Archive for the ‘Człowiek’ Category

Poniżej kilka fragmentów z książki „Żelazny Jan : rzecz o mężczyznach” Roberta Bly

 

WSTĘP

Żyjemy dziś w ważnym i przełomowym momencie; stało się bowiem jasne, że wzory męskości przekazywane przez kulturę masową utraciły swoją nośność; mężczyzna nie może już się na nich opierać. Osiągając wiek trzydziestu pięciu lat wie, że wzorce idealnego mężczyzny, twardego mężczyzny, prawdziwego mężczyzny, jakie wyniósł ze szkoły średniej, są bezużyteczne w realnym życiu.
Ludowe baśnie i bajki przechodziły niczym woda przez grubą warstwę gleby, z pokolenia na pokolenie, i możemy ufać zawartym w nich prawdom bardziej niż, powiedzmy, tym wymyślonym przez Hansa Christiana Andersena. Motywy przekazywane przez dawne opowieści — klucza wykradanego spod poduszki matki, podnoszonego z ziemi zło tego pióra z płonącej piersi Żarptaka, Dzikusa spotykanego pod powierzchnią jeziora, śladów czyjejś krwi w lesie, które okazują się w końcu śladami Boga — przenikają w nas z wolna, by potem, już zadomowione, rozwijać się w naszym wnętrzu.
Nie gdzie indziej jak w dawnych mitach słyszymy, na przykład, o zeusowej energii, tej pozytywnej przywódczej energii mężczyzn, która zdaniem kultury masowej nie istnieje. Król Artur poucza nas o roli, jaką odgrywa męski mentor w życiu młodych mężczyzn; z opowieści o Żelaznym Janie dowiadujemy się o doniosłości przejścia z królestwa matki do królestwa ojca. Wszystkie opowieści inicjacyjne przekazują nam, jak ważne jest, by umieć oderwać się od naszych rodziców i znaleźć „drugiego ojca” czy „drugiego króla”.

Istnieje inicjacja męska, inicjacja żeńska i inicjacja człowiecza. W tej książce mówię wyłącznie o tej pierwszej. Pragnę podkreślić, że celem mojej książki nie jest zwracanie mężczyzn przeciwko kobietom czy restytucja męskiej dominacji, przez wieki narzędzia ucisku kobiet i tłumienia kobiecych wartości. Nie rzucam w książce wyzwania ruchowi feministycznemu. Ruch ten oraz ruch opisywany przeze mnie są ze sobą związane, ale żyją one odmiennymi rytmami. Frustracja mężczyzn narastała, począwszy od rewolucji przemysłowej, osiągając dziś taki poziom, którego nie można już ignorować.
Ciemna strona męskiej natury jest wszystkim znana. Na konto mężczyzn trzeba zapisać szaleńczą eksploatację zasobów przyrody, dyskryminację i poniżanie kobiet, niepohamowaną namiętność do plemiennych wojen. Dziedzictwo genetyczne ma swój udział w tych obsesjach, a na równi z nimi kultura i środowisko. Nasze ułomne mitologie nie znajdują miejsca dla głębi męskich uczuć, lokują mężczyzn raczej w niebiańskich niż ziemskich rejonach, uczą posłuszeństwa dla niewłaściwych sił, czynią mężczyzn wiecznymi chłopcami i wikłają tak mężczyzn, jak i kobiety w systemy ekonomicznego panowania wykluczające zarówno matriarchat, jaki patriarchat.
Książka ta powinna przemawiać przede wszystkim do mężczyzn heteroseksualnych, choć nie znaczy to, że homoseksualiści nie znajdą w niej niczego dla siebie. Termin „homoseksualista” wszedł w użycie dopiero w XVIII wieku; poprzednio mężczyźni mający upodobanie do własnej płci byli traktowani po prostu jako część szerszej zbiorowości mężczyzn.
Mówię w tej książce o Dzikusie, którego należy odróżniać od barbarzyńcy. Barbarzyńca wyrządza wielkie szkody duszy, przyrodzie i gatunkowi ludzkiemu; można by powiedzieć, że choć barbarzyńca jest ranny, woli nie badać swoich ran. Dzikus, który zbadał swoje rany, przypomina raczej kapłana Zen, szamana czy trapera niż barbarzyńcę.
Jak zbudować gniazdo na bezlistnym drzewie, gdzie odlatywać na zimę, jak wykonywać taniec godowy — cała ta wiedza zmagazynowana jest w zwojach mózgowych ptaka w postaci instynktów. Istoty ludzkie natomiast, wiedząc jak znacznej elastyczności wymagać od nich będzie reagowanie na nowe sytuacje, postanowiły przechować tego rodzaju wiedzę poza systemem instynktów, a mianowicie w opowieściach. Tak więc opowieści — baśnie, legendy, mity, historie domowego ogniska —- tworzą rezerwuar nowych sposobów reagowania, do których można sięgnąć w razie wyczerpania możliwości sposobów tradycyjnych i obiegowych.
Wśród wielkich badaczy owego rezerwuaru z ostatnich stuleci można wymienić George’a Gródecka, Gurdyewa, Carla Junga, Heinricha Zimmera, Josepha Campbella i Georgesa Dumezila. Moją pierwszą nauczycielką odcyfrowywania baśni była Marie-Louise von Franz. Wzoruję się na niej, starając się być tak wierny sensowi męskich opowieści, jak ona była wierna opowieściom żeńskim w swoich licznych książkach.
Książka czerpie swe inspiracje z dzieła całego zastępu ludzi, z których wielu zajmowało się tymi zagadnieniami długo przede mną. Na pierwszym miejscu należy tu wymienić Aleksandra Mitscherlicha, niemieckiego analityka zmarłego w 1981 roku. Zaciągnąłem poważny dług intelektualny u swoich współpracowników z ostatnich ośmiu lat, wśród których byli: Michael Meade, James Hillman, Terry Dobson, Robert Moore, John Stokes i inni. Dziękuję Keithowi Thom-psonowi za jego zainteresowanie problemem; rozdział pierwszy stanowi zmodyfikowaną wersję wywiadu, jaki przeprowadził ze mną. Dziękuję także mojemu wydawcy Williamowi Patrickowi za jego zapał i intuicję.
Jestem również wdzięczny wielu ludziom, którzy zawierzyli mi na tyle, by mnie wysłuchać, i uczynili zaszczyt, opowiadając swoje historie, albo też po prostu wyśpiewali je, wytańczyli czy wypłakali. Choć w niniejszej książce ujmuję ścieżkę inicjacji jako złożoną z ośmiu stadiów, inni mogą uznawać za właściwą inną kolejność lub samą treść tych stadiów. Pokonujemy drogę idąc.
Antonio Machado napisał:
Zważ, podróżniku, bo nie znajdziesz drogi, a jedynie ślady wiatru na morzu.

Robert Bly

Rozdział I PODUSZKA I KLUCZ

Mówi się wiele o „Amerykaninie”, jakby istniała niezmienna osobowość w dziesięcioleciach czy choćby jednej dekadzie.
Dzisiejsi mężczyźni bardzo się różnią od Saturnowego farmera, jaki przybył do Nowej Anglii w 1630 roku, człowieka o starczej mentalności, chlubiącego się swą introwersją, gotowego przesiedzieć trzy nabożeństwa w nie ogrzewanym kościele. Na Południu ukształtował się typ ekspansywnego, matkocentrycznego zawadiaki, a żaden z tych dwóch typów „Amerykanów” nie przypominał ani zachłannego przedsiębiorcy kolejowego, jaki pojawił się później na północnym Wschodzie, ani zuchowatych osadników prących na Zachód, których dewizą było: „Obędę się bez tego”.
Nawet ograniczając się do naszych czasów, przyjmowany powszechnie model podlegał dramatycznym zmianom. Przykładowo, w latach pięćdziesiątych pojawił się pewien ogólny wzór osobowości, który stał się modelem męskości dla wielu.
Ów mężczyzna lat pięćdziesiątych wstawał do pracy wcześnie, porządnie pracował, utrzymywał żonę i dzieci i był zwolennikiem dyscypliny. Prezydent Reagan jest jakby zmumifikowaną personifikacją uporu i wytrwałości cechujących ten typ osobowości. Mężczyzna tego typu nie miał zbyt wysokiego mniemania o duchowym wnętrzu kobiet, ale potrafił docenić ich walory cielesne. Jego pogląd na kulturę w ogóle i kulturową rolę Ameryki był chłopięcy i optymistyczny. Na pierwszy rzut oka przedstawiał on sobą silny, pozytywny charakter, ale wdzięk osobisty i pozerstwo ukrywały (i ukrywają nadal) poczucie osamotnienia, deprywacji i bierności. Jeśli nie ma wroga — nie jest on pewny, czy naprawdę żyje.

Od mężczyzny lat pięćdziesiątych oczekiwano, że będzie lubił piłkę nożną, że będzie agresywny, że będzie zawsze brał stronę Stanów Zjednoczonych, że nigdy nie zapłacze i że w każdej sytuacji będzie można na niego liczyć. W tym obrazie mężczyzny brakowało jednak przestrzeni wrażliwości czy przestrzeni intymności. Osobowość była zbyt statyczna. Psychice brakowało współczucia, czego wyrazem była uporczywa kontynuacja wojny wietnamskiej; podobnie jak później brak czegoś, co można by nazwać” „tęsknotą do ogrodu”, w osobowości prezydenta Reagana tłumaczy jego nieczułość i brutalność wobec bezsilnych ludzi w Salwadorze, ludzi starych w Ameryce oraz bezrobotnych, uczniów i biednych w ogóle.
Mężczyzna lat pięćdziesiątych miał wyraźne wyobrażenie tego, czym jest mężczyzna i jakie są jego obowiązki, lecz niepełność i jednostronność tego wyobrażenia były groźne.

W latach sześćdziesiątych pojawił się nowy typ mężczyzny. Marnotrawstwo i przemoc wojny wietnamskiej sprawiły, że mężczyźni zaczęli kwestionować swoją dotychczasową wiedzę na temat natury dojrzałego mężczyzny. Jeśli męskość oznacza Wietnam — czy chcą być męscy w takim sensie? W tym czasie ruch feministyczny skłonił mężczyzn do przyjrzenia się kobietom naprawdę, zmuszając ich do uświadomienia sobie niepokojów i cierpień, od których mężczyzna lat pięćdziesiątych usilnie starał się odwracać. Gdy mężczyźni zaczęli badać dzieje kobiet i kobiecą wrażliwość, niektórzy z nich ujrzeli kobiecą stronę własnej osobowości. Ta świadomość pogłębiała się i dziś większość mężczyzn ma ją w takim lub innym stopniu.
Jest w tym procesie coś wspaniałego —- mam na myśli naprawdę doniosłe odkrywanie i kultywowanie przez mężczyzn własnej „kobiecej” świadomości — a jednak nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że w takiej postawie jest również coś nieprawidłowego. W ciągu ostatnich dwudziestu lat mężczyzna stał się bardziej wrażliwy i subtelny. Nie stał się jednak przez to bardziej wolny. Jest on miłym chłopcem, podobającym się nie tylko swojej matce, ale również młodej kobiecie, z którą żyje.
W latach siedemdziesiątych zacząłem dostrzegać w całym kraju zjawisko „miękkiego mężczyzny”. Nawet dzisiaj, kiedy przyglądam się swojej publiczności, często wydaje mi się, że połowa młodych mężczyzn należy do tej kategorii. Są to mili, wartościowi ludzie; podobają mi się — nie chcą szkodzić przyrodzie czy wszczynać wojen, cała ich egzystencja i styl życia przepojone są łagodnością i umiarkowaniem.
A jednak wielu z tych mężczyzn nie jest szczęśliwych. Łatwo zauważyć, że brak im energii. Należą oni do kategorii ludzi chroniących życie, w odróżnieniu od dających życie. Stąd też, prawem kontrastu, mężczyźni ci często wiążą się z silnymi kobietami promieniującymi energią.
Mamy tu więc dobrze wychowanego młodego mężczyznę, górującego świadomością ekologiczną nad swoim ojcem, życzliwie nastawionego wobec całego wszechświata, ale przy tym obdarzonego, niewielką siłą witalną.
Silne, dające życie kobiety, ukształtowane w latach sześćdziesiątych albo dziedziczące dawniejszego ducha, odegrały ważną rolę w uformowaniu owego chroniącego życie, lecz nie dającego życia mężczyzny.

