Posts Tagged ‘Hormony’

SZCZEPIENIE przeciw CIĄŻY. Cud czy zagrożenie? – fragmenty

Judith Richter, 1996r.

„Więcej dzieci od ludzi sprawnych, mniej od niesprawnych – to jest główny problem kontroli urodzeń”. – Margaret Sagner, założycielka Planned Parenthood, 1919r.

Judith Richter, urodzona w 1954r. w Niemczech, jest farmaceutką, biologiem tropikalnym, oraz socjologiem z wykształcenia. Od kiedy została zaproszona na sympozjum zorganizowane przez WHO na temat immunologicznej antykoncepcji w 1989 roku, jest aktywnie zaangażowana w etyczne aspekty tej linii badawczej i prowadzi wykłady w Centrum Etyki, na Uniwersytecie w Tübingen. W swojej książce pt. „Szczepienie przeciwko ciąży” analizuje kwestię kontroli urodzin poprzez szczepienia – czy jest ona dopuszczalna i możliwa do zaakceptowania, a jeśli tak, to przez kogo?

Wraz ze wzrostem liczby ludzi na świecie, postępuje usilne zaangażowanie niektórych badaczy w kontrolowanie przyrostu populacji, zwłaszcza ludzi biedniejszych, ciemnoskórych, mieszkających w krajach Trzeciego Świata. Metody antykoncepcyjne wykorzystywane są w „walce z przeludnieniem”, gdzie ludzie są traktowani jako zwykłe liczby, które muszą być kontrolowane i zmniejszone.

Ciąża postrzegana jest jako choroba, a kobiety – jako osoby, które stale rozprzestrzeniają tę chorobę. Podobnie jak szczepienia wykorzystywane są do „zwalczania chorób”, mogą być one również narzędziem użytym do „zwalczania populacji”, jako niechcianej epidemii.

Od 1970 roku, naukowcy pracują nad zupełnie nową klasą metod antykoncepcyjnych: szczepionek antykoncepcyjnych. Koordynator badań w WHO, David Griffin, powiedział, że

„szczepionka może okazać się równie ważna w kontroli urodzeń, jak pigułki.”

Jednakże, niektórzy postrzegają szczepionki antykoncepcyjne jako skuteczny instrument kontroli demograficznej, szczególnie wobec kobiet w krajach rozwijających się. Istnieje również potencjał do wykorzystania ich doprzymusowej sterylizacji.

Firmy farmaceutyczne nie chciały podejmować ryzyka nowych badań nad szczepionkami antykoncepcyjnymi i przekazały je organizacjom międzynarodowym, takim jak Population Council, która została stworzona przez Fundację Rockefellera. Population Council stosuje naukę i technologię w celu rozwiązywania problemów społecznych, w szczególności mając na celu ograniczenie przyrostu populacji w krajach Trzeciego Świata.

Na przykład, opracowany przez nich Norplant – to implant w formie pręta, który jest wszczepiany pod skórę kobiet i uwalnia hormony przez okres od 6 miesięcy do 5 lat. Implant ten jest traktowany przez deweloperów jako środek pośredni, pomiędzy antykoncepcją, a sterylizacją. W roku 1990, „Philadelphia Inquirer” promował Norplant jako „narzędzie w walce z ubóstwem czarnoskórych ludzi” (Hartmann, 1995: 211). Natomiast Maggie Helwigopisywała sytuację, jak żołnierze robili obławę kobiet ze wsi we Wschodnim Timorze i z bronią w ręku zmuszali je, aby przyjęły one Norplant.

W 1969 roku, ukazał się artykuł w „Science”, w którym ówczesny przewodniczący Population Council , Bernard Berelson, zaproponował, aby bardziej skutecznie ograniczyć wzrost populacji. Sugerował tymczasową sterylizację młodych kobiet za pomocą antykoncepcyjnych kapsułek, a jej odwracalność miała by być dozwolona tylko za zgodą rządu. Jeden z pomysłów masowej kontroli płodności przez rząd obejmował substancje, które mogły by być zawarte w dostawie wody pitnej do obszarów miejskich. (Berelson 1969: 533)

Jednak Steven Sinding, dyrektor nauk społecznych w Rockefeller Foundation, zwrócił uwagę na to, iż ta polityka przymusu wywoływała ostre sprzeciwy wśród obywateli, którzy reagowali ze złością. Dlatego zasugerował, aby wszelkie programy demograficzne wyrażać w kategoriach „zaspokajania potrzeb kobiet” (Sinding 1994: 27). W ten sposób, można osiągnąć te same cele demograficzne, przechodząc z „twardej” do „miękkiej” kontroli populacji. Tendencja do „bardziej miękkiej” kontroli populacji trwa już od lat, między innymi w ramach propagandy rozgrywanej jako program planowania rodziny.

W 1978 roku, WHO stwierdziło, że immunizacja, jako środek profilaktyczny jest już tak powszechny, iż można to wykorzystać jako jedną z metod kontroli płodności. (HRP 1978: 360). Aspiracje tych deweloperów wybiegały daleko poza wywoływanie reakcji immunologicznej u kobiet przeciwko męskiej spermie. Badania prowadzono w kierunku indukowania reakcji odpornościowych przeciwko hormonom płciowym, hormonom ciąży, a także przeciwko komórkom jajowym i plemnikom. Jednak, kiedy system immunologiczny jest ukierunkowany przeciwko hormonom, komórkom i innym wydzielinom ciała, które są niezbędne do skutecznej reprodukcji, to takie zaburzenie układu odpornościowego może spowodować stałą bezpłodność. A jeśli ciąża pojawi się po szczepieniu, to trwająca reakcja systemu odpornościowego może stanowić zagrożenie dla rozwijającego się płodu.

Kluczowa różnica pomiędzy szczepionkami przeciwko chorobom oraz szczepionkami przeciwko płodności jest taka, że zamiast wywoływać specyficzne reakcje immunologiczne wobec obcych drobnoustrojów, szczepionki antykoncepcyjne wywołują zaburzenia odpornościowe przeciwko własnemu organizmowi – częściom ciała lub wydzielinom, które są istotne dla rozrodu, co może nie tylko indukować zaburzenia immunologiczne w formie bezpłodności, ale również poważne choroby autoimmunologiczne (autoagresję).

Sztuka polega na tym, aby sprawić, iż jeden lub więcej składników uczestniczących w reprodukcji i wczesnej ciąży, stały się „obce” dla ludzkiego układu odpornościowego tak, aby układ odpornościowy „uwierzył”, że to są szkodliwe mikroorganizmy, które muszą zostać wyeliminowane. Istnieje kilka poszczególnych komponentów, które mogłyby być zmieniane w celu uzyskania tego efektu. Na przykład, aby antygeny rozrodcze widniały, jako „obce” dla układu immunologicznego, badacze połączyli je z obcym nośnikiem, takim jak błonica lub anatoksyna tężca. Kiedy układ odpornościowy napotyka tak skonstruowane połączenie, będzie reagował tak samo wobec składnika reprodukcyjnego, jak wobec szkodliwego obcego organizmu.

Organizm ludzki produkuje hormony reprodukcyjne, które regulują miesięczne dojrzewanie komórek jajowych kobiet oraz błon śluzowych macicy, a w przypadku mężczyzn, produkcję i dojrzewanie plemników w jądrach. Szczepionki antykoncepcyjne są przeznaczone do zakłócenia tych podstawowych etapów rozrodczych. A ponieważ niosą za sobą dodatkowe potencjalne ryzyko wpływu na nasz układ hormonalny – powinny być tak naprawdę traktowane jako antykoncepcja immuno-hormonalna.

Jeśli dojdzie do stosunku płciowego, zapłodniona komórka jajowa zaczyna się dzielić i stopniowo staje się zarodkiem, który wydziela ludzką gonadotropinę kosmówkową (hCG) – hormon niezbędny do utworzenia się i utrzymania ciąży. Badania nad szczepionkami przeciwko hCG rozpoczęły się już w latach 1970.XXw.

Wielu badaczy uważa, że jest to najbardziej obiecujący antygen docelowy, gdyż musiałby zostać co najwyżejzneutralizowany tylko raz w miesiącu, czyli wtedy, gdy powstanie zapłodnione jajo. Jednak szczepionki przeciwko hCG przerywają ciążę, co funkcjonuje jak aborcja i dla wielu jest to nie do przyjęcia.

W związku z tym, opracowywano również inne szczepionki antykoncepcyjne, które nie były związane z zakłócaniem ciąży i dotyczyły takich hormonów reprodukcyjnych, jak:

GnRH ( hormonu uwalniający gonadotropinę)
FSH (hormon folikulotropowy)
LH (hormon luteinizujący)

GnRH jest wydzielany przez podwzgórze w mózgu i powoduje, że przysadka mózgowa wydziela hormony FSH i LH. Wszystkie te hormony są stale obecne w naszym organizmie i mają różne inne funkcje, oprócz regulacji naszej reprodukcji. Więc wybór którejkolwiek z nich jako docelowego antygenu zwiększyłby ryzyko wystąpienia działań niepożądanych. To mogłoby kolidować ze wszystkimi efektami biologicznymi hormonów.

Szczepienie mężczyzn przeciwko GnRH, w celu zaburzenia produkcji testosteronu, może spowodować utratę cech męskich, takich jak niski głos i owłosienie na ciele, oraz może również spowodować impotencję. U kobiet, neutralizacja GnRH wpłynie na produkcję estrogenów i może spowodować stan hormonalny, jaki występuje zwykle u kobiet po menopauzie: brak miesiączki i spadek libido, a w dłuższej perspektywie – osteoporozę. Z powodu braku stymulacji hormonalnej, po dłuższym czasie może pojawić się uszkodzenie narządów, takich jak jajniki, a u mężczyzn, jąder.

Mimo tego, naukowcy planują wprowadzenie preparatów anty-GnRH (neutralizacja testosteronu) jako antykoncepcję immunologiczną dla zdrowych mężczyzn. W dodatku, produkty anty-GnRH wydają się zatrzymywać wzrost raka prostaty, co może być również sprzedawane i promowane jako lek przeciwnowotworowy (Thau 1993).

Szczepienia przeciwko FSH, jako kontrola płodności męskiej, już nie wyglądały tak obiecująco. Głównym problemem jest ich brak skuteczności, gdyż ciało ludzkie może wytwarzać plemniki nawet przy nieobecnym hormonie FSH. Także neutralizacja FSH nie zakłóci produkcji testosteronu u mężczyzn, a działania niepożądane obejmują wzrost masy ciała, rozwój piersi (ginekomastia), a potencjalnie również rak prostaty.

Zarówno szczepionki przeciwko GnRH, jaki i przeciwko FSH, niosą za sobą ryzyko bezpośredniego niszczenia tkanek ludzkich. Następuje to wtedy, gdy hormon jest w bezpośrednim kontakcie z komórkami i układ odpornościowy reaguje nie tylko wobec hormonu, ale także prowadzi do destrukcji komórek. TenCYTOTOKSYCZNY efekt (zabijanie komórek) może stanowić najbardziej znaczące ryzyko immunizacji przeciwko własnym antygenom. Jeżeli znacząca liczba komórek zostanie dotknięta efektem cytotoksycznym, może dojść douszkodzenia narządów.

Szczepionki przeciwko hCG stwarzają inny problem. Na początku, wiadomo było, że hCG jest istotne dla utrzymania wczesnej ciąży w organizmie kobiety i to wydawało się być jedyną jego funkcją. Jednakże, w strukturze cząsteczkowej, hCG jest podobne do innych hormonów: LH (hormonu luteinizującego), FSH (hormonu folikulotropowego) oraz TSH (hormonu stymulującego tarczycę). Jeśli cała cząsteczka hCG została by użyta jako antygen, może to doprowadzić do reakcji krzyżowych: przeciwciała skierowane przeciwko hCG mogą również działać przeciwko innym hormonom, ponieważ są one bardzo podobne. W dłuższej perspektywie, może to doprowadzić do uszkodzenia przysadki i tarczycy.

Oprócz szczepionek przeciwko ludzkim hormonom, rozważano również szczepionki przeciwko komórkom jajowym i plemnikom. W tym przypadku, główną trudnością jest konieczność skierowania odpowiedzi immunologicznej w bardzo specyficzne miejsce. Reakcja przeciwko komórkom jajowym, mogła by wyeliminować wszystkie jaja kobiet, czyniąc je bezpłodnymi już na stałe oraz powodując uszkodzenia tkanek, które otaczają jajniki. Takie uszkodzenie mogłoby mieć wpływ na produkcję estrogenów i progesteronu przez jajniki.

Natomiast reakcja immunologiczna przeciwko spermie u mężczyzn, mogłaby powodować przewlekłe autoimmunologiczne zapalenie jąder, co ostatecznie prowadzi również do niepłodności. Ponadto, niektóre przeciwciała na spermę reagują krzyżowo przeciwko tkankom mózgu i nerek, limfocytom i czerwonym krwinkom. Ostatecznie, szczepionki skierowane przeciwko komórkom jajowym i plemnikom mogą przejść ewolucję do pewnego rodzaju medycznej sterylizacji.

Istnieje poważne niebezpieczeństwo nadużywania szczepionek antykoncepcyjnych, np. przez dyktatorski reżim:

– podawanie szczepionek pod fałszywym pretekstem, bez zgody lub wiedzy kobiet i mężczyzn
– wprowadzania sankcji wobec ludzi nieszczepiących
– dostarczanie tendencyjnych informacji o szczepieniach – podkreślając ich skuteczność, a pomijając fakty o ich reakcjach niepożądanych
– brak możliwości zatrzymania antykoncepcyjnego działania szczepionki
– łatwość rozpowszechniania tej metody na skalę masową
– porównywanie do szczepionek przeciwko chorobom i promowanie w ten sposób również immuno-antykoncepcji

Były dyrektor HRP (Human Reproduction Program) w WHO, Mahmud Fatallah, promował immuno-antykoncepcję na spotkaniu w 1992 roku, porównując ją do „inteligentnej bomby”, gdyż wpłynie ona na reprodukcję i na nic więcej. Natomiast członkini Population Council, Rosmarie Thau, powiedziała: „nieodwracalność … nie zawsze jest niekorzystnym efektem, niektóre szczepionki mogą być zaprojektowane tak, aby były używane jako środki sterylizujące.” (Mauck and Thau 1990:728)

Dr Pran Talwar z Narodowego Instytutu Immunologii w New Dehli, w Indiach, widzi populację, jako epidemię, którą można pokonać przy pomocy szczepionek. Jego zespół badawczy opracowywał również środki antykoncepcyjne, oparte na ekstraktach z drzewa Neem (miodli indyjskiej), które można by wprowadzić do macicy kobiety w tym samym czasie, co podanie pierwszej szczepionki antykoncepcyjnej. Ekstrakty z nasion Neem są wykorzystywane w Indiach od wieków jako pestycydy oraz dopochwowe środki antykoncepcyjne. Efekt antykoncepcyjny jest wynikiem zapalenia macicy i tu należałoby brać pod uwagę, czy takie trwałe zapalenie jest w ogóle dopuszczalne do zaakceptowania.

W 1990 roku, Ulrike Schaz nakręciła film, który pokazuje kobiety w Indiach opowiadające o nowym antykoncepcyjnym zastrzyku, którego działanie ma trwać przez okres jednego roku, bez skutków ubocznych i w 100% skutecznym. Według niej, wyjaśnienia udzielane kobietom odnośnie tej szczepionki były skandaliczne i nie spodziewała się tego typu procedury rekrutacyjnej w szpitalu, w New Delhi.

Natomiast do roku 1995, pojawiły się już doniesienia o podaniu środków antykoncepcyjnych pod przykrywkąszczepionek przeciwko tężcowi nie tylko w Indiach, ale również w Peru, Tanzanii, Filipinach i Nikaragui (Symbahayan Commission, 1995).

W roku 1995, światowa koalicja ponad 430 grup z 39 krajów, zaczęła się domagać, aby przerwano badania nad szczepionkami antykoncepcyjnymi. BUKO Pharma-Kampagne (niemiecka grupa, która prowadzi kampanie przeciwko nadużyciom globalnych firm farmaceutycznych), oraz jej szwajcarski odpowiednik – Berne Declaration, zebrała fundusze i zorganizowała dwudniową konferencję w Bielefeld, aby zapoczątkować raport „Szczepionki przeciwko ciąży” (na którym opiera się ta książka).

Większość ludzi postrzega układ odpornościowy jako narzędzie organizmu do odpierania choroby, co pozwala zachować zdrowie. Ten system jest jednak tak skomplikowany, że jego funkcjonowanie i jego związek z reprodukcją człowieka nadal nie jest w pełni zrozumiany. Ważne jest, aby pamiętać, że układ immunologiczny jest połączony z wieloma innymi „systemami” i jest czuły na wiele innych czynników, oprócz bakterii i mikroorganizmów. Ostatecznie jednak, przedmiotem sporu nie są tu cząsteczki czy systemy, ale ludzie, ich płodność i płodność ich przyszłych dzieci.

Tłum. magda25g

Źródło: http://www.thecornerhouse.org.uk/resource/%E2%80%9Cvaccination%E2%80%9D-against-pregnancy

Źródło polskie: http://szczepionki.weebly.com/artyku322y/szczepienie-przeciwko-ciazy

 

 

Sterylizacja zwierząt i szczepienia – fragment Lethal Injection

Mózg incognito. Wojna domowa w Twojej głowie – David Eagleman

Jeśli ktoś interesuje się poznawaniem samego siebie to można znaleźć w niej sporo ciekawostek. Autor przedstawia wiele badań empirycznych i według mnie zachowuje umiar w przekonywaniu co do swoich hipotez.

Poniżej kilka fragmentów z książki:

Rozbiór doświadczenia 

Pewnego popołudnia pod koniec pierwszego dziesięciolecia XIX wieku Ernst Mach, fizyk i filozof, zaczął się dokładnie przyglądać ułożonym obok siebie kartkom papieru w tym samym kolorze. Interesowała go kwestia percepcji, zwrócił więc uwagę na zastanawiający szczegół. Coś było nie tak. Podzielił kartki, popatrzył na każdą z osobna, po czym znów ułożył je tak jak wcześniej. Wtedy zdał sobie sprawę, co mu się nie zgadza: kartki oglądane oddzielnie były jednokolorowe, lecz jeśli ułożyło się je w rzędzie, każda wydawała się nieco jaśniejsza po lewej stronie, a ciemniejsza po prawej. (Przekonacie się, że każda z karteczek z rysunku ma jednolitą barwę, kiedy zakryjecie wszystkie pozostałe).

Pasmo macha

To złudzenie optyczne nazwano pasmem Macha. Jeśli wie się, jak ono działa, można dostrzec jego efekty również w innych sytuacjach – na przykład na styku ścian w rogu pokoju. Różnica w oświetleniu sprawia, że farba w samym rogu wydaje się jaśniejsza lub ciemniejsza. Niewykluczone, że zauważyliście to dopiero teraz, chociaż patrzyliście w życiu na wiele ścian. Podobnie renesansowi artyści w którymś momencie zwrócili uwagę, że znajdujące się w dalekim tle góry wydają się niebieskawe – a zauważywszy to, zaczęli je w ten sposób malować Wszyscy wcześniejsi twórcy kompletnie nie zdawali sobie sprawy ze zmiany odcienia, chociaż też mieli to przed oczami.
Dlaczego nie dostrzegamy rzeczy tak oczywistych? Czy jesteśmy aż tak kiepskimi obserwatorami? Tak, obserwacja wychodzi nam zaskakująco marnie. Introspekcja też nie jest w stanie pomóc: jesteśmy przekonani, że widzimy wszystko wyraźnie, dopóki coś nie uświadomi nam, że jednak się mylimy. W dalszej części tego rozdziału nauczymy się uważnie przyglądać temu, co widzimy.
Czym naprawdę są nasze doświadczenia, a czym nie są?

(…)

Tajemnica sekserów kurcząt i obserwatorów samolotów
Najlepsi sekserzy kurcząt pochodzą z Japonii. Gdy w wielkich wylęgarniach wykluwają się pisklęta, zazwyczaj są dzielone na samce i samice – procedura ta nosi nazwę seksowania. Jest konieczna, ponieważ typ karmy zależy od płci: inaczej karmi się kury, których zadaniem będzie znoszenie jaj, a inaczej koguty (tylko nieliczne samce tuczy się na mięso). Zadanie seksera polega więc na tym, by podnieść każde pisklę, szybko ocenić jego płeć i włożyć je do odpowiedniego pojemnika. Problem w tym, że to niezwykle trudna praca: małe samczyki i samiczki wyglądają identycznie.
No, prawie identycznie Japończycy wymyślili metodę seksowania kurczaków zwaną seksowaniem kloacznym, która pozwala ekspertom w tej dziedzinie błyskawicznie ustalić płeć jednodniowych piskląt. Od lat trzydziestych XX wieku hodowcy drobiu z całego świata zjeżdżają do szkoły seksowania kurcząt Zen-Nippon w Japonii, by nauczyć się tej techniki. Sęk w tym, że nikt nie był w stanie im dokładnie wyjaśnić, jak to się robi. Metoda miała polegać na jakichś subtelnych wskazówkach wzrokowych, lecz zawodowi sekserzy nie potrafili ich wymienić Patrzyli na kuperek (gdzie znajduje się kloaka) i po prostu wiedzieli, do którego koszyka kurczaka włożyć
I w ten sposób uczyli nowych sekserów. Mistrz stał nad podopiecznym i przyglądał się jego pracy. Uczeń brał do ręki pisklę, oglądał kuper i wrzucał je do jednego lub drugiego kosza. Zawodowiec mówił wtedy: „dobrze” albo „źle”. Po wielu tygodniach takiego treningu mózg ucznia był już wyćwiczony do perfekcji – ale uczeń świadomie nie wiedział nic.
Tymczasem na dnigim końcu świata rozgrywała się bardzo podobna historia. Podczas drugiej wojny światowej zagrożeni bombardowaniami Brytyjczycy musieli znaleźć jakiś sposób na szybkie i poprawne rozpoznawanie nadlatujących samolotów. Które kropki na horyzoncie zamienią się w powracających aliantów, a które w niemieckie bombowce? Kilku miłośników lotnictwa okazało się doskonałymi obserwatorami, więc armia natychmiast zaproponowała im współpracę. Ich rola była tak istotna, że rząd postanowił zatrudnić więcej takich osób, lecz znalezienie odpowiednich ludzi okazało się niezwykle trudnym zadaniem. Poproszono wówczas „etatowych” obserwatorów o wyszkolenie nowych – co ciekawe, rezultaty były mierne. Próbowali wyjaśnić swoje metody pracy, lecz szło im bardzo kiepsko. Nikt, nawet inni obserwatorzy, nie potrafił pojąć, w czym rzecz. Podobnie jak sekserzy kurcząt, nie wiedzieli, co dokładnie robią – po prostu dostrzegali różnice.
W końcu Brytyjczycy wpadli na pomysł, jak skutecznie szkolić nowych obserwatorów samolotów: metodą prób i błędów. Uczeń patrzył na samolot i zgadywał, a ekspert stwierdzał, czy to poprawna, czy niepoprawna odpowiedź. Po jakimś czasie uczniowie stawali się posiadaczami tajemniczej, niewytłumaczalnej wiedzy.
Między tym, co wiemy, a tym, czego jesteśmy świadomi, może istnieć spora przepaść Badania nad umiejętnościami, które trudno poddać introspekcji, pokazują coś zaskakującego – pamięć ukryta jest całkowicie odrębna od jawnej, a uszkodzenie jednego typu nie ma wpływu na ten drugi. Dobrym przykładem są pacjenci z amnezją następową, którzy tracą zdolność świadomego zapamiętywania nowych doświadczeń. Jeśli spędzicie kilka godzin, próbując nauczyć ich gry Tetris, następnego dnia powiedzą wam, że nie pamiętają niczego takiego i nigdy wcześniej tej gry nie widzieli, a najprawdopodobniej również, że nie mają pojęcia, kim jesteście Kiedy jednak przyjrzycie się ich wynikom w grze, zauważycie postęp, taki sam jak u ludzi z poprawnie działającą pamięcią. Ich mózgi nauczyły się zasad, tyle że ich świadomość nie ma dostępu do tej informacji. (Co ciekawe, jeśli obudzi się pacjenta z amnezją w środku nocy po dniu, który spędził na grze w Tetris, powie wam, że śnił o spadających kolorowych figurach, choć nie będzie umiał powiedzieć dlaczego).
Oczywiście nie tylko sekserzy kurcząt, obserwatorzy samolotów i pacjenci z amnezją uczą się czegoś podświadomie: w zasadzie wszystkie nasze interakcje ze światem na tym się opierają. Być może trudno wam będzie opisać słowami sposób chodzenia waszego ojca, kształt jego nosa lub śmiech, lecz kiedy zobaczycie kogoś, kto chodzi, wygląda lub śmieje się tak samo, natychmiast zauważycie podobieństwo.

Otwórz oczy

Fakt widzenia wydaje się rzeczą tak naturalną, że trudno nam docenić niezwykle skomplikowaną mechanikę tego procesu. Być może zdziwi was fakt, że mniej więcej jedna trzecia ludzkiego mózgu zajmuje się „obsługą” wzroku. Mózg musi wykonać ogromny wysiłek, aby poprawnie zinterpretować miliardy fotonów docierających do naszych oczu. Ściśle rzecz ujmując, wszystkie sygnały wzrokowe są wieloznaczne:

Pizza na przykład ilustracja po lewej przedstawia obraz, jaki zarejestrujemy, patrząc na Krzywą Wieżę w Pizie z odległości czterystu metrów lub na jej model trzymany w ręku: oba te obiekty są postrzegane przez nasze oczy jako identyczne.
Mózg stara się ujednoznacznić docierające do nas sygnały wzrokowe, rozpatrując je w kontekście, przyjmując pewne założenia i korzystając z różnych sztuczek. Nie dzieje się to bez żadnego wysiłku z naszej strony, jak mogą
się przekonać pacjenci, którzy dzięki operacji odzyskują utracony przed kilkoma dziesięcioleciami wzrok. Nie widzą świata od razu – muszą się tego ponownie nauczyć.
Na początku spada na nich lawina chaotycznych, niezrozumiałych kształtów i barw. Chociaż oczy funkcjonują prawidłowo, mózg musi się dowiedzieć, jak interpretować napływające sygnały.
Ludziom, którzy przez całe życie cieszyli się dobrym wzrokiem, najłatwiej wytłumaczyć, że jest on strukturą, przez uświadomienie im, jak często oczy wprowadzają nas w błąd Złudzenia optyczne istnieją na obrzeżach sygnałów, z którymi mózg nauczył się sobie radzić Stanowią swego rodzaju okno – możemy przez nie podejrzeć, co się dzieje w naszych umysłach.
Zdefiniowanie słowa „złudzenie” staje się tu o tyle problematyczne, że w pewnym sensie wszystko, co dostrzegamy, jest złudzeniem. Jakość naszego widzenia peryferyjnego można porównać do patrzenia przez zaparowaną szybę, a jednak mamy wrażenie, że widzimy wyraźnie nawet po bokach. Dzieje się tak dlatego, że widzimy ostro wszystko, na co skierujemy oczy Do wyjaśnienia tego zjawiska wystarczy mały eksperyment: poproście znajomego, aby wziął do ręki kilka kolorowych pisaków lub zakreślaczy i wyciągnął ramię w bok. Skupiając wzrok na jego nosie, spróbujcie podać kolejność kolorów pisaków w jego dłoni. Wynik doświadczenia was zaskoczy: nawet jeśli będziecie w stanie dojrzeć że na obrzeżach pola widzenia są jakieś kolory, nie będziecie umieli podać ich ułożenia. Nasze widzenie peryferyjne jest znacznie mniej dokładną niż nam się zdaje, ponieważ w typowej sytuacji mózg ustawi mięśnie oka tak, by ostre widzenie centralne skierować wprost na interesujący nas obiekt. Wszystko, na co spojrzymy, wydaje się idealnie ostre, zakładamy więc, że cała nasza percepcja tak działa5.
To dopiero początek. Zwróćcie uwagę, że nie jesteśmy świadomi granic naszego pola widzenia. Skierujcie wzrok na ścianę przed sobą, wyciągnijcie rękę do przodu i pomachajcie palcami. Następnie przesuńcie ją powoli w kierunku ucha. W pewnym momencie przestaniecie widzieć swoje palce. Jeśli wyciągniecie rękę nieco w przód, znów je zobaczycie. Tam właśnie znajduje się krawędź pola widzenia. Tak jak w poprzednim przykładzie – ponieważ zazwyczaj kierujemy wzrok od razu tam, gdzie chcemy, nie myślimy o tym, że nasze pole widzenia jest ograniczone. Można przypuszczać, iż większość ludzi przez całe życie nie uświadamia sobie, że w danym momencie widzi tylko niewielki fragment rzeczywistości.
Jeśli zaczniemy głębiej analizować zjawisko widzenia, okaże się, że mózg może nam serwować całkiem przekonujące kłamstwa, jeśli tylko dostarczymy mu odpowiednich informacji. Weźmy na przykład postrzeganie głębi. Nasze oczy są oddalone od siebie o kilka centymetrów, więc każde z nich rejestruje nieco inny obraz świata. Można to zaobserwować, robiąc dwa zdjęcia z punktów odległych od siebie o kilka centymetrów i kładąc jedno obok drugiego. Jeśli spojrzymy na nie zezem, dwa obrazy zleją się w trzeci, za to trójwymiarowy. Naprawdę dostrzeżemy w nim głębię – nie będziemy w stanie pozbyć się tego wrażenia. Nieprawdopodobne stwierdzenie, że płaskie obrazy mogą stworzyć iluzję głębi, ujawnia mechaniczną, automatyczną naturę układu wzrokowego: wystarczy nakarmić go odpowiednimi danymi, a sam stworzy szczegółowy świat.

(…)

Pierwsze modele funkcjonowania mózgu mocno opierały się na podobieństwie do komputera: przedstawiały go jako urządzenie wejścia-wyjścia, które przetwarza dane zmysłowe na różnych poziomach i wyciąga z nich wnioski. Jednak schemat przyrównujący umysł do linii produkcyjnej zaczął budzić coraz więcej wątpliwości, kiedy okazało się, że aktywność mózgu nie przebiega po prostu z punktu A przez punkt B do punktu C: ist-nieją ścieżki informacji zwrotnych łączące punkty C i B, C i A oraz B i A. Mózg przesyła sobie tyle samo informacji zwrotnych, co przetworzonych – w żargonie technicznym cecha ta nosi nazwę rekurencji, potocznie zaś jest zwana zapętleniem. Cały ten system bardziej przypomina targowisko niż linię produkcyjną. Uważny czytelnik natychmiast odnotuje, że przy takich właściwościach sieci neuronowej istnieje możliwość, że percepcja wzrokowa nie jest strumieniem danych, który ma swój początek w siatkówce oka, a kończy się w jakimś tajemniczym punkcie z tyłu mózgu. Zagnieżdżonych kanałów do przekazywania informacji zwrotnej jest tyle, że cały system mógłby w zasadzie działać w drugą stronę. Obszary odpowiedzialne za postrzeganie zmysłowe przetwarzają dane, budując coraz bardziej skomplikowane interpretacje przekazywane wyżej postawionym w hierarchii fragmentom mózgu. Te wyższe obszary mózgu również komunikują się bezpośrednio z najniższymi. Oto przykład: zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie mrówkę idącą po biało-czerwonym obrusie w kierunku słoika fioletowego dżemu. Obszary waszych mózgów z samego dołu hierarchii właśnie się uaktywniły. Nie patrzyliście na żadną mrówkę, ale zobaczyliście ją oczami wyobraźni. Wyżej postawione obszary wprawiły w ruch te niższe; korzystają one z danych przesyłanych przez oczy, ale obustronne połączenia w mózgu sprawiają, że całkiem dobrze radzą sobie same w całkowitej ciemności.
To nie koniec Okazuje się, że pośród tego zgiełku jedne zmysły oddziałują na inne, zmieniając naszą percepcję świata zewnętrznego. Informacjami przesyłanymi przez oczy nie zajmuje się tylko układ wzrokowy – cała reszta mózgu też jest zaangażowana. W przypadku brzuchomówców dźwięk dochodzi z jednego miejsca – ust brzuchomówcy, ale nasze oczy widzą ruch innych ust (tych należących do lalki). Mózg dochodzi wówczas do wniosku, że to lalka mówi. Nie ma czegoś takiego jak „projekcja głosu” u brzuchomówców. Nasz mózg odwala za nich całą robotę.
Innym przykładem jest efekt McGurka: jeśli zsynchronizować dźwięk jednej sylaby (ba) z nagraniem wideo ust wypowiadających inną sylabę (ga), oglądający film ma złudzenie, że słyszy jeszcze inną sylabę (da). Wynika to z obecności obustronnych połączeń i zapętlenia mózgu, za sprawą którego sygnał głosowy i ruchy warg są łączone na wczesnym etapie przetwarzania danych.
Wzrok zazwyczaj dominuje nad słuchem, lecz istnieją też przypadki oddziaływania w drugą stronę, na przykład efekt iluzorycznego błysku: jeśli widząc pojedynczy błysk, usłyszymy dwa sygnały dźwiękowe, wyda nam się, że światełko też błysnęło dwukrotnie. Jest to skutek zjawiska zwanego sterowaniem słuchem, które sprawia, że postrzegana przez nas częstotliwość migotania światła będzie mniejsza lub większa w zależności od częstotliwości towarzyszących sygnałów dźwiękowych. Tego typu proste złudzenia stanowią istotne wskazówki dotyczące działania naszego układu nerwowego. Udowadniają, że
systemy wzrokowy i słuchowy są ze sobą ściśle powiązane i starają się przekazać nam ujednoliconą wersję wydarzeń. Spotykany w tekstach popularnonaukowych model układu wzrokowego jako linii produkcyjnej jest zatem nie tyle mylący, ile po prostu błędny.
* * *
Jakie korzyści płyną z posiadania zapętleń w mózgu? Pozwalają one organizmom wyjść poza schemat bodziec-reakcja i wypracować umiejętność formułowania założeń, zanim do mózgu dotrą dane zmysłowe Przypomnijcie sobie przykład łapania piłki w locie. Gdybyśmy mieli w głowach zwyczajną linię produkcyjną, nie moglibyśmy jej przechwycić: między chwilą, w której światło trafia do czujników na naszych siatkówkach, a wykonaniem od-powiedniego ruchu mijają setki milisekund Ręce zawsze wyciągałyby się do miejsca, w którym piłka była przed chwilą. Jesteśmy w stanie grać w baseball tylko dzięki temu, że działanie praw fizyki mamy głęboko zakodowane w systemie. Nasz wewnętrzny model przewiduje, gdzie i kiedy piłka dotknie ziemi w oparciu o oddziaływanie przyciągania. Skuteczność tych prognoz wynika ze zbieranych przez całe życie doświadczeń dotyczących grawitacji. Dzięki temu nasze mózgi nie pracują wyłącznie w oparciu o najnowsze dane zmysłowe, lecz formułują hipotezy dotyczące przyszłego położenia piłki.
Jest to jeden z przykładów szerszej koncepcji wewnętrznych modeli otaczającego nas świata. Mózg przeprowadza symulacje tego, co się zdarzy, jeśli wykonamy dane działanie w określonych warunkach. Wewnętrzne modele wpływają nie tylko na nasze ruchy (na przykład złapanie piłki lub unik), lecz stanowią podstawę świadomej percepcji. Już w latach czterdziestych XX wieku naukowcy zaczęli snuć domysły, że percepcja działa nie na zasadzie gromadzenia pozyskanych danych, lecz dopasowywania
oczekiwań do docierających informacji. Ta dziwna teoria pojawiła się, kiedy zaobserwowano, że nasze oczekiwania mają wpływ na to, co widzimy. Nie wierzycie? Spróbujcie opisać, co przedstawia obrazek poniżej. Jeśli wasz mózg nie spodziewa się zobaczyć w tym układzie plam niczego konkretnego, będziecie widzieć tylko plamy. Żebyście coś „zauważyli”, musi istnieć jakaś prognoza co do natury napływających danych.
Jeden z najwcześniejszych przykładów tego zjawiska został opisany przez neurologa Donalda MacKaya, który w 1956 roku wysunął teorię, że podstawowe zadanie kory wzrokowej polega na tworzeniu wewnętrznego modelu otaczającej nas rzeczywistości. Sugerował, że pierwszorzędna kora wzrokowa konstruuje odwzorowanie, dzięki któremu jest w stanie przewidywać, jakie dane otrzyma. Kora przesyła gotowe prognozy do obszaru międzymózgowia zwanego wzgórzem, analizującego różnice między danymi dostarczonymi przez zmysł wzroku a tymi przewidywanymi. Następnie wzgórze wysyła korze tylko te dane, które nie pojawiły się w przewidywanym modelu. Uzupełniają one wewnętrzny model, dzięki czemu w przyszłości różnica między odwzorowaniem a stanem faktycznym będzie mniejsza. Mózg go doskonali, zwracając baczną uwagę na popełniane przez siebie pomyłki. MacKay zauważył, że taki schemat zgadza się z jego anatomią: od kory do wzgórza wiedzie dziesięć razy więcej włókien nerwowych niż w drugą stronę. Ma to sens, jeśli kora przesyła szczegółowe odwzorowanie, a w zamian dostaje tylko zwięzły raport o błędach w prognozie.

To wszystko udowadnia nam, że percepcja odzwierciedla aktywne porównanie zmysłowych danych wejściowych z wewnętrzną prognozą. Wynika z tego jeszcze jeden wniosek: zwracamy świadomą uwagę na otoczenie dopiero wtedy, gdy świadectwo zmysłów nie zgadza się z oczekiwaniami. Jeśli jesteśmy w stanie skutecznie „przewidzieć” świat, nie potrzebujemy świadomej uwagi, ponieważ mózg doskonale sobie radzi. Na przykład kiedy pierwszy raz jechaliście na rowerze, musieliście mocno koncentrować się na tej czynności; jednak po jakimś czasie system prognoz sensomotorycznych jest już na tyle sprawny, że jazda obywa się bez udziału świadomości. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie jesteście świadomi, że jedziecie na rowerze, jednak istotnie nie jesteście świadomi sposobu trzymania kierownicy, naciskania na pedały i balansowania ciałem. Wasz mózg już wie, czego ma się spodziewać, kiedy wykonujecie konkretne ruchy, nie macie więc ich świadomości ani związanych z nimi wrażeń zmysłowych, dopóki coś nie ulegnie zmianie – nie zacznie wiać silny wiatr lub nie pęknie opona. Gdy nowa sytuacja nie zgadza się z prognozami, włącza się świadomość, a wewnętrzny model zostaje uzupełniony.
Przewidywalność własnych działań i ich skutków sprawia, że człowiek nie jest w stanie sam się połaskotać.
Możemy za to zostać połaskotani przez innych, ponieważ ich ruchy są dla nas nie do przewidzenia. Jeśli jednak bardzo wam na tym zależy, zyskacie taką możliwość Wyobraźcie sobie sytuację, w której sterujecie ruchami piórka za pomocą joysticka o minimalnie opóźnionym działaniu: gdy go przechylacie, mija przynajmniej jedna sekunda, zanim piórko się poruszy. Dzięki temu ruch nie jest już przewidywalny i można się połaskotać Co ciekawe, schizofrenicy są w stanie łaskotać się sami z powodu problemu z koordynacją w czasie, który uniemożliwia ustalenie poprawnej kolejności czynności ruchowych i wywołanych przez nie wrażeń.
Kiedy uznamy mózg za system o licznych pętlach i własnej dynamice wewnętrznej, będziemy w stanie zrozumieć przyczyny innych dziwnych zaburzeń, na przykład zespołu Antona. Diagnozuje się go u ludzi, którzy, straciwszy wzrok, utrzymują, że nadal widzą. Grupa lekarzy może stać nad łóżkiem pacjentki i pytać: „Pani Johnson, ile osób znajduje się w sali?”, a ona bez wahania odpowie, że cztery, chociaż w istocie jest ich siedem. Gdy jeden z lekarzy zapyta: „Pani Johnson, ile palców pokazuję?”, odpowiedź będzie brzmiała: „Trzy”, podczas gdy doktor nawet nie uniósł ręki. Kiedy ktoś poprosi o podanie koloru jego koszuli, pacjentka stwierdzi, że jest biała, chociaż w rzeczywistości jest niebieska. Ludzie z zespołem Antona nie udają, że nie są ślepi, lecz naprawdę w to wierzą. Ich stwierdzenia, choć nieprawdziwe, nie są kłamstwem. Doświadczają czegoś, co uważają za widzenie, a co w istocie jest wewnętrznie generowanym obrazem. Często pacjent cierpiący na to zaburzenie przez jakiś czas po wylewie nie próbuje szukać pomocy medycznej, ponieważ nie ma pojęcia, że stracił wzrok. Dopiero gdy wystarczającą ilość razy obije się o ścianę czy meble, zaczyna podejrzewać, że coś jest nie tak. Chociaż przytoczone wyżej odpowiedzi pacjentki wydają się dziwne, można je rozumieć jako jej wewnętrzny model: z powodu wylewu informacje z zewnątrz nie docierają do właściwych obszarów mózgu, więc obraz jest generowany przez jej umysł bez kontaktu z fizyczną rzeczywistością. To, czego doświadcza, nie różni się zbytnio od snu, wizji narkotycznej czy halucynacji.

(…)

Co znaczy, a czego nie znaczy fakt, te jesteśmy zbudowani z części fizycznych
Jeden z najsłynniejszych przypadków urazów mózgu to historia dwudziestopięcioletniego majstra Phineasa Gage’a. 21 września 1848 roku gazeta „Boston Post” zamieściła o nim krótki artykuł, zatytułowany Straszny wypadek:

 „Kiedy w dniu wczorajszym Phineas P. Gage, kierownik budowy linii kolejowej w Cavendish, przygotowywał ładunek wybuchowy, doszło do eksplozji, za sprawą której trzymane przez Gage’a narzędzie o [średnicy] trzech i pół centymetra i długości jednego metra przebiło mu czaszkę. Pręt wbił się w bok twarzy, miażdżąc górną szczękę i tył lewego oka, po czym wyszedł górą”.

Stalowy pręt spadł na ziemię trzydzieści metrów dalej. Gage nie był pierwszą osobą, której czaszka została przebita, a część mózgu wyrwana ze swojego miejsca przez lecący przedmiot, jednak jako pierwszy to przeżył, a nawet nie stracił świadomości.
Edward H. Williams, lekarz, nie uwierzył w słowa Gage – „myślał, że on musiał się pomylić”. Zrozumiał jednak powagę sytuacji, kiedy „pan Gage wstał i zwymiotował, co sprawiło, że fragment mózgu o objętości około pół łyżeczki wypłynął z czaszki i spadł na podłogę”.
Doktor Henry Jacob Bigelow, chirurg z Uniwersytetu Harvarda, który badał ten przypadek, napisał:, Jego cechą charakterystyczną jest nieprawdopodobny przebieg […]. W historii chirurgii nie ma drugiego takiego”. Artykuł w „Boston Post” podsumował to wszystko tylko jednym zdaniem:

 „Najdziwniejszym aspektem tej smutnej opowieści jest to, że jeszcze dziś o drugiej po południu pan Gage żył, był w pełni władz umysłowych i nie czuł bólu”.

Już sam fakt, że przeżył, czynił z niego ciekawy przypadek medyczny, jednak zyskał sławę, ponieważ na jaw wyszło coś innego. Dwa miesiące po wypadku lekarz Gage poinformował, że jego pacjent „czuje się lepiej pod każdym względem […], znów chodzi po domu; mówi, że nie boli go głowa”. Zasugerował jednak istnienie większego problemu, pisząc, że

 „wydaje się na dobrej drodze do rekonwalescencji, o ile uda się go opanować”.

Co miał na myśli, stwierdzając: „o ile uda się go opanować”? Okazało się, że przed wypadkiem Gage był opisywany jako „ulubieniec całej ekipy”. Pracodawcy chwalili go jako „najbardziej wydajnego i zdolnego majstra wśród pracowników”. Jednak po urazie mózgu jego zwierzchnicy „uznali zmianę w jego charakterze za tak ogromną, że nie mogli zaoferować mu na powrót stanowiska”. W roku 1868 doktor John Martyn Harlow, lekarz prowadzący Gage’a, pisał:

     „Tak zwana równowaga pomiędzy władzami jego umysłowymi a zwierzęcymi skłonnościami została zburzona. Jest niestały i lekceważący, a czasami tak, że niezwykle wulgarny (co wcześniej nie było w jego zwyczaju), nie okazuje prawie żadnego szacunku swoim kompanom, nie hamuje się i nie słucha rad, kiedy są one sprzeczne z jego pragnieniami, bywa szalenie uparty, a zarazem kapryśny i niezdecydowany. Snuje liczne plany na przyszłość, ale zanim zdąży je zrealizować, porzuca je na rzecz innych, które wydają mu się bardziej osiągalne. Ma mentalność i intelektualne zdolności dziecka oraz zwierzęce popędy silnego mężczyzny. Przed urazem, chociaż brakowało mu wykształcenia, posiadał umysł zrównoważony, a przez znających go ludzi był uważany za przebiegłego, bystrego przedsiębiorcę, pełnego energii i konsekwentnie dążącego do wszystkich celów. Pod tym względem jego charakter zmienił się do tego stopnia, że przyjaciele i znajomi stwierdzili, że «nie jest już Gage’em”.

W ciągu następnych stu czterdziestu trzech lat naukowcy opisali wiele innych tragicznych eksperymentów natury – nowotworów, wylewów, degeneracji i innych urazów mózgu – których skutki przypominały przypadek Phineasa Gage’a. Wniosek płynący z nich wszystkich był taki sam: stan waszego mózgu jest kluczem do tego, kim jesteście. Wasze „ja”, znane i kochane przez waszych przyjaciół, nie istnieje, jeśli wszystkie tranzystory i śrubki waszego mózgu nie są na swoim miejscu. Jeśli w to nie wierzycie, odwiedźcie oddział neurologiczny dowolnego szpitala. Uszkodzenie choćby najmniejszego obszaru mózgu może prowadzić do utraty szokująco konkretnych umiejętności: nazywania zwierząt, słyszenia muzyki, szacowania ryzyka, rozróżniania kolorów lub podejmowania prostych decyzji. Wspominaliśmy już o pewnych przypadkach, na przykład pacjentki, która straciła zdolność postrzegania ruchu (rozdział drugi), chorych na parkinsonizm hazardzistów i złodziei sklepowych z otępieniem czołowo-skroniowym, niepotrafiących oszacować ryzyka (rozdział szósty). Ich osobowość zmieniła się na skutek zmian w mózgu.
Tu rodzi się istotne pytanie: czy posiadamy duszę niezależną od fizycznej materii, czy też jesteśmy po prostu niezwykle skomplikowaną siecią biologiczną, która mechanicznie produkuje nasze nadzieje, aspiracje, sny, pragnienia, humor i namiętności? Większość populacji uznaje istnienie ponad biologicznej duszy, zaś większość neurobiologów skłania się ku tej drugiej opcji: istoty będącej naturalną właściwością, która wynika z naszej złożonej biologii i niczego poza nią. Czy znamy poprawną odpowiedź? Nie mamy pewności, ale takie przypadki jak historia Gage’a dostarczają pewnych argumentów.
Podejście materialistyczne zakłada, że zasadniczo składamy się tylko z substancji chemicznych. Według tej teorii mózg to system, którego działanie jest regulowane przez prawa chemii i fizyki, w wyniku czego myśli, uczucia i decyzje są produktem naturalnych reakcji przebiegających zgodnie z zasadami dotyczącymi energii potencjalnej. Nasza osobowość to nasz mózg i zawarte w nim substancje chemiczne, a majstrując przy układzie nerwowym, zmieniamy człowieka. Redukcjonizm to popularna wersja materializmu; teoria ta zakłada, że skomplikowane stany, takie jak choćby szczęście, chciwość, narcyzm, współczucie, złośliwość, ostrożność czy podziw, będzie można zrozumieć, redukując cały problem do najdrobniejszych elementów biologicznych.
Na pierwszy rzut oka wielu ludziom podejście reduk- cjonistyczne wydaje się bezsensowne. Wiem o tym, ponieważ pytam o to nieznajomych, kiedy siedzę obok nich w samolotach. Zazwyczaj słyszę wtedy coś w rodzaju:

  „Widzi pan, to jak zakochałem się w swojej żonie, czemu wybrałem ten zawód i inne takie – to nie ma nic wspólnego z chemią mojego mózgu. Taki już jestem”.

Moi rozmówcy mają prawo myśleć, że związek pomiędzy ich osobowością a galaretowatym skupiskiem komórek wydaje się w najlepszym razie niewielki. Ich decyzje pochodzą od nich samych, a nie od substancji chemicznych pozamykanych w mikroskopijnych cyklach. Nieprawdaż?
Co jednak, kiedy natrafiamy na przypadki takie jak historia Phineasa Gage’a? Albo zauważamy inne czynniki wpływające na mózg – znacznie bardziej subtelne niż metalowy pręt – które zmieniają ludzką osobowość?
Posłużmy się przykładem ogromnych efektów, jakie są w stanie wywołać drobne cząsteczki zwane narkotykami. Wpływają na świadomość i percepcję, sterują zachowaniem. Jesteśmy zdani na ich łaskę. Ludzie na całym świecie dawkują sobie tytoń, alkohol i kokainę właśnie w celu poprawy nastroju. Już samo istnienie narkotyków dostarcza nam dowodów na potwierdzenie tezy, że naszym zachowaniem i psychologią można manipulować na poziomie molekularnym. Weźmy taką kokainę. Narkotyk ten wchodzi w interakcję z określonym systemem mózgu, odpowiedzialnym za rejestrowanie satysfakcjonujących wydarzeń – od zaspokojenia pragnienia łykiem mrożonej herbaty przez wywołanie uśmiechu na czyjejś twarzy aż do rozwiązania skomplikowanego problemu i usłyszenia słów pochwały. Wiążąc pozytywną reakcję z zachowaniami, które do niej doprowadziły, owa sieć neuronów (zwana mezolimbicznym układem dopaminergetycznym) uczy się dostosowywać zachowania do potrzeb. Pomaga nam to zdobywać pokarm, napoje i partnerów seksualnych, przydaje się też przy podejmowaniu codziennych decyzji8.
Wyrwana z kontekstu kokaina jest zupełnie nieciekawą cząsteczką – siedem atomów węgla, dwadzieścia jeden wodom, jeden atom azotu i cztery atomy tlenu – ale z biegiem okoliczności jej kształt pasuje do zamka mikroskopijnej maszynerii ośrodków przyjemności, dlatego działa, tak jak działa. Podobnie rzecz się ma w przypadku czterech najpopularniejszych typów używek: alkoholu, nikotyny, stymulantów (amfetamina) i opiatów (morfina). Wszystkie tym lub innym kanałem podłączają się do układu odpowiedzialnego za nagradzanie. Substancje, które dają kopa układowi mezolimbicznemu, same warunkują ciągłość stosowania, a korzystający z nich ludzie potrafią napadać na sklepy lub rabować staruszków, byle tylko nadal mieć dostęp do cząsteczek o tym określonym kształcie. Chemikalia te, działające na obszarze tysiąc razy mniejszym niż średnica ludzkiego włosa, wywołują w nas uczucie triumfu i euforii. Podłączając się do układu dopamine- nergetycznego, kokaina i pokrewne jej związki chemiczne przejmują nasze ośrodki przyjemności, przekonując mózg, że to najlepsze, co może się nam przytrafić. Nasze obwody padają ofiarą terrorystów.
Cząsteczki kokainy są setki milionów razy mniejsze niż pręt, który przebił mózg Phineasa Gage’a, jednak ich działanie nasuwa nam ten sam wniosek: to, kim jesteśmy, jest sumą czynników neurobiologicznych.
Układ dopaminenergetyczny to tylko jeden z setek przykładów. Dokładny poziom pozostałych neuroprzekaźników – na przykład serotoniny – ma kluczowy wpływ na to, jak postrzegamy samych siebie. Jeśli zapadniecie na kliniczną depresję, najprawdopodobniej zostanie wam przepisany lek z grupy selektywnych inhibitorów zwrotnego wychwytu serotoniny (w skrócie SSR1) – na przykład fluoksetyna, sertralina, paroksetyna lub Citalopram. Wszystkie potrzebne informacje o tych lekach zawierają się w słowach „inhibitor wychwytu”: w normalnej sytuacji białka zwane transportowymi wychwytują serotoninę z przestrzeni pomiędzy neuronami; zahamowanie ich działania zwiększa jej stężenie w mózgu, a to z kolei ma bezpośredni wpływ na postrzeganie i emocje. Ludzie zażywający te leki potrafią przejść od „siedzę na łóżku i płaczę” do „wstaję, biorę prysznic, walczę o swoją pracę i ratuję zagrożony związek”. A wszystko to dzięki drobnej korekcie systemu neuroprzekaźników. Niezwykłość tej historii byłaby bardziej widoczna, gdyby nie dotyczyła ona tak wielu osób.
Wpływ na nasze postrzeganie świata mają nie tylko neuroprzekaźniki, lecz także hormony – mikroskopijne cząsteczki, które pływają po układzie krwionośnym, robiąc awanturę w każdym odwiedzonym porcie. Jeśli samicy szczura wstrzyknie się estrogen, zacznie szukać partnera; u samców testosteron wywołuje agresję. W poprzednim rozdziale wspominałem o wrestlerze Chrisie Benoit, który zażywał duże dawki testosteronu, po czym w sterydowym szale zamordował żonę i dziecko. Rozdział czwarty wyjaśniał, że hormon zwany wazo- presyną ma wpływ na wierność partnerom. Kolejnym przykładem są wahania hormonalne związane z cyklem menstruacyjnym. Jakiś czas temu moja koleżanka znajdowała się w samym dołku hormonalnych zmian na-stroju. Uśmiechnęła się wówczas blado i powiedziała: „Wiesz, przez te parę dni w miesiącu po prostu nie czuję się sobą”. Ponieważ też jest neurofizykiem, po chwili zastanowienia dodała: „A może właśnie to jest moja prawdziwa osobowość, a kimś innym jestem przez pozostałe dwadzieścia siedem dni w miesiącu?”. Uśmialiśmy się z tego. Moja znajoma nie bała się spojrzeć na siebie jako na sumę substancji chemicznych w danym momencie. Rozumiała, że to, co nazywa „sobą”, to w istocie wypadkowa różniących się w czasie wersji.
Wszystko to składa się na w sumie dziwną koncepcję osobowości. Za sprawą niezależnych od nas zmian naszej biologicznej zupy są dni, kiedy jesteśmy bardziej drażliwi, humorzaści, elokwentni, spokojni, pełni energii lub trzeźwiej myślący. Naszym życiem wewnętrznym i działaniami steruje biologiczny koktajl, do którego nie mamy dostępu i którego składu dokładnie nie znamy.
Nie zapominajcie też, że długa lista czynników wpływających na życie umysłowe zawiera nie tylko substancje chemiczne, lecz także szczegóły dotyczące samych obwodów. Posłużmy się przykładem epilepsji. Jeśli napad padaczkowy skoncentruje się w pewnym specyficznym punkcie płata czołowego, chora osoba nie do-świadczy objawów motorycznych, lecz czegoś znacznie subtelniejszego, w rodzaju napadu psychicznego, który objawia się zmianami osobowości, hiperreligijnością (obsesją na punkcie religii i poczuciem pewności religijnej), hipergrafią (nadmierną skłonnością do pisania na jakiś temat, zazwyczaj o religii), fałszywym poczuciem czyjejś obecności, a często również omamami słuchowymi (słyszy się wówczas głos utożsamiany z głosem bóstwa). Wydaje się, że pewna część znanych z historii proroków, męczenników i przywódców cierpiała właśnie na epilepsję skroniową. Na przykład Joanna d’Arc, szesnastolatka, której udało się odwrócić losy wojny stuletniej, ponieważ twierdziła, że słyszy głos świętego Michała Archanioła, świętej Katarzyny Aleksandryjskiej, świętej Małgorzaty i świętego Gabriela (i przekonała francuską armię, że to prawda). Swoje doświadczenia opisała tak:

 „Kiedy miałam trzynaście lat, usłyszałam głos Boga mówiący, jak mam postępować Za pierwszym razem się przeraziłam. Głos nawiedził mnie około południa w ogrodzie mego ojca, było lato”.

Później opowiadała:

  „Skoro Bóg nakazał mi wyruszyć, muszę usłuchać A ponieważ Bóg tak nakazał, to choćbym miała stu ojców i sto matek, i była królewską córką, i tak bym ruszyła”.

Po tylu latach nie można postawić jednoznacznej diagnozy, lecz wyznania Joanny, jej coraz większa pobożność i fakt, że regularnie słyszała głosy, pasuje do objawów epilepsji skroniowej. Kiedy pobudzone zostaną odpowiednie obszary mózgu, ludzie słyszą głosy. Jeśli lekarz przepisze środek na epilepsję, ataki ustają, a głosy przestają się odzywać. Nasza rzeczywistość jest zależna od naszej biologii.
Do czynników wpływających na życie umysłowe należy również obecność maleńkich istot: mikroorganizmy, takie jak bakterie i wirusy, sterują zachowaniem w bardzo określony sposób, tocząc w naszych ciałach niewidzialne bitwy. Moim ulubionym przykładem mikroskopijnego stworzenia, które potrafi zarządzać zachowaniem ogromnego mechanizmu, jest wirus wścieklizny. Kiedy chory ssak ugryzie innego, wspina się ono po połączeniach nerwowych aż do płatu skroniowego mózgu. Tam wnika do neuronów i zmienia cykle ich aktywności, wywołując u zarażonego organizmu agresję, wściekłość i skłonność do kąsania. Wirus trafia także do ślinianek i w ten sposób przenosi się z jednego organizmu do drugiego. Manipulując zachowaniem zwierzęcia, jest w stanie rozprzestrzeniać się dalej. Tylko pomyślcie: ma średnicę zaledwie czterdziestu pięciu nanometrów, a zapewnia sobie przetrwanie, przejmując władzę nad ciałem zwierzęcia większego od siebie dwadzieścia pięć milionów razy. To tak, jakbyście w sprytny sposób zmusili do współpracy istotę wysoką na czterdzieści pięć tysięcy kilometrów13. Płynie z tego następująca nauka: nawet najmniejsze zmiany w mózgu mogą prowadzić do ogromnych zmian w zachowaniu. Nasze decyzje są nierozerwalnie związane z działaniem najdrobniejszych trybików naszej wewnętrznej maszynerii.
Za ostatni przykład na zależność człowieka od jego biologii posłużą nam drobne mutacje w pojedynczych genach, które determinują i zmieniają zachowanie. Pląsawica Huntingtona wywołuje postępujące uszkodzenie kory czołowej, prowadzące do zmian osobowości, takich jak wzmożona agresja, nadmierny popęd seksualny, impulsywność i brak poszanowania norm społecznych – wszystkie te objawy pojawiają się długo wcześniej niż charakterystyczne dla tej choroby spazmatyczne mchy kończyn. Warto zauważyć, że ta choroba jest wynikiem mutacji pojedynczego genu. Jak podsumował Robert Sapolsky: „Wystarczy zmienić jeden z dziesiątków tysięcy genów, a mniej więcej w połowie życia człowieka nastąpi dramatyczna zmiana osobowości”. Wobec tak przekonujących przykładów musimy przyznać, że nasza istota jest zależna od czynników biologicznych. Bo czy można powiedzieć osobie cierpiącej na chorobę Huntingtona, żeby skorzystała z wolnej woli i przestała zachowywać się tak dziwnie?
Widzimy zatem, że małe rączki mikroskopijnych cząsteczek zwanych narkotykami, neuroprzekaźnikami, wirusami i genami potrafią bardzo mocno dzierżyć ster naszego zachowania. Wypijecie herbatkę z prądem, ktoś nakicha wam na kanapkę albo wasze geny postanowią się zmutować i wasze działania pójdą w zupełnie innym kierunku. Choćbyście chcieli temu przeciwdziałać, zmiany w wewnętrznych mechanizmach prowadzą do zmian osobowości. Zważywszy na wszystkie te fakty, trudno jednoznacznie stwierdzić, czy mamy jakikolwiek wybór w kwestii tego, kim się staniemy. Jak stwierdziła neuro- etyk Martha Farah, skoro pigułka antydepresyjna „może pomóc nam poradzić sobie z problemami codzienności, a substancja stymulująca sprawia, że zdążamy na czas ze zleceniem i wywiązujemy się z powierzonych nam zadań, to pewność siebie i sumienność muszą chyba być cechami zależnymi od ludzkiego ciała. A jeśli tak jest, to czy istnieje jakikolwiek aspekt człowieczeństwa, który z ciała nie wynika?”.
To, kim się staniecie, zależy od tak wielkiej liczby czynników, że najprawdopodobniej nigdy nie będzie można stworzyć schematu jednoznacznych powiązań między naszymi cząsteczkami a zachowaniem (więcej o tym za chwilę), lecz mimo całej tej złożoności, wasz świat jest bezpośrednio złączony z waszą fizjologią. Jeśli istnieje coś takiego jak dusza, musi być nierozerwalnie związana z mikroskopijnymi cząsteczkami. Niezależnie od tego, co jeszcze dzieje się w naszym tajemnym życiu, zależność od biologii jest niezaprzeczalna. Patrząc z tej perspektywy, nietrudno zrozumieć, dlaczego redukcjonizm biologiczny ma tylu zwolenników wśród współczesnych badaczy zajmujących się mózgiem. Jednak redukcjonizm to nie wszystko.

Koncept grawitacji cz.2 – napisy PL

W tej części omawiane są kolejne elementy Grawitacji jakimi są Pasja i Obecność.

Kluczowym elementem obecności jest odnoszenie się do siebie nawzajem, co powoduje intymność. Obecność i relacja prowadzi do intymności. Większość facetów boi się intymności. Strach pojawia się w oczach, gdy zachodzi zagrożenie intymnością.
Innym elementem obecności jest jazda na emocjonalnej fali razem z kobietą i pozwolenie tej emocjonalnej fali przejść przez Ciebie, gdy się pojawi. Jeżeli zamierzasz być w intymnej relacji z zaangażowaną kobietą, prawdopodobnie znajdziesz się w miejscach do których nie jesteś przyzwyczajony oraz nie czujesz się w takich sytuacjach komfortowo. Raz w miesiącu hormony powodują, że kobieta przenosi się z jednego stanu siebie w inny, który mężczyźni mogą opisać tylko jako pewna wersja szaleństwa.
A więc raz w miesiącu masz czas by, albo dostać w dupę, albo się wykazać, że jesteś w intymnej relacji z zaangażowaną kobietą.
Wyobraź sobie, że raz w miesiącu ktoś wstrzykuje Ci 10 krotną dawkę testosteronu w stosunku do tego co normalnie płynie w Twoich żyłach. Chcesz zabić wszystko co się rusza, zamordować i zjeść wciąż bijące serca ofiar, a potem bzyknąć wszystko co udało Ci się zabić. Wyobraź sobie jak by wyglądało Twoje życie, gdybyś wpadał w ten stan na 2-3 dni w miesiącu?
Większość facetów, których znam, gdy nadchodzi burza, podwija ogon i ucieka, jeden za drugim, zamykają się, nie okazują emocji, dystansują się. Jak myślicie jak czuje się kobieta, która przechodzi przez ten proces, a wy się odsuwacie i mówicie przepraszam, ale nie mogę tego znieść.
Jak myślicie co ona o was myśli jako o potencjalnym partnerze na dłuższy czas? To trudne, to na pewno nie jest nic z czym większość z nas chce się zmierzyć, myśleć o tym, babrać się z tym, ubrudzić, ale to jest bardzo ważne.

Ilu z was chciało by spotkać wspaniałą kobietę i mieć z nią naprawdę dobry długoterminowy związek?
Jeżeli chcesz spotkać kobietę, która jest niesamowita, jest prawdziwą 10/10, która nie pije, nie ćpa, jest wykształcona, dojrzała, będzie Ci wierna, nie jest zepsuta. Masz pojęcie jak rzadko można spotkać taką dziewczynę? Jeżeli chodzisz do klubów to kiedy ostatnio taką spotkałeś, albo czy w ogóle spotkałeś kobietę, która spełnia te kryteria?
Rzadko taką znajdziesz, więc jeżeli chcesz mieć i być z taką kobietę, musisz mieć jej coś do zaoferowania. I nie możesz tego podrobić! Ponieważ im lepsza ona jest, im więcej ma tych cech/wartości, tym lepsza będzie w wykrywaniu podobnych cech w Tobie! Myślisz, że jeżeli ona jest spójna to nie będzie w stanie zauważyć braku spójności w sobie?

Ilu z was może uśmiechnąć się na zawołanie?
I zrobić to przekonująco?
Znasz może jakiś tajemny trik, który sprawi, że kobieta będzie nakręcona na Ciebie, od samego początku?
A dzięki temu trikowi Twoje słowa zostaną przyjęte naprawdę dobrze?
Pomyśl o niesamowitej kobiecie, którą ostatnio widziałeś.
Pomyśl o niej.
Pomyśl teraz o tym jak seksowna była ta kobieta, ponieważ kobiety są naprawdę seksowne.
Powiem wam coś, kobiety mogą mieć wiele orgazmów, mają te wszystkie zabawki, którymi się bawią.
Dlaczego bawią się tymi zabawkami? Bo mogą mieć jeden orgazm za drugim, nie tak jak my, trzy ruchy worek suchy.
One mają niesamowite fantazje seksualne co jest naprawdę niesamowite.
Pomyśl o tym, że wszystkie kobiety chcą, żebyś podchodził do nich z tym małym uwodzicielskich uśmiechem jak George Clooney.
One to uwielbiają. To uruchamia odpowiednie myśli od razu.
Wiesz o czym teraz myślę?
Myślę o tej seksownej kobiecie, którą dziś rano spotkałem, myślę o jej seksualnych fantazjach jakie miała o mnie.
Wczoraj brała kąpiel z bąbelkami i miała wibrator, wibrator nazywał się [Twoje imię].
Bawiła się tym wibratorem, a podczas tego jak ją zaczynało skręcać krzyczała
„Oh [Twoje imię], oh [Twoje imię], oh [Twoje imię].”
Kiedy podchodzę do kobiety, zawsze myślę o tym jak bawiła się wibratorem poprzedniego wieczora.
To zmienia całkowicie podejście.
Kto teraz ma władzę/moc?
Ona nie ma mocy, to Ty ją masz, ona masturbuje się myśląc o Tobie.
Ona myśli o Tobie po nocach, woła Twoje imię podczas swoich fantazji i robienia sobie dobrze.
Jej współlokatorka mówiła do jej, żeby się zamknęła, bo zbyt głośno wypowiadała „ohh, [Twoje imię]” ostatniej nocy.
A więc myślisz tak o niej i podchodzisz do niej, myśląc „Ty mała niegrzeczna dziewczynko, wiem, że mnie pragniesz.”
Po prostu myśl i miej ten uśmiech, to działa!
Nigdy nie wątp w moc fantazji, bo o to właśnie chodzi.
Patrzysz na nią, myślisz „jesteś moja. Jesteś moja.”
Kobiety tego szukają, więc uśmiechaj się w ten sposób i mów do niej, podnosisz swój głos i pytasz, o …?