Posts Tagged ‘Kapitał’

Fragment z książki Erazma Majewskiego „Nauka o Cywilizacyi IV – Kapitał”

15. O nierówności ludzi.
Jest jedno wielkie złudzenie, ogromna omyłka, podniesiona od dawna do godności zasady, mającej regulować stosunki ludzkie; jest maleńkie słówko, podawane z ust do ust, jako kwintesencja mądrości i humanitaryzmu. Słówko to, brzemienne w nieobliczalne skutki, dopiero na gruncie dokładnego zrozumienia, czem jest dusza ludzka, okazuje się, mirażem i utopią. Brzmi ono równość ludzi. Trudno o większą omyłkę, większe złudzenie, większy fałsz.
Pomijając wiele przyczyn drugorzędnych, które złożyły się na powstanie błędu, możemy wskazać cztery główne źródła jego nadzwyczajnej popularności. Naprzód niezdawanie sobie po dziś dzień sprawy z pytania, czem człowiek różni się od zwierzęcia, następnie czem różni się od dziecka, potrzecie wzniosłe i uzasadnione uczucie miłości bliźniego, które nakazuje widzieć w każdym brata i miłować go, jak siebie samego, wreszcie poczucie istnienia i trwania licznych niesprawiedliwości społecznych.
Z nakazu etycznego, z zasady wielkiej i logicznej w sferze uczucia, oraz z chęci poprawy opłakanych stosunków społecznych, więc potrzeby zniesienia wielu niesprawiedliwych przywilejów, wyrosła w sferze myśli, pozornie jako logiczne następstwo, wcale już nie logiczna dedukcja następująca: skoro wszyscy podobniśmy między sobą jak bracia i siostry, i rzeczywiście bliscy sobie krwią, niby jedna rodzina, skoro mamy się miłować i wspierać, -więc jesteśmy albo musimy być równi.
Dedukcja to z gruntu i pod każdym względem fałszywa. Komuniści sądzą, że sam tylko majątek czyni między ludźmi różnice. Tak nie jest. „Maksyma o równości ludzi jest w całości absurdem”, bo najważniejszą cechą, odróżniającą ludzi od zwierząt jest właśnie niejednakowość funkcjonalna i potencjalna. Nawet z okoliczności, ze wszyscy mamy duszę ludzką, nie płynie jeszcze wniosek, aby te dusze były sobie równe, abyśmy byli jednacy potencjalnie i dynamicznie pod względem gospodarczym i t. d. Nakaz zaś, abyśmy się miłowali, wspierali i byli sobie braćmi, również nie wymaga jeszcze uznania równości, której niema i nie może być.
Dedukcja ta – to tylko skutek płytkiej interpretacji wzniosłych nakazów etycznych, i równie wzniosłych dążeń społecznych do „sprawiedliwego” podziału dóbr, w dziedzinie zaś nauki, to skutek zbyt zoologicznego traktowania człowieka, skutek grubego materializmu.
Rozumowanie naukowe, oparte na świetnych zdobyczach przyrodoznawstwa, pozornie bardzo jest logicz­ne. Człowiek, według pojęć zoologów i materialistów w socjologii, to przecież tylko zwierzę, które dosięgło najwyższego szczebla rozwoju. Ponieważ zaś zwierzęta jednogatunkowe różnią się między sobą w bardzo szczupłych granicach, więc z jakiejże racji zewnętrznie podobni między sobą ludzie mieliby być sobie nierówni? Oto filozofia ewolucjonistów w socjologii, humanistów materialistycznych, którzy żywcem przystosowują do człowieka miarę, używaną z pełnem powodzeniem i z pełną słusznością w przyrodoznawstwie; oto filozofia od podstaw błędna, bo nie dostrzegła, iż wielkie prawo ewolucji, mające zastosowanie do całego świata organizmów – nie wystarcza do tłumaczenia wyjątkowych na ziemi zjawisk świata ludzkiego.
Że tego nie dostrzegli przyrodnicy, dziwić się im nie można. Oni badają świat form widomych, zmysłowych i stosunki, zachodzące wśród tych form, oni badają naturalne formy materii i prostych sił, oni nie podejmują się, wyjaśniania zjawisk społecznych, których charakteru biologicznego nie dostrzegli. Ich metody nie sięgają w skomplikowany świat ducha. Ale humaniści mogliby okazać więcej krytycyzmu oraz niezależności od metod ściśle fizycznych i biologicznych. Mogliby zauważyć już dawniej, że z chwilą zawiązania się mowy i cywilizacji, wystąpiło na ziemi zgolą nowe zjawisko, które nie pozwala już wtłoczyć człowieka, jako indywiduum, w ramy prawa prostej ewolucji na tle czystej przyrody.
Dla zrozumienia człowieka niezbędne jest rachowanie się z jego duszą(umysłem-BladyMamut). Tu trzeba poznać i sformułować dodatkowe prawa, tu bowiem kończy się dziedzina czystego, albo powiedzmy lepiej niższego przyrodoznawstwa, a zaczyna się nowa, dziedzina wyższego przyrodoznawstwa, czyli socyologii albo nauki o cywilizacji. Dziedzina ta ma się tak właśnie do biologii organizmów, jak ta ostatnia do biologii jednokomórkowców, a ta zaś do chemii oraz fizyki.
Wprawdzie spostrzeżono to już od czasów Comte’a, przeczuwano zaś o wiele wcześniej, ale nie wyprowadzono stąd należytych wniosków, psychiczne bowiem władze nasze wciąż uważano za proste funkcje organizmów wolnych, czyli niezależnych wzajem od siebie. Mamy też do dziś systemy ekonomiczne i społeczne, oparte na czystym darwinizmie, na prostej teorii ewolucji, a w skutkach bezsilność naukową tych systemów, zadziwiających płytkością i rozmijaniem się z najbardziej bijącymi w oczy faktami w dziedzinie stosunków społecznych. I nic w tem dziwnego, albowiem naturalne prawa ewolucji są tak samo niedostateczne do wytłumaczenia zjawisk społecznych, czyli zjawisk duchowych, jak prawa chemiczne i fizyczne do wytłumaczenia zjawisk życia. Nie twierdzimy przez to, aby zja­wiska społeczne miały się toczyć wbrew prawom biologicznym, lecz tylko, że proste zastosowanie tych praw do zjawisk społecznych czyli duchowych, nie wystarcza, albowiem w człowieku mamy już do czynienia z więcej niż ogranicznem skomplikowaniem zjawiska życia, dla którego wyrozumienia trzeba formułować dodatkowe prawa, odpowiadające tym skomplikowaniom. Podstawy tedy i argumentów dla tezy o równości ludzi należy szukać wyłącznie w sferze zjawisk społecznych, inter psychicznych, nie zaś biologicznych. Pytam jednak, czy najprostsza obserwacja potwierdza tezę o równości ludzi? Jedynie tylko ciała nasze, będące produktem środowiska naturalnego, są względnie podobne sobie, bo zawdzięczamy je czystej przyrodzie, mianowicie aktom fizjologicznym: zapłodnienia, urodzenia, a następnie rozrastania się ciała pod wpływem żywienia się na tle środowiska naturalnego. Dusze jednak nasze nie są już dziełem czystej przyrody. One rosną i kształtują się w ciałach naszych pod wpływem innego środowiska, pod wpływem „mówionego”, więc pod wpływem otaczających dusz oraz dzieł cywilizacji. Zawdzięczamy je naprzód rodzicom, ale wcale nie jako rodzicielom, lecz jako wychowawcom, następnie najbliższemu otoczeniu, wreszcie wszystkim, z którymi się stykamy bezpośrednio, lub pośrednio. Wpływy społeczne, o których tu mowa, są dla różnych osobników nieskończenie różne, co do tego nie ma wątpliwości, nie może więc i to podlegać żadnej wątpliwości, że niejednakie wpływy wytwarzają z osobników początkowo prawie jednakowych, nieskończenie różne indywidualności. Indywidualności te wykończają się i pogłębiają nadal w znacznej już mierze zależnie od nas samych. Jeżeli prawdą jest, że wiele złego i do­brego zawdzięczamy swoim najbliższym, to drugą prawdą jest i to, żeśmy sami także kowalami własnych losów. Tak więc – chcąc, czy nie chcąc stajemy się w ciągu życia z biegiem lat jakościami coraz bardziej odmiennymi.
Gdyby różnice między nami były obojętne dla nas samych i dla innych, jak również dla bytu i dobrobytu w narodzie, ha, to można by nie zwracać na nie uwagi, jak się nie zwraca uwagi w gromadzie kur lub bydła, na to, że jedne sztuki są białe, inne żółte, szare, pstre lub czarne. Ale nasze różnice są różnicami uzdolnień i funkcyj, więc nie dość je rozróżniać, trzeba je niejednako szacować, bo niosą doniosłe skutki dodatnie lub ujemne dla innych.
Naród, to nagromadzenie do najwyższego stopnia rozmaitych jakości i wielkości, to nie gromada, gdzie wszystkie psyche i wszystkie ciała są niemal jednakowe, gdzie dążności, działalność i charaktery są prawie jednakie. Jeżeli milion osobników zwierzęcych, myszy, czy bawołów, uzmysłowimy sobie pod postacią miliona kulek wielkości grochu, to ze względu na bardzo drobne różnice psychiczne, zachodzące miedzy osobnikami bądź myszy, bądź bawołów, będzie to także milion prawie jednakowych całostek psychicznych i dynamicznych. I dla tego nie ma potrzeby rozróżniać osobników od osobników, bo tu psyche i ciało pokrywają się wzajem. Ale milion ludzi w społeczeństwie, zwłaszcza mocno zaawansowanym w rozwoju, więc zróżnicowaniem, przedstawi nam inny zgoła obraz.
Pod względem cielesnym, zoologicznym – będzie to również milion kulek, dajmy na to wielkości grochu, ale pod względem psychicznym żadna dusza nie będzie odpowiadać rozmiarom ciała. Wszystkie będą większe, tylko niejednakowo większe. Najwięcej ujrzymy drobnych, ale stopniowo będziemy mogli zauważyć wszelkie wielkości, aż do bardzo imponujących rozmiarów kul o parometrowej średnicy, tylko że coraz większych będzie w owym milionie stopniowo coraz mniej.
Gdzież tu równość – choćby ilościowa, albo objętościowa? Niema jej i być nie może.
Lecz „objętość” nie wyczerpuje jeszcze różnic między duszami. W grę wchodzi jeszcze ich jakość. Podobnie, jak w równej objętości skrzynkach może się kryć zawartość bardzo różna, tak dusze, nawet przy równej wielkości nie są sobie równe pod względem dynamicznym i rodzajowym.
Reprezentują one czynniki rozmaitej siły i rozmaitych rodzajów siły. O doniosłości tych różnic żaden obraz zmysłowy nie da już nam należytego wyobrażenia. Dość powiedzieć, że niema na ziemi dwóch dusz zupełnie jednakowych. Ważność zaś społeczna jednych dusz może być o miliony razy większa od ważności innych. Czyż funkcjonowanie tak rozmaitych osobników można nazwać funkcjonowaniem równych sobie całostek, zwłaszcza, gdy niezależnie od ich duchowej wielkości oraz jakości, jedne funkcjonują pełnią swego psychizmu, inne drobną jego częścią, jeszcze zaś inne stoją nieprodukcyjnie? Jeżeli dusze reprezentują bogactwo duchowe, to spostrzec łatwo, że osobniki, cieleśnie równe sobie, są różnej wielkości i różnej jakości bogactwami. Gdy zaś kapitałem jest znowu tylko czynna część bogactwa (rodząca nowe bogactwo którejkolwiek kategorii) to spostrzec łatwo, że osobniki ludzkie bez względu na wysokość bogactwa duchowego, jakie reprezentują – będą różnej wielkości kapitałami społecznymi, a w takim razie nader różnymi wartościami.
Więcej jeszcze! Działalność osobników może być, niezależnie od jej siły czyli doniosłości, dobra lub zła (dodatnia dla innych lub ujemna, czyli pożyteczna lub szkodliwa dla innych), co wywołuje nową skalę różnic. Bez względu już na wielkość dynamiczną osobników – dzielą się oni na dwie kategorie – i doniosłość dynamiczna jednych może rozciągać się poniżej zera na skali społecznej: dobro – zło, – gdy innych powyżej owego punktu neutralnego. Wówczas to, cośmy przed chwilą nazwali wartością dusz będzie poniżej zera wartością ujemną, czyli albo całkowitym brakiem wartości społecznej albo szkodliwością w różnym stopniu, – a tylko co ponad zerem stanie się prawdziwą wartością – ale o różnych rozmiarach jej i rodzajach.
Wiem, że „równość” w socjologii ma znaczenie specjalne równości wobec prawa, – równości prawa do korzystania z „owoców swej pracy”, ale w zastosowaniu tej słusznej zasady tkwi ogromna niejasność, naprzód z powodu zbyt materialistycznego pojmowania „pracy”, następnie z powodu zapominania, że „praca” lub „działalność” osobników bywa pożyteczna lub szkodliwa.
Gdy tylko powiemy sobie, że „praca pracy równa”, wówczas wypadnie przyznać, że i osobniki czynne, t. j. pracujące, są sobie równe zarówno w obowiązkach społecznych, jak w przywilejach, t. j. w prawach do bogactwa społecznego. Wówczas ideałem prawodawcy stanie się jednaki udział wszystkich w bogactwie społecznym, albo równy podział bogactwa między pracujących członków społeczeństwa.
Tak właśnie rozumują i do tego dążą szlachetni marzyciele różnych odcieni, którzy by radzi widzieć jeżeli nie niebo, to już na pewno raj na ziemi i wyobrażają go sobie w idealnie równym uposażeniu wszystkich członków społeczeństwa.
Ale kwestia nie okaże się tak prostą, gdy zważymy, że doniosłość społeczna trudów ludzkich wcale nie by­wa jednakowa, zależy bowiem naprzód od duchowego bogactwa, który osobnik wprowadza w grę, jako czyn­nik twórczy, następnie od sposobu zużytkowania tej potęgi więc na pożytek lub „szkodę” innych. Wówczas ideałem „sprawiedliwości” mógłby być podział bogactwa według rzeczywistego udziału w jego wytwarzaniu, czyli, jak to dawniej określano, według zasługi. Wówczas stosunki musiałyby się układać całkiem inaczej.
Jak jednak powinnyby się układać, tego nikt nie wskazał, gdyż i tu, pomimo rzekomej prostoty zasady: „według zasługi”, natrafiamy na mnóstwo momentów ciemnych, które można w rozmaity sposób tłumaczyć i dochodzić do sprzecznych rezultatów.
Pośród tych wątpliwości, jedno jest faktem niewątpliwym, mianowicie, że materialne bogactwo narodu nie jest rozdzielone ani w prostym stosunku do ilości dusz, ani w proporcjonalnym bądź do wielkości każdej, bądź do wartości czynnej i twórczej. Dwa bogactwa rozłożone są miedzy jednostki zgoła nierównomiernie i bez wzajemnego związku; zachodzą tu wszelkie możliwe kombinacje. Skutkiem tego staje się pewnym, że musi istnieć jakaś ilość osobników, związana z pewną ilością bogactwa w stosunku, żeby się tak wyrazić, naturalnym czy normalnym, albo też „sprawiedliwym”, powyżej jednak rozciąga się kategoria nadmiernie uposażonych, oczywiście, ze szkodą trzeciej kategorii, upośledzonych.
Stosunku normalnego nie znamy – nikt jeszcze nie sformułował zasady, która by odpowiadała koniecznym warunkom ścisłości naukowej, a więc także i idealnej „sprawiedliwości”, skutkiem czego najdonioślejsza może ze wszystkich zasada, będąca centralnym punktem całej ciężkiej „kwestii socjalnej”, sprowadza się właściwie do kwestii racjonalnego rozkładu dwu bogactw (stosunku bogactwa twórczego względem wytwarzanego), czyli do kwestii właściwego stosunku dusz do bogactwa.
Niema już chyba takich, którzy by nie dostrzegali stałego zjawiska, któremu na imię w zwykłej mowie „niesprawiedliwość społeczna”; jedni boleją nad niem, inni radziby je usunąć, lecz tu dopiero zaczynają się trudności, nie tylko wykonania, ale choćby sformułowania zasady kierowniczej. Stosunki ludzkie tak są skomplikowane, tyle może być dowolnych interpretacji, tyle niewiadomych, że sumienny badacz spostrzega, iż brak jeszcze podstawy do reformowania złych stosunków. Reformy zaś, dokonywane na oślep, czy na domysł, byłyby raczej niepewnymi próbami, dokonywanemi na żywym organizmie, niżeli lekarstwem na chorobę niesprawiedliwości społecznej.
Istnieje tedy paląca potrzeba dociekań, ale zarazem konieczność doskonałego spokoju i bezstronności, takiego spokoju, jakby w tych badaniach nie o nasze najżywotniejsze interesy chodziło. Gorączkowe szukanie zaślepia najczęściej, zwłaszcza gdy przedmiot badania skomplikowany, jak nasz, a mieni się, zależnie od obranego, albo z góry już nam narzuconego punktu widzenia.

Fragment książki  „Kapitał” Erazma Majewskiego

http://www.prawia.org/ksiazki/majewski/majewski4f.html

 

Czy korzyść jednych musi się koniecznie opierać na stracie innych?

Gdyby produkty ludzkie były tylko przyrodą, połączoną z poziomą pracą ludzką własną i niczem więcej, wówczas, wobec trudności trafnego oceniania nawet produktów własnej pracy, cóż zaś dopiero produktów cudzych, o których wytwarzaniu słabe mamy pojęcie, rzadko zdarzałyby się zamiany, nie przynoszące straty jednej ze stron. W ogromnej większości przypadków wymiana produktów ludzkiej działalności kończyłaby się, nawet bez złej woli, zyskiem tylko jednej strony, stratą zaś drugiej. Bystrzejszy lub przebieglejszy zyskiwałby najczęściej, słabiej orjentującemu się groziłoby wyczerpanie sił i rychła niemożność prowadzenia wymiany. Korzyść zresztą zamiany zawsze byłaby niewielką. W rezultacie zamiany musiałyby się dokonywać z największa ostrożnością i nieufnością, oraz jedynie w granicach konieczności – a pomimo to nie tylko względna równość posiadania, ale powszechne ubóstwo byłyby stałem i normalnem zjawiskiem bytu społecznego.
Więcej jeszcze. Ponieważ owoce pracowania zawsze byłyby skromne, przeto musieliby pracować wszyscy, prócz dzieci, chorych i starców. W tych warunkach uboższymi musieliby być stale ci, którzy posiadają więcej dzieci, starców lub chorych, zamożniejszymi mogliby być jedynie nieobarczeni takim ciężarem. W rezultacie unikanoby utrzymywania dzieci, postarzałych rodziców i chorych, większość ginęłaby też z braku środków do życia. Próżniacy i niedołęgi nietylko nie byliby cierpiani, ale wogóle nie mieliby dostatecznych podstaw bytu. Utrzymywałaby się też stale znaczna równość posiadania przy bardzo słabym przyroście ludności i okrucieństwie obyczajów.
Znaczniejsze bogactwo byłoby zjawiskiem wprost nieznanem, naprzód dla tego, że dojście do niego byłoby niezmiernie trudne nawet dla bardzo pracowitego i przebiegłego, powtóre, że możnaby się. bogacić tylko zbyt wyraźna krzywdą innych, rychło więc bogaty obudziłby czujność wyzyskiwanych, oraz ich nienawiść, potrzecie, że w takich warunkach bogaty musiałby się wprost ukrywać starannie ze swem bogactwem, co odebrałoby mu większą część racyi bogacenia się, wreszcie, że posiadanie większego bogactwa nie byłoby cierpiane, jako jawne i ciężkie przestępstwo wobec innych.
Takie stosunki, z pewnemi wyjątkami, polegającemi na istnieniu władzy jednostki, nie są rzeczą nieznaną. Życie ludów, pozostających w tak zwanym stanie „dzikości” daje ich obraz dość wierny. Ani się one nadto mnożą, ani jednostki bogacą, rola zaś starców jest nie do pozazdroszczenia. Przyczyna tego wszystkiego w słabej wydajności pracy wszystkich, uwarunkowanej powszechną ciemnotą, powszechną drobnością dusz.
Sam więc fakt, że stosunki społeczne w bardziej rozwiniętych społeczeństwach nigdy nie układały się w wyżej wskazany sposób, dowodzi, że założenie co do natury samej „pracy” musi być nieprawdziwe.
Wiemy już dobrze, w czem ono chybia, lecz aby postępować systematycznie, nie zawadzi podnieść jeszcze raz pytanie: dla czego tak chętnie zamieniamy się własnościami, po co bierzemy od innych, gdy musimy równocześnie dawać? Czy nie prościej byłoby nic nie brać i nic nie dawać?
Nie lękajmy się z powodu tak prostego pytania krążenia w kółko. Powrót nasz do punktu wyjścia wszelkich rozważań ekonomicznych nie będzie rozpoznawaniem tego samego. Nasz temat ma tyle stron, że niepodobna rozpatrzeć wszystkich za jednym zamachem.
Teraz chodzić będzie o uwydatnienie tej właściwości bogactwa, że musi ono krążyć od ludzi do ludzi, albowiem tylko krążenie jego może zaspokajać nasze potrzeby, z drugiej zaś strony chodzi o uwydatnienie, że tylko zamiana pozwala nam brać więcej niż dajemy i to bez krzywdy oddającego. Gdyby inaczej być miało, – mielibyśmy prawo wręcz utrzymywać, że wszelkie zamiany pozbawioneby były sensu.
Wyjaśnienie, że zysk jednych bez krzywdy innych jest normalnem zjawiskiem społecznem, będzie celem niniejszego rozdziału. Przyczyna tak dziwnego zjawiska leży w podstawowych właściwościach duszy i w samej naturze bogactwa.
W tem miejscu musimy przypomnieć (p. rozdz. 2), że bogactwo to nie prosty zapas środków, zaspokajających poziome potrzeby, ale ogromna rozmaitość środków, zaspokajających najrozmaitsze potrzeby, zarówno poziome, jak szczytne.
Gdy raz zjawiła się rozmaitość przedmiotów i potrzeb, musiała się ona koniecznie zwiększać, albowiem nowe przedmioty wywoływały nowe pożądania, nowe zaś pożądania przy niejednakowej psychice osobników i przy niejednakowych środkach, powoływały do istnienia znowu coraz inne przedmioty. Zjawił się łańcuch nieprzerwany przyczyn, przeobrażających się w skutek i skutków, przeobrażających się w przyczyny.
Sztuczne narzędzia pierwotne, ułatwiające zdobywanie albo przeobrażanie płodów natury, poczęły się tu i ówdzie doskonalić pod wpływem doświadczenia, zwiększając niejednakowość osobników nie tylko funkcyonalną, ale poniekąd morfologiczną. Z upływem wieków ludzie stawali się coraz niepodobniejsi do siebie funkcyonalnie, więc i ich dzieła stawały się coraz rozmaitsze.
Pożądamy niekiedy tego, cośmy sobie wyobrazili pomimo, że to nie istnieje, ale najczęściej tego, co istnieje i o czem wiemy, że jest miłe lub użyteczne.
Dzieła więc ludzkie, będące w posiadaniu innych, stają się przedmiotem pożądania wielu tych, którzy nie umieją ich sami sporządzić, ale widzą u innych.
Aby posiąść przedmiot, którego sama przyroda, zwłaszcza kraju, nie dostarcza, a którego nie umiem i nie mam czem zrobić, muszę go dostać od osobnika, który go posiada lub wytwarza.
Najprostszą drogą byłoby wprawdzie odebranie przedmiotu pożądanego, ale to droga pozornie tylko najprostsza, zwłaszcza w stosunkach pierwotnych. Odbieranie pociąga za sobą walkę i ryzyko niepowodzenia, kalectwa lub śmierci, w najlepszym zaś razie odwet. O wiele dogodniejszą drogą jest oddanie wzamian czegoś, czego ktoś pożąda, lub co mu może być użyteczne.
Gdy raz zadzierzgnęła się między osobnikami wymiana dobrowolna, ustaliła się ona rychło jako najłatwiejszy sposób zaspokajania pożądań.
Komplikowanie się przedmiotów użytecznych i potrzeb potoczyło się odtąd niepowstrzymanym pędem i toczy się nadał z rosnącą szybkością.
Ludzie z nieufnych i wrogów – stali się wzajemnie coraz użyteczniejszymi sobie i przestali się unikać właśnie dla tego, że są niejednakowi, że jeden umie to, czego inny nie umie – i że wymieniają między sobą owoce nie tylko swej pracy, ale umiejętności. Dzięki takiej metodzie zaspokajania wzajemnych pożądań, stali się oni jestestwami, które możnaby scharakteryzować najogólniej, jako specyalistów w wytwarzaniu, a (mniej więcej) uniwersalnych w używaniu. Taki jednak ich charakter mógł się wykształcić tylko na skutek niejednakowości duchowej, wcale zaś nie, jak dawniej mniemano, na skutek wymiany usług i wytworów, albowiem sama wymiana jest już skutkiem niejednakowości funkcyonalnej, więc ostatecznie niejednakowości wewnętrznej oraz morfologicznej. Wymiana wydaje nam się tylko skróconą aż do zneutralizowania formą obustronnej grabieży. Ja od ciebie biorę to, co ty masz, twoją własność, którą ja chce posiadać – oto formuła pierwotna obu stron, ukryta na dnie ich dusz. Zamiast zaś brać siłą fizyczną lub podstępem i płacić strata czasu, walką, guzami, zamiast narażać się przy tem na niepewne losy walki oraz na utratę w blizkiej przyszłości tą sama drogą mego własnego dobra, zamiast narażać własne bogactwo i narzędzia pracy na prawdopodobne zniszczenie w procesie odbierania przy systemie grabieży, daję ci odrazu to, co chcesz odemnie wziąć, aby być zaspokojonym, daję ci moją własność. Na tem tle zawiązuje się specyalna postać szczątkowa walki, pozbawiona jednak jej grozy – targ.
Wprawdzie głównym motywem zamiany jest zdobycie przedmiotu użytecznego, którego inaczej nie mogę otrzymać, ale dodatkowym celem jest jeszcze elementarna chęć egoistyczna zapłacenia jak najmniej, czyli zdobycia więcej, niżeli sam dają.
I właśnie ta dążność znajduje pełne zaspokojenie przy większej części wymian i to bez wiedzy zamieniających się. Sama natura ustroju społecznego daje ludziom ten dziwny benefis.
Dla czegóż tranzakcye wymienne nie wymagają tak bardzo dokładnego rachowania się z własną pracą, włożoną w produkt? i dla czego tak wielkie przynoszą one korzyści? Dla tego, że obok materyi, której dostarczyła darmo przyroda i obok własnej pracy producenta, każdy niemal produkt pracy ręcznej zawiera jeszcze w sobie pewną ilość pracy martwych sił przyrody, wprzęgniętej do produkcyi przez tak zwane pospolicie „siły psychiczne”, a właściwie przez strukturę, psychiczną producenta.
Jeżeli więc Paweł zamienił niebacznie owoc 10 godzin pracy własnej na owoc 7-miu godzin pracy Gawła, to, powierzchownie biorąc, tranzakcya dała Pawiowi dotkliwą stratę trzech godzin jego pracy, w gruncie jednak rzeczy stosunek ten może się przedstawiać wcale nie tak źle. Najczęściej, mimo tak niekorzystnego wyniku, żadna ze stron nie tylko nic nie traci, ale obie dużo zyskują. Aby to dostrzedz, trzeba wprowadzić do rachunku pracę ludzką oszczędzoną w produkcyi umiejętnej.

Wyobraźmy sobie, że Paweł i Gaweł zamienili się wytworami, sporządzonemi przez każdego z nich osobiście, ale przy pomocy niejednakowych narzędzi sztucznych. Wówczas Paweł oddał owoc 10-godzinnej pracy własnej, ale dokonywanej przy pomocy narzędzi stale używanych oraz wprawy osobistej, które mu oszczędziły dajmy na to 30 godzin pracy. Oddał on tedy za wyrób cudzy ekwiwalent 40 godzi n pracy własnej bez narzędzi.
Gaweł znowu oddał owoc 7 godzin pracy własnej, ale narzędzia jego i wprawa oszczędziły mu przytem 25 godzin pracy, oddał więc ekwiwalent 32 godzin pracy własnej bez narzędzi. Gdy uwzględnimy . ostatnie cyfry, to okaże się, że Paweł nie tylko nie stracił 3 godzin pracy, lecz nawet trzykrotnie zyskał, gdyż za 10 godzin pracy własnej otrzymał przedmiot, mający dla niego osobiście wartość co najmniej 32 godzin pracy.
Tranzakcya przedstawia się tedy, jak następuje:
Paweł wydał 10 godzin pracy za rzecz, któraby go kosztowała co najmniej 32 godzin pracy. Zyskał więc 22 godzin pracy własnej.
Gaweł wydał 7 godzin pracy za rzecz, któraby go kosztowała co najmniej 40 godzin pracy. Zyskał 33 godzin.
Paweł stracił pozornie 3 godziny, rzeczywiście jednak zyskał co najmniej 22 godzin.
Gaweł zyskał pozornie 3 godziny, naprawdę zaś zyskał co najmniej 33 godzin.
Zysk obu wprawdzie bardzo jest nierówny, ale o rzeczywistej stracie nie może być nawet mowy.
Zamiana mogłaby się odbyć jeszcze niekorzystniej dla Pawła, np. mógłby on wydać nie 10, ale nawet 30 godzin pracy własnej, i jeszcze nie straciłby na czysto, albowiem zostałoby mu 2 godziny własnej pracy oszczędzonej. Jedynie zysk jego byłby znacznie mniejszy od zysku Gawła.
Wyraziliśmy się tutaj, że Paweł dostał przedmiot, mający dlań wartość co najmniej 32 godzin pracy. Wypada powiedzieć, co ma za znaczenie słówko „co najmniej”. Otóż Gaweł oszczędził samemu sobie 25 godzin pracy, gdy wkładał własnej tylko 7 w przedmiot, oddany Pawłowi. Pawłowi oszczędził on niewątpliwie jeszcze znacznie więcej. Gdyby bowiem Paweł chciał sam sporządzić taki przedmiot, to nawet przy posiadaniu narzędzi Gawła, ale bez jego znajomości rzeczy, bez wiadomości skąd brać materyały surowe i t. d., napracowałby się jeszcze znacznie dłużej, zepsułby dużo materyałów i otrzymałby wytwór o wiele mniej doskonały, prawdopodobnie zaś wcaleby go nie zdołał sporządzić. A cóż dopiero wypadłoby – gdyby Paweł musiał wpierw zdobywać sam narzędzia, potrzebne do wytworzenia produktu Gawła.

W rzeczywistości tedy stosunek zamienny przedstawia się jeszcze znacznie korzystniej dla obu.
Paweł wydał 10 godzin pracy własnej umiejętnej za to, na co nie wystarczyłoby mu może nawet sto i więcej godzin pracy przy narzędziach Gawła, ale bez jego znajomości rzeczy. Otrzymał więc naprawdę przedmiot pożądania za bezcen. Gaweł wydał 7 godzin pracy za przedmiot, któregoby nie sporządził choćby pracował sto lub więcej godzin, przy narzędziach Pawła, ale bez jego znajomości rzeczy, otrzymał więc również przedmiot pożądania swego za bezcen. Ponieważ zaś nabycie narzędzi nie opłaciłoby się żadnemu do produkcyi na osobistą tylko potrzebę, więc albo koszt własny byłby jeszcze bezporównania wyższy, albo wypadłoby się całkiem obejść bez przedmiotów pożądanych.
I tylko skutkiem takiego stosunku pracy wydanej do pracy, która musiałaby być wydana, gdyby każdy pracował dla siebie, ogólna suma bogactwa produkowanego i wymienianego przez ludzi może rozrastać się, nawet pomimo rozrzutnego zużywania. Dopiero gdyby ludzie nie mogli działać inaczej, jak tylko siłami i organami własnego ciała, choćby zresztą jeszcze przy pomocy pewnych narzędzi, z konieczności mało udoskonalonych, bo dość uniwersalnych, wówczas produkcya ich pokrywałaby zaledwie najniezbędniejsze i mało urozmaicone potrzeby.
Dzięki zaś wyspecyalizowanym narzędziom sztucznym, podziałowi pracy i wymianie, ludzie pracują coraz owocniej i niemal każdemu dość łatwo zbywa znaczny nadmiar, coś jakby owoc specyalnych uzdolnień, przyrost, darowany mu przez przyrodę dzięki interwencyi jego duszy.

Stosunek ten maluje się dobrze w pospolitem wyrażeniu, że ludzie wymieniają miedzy sobą przeważnie płody „przemysłu”. Są to istotnie owoce ich przemyśliwania, myślenia, nie tylko zaś pracy fizycznej. Ludzi zbogaca i daje im dobrobyt myśl wciąż rozwijającą się, nie zaś bezmyślna praca rąk.
Naszkicowaliśmy tu stosunek wymienny w najprostszych i normalnych jego zarysach, bez pretensyi do poruszania skomplikowań, które wytwarza daleko idący podział pracy, coraz większe różnicowanie się uzdolnień, powstawanie narzędzi coraz bardziej złożonych, zrzeszanie się osobników celem wykonywania dzieł bardzo złożonych i wielkich oraz celem coraz bardziej ekonomicznej, bo masowej i maszynowej produkcyi i t. d.
Nam chodzi w tej chwili jedynie o uwydatnienie i podkreślenie tego ogólnego faktu, że przy specyalizacyi pracy i wymianie produktów albo usług, każda cena (nietylko monopolowa i amatorska, nie tylko normalna rynkowa, ale nawet najbardziej wygórowana rynkowa), którą płacimy (w warunkach normalnych) za cudzy wyrób (bądź jednostki bądź grupy) jest o wiele niższa od tej, którąbyśmy musieli zapłacić pracą własną i własnym przemysłem. Innemi słowy, każda rzecz, którą własnowolnie otrzymujemy drogą wymiany, bywa dla nas o wiele cenniejszą (oczywiście w różnym stopniu) od rzeczy, którą oddajemy. Zawsze wyroby obce nabywamy zbyt tanio w stosunku do (objektywnej i subjektywnej) wartości, jaką mają one dla nas.

To jest cecha zamian normalnych.
Rzecz prosta, że zdarzają się, i to bardzo często, zamiany, w których tylko jedna strona odnosi korzyść, ale są to wymiany, dokonywane w wyjątkowo niekorzystnych warunkach i nie mogą świadczyć przeciw zasadzie. Jednak ponieważ się zdarzają, zjawia się praktyczna potrzeba oceny obu produktów, potrzeba porównywania ich wartości.
Gdy jedna ze stron bywa pokrzywdzoną, mówimy wtedy, ze jeden oddał drugiemu „wartość” większą od otrzymanej.
I oto zjawia się tajemnicze, a doniosłe słówko „wartość” obok pragnienia posiadania miary, któraby pozwoliła przy wymianach oddawać możliwie równe wartości.