Przypominam sobie z lat sześćdziesiątych nalepkę samochodową z napisem: KOBIETY MÓWIĄ „TAK” MĘŻCZYZNOM, KTÓRZY MÓWIĄ „NIE”. Uznajemy odwagę, której wymagała odmowa powołania do wojska, pójście do więzienia czy ucieczka do Kanady, podobnie zresztą jak odwagę, której wymagało przyjęcie karty poborowego i wyjazd do Wietnamu. Kobiety przed dwudziestoma laty dawały jednak wyraźnie do zrozumienia, że wolą wrażliwszego, łagodniejszego mężczyznę.
Preferencja ta wpłynęła na ukształtowanie mężczyzn. Nie-wrażliwość u mężczyzny została utożsamiona z przemocą, a wrażliwość była nagradzana.

Wiele energicznych kobiet — zarówno wtedy, jak i teraz, w latach dziewięćdziesiątych — wybierało sobie i nadal wybiera za kochanków, i w pewien sposób chyba synów, „miękkich” mężczyzn. Nowy rozdział energii „yang” wśród partnerów nie nastąpił przypadkiem. Młodzi mężczyźni z różnych powodów pragnęli „twardszych” kobiet, a kobiety zaczęły pragnąć bardziej „miękkich” mężczyzn. Wydawało się przez pewien czas, że jest to zdrowy układ, ale żyjemy już w jego ramach wystarczająco długo, by dostrzec, iż tak nie jest.
Po raz pierwszy dowiedziałem się o udręce „miękkich” mężczyzn w trakcie moich wykładów. W 1980 roku gmina Lama w Nowym Meksyku poprosiła mnie o poprowadzenie kursu tylko dla mężczyzn, pierwszego w ich życiu, w którym wzięło udział czterdziestu uczestników. Każdego dnia zajmowaliśmy się jednym bogiem greckim i jedną dawną opowieścią, by potem późnymi popołudniami spotykać się na dyskusjach. Gdy zabierali głos młodsi mężczyźni, nierzadko łzy przeszkadzały im mówić. Byłem zdumiony tym, jak wiele żalu i boleści tkwi w duszach tych młodych ludzi. Zgryzota ich wynikała po części z dystansu między nimi a ich ojcami, odczuwanego przez nich boleśnie, ale innym jej źródłem były problemy w ich małżeństwach czy związkach z kobietami. Nauczyli się wrażliwości, ale sama wrażliwość to za mało, by radzić sobie z kłopotami w małżeństwie. W każdym związku raz na jakiś czas potrzeba czegoś dzikiego; potrzebuje tego zarówno on, jak i ona. Jednak w momencie, w którym pojawiała się taka potrzeba, młody mężczyzna często nie potrafił stanąć na wysokości zadania. Był opiekuńczy, to prawda, ale w jego związku i w jego życiu trzeba było czegoś innego,
„Miękki” mężczyzna mógł powiedzieć:
— Czuję twój ból, uważam twoje życie za tak ważne jak moje, zaopiekuję się tobą, pocieszę cię,

Nie potrafił jednak określić, czego pragnie, i trzymać się tego. Brakowało mu zdecydowania.
W Odysei Hermes poucza Odyseusza, iż zbliżając się do Kirke, reprezentującej specyficzną matriarchalną energię, powinien podnosić lub pokazywać miecz. Podczas owych początkowych spotkań wielu młodszym mężczyznom sprawiało trudność odróżnienie wyciągania miecza z pochwy od zadawania komuś ran. Jeden z nich, niejako ucieleśniający określone duchowe wartości lat sześćdziesiątych, człowiek, który rzeczywiście mieszkał przez rok w pniu drzewa gdzieś koło Santa Cruz, nie potrafił, trzymając w dłoni miecz, wyprostować ramienia. Tak dobrze się nauczył, że nie wolno ranić ludzi, iż nie był w stanie unieść w górę kawałka stali, nawet po to, by złapać nim promień słońca. A przecież wyciągnięcie
miecza nie musi oznaczać walki. Może ono także wskazywać na zdecydowanie płynące z radosnego poczucia siły.

Podjęta przez wielu Amerykanów podróż w „miękkość”, wrażliwość czy „rozwijanie kobiecej strony osobowości” była niezwykle wartościowa, ale na niej droga się nie kończy. Ta droga nie ma końca.
W poszukiwaniu Żelaznego Jana
Jednym z utworów mówiących o trzeciej możliwości dla mężczyzn, o trzeciej drodze jest baśń zatytułowana Żelazny Jan albo, też Żelazny Hans. Jakkolwiek pierwsi zapisali ją bracia Grimm mniej więcej w 1820 roku, liczy ona sobie pewnie z dziesięć lub dwadzieścia tysięcy lat.

Na początku baśni czytelnik dowiaduje się, że gdzieś w głębi lasu, niedaleko królewskiego zamku dzieją się jakieś dziwne rzeczy. Mianowicie myśliwi trafiający na to miejsce znikają i nigdy nie wracają. W ślad za pierwszą grupą zaginionych wyrusza dwudziestu następnych, ale i oni nie wracają. Ludzie nabierają przekonania, że to leśne uroczysko kryje w sobie jakąś niesamowitą tajemnicę, i przestają tam chodzić.
Pewnego dnia pojawia się na zamku nikomu nie znany myśliwy i powiada:
— Czy jest tu coś do roboty? Czy jest może w tej okolicy jakieś niebezpieczne zadanie do wykonania?
Król rzecze:
— No cóż, mógłbym wspomnieć o lesie, ale jest pewien problem. Ludzie, którzy tam wyruszają, nigdy nie wracają.
Procent powrotów, żeby tak to ująć, nie należy do wysokich.
— O, właśnie coś takiego mnie pociąga — odpowiada młody człowiek.
Wyrusza do lasu i, co interesujące, wyrusza sam, biorąc ze sobą tylko psa. Młody człowiek z psem wędrują przez las i przechodzą koło stawu. Nagle ze stawu wyłania się ręka, porywa psa i niknie wraz z nim w toni. Nasz bohater nie wpada bynajmniej w panikę z powodu tego wydarzenia. Mówi jedynie do siebie:
— To na pewno tu.
Ponieważ myśliwy jest przywiązany do swego psa i nie chce się z nim rozstawać, wraca do zamku, bierze jeszcze trzech ludzi z wiadrami i powraca z nimi nad staw, aby wybrać całą wodę. Łatwo zrozumieć, że czeka ich niezwykle mozolna praca.
Po jakimś czasie odkrywają na dnie stawu okazałego człowieka, od stóp do głów pokrytego włosami. Włosy są rudawe — przypominają zardzewiałe żelazo. Zabierają tego człowieka do zamku i wtrącają do więzienia. Dokładniej, król każe go wsadzić do żelaznej klatki stojącej na dziedzińcu, nadaje mu imię Żelazny Jan, a klucz od klatki oddaje na przechowanie królowej.

Przerwijmy na chwilę naszą opowieść.

Współczesny mężczyzna, wglądając w swoją psychikę, może, jeśli ma szczęście, odkryć pod powierzchnią swojej duszy spoczywającego w zakamarkach, do których od dawna nikt nie zawitał, sędziwego, włochatego człowieka.
Systemy mitologiczne łączą włosy ze sferą instynktów, z seksem, z pierwotnością. Twierdzę, innymi słowy, że na dnie psychiki każdego współczesnego mężczyzny znajduje się duża, pierwotna istota cała pokryta włosami. Nawiązanie kontaktu z tym Dzikusem to krok, który jest jeszcze przed mężczyzną lat osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych. W naszej dzisiejszej kulturze wybieranie wody wiadrami jeszcze się nie rozpoczęło.

Baśń delikatnie sugeruje, że owego kudłatego mężczyznę otacza aura lęku, lęku, który towarzyszy wszelkiej zmianie.
Kiedy mężczyzna zaczyna rozwijać wrażliwą stronę własnej osobowości i ma już poza sobą etap początkowej bojaźni, na ogół uznaje swoje doznania za wspaniałe.
 Zaczyna pisać wiersze, siadywać nad brzegiem morza, wyzwala się od przymusu
bycia ciągle stuprocentowym samcem, nabiera zdolności do współodczuwania z innymi —jest w nowym, oszałamiającym świecie.
Lecz zanurzenie, się w wodę po to, by dotknąć leżącego na dnie stawu Dzikusa — o, to zupełnie inna sprawa. Istota, z jaką stajemy twarzą w twarz, jest przerażająca, tym bardziej dzisiaj, gdy korporacje czynią tak wiele, by ukształtować jałowych, bezwłosych, nijakich ludzi. Kiedy mężczyzna akceptuje swoją wrażliwość, czy to, co się czasem nazywa swoją „wewnętrzną kobietą” — czuje się często bardziej serdeczny, bardziej koleżeński, bardziej chętny do życia, Natomiast konfrontacja z „głębokim mężczyzną”, jak go nazywam, rodzi poczucie niebezpieczeństwa. Akceptacja Kosmatego Człowieka wymaga odwagi innego typu, łączącej się z pokonaniem wewnętrznych oporów i poczucia lęku. Kontakt z Żelaznym Janem wymaga zstąpienia w czeluście męskiej psychiki i zaakceptowania jej ciemnych stron, w tym ożywczej ciemności.

Od wielu pokoleń świat biznesu radził młodym przedsiębiorcom, by trzymali się z dala od Żelaznego Jana, a kościoły chrześcijańskie także za nim zbytnio nie przepadają.
Freud, Jung i Wilhelm Reich są tymi badaczami, którzy mieli odwagę zejść na dno stawu i przyjąć to, co tam odkryli. Zadanie, jakie stoi przed współczesnym mężczyzną, polega na pójściu ich śladem.
Niektórzy już to uczynili; Kosmaty Człowiek opuścił dno stawu mieszczącego się w ich psychice i przeniósł się na dziedziniec, a więc oświetlone słońcem miejsce, gdzie wszyscy mogą go zobaczyć. Stanowi to pewien postęp w stosunku do piwnicy, w której pragnęłoby zamknąć Kosmatego Człowieka wiele elementów naszej kultury. Tu czy tam, wszakże, jest on ciągle w klatce.
Utrata złotej piłki
Powróćmy do przerwanej opowieści.
Pewnego dnia ośmioletni syn króla bawi się na dziedzińcu swoją ulubioną złotą piłką. Piłka wpada do klatki Dzikusa. Jeśli chłopiec chce odzyskać piłkę, będzie musiał podejść do Kosmatego Człowieka i poprosić go o nią. I tu właśnie zaczyna się problem.
Złota piłka nasuwa nam na myśl jedność osobowości, którą cieszyliśmy się w dzieciństwie — pełnię i integralność, które były naszym udziałem przed rozdziałem na męskie i żeńskie, bogate i biedne, złe i dobre. Piłka jest złota i okrągła jak słońce. I podobnie jak słońce — promieniuje energią.
Zwróćmy uwagę na wiek chłopca. Wszyscy, czy jesteśmy chłopcami czy dziewczynkami, tracimy coś właśnie w tym wieku. O ile w przedszkolu mamy ciągle naszą złotą piłkę, o tyle w szkole podstawowej tracimy ją. To, co z niej pozostaje, gubimy w szkole średniej. W baśni Żabi król piłka królewny wpada do studni. Niezależnie od tego, jakiej płci jesteśmy, gdy tylko tracimy naszą złotą piłkę, spędzamy resztę życia, starając sieją odzyskać.
Pierwszym krokiem na drodze do odzyskania piłki jest, moim zdaniem, pogodzenie się — stanowczo i nieodwołalnie — z jej utratą. Freud powiedział: „Jakiż smutny kontrast między promienną inteligencją dziecka a ograniczoną umysłowością dorosłego”.
Gdzie jest więc złota piłka? Mówiąc metaforycznie, moglibyśmy stwierdzić, że kultura lat sześćdziesiątych nakłaniała
mężczyzn do szukania swojej złotej piłki we wrażliwości, czułości, współpracy i wyzbyciu się agresywności. Wielu jednak
mężczyzn wyzbyło się wszelkiej agresywności i nie odnalazło
złotej piłki.

Opowieść o Żelaznym Janie uczy, że mężczyzna nie powinien spodziewać się, iż znajdzie złotą piłkę w żeńskim królestwie, gdyż tam jej nie ma. Nowożeniec prosi skrycie żonę, aby oddała mu złotą piłkę. Myślę, że zrobiłaby to, gdyby mogła, gdyż większość kobiet, zgodnie z moimi doświadczeniami, stara się nie hamować rozwoju mężczyzn. Nie może ona jednak dać piłki, gdyż jej nie posiada. Co więcej — utraciła ona również swoją własną złotą piłkę i też nie może jej znaleźć.
Upraszczając moglibyśmy powiedzieć, że mężczyzna lat pięćdziesiątych chciał, by złotą piłkę zwróciła mu kobieta.
Mężczyzna lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, z równym brakiem powodzenia, prosi o to samo swoją „wewnętrzną kobiecość”. ,
Opowiadanie o Żelaznym Janie podsuwa nam myśl, że złota piłka znajduję się w obrębie magnetycznego pola Dzikusa, co nam bardzo trudno pojąć. Musimy uznać za możliwe, że prawdziwa promienna energia u mężczyzny nie ukrywa się, nie spoczywa czy czeka na nas w strefie żeńskiej ani też w strefie samczej, w typie Johna Wayne’a, lecz w magnetycznym polu głębokiej męskości. Chroni ją podwodne pole instynktów i ten, kto mieszka w nim od nie wiadomo kiedy.
Żabim królu to żaba, niesympatyczne stworzenie, na widok którego każdy mówi „Fuj!”, przynosi złotą piłkę. A w wersji braci Grimm żaba, zamienia się w króla dopiero po tym, gdy czyjaś ręka trzaska nią o ścianę.
Większość mężczyzn wolałaby, żeby to ktoś sympatyczny zwrócił im piłkę. Nasza opowieść sugeruje jednak, że nie znajdziemy złotej piłki w polu siłowym azjatyckiego guru czy nawet łagodnego Jezusa.

Opowieść ta nie jest antychrześcijańska, lecz przedchrześcijańska (o jakieś tysiąc lat), a jej przesłanie jest nadal prawdziwe: odzyskanie złotej piłki jest nie do pogodzenia z pewnymi typami powszechnie spotykanej potulności i uprzejmości.
Dzikości czy braku ogłady, zakładanej przez obraz Dzikusa, nie należy mylić z samczą energią, znaną mężczyznom aż nadto. W przeciwieństwie do niej energia Dzikusa mobilizuje do stanowczego i zdecydowanego, lecz nie brutalnego działania.
Dzikus nie jest przeciwstawny cywilizacji, ale też nie mieści się w niej całkowicie. Etyczna nadbudowa ortodoksyjnego chrześcijaństwa nie jest przychylna Dzikusowi, jak się wydaje, w odróżnieniu od samego Chrystusa. Czyż nie przyjął on chrztu z rąk długowłosego Jana?

Kiedy nadchodzi pora rozmowy młodego człowieka z Dzikusem, przekona się on, że ta różni się zasadniczo od rozmowy z pastorem, rabinem czy guru. Z Dzikusem nie rozmawia się o niebiańskiej szczęśliwości, duchu, umyśle czy wyższej świadomości”, lecz o czymś wilgotnym, ciemnym, ale i też mniej podniosłym — o „duszy”, jak by powiedział James Hillman.
Pierwszy krok polega na podejściu do klatki i poproszeniu o zwrot złotej piłki, Niektórzy mężczyźni są gotowi do podjęcia takiego kroku, podczas gdy inni jeszcze nie osuszyli , swoich stawów — nie pozostawili za sobą zbiorowej męskiej tożsamości i nie wkroczyli na nie znany teren samotnie czy też w towarzystwie jedynie swego psa.
Nasza baśń powiada, że po utonięciu psa trzeba złapać za wiadra. Żaden olbrzym nie przyjdzie i nie wybierze za nas wody; żadne magiczne sztuczki nic tu nie pomogą. Ani święta woda z Lourdes, ani LSD czy kokaina. Trzeba to zrobić samemu, wiadro za wiadrem. Przypomina to mozolną dyscyplinę, jakiej wymaga sztuka. Dzieła Rembrandta, tak jak Picassa, Yeatsa, Rilkego czy Bacha powstały dzięki wytężonej, wytrwałej pracy. Czerpanie wody wiadrem wymaga znacznie większej dyscypliny niż większość ludzi zdaje sobie sprawę.
Dzikus, jak zwrócił mi uwagę pisarz Keith Thompson, nie ma zamiaru ot tak, po prostu, wręczać proszącemu złotej piłki. Cóż by to była za bajka, gdyby Dzikus rzekł po prostu:
— No dobrze, masz tu swoją piłkę.

Jung zauważył, że wszelkie spełnione życzenia pod adresem psychiki opierają się na zasadzie „coś za coś”. Psychika lubi robić interesy. Jeśli, na przykład, jakaś część was jest niezwykle leniwa i nie chce się jej pracować, to nawet najbardziej stanowcze noworoczne postanowienie poprawy niewiele zdziała. Poskutkuje, jeśli powiecie do swojej leniwej połowy:
— Pozwól mi popracować przez godzinę, a wtedy ja pozwolę ci byczyć się przez następną godzinę, zgoda?

I tak też w Żelaznym Janie ubija się interes: Dzikus zgadza się oddać złotą piłkę chłopcu w zamian za otwarcie klatki.
Chłopiec, najwidoczniej przestraszony, ucieka. Nawet nie odpowiada Dzikusowi. Czyż nie tak postępujemy? Rodzice, księża, nauczyciele tak często wkładali nam do głów, że powinniśmy trzymać się z daleka od Dzikusa, że kiedy on mówi:
— Zwrócę ci piłkę, jeśli wypuścisz mnie z klatki — my
nawet nie odpowiadamy.
Mija z dziesięć lat. Nasz dwudziestopięcioletni teraz bohater wraca do Dzikusa i pyta:
— Czy dostanę z powrotem swoją piłkę?
Dzikus rzecze:
— Owszem, jeśli mnie uwolnisz.
Prawdę mówiąc, sam powrót do Dzikusa jest czymś niezwykłym; wielu ludzi nigdy się na to nie zdobywa. Dwudziestopięcioletni mężczyzna dobrze słyszy słowa Dzikusa, ale przecież jest to już ktoś, kto dorobił się czegoś w życiu: ma
dwie Toyoty, domek, może i żonę oraz dziecko. Jakże mógłby wypuścić Dzikusa z klatki? Zwykle taki mężczyzna i za drugim razem odchodzi bez słowa.

Mija następnych dziesięć lat. Nasz bohater ma już trzydzieści pięć lat… Czy widzieliście kiedyś wyraz rozterki na obliczu trzydziestopięcioletniego mężczyzny? Czując się przepracowany, wyobcowany i pusty, pyta Dzikusa tym razem z głębi duszy:,
— Czy zwróciłbyś mi moją złotą piłkę?
— Owszem, tak — powiada na to Dzikus —jeżeli wy
puścisz mnie z klatki.
I w tym momencie dzieje się coś zdumiewającego. Nasz bohater odpowiada Dzikusowi i wywiązuje się między nimi rozmowa. Mężczyzna mówi:
.— Nawet gdybym chciał cię wypuścić, nie mogę tego zrobić, bo nie wiem, gdzie jest klucz.
Mówi prawdę. W tym wieku nie wiemy, gdzie znajduje się klucz; nawet nie dlatego, że zapomnieliśmy, ale że w ogóle nigdy nie wiedzieliśmy, gdzie go szukać.
Baśń powiada, że król zamykając Dzikusa oddał klucz królowej na przechowanie, ale wtedy mieliśmy tylko siedem lat, a poza tym nasz ojciec nigdy nam nie powiedział, co zrobił z kluczem. Gdzież jest więc ten klucz?
Spotkałem się z następującymi odpowiedziami:
— Jest zawieszony na szyi chłopca.
Nie.
— Jest schowany w klatce Żelaznego Jana.
Nie.
— Jest w środku złotej piłki.
Nie.
— Jest w zamku. Wisi na haku w skarbcu. Nie.
— Jest w wieży. Wisi wysoko na haku.
Nie.
Dzikus odpowiada:
— Klucz znajduje się pod poduszką twojej matki.
Klucza nie ma w piłce, w złotym kufrze ani w schowku,
lecz leży on pod poduszką naszej matki — tam, gdzie kazałby go nam szukać Freud.
Wydostanie stamtąd klucza to kłopotliwe zadanie. Freud,
czerpiąc inspiracje z pewnej greckiej sztuki, powiada, że mężczyzna, jeżeli chce długo żyć, nie powinien bagatelizować wzajemnego pociągu między sobą a matką. Wszak poduszka leży w łóżku, w którym matka kochała się z naszym ojcem. Poduszka niesie ze sobą ponadto jeszcze inne skojarzenia.
Michael Meade, opowiadacz mitów, zwrócił mi kiedyś uwagę, że poduszka to takie miejsce, w którym matka chowa wszystkie nadzieje związane z nami.Matki marzą o synu lekarzu, psychoanalityku, geniuszu Wall Street, lecz bardzo
rzadko o „synu Dzikusie”.
Wracając do syna, nie jest on wcale pewien, że rzeczywiście chce zabrać klucz. Zwykłe przenosiny klucza spod poduszki matki pod poduszkę guru nie zdają się na nic. Zapomnieć, że matka posiada klucz, byłoby poważnym błędem. Wszak zadanie matki polega na cywilizowaniu chłopca, a więc to, że zachowuje ona klucz, jest czymś naturalnym. Wszystkie rodziny postępują podobnie; na całym świecie „król oddaje klucz królowej na przechowanie”.
Atakując matkę, napierając czy krzycząc na nią, co doradzaliby nam niektórzy freudyści, prawdopodobnie nie zwojowalibyśmy wiele; matka mogłaby się tylko uśmiechnąć i rozmawiać z nami, trzymając łokieć na poduszce. Dysputy Edypa z Jokastą nigdy nie przynosiły większego efektu, podobnie jak wykrzykiwania Hamleta.
Jeden z moich znajomych uważa, że najsprytniej byłoby ukraść klucz pewnego dnia, gdy nie będzie naszych rodziców w domu. To, że „rodziców dzisiaj nie ma”, oznacza wolność od rodzicielskich zakazów. Tego dnia należy skraść klucz.
Pisarz i gawędziarz Gioia Timpanelli zauważył, że z mitologicznego punktu widzenia kradzież klucza należy do królestwa Hermesa. .

klucz musi być skradziony. Przypominam sobie swój wykład na temat kradzieży klucza wygłoszony dla mieszanej publiczności. Młody człowiek, najwyraźniej dobrze obznajomiony ze zwyczajami Nowej Ery, powiedział:
— Robercie, niepokoi mnie ten pomysł kradzieży klucza. Kradzież jest czymś nagannym. Czy nie moglibyśmy po prostu całą grupą udać się do matki i powiedzieć: „Mamo, czy oddałabyś klucz?” , Wzorem dla niego był prawdopodobnie sposób, w jaki załatwia sprawy personel sklepu ze zdrową żywnością. Czułem przez skórę, że dusze wszystkich kobiet znajdujących się na sali powstają, aby zabić autora tej niefortunnej propozycji. Mężczyźni w jego rodzaju są równie niebezpieczni dla drugiej płci, jak i dla swojej.
Żadna matka godna swego imienia i tak nie dałaby klucza. Jeżeli syn nie umie go ukraść, to na niego nie zasługuje.
— Chcę uwolnić Dzikusa!
— Chodź no tutaj i pocałuj mamusię!
Matki wyczuwają intuicyjnie, co się stanie, gdy ich synowie wejdą w posiadanie klucza: utracą wówczas swoich chłopców. Trudno przecenić siłę instynktu posiadania matek w stosunku do synów* dającą się porównać tylko z równie zazdrosną- zachłannością ojców w stosunku do córek.
Środki stosowane w celu odzyskania klucza są sprawą indywidualną, ale warto, podkreślić, że sposoby demokratyczne nie mają szans na sukces.
Pewien dość sztywny młodzian tańczył którejś nocy przez sześć godzin, nie oszczędzając się i rano oświadczył:
— Tej nocy odzyskałem część swojego klucza.
Inny mężczyzna odzyskał klucz, gdy postąpił pierwszy raz w życiu jak prawdziwy oszust, z pełną świadomością tego, co robi. Jeszcze inny ukradł klucz, gdy zbuntował się przeciwko swej rodzinie, odmawiając dalszego odgrywania roli kozła ofiarnego.
Omawianie praktycznych sposobów kradzieży klucza mogłoby nam zająć całe tygodnie. Baśń nie wyklucza żadnej możliwości, stwierdzając jedynie: „Pewnego dnia ukradł klucz, wrócił do klatki Dzikusa i otworzył zamek. Otwierając drzwiczki klatki, przyciął sobie nimi palec” (ten szczegół nabierze znaczenia w następnej części naszej opowieści). Dzikus jest nareszcie wolny i może wrócić do swego lasu, odejść jak najdalej od „zamku”.

Co robi chłopiec?
W tym momencie może się wydarzyć kilka rzeczy. Jeśli Dzikus wróci do lasu, a chłopiec pozostanie w zamku, w psychice chłopca odtworzy się na nowo podstawowy historyczny rozłam między człowiekiem pierwotnym a człowiekiem cywilizowanym. Chłopiec – mógłby boleć nad utratą Dzikusa na zawsze, albo też wsadzić z powrotem klucz pod poduszkę, aby rodzice niczego nie zauważyli, a potem powiedzieć, że nic nie wie o ucieczce Dzikusa/Wykręciwszy się sianem w ten sposób, mógłby zostać menedżerem, fundamentalistycznym pastorem, profesorem zwyczajnym, kimś, z kogo rodzice mogliby być dumni, kimś, „kto nigdy nie natknął się na Dzikusa”.

Wszyscy podrzucaliśmy z powrotem klucz i ukrywaliśmy to. Wtedy samotny myśliwy wewnątrz nas musiał ponownie wyruszyć do lasu z wiernym psem przy nodze, a pies wówczas znowu znikał pod wodą. Traciliśmy w ten sposób wiele „psów”.
Moglibyśmy sobie też wyobrazić inny scenariusz. Chłopiec przekonuje (czy też wydaje mu się, że mógłby przekonać) Dzikusa, aby nie uciekał do lasu i został na dziedzińcu. Mogliby wtedy przez lata całe wieść uczone i kulturalne rozmowy. Z baśni wynika jednak, że chłopiec nie może połączyć się — czy, dokładniej, doznać wstępnego zjednoczenia — z Żelaznym Janem na zamkowym dziedzińcu. Zbyt blisko stąd do poduszki matki i regulaminu ojca.
Pamiętamy, że w naszej opowieści chłopiec, gdy przemówił do Dzikusa, powiedział mu, że nie wie, gdzie znajduje się klucz. Był to dowód odwagi z jego strony. Wielu mężczyzn nigdy nie odezwie się do Dzikusa.
Kiedy chłopiec otworzył klatkę, Dzikus wyruszył z powrotem do swojej puszczy. Chłopiec w baśni, albo trzydziestopięcioletni mężczyzna w naszej wyobraźni, robi wtedy — jakkolwiek by na to patrzeć — coś zdumiewającego. Odzywa się jeszcze raz do Dzikusa, mówiąc:
— Stój! Kiedy rodzice wrócą do domu i spostrzegą, że cię nie ma, zbiją mnie!
Słysząc to, można stracić cały rezon, zwłaszcza jeśli wie się coś na temat sposobów wychowywania dzieci, obowiązujących przez długi czas w północnej Europie.
Jak przypomina nam Alice Miller w swojej książce For Your Own Good1 (Dla waszego własnego dobra), psychologowie dziecka w dziewiętnastowiecznych Niemczech przestrzegali rodziców zwłaszcza przed spontanicznością. Spontaniczność u dziecka jest niedobra i na jej pierwszy znak rodzice powinni surowo zareagować. Spontaniczność oznacza bowiem, że mały dzikus czy dzikuska wyrwali się z zamknięcia. Purytańscy rodzice w Nowej Anglii często surowo karali dzieci za niesforne zachowanie w czasie długich nabożeństw kościelnych.
— Jeżeli wrócą i zobaczą, że cię nie ma, zbiją mnie!
Dzikus na to:
— Masz rację. Lepiej chodź ze mną!
Tak więc Dzikus bierze chłopca na ramiona i razem uchodzą w las. To rozstrzygający moment. Gdybyśmy wszyscy mieli tyle szczęścia!
Chłopiec, odchodząc do lasu, musi pokonać, przynajmniej
w danej chwili, swoją obawę przed dzikością, irracjonalnością, kosmatością, intuicją, emocją, ciałem i naturą. Żelazny Jan nie jest tak prymitywny, jak to się wydaje chłopcu, lecz tego on jeszcze nie wie.
Tak czy owak — doszło do zerwania z matką i ojcem, do tego, do czego wzywają dawne mity inicjacyjne. Żelazny Jan mówi chłopcu:
— Nigdy już nie ujrzysz swoich rodziców. Ale ja pokażę
ci skarby, tak niezmierzone, że nawet nie będziesz w stanie
ich wszystkich wykorzystać.
A więc klamka zapadła.
Odejście na ramionach Dzikusa
Chwila, w której chłopiec odchodzi z Dzikusem, jest tym samym, czym u dawnych Greków było przyjęcie przez kapłana boga Dionizosa młodego adepta na swego ucznia lub czym u dzisiejszych Eskimosów jest moment, gdy szaman — często od stóp do głów okryty futrami z dzikich zwierząt, i noszący na szyi naszyjnik z pazurów rosomaka i kręgów węża, a na głowie łeb niedźwiedzia — pojawia się w wiosce i zabiera chłopca, by poddać go duchowej edukacji.
W naszej kulturze nie ma takich zwyczajów. Nasi chłopcy odczuwają palącą potrzebę wtajemniczenia w sekrety bycia mężczyzną, ale w zasadzie nie mogą tego oczekiwać od starców. Czasem próbują tego księża, ale i oni są dziś zbyt przesiąknięci zmaterializowanymi wartościami świata biznesu.

U Indian Hopi i innych rodowitych Amerykanów południowego Zachodu starcy zabierają chłopca w wieku dwunastu lat i sprowadzają do wyłącznie męskiej strefy kiwa. Zostaje on tam w dole przez sześć tygodni, a matki nie ogląda przez półtora roku.

Słabość współczesnej nuklearnej rodziny nie polega na tym, że jest ona zwariowana oraz pełna sprzeczności i dylematów (to dotyczy również komun i biur korporacji, a w istocie wszelkich grup). Słabość ta zasadza się na tym, że starcy spoza nuklearnej rodziny nie mają już do zaoferowania synowi żadnego skutecznego sposobu zerwania z rodzicami, który byłby w miarę bezbolesny dla niego samego.
W dawnych społeczeństwach wierzono, że jedynie rytuał i wysiłek mogą uczynić z chłopca mężczyznę, że niezbędna jest w tym celu „czynna interwencja starców”.
Powoli zaczynamy rozumieć, że męskości nie uzyskuje się automatycznie; nie stajemy się mężczyzną po prostu dlatego, że jemy płatki owsiane. Czynna interwencja starszych oznacza, że wprowadzają oni młodego mężczyznę w pradawny świat męskich mitów i praktyk.
Doskonałego przykładu tego rodzaju inicjacji dostarczają zwyczaje panujące u afrykańskich Kikuyu. Gdy chłopiec osiąga odpowiedni wiek, zabierają, go matce i przyprowadzają do specjalnego miejsca znajdującego się w pewnej odległości od wioski. Chłopiec jest głodny, spragniony, czujny i przestraszony. Ktoś ze starszyzny bierze nóż, otwiera żyłę na własnym ramieniu i pozwala, by kilka kropel krwi spadło do tykwy lub miski. Każdy z zasiadających wokół ogniska starszych mężczyzn czyni to samo, podając następnemu miskę z krwią, która dociera w końcu do naszego młodzieńca z zaproszeniem, by się posilił.
Rytuał ten uczy chłopca kilku rzeczy. Uczy się on, że.po* karm nie pochodzi tylko od matki, lecz również od mężczyzn. Dowiaduje się też, że nóż może służyć do wielu innych celów poza zadawaniem komuś ran. Czyż może mieć jakieś wątpliwości, że chodzi tu o jego powitanie w gronie mężczyzn?
Po zakończeniu tego powitania starsi uczą młodego adepta mitów, opowieści i pieśni ucieleśniających specyficznie męskie wartości. Chodzi tu nie tylko o wartości rywalizacji, lecz również o wartości duchowe. Dzięki tym „nawilżającym” mitom młody człowiek odrywa się od swego osobistego ojca i wstępuje w „wilgotny” świat ojców „z bagien”, instytucji, której początki giną w zamierzchłej przeszłości.

A co się dzieje przy braku świadomego działania starców? Inicjacja mężczyzn Zachodu przetrwała, choć w zmienionej formie, zagładę greckich szkół inicjacyjnych będącą dziełem fanatyków. W XIX wieku żyło się często pod jednym dachem z dziadkami i wujami, i często przebywało ze starszymi. Na polowaniach i na przyjęciach, w pracy wykonywanej wspólnie przez mężczyzn na polu i w chacie, w czasie wolnym starsi spędzali wiele chwil z młodszymi mężczyznami, przekazując im wiedzę o męskim duchu i duszy.
Wordsworth na początku swej Wycieczki opisuje przesiadującego pod drzewem starca, który został przyjacielem poety, gdy ten był jeszcze chłopcem:
On kochał, odkąd w czeredzie rumianych urwisów Wyróżnił mnie, jak mawiać zwykł, dla kaprysu, Bo urzekło go ponure spojrzenie, zbyt poważne jak na mój wiek.
Teraz, gdy dorosłem, sama myśl o tym, Że jestem jego wybrańcem, dreszcz rozkoszy niesie. Podczas wakacji wiele godzin spędziliśmy razem, spacerując po lesie…
Tego rodzaju bardziej lub mniej przypadkowe i spontaniczne kontakty są już dziś w dużej mierze sprawą przeszłości. Kluby i stowarzyszenia męskie nieomal zanikły. Dziadkowie mieszkają gdzieś W Phoenix albo w domu starców i wielu chłopców zna jedynie towarzystwo rówieśników, nie wiedzących nic w porównaniu z mężczyznami dawniej dokonującymi inicjacji.
W latach sześćdziesiątych wielu młodych mężczyzn czerpało siłę od kobiet, dla których jednym ze źródeł energii był ruch feministyczny.
Można powiedzieć, iż wielu młodych mężczyzn w latach sześćdziesiątych starało się dostąpić inicjacji z rąk kobiet. Wtajemniczenia mężczyzn mogą jednak dokonać tylko mężczyźni, podobnie jak jedynie kobiety mogą wtajemniczać kobiety. Kobiety potrafią przemienić zarodek w chłopca, ale tylko mężczyźni potrafią przemienić chłopca w mężczyznę. Dokonujący inicjacji mówią, że chłopiec potrzebuje drugich narodzin, tym razem nie z kobiety, lecz z mężczyzny.
Keith Thompson w jednym ze szkiców scharakteryzował siebie jako typowego młodego człowieka „wtajemniczonego” przez kobiety. Rodzice Keitha rozwiedli się, gdy miał on około dwunastu lat. Po rozwodzie jego ojciec wyprowadził się i chłopiec mieszkał z matką.
Chodząc do liceum, trzymał się bardziej z kobietami niż z mężczyznami i ten stan rzeczy utrzymywał się w czasie studiów, kiedy to obracał się głównie wśród feministek, które były, według jego opinii, wspaniałe, wykształcone i wielkoduszne i od których wiele się nauczył.
Potem podjął pracę we władzach lokalnych jednego ze stanów, pracując z kobietami i jeszcze lepiej poznając je. W tym czasie miał sen. Wraz ze stadem wilczyc biegł przez las. Wilczyce kojarzyły mu się przede wszystkim z niezależnością i siłą witalną. Stado wilczyc przemierzało w szyku las, docierając w końcu nad brzeg rzeki. Każda z wilczyc spojrzała w lustro wody, widząc w nim swoje odbicie. Natomiast gdy Keith spojrzał w wodę, nie zobaczył tam swojej twarzy.
Sny to delikatna i skomplikowana materia, i nie należy wyciągać z nich szybkich i daleko idących wniosków. Niemniej w naszym wypadku ostatni obraz nasuwa niepokojącą myśl. Kiedy kobiety, nawet kobiety o najlepszych zamiarach, wychowują chłopca same, może on zostać pozbawiony męskiego oblicza lub nie mieć w ogóle oblicza.

Dokonujący inicjacji starcy dawali natomiast chłopcom pewność siebie, którą pomagała im dostrzec własne prawdziwe oblicze czy istotę.

Co da się zrobić w takiej sytuacji? Tysiące kobiet w niepełnych rodzinach wychowuje dzieci bez udziału dorosłego mężczyzny. Związane z tym problemy ukazały się w jaskrawym świetle pewnego dnia w Evanston, kiedy to dla grupy. słuchaczy złożonej przeważnie z kobiet wygłaszałem odczyt na temat inicjacji mężczyzn.
Kobiety samotnie wychowujące synów były niezwykle wyczulone na niebezpieczeństwa takiego modelu wychowawczego. Jedna z kobiet oświadczyła, że mniej więcej wtedy, gdy jej syn osiągał wiek gimnazjalny, uświadomiła sobie, że potrzebuje on twardszej ręki, że metody wychowawcze, do jakich jest predestynowana z natury, nie wystarczają. Z kolei, jak stwierdziła, gdyby zaczęła stosować surowsze metody, zatraciłaby swoją kobiecość. Wspomniałem o klasycznym rozwiązaniu, stosowanym w tradycyjnych kulturach, polegającym na odesłaniu syna do ojca po ukończeniu przez chłopca dwunastu lat. Kilka kobiet odparło na to kategorycznie:
— Nie, mężczyźni nie potrafią wychowywać, nie dbaliby o niego.
W rzeczywistości wielu mężczyzn — do jakich i ja należę — odnalazło w sobie zdolności wychowawcze, które pozostawały w uśpieniu, dopóki nie były potrzebne.
Nawet wtedy, gdy ojciec mieszka pod jednym dachem z resztą rodziny, między matką a synem może istnieć na tyle silna potajemna więź, by wywłaszczyć ojca z jego rodzicielskich praw. Mamy wtedy do czynienia z czymś w rodzaju zmowy skierowanej przeciwko ojcu, a zmowom niełatwo położyć kres. Pewna kobieta mająca dwóch synów co roku wyjeżdżała wraz z mężem do San Francisco na zjazd swojej partii, zostawiając chłopców w domu. Którejś wiosny jednak, powróciwszy właśnie z żeńskiego sanatorium, miała ochotę na trochę samotności i powiedziała do męża:
— A może byś tak sam zabrał chłopców w tym roku?
Tak też się stało.
Chłopcy — jeden mniej więcej dziesięcioletni, drugi dwunastoletni — jak się okazało, nigdy nie przebywali sami z ojcem, bez matki. Po tym nowym dla siebie doświadczeniu prosili o jeszcze, tj. chcieli spędzać więcej czasu z ojcem.
Kiedy następnej wiosny nadeszła znowu pora partyjnej konferencji, matka ponownie wolała zostać sama i chłopcy jeszcze raz wyjechali razem z ojcem. W chwili ich powrotu do domu matka stała akurat w kuchni tyłem do drzwi. Starszy z chłopców wbiegł do kuchni i objął ją z tyłu ramionami. Matka, nie zdając sobie nawet z tego sprawy, zareagowała odruchowo, odtrącając chłopca, który przeleciał przez kuchnię, wpadając aż na ścianę. Kiedy się pozbierał, jak powiedziała mi ta kobieta, w ich stosunku nastąpiła jakaś zmiana. Stało się coś nieodwracalnego. Matka była zadowolona z tej zmiany, a chłopiec czuł trochę zaskoczenia, trochę ulgi, że matka nie potrzebuje go najwidoczniej tak jak dawniej.
Historia ta wskazuje, że dzieło rozłąki może się dokonać nawet bez udziału starców. Zerwania może dokonać sama matka. Wymaga to, jak widzieliśmy, dużego wysiłku, a trzeba też zauważyć, że w naszym wypadku to ciało kobiety, a nie jej umysł, dokończyło dzieła.
W opowiadaniu-innej kobiety cichy sojusz matki z synem został rozbity przez drugą stronę. Wychowywała ona samo tnie syna i dwie córki. Z córkami nie było żadnych kłopotów, w odróżnieniu od chłopca. Gdy miał czternaście lat, wyjechał
do ojca, u którego miał zamieszkać. Wrócił jednak już po miesiącu. Matka zdawała sobie sprawę, że obecność aż trzech kobiet w domu oznacza nadmiar żeńskiej energii. Cóż jednak mogła zrobić? Minął tydzień czy dwa. Któregoś wieczoru matka odezwała się do syna, dotykając jego ramienia:
— Jasiu, chodź na kolację.
I wówczas to on wybuchnął i to ona wylądowała na ścianie. Poza tą różnicą mamy tu do czynienia z taką samą reakcją, jak w poprzedniej historii. W obu wypadkach nie zauważamy żadnego zamiaru ubliżenia drugiej stronie ani też żadnych świadectw, że incydent powtórzył się. W każdym z tych przypadków psychika czy ciało wiedziały to, z czego nie zdawał sobie sprawy umysł. Gdy matka podniosła się z podłogi, powiedziała:
— Powinieneś wrócić do ojca.
Chłopiec odpowiedział zaś:
— Masz rację.
Tradycyjne zerwanie inicjacyjne, obywające się bez przemocy, jest oczywiście lepsze. Faktem jest jednak, że, jak świat długi i szeroki, wyrośnięci synowie niestosownie zachowują się i niegrzecznie odzywają do swoich matek, chcąc w ten sposób, jak sądzę, wydać się niesympatycznymi. Gdy starcy nie wykonali swego zadania i nie rozerwali na czas więzi łączącej matkę z synem, w jakiż inny sposób chłopcy mogą wyzwolić się z tych więzów, jeżeli nie” przez nieprzyjemne zachowanie i słowa? Postępowanie takie nie jest z reguły świadome, ale niezależnie od tego trudno nazwać je wytwornym.
Jednoznaczne zerwanie z matką jest niezbędne, ale rzecz w tym, iż do niego zwyczajnie nie dochodzi. Wina nie leży po stronie kobiet; chodzi raczej o to, że starsi mężczyźni nie robią tego, co należy.

Tradycyjny sposób wychowywania kultywowany przez tysiące lat, polegał na tym, iż ojcowie i synowie mieszkali pod jednym dachem, przy czym ci pierwsi uczyli tych drugich fachu: uprawy roli, ciesiołki, kowalstwa(czy krawiectwa). Jak to stwierdziłem w innym miejscu, spośród uczuciowych związków najbardziej ucierpiała w wyniku rewolucji przemysłowej więź ojca z synem.
Nie chodzi rzecz jasna o to, by idealizować kulturę ery przedindustrialnej, ale z drugiej strony wiadomo, że dziś wielu ojców pracuje wiele kilometrów od domu, że kiedy wracają po pracy, dzieci są już często w łóżkach, a oni sami zbyt zmęczeni, by spełniać swoje ojcowskie obowiązki.
Rewolucja przemysłowa, potrzebując rąk roboczych do fabryk i biur, oderwała ojców od ich synów i co więcej, umieściła tych ostatnich w obowiązkowych szkołach, w których uczyły przeważnie kobiety.
D.H. Lawrence opisał, jak to wyglądało, w szkicu Mężczyźni muszą pracować i kobiety też. Jego pokolenie w górniczych regionach Wielkiej Brytanii odczuło na sobie siłę tej zmiany, a nowa postawa koncentrowała się wokół jednej idei: praca fizyczna jest złem.
Lawrence przywołuje na pamięć swego ojca, który nigdy nie słyszał o tej teorii; pracował jako zwykły górnik w kopalni, miał w pracy wielu dobrych kolegów, wracał do domu w dobrym humorze i kąpał się w kuchni.
Mniej więcej w tym czasie przybyli jednak z Londynu nowi nauczyciele i zaczęli uczyć Lawrence’a i jego kolegów z klasy, że praca fizyczna jest czymś pospolitym i godnym pogardy i że należy starać się awansować społecznie do bardziej „duchowego” poziomu związanego z pracą wyższego rzędu, pracą umysłową. Dzieci pokolenia Lawrence’a wywnioskowały stąd, że ich ojcowie przez cały czas robili coś niegodnego, że praca fizyczna mężczyzn jest czymś gorszym, a że ich wrażliwe matki, którym podobają się białe firanki i wzniosła egzystencja, mają słuszność i zawsze ją miały.
Jako nastolatek Lawrence, jak opisuje to w Synach i kochankach3, wierzył bez zastrzeżeń nowym nauczycielom. Pragnął „wyższego” życia i popierał matkę mającą takie aspiracje. Dopiero we Włoszech dwa lata przed śmiercią, chorując już na gruźlicę, Lawrence zaczął dostrzegać witalność włoskich robotników i odczuwać głęboką tęsknotę za swoim ojcem. Zdał sobie wówczas sprawę, że pragnienie awansu wpajane mu przez matkę było dla niego niekorzystne, doprowadzając go do zubożającego odgrodzenia się od ojca i od własnego ciała.
Jasno i dobitnie sformułowana idea potrafi przenosić się z szybkością choroby zakaźnej. Praca fizyczna jest złem. Nie tylko Lawrence, ale również wielu innych przyjęło tę tezę i w następnym pokoleniu przepaść między ojcami a synami powiększyła się. Ktoś podejmuje pracę za biurkiem w jakimś urzędzie, zostaje sam ojcem, ale nie dzieli swojej pracy z synem i nie potrafi mu wytłumaczyć, co właściwie robi. Ojciec Lawrence’a zabierał go na dół do kopalni, tak jak mój ojciec, który był farmerem, zabierał mnie na traktor. Wiedziałem, co ojciec robi przez cały dzień i w każdej porze roku.

Dominacja pracy biurowej i rewolucja informatyczna pociągnęły ze sobą zanik więzi ojca z synem. Jeżeli ojciec przebywa w domu tylko przez godzinę czy dwie, to wartości kobiet, może i wspaniałe, będą niepodzielnie panować pod rodzinnym dachem. Można by rzec, że współczesny ojciec traci syna już pięć minut po jego narodzinach.
Kiedy wchodzimy do współczesnego mieszkania, coraz częściej na nasze przywitanie wychodzi pani domu. To ona, elokwentna, energiczna, pewna siebie, jest na pierwszym planie; nierozmowny pan domu ukrywa się gdzieś z tyłu. O sprawach poruszanych w tym podrozdziale mówi mój wiersz pod tytułem Odnajdując ojca:
Mój przyjacielu, to ciało nie żąda opłaty za to, że niesie nas, tak jak ocean unosi bale. Niekiedy faluje wzburzony jakąś potężną siłą i rozbija skały, ciskając wokół maleńkie kraby, które wirują jak liście.
Ktoś puka do drzwi. A jeszcze nie zdążyliśmy się ubrać. Gość żąda, ażebyśmy natychmiast poszli w deszczu i wichurze do ciemnego domu.
Pójdziemy tam, mówi ciało, i odnajdziemy ojca, którego nigdy nie znaliśmy, gdyż wywędrował w śnieżycy tej nocy, kiedy narodziliśmy się, i utracił pamięć, i żył odtąd, tęskniąc do swego dziecięcia, które widział jeden, jedyny raz…
tęskniąc doń, kiedy był szewcem, a potem hodowcą bydła w Australii, wreszcie kucharzem w restauracji, malującym obrazy nocami.
Ujrzysz go, kiedy zapalisz lampę. Czeka tam, za drzwiami… brwi ma tak ciężkie, czoło tak lekkie… tak cielesny, ale samotny, czeka na ciebie.
Odległy ojciec

Psycholog niemiecki Alexander Mitscherlich pisze o owym ojcowsko-synowskim kryzysie w swojej książce pt. Społeczeństwo bez ojca. Główny sens jego rozważań sprowadza się do tezy, że jeśli syn nie widzi, co robi jego ojciec każdego dnia w ciągu całego roku, to w jego psychice pojawi się luka, luka, którą wypełnią demony podszeptujące mu, że praca ojca i sam ojciec są czymś złym.
Negatywny stosunek do nieobecnego ojca odegrał rolę w studenckich zajściach w latach sześćdziesiątych. Zrewoltowani studenci uniwersytetu Columbia wdarli się do rektoratu, poszukując dowodów konszachtów uniwersytetu z CIA- Poczucie studentów, że ich właśni ojcowie są źli, zostało przeniesione na wszystkich mężczyzn u władzy. Uniwersytet, podobnie jak ojciec,- robi na zewnątrz wrażenie prawości i uczciwości, ale gdzieś tam w głębi tli się w nas poczucie, że jeden i drugi robią coś niedobrego. Poczucie to staje się nie do zniesienia, gdyż wewnętrzne intuicje syna są niezgodne z zewnętrznymi pozorami. Owe podświadome, poczucia pojawiają się nie dlatego, że ojciec jest draniem, lecz dlatego, że jest daleko.
Młodzi ludzie są gotowi narazić się na nieprzyjemności, wdzierając się do gabinetu rektora, byle tylko zlikwidować ową sprzeczność. Porządki w kraju są takie, że mogą oni natrafić tam na listy od CIA, ale takie odkrycia nie zaspokajają — odczuwanej przez ciało syna — głębokiej tęsknoty i potrzeby, by być bliżej ciała ojca.
— Gdzie jest mój ojciec… dlaczego mnie nie kocha? Co się tu dzieje?
Film pt. Maratończyk opowiada o podejrzliwości młodych Amerykanów wobec starszych. Główny bohater, którego gra Dustin Hoffman, traci ojca, lewicowca doprowadzonego do samobójstwa w czasach McCarthy’ego. Młody człowiek wchodzi w niebezpieczny kontakt z byłym lekarzem z obozu koncentracyjnego; musi stawić mu czoło i pokonać jeszcze przed jakąkolwiek próbą pojednania z własnym zmarłym ojcem.
Gdy demony są tak podejrzliwe, jakże może być mowa o jakimkolwiek późniejszym prawidłowym kontakcie syna z dojrzałą energią męską, zwłaszcza energią dorosłego mężczyzny dysponującego władzą. Jako muzyk będzie on łamał gitary robione ręcznie przez starych rzemieślników, a jako nauczyciel odnoszący się z podejrzliwością do dawniejszych autorów będzie ich dezawuował. Jako obywatel będzie wolał seanse terapeutyczne niż udział w życiu publicznym. Nie angażując się w politykę, będzie się czuł czystszy. Zaszyje się gdzieś na prowincji i będzie hodował marihuanę albo rozbijał się starym jeepem po okolicy.

W naszych czasach przyjmuje się powszechnie, że władza niesie ze sobą nieuchronnie korupcję i ucisk. Natomiast Grecy znali i doceniali pozytywną męską energię, uznającą autorytet zwierzchności. Owa energia zeusowa, jak ją nazywali,obejmuje inteligencję, dobre zdrowie, zdolność do współczucia, życzliwość, zdecydowanie, dar wielkodusznego przewodzenia. Energia zeusowa to męski autorytet uznawany przez wzgląd na dobro ogólne.
Pierwotni mieszkańcy Ameryki wierzyli w ową ożywczą męską moc. U Indian Seneka wódz-mężczyzna, ale wybierany przez kobiety, przyjmuje władzę w imię dobra publicznego. On sam nic właściwie nie posiada. Wszystkie wielkie kultury z wyjątkiem naszej przechowują obrazy tej pozytywnej męskiej energii.

Zasoby energii zeusowej topniały w Stanach Zjednoczonych z dziesięciolecia na dziesięciolecie. Kultura masowa, począwszy od komiksów Maggie and Jiggs i Blondie and Dag-wood z lat dwudziestych i trzydziestych, w których mężczyzna jest zawsze słaby i głupi, przyjęła za cel poderwanie szacunku dla męskiej energii. Z komiksów obraz słabego dorosłego mężczyzny przeszedł do filmów rysunkowych.
Ojciec z dzisiejszych reklam telewizyjnych nigdy nie może się na nic zdecydować. A w komediach sytuacyjnych, wyłączając The Cosby Show, mężczyźni są przedstawiani jako niezdecydowani, nadęci lub łatwo dający się wywieść w pole. A jeśli zapytamy, kto wywodzi ich, dowiadujemy się, że czynią to kobiety. Chyba niezupełnie „tego chcą ludzie”. Wielu młodych scenarzystów hollywoodzkich, zamiast w Kansas czy gdzie indziej stanąć twarzą w twarz ze swoimi ojcami, bierze odwet na odległym ojcu, portretując wszystkich dorosłych mężczyzn jako głupców.
Atakują oni szacunek dla mądrości, którą daje wiek i doświadczenie, a którą każdy ojciec pragnie, gdzieś tam w głębi, przekazać swoim wnukom i prawnukom. W tradycyjnych kulturach natomiast bardzo często to właśnie starsi zabierają pierwsi głos podczas publicznych zgromadzeń; młodsi mogą w ogóle się nie odzywać, wysłuchując z szacunkiem zdania starszych. Dziś natomiast mamy dwudziestosiedmioletnich „piratów* giełdowych, którzy potrafią wykupić zasłużone wydawnictwo i zniszczyć w pół roku dorobek trzydziestu lat pracy starszego człowieka.
Jako dwudziesto- i trzydziestolatek uczestniczyłem w tym dziele niszczenia energii zeusowej. Atakowałem każdą starszą osobistość ze świata literatury będącą w zasięgu strzały i napawałem się widokiem strzał przeszywających ich ciała, strzał poruszanych energią skoncentrowaną w mojej psychice. Wiele zajęć, które mój ojciec wykonywał za dnia, rozgrywało się na moich oczach, znałem jego zwyczaje przy pracy, sposób odnoszenia się do współtowarzyszy pracy, ale z kolei pewne inne elementy jego egzystencji były dla mnie niedostępne i moją lukę wypełniły demony, jak to przewidział Mitscherlich. Mój gniew skupił się na starszych ludziach, których właściwie nie znałem.
Kiedy syn daje się powodować owym demonom, staje się szorstki, oziębły i osamotniony. Nie wie, w jaki sposób ożywić „wilgotne” i „muliste” strony swojej psychiki. Parę lat temu zacząłem odczuwać swoje ubytki, nie tyle po „żeńskiej”, ile po męskiej stronie mojej osobowości. Stwierdziłem, że brakuje mi kontaktów z mężczyznami — czy nie powinienem powiedzieć wprost, że z moim ojcem?

Zacząłem myśleć o nim nie jako o kimś, kogo miłości, opieki czy towarzystwa nie zaznałem, lecz jako o kimś, kto sam
został tego pozbawiony przez swoich rodziców i przez kulturę. Ten proces przewartościowania trwa.
Za każdym razem, gdy spotykam Się z ojcem, zastanawiam się, w jakiej mierze pozbawił mnie on owych różnych wartości świadomie, a w jakiej stało się to wbrew jego woli; w jakiej mierze zdawał, a w jakiej nie zdawał sobie z tego sprawy.
Na temat podłoża tych moich rozterek można znaleźć pewne niepokojące myśli u Junga. Stwierdził on, że kiedy to matka wprowadza syna w świat uczuć, wyuczy się on kobiecej postawy wobec męskości i przyjmie kobiecy pogląd na swojego ojca i swoją własną męskość. A że ojciec i matka rywalizują o uczucie syna — nie można liczyć ani na to, że od matki uzyska się rzetelny obraz ojca, ani na to, że ojciec przekaże nam nie zafałszowany obraz matki.
Niektóre matki wpajają dzieciom przekonanie, że ucywilizowanie, kultura, uczucie, osobiste więzi — to coś, co cechuje matkę i córkę czy też matkę i wrażliwego syna, podczas gdy ojciec reprezentuje i ucieleśnia oziębłość czy nawet brutalność, brak uczuciowości, okrucieństwo, racjonalizm, obsesję na punkcie pieniądza.
— Taką już ma naturę ten twój ojciec.
Tak więc syn dorasta często z wykrzywionym obrazem swego ojca — ukształtowanym nie tyle na podstawie jego czynów i słów, ile przez opinie matki o tych słowach i czynach.
Pamiętam, że w moim przypadku pierwszy kontakt ze światem uczuć zawdzięczam matce. Ona pierwsza nauczyła mnie rozróżniania uczuć:
— Czy czujesz się smutny?
Kontakt ten jednak pociągnął za sobą negatywne zdanie o ojcu, jako o nie mówiącym za wiele na temat uczuć.
Przezwyciężenie tych pierwszych negatywnych sądów na
temat ojca wymaga czasu. Wcześnie ukształtowane oceny głęboko zapadają w psychikę. Idealizacja matki czy obsesja na jej punkcie, miłość czy nienawiść do niej mogą trwać do trzydziestki albo czterdziestki. Po czterdziestce syn zaczyna zwykle ciążyć ku ojcu — pragnie mieć pełniejszy jego obraz
i zbliżyć się do niego. Proces ten następuje w sposób niewy
tłumaczalny, jakby dyktowany jakimś biologicznym zegarem.
Pewien znajomy opowiedział mi, jak proces ten przebiegał w jego przypadku. W wieku około trzydziestu pięciu lat zaczął się zastanawiać nad tym, kim właściwie jest jego ojciec. Nie widział go od dziesięciu lat. Pojechał do Seattle, gdzie ojciec mieszkał, zapukał do drzwi, a kiedy ojciec je otworzył, wyrzucił z siebie:
— Chcę żebyś o czymś wiedział. Nie zgadzam się z matką
na twój temat.
— No i co się stało? — zapytałem.
— Mój ojciec wybuchnął płaczem i powiedział: „Teraz mogę już spokojnie umrzeć”.
Ojcowie czekają. Cóż innego mogą zrobić?
Nie twierdzę, że wszyscy ojcowie są dobrzy; matki mogą mieć rację co do ich negatywnych cech, ale kobieta potrafi również osądzić surowo określone męskie cechy tylko dlatego, że są odmienne czy dla niej nowe.
Jeśli syn uczy się wrażliwości głównie od matki, to na swoją własną męskość będzie prawdopodobnie patrzył z żeńskiego punktu widzenia. Może on być nią zafascynowany, ale jednocześnie będzie się jej obawiał. Może ubolewać nad nią i pragnąć ją zreformować albo też może być nastawiony do niej podejrzliwie i dążyć do jej zdławienia. Może ją podziwiać, ale nigdy nie będzie się czuł z nią naprawdę swojsko.
W końcu mężczyzna dojrzewa do odrzucenia wszelkiej indoktrynacji i zaczyna zadawać sobie pytania o prawdziwą naturę swego ojca i męskości w ogóle. W poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie wielce pomocne są starodawne opowieści, wolne od współczesnych psychologicznych przesądów, sprawdzone przez czas, przekazujące zarówno ciemne, jak i jasne, groźne i wspaniałe aspekty męskości. Wzorem dla nich nie jest mężczyzna doskonały ani też przesadnie uduchowiony.
W mitach greckich Apollo wyobrażony jest pod postacią złotego mężczyzny stojącego na olbrzymim zbiorniku ciemnej, ruchliwej, niebezpiecznej energii, której na imię Dionizos. Dzikus z naszego opowiadania obejmuje oba rodzaje energii, zarówno apollińską, jak i dionizyjską. Bhutańczycy robią maski człowieka z głową ptaka i psią szczęką. Sugeruje to dobrą dwoistą energię. Wszyscy znamy świątynnych strażników stojących przed bramami orientalnych świątyń. Strażnik to srogi mężczyzna z nastroszonymi brwiami i nogą podniesioną jak do tańca, trzymający w dłoni pałkę z kwiatów. Hindusi
proponują jako obraz męskości Sziwę, który jest zarówno ascetą, jak i dobrym kochankiem, szaleńcem i mężem. W jednej
z postaci zwanej Bhairava występuje on z długimi kłami,i pod tym względem różni si

Rozdział II PIERWSZY ZŁOTY WŁOS

Można by zapytać:
— Dlaczego nie zatrzymać się w tym miejscu?
Mamy oto młodego człowieka, który wykradł klucz spod matczynej poduszki. Uciekł od rodziców i pozostaje w kontakcie z Dzikusem, a poprzez niego z puszczą. Podobnie jak Huck Finn wyruszył on „w dół Missisipi” na tratwie z towarzyszem należącym do innego świata. Skoro jednak nasza historia opowiada o inicjacji, wiemy, że będziemy musieli mieć do czynienia ze skaleczeniami, łamaniem kości, przekłuwaniem skóry i innymi podobnymi próbami. Stanowią one nieodłączną część wtajemniczenia.
Mircea Eliade opowiadając o praktykach inicjacyjnych w kulturach całego świata: pisze, że inicjacja chłopców rozpoczyna się od dwóch wydarzeń: pierwsze to wyraźne zerwanie z rodzicami, po którym nowicjusz udaje się do lasu, puszczy lub na pustynię; drugie to skaleczenie czynione chłopcu przez starych mężczyzn, które może polegać na nacięciu skóry nożem, wytarzaniu w pokrzywach, wybiciu zęba. Nie wolno jednak sądzić, że te obrażenia są zadawane pod wpływem jakiegoś sadystycznego impulsu. W większości kultur osoby dokonujące inicjacji dbają o to, by skaleczenia nie powodowały zbędnego bólu, a budziły skojarzenia właściwe danej kulturowej siatce znaczeń. Odpowiedniego przykładu dostarcza inicjacyjna praktyka australijskich aborygenów.
Po zebraniu grupy młodych chłopców starcy opowiadają im historię pierwszego człowieka imieniem Darwalla. Chłopcy słuchają w przejęciu tej opowieści o australijskim Adamie. Okazuje się, że Darwalla siedzi na pobliskim drzewie. Kiedy chłopcy starają się go dojrzeć, podchodzi do nich jeden ze starców i wybija każdemu po zębie. Wówczas inni starcy przypominają chłopcom, że coś podobnego przydarzyło się Darwalli. On także stracił ząb. Przez resztę życia puste miejsce po zębie będzie się kojarzyć chłopcom z naocznym kontaktem z Darwalla. Większość z nas chętnie oddałaby ząb w zamian za naoczny kontakt z Adamem.
Porą tradycyjnie wybieraną na początek inicjacji jest początek okresu dojrzewania, a wszyscy pamiętamy, jak wiele skaleczeń otrzymaliśmy w tym wieku. Dojrzewanie to dla chłopców okres pełen niebezpieczeństw, a narażanie się na te niebezpieczeństwa wyraża zarazem tęsknotę za inicjacją.
Liczba obrażeń odniesionych przez typowego mężczyznę jest zdumiewająca. Przekonałem się o tym pewnego dnia w San Francisco, kiedy to w dużej sali zebrało się kilkuset mężczyzn. Jeden z wykładowców, Doug van Koss, przyniósł dwa bądź trzy tysiące pasków czerwonego materiału i poprosił, aby każdy z mężczyzn przypiął lub zawiązał czerwoną wstążkę na każdej części ciała poszkodowanej w jakiś sposób, zaznaczając ślad czy po ciętej ranie, czy po złamanej kości, czy po ciosie nożem itd.
Wielu mężczyzn potrzebowało dziesięciu lub więcej wstą: żek. U niektórych cała prawa strona ciała, od głowy po kostki u nóg, lśniła czerwienią; u innych czerwień niemal zakrywała głowę; u jeszcze innych — zarówno ręce, jak i nogi. Po zakończeniu ćwiczenia sala przekształciła się w morze czerwieni.

Jest coś takiego w dorosłym mężczyźnie, co pragnie ryzyka, szuka niebezpieczeństwa, posuwa się aż na skraj — nawet na skraj śmierci.
Wracając więc do naszej historii, palec chłopca symbolizuje , rany, jakie każdy z nas odnosi, próbując wypuścić Dzikusa z klatki. Nie pochodzą one od starców. Zadaliśmy je sobie sami. Bez względu na to czy to starcy nacinają nam skórę muszlą, czy pokrywają ją bolesnym tatuażem, czy też robimy to sami — szramy reprezentują ranę istniejącą już poprzednio, jakiś brakujący ząb, po którym lukę wyczuwaliśmy już
językiem. Skaleczony palec z naszej opowieści oznacza ranę, jaką większość młodych ludzi w naszej kulturze już odniosła. Wracajmy jednak do przerwanego wątku.

Opowieść: dzień pierwszy w stawie
Kiedy Dzikus dotarł znowu do lasu, zdjął chłopca z ramion, postawił go na ziemi i rzekł:
— Nigdy już nie ujrzysz ani matki, ani ojca, ale za
to zostaniesz ze mną, bo uwolniłeś mnie, a ja czuję dla
ciebie litość. Jeżeli będziesz robił to, co ci każę, wszystko
będzie w porządku. Mam dużo złota i skarbów,
więcej niż ktokolwiek na świecie.
Dzikus przygotował łoże z mchu, na którym chłopiec mógł spać, a rankiem zabrał go do źródła.
— Czy widzisz to złote źródło? Jest czyste jak kryształ
i pełne światła. Chcę, żebyś usiadł przy nim i pilnował,
aby nic do niego nie wpadło. Jeśli bowiem tak
się stanie, źródło zostanie skażone. Będę tu powracał
każdego wieczoru, żeby sprawdzać, czy posłuchałeś mojego rozkazu.
Chłopiec usiadł na brzegu źródła. Raz po raz mignęła mu przed oczyma złota ryba czy złoty wąż. Uważał, aby nic nie wpadło do wody. Siedząc czuł jednak taki ból w palcu, że odruchowo zanurzył go w wodzie. Wyjął go natychmiast, ale było już za późno: palec zrobił się ” złoty i bez względu na to, jak mocno go szorował, nie chciał zmienić barwy.
Żelazny Jan powrócił tego wieczoru i zapytał:
— Czy dzisiaj zdarzyło się coś ze źródłem?
Chłopiec chowając palec za plecami, aby Żelazny Jan
go nie zobaczył, odrzekł:
— Nie, nic nie zaszło.
— Aha] Zamoczyłeś palec w źródle! — Żelazny Jan
na to. — Puścimy to w niepamięć tym razem, ale nie
pozwól, by się to stało znowu.

Za chwilę pomówimy o złocie przywierającym do koniuszka palca, ale na razie pozostaniemy trochę dłużej przy skaleczeniu. Bolało ono tak bardzo, że chłopiec bezwiednie wsadził palec do źródła. Do tego w zasadzie ogranicza się nasza historia. Jeśli mamy przeżywać tę historię, a nie jedynie ją śledzić, musimy zadać sobie pytanie:
— Jaka rana boli nas tak mocno, że musimy zamoczyć ją
w wodzie?
Inicjacja młodych mężczyzn oznacza zatem dopomożenie im w przypomnieniu sobie rany, przez którą rozumiemy rany duszy, czyli obrażenia emocjonalnego ciała. Niekiedy po to istnieją zewnętrzne blizny, by przypominać nam o bliznach wewnętrznych.
Wymieńmy niektóre wewnętrzne obrażenia, podobnie jak wcześniej wyliczyliśmy kilka obrażeń zewnętrznych. Raną jest nieotrzymanie błogosławieństwa od własnego ojca.

Robert Moore powiedział:
Jeśli jest się młodym mężczyzną i nie otrzymuje się
wyrazów uznania od starszego mężczyzny, to boli.

Od jak wielu mężczyzn słyszałem następujące słowa:
— Czekałem dwa dni przy łożu umierającego ojca pragnąc, by powiedział wreszcie, że mnie kocha.
— No i co?
— Nie powiedział tego.
Odnosi się rany, nie widując ojca w dzieciństwie, nie przebywając z nim, mając odległego ojca, ojca nieobecnego, ojca maniaka na punkcie pracy. Jeśli ma się ojca krytycznego i surowego, to tak, jakby się było jednym z synów Kronosa, których Kronos zjadł. Cios w takiej lub innej formie, nadchodzi zwykle od ojca.

Michael Meade natrafił na afrykańską opowieść, w której ojciec myśliwy pewnego dnia zabiera syna na polowanie.
Zabiwszy małego szczura, daje go synowi, żeby go trzymał. Syn, jak powiada opowieść, sądząc, że taki łup jest nic niewart, wyrzucił go w krzaki. Tego dnia nie nadarzyła się już żadna inna zwierzyna i o zmierzchu ojciec prosi syna o szczura, aby mogli go upiec i zjeść na kolację. Chłopiec odpowiada ojcu:
— Wyrzuciłem go w krzaki.
Wówczas, zgodnie z opowieścią, ojciec wziął siekierę i uderzył nią syna; ten stracił przytomność, a ojciec pozostawił go tam, gdzie upadł.

Mężczyźni wysłuchujący tej historii wiedzą ze zdumiewającą dokładnością, gdzie padł-cios siekiery. Zdaniem jednego siekiera trafiła w lewą stronę głowy. Drugi powiada, że siekiera uderzyła chłopca w pierś. Trzeci, że w ramię. Czwarty, że prosto w środek czaszki. Piąty, że w brzuch. Szósty, że w pachwinę itd. itd. Prawie każdy mężczyzna przypomina sobie moment ciosu. Tak więc to zdarzenie należy do symboliki stosunków: ojciec-syn. Ojciec zadaje uderzenie, a syn je otrzymuje. Zranienie to chłopiec będzie pamiętał przez lata.

A cóż o ciosach pochodzących od matki?
— Wiesz, że jesteś bardzo delikatny; nie powinieneś się bawić z tymi chłopcami.
— Jak mogłeś zabić takiego ślicznego ptaszka?
— Jeśli nie przestaniesz tak się zachowywać, oddam cię
do domu poprawczego! No i jak ci się to podoba?
— Nie mieścisz się już w tych spodniach.
— No a teraz zachowujesz się jak twój ojciec.

Ojciec zadaje demonstracyjne i nie do zapomnienia uderzenie siekierą, potrącające o morderstwo; niejedna matka dąży do tego, by jej syn przeszedł chrzest hańby. Wylewa wiadro za wiadrem hańby na jego głowę, by dopiąć swego.

Pewien mężczyzna powiedział:
— Moja matka ma trójnożną manię — nieprzeparty im
puls, by kopać wszystko, co ma trzy nogi.
W niektórych przypadkach tego rodzaju poniżanie powoduje długotrwałe, nie gojące się rany. Grecy w drodze na wojnę trojańską pozostawili Filokteta na wyspie, ponieważ jego rana wydawała przykrą woń. Byli zmuszeni później wrócić po niego, kiedy wyrocznia orzekła, że uratowanie go to jedyny sposób wygrania wojny. Ranny człowiek wie coś, czyli coś znaczy.
Policzkowanie, wymysły, złorzeczenia — zadają rany. Ranią one poczucie własnej godności i dostojeństwa, podrywają, zapał i pewność siebie, pozostawiają sińce na duszy, poniżają ciało. Hańbią, krzywdzą i szkodzą.
Jeżeli zostało się okłamanym przez starszych — to tak, jakby złamali ci nogę. Kiedy młodzi ludzie przybyli do Wietnamu, stwierdzili, że zostali oszukani, doznali niezmiernie głębokiego urazu.
Nigdy nie zostać wprowadzonym w męski świat przez starszych mężczyzn — to tak, jakby odnieść ranę w pierś. 

Naczelnik policji z Detroit zauważył, że aresztowani przezeń młodzi ludzie nie tylko nie mają w domu żadnego odpowiedzialnego starszego mężczyzny, ale nigdy się z takim nie zetknęli. 
W przypadku gangu, jak zwrócił uwagę Michael Meade, mamy do czynienia z puszczonymi samopas młodymi ludźmi, którzy nie mają żadnej styczności ze starszymi. Członkowie gangu podejmują beznadziejne wysiłki, aby nauczyć się odwagi, rodzinnej lojalności i dyscypliny od siebie nawzajem. Może się to powieść w niektórych przypadkach, ale większość członków gangu nie odnosi na tej drodze sukcesu.
Sądząc na podstawie męskich zwyczajów, na Nowej Gwinei, w Kenii, północnej Afryce, wśród Pigmejów czy Zulu, w kulturze arabskiej i perskiej zabarwionej wpływem sufi-zmu — mężczyźni współżyli ze sobą w braterskich i emocjonalnych związkach od setek tysięcy lat.

Współczesne życie zawodowe dopuszcza jedynie stosunki oparte na rywalizacji, wyzwalające tylko emocje w rodzaju niepokoju, napięcia, poczucia osamotnienia, lęku, chęci prześcignięcia rywala. Cóż robią mężczyźni po pracy? Zbierają się w barze, by wieść małe rozmówki przy małym piwie; efemeryczne więzi wytwarzające się między uczestnikami takich pogaduszek rozpadają się na widok pierwszej kobiety, która przejdzie obok nich albo potrąci któregoś. Brak duchowego związku z innymi mężczyznami to być może najcięższa ze wszystkich ran.

Wszystkie te obrażenia odnosimy niezależnie od tego, czy poważamy naszych rodziców, czy też ich nie szanujemy; czy jesteśmy dobrzy, czy źli.Większość z nich daje się określić jako zamach na nasze poczucie wielkości. Jako małe dziecko, każdy z nas ma poczucie, że jest bogiem. Na taką możliwość wskazywało już królewskie życie w łonie matki, a jeśli ktokolwiek, już po naszym przyjściu na świat, stara się nam wytłumaczyć, że nie jesteśmy bogiem — nie słuchamy tego. To wczesne poczucie naszej boskości moglibyśmy nazwać „dziecięcą wielkością”, którą trzeba odróżnić od tkwiącej
w nas także „prawdziwej wielkości”. W każdym razie w wieku dojrzewania mamy w sobie jeszcze tyle dziecięcej wielkości, by nam się wydawało, że możemy, decydować, czy szczur jest na tyle duży, by go zatrzymać. Kiedy zatem ojciec uderza nas siekierą i zostawia na ziemi, trudno nam pogodzić nasz stan — rannego, leżącego na ziemi — z naszymi wyobrażeniami o królewskiej godności.
Wszelkie obrażenia stanowią zagrożenie dla naszego poczucia królewskości. Ciosy zadawane naszej ambicji: — Co ty sobie myślisz, że kim jesteś? Jesteś takim samym zasmarkanym bachorem jak cała reszta — są niczym uderzenia w żołądek królewicza. A przecież z nami jest zawsze coś nie w porządku. 

Jeden chłopiec uważa, że jest za chudy,, inny — że za mały, jeszcze inny jąka się albo utyka. Jeden chłopiec jest zbyt nieśmiały, inny nie jest atletycznie zbudowany albo nie umie tańczyć czy też ma brzydką cerę. Jeszcze inny ma duże uszy albo znamię, jest tępy, nie umie trafić w piłkę itd. Zwykle rozwiązujemy nasz problem, nadymając się jeszcze bardziej. Wystarczy lekkie samowywyższenie, by znaleźć się ponad tym wszystkim.

Może być, że pewna autoidealizacja jest potrzebna w każdym wieku ze względu na funkcje ochronne, jakie pełni. Alice
Miller twierdzi, że kiedy dziecko styka się ze strony rodziców z okrucieństwem i brutalnością, które trudno mu pojąć, może
ono obrać drogę albo w górę, albo w dół. W pierwszym przy
padku wznosimy się ponad ranę i wstyd. Zbieramy dobre stopnie, zostajemy dyżurnym wesołkiem rodziny, stajemy się kimś w rodzaju lekarza swojego własnego cierpienia. Coś potężnego unosi nas wzwyż. Jesteśmy może weseli, ale niezbyt
ludzcy.
Obierając drogę w dół, zanurzamy się w głąb rany i poniżenia. Będąc bliżsi ranie niż ci, którzy weszli na drogę wzwyż, nie stajemy się przez to bardziej ludzcy. Ofiara to także na swój sposób osoba dostojna. Ofiara przyjmuje swoją cierniową koronę, staje się królewiczem czy królewną w inny sposób. Drogę tę obierają niekiedy mężczyźni pozbawieni ojca.

Każdy z nas wkracza na obie te drogi: jedną od święta i niedzieli, drugą w dni powszednie. Niektórzy obierają trzecią drogę: drogę bezwładu, zautomatyzowanego zachowania, narzuconego sobie odrętwienia — pustki w środku, braku uczuć i emocji, życia tępego robota.

Dawne praktyki inicjacyjne zmodyfikowały wszystkie z tych reakcji, jako że przynoszą one nowe skaleczenia lub zadają z premedytacją,obrażenia na tyle dotkliwe i wyraźne, choć drobne — że przywodzące młodemu człowiekowi na pamięć jego rany wewnętrzne. Inicjacja poucza następnie młodego człowieka, co ma począć ze swoimi obrażeniami, zarówno starymi, jak i nowymi.
Zaraz po wprowadzeniu chłopców w świat mężczyzn starcy opowiadają im różne historie. W braku opowieści nie można zapanować nad raną. Albo wznosimy się ponad nią tak wysoko, że nie możemy jej dosięgnąć, albo też sami stajemy się raną, przygnieceni czymś tak potężnym, że widzimy jedynie ziemię pod nami.
Przyjmując zatem skaleczony palec chłopca za symbol rozmaitych obrażeń wieku dziecięcego, powróćmy do naszej opowieści, próbując przedstawić sobie, jak doszło do owego skaleczenia. Doznaliśmy zranienia, gdy próbowaliśmy wypuścić z klatki Dzikusa, reprezentującego tu naszą błyskotliwość, szczodrość, dzikość, wielkość i spontaniczność.

W naszym życiu, rodzinnym możemy wznieść się ponad wstyd z powodu ojca alkoholika, dodając potajemnie paliwa do naszej rakiety, odrywając się od rodziny i wzbijając w górę w tak zasilonej rakiecie. Możemy też ulec owemu poniżeniu, utożsamić się bez reszty z pełnym wstydu dzieckiem i nikim więcej, żyć w ukrywanej pogardzie dla samego siebie, utracić swojego króla i zostać niewolnikiem. Stawanie się niewolnikiem może być nawet przyjemne. Stan zniewolenia może nam potem wejść w nałóg i wtedy nigdy nie będziemy już panami własnego losu, dalej brnąc w hańbę i poniżenie.

Stan odurzenia jest najszybciej rozwijającym się stanem w USA, znacznie szybciej niż Kalifornia czy Hawaje. W ten sposób, odnosząc się do rany od siekiery, mówimy jakby:
— Ja jestem tym dzieckiem.
Jak wiemy z Wieków dzieciństwa Philippe’a Ariesa4, do XIX wieku nie było specjalnych ubiorów dla dzieci. W średniowieczu i później dziecko jakby mówiło:
— Jestem miniaturą dorosłego — i nosiło ubrania podobne do ubrań dorosłych.
Praktyka ta nie była pozbawiona wad, ale jej odwrócenie okazało się katastrofalne w skutkach. Kiedy ludzie utożsamiają się ze swoim zranionym dzieckiem, albo pozostają dziećmi — oznacza to koniec całej kultury. Ciąże nastolatek pouczają nas, że dzieci nie potrafią matkować ani ojcować własnym dzieciom. Sposób życia ludzi ma destruktywne skutki dla bliskiej rodziny i dalszego otoczenia. Wszyscy jesteśmy na oddziale nagłych wypadków.
Przywrócenie inicjacji w takiej czy innej formie jest kulturze niezbędne. Stany Zjednoczone od 1950 roku chylą się wyraźnie ku upadkowi, i uważam, że jeśli nie znajdziemy trzeciej drogi, leżącej między dwiema wymienionymi wcześniej, proces ten będzie trwał nadal. Mamy drogę wzwyż — obieraną przez specjalistów od obligacji-śmieci, kombinatorów i posiadaczy prywatnych samolotów; i mamy też drogę w dół — obieraną przez niektórych nieuleczalnych alkoholików, samotne matki żyjące poniżej granicy ubóstwa, narkomanów oraz mężczyzn pozbawionych ojca.

Wzniesienie się do stanu podniecenia i ekstazy także nie przyniesie nam klucza. Pozostaje on ukryty.
Przedwczesna ekstaza, czyli zintensyfikowana ekscytacja, może stanowić, jak zauważył James Hillman, po prostu jeszcze jeden sposób Wielkiej Matki na uniemożliwienie mężczyźnie rozwinięcia w sobie poczucia dyscypliny. Gdy klucz pozostaje pod poduszką matki, prędzej czy później wylądujemy na leczeniu. Psychologowie i terapeuci będą się starać, aby nas wyzwolić, ale to my sami im w tym przeszkadzamy, wpychając klucz pod ich poduszkę, kiedy nie patrzą.

Przypuśćmy, że udało nam się skraść klucz spod poduszki matki i uśmierzyć ból palca. No i co dalej? Czy odejdziemy wraz z Dzikusem w tym momencie? Pewnie nie. Potrafimy spędzić dziesięć lat, bolejąc nad skaleczonym palcem, winiąc za to rodziców i starsze pokolenie. Zaskarżymy Dzikusa o to, że klucz jest zardzewiały, a naszą matkę o to, że nie potrafiła lepiej chronić swojego klucza. Opowieść o Dzikusie urywa się nagle, kiedy tylko uznamy siebie za Dzikusa (droga wzwyż) lub za tyranizowane, bezsilne dziecko (droga w dół).
Obligacje-śmiecie czy odpadki to nowy typ spekulacyjnego papieru wartościowego o wysokim ryzyku, wymyślony przez Michaela Milkena, który dorobił się na nich, przy użyciu nieuczciwych sposobów, fortuny (przyp. tłum.).
Ludzie szczerze wierzący w swoją infantylną wspaniałość — makler z Wall Street, harfista Nowej Ery — po cóż mieliby oni odchodzić z Dzikusem? Wydaje im się, że już są Dzikusem — w ekstrawagancji nie mają sobie równych; to oni potrafią nie spać całą noc, bawiąc się swoimi komputerami albo przez cztery dni nie pomyśleć niczego brzydkiego.

Niewielu amerykańskich mężczyzn ostatnich dziesięcioleci potrafiło uczynić właściwy użytek z klucza. Jeśli mężczyźnie wydaje się, że jest Dzikusem albo gnębionym dzieckiem, przyjęcie mentora jest wykluczone. Każdy z nas powinien zapytać samego siebie: czy jest ktoś taki, kogo znamy lub o kim słyszeliśmy, kto posiada prawdziwą wielkość? Jeśli odpowiedź jest pozytywna, powinniśmy odejść z tym kimś.
Należy zdać sobie sprawę, że Dzikus nie znajduje się w naszym wnętrzu. Z naszej opowieści wynika, iż Dzikus to istota, która może istnieć i rozwijać się przez całe stulecia niezależnie od ludzkiej psychiki. W kategoriach świata ludzi można by go przyrównać do mentora, który będzie wszak żył i rósł bez względu na to, czy przyjmie nas za ucznia, czy nie przyjmie.
Dawny zwyczaj inicjacji — ciągle obecny w naszej strukturze genetycznej — przedstawia sobą trzecią drogę, biegnącą pomiędzy maturalnymi drogami ekscytacji szaleńca oraz ekscytacji ofiary. Pojawia się postać mentora, czyli „męskiej matki”. Tuż za nim stoi istota będąca wcieleniem bezosobowej siