czym są często wspierani przez rodziców, niechętnych ciągłym wydatkom na nowe mundurki, jako że młodzież szybko wyrasta ze starych. Nauczyciele mają na to argument, że obowiązek noszenia mundurków zapobiega rywalizacji między strojnymi uczennicami (bo głównie o dziewczęta w tym argumencie chodzi) z zamożnych rodzin a ich biedniejszymi koleżankami. Ale to tylko hipokryzja, przecież nie o usuwanie różnic społecznych tu idzie, lecz tylko o to, żeby w szkole nie było ich widać. Przypomina to takie szpitale, w których białe drzwi są w pobliżu klamki powleczone szarą farbą w celu „utrzymania czystości”, chociaż jest to tylko utrzymywanie niedostrzegalności brudu.
Poważniejszą jednak sprawą niż jednakowość wyglądu jest, że ideałem dążeń nauczycielskich jest „dobry uczeń”, pilny, posłuszny. Jest w tym niezrozumienie, że do szkoły chodzi się po to, żeby stać się tam wykształconym dorosłym, a nie „dobrym uczniem”. Podobnie jak na kurs samochodowy chodzi się po to, żeby stać się kierowcą, a nie dobrym kursantem. Dlatego właśnie za kierownicą samochodu ćwiczebnego siedzi kursant, a nie jego instruktor. To kursant podejmuje decyzję, instruktor zaś udziela mu uwag i na wszelki wypadek trzyma nogę na dodatkowym hamulcu. Tymczasem w zwykłej szkole uczeń nie ma nic do decydowania, ma tylko wchłaniać wiadomości, nauczyciel ustawia się do niego jak do podwładnego i za szczyt szczęścia uważa zrobienie z niego podwładnego wzorowego, czyli „ukształtowanie” jego charakteru. Kursant samochodowy wiedziałby, co zrobić, gdyby jego zechciano w podobny sposób traktować. Uczeń natomiast nie wie, że jest nabierany. Gdyby nawet wiedział, to nie umiałby na to zareagować. A gdyby umiał, to by nie zareagował, bo naraziłby się na represje.
Charakter nie jest do kształtowania, lecz do doskonalenia, przez stwarzanie sytuacji zgodnych z charakterem. Aby jednak doskonalić charakter ucznia, nauczyciel musiałby ten charakter najpierw rozeznać, a umiejętność tego rodzaju powinna być podstawową kwalifikacją do uprawiania zawodu nauczycielskiego. A tymczasem cóż nauczyciele wiedzą o charakterze swoich uczniów? Gdy mają do czynienia z charakterem przyśpieszonym , tj. z wczesnym statyzmem, uważają to za sukces swoich metod wychowawczych. Gdy mają do czynienia z charakterem opóźnionym , tj. z ciągle jeszcze trwającym egzodynamizmem, mówią że uczeń jest „trudny”, wpisują mu negatywne oceny ze sprawowania, monitują go za „krnąbrność” i nawołują, żeby się „poprawił”. Dowiedziawszy się po latach, że się wreszcie „ustatkował”, będą się oddawać złudzeniom, że to dalekosiężny wpływ ich nauczycielskich starań.
„Przerabianie” dynamizmu czyjegoś charakteru to strata czasu i energii, a jeżeli jest uporczywe, to prowadzi do walki (daremnej) i nienawiści (głębokiej). Dynamizmu charakteru nie można też nikomu wyperswadować, gdyż do perswazji ustawia się on tak właśnie, jak to wynika z jego dynamizmu charakteru. Aby skorzystać z perswazji, musiałby sobie wymienić homeostat na inny. „Kot miauczy, a pies szczeka” – powiedział Hamlet.

Wprowadzenie

Niezwykli ludzie nie istnieją, są tylko ludzie zwykli w niezwykłych sytuacjach.

Ci, którzy sięgnęli po tę książkę w nadziei wykorzystania możliwości umysłu dla osiągnięcia egoistycznych celów, srodze się rozczarują. W rzeczy samej, tego rodzaju zabiegi niektórzy uznać mogą za czarną magię, a nawet i za „sprzyjanie złu”. Jednakże takie nastawienie niemalże z pewnością przyniesie karę, którą winowajca sam sobie wymierzy.

To, czego chcemy nauczyć, jest znacznie bardziej wartościowe; powinieneś nauczyć się panowania nad własnym umysłem. Znajdujesz się w obliczu wielkiej przygody. Stajesz przed doświadczeniem grozy i tajemnicy, które rozciąga się od wewnętrznego sanktuarium umysłu aż po zewnętrzne granice świata realnego.

Stronice te zawierają opis najbardziej tajemniczych starożytnych ćwiczeń, jakie kiedykolwiek zostały spisane. Nie zaczynaj ich ot tak sobie, bez należnego im szacunku, gdyż są obdarzone niezwykłą mocą i niemalże na pewno zmienią twoje życie na lepsze. Po rozpoczęciu ich nie może być powrotu do przeszłości czy też skoku w przyszłość. Istnieje tylko rzeczywistość chwili obecnej.

Opisane ćwiczenia równoważą przepływ wewnętrznej energii, mogą więc leczyć stare niedomagania i napełniać ciało energią życia. To jest pierwsza korzyść, która z nich płynie. Istnieje powiedzenie: „Jakie dobro płynie ze wszystkich skarbów ziemi, jeżeli nie posiada się zdrowia?” Ćwiczenia te obdarzą cię zdrowiem.

Oczywiście, nie stanie się tak od razu. Efekty wszystkich jogistycznych postaw, jak choćby tych medytacyjnych, narastają stopniowo. Już niedługo po rozpoczęciu ćwiczeń można będzie zauważyć, iż bóle i niedomagania, które pojawiły się na początku, zdają się rozwijać w pożądanym kierunku, aż znikną zupełnie. Z całą pewnością nagroda codziennych ćwiczeń, czyli utrzymywanie ciała w znakomitej kondycji, warta jest poświęcenia jej kilku minut naszego czasu. Z całą też pewnością nie można oczekiwać, iż po przeczytaniu jednego z rozdziałów natychmiast zapanuje się umysłem nad większością spraw. Wysiłek wkładany w osiągnięcie takiego celu lepiej jest poświęcić samo udoskonalaniu się; to właśnie jest szczytniejszą misją.

Drugą korzyścią płynącą z tego typu technik jest stopniowy rozwój zdolności kierowania, lub inaczej, działania w zgodzie z przepływem energii wewnątrz ciała fizycznego. Dzięki tej sile niższe poziomy świadomości, zwykle krępujące rozwój, wykorzystać można dla osiągnięcia prawdziwej natury i właściwego miejsca we wszechświecie.

Gdy już raz osiągnie się samopoznanie oraz zrozumie prawa natury, wówczas stanie się jasne, iż nikt nie może kontrolować działania innych. W rzeczywistości, jeżeli nauczymy się panować nad naszymi zachciankami i potrzebami, jeżeli pozostawimy w spokoju nasze obawy i pożądania, wówczas dokonamy wielkiej rzeczy. Osiągając to, wyzbędziemy się chęci panowania nad innymi, a nawet ingerencji w cudze sprawy przez udzielanie najróżniejszych rad. Będziemy promieniowali ożywczą energią płynącą z wewnętrznego spokoju.

Pracując nad ulepszeniem samych siebie, odbierani będziemy jako wspaniałe wzory do naśladowania, a uwalniając się od małostkowych ambicji w celu podążania za wzniosłym celem, staniemy się ludźmi spokoju. Ponieważ zrozumiemy, iż naszej wewnętrznej istoty nie da się zastraszyć, nie będziemy odczuwali potrzeby panowania nad innymi. Właśnie w ten sposób osiąga się prawdziwą kontrolę. Inni, kierujący się własnym interesem, będą chcieli wiedzieć, jak robi się to wszystko, czego się nauczyliśmy. Kiedy zapytają, swobodnie im wszystko wyznamy, podzielimy się wszystkim co posiadamy, aby i oni mogli odnaleźć drogę.

Kinjiru, które wymawia się jako „ken-jeh-roo”, po japońsku oznacza „zakazane” lub „tajemne”. Uważajcie wy, którzy chcecie udać się w podróż. Uważajcie wy, którzy rozpoczynacie poszukiwanie wewnętrznej światłości. Kryją się tutaj najróżniejsze niebezpieczeństwa. Spotkacie się z potworami id, maskami własnego ego. Miejcie śmiałość przejścia pomiędzy filarami zwątpienia i spoglądania w zwierciadło własnej świadomości. Opisane techniki mogą rozjaśnić wam drogę, którą przed wami przeszło już wielu. Mogą poprowadzić do źródła, gdzie wszystkie pytania i odpowiedzi pozostają jasne. W tym drzemie siła, wystarczająco potężna, aby was zniszczyć, drzemie i miłość potrafiąca zapewnić nieśmiertelność, drzemie także mądrość, która wie, jak odróżnić dobro od zła.

Kluczem jest praktyka. Mądrość przyjść może każdego dnia jako wewnętrzny rozbłysk światła, może też narastać w ciągu wielu lat, lecz przyjdzie z pewnością. Każda, nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pojedynczego kroku. Ta podróż zaś nie skończy się wcześniej, zanim TY nie przyznasz, że osiągnąłeś swój własny cel.

1. Mistyczny wojownik: poziomy treningu

Bycie Ninja oznacza bycie mistycznym wojownikiem. Znaczenie tego terminu zawarte jest w powiedzeniu:

„Będąc Ninja, każdy musi być silny, musi posiadać wiedzę, musi być nieustraszony, oraz musi zachować milczenie”.

BYCIE SILNYM

Podstawowym atrybutem wojownika jest siła. Istnieją dwa rodzaje siły: zewnętrzna oraz wewnętrzna. Siła zewnętrzna jest widoczna, lecz przemija z wiekiem. Siła wewnętrzna jest subtelna, niewidoczna i wieczna. Ninja posiadać może obie siły.

Zwykle osoba najsilniejsza staje się liderem dowolnej grupy Ninja, która podąża ku temu samemu celowi. Dzieje się tak w sposób naturalny, bez potrzeby konfrontacji. Trenując i studiując sztuki wojenne przez dłuższy okres, Ninja uważa się za mistrza najróżnieszej broni. Co więcej, jego sprawność i wszechstronność są tak duże, iż w praktyce każda rzecz może zostać wykorzystana jako narzędzie destrukcji. Nie trzeba nawet wspominać o możliwościach niszczycielskiego wykorzystania dłoni i stóp wojownika Ninja.

Ninja cechują się zarówno umiejętnościami walki, jak i wysokim poziomem wyostrzenia zmysłów, co wyposaża ich w każdej walce tak w „ostrza” psychiczne, jak i fizyczne. Oni nie tylko wykazują „siłę dziesięciu, dzięki czystości serca”, lecz także spokój w obliczu niebezpieczeństwa, co często decyduje o końcowym wyniku. Wszyscy Ninja są ludźmi kochającymi pokój i takimi muszą pozostawać zawsze, w przeciwnym bowiem razie mogą stanąć przed groźbą utraty części specjalnej siły, którą w sobie rozwinęli. Poza tym, Ninja są także adeptami sztuki poruszania się w terenie, przemiany i szpiegowania. Dzięki wywiadowczym sprawnościom i skrajnej kinestatycznej wrażliwości Ninja zwykle zaskakują przeciwników, co znacznie zwiększa ich szanse. Zaskoczenie można osiągnąć poprzez skradanie się w kierunku wroga i uderzenie od tyłu, zmylenie przeciwnika lub dzięki walce od frontu, wciągnięcie go w pułapkę. Większość tych umiejętności zdobywa się przez ciągły, rygorystyczny trening oraz przez rozległe studia. Dopiero po nich prawdziwy Ninja tworzy własną formę.

Inne korzyści płynące z faktu stania się Ninja wiążą się ze szczególną mocą, którą daje właściwa ocena pozycji i zręczności przeciwnika, przy równoczesnym umiejętnym odczytaniu mowy jego ciała. Umożliwia to zorientowanie się co do celu i zakresu działania danej osoby. Tak więc Ninja rozwijają przede wszystkim te sfery swojej aktywności, w ramach których zachować mogą realne bezpieczeństwo.

Ninja potrafią też opatrywać własne rany, mniejsze urazy, które w czasie treningu może odnieść nawet najbardziej uważna i ostrożna osoba. Posiadając tę umiejętność, mogą też pomagać innym. Tych najpowszechniejszych urazów można jednak uniknąć dzięki cnocie regularności w ćwiczeniu oraz dzięki rozważnej diecie. Tylko wówczas dobre zdrowie w naturalny sposób towarzyszyć będzie ćwiczącemu.

Po osiągnięciu określonego stopnia doświadczenia Ninja uzyskują zdolność korzystania z mocy uznawanych w wielu kręgach jako moce psychiczne. Charyzma takiego wojownika, bez podejmowania przez niego jakichkolwiek wysiłków, przyciąga naśladowców. Mogą oni pojawić się jako uczniowie lub osoby towarzyszące, a od samego początku są całkowicie oddani. Może przyciągnąć ich wspólny cel, mogą poszukiwać rady, w każdym jednak wypadku pozostają lojalni tak długo, jak niezachwiane pozostaje postępowanie przywódcy.

POSIADANIE WIEDZY

Aby rozwinąć umiejętności związane z mistyczną istotą treningu Ninja, w odniesieniu do pozyskiwania mocy, należy „wiedzieć”. Wiedzieć oznacza posiadać inteligencję. Nie odnosi się ona do IQ [stopnia inteligencji — J. K.] tak często stosowanego do pomiaru intelektu, lecz do zdolności uczenia się i rozumienia.

Wielu ludzi ogranicza się do prowadzenia posępnego i nudnego życia, podlegając osądom innych co do ich niskiego stopnia inteligencji. Nie powinno tak być. To, że ktoś nie poddaje się jakiejś informacji i nie odpowiada na nią w taki sposób jak robą to inni — co w każdym przypadku jest skrajnie nudne i wskazuje na zanik twórczego myślenia — nie oznacza braków w rozumowaniu. Nie rozumienie zamysłów innych nie oznacza utraty orientacji.

Ninja władają niesformalizowanymi mocami umysłu o charakterze ofensywnym lub obronnym, dopiero w późniejszych stadiach treningu wszystkie te techniki stają się efektywne w walce wręcz. Należy zaznaczyć, iż długotrwała praktyka pozwoli pokonać przeciwnika bez fizycznego kontaktu. Do tego czasu uczniowie tak przekształcą motywację swojego działania, że sytuacje, w których się znajdą, w pełni będą uzasadniały wykorzystanie nadprzyrodzonych mocy.

Mistycyzm Ninja przyjąć może wiele form. Forma prosta pozwala na odbicie negatywnych wibracji i obronę przed psychologicznym atakiem, przede wszystkim dzięki osiągnięciu emocjonalnej równowagi. Formy bardziej złożone wymagają mantr, komponentów somatycznych oraz długotrwałych rytuałów, aby ich efektywność była największa. Na początku każdy sam musi określić metodologię tworzenia form i konstrukcji psychologicznych. Jako że jednym z pierwszych atrybutów szpiega zawsze była dobra pamięć, większość wojowników nigdy nie spisała własnych technik, chociaż istnieje kilka tora-maki, czyli tajemnych pergaminów.

Dzięki studiom nad umysłem, Ninja ma możliwość zdobycia mądrości i stania się człowiekiem wiedzy. Tylko to pozwoli na duchowe oddanie się uprawianej sztuce, co niejako gwarantuje wysoki stopień sprawności w posługiwaniu się bronią. Wielu uduchowionych Ninja rozpoznać można po odwiecznych symbolach, które wybrali dla naznaczenia swoich poszukiwań, jednakże z czasem także i one zostają odrzucone. Na najwyższym poziomie szacunek dla życia staje się tak ogromny, że Nin ja nigdy nie zabijają, a swe moce wykorzystują jedynie dla ożywienia, ochrony i wspomagania wysiłków innych.

Celem osoby prawdziwie poszukującej jest stanie się mędrcem lub prawdziwym człowiekiem. Istnieją niezmienne prawa wszechświata, z którymi mędrzec pozostawać musi w harmonii. Różne sekty Ninja są orędownikami różnych praw szczegółowych, przyznając im wyższość nad innymi. Jednakże każde prawo w swej istocie i znaczeniu równe jest wszystkim pozostałym.

Prawo równowagi. Nawet najstarsi mędrcy twierdzili, że wszystkie rzeczy pozostają we władaniu równoważących się przeciwstawnych sił. Góra wznosi się nad dołem, za przodem następuje tył. Piękno poznać można tylko dzięki temu, że istnieje brzydota.

Prawo skrajności. Kiedy równoważące się siły doprowadzone zostaną do swych skrajności, odbierane są jako identyczne. Człowiek oślepiony zostanie jasnym światłem tak samo skutecznie jak i ciemnością.

Prawo karmy [kumulacji dobrych i złych uczynków — J. K.]. Wszystkie rzeczy są ze sobą połączone i każda oddziałuje na wszystkie pozostałe. To co czynimy innym, wraca do nas z potrojoną mocą.

Prawo zmiany. Wszystkie rzeczy dzieją się nieustannie na skutek ściśle określonego podążania naprzód. Jedyną stałością, na której można polegać jest to, że wszystko będzie się zmieniać ze ścisłą logiką i w myśl praw cykliczności.

Ninja, który osiągnął poziom mistrza, jest tak spokojny i w harmonii z prawami natury, że pozostaje niewzruszony wobec upływającego czasu lub zmieniających się rządów. Wojownik taki spostrzega yin i yang jako równoważące się siły uniwersum oraz uwzględnia nie kończący się cykl przemiany jako coś nieubłaganego i nieuchronnego.

Mędrzec porozumiewa się z mistrzami pozostającymi w ukryciu (patrz rozdz. 9) oraz pozostaje w kontakcie z „kosmiczną świadomością” w znaczeniu posiadania zdolności kierowania się i podążania w harmonii z psychokinetyczną energią umysłu i ciała, odbieranych jako jedność. Mówi się o tym w wielu sztukach, lecz osiąga zaledwie w kilku. Często znane jest to jako udrożnianie przepływu chi, czyli siły życia. Należy zaznaczyć, iż mędrzec posługuje się własnym sekretnym językiem oraz potrafi porozumiewać się za pomocą telepatii.

Opisywany tutaj poziom kwalifikacji jest tak wysoki, że tylko kilku mistrzów może pojawić się w jednym pokoleniu. Rzadko kiedy żyją oni w pobliżu miast, opowiadając się za samotnością życia na wsi lub w pustelni. Jednakże znani są z „wtrącania się” od czasu do czasu w ludzkie sprawy. Stanowi to podstawę dla wątku „starego człowieka z gór”, który pojawia się w chińskich i średniowiecznych legendach i mitach.

Dzięki właściwościom prostego, zakonnego życia łatwo jest mistrzom znaleźć lub spreparować niemalże każdą rzecz lub środek, który jest im potrzebny do przetrwania. Są oni cierpliwi i pracowici, zwykle bywają znakomitymi rzemieślnikami i wspaniałymi gospodarzami. Z racji wysoko rozwiniętej wrażliwości i zdolności rozpoznawania ludzkich słabości często wydają się urzeczywistniać lub posiadać coś, co uznać można za nadprzyrodzone siły.

Mistrzowie w przeciwieństwie do Ninja, którzy ukończyli niższe stopnie wtajemniczenia, nie są atrakcyjni dla grup naśladowców, zawsze jednakże każdemu pielgrzymowi przekazują wystarczającą porcję wiedzy, aby nie było konieczne nad wyraz rozciągnięte w czasie studiowanie pod kierunkiem mistrza.

BYCIE NIEUSTRASZONYM

Trzecią potrzebą nienasyconego Ninja jest szczególny rodzaj śmiałości. Odnosi się on do darów i możliwości Ninja, które pozwalają mu na pokonanie przeciwnika bez stosowania przemocy. Na tym poziomie Ninja stają się nieustraszonymi mistrzami bezkrwawych zmagań, którzy wygrywają bez walki, są czarodziejami ninjitsu. Ich domeną jest zręczność. Sztukmistrzostwo i sprawność rąk stanowią podstawę ich magicznego działania. Podczas gdy wojownik walczy przemocą i siłą, mistyk wykorzystuje przebiegłość i skrytość. Atrybuty te składają się na sztukę stawania się niewidzialnym.

W ninjitsu zręczność ma charakter tak psychiczny, jak i fizyczny. Aż do samego końca praktyki, uczniowie ćwiczą się w kodach i szyfrach będących uzupełnieniem innych mentalnych ćwiczeń, takich jak zagadki i labirynty. Umożliwia to adeptom otwieranie wszelkiego rodzaju zamków oraz bezproblemowe pokonywanie rejonów naszpikowanych pułapkami i śmiercionośnymi urządzeniami. Poziom sprawności Ninja określony jest indywidualną pomysłowością i dokładną znajomością takich urządzeń. Spora część tej sprawności zależy też od wnikliwości obserwacji oraz rozumienia zasadniczych motywów działania i społecznych wzorców postępowania. Sławę bycia niewidzialnymi Ninja zdobyli właśnie dzięki takiemu rozumieniu sprawności oraz dzięki umiejętności pozostawania nie zauważonym.

Praktyczne zastosowanie tych technik w dużej mierze zależne jest od indywidualnych metod skrywania się w cieniu lub innych maskujących miejscach. Ninja musi też umieć zachować odpowiedni rodzaj równowagi umożliwiający mu bezszelestne i nie zauważone przemieszczanie się z jednego miejsca ukrycia do drugiego. Dużą pomocą w tego typu aktywności jest sztuka wspinania się na mury. Technika ta pozwala Ninja na szybkie i ciche chodzenie po pionowych powierzchniach — praktyczna metoda znikania z widoku lub przed niebezpieczeństwem.

Podstawowym typem działania Ninja jest szpiegowanie, wykorzystanie inteligencji bądź to dla własnych celów, bądź też dla przedsięwzięć wywiadowczych. Każdy może zostać zaangażowany jako szpieg, a wystarczającą zachętą może być finansowa nagroda lub zagrożenie życia. W zależności od stopnia trudności zadania zapłata może być bardzo wysoka. Oczywiście poziom sprawności agenta jest również ważnym czynnikiem.

Cecha „gorliwości” też odgrywa niebagatelną rolę. Dla przykładu, gorliwość jednostki może wypływać z jej osobistych motywów chęci rewanżu i być tak silna, że wykonywane zadanie całkowicie pochłonie agenta. Może też być wynikiem intensywnego treningu i psychologicznych zabiegów. Elitarna grupa fanatycznych wyznawców może zostać tak wytrenowana, że poświęci własne życie dla wypełnienia wyznaczonej im misji. W walce ci specjalnie wytrenowani gorliwcy zachowują się jak szaleni wojownicy wikingów, którzy pozostają nieczuli na rany i ból aż do czasu rozwiązania konfliktu lub śmierci w walce z przeważającymi siłami wroga, czy też w wyniku wykrwawienia się. Wojownicy, wysłani jako zabójcy, korzystają z każdego dostępnego im schronienia, aby zlokalizować cel i w tylko im znany sposób zlikwidować. Jeżeli zaś zostaną złapani, co zdarza się niezmiernie rzadko, raczej sami się zabiją niż pozwolą zidentyfikować.

Znakomity przykład tego rodzaju wojowników stanowią japońscy piloci kamikadze z okresu drugiej wojny światowej, którzy w imię giri — obowiązku, honoru i sławy — niszczyli nieprzyjaciela występując w charakterze ludzkich bomb.

Ninja zwykle znani byli jako ludzie walczący lub znikający. Wyznając zasadę, iż przeciwnik nie trafi w to, czego nie widzi, Ninja wymyślili wiele metod niespodziewanego znalezienia się za plecami oponenta i zmuszenia go do obejrzenia się przez ramię, gdy będzie chciał nawiązać kontakt wzrokowy z wrogiem. W takiej pozycji tylko niewielu potrafi skutecznie walczyć. Ponadto atak od tyłu jest korzystny, gdyż przeciwnik nie jest w stanie odpowiednio się przygotować, ani zdążyć obronić.

Ninja są mistrzami unikania i wymykania się z nagłego ataku. Umiejętność ta utalentowanemu Ninja daje więcej niż 50 procent szans na uniknięcie ataku, którym może być strzała lub rzucony sztylet. Jest przydatna nawet wówczas, gdy pocisk został wystrzelony spoza zasięgu wzroku, co gwarantowało dosięgnięcie nie przygotowanego człowieka.

Większość Ninja walczy lepiej, kiedy nie są uzbrojeni. Uderzenie dłońmi i stopami oraz stosowanie techniki rzucania się i upadania umożliwia praktykującym podejmowanie wielu ataków naraz lub jednoczesną walkę z wieloma przeciwnikami. Takie uderzenie otwartą dłonią może okazać się wystarczające dla ogłuszenia lub zabicia wroga jednym ciosem, chyba że jest on wyjątkowo mocnej postury.

Na tym poziomie Ninja ćwiczą niemalże nieustannie, wyrabiając refleks, „ostrząc swe narzędzia”, wykuwając ciała w ogniu silnej woli. Wierząc, że wszystko jest możliwe, stają się bohaterami legend. Nie interesuje ich współzawodnictwo z innymi mistrzami sztuk wojennych. Zamiast tego każdy Ninja walczy sam ze sobą — z jedynym przeciwnikiem godnym walki.

ZACHOWYWANIE MILCZENIA

Zasada „milczenia” w ninjitsu nie zakłada posiadania sekretów czy powściągliwości w dzieleniu się informacjami na jakimkolwiek poziomie. Zaleca raczej powstrzymanie się od komentowania. Tym, którzy wiedzą, nie trzeba nic mówić; ci, którzy nie wiedzą, rzadko słuchają.

Długie studia nad siłami ezoterycznymi, wraz z praktykowaniem ćwiczeń rozwijających świadome panowanie nad ośrodkami energetycznymi ciała, wyposażają w podświadomą wiedzę i intuicyjne rozumienie sił natury. Umożliwia to Ninja rozwinięcie szczególnych mocy uśpionych w każdym człowieku.

Po pierwsze, w zależności od samopoznania i ufności Ninja opiera się wszelkim formom pochlebstw, propozycji i zastraszania. Umiejętność maskowania myśli na wypadek przesłuchania, przy jednoczesnym skrywaniu prawdziwych motywów działania, wprowadza do działań Ninja nieugięty spokój.

Po drugie, dzięki uzyskaniu kontroli nad ciałem Ninja jest w stanie wywoływać stany zredukowanego oddychania i bicia serca wystarczające do pozorowania śmierci. Podobne jest to do wstrzymywania procesów życiowych przez hinduskich mistrzów. W ramach tego typu działań, Ninja nabywa umiejętności medytacyjnego leczenia.

Wymienione dwie siły prowadzą do osiągnięcia mocy wczuwania się nie tylko w sprawy ludzkie, lecz także zwierząt domowych i dzikich. Niektórzy Ninja mówią o szczególnym porozumieniu nawet z roślinami. Umożliwia to poruszanie się w zgodzie z naturą, która niezauważenie rewanżuje się we wszystkich praktycznych przedsięwzięciach.

W końcowych stadiach nauki Ninja uczy się kierować energią Ziemi oraz wpływać na jej przemiany, w zależności od swojej woli. Jest to poziom „wibrującej dłoni”, na którym zwykłe machnięcie ręką może okazać się wystarczające dla zadania śmierci bądź to natychmiastowej, bądź też z opóźnieniem. Stanowi to podstawę dim mak, czyli „dotyku śmierci”.

Wraz ze zrozumieniem działania kosmicznych mocy Ninja automatycznie wywołuje atmosferę godnego spokoju. Wszelkie potrzeby sprawdzenia się w walce przemijają, tak jak przemija drżenie towarzyszące wprowadzeniu partnera o odmiennej płci w arkana sztuki miłości. Aż do momentu inicjacji tajemnice wszechświata były skryte za niemalże mistyczną walką. Po niej zaś stało się oczywiste, że w każdej istocie uśpione są wszystkie elementy płciowości, w takiej czy innej formie. Odbiera się je jako yang lub yin. Yang jest pozytywne, męskie i białe, reprezentuje prawą stronę siły płynącej z góry; yin jest negatywne, żeńskie i czarne, reprezentuje lewą stronę i wznosi się od dołu. Yang można też opisać jako „moc” niespokojną, pozostającą w nieustannej pogoni; yin jako „miłość” pasywną i wszechogarniającą. Yin zawsze otacza yang, które nieustannie stara się przeć do przodu. Z tego typu aktywności uformowana jest wznosząca się spirala wszechświata.

Każda jednostka jest nosicielem obydwu aspektów, yang i yin, pozytywnego i negatywnego. Kiedy dominuje energia elektryzująca, daną osobę określa się jako bardziej męską; kiedy zaś wibruje energia magnetyzująca, daną osobę określa się jako bardziej kobiecą. Właśnie z tego powodu ludzie skłaniają się do poszukiwania energii uzupełniającej. Właśnie takie jest znaczenie wyrażenia „woda szuka własnego miejsca”, które określa podstawy faktycznie dla wszystkich międzyludzkich uwarunkowań.

9. Mistrzowie pozostający w ukryciu: duchowi sprzymierzeńcy

Droga ta dostępna jest wszystkim, lecz nie wszyscy jej dostąpią.

W książkę tę zaopatrzyłeś się prawdopodobnie dlatego, że poszukiwałeś okultystycznych sił. Jednakże kiedyś zostało powiedziane, że nie ma możliwości odnalezienia tych mocy bez otrzymania indywidualnych instrukcji od kogoś, kto osiągnął pewną sprawność w tych ciemnych sztukach. Jak więc możemy skontaktować się z tymi tajemniczymi nauczycielami? Odpowiedź jest prosta: musimy brać z nich przykład.

Prawdziwa wiedza przetrwa bez względu na upływający czas, a nie podlegające zmianie prawa wszechświata prowadzą nas ku naszemu przeznaczeniu, bez względu na to czy zdajemy sobie sprawę z tego, czy też nie. Istnieje wiele ścieżek prowadzących do powszechnego umysłu, do kosmicznej świadomości. Ktoś może dążyć ośmiostopniową ścieżką i w ten sposób rozwijać się; ktoś inny może zostać zwolennikiem drogi wielbienia ducha. Wszystkie drogi prowadzą do miejsca zamieszkania Vishnu, który wszystko wie, wszystko widzi i wszystkiego naucza. Na tym poziomie umysłu wszystko jest możliwe.

Jeżeli dążymy do jedności z naturą, a więc chcemy doświadczyć wspólnoty z tą wszech mądrą świadomością, musimy założyć, że wyobrażamy ją sobie jako istniejącą poza nami. W tym punkcie rozumowania czujemy się samotni, co powoduje, że szukamy rady innych. Większość ludzi kieruje się interesem własnym, jednakże istnieją i tacy, którzy potrafią wykorzystać ten rodzaj motywacji. Wywołują u innych poczucie zupełnego opuszczenia. Każdy przechodzi
taki test na zwątpienie w siebie. Stanowi to „ciemną stronę naszej duszy”. Trzeba wówczas wybierać pomiędzy życiem a śmiercią i odnaleźć wewnętrzną moc, z „pomocą” lub też bez.

„Nie mam przyjaciół; sprawiam, że mój umysł jest moim przyjacielem”. Słów tych nauczyć się można w czasie praktykowania medytacji zen, stanowią one kredo japońskich samurajów. Ninja korzystając z Hsi Men Jitsu, czyli chińskiej psychologii, idą dalej. Hsi Men Jitsu uczy, że na rozwój każdej osobowości składają się trzy wartości. Doktor Erie Berne nazywa je: dziecko, dorosły i rodzic; starożytni odpowiednio: niebo, ziemia i człowiek {shen, ch’i i ching). Mistrzowie, którzy skrywają się w nas stanowią najwyższe ja, wyższy poziom człowieczeństwa, uwewnętrzniają wartości i zachowania, których nauczyliśmy się od autorytetów.

Przywoływanie i porozumiewanie się z mistrzami utajonymi w nas służy trzem celom: po pierwsze, umożliwia zachowanie się jak prawdziwy rodzic, co gwarantuje przetrwanie naszej rasy; po drugie, sprawia, że wiele reakcji i odpowiedzi pojawia się w sposób automatyczny, w nawiązaniu do zasady przyczyny i skutku; po trzecie, duchowy sprzymierzeniec jest naszym obrońcą i strażnikiem, kiedy się zagubimy, jest naszym przyjacielem, kiedy czujemy się samotni, jest także naszym nauczycielem wiedzy tajemnej. Każdy z nas ma takiego sojusznika, któremu może w pełni zaufać, i z którym może przedyskutować każdą wątpliwość.

Zadaniem ukazanych w tej książce ćwiczeń jest uspokojenie „niższego” ja, czakramów lub też centrów energetycznych ciała, które wiążą się z zaspokajaniem jedynie fizycznych pragnień: powietrza, wody, jedzenia, schronienia i seksu. Wykonując te ćwiczenia, można doprowadzić do wzrostu energii życia, a wraz z tym, do podniesienia poziomu świadomości. Po osiągnięciu spokoju stajemy się bardziej wrażliwi na siły natury i potrafimy działać w całkowitej zgodzie z prawami wszechświata.

Aby osiągnąć to o czym mówimy, przede wszystkim należy zacząć. Jednych może to kosztować więcej wysiłku aniżeli innych. Może też zaistnieć potrzeba kilkakrotnego wznawiania prób, nawet w różnych okresach życia, aby wystarczająco porozumieć się z alter ego. Można jednak tego dokonać. Czyniono to przed nami, będzie się to robić i po nas.

W wielu kulturach można odszukać tajemne obrzędy, w których
odnajduje się lub wzywa własnego duchowego doradcę, oczywiście każdy ma własne wyobrażenie co do sposobu pojawienia się i porozumienia się z tą osobistością. Dla większości jest to proces automatyczny i podświadomy, lecz jeśli skojarzy się go z siłą wyobraźni, wówczas staje się potężnym sprzymierzeńcem. Kontakt z duchowym doradcą może przyjąć formę pamięci o ukochanym krewnym, który pojawia się, by udzielić nam rad, może stanowić kombinację kilkunastu osób, które miały silny lub przywódczy wpływ na nas, a nawet może on być postacią z historii. Może także być szeptem naszej świadomości, która przez większość czasu trzyma nas z dala od kłopotów, która szepce nam bezpośrednio do ucha. Tak długo jak jesteśmy świadomi życzliwości i kierowniczej natury tych doradców, tak długo możemy być pewni ich pomocy i wsparcia. Im częściej się z nimi konsultujemy, tym większy wpływ mogą na nas wywierać i tym łatwiej możemy ten kontakt nawiązywać.

Historia i doświadczenie pokazały, że bez względu na formę, jaką przyjmą ci wyimaginowani przyjaciele, wykazują oni pewne wspólne cechy. Ponieważ reprezentują osoby oficjalne, są niezawodni i uczciwi w swych radach i pouczeniach. Ponieważ z kolei są wyidealizowaną kreacją nauczycieli i mędrców, nigdy nie okazują zniecierpliwienia ani złości, a ich wyjaśnienia, lub też okazywane przez nich przebłyski intuicji, w pełni wyjaśniają każdą wątpliwość. Cecha ta niezawodnie uspokaja praktykującego i pomaga złagodzić pojawiające się obawy i niepokoje. Wreszcie, ponieważ są oni prawdziwymi przyjaciółmi, cechuje ich ironia i poczucie humoru. Pozwala nam to ujrzeć siebie takimi, jak nas widzą inni, oraz uświadomić sobie, że większość naszych problemów wywołaliśmy sami, i że faktycznie niewiele one znaczą w porządku wszechświata. To zaś prowadzi do zachowywania pokory.

W latach dwudziestych i trzydziestych naszego stulecia, Stanami Zjednoczonymi zawładnęli spirytyści i najróżniejsze media, którzy przypisywali sobie cudowne siły lecznicze daleko wybiegające poza możliwości zwykłych śmiertelników. Posiadali oni, lub tylko tak mówiono, „duchowych przewodników” pochodzących spoza poziomu ludzkiego, z którymi porozumiewali się, będąc w stanach głębokiego transu. W czasie trwania tych seansów duchowi przewodnicy przemawiali głosem medium. Najczęściej głosy te nie były podobne do ich głosów. Nie chcemy sugerować, iż był to zbieg okoliczności,
lecz jedynie zaznaczyć, że mediami były wyłącznie osoby, które publicznie przyznawały się do posiadania wyimaginowanego przyjaciela.

Istnieją setki technik medytacyjnych, które pozwalają na nawiązanie kontaktu z własnym duchowym sprzymierzeńcem. Każda z nich polega na sztucznej zmianie składu chemicznego krwi bądź dzięki pogłębionemu oddychaniu (nadmierna wentylacja), bądź na skutek wstrzymania oddechu (niedostateczna wentylacja). Należy je stosować ostrożnie, żeby wzrost zawartości tlenu w składzie krwi nie uczynił człowieka świadomym bicia własnego serca. W wielu przypadkach może to wywołać lęki, które można łatwo opanować, wstrzymując oddychanie choćby na chwilę. Najróżniejsi szarlatani często stwierdzają, że powstałe fenomeny stanowią rezultat ich działania, podczas gdy faktycznie są one prostą reakcją fizjologiczną.

Pokazujemy tutaj najbardziej podstawową metodę, której cierpliwe stosowanie przez dłuższy okres, doprowadzi poszukującego do odkrycia sprzymierzeńca, którego akurat będzie potrzebował. Rudyard Kipling napisał: „Każdy może doświadczyć pewnego uspokojenia dzięki przybraniu wygodnej pozycji i powolnemu powtarzaniu swojego imienia”. Ponadto praktyka ta rozwija świadomość i rozumienie ja. Jednakże zanim poprosi się mistrzów pozostających w ukryciu o pomoc — tych, którzy mogą pełnić funkcje wartowników, wywiadowców, szpiegów, którzy pozostają w kontakcie z wszechogarniającym umysłem całego rodzaju ludzkiego, którzy mają dostęp do wiedzy i rzeczy tajemnych lub objawionych — należy poczynić pewne przygotowania.

Działania w sytuacjach szczegółowych, które przypisuje się sojusznikowi, przyczyniają się do jego realności, a przez to i skuteczności. Nie należy jednak poddawać się czarowi opartych na fantazji wzajemnych z nim relacji, które przysłaniają rzeczywistość. Winno się przyjąć postawę dziecka ufnego i starającego się. Należy powstrzymać, choćby na kilka chwil, presję codziennego życia. Pozwala to uchronić się przed odpowiedzialnością, co można nazwać „pomniejszaniem stresu”.

To ty decydujesz, jakiego rodzaju doradcy potrzebujesz. Aby podnieść wartość swojego doświadczenia, możesz go naszkicować i poetycko opisać. Jednak — z czasem twoja podświadoma część
umysłu określi formę, która będzie ci dostępna. Jeżeli będzie ona podobna do tej, którą stworzyłeś sobie wcześniej, znaczy, że posiadłeś wgląd w siebie i samopoznanie. Jeżeli nie, wówczas wyższe ja stanowić będzie kontrapunkt dla wartości: dziecko twojej osobowości, i w ten sposób zrównoważy yin i yang w ja dorosłego, który musi działać w realnym świecie.

Połóż się w wygodnej pozycji, tak aby wszystkie części twojego ciała równo spoczywały na podłożu. Zamknij oczy. Uświadom sobie dźwięki, które cię otaczają. Nie daj się im omamić, po prostu bądź ich świadom. W czasie odliczania w myślach „jeden, dwa, trzy, cztery”, swobodnie zrób głęboki i pełen wdech. Zatrzymaj go na czas liczenia do dwóch. Odpręż się i pozwól powietrzu swobodnie opuścić płuca, podczas gdy ty będziesz liczył „jeden, dwa, trzy, cztery”. Zatrzymaj się na wydechu, licząc do dwóch. Ćwiczenie powtórz trzy razy.

Na początku, prędkość odliczania będzie odbiciem stanu twojego umysłu. Później zostanie ono zsynchronizowane z biciem serca. Kiedy zatrzymujesz wdech, nie zaciskaj mięśni gardła; uszkadza to naczynia krwionośne karku i twarzy. Przy wydechu wypuszczaj powietrze, korzystając z hary.

Pomyśl o najbardziej przyjemnych doświadczeniach, które kiedykolwiek przeżyłeś. Zrób trzy głębokie wdechy. Wydychając, za każdym razem licz odwrotnie, od trzech do jednego. Jest to ćwiczenie pogłębiające, które pozwala na utrwalenie stanu medytacyjnego. Ponadto skupia uwagę na oddychaniu, co pomaga ujawnić opisaną przez niektórych bostońskich naukowców „reakcję relaksacyjną” obecną u wszystkich ludzi. Odpręż się we wszystkich częściach ciała. Żaden z dźwięków, które ewentualnie możesz usłyszeć, nie rozprasza twojej kontemplacji. Większość prawdopodobnie popadnie w lekki sen.

Ninja mają swoje powiedzenie: „Każdy ma trzy imiona: jedno — którym został nazwany, jedno — pod którym jest znany i jedno, którego nie dzieli z nikim innym”. Podobnie jest z duchowym sprzymierzeńcem. Podejmując decyzję porozumienia się z nim, możemy działać bez pośpiechu, czekając na wybrany przez niego czas pojawienia się i dopiero później nadać mu imię. Można też nawiązać kontakt z tą specyficzną istotą, wypowiadając wybrane imię.

Powtórz je spokojnie trzy razy. Będzie to twoją osobistą mantrą: nie zdradzaj jej nikomu, gdyż ujawnienie jej może wywołać porównania i krytykę ludzi obdarzonych mniejszą wyobraźnią.

Porozumiewanie się z alter ego, z którym udało nam się skontaktować, przyjąć może wiele form dźwiękowych, wizualnych lub kinestatycznych. Może nawet przyjąć formę telepatii, gdyż jest dialogiem dwóch umysłów.

Kiedy czujesz się samotny, zakłopotany lub potrzebujesz
pomocnej dłoni,
Zamknij oczy i pomyśl o mnie, wypowiedz głośno moje imię,
A przybędę.
Szukaj mnie na niebie letniego dnia,
Nadsłuchuj dźwięków mych kroków na ścieżce,
Podnieś skalę, tam jestem.

Hymn Indian Czejenów

Postscriptum

Nie ma żadnej tajemnicy z wyjątkiem tej zaprzątającej umysł poszukującego.

Zawsze prawdziwi mistrzowie posługiwali się prostymi środkami, które my zwykli śmiertelnicy odczytywaliśmy jako niepojęte. Znają oni różne „sztuczki”, co sprawia, że wydają się tajemniczy. Odpowiednie wykorzystanie tej wiedzy może uczynić z nich wojowników. Znaczy to, że przyjmują odpowiedzialność za swoje czyny. Łatwo jest zabić i zwyciężyć jest łatwo, sztuką jest natomiast przechytrzyć, okazać wolę dokonania czegoś. Lecz brak przebiegłości jest tym, co odróżnia prawdziwego człowieka od bestii człekokształtnej. W królestwie zwierząt każda sytuacja oznacza albo życie, albo śmierć. Jedynie człowiek potrafi dokonać rozróżnienia pomiędzy dobrem a złem, potrafi określić, czy w danej sytuacji musi wykorzystać całą posiadaną moc, aby przeżyć, czy też właśnie ujawniło się zwykłe szaleństwo ego bądź własnego, bądź też innych.

Usposobienie wojownika uwarunkowane jest jednym wielkim oczekiwaniem; czeka on na czas i okoliczności, które poruszą jego wolę. Jest cierpliwy i wyrozumiały. Aby się czymś zająć, do perfekcji doprowadza swoje umiejętności, swoje kung fu (zdolności). Uczy się rozwijać rozumienie samego siebie i innych, wiedząc, że stanowią jedno i są tacy sami. Prawdziwy wojownik jest człowiekiem pokoju walczącym jak dziesięć tygrysów. Jest mistycznym wojownikiem, który, w śmiertelnej ciszy, niezauważenie niszczy nieprzyjaciela. Jest Ninja.

Tak więc może się rozpocząć prawdziwa gra. Wzięcie w niej udziału jest bardzo proste: trzeba jedynie podążać za swą prawdziwą naturą, która istnieje poza iluzjami i złudzeniami. Trzeba doskonalić swój charakter poprzez wewnętrzny wysiłek, trzeba bronić prawdy, przestrzegając zasad moralnych i chroniąc się przed atakiem porywczej odwagi. Wreszcie, trzeba gromadzić dobre uczynki, dobrze wykonując swoje zadania, poszukując i odkrywając nowe wartości oraz nowe warunki, co staje się radością życia. Nie ma oświecenia poza nami. Możemy w grze tej wziąć udział lub ją zignorować. Ona i tak toczy się, bez względu na wszystko.

Skan książki można ściągnąć z linku poniżej
Umysł Ninja – Ashida Kim.pdf