Posts Tagged ‘Tłuszcz’

Czy niektóre diety to „broń masowej zagłady”?

Tytuł oryginalny: Are some diets “mass murder”?
Tłumaczenie: BladyMamut

Richard Smith stwierdza, że od diet o niskiej zawartości tłuszczu do Atkinsa i z powrotem, diety które oparte są kiepskich podstawach odżywczych są czymś w rodzaju globalnego i niekontrolowanego eksperymentu, który może doprowadzić do złych rezultatów.
Richard Smith jest przewodniczącym Patients Know Best [Pacjenci wiedzą najlepiej]
Jean Mayer, jeden z „wielkich” nauki zajmującej się odżywianiem, powiedział w 1965 roku barwnym językiem, którym scharakteryzował spory odnośnie diet, że zalecanie ogółowi ludzi diet w skład których wchodzą tylko węglowodany było „odpowiednikiem masowego mordu.” Przekopałem się przez pięć książek o dietach i kilka kluczowych badań, aby napisać ten artykuł. Mam wrażenie, że oskarżenie o „masowy mord” można skierować do wielu graczy w tej wielkiej grze. W skrócie, śmiałe strategie zostały oparte na kruchych naukowych podstawach, a długoterminowe rezultaty mogą być przerażające.
Przypisywanie choroby lub śmiertelności do diety jest trudne do udowodnienia w naukowy sposób. Skojarzenia są tworze na podstawie badań obserwacyjnych, ale zapisywanie co dokładnie ludzie jedzą jest trudne. Jemy bardzo różnorodne, a czasem możemy zmienić naszą dietę. Następnie próby przekształcenia diety na składniki tłuszczów, węglowodanów i białek są nie rzetelne. Więc, aby powiązać spisaną dietę w krótkim okresie czasu z chorobą, a końcu śmiercią prawdopodobnie kilka dekad później jest nieuchronnie trudne.
Badania interwencyjne są również nierzetelne. W przeciwieństwie do badania medykamentów, gdzie będzie tylko jedna zmienna (przyjmowanie lub nie przyjmowanie medykamentu), badania diety obejmują więcej niż jedną zmienną, na przykład dieta z mniejszą ilością tłuszczu prawdopodobnie oznacza większą ilość przyjmowanych węglowodanów, aby dostarczyć wystarczającą ilości energii. Przestrzeganie zaleceń jest ważnym problemem w badaniach medykamentów, ale znacznie większym problemem w badaniach diet, ponieważ ludziom może być trudno przestrzegać wskazań nieznanej diety. Ponadto, badania są zwykle krótkoterminowe i rzadko kiedy obejmują twarde rezultaty takie jak zdarzenia sercowo-naczyniowe lub zgony.
John Ioannidis, bicz boży na kiepskie biomedyczne podstawy naukowe, wykazała wielką nierzetelność większości badań łączących żywienie z chorobami i śmiertelnością. Być może nie dostrzegamy złożoności relacji pomiędzy dietą i chorobą, kiedy wyłączymy z diety pojedynczy komponent, czy będzie to całkowite usunięcie tłuszczu, tłuszczów nasyconych, tłuszczów trans, cukru lub soli.

Duża tłuszczowa niespodzianka

Zdecydowanie najlepszą z książek jakie przeczytałem, aby napisać ten artykuł jest książka Niny Teicholz The Big Fat Surprise, której podtytuł brzmi „Dlaczego masło, mięso i ser należą do zdrowej diety.” Tytuł, podtytuł i okładka książki są poniżające, ale oratorska rozbiórka hipotezy, że nasycone tłuszcze są przyczyną chorób układu krążenia jest imponująca. Faktycznie książka jest głęboko niepokojąca w odkrywaniu jak przesadnie entuzjastyczni naukowcy, nauka z wątpliwymi podstawami, ogromne konflikty interesów oraz politycznie napędzani decydenci mogą doprowadzić do bardzo szkodliwych błędów. W ciągu 40 lat utwierdziłem się w tym co wiedziałem już od początku, że nauka jest działalnością człowieka, która zawiera błędy, samo oszukiwanie się, pretensjonalność, uprzedzenia, stronniczość, interes własny, okrucieństwo, oszustwo i kradzież, które to są nieodłącznie związane z wszelką działalnością człowieka, ale ta książka mną wstrząsnęła.
Nina Teicholz rozpoczyna swoje badanie od wskazania na Eskimosów, Masajów i lud Samburu z Ugandy, których pierwotnie dieta składała się z 60-80% tłuszczu i nie byli otyli, nie mieli nadciśnienia, ani chorób serca.
Hipoteza, że tłuszcze nasycone w pożywieniu są główną przyczyną chorób układu krążenia jest silnie związana z jednym człowiekiem, jest nim Ancel Benjamin Keys, biolog z Uniwersytetu Minnesota. Był niezwykłym człowiekiem i wielkim sprzedawcą, opisanym przez jego kolegę Henry Blackburna (którego miałem przyjemność poznać) jako „niezwykle inteligentnego”, ale również „szczerego do bólu i bardzo krytycznego.”
Keys przedstawił swoją” hipotezę dieta i jej wpływ na serce” na spotkaniu w Nowym Jorku w 1952 roku, gdy Stany Zjednoczone były u szczytu epidemii chorób serca. W swoim badaniu wskazał na bliski związek między śmiercią z powodu chorób serca i proporcją tłuszczu w diecie u mężczyzn w sześciu krajach (Japonia, Włochy, Anglia i Walia, Australia, Kanada i Stany Zjednoczone). Keys badał kilku mężczyzn i nie miał rzetelnego sposobu monitorowania tego co jedzą badani oraz w przypadku Japończyków i Włochów badał je zaraz po drugiej wojnie światowej, kiedy występowały niedobory żywności. Keys mógł zgromadzić dane z wielu innych krajów i ludzi (kobiet jak i mężczyzn) i użyć bardziej dokładnych metod, ale według sugestii Teicholz, znalazł to co chciał znaleźć. Kolejne badania przeprowadzone przez innych badaczy w 22 krajach wykazały niewielką korelację między ilością zgonów z powodu chorób serca i spożywaniem tłuszczu, a ci autorzy sugerują, że mogą istnieć inne przyczyny w tym tytoń i spożycie cukru.

Tłuszcz kontra cukier

Na spotkaniu Światowej Organizacji Zdrowia w 1955 roku hipoteza Keysa spotkała się z wielką krytyką. W odpowiedzi na tą krytykę zaprojektował tendencyjne Badanie z Siedmiu Krajów, które zostało opublikowane w 1970 roku i wykazało silną korelację pomiędzy tłuszczami nasyconymi (Keys zmienił hipotezę z tłuszczu w ogóle do tłuszczów nasyconych) i zgonami z powodu chorób serca. Keys nie wybrał krajów (takich jak Francja, Niemcy czy Szwajcaria), gdzie korelacja nie wyglądała tak schludnie, a na Krecie i Korfu badał tylko dziewięciu mężczyzn. Krytycy wskazywali, że choć istnieje korelacja pomiędzy krajami, nie było korelacji wewnątrz tych krajów, ani korelacji względem całkowitej śmiertelności. Ponadto, chociaż w badaniu brało udział 12 770 uczestników, żywność którą jedli została określona tylko u 3,9% badanych, a niektóre z tych badań w Grecji odbyły się w czasie Wielkiego Postu, kiedy Grecki Kościół Prawosławny zakazuje spożywania produktów zwierzęcych. Następne badania przeprowadzone przez Keysa opublikowane w 1984 roku wykazały, że różnice w konsumpcji tłuszczów nasyconych nie są w stanie wyjaśnić zmienności śmiertelności z powodu chorób serca.
Analiza danych ze Studium z Siedmiu Krajów w 1999 roku wskazywała wyższą korelację zgonów z powodu chorób serca była z ciastkami i produktami zawierającymi cukier, niż z produktami zwierzęcymi. John Yudkin z Londynu od końca 50-tych sugerował, że cukier może być ważniejszy niż tłuszcz w powstawaniu chorób serca, ale Keys odrzucił jego hipotezę kwitując ją jako „kupę bzdur”. Wielu naukowców było sceptycznych względem hipotezy nasyconych tłuszczów, ale przekonanie, że hipoteza jest prawdziwa została pochwycona przez wiodące jednostki naukowe, polityków i media w USA, krytycy byli stale uciszani, nie tylko poprzez trudności w uzyskaniu finansowania badań poddających w wątpliwość hipotezę Keysa, ale również brak wsparcia finansowego do badania innych hipotez.
Przeprowadzono serię badań interwencyjnych w celu sprawdzenia hipotezy tłuszczowej, ale były one małe, krótkoterminowe i cierpiały na problem jakim były zmiany więcej niż jednej zmiennej jednocześnie. Redakcja Lancet w 1974 roku napisała, że niewiele można było wywnioskować z tych badań. Oczywiście nie dawało to silnego poparcia dla hipotezy nasyconych tłuszczów.
Raport American Heart Association z 1961 roku był pierwszym, który zalecał zastąpienie wielonienasyconych tłuszczów (kukurydzy, olej sojowy) na tłuszcze nasycone, a w późniejszym raporcie z 1970 roku zalecali redukcję tłuszczu w ogóle. W tym czasie E.H. Ahrens, badacz lipidów z Nowego Jorku, którzy wierzył, że węglowodany były ważniejsze niż tłuszcz w powodowaniu chorób serca, obawiał się, że rozpowszechnienie diety z niską zawartością tłuszczu może doprowadzić do wzrostu otyłości i chorób przewlekłych.
Teicholz wyjaśnia, jak poprzez polityczny proces tłuszczowa hipoteza doprowadziła do masowej zmiany diety w Stanach Zjednoczonych, a następnie na arenie międzynarodowej. Nick Mottern członek Kongresu, napisał raport w którym zalecał zmniejszenie ilości spożywanego tłuszczu z 40% do 30% zapotrzebowania energetycznego, tłuszcze nasycone ograniczyć do 10%, a ilość spożywanych węglowodanów zwiększyć do 55-60%. Zalecenia te przeszły do Rekomendacji Żywieniowych dla Amerykanów, które zostały opublikowane po raz pierwszy w 1980 roku.

Potężne grupy nacisku

Można było spodziewać się, że potężne lobby amerykańskiego przemysłu mięsnego i mlecznego sprzeciwi się tym wytycznym i tak zrobiło, ale nie dali rady przeciwstawić się dużym producentom żywności takim jak General Foods, Quaker Oats, Heinz, National Biscuit Company oraz Corn Product Refining Corporation, które były zarówno mocniejsze jak i bardziej subtelne. W 1941 roku założyli Nutrition Foundation, która nawiązywała współpracę z naukowcami i wspierali finansowo zarówno konferencje jak i badania dotyczące składników odżywczych, było to w czasach zanim rozpoczęto finansowanie takich badań z publicznych pieniędzy.
Pomimo utrzymujących się wątpliwości, stało się i nadal jest globalną ortodoksją to, że tłuszcze nasycone są istotną przyczyną chorób układu krążenia oraz tym, że ludzie powinni jeść niewiele tłuszczu. Największy sprawdzian hipotezy dotyczącej nasyconych tłuszczów nadszedł z Women Health Initiative do którego zakwalifikowano 49 000 kobiet przed menopauzą w kontrolowanym eksperymencie na diecie nisko tłuszczowej, które kosztowało 725 milionów dolarów (£ 460 mln, €580 mln). Kobiety brały udział w tym badaniu przez 10 lat, a w tym czasie skutecznie udało się zmniejszyć ich całkowite spożycie tłuszczu z 37% do 29% zapotrzebowania energetycznego oraz obniżyć ilość tłuszczów nasyconych z 12,4% do 9,5%. W porównaniu z grupą kontrolną nie odnotowano zmniejszenia ilości chorób serca, udarów mózgu, ani utraty wagi.
W 2008 roku Food and Agriculture Organization zrobiła przegląd tego badania i stwierdziła, że „nie ma prawdopodobnych lub przekonujących dowodów”, że wysoki poziom tłuszczu w diecie powoduje choroby serca. W 2012 roku Cochrane zrobił przegląd 24 porównań wśród 65 508 uczestników badań i nie stwierdził żadnych korzyści płynących z całkowitej redukcji tłuszczu jak również brak wpływu na układ sercowo-naczyniowy oraz całkowitą śmiertelność. Odnotowano niewielkie zmniejszenie (ryzyko względne 0,86 (95% przedział ufności 0,77 do 0,96)) w przypadkach sercowo-naczyniowych tylko u mężczyzn.
Uznając, że hipoteza tłuszczowa rozpada się, niektórzy naukowcy, a zwłaszcza Walter Willett, profesor epidemiologii na Uniwersytecie Harvarda (którego również poznałem), rozpoczął promowanie diety śródziemnomorskiej, którą można spotkać w wielu wariantach, ale jej istotą jest w spożywanie dużej ilości owoców i warzyw, chleba i płatków zbożowych (w tym makaron i kuskus), mało mięsa i mleka, za to dużo oliwy z oliwek. Taka dieta jest o wiele przystępniejsza niż dieta nisko tłuszczowa. Połączenie własnych interesów w tym International Olive Oil Council i firmy Oldways zajmującej public reations, która promowała tą dietę, to wszystko razem z naturalną ponętnością regionu Morza Śródziemnego sprawiło, że dieta stała się popularna. Ale jej podstawy naukowe są słabe, jak wykazał przegląd Cochrane’a, a niektóre dowody pochodzą od R.B. Singh, którego badania są podejrzane.

Wzrost i upadek tłuszczów trans

Tłuszcze nasycone takie jak masło, smalec i łój, które są stałe w temperaturze pokojowej, od stuleci były stosowane do produkcji herbatników, ciastek i wielu innych rzeczy, ale kiedy tłuszcze nasycone stały się niedopuszczalne trzeba było znaleźć zamiennik. Od 80-tych lat tym substytutem stały się tłuszcze trans, które nie występują naturalnie w przyrodzie z wyjątkiem niektórych zwierząt przeżuwających, były powszechnie stosowane, a teraz możemy je znaleźć w całym naszym ciałach. Odnośnie tłuszczy trans były wątpliwości od samego początku, a Teicholz pokazuje jak skuteczne były firmy spożywcze w zwalczaniu wszelkich badań, które wskazywały na ryzyko z nimi związane. Holenderskie badanie opublikowane w 1990 roku, zasygnalizowało początek końca dla tłuszczów trans, wskazując, że dieta bogata w te tłuszcze nie tylko prowadzi do podniesionego cholesterolu LDL, ale także obniża poziom cholesterolu HDL. Coś podobnego w USA dla tłuszczy trans zrobił Willett gdy wypowiedział te słowa odnośnie diety śródziemnomorskiej: „Przeprowadzamy eksperyment w całym kraju, który nie jest, ani kontrolowany, ani monitorowany.”
FDA w 2003 roku wezwało do znakowania tłuszczy trans na etykietach, a w 2014 roku wprowadzono zakaz ich stosowania. Wymóg znakowania sygnalizował powolny koniec, kiedy FDA wydało orzeczenie, że około 42 720 przetworzonych produktów żywnościowych w USA zawierało tłuszcze trans. Niemożność powrotu do tłuszczów nasyconych (z powodu głęboko zakorzenionych przekonań, że są złe w połączeniu z dalszym wspieraniem tej idei przez American Heart Association) oznaczało, że producenci żywności musieli znaleźć nowego zastępcę, czyli estryfikowane tłuszcze, które mogą być tak samo złe jak tłuszcze trans. I ponownie będzie to masowy niekontrolowany eksperyment.
Inną konsekwencją hipotezy tłuszczowej jest to, że na całym świecie do diety włączono znacznie więcej węglowodanów w tym cukier i syrop kukurydziany o wysokiej zawartości fruktozy, które są tanie i bardzo słodkie. Jest to „źródło kalorii, ale nie składników odżywczych.” Coraz więcej naukowców uważa, że nadmiar rafinowanych węglowodanów napędza globalną epidemię otyłości, cukrzycy i niezakaźnych chorób. Kwestionują oni idee, że przytyjemy tylko dlatego, że spożywana energia przekracza energię, którą zużywamy, zamiast tego mówią, że węglowodany „wywołują reakcję hormonalną, która prowadzi to tego, że cześć spożytego paliwa zostaje skierowana do przechowywania jako tłuszcz.” Na podstawie tej hipotezy można powiedzieć, że biedni ludzie są otyli (co jest prawdą w wielu społecznościach) nie dlatego, że się przejadają lub są leniwi, ale dlatego, że spożywają duże ilości rafinowanych węglowodanów, które są najtańszym źródłem energii, która powodują, że stają się otyli.

Atkins i Ornish

Myślenie w tym kierunku doprowadziło do diety zalecanej przez amerykańskiego lekarza Roberta Atkinsa, w której drastycznie ograniczone są węglowodany, ale dozwolone są dowolne ilość białka i tłuszczu. Nie jest to nowy pomysł tylko ponownie odkryta dieta promowana przez Williama Bantinga w jego bestsellerowej książce Letter on Corpulence, a porady były powszechnie zalecane przez władze medyczne do lat 50-tych XX wieku. Dieta ta została sprawdzona w badaniu trwającym przynajmniej rok „A to Z Weight Loss Study” na 311 kobietach z nadwagą i otyłością przed menopauzą i została porównana z trzema innymi dietami w tym z dietą promowaną przez innego lekarza z USA Deana Ornisha, której wymogiem było to, aby mniej niż 10% energii pochodziło z nasyconych tłuszczów. Kobiety na diecie Atkinsa straciły na wadze więcej i „doświadczały korzystniejszych ogólnych efektów metabolicznych” w tym spadek ciśnienia rozkurczowego o 4,4 mm Hg w stosunku do kobiet na diecie Ornisha o 2,1 mm Hg.
Czytanie tych książek jak również sięganie do oryginalnych badań było otrzeźwiającym doświadczeniem. Udana próba redukcji tłuszczu zarówno w diecie Amerykanów jak i innych krajach na całym świecie stała się globalnym i niekontrolowanym eksperymentem, który jak wszystkie eksperymenty może również doprowadzić do złych wyników. Co więcej, to zainicjowało to kolejne zestawy niekontrolowanych globalnych eksperymentów, które nadal trwają. Nina Teicholz wykonała niezwykłą pracę analizując to jak słabe podstawy naukowe, silne osobowości, interesy własne i doraźne cele polityczne zainicjowały serię tych eksperymentów. Cytuje ona Nancy Harmon Jenkins, autorkę Książki kucharskiej diety śródziemnomorskiej i jednego z założycieli Oldways mówiących „światowa żywność jest szczególnym łupem konsumpcji, ponieważ tak wiele pieniędzy zarabia się na żywności i tak wiele zależy od tego co mówią i jakie są opinie ekspertów.” Z pewnością już czas na lepszą naukę i pokorę wśród ekspertów.

Reklamy
Przybrać na wadze i wyglądaj lepiej?

Gain Weight, Look Better?
Autor: Chris Sandel
Tłumaczenie: BladyMamut

http://180degreehealth.com/smash-your-bathroom-scale/

 

 

Przybierz na wadze - proporcjaUtrata wagi nie koniecznie prowadzi do lepszego wyglądu. Podobnie jak zyskanie kilogramów nie koniecznie prowadzi do gorszego wyglądu. Wygląd twojego ciała bardziej zależy od proporcji mięśni i tkanki tłuszczowej. W większości wypadków liczba na wadze nie ma związku z dobrym wyglądem, a wielu ludzi wręcz pogarsza swój wygląd poprzez próby utraty wagi. Tak więc waga w najlepszym przypadku jest kiepskim narzędziem. Ale zanim zanurzymy się w temacie, pozmawiajmy o jeszcze ważniejszym powodzie dla którego powinniśmy przestać się regularnie stawać na wadze…

Jesteśmy emocjonalnymi stworzeniami. Większość naszych wyborów nie jest dokonywana przez racjonalną część mózgu, chociaż tak to sobie tłumaczymy przed samym soba. Zamiast tego, nasze decyzje i emocje są determinowane naszym gadzim mózgiem, tą częścią mózgu, którą mamy wspólną z wszystkimi innymi zwierzętami,  a z perspektywy ewolucji, pierwszym regionem mózgu, który się rozwinął.

Jeśli jest jeden instrument, który ma najwięcej władzy nad gadzim mózgiem, to spekuluje, że będzie to waga – urządzenie. Wejście na wagę może zadecydować czy będzie to dla nas dobry czy zły dzień. W naszym racjonalnym umyśle wydaje się to głupie, że kawałek metalu i plastiku na którym wyświetlają cyfry może mieć tak wiele władzy, ale wiesz, że dla wielu ludzi jest to prawdą.

Dziwne jest to, że dla większości ludzi, bez względu na to jaką cyfrę zobaczą na wadze, to będzie zły dzień. Zdecydowałeś się rozpocząć dietę (jakakolwiek jest modna w tym miesiącu) i jesteś na niej już od jakiegoś czasu. Zauważyłeś już pewne zmiany, ale jedynym miarodajnym sposobem czy to naprawde działa jest wejście na wagę. Tak więc przygotowujesz się, wchodzisz na wagę i widzisz jak twoje wysiłki są wynagradzane.

Dalej sytuacją może potoczyć się w kilku kierunkach….

1. Zauważasz, że mniej ważysz, waga jest mniejsza. To prowadzi do pozytywnych emocji i czujesz, że twoja ciężka praca opłaciła się. Ale wiesz, że ma to swoją cenę. Jeśli naprawdę zadręczałeś się ćwiczeniami i ograniczaniem kalorii, zdajesz sobie sprawę, że to teraz będzie twoja nowa rzeczywistość. Tak, straciłeś wagę, ale za jaką cenę? Czujesz się cały czas głodny i zmęczony. Musisz teraz utrzymać to co robiłeś do tej pory, aby gubić kilogramy i zaczynasz się zastanawiać jak długo wytrzymasz.

2. Lub – utrata wagi wzbudza strach. Zawsze chciałeś stracić na wadze i teraz martwisz się co się stanie jeśli nie uda ci się utrzymać tego stanu. Byłeś już wcześniej na różnych dietach i nie utrzymałeś się dłużej na żadnej z nich, dlaczego ta miałaby być inna? Tak więc przyrzekasz sobie pracować ciężej, jeść mniej żeby utrzymać ten efekt. Dzisiaj nie zjesz obiadu, a na kolację przegryziesz lekką przekąskę, żeby tego nie zaprzepaścić.

3. Jeśli stajesz na wadze i widzisz, że twoja waga wzrosła, stajesz przez jeszcze innym dylematem, który zwykle idzie w jednym z dwóch kierunków. Pierwszy – decydujesz, że nie byłeś wystarczająco surowy i musisz ciężej i więcej popracować. Decydujesz się jeść mniej, zmniejszysz ilość zjadanych makroelementów (będą to węglowodany lub tłuszcze) lub dodasz więcej ćwiczeń.

4. Druga opcja – stwierdzasz, że próba utraty wagi zakończyła się porażką i poddajesz się. Pozwalasz sobie na jedzenie wszystkiego co do tej pory było na twojej zakazanej liście. Zamiast jeść normalnie, rzucasz się na jedzenie jak zawodnik w jedzeniu na czas w bufecie – targają tobą emocje jak na kolejce górskiej – zaczynasz od euforii, a kończysz w depresji. Za kilka tygodni kiedy znowu staniesz na wadze podejmiesz decyzję o podjęciu nowej diety i przysięgniesz, że tym razem będzie inaczej. I schemat zaczyna się od nowa.

Mówiąc prawdę, te schematy zachowania mają miejsce gdy ktoś jest lub nie jest na diecie. Kiedy ktoś kto nie był na diecie od lat (lub nigdy) wejdzie na wagę i wynik sprawi, że zacznie myśleć, że może już czas aby zacząć myśleć o przejściu na dietę.

Gdy pracuję z moimi klientami zwykle na początku przybierają na wadze. Żyjemy w społeczeństwie gdzie wielu ludzi liczy kalorie i powszechny jest pogląd że powinni spożywać 1,200 kalorii dziennie. Czasami nie jest to nawet nasza świadoma decyzja, ale jedzenie jest u nas na jednej z ostatnich pozycji – jesteśmy zbyt zajęci innymi rzeczami, omijamy posiłki i nie dostarczamy swojemu ciału adekwatnej liczny kalorii.

Kiedy zaczynam pracę z moimi klientami, zachęcam ich do jedzenia więcej w krótszych odstępach czasu, co sprawia, że zaczyna pojawiać się poprawa – lepiej śpią, mają więcej energii, lepszy nastrój, lepsze trawienie i tak dalej. Ale w jakimś momencie dostaję email zatytułowany „Pomocy! Przybrałem/am na wadze!”, mówiący o tym, że dana osoba stanęła na wadze i zauważyła, że przytyła 2 kg a przecież chciała „stracić na wadze, a nie przytyć!”

Jest takie założenie, że wzrost wagi znaczy, że to co się robi nie działa. Jeśli przybieramy na wadze to dieta musi nie działać, a gdy tracimy kilogramy jesteśmy na drodze do zwycięstwa. Gdy waga wzrasta, pojawia się tendencja do myślenia, że te kilogramy to tylko tłuszcz. „Przytyłam 2 kg, więc mam o 2 kg tłuszczu więcej.” Cóż, nie oto tutaj chodzi. Przyjrzyjmy się różnym opcjom tego czym może być nowa waga:

Przybierz na wadze i wyglądaj dobrze

Tłuszcz… tak, część nowo nabytych kilogramów będzie tłuszczem. To część procesu dochodzenia do siebie i jeśli nie dojadałeś (świadomie lub nieświadomie) twoje ciało odłoży część spożywanego przez ciebie jedzenia jako tłuszcz. W ten sposób twój organizm zachowuje się sensownie – po latach zmagań z małą ilością jedzenia chce mieć odłożony zapas na cięzkie dni. Na początku większość dodatkowego jedzenia odkładane w organizmie jako tłuszcz, ale z czasem to się zmienia, ciało nie czuje już potrzeby zabezpieczania się na ciężkie dni i większość zużywana jest na energię i inne funkcje organizmu. Niestety tego etapu nie da się uniknąć, a ciało potrzebuje przejść przez ten proces, aby poprawiało się zdrowie.
Glikogen – część dodatkowej wagi jest spowodowana zwiększoną ilością glikogenu. Kiedy jesz węglowodany, część z nich jest używana od razu jako źródło energii, a część jest składowana jako szybkie źródło energii na później (glikogen). Glikogen jest składowany w twoich mięśniach i wątrobie do ewentualnego wykorzystania pomiędzy posiłkami oraz w nagłych wypadkach. Kiedy nie dojadasz twoja umiejętność składowania glikogenu jest ograniczona, ale kiedy zaczniesz jeść więcej – zwiększa się. To bardzo ważne ponieważ prowadzi do bardziej stabilnej energii, nastroju oraz pozwala lepiej radzić sobie ze stresem.
Woda – kolejna część składowa nowonabytych kilogramów to woda. Zwiększona ilość wody w organizmie jest spowodowana opisanym wyżej procesem składowana glikogenu w mięśniach, a także naprawą komórek. Ten obrzęk zwykle sam przechodzi po kilku tygodniach, ale może to potrwać dłużej, jeśli istnieją także jakieś hormonalne problemy.
Organy- część nabytych kilogramów jest też spowodowana przebudową tkanki organów. Kiedy jesz mało twoje ciało musi jakoś nadrobić niedobory energetyczne, więc przechodzi na katabolizm i czerpie z tkanki twoich organów, aby mieć jakieś źródło energii. Szczególnie wpływa to na grasicę, która jest głównym kontrolerem naszego systemy immunologicznego – co jest też powodem dlaczego jedzenie niewystarczających ilości jedzenia prowadzi do chorób autoimmunologicznych, nietolerancji pokarmowych oraz ogólnie problemów z odpornością. Poprzez zwiększanie spożywania ilości jedzenia twoje ciało zaczyna odbudowywać te organy i dlatego zwiększa się twoja waga.
Beztłuszczowa tkanka i mięśnie – w ten sam sposób w jaki twoje ciało korzysta z tkanki organów w czasie nagłych wypadkach, robi to samo z beztłuszczową tkanką i mięśniami. Kiedy zaczynasz przyjmować odpowiednią dawkę kalorii, utracona tkanka regeneruje się i przez to dodaje kilogramów na wadze.

Tak więc kiedy wchodzisz na wagę i zauważasz wzrost wagi, nie powinieneś od razu myśleć o złych rzeczach. Często jest to znak, że twoje zdrowie poprawia się, a ciało zaczyna się regenerować. Nawet ludzie którzy uważają siebie za otyłych mogą popatrzyć na siebie i poczuć się o wiele lepiej po przytyciu, tak jak kobieta która przeszła terapię i zmianę diety razem z 180DegreeHealth.

Według Matt, temperatura jej ciała/metabolizm wzrósł z 35,5 stopni Celsiusa do 37,2 stopni, a na sama stwierdziła:
„Moje życie zmieniło się zarówno pod względem fizycznym jak psychicznym. Mogę mieć normalne jedzenie w domu i nie rzucam się na nie, ani nie jem gwałtowanie jak kiedyś, mam energię żeby się ruszać i nie umiem ustać, ani wysiedzieć w jednym miejscu dłużej niż 15 min, nie mam żadnych problemów ze snem, wreszcie zaczęłam ćwiczyć (chociaż wcześniej obiecywałam sobie, że to zrobię przez 2,5 roku na Paleo-diecie), nie mam już suchych ust, ani innych rejonów mojego ciała, moje włosy są gęstsze, mam o wiele lepszy nastrój. Myślałam, że już straciłam poczucie humoru.”

Wyglądać lepiej

Sama waga jest słabym wskaźnikiem tego czy nasza dieta działa czy nie, szczególnie w jej początkowym stadium. Obserwowanie tego czy nasze ciało i związane z nim objawy się poprawiają jest o wiele lepszym sposobem, chociaż nie koniecznie jest to prawdą. Czasami zdarza się, że na początku zdrowienia ludzie nadal czują się niezbyt dobrze.

Zrozumienie tego, że jest to naturalna część procesu jest ważne, ponieważ powstrzymuje nas przed powróceniem do starych nawyków, jeśli nie uzyskujemy rezultatu po kilku tygodniach. Zdrowienie zajmuje trochę czasu (od miesięcy do lat), a nauczenie się bycia cierpliwym jest kluczem do długotrwałych sukcesów.

Samo obserwowanie wagi znaczy jeszcze mniej kiedy nasze ciało naprawdę się regeneruje. Bardzo często nasza waga zwiększa się, podczas gdy w tym samym czasie nasze ciało i jego skład polepszają (mniej tłuszczu w proporcji do beztłuszczowej masy). Jeśli patrzysz tylko na liczbę kg na wadze możesz pomyślisz, że nie idzie ci dobrze, a w rzeczywistości jest odwrotnie – zdjęcia w tym artykule dobrze to ilustrują.

Skoro już wiesz, że stanięcie na wadze powoduje u ciebie  irracjonalny emocjonalny lęk, unikaj tego. W wielu przypadkach sabotuje to ciężką pracę jaką wykonałeś, ponieważ zaczynasz wtedy dbać tylko o wyświetlające się na niej numerki – jedyny miernik tego czy dobrze ci idzie. Z czasem, stanięcie na wadze nie powinno wywoływać u ciebie palpitacji serca. Ale teraz, kiedy tak jest, zamiast walczyć z tą sytuacją po prostu odłóż wagę do szafki i odejdź. Albo ją rozwal lub wyrzuć.

Waga

 

Przemysł spożywczy i uzależniające jedzenie – napisy PL

 

 

Jeśli kiedykolwiek złapałeś się nad tym, że mówisz „nie jestem w stanie dać sobie rady”
kiedy jesz zbyt wiele złego jedzenia, możesz mieć rację.
Wiele osób wkłada dużo pracy upewniając się, że nie przestaniemy jeść.
Nasz reporter zdrowotny odkrył, że to bardzo silnie chroniony sekret przemysłu,
który ma tylko jeden cel – jedzenie, któremu nie można się oprzeć.
Oni próbują zwiększyć swoje udziały w Twoim żołądku
i zwiększyć zysk jaki z tego powodu otrzymują.
Nie mogłam się ruszyć i wolałam raczej leżeć w łóżku jakbym była martwa.
Te firmy bazują na głębokiej, zaawansowanej i czystej nauce,
aby zrozumieć jak mogą uatrakcyjnić swoje jedzenie i stworzyć je bardziej atrakcyjnym dla nas.
Za tym wszystkim stoi nauka,
jogurt tak smakuje w Twoich ustach z jakiegoś konkretnego powodu.
Przemysł żywieniowy bada nawet połączenie między receptorami Twojego jeżyka,
a odpowiadającymi reakcjami chemicznymi w Twoim mózgu.
Rezultat to ostrożnie dobrana mieszanka soli, cukru, tłuszczu i innych substancji chemicznych,
doskonale zaprojektowana tak byś nie mógł zjeść tylko jednego.
Michael Moss poświęcił 4 lata na badanie nauki stojącej za przetworzonym jedzeniem.
Byłem zaskoczony jak wielu najlepszych naukowców pracuje w firmach w tym kraju.
To niesamowite jak wiele matematyki i nauki, analizy wstecznej
i energii oni wkładają w poszukiwania idealnych proporcji tłuszczu, soli i cukru,
by po zjedzeniu ich produktów czuć się tak dobrze.
W trakcie przeszukiwania baz danych dokumentów naukowych oraz patentów przemysłu spożywczego,
odsłaniał się ogrom nauki stojącej za inżynierią żywieniową.
Chemia, fizyka, biologią wszystkie razem pracowały na rzecz stworzenia jedzenia przynoszącego zysk.
Tutaj znajduję się opis ulepszacza smaku serowego bez sera.
Surowce bazowe do tego wykorzystane były tłuszczami i białkami co oznacza,
że zawartość drogiego sera mogła być zredukowana do minimum.
Oni potrafią odtworzyć reakcję chemiczną, która może mieć miejsce w Twoim języku lub aromat.
Mogą symulować smak, czegoś tak naprawdę bez zawartości prawdziwego produktu.
Bruce Bradley wie z pierwszej ręki co dzieje się w przemyśle spożywczym,
były kierownik w wielu dużych firmach spożywczych jest teraz pisarzem i krytykiem tej branży.
Było kilka sytuacji, kiedy czułem się niekomfortowo, a nawet źle z tym co robiłem.
Myślę, że ostatecznie to właśnie była jedna z przyczyn tego, dlaczego opuściłem przemysł spożywczy.
Widziałem problemy jakie występowały w miastach oraz problemy ze zdrowiem,
które narastały, głównie z powodu jedzenia, które spożywamy.
Było to dla mnie trudne, brać na siebie tyle odpowiedzialności za to co robiłem.
Przemysł spożywczy jest wysoce konkurencyjny i nastawiony na zyski.
Michael Moss brał udział w setkach wywiadów zanim skończył swoją książkę.
To było dla mnie jak praca detektywa, przeglądać tysiące stron wewnętrznych dokumentów naukowych,
prosić menadżerów i naukowców, aby odkryli przede mną sekrety tego jak to działa.
To co odkrył to, że przemysł spożywczy spoczywa na trzech filarach.
Sól, cukier i tłuszcz.
To trójca święta wysoko przetworzonego jedzenia,
kiedy oni znajdują idealną proporcję mówią, że
mają punkt rozkoszy dla cukru, usta wypełnione tłuszczem oraz smak soli,
oni wiedza jak stworzyć ich produkt nieodpartym.
Sól, cukier i tłuszcz nie występują razem w naturze.
Naukowcy coraz częściej dowodzą, że wysoko przetworzone jedzenie, może być uzależniające.
Mogę jeść to łyżeczką, albo ręką i myśleć “muszę przestać, muszę przestać”
i po prostu dalej to robię, nie zatrzymuje się.
Na imię Pat i jest uzależniona od jedzenia.
Byłam zdesperowana, kiedy byłam uzależniona od jedzenia i to było naprawdę niszczące,
czułam się bezsilna, zawstydzona i to było okropne.
Jej kuchnia to pole bitwy, a każdy posiłek to wyzwanie musi sobie przypominać,
że dla niej, nawet szczypta cukru, może spowodować, że wróci do tego co było wcześniej.
Widok jedzenia może to rozpocząć, reklamy jedzenia mogą to wyzwolić,
to jedzenie jest tak uzależniające, nawet wygląd jest uzależniający.
Jeżeli chodzi o uzależnionych od jedzenia, długo po tym jak jedzenie przestaje sprawiać nam przyjemność, długo po tym od kiedy jedzenie jest dla nas przykrością, my wciąż nie możemy przestać.
Co z tymi czipsami? To tylko jeden.
To staje się wdrukowane w umysł, przez co bardzo ciężko to pokonać.
Podczas, gdy przemysł nienawidzi słowa “uzależnienie” bardziej niż jakiegokolwiek innego,
badania pokazują, że kiedy osiągają oni idealną ilość tych 3 składników
sprawiają, że „odlatujemy”, biegamy po między sklepowymi półkami, jemy więcej,
więcej kupować, a firmy dzięki temu zarabiają więcej.
Francis Mcglown jest neurologiem,
jako element badań dla BBC włożył on brytyjskiego szefa kuchni do tomografu
i karmił go chili, każda kropla, która lądowała na języku
powodowała uwolnienie się w mózgu substancji chemicznych sprawiających dobre samopoczucie.
Konsekwencją tego słabego poziomu bólu, było wyzwalanie się naturalnych opioidów wewnątrz mózgu.
Francis Mcglown był jednym z pierwszych naukowców pracujących dla przemysłu żywieniowego,
spędził 10 lat, wykonując badania dla firmy UNILEVER,
jednej z największych na świecie firm zajmujących się przemysłem spożywczym.
Jako neurolog miałem możliwość wglądu w mechanizm preferencji dotyczących różnych rodzajów jedzenia.
Używając neurologii, Unilever doprowadził do artykułów np. o takim tytule “Jak lody łaskoczą Twój mózg”.
Tylko jedna łyżeczka aktywuję receptory szczęścia Twojego mózgu, co zostało odkryte podczas badań klinicznych.
Usta to kolejna część ciała, która fascynuję naukowców,
sposób w jaki jedzenie kruszy się pomiędzy zębami, siła nacisku szczęki, dźwięk chrupania.
Częściowo to hałas, wzmocniony tym, że Twoje szczęki łączą się z uchem
i naprawdę słyszysz to chrupanie dosyć głośno gdy gryziesz.
To także częściowo związane z umysłem, chrupanie przypomina Ci o tym, że jesz i kieruje tam Twoją uwagę.
Chris Looker jest konsultantem przemysłu żywieniowego, pomaga firmom wprowadzać produkty,
które on nazywa “mourish” (przymiotnik od słowa more – więcej) innymi słowy, takimi, które przekonają Cię, żebyś chciał więcej.
Oni chcą, żebyś zaraz po zjedzeniu jednego, masz sięgnąć po następny
i często osiągają to za pomocą bardzo intensywnego smaku,
który czujesz na początku języka, ten smak bardzo szybko mija
i zanim zdążysz opróżnić usta, znów smaku. który utraciłeś.
Kształt jedzenia również jest ważny,
czekolada nie powinna mieć ostrych krawędzi.
Chcemy, żeby czekolada była naprawdę wygodna, żeby była miłym, relaksującym doświadczeniem,
roztapianie jest naprawdę delikatnym doświadczeniem.
Ostre końce psuły by to doświadczenie i zmuszały jedzącego do pogryzienia zanim by się roztopiła.
Naukowcy żywieniowi wiedzą co zmusza mózg do zaprzestania jedzenia i nazywają to sytością sensoryczną.
Określenie to oznacza, że jeśli jedzenie ma jeden wyraźny smak,
będzie on dla nas bardzo przyjemny na początku, ale później zaczniemy się nim szybko męczyć.
Dlatego też firmy wkładają naprawdę wiele wysiłku w to,
żeby ich jedzenie było nie tylko pomieszane, ale naprawdę dobrze wymieszane.
Dlaczego nie możesz poprzestać jedzenia tylko na jednym?
Nazywa się to “Znikającą Gęstością Kaloryczną”
To co nazywamy tym określeniem odnosi się na przykład do Cheetosów,
które rozpuszczają się w Twoich ustach i mózg uznaje,
że kalorię zniknęły i zjesz znacznie więcej
zanim mózg wyśle Ci sygnał “Hej, zjadłeś wystarczająco”.
Witajcie w laboratorium badań nad zmysłami w Uniwersytecie Gwel.
Uczymy tutaj studentów jak tworzyć testy związane z odbieraniem zmysłów,
nauczamy ich podstaw tego jak robić badania dotyczące oceniania wartości sygnałów zmysłowych,
gdyż nie jest to tak proste jak jedzenie jedzenia.
Próbujemy różnych składników, żeby sprawdzić, które z nich są preferowane lub akceptowane przez ludzi.
W tym przypadku, różne poziomy sodu. Który Ci smakuje bardziej?
Wolę ten drugi, bardziej słony.
Bardziej słony? Tak bardziej słony.
Ponieważ te produkty muszą być w stanie wytrzymać na półce miesiącami,
wiele składników nie ma nic wspólnego ze smakiem,
ale są składnikami konserwującymi lub innymi substancjami chemicznymi,
które są odpowiedzialne za wygląd i strukturę,
a wiele z nich znane jako ulepszacze mają oszukać mózg,
by dać smak czegoś czego tam nie ma.
Ogromne ilości pieniędzy wydawane są na to, żeby wytworzyć produkty, które smakują i pachną realistycznie,
ale w rzeczywista ilość tych składników jest znikoma.
Ponieważ bez ulepszenia smaku, nikt by tego nie zjadł.
Smakowały by okropnie, po prostu wziąłbyś jednego i wypluł.
Jedna z firm wyprodukowała specjalną serię krakersów bez soli dla Michaela, żeby mógł ich spróbować.
Było to naprawdę okropne przeżycie,
normalnie mogę jeść Cheez-IT cały dzień bez przerwy,
bez soli nie mogłem ich nawet przełknąć.
Wycieczka po sklepie spożywczym pokazała nam, że coś się zmienia,
ciastka mają deklaracje o zdrowiu, czipsy są z pełnego ziarna i mają błonnik.
Jeśli przemysł spożywczy znajdzie sposób, żeby je rozreklamować i zarobić na nich pieniądze,
jestem pewien, że to zrobią, ale jeśli w długim okresie czasu,
ma to zmniejszyć ilość jedzenia jakie sprzedają, nie sądzę by poszli tą drogą.
Więc nawet jeśli mają mniej cukru, soli czy tłuszczu
zawierają prawdziwe owoce, wypiekane są z prawdziwych warzyw i tak wrócisz po więcej.
Przemysł żywieniowy zależy od tego.

Co odpowiada za naszą nadwagę?

Fragment książki  „Dlaczego tyjemy i jak sobie z tym poradzić” – Gary Taubes

http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/2290/Dlaczego-tyjemy—Gary-Taubes

 

.
Pora zakasać rękawy i zabrać się do roboty. Musimy się dowiedzieć, jakie czynniki biologiczne regulują objętość naszej tkanki tłuszczowej. A szczególnie, jak na to wpływa nasz sposób odżywiania, żebyśmy wiedzieli, co robimy nie tak, i jak to zmienić. Inaczej mówiąc, musimy się dowiedzieć, co wpływa na naturę — skąd biorą się predyspozycje do tycia lub szczupłości — i jakie elementy wychowania, sposobu odżywiania i stylu życia można zmodyfikować, aby wpłynąć na te predyspozycje lub je zlikwidować.
Mam zamiar omówić tu pewne podstawy biologii i endokrynologii, dziedzin, które czytelnik może, co zrozumiałe, uznać za trudne. Mogę tylko obiecać, że jeśli skupi uwagę, dowie się praktycznie wszystkiego, co trzeba wiedzieć o tym, dlaczego ludzie tyją i jak z tym walczyć.
Nauka, o którą mi chodzi, została opracowana przez badaczy między latami dwudziestymi a osiemdziesiątymi XX wieku. Nigdy nie była szczególnie kontrowersyjna. Jednak problem w tym (jak mam nadzieję, udało mi się wyjaśnić), że „autorytety” w dziedzinie otyłości, nawet nie psychologowie ani psychiatrzy, uznały, że znają przyczyny tycia: nadmiar jedzenia i siedzący tryb życia. W rezultacie nic innego nie miało dla nich znaczenia, łącznie z nauką o tym, w jaki sposób magazynowana jest tkanka tłuszczowa. Albo ją ignorowali, albo odrzucali, bo nie podobały im się jej implikacje (które omówię później). Choć autorytety chowają głowę w piasek, regulacja zasobów naszej tkanki tłuszczowej jest niesłychanie ważna. Zależy od niej to, czy tyjemy, czy jesteśmy szczupli.

Proste pytanie: Po co w ogóle organizm magazynuje tłuszcz? Jaki jest tego powód? Owszem, tłuszcz częściowo zapewnia nam izolację cieplną, tworzy też wyściółkę chroniącą delikatniejsze struktury wewnątrz ciała, ale co z resztą? Na przykład z tłuszczem wokół talii?
Eksperci zwykle uważają, że magazyn tłuszczu działa jak rodzaj długoterminowego rachunku oszczędnościowego — jak konto emerytalne, do którego można sięgnąć jedynie w największej potrzebie. Polega to na tym, że organizm pobiera nadmiar kalorii, odkłada je w postaci tłuszczu, utrzymuje w tkance tłuszczowej, aż któregoś dnia okaże się, że organizm jest niedożywiony (ponieważ człowiek jest na diecie albo ćwiczy, a może znalazł się na bezludnej wyspie), na tyle, że ten tłuszcz jest mobilizowany. Wówczas używamy go jako paliwa.
Jednak od lat trzydziestych XX wieku wiadomo, że tej koncepcji daleko do precyzji. Tak się składa, że tłuszcz bezustannie wypływa z komórek tłuszczowych i krąży w ciele, żeby móc być wykorzystywany jako paliwo, a jeśli to nie nastąpi, wraca do komórek tłuszczowych. Dzieje się tak niezależnie od tego, czy niedawno coś jedliśmy, czy też ćwiczyli-śmy. W roku 1948, po tym jak zjawisko to zostało szczegółowo zbadane, Ernst Wertheimer, niemiecki biochemik, który wyemigrował do Izraela, uważany za „ojca metabolizmu tłuszczu”, ujął to w ten sposób:

„Mobilizacja i odkładanie się tłuszczu odbywa się bezustannie, bez względu na stan odżywienia zwierzęcia” .

W ciągu doby tłuszcz z komórek tłuszczowych dostarcza znacznej porcji paliwa, które komórki spalają, aby mieć energię. Dietetycy lubią myśleć (i chętnie nam o tym mówią), że węglowodany są paliwem preferowanym przez organizm (co jest nieprawdą), ponieważ komórki spalają najpierw węglo-wodany, a dopiero potem tłuszcz. Robią tak, ponieważ w ten sposób organizm kontroluje poziom cukru we krwi po posiłku. A jeśli ktoś zjada dużo węglowodanów, jak większość ludzi, komórki muszą spalić dużo węglowodanów, zanim przejdą do tłuszczu.
Wyobraźmy sobie, że jemy posiłek, który — jak większość posiłków — zawiera zarówno węglowodany, jak i tłuszcz. Podczas trawienia tłuszczu organizm wysyła go bezpośrednio do komórek tłuszczowych, do zmagazynowania. Przyjmijmy, że tłuszcz jest chwilowo odkładany na bok, podczas gdy organizm zajmuje się węglowodanami. Gdy węglowodany ulegają trawieniu, pojawiają się w krwiobiegu w formie glukozy, czyli popularnie mówiąc — cukru. (Węglowodan o nazwie fruktoza to wyjątkowy przypadek, który omówię) później). Komórki całego ciała spalają glukozę, żeby mieć paliwo, i uzupełniają nią jego zapasy, ale nie mogą nadążyć za tą rosnącą falą cukru we krwi, chyba że cos’ przyjdzie im z pomocą.
I tu wkracza na scenę hormon o nazwie insulina. Insulina odgrywa wiele ról w organizmie, ale zasadniczą jej funkcją jest kontrolowanie cukru we krwi. Insulina wydziela się (z trzustki), jeszcze zanim zaczynamy jeść — stymuluje ją samo myślenie o jedzeniu. To odruch warunkowy. Zachodzi bez udziału świadomości. Insulina przygotowuje ciało na posiłek. Przy pierwszych kęsach wydziela się więcej insuliny, a gdy glukoza z posiłku zaczyna zalewać krwiobieg, jeszcze j więcej.
Wtedy insulina sygnalizuje komórkom w całym ciele, żeby zwiększyły tempo pompowania glukozy z krwiobiegu. Komórki, jak mówiłem wcześniej, spalają część tej glukozy, li żeby natychmiast otrzymać energię i odłożyć do wykorzy-stania na później. Komórki mięśniowe magazynują glukozę w formie cząsteczki zwanej glikogenem. Komórki wątroby odkładają część jako glikogen, część zamieniają w tłuszcz. | A komórki tłuszczowe magazynują ją jako tłuszcz.
Gdy zaczyna spadać poziom cukru we krwi, a tym samym spada poziom insuliny, tkanka tłuszczowa uwalnia (a przynajmniej powinna uwalniać) coraz więcej tłuszczu odłożonego podczas posiłku, żeby zwiększyć wydajność. Część tego tłuszczu pochodzi z węglowodanów, a część z tłuszczu spożywczego, ale gdy już znajdą się zmagazynowane w komórkach tłuszczowych, są nie do odróżnienia. Im więcej czasu mija od posiłku, tym więcej spalamy tłuszczu, a mniej glukozy. Powodem, dla którego udaje nam się przespać całą noc (a przynajmniej powinno tak być), nie budząc się co kilka godzin, żeby robić nalot na lodówkę, jest to, że tłuszcz uwalniający się z tkanki tłuszczowej utrzymuje zapas paliwa w komórkach aż do rana.

Tkankę tłuszczową powinniśmy zatem postrzegać bardziej jako portfel niż rachunek oszczędnościowy czy emerytalny. Wciąż wkładamy do niej tłuszcz i wciąż wyjmujemy. W czasie posiłku i po nim stajemy się odrobinę grubsi (więcej tłuszczu dostaje się do komórek tłuszczowych niż z nich wychodzi), a po strawieniu posiłku nieznacznie chudniemy (zachodzi zjawisko odwrotne). A gdy śpimy, chudniemy jeszcze bardziej. W idealnym świecie, w którym w ogóle by się nie tyło, kalorie magazynowane jako tłuszcz tuż po posiłku, w ciągu dnia z czasem równoważone byłyby przez kalorie spalane jako tłuszcz po strawieniu posiłków w nocy.
Można na to spojrzeć też tak, że komórki tłuszczowe pełnią funkcję zabezpieczenia. Zapewniają miejsce na skonsumowane kalorie, żebyśmy nie zużyli ich od razu, a następnie wypuszczają je z powrotem do krwiobiegu, gdy ich potrzebujemy. Dopiero gdy zapasy tłuszczu kurczą się do minimalnej ilości, zaczynamy czuć się znów głodni i mamy motywację do jedzenia. Na początku lat sześćdziesiątych szwajcarski fizjolog Albert Renold, który był zwolennikiem Ernsta Wertheimera jako wybitnego naukowca w dziedzinie metabolizmu tłuszczu, ujął to w ten sposób:

„Nasza tkanka tłuszczowa jest głównym terenem aktywnej regulacji magazynowania i mobilizowania energii, jednym z podstawowych mechanizmów kontroli, odpowiedzialnych za przetrwanie każdego organizmu”.

Fakt, że tłuszcz przez cały dzień wpływa do naszych ko-mórek i z nich wypływa, nie wyjaśnia jednak, w jaki sposób komórki decydują, który tłuszcz ma być w ruchu, a który nie ma wyboru i zostaje zamknięty w środku. Decyzja ta zależy od prostej rzeczy — postaci tłuszczu. W naszym organizmie tłuszcz występuje w dwóch postaciach pełniących różne funkcje. Tłuszcz wpływa do komórek i wypływa z nich w formie cząsteczek zwanych kwasami tłuszczowymi; tłuszcz w tej postaci spalamy, by uzyskać energię. Magazynujemy tłuszcz w postaci cząsteczek zwanych trójglicerydami, które składają się z trzech kwasów tłuszczowych („trój-„) związanych razem cząsteczką glicerolu („-glicerydy”).
Przyczyna takiego rozdania ról jest znów zaskakująco prosta: trójglicerydy są zbyt duże, by przepływać przez błonę, która otacza każdą komórkę tłuszczową, natomiast kwasy tłuszczowe są na tyle małe, że przedostają się przez tę błonę stosunkowo łatwo. Pływając przez cały dzień tam i z powrotem, do komórek i z komórek, mogą być spalane w celu uzyskania paliwa-energii, gdy tylko zajdzie taka potrzeba. To w postaci trójglicerydów tłuszcz jest wiązany w komórkach tłuszczowych, magazynowany do wykorzystania na później. Z tej przyczyny trójglicerydy muszą najpierw zostać zbudowane wewnątrz komórki tłuszczowej (fachowo mówiąc — „estryfikowane”) ze składowych kwasów tłuszczowych.

Kwasy tłuszczowe
Kwasy tłuszczowe są na tyle małe, że przedostają się przez błonę komórki tłuszczowej. Wewnątrz komórki tłuszczowej kwasy tłuszczowe są wiązane jako trójglicerydy, cząsteczki za duże, żeby przejść przez błonę komórkową. W tej postaci magazynujemy tłuszcz.

Gdy jakiś kwas tłuszczowy wpływa do komórki tłuszczowej (lub gdy jest od zera tworzony w tej komórce, z glukozy), wiąże się z cząsteczką glicerolu i dwoma innymi kwasami tłuszczowymi, tak powstaje trójgliceryd, cząsteczka zbyt duża, by się teraz wydostać z komórki tłuszczowej. Trzy kwasy tłuszczowe zostają uwięzione w komórce tłuszczowej, aż trójgliceryd zostanie rozłożony na części lub się rozpadnie; wtedy mogą znowu wypłynąć z komórki i wpłynąć z powrotem do krwiobiegu. Każdy, kto kiedykolwiek kupił jakiś mebel i zorientował się, że jest on za duży, żeby przejść przez drzwi pomieszczenia, w którym ma stać, wie, co należy robić. Rozmontowuje się mebel, przenosi jego elementy przez drzwi, a następnie ponownie składa mebel. A jeśli się przeprowadzamy i chcemy zabrać ze sobą ten mebel do nowego domu, powtarzamy proces w odwrotnej kolejności.

W rezultacie wszystko, co sprzyja przepływowi kwasów tłuszczowych do komórek tłuszczowych, gdzie mogą być wiązane w trójglicerydy, sprzyja magazynowaniu tłuszczu i sprawia, że tyjemy. Natomiast wszystko, co pomaga rozbić trójglicerydy na składowe kwasy tłuszczowe, żeby kwasy mogły wydostać się z komórek tłuszczowych, sprzyja chudnięciu. Jak wykazał Edwin Astwood pół wieku temu, w tych procesach biorą udział dziesiątki hormonów i enzymów, które mogą przecież czasem gorzej działać, tak że zbyt dużo tłuszczu będzie dostawać się do wewnątrz, a za mało wydostawać na zewnątrz.
Jeden hormon dominuje w tym procesie, a jest to insulina. Astwood zauważył to niemal pięćdziesiąt lat temu, i nikt nigdy tego twierdzenia nie kwestionował. Jak już powiedziałem, organizm wydziela insulinę głównie w reakcji na spożywane węglowodany; robi to zasadniczo po to, by utrzymywać poziom cukru we krwi pod kontrolą . Insulina jednak równocześnie „organizuje” magazynowanie i wykorzystywanie tłuszczu i białka. Pilnuje, na przykład, żeby nasze mięśnie dostawały wystarczająco dużo białka, potrzebnego do wszel-kich „remontów”, i żeby organizm magazynował dość paliwa (glikogenu, tłuszczu i białka), by skutecznie funkcjonować między posiłkami. A ponieważ jedynym miejscem, gdzie magazynujemy paliwo dla organizmu do późniejszego wykorzystania, jest tkanka tłuszczowa, insulina staje się „głównym regulatorem metabolizmu tłuszczu”, jak ujęli to w roku 1965 Salomon Berson i Rosalyn Yalow, naukowcy, którzy wynaleźli sposób pomiaru stężenia hormonów we krwi i przeprowadzili wiele stosownych badań. (Yalow później otrzymała Nagrodę Nobla za tę pracę. Berson z pewnością również zostałby jej laureatem, jednak zmarł, zanim nagroda została przyznana).

Insulina działa głównie za pomocą dwóch enzymów. Pierwszym jest LPL, lipaza lipoproteinowa, enzym, o którym wspominałem wcześniej, gdy mówiliśmy, że szczury tyją, gdy usunie im się jajniki. LPL jest enzymem, który występuje na powierzchni błon różnych komórek, a następnie wychwytuje tłuszcz z krwiobiegu i kieruje do komórek. LPL na powierzchni komórki mięśniowej kieruje tłuszcz do mięśnia, żeby wykorzystać go jako źródło energii. Występując na komórce tłuszczowej, powoduje, że komórka ta robi się tłuściejsza (LPL rozbija trójglicerydy w krwiobiegu na składowe kwasy tłuszczowe, które następnie wpływają do komórki).
LPL udziela prostych odpowiedzi na wiele pytań, które zadałem wcześniej na temat tycia, przede wszystkim na pyta-nia: gdzie i kiedy? Dlaczego kobiety i mężczyźni tyją inaczej? Ponieważ rozmieszczenie LPL jest u nich różne, podobnie jak wpływ hormonów płciowych na LPL.
U mężczyzn działanie LPL jest intensywniejsze w tkance tłuszczowej brzucha, dlatego mężczyźni zazwyczaj tyją w tym miejscu, natomiast słabsze w tkance tłuszczowej zlokalizowanej poniżej pasa. Jednym z powodów, dla których mężczyźni tyją z wiekiem powyżej pasa, jest to, że ich organizm wydziela mniej testosteronu, męskiego hormonu płciowego, a testosteron hamuje wpływ LPL na komórki tłuszczowe brzuszne. Mniej testosteronu oznacza większy wpływ LPL na komórki tłuszczowe brzucha, a więc więcej tłuszczu.

U kobiet LPL oddziałuje silnie na komórki tłuszczowe poniżej talii (dlatego mają one tendencję do tycia w okolicach bioder i pośladków), a słabiej w komórkach tłuszczowych brzucha. Po menopauzie działanie LPL w tłuszczu brzusznym kobiet nadąża za tym u mężczyzn, więc zwykle tyją one nadmiernie również tam. Gdy kobieta zachodzi w ciążę, działanie LPL zwiększa się w jej biodrach i pośladkach; to tam magazynowane są kalorie, których będzie potrzebować później, żeby karmić piersią niemowlę. Więcej tkanki tłuszczowej w tych miejscach zapewnia też przeciwwagę dla ciężaru dziecka, rosnącego z przodu ciała, w łonie kobiety. Po porodzie działanie LPL poniżej pasa zmniejsza się. Kobieta traci nadmiar tłuszczu, a przynajmniej jego większość, za to LPL zaczyna działać intensywniej w brodawkach sutkowych, aby ciało kobiety mogło wykorzystać ten tłuszcz, wytwarzając mleko dla dziecka.

LPL przydaje się też świetnie do wyjaśnienia, dlaczego nie tracimy tłuszczu podczas wysiłku fizycznego. Gdy ćwiczymy, zmniejsza się działanie LPL w naszych komórkach tłuszczowych, a zwiększa w komórkach mięśniowych. Przyspiesza to uwalnianie tłuszczu z tkanki tłuszczowej, tak że możemy spalić go w komórkach mięśniowych, które potrzebują paliwa. Stajemy się odrobinę szczuplejsi. Jak dotąd wszystko w porządku. Gdy jednak skończymy trening, sytuacja się odwraca. Teraz wpływ LPL na komórki mięśni kończy się, a gwałtownie wzrasta w komórkach tłuszczowych, które uzupełniają cały utracony podczas treningu zapas tłuszczu. Znowu tyjemy. (To tłumaczy także, dlaczego po wysiłku fizycznym jesteśmy głodni. Po ćwiczeniach nie tylko nasze mięśnie domagają się białka, żeby uzupełnić i odbudować zapasy, ale odbudowuje się aktywnie również nasz tłuszcz. Reszta organizmu usiłuje zrekompensować ten ubytek energii; tak zwiększa się apetyt).

Ponieważ insulina jest głównym regulatorem metabolizmu tłuszczu, nic dziwnego, że jest głównym regulatorem działania LPL. Insulina pobudza LPL w komórkach tłuszczowych, zwłaszcza na brzuchu; jest to „regulacja LPL w górę”, jak mawiają naukowcy. Im więcej insuliny wydziela organizm, tym większa aktywność LPL w komórkach tłuszczowych, i tym więcej tłuszczu zawracane jest z krwiobiegu do komórek tłuszczowych, żeby tam zostać zmagazynowane. Insulina hamuje też działanie LPL w komórkach mięśniowych, i wtedy nie mają one wielu kwasów tłuszczowych do spalenia. (Insulina daje też sygnał komórkom mięśniowym i innym komórkom ciała, żeby n i e spalały kwasów tłuszczowych, a zamiast tego kontynuowały spalanie cukru z krwi). Czyli gdy kwasy tłuszczowe wydostają się z komórki tłuszczowej, jeśli poziom insuliny akurat jest wysoki, nie zostaną przechwycone przez komórki mięśniowei wykorzystane jako paliwo. Wylądują z powrotem w tkance tłuszczowej

[Oto fachowy opis z wydania Williams Textbook of Endocrinology z 2008 roku: 
„Insulina wpływa [na wysyłanie trójglicerydów do różnych tkanek ciała] poprzez stymulację działania LPL w tkance tłuszczowej”].

Insulina wpływa poza tym na enzym, którego jeszcze nie omawialiśmy — lipazę hormonozależną, HSL. HSL może mieć jeszcze większe znaczenie dla sposobu regulowania przez insulinę ilości tłuszczu, którą magazynujemy. LPL sprawia, że komórki tłuszczowe tyją (a z nimi my), HSL natomiast odchudza komórki tłuszczowe (i nas). Działa wewnątrz komórek tłuszczowych, rozbijając trójglicerydy na ich składowe kwasy tłuszczowe, aby te kwasy mogły dostać się do krwiobiegu. Im aktywniejsza jest HSL, tym więcej tłuszczu organizm uwalnia i może spalać, żeby otrzymać energię, i, oczywiście, tym mniej magazynuje. Insulina hamuje enzym HSL, a więc zapobiega rozbijaniu trójglicerydów wewnątrz komórek tłuszczowych i redukuje do minimum wypływ kwasów tłuszczowych z komórek tłuszczowych. Wystarczy odrobina insuliny, aby zatrzymać HSL i uwięzić tłuszcz w naszych komórkach tłuszczowych. Gdy poziom insuliny wzrasta, choćby nieznacznie, następuje kumulacja tłuszczu w komórkach tłuszczowych.
Insulina uruchamia też w komórkach tłuszczowych mechanizm pompujący glukozę — tak jak to robi w komórkach mięśniowych — co zwiększa ilość glukozy, którą metabolizują komórki tłuszczowe. To z kolei zwiększa ilość cząsteczek glicerolu (produktu metabolizmu glukozy) pływających w komórkach tłuszczowych, które mogą teraz łączyć się z kwasami tłuszczowymi w trójglicerydy, tak że jest możliwość magazynowania większej ilość tłuszczu. Aby zapewnić miejsce na cały ten tłuszcz, insulina tworzy nowe komórki tłuszczowe, na wypadek gdyby te, które już mamy, były zapełnione. Insulina sygnalizuje też komórkom wątroby, żeby nie spalały kwasów tłuszczowych, ale by robiły z nich trójglicerydy i wysyłały z powrotem do tkanki tłuszczowej. Hormon ten powoduje nawet zamianę węglowodanów bezpośrednio na kwasy tłuszczowe w wątrobie i w tkance tłuszczowej, choć w jakim stopniu to się dzieje u ludzi (w odróżnieniu od szczurów laboratoryjnych), jest wciąż kwestią dyskusyjną.
Krótko mówiąc, wszystko, co robi insulina w tym kontekście, ma na celu zwiększenie ilości tłuszczu, który magazynujemy, a zmniejszenie ilości tłuszczu, który spalamy. Z powodu działania insuliny tyjemy.
Spójrzmy, co się dzieje, gdy wzrasta poziom insuliny w całym organizmie. Cukrzycy często tyją, gdy zaczynają terapię insulinową. W jednym z badań opublikowanych w „The New England Journal of Medicine” w roku 2008 chorzy na cukrzycę typu 2 na intensywnej terapii insulinowej przytyli średnio 4 kilo, a niemal jedna trzecia z nich przytyła ponad 10 kg w ciągu trzech i pół roku.
Jako że o poziomie insuliny w krwiobiegu decydują przede wszystkim spożywane węglowodany — ich ilość i jakość, ale o tym za chwilę — to te węglowodany ostatecznie determinują ilość magazynowanego tłuszczu.

A oto jak wygląda łańcuch zdarzeń:
1. Myślimy o zjedzeniu posiłku zawierającego węglowodany.
2. Organizm zaczyna wydzielać insulinę.
3. Insulina wysyła sygnał do komórek tłuszczowych, żeby zatrzymały uwalnianie kwasów tłuszczowych (powstrzymując HSL) i aby pobrały więcej kwasów tłuszczowych z krwiobiegu (przy pomocy LPL).
4. Czujemy się głodni.
5. Zaczynamy jeść.
6. Wydziela się więcej insuliny.
7. Węglowodany są trawione i wchodzą do krwiobiegu] w postaci glukozy, sprawiając, że wzrasta poziom cukru we krwi [ Nie dotyczy to fruktozy, przypadku wyjątkowego, o czym za chwilę.]
8. Organizm wydziela jeszcze więcej insuliny.
9. Tłuszcz z pożywienia jest magazynowany jako trój- ; glicerydy w komórkach tłuszczowych, podobnie jak niektóre węglowodany, zamieniane na tłuszcz w wątrobie.
10. Komórki tłuszczowe „tyją”, a z nimi my.
11. Tłuszcz pozostaje w komórkach tłuszczowych, aż poziom insuliny opadnie.

Jeśli ktoś zapyta, czy o tyciu decydują jakiekolwiek inne hormony, odpowiedź brzmi: właściwie nie, z jednym istotnym wyjątkiem .

Hormony można opisać w uproszczeniu tak, że każą one ciału coś robić — rosnąć i rozwijać się (hormony wzrostu), rozmnażać się (hormony płciowe), uciekać lub walczyć (adrenalina). Dostarczają nam też energii do tych działań. Między innymi dają sygnał naszej tkance tłuszczowej do mobilizowania kwasów tłuszczowych i udostępniania ich jako paliwa.
Na przykład, nasze ciało wydziela adrenalinę w reakcji na zagrożenie. Przygotowuje nas do ucieczki lub walki. Ale gdybyśmy na przykład musieli uciekać przed atakującym lwem, a zabrakłoby nam paliwa, żeby pobiec szybciej niż lew, drapieżnik by nas dopadł. Zatem na widok lwa ciało wydziela adrenalinę, natomiast adrenalina, między innymi, sygnalizuje tkance tłuszczowej, żeby wyrzuciła do krwiobiegu kwasy tłuszczowe, które powinny zapewnić nam energię do ucieczki. W tym sensie każdy hormon poza insuliną działa tak, by uwolnić tłuszcz z naszej tkanki tłuszczowej. Sprawia, że jesteśmy chudsi, przynajmniej chwilowo.
Jednak pozostałym hormonom o wiele trudniej wydostać tłuszcz z naszej tkanki tłuszczowej, jeśli poziom insuliny w krwiobiegu jest podwyższony. Insulina przebija wpływ innych hormonów. Wszystko to wygląda bardzo racjonalnie. Jeśli w otoczeniu jest dużo insuliny, to powinno oznaczać, że mamy dużo węglowodanów do spalenia — że poziom cukru we krwi jest wysoki — więc nie potrzebujemy ani nie chcemy, żeby kwasy tłuszczowe nam przeszkadzały. W rezultacie inne hormony uwalniają tłuszcz z tkanki tłuszczowej tylko wtedy, gdy poziom insuliny jest niski. Inne hormony pobudzają HSL do rozbijania trójglicerydów, ale
HSL jest tak wrażliwa na insulinę, że tamte nie mogą przezwyciężyć jej działania.

Jedynym istotnym wyjątkiem jest kortyzol. To hormon, który wydzielamy w reakcji na stres lub lęk. Zadaniem kortyzolu jest wprowadzenie tłuszczu do naszej tkanki tłuszczowej! oraz wydostanie go. Wprowadza on tłuszcz do środka, stymulując enzym LPL, dokładnie tak jak insulina, i wywołując lub zaostrzając chorobę zwaną „insulinoopornością”, którą omówię w następnym rozdziale. Gdy ktoś jest insulinooporny, jego organizm wydziela więcej insuliny i magazynuje więcej tłuszczu.
Zatem kortyzol sprawia, że magazynujemy tłuszcz zarówno bezpośrednio (poprzez LPL), jak i pośrednio (poprzez! insulinę). Ale z drugiej strony pomaga uwalniać tłuszcz z komórek tłuszczowych, głównie stymulując HSL, podobnie jak i inne hormony. Kortyzol może zatem sprawić, że będziemy i jeszcze grubsi, gdy poziom insuliny jest podwyższony, ale może też sprawić, tak jak każdy inny hormon, że będziemy szczuplejsi, gdy poziom insuliny jest niski. Tym można wyjaśnić, dlaczego niektórzy ludzie, gdy są w stresie, czują lęk lub przygnębienie, jedzą więcej i tyją, a niektórzy wręcz przeciwnie.

Kwestia zasadnicza jest znana ; (i przeważnie ignorowana) od ponad ‚ czterdziestu lat. Jeśli chcemy schudnąć — wydostać tłuszcz z naszych komórek tłuszczowych i spalić go — koniecznie musimy przede wszystkim obniżyć nasz poziom insuliny i wydzielać jej mniej. Yalow i Berson jeszcze w roku 1965 pisali, że uwolnienie tłuszczu z naszych komórek tłuszczowych, a następnie spalenie go w celu uzyskania energii, „wymaga jedynie negatywnego bodźca w postaci niedoboru insuliny”. Jeśli zdołamy sprawić, że nasz poziom insuliny spadnie wystarczająco nisko (bodziec negatywny — niedobór insuliny), możemy spalić tłuszcz. Jeśli nie zdołamy tego zrobić, nie spalimy go. Gdy nasz organizm wydziela insulinę albo gdy poziom insuliny w naszej krwi jest wyjątkowo podwyższony, zmagazynujemy tłuszcz w tkance tłuszczowej. Tak mówi nam nauka.

Wnioski

Wcześniej mówiłem o dobowym cyklu magazynowania i spalania tłuszczu. Przybywa nam go w ciągu dnia, gdy trawimy posiłki (z powodu wpływu węglowodanów na insulinę); pozbywamy się go w godzinach między posiłkami oraz w nocy, gdy śpimy. Sytuacja idealna to taka, gdy tłuszcz, który zyskamy podczas etapów magazynowania, jest równoważony przez ten, który tracimy w fazach spalania. To, co zyskujemy w ciągu dnia, jest spalane w nocy, i to insulina ostatecznie kontroluje ten cykl. Jak już mówiłem, gdy poziom insuliny wzrasta, magazynujemy tłuszcz. Gdy spada, mobilizujemy go i wykorzystujemy jako paliwo.
Z tego wniosek, że wszystko, co sprawia, że organizm wydziela więcej insuliny lub utrzymuje jej podwyższony poziom dłużej, niż przewidziała to natura, wydłuża okresy magazynowania tłuszczu i skraca okresy spalania. Jak wiemy, wynikający z tego brak równowagi — więcej tłuszczu zmagazynowanego, mniej spalanego — może być znikomyi wynosić zaledwie 20 kcal dziennie — i może doprowadzić nas do otyłości w ciągu około dwudziestu lat .

Wydłużając okresy magazynowania tłuszczu na niekorzyść spalania, insulina ma jeszcze inny bezpośredni skutek. Pamiętamy, że w godzinach po posiłku nasze paliwo zależ: od kwasów tłuszczowych, gdy poziom cukru we krwi spada do poziomu sprzed posiłku. Ale insulina hamuje wypływ kwasów tłuszczowych z komórek tłuszczowych; każe innym komórkom w ciele spalać węglowodany. Zatem, gdy cukier we krwi wraca do zdrowego poziomu, potrzebujemy zapasowego źródła energii.
Jeśli utrzymuje się podwyższony poziom insuliny, tłuszcz nie jest dostępny. Nie jest też dostępne białko, które nasze komórki w razie konieczności mogą wykorzystać jako paliwo; insulina między innymi pomaga zatrzymać białko zmagazynowane w mięśniach. Nie możemy również użyć węglowodanów, które odłożyliśmy w wątrobie i tkance mięśniowej, ponieważ insulina także ten zapas trzyma pod kluczem.

W konsekwencji komórkom bardzo brakuje paliwa, a my, całkiem dosłownie, czujemy ich głód. Albo jemy wcześniej niż zazwyczaj, albo więcej, albo i jedno, i drugie. Jak mówiłem wcześniej, wszystko, co powoduje, że tyjemy, przy okazji sprawia, że jemy za dużo. Tak działa insulina.
Tymczasem nasze ciała powiększają się, bo obrastają w tłuszcz, a więc potrzebujemy więcej paliwa. Gdy tyjemy, przybywa nam też mięśni do podtrzymywania tego tłuszczu. (Znowu częściowo dzięki insulinie, która sprawia, że całe spożywane białko jest wykorzystywane do naprawy komórek mięśniowych i narządów i do dodawania tkanki mięśniowej, jeśli to konieczne). Zatem, gdy tyjemy, rośnie nasze zapotrzebowanie na energię, a tym samym również nasz apetyt — zwłaszcza apetyt na węglowodany, ponieważ to jedyny składnik odżywczy, który nasze komórki spalają, żeby otrzymać paliwo, gdy wzrasta poziom insuliny. To błędne koło, którego wolelibyśmy uniknąć. Jeśli mamy predyspozycje do tycia, lubimy jeść potrawy bogate w węglowodany, a one sprawiają, że tyjemy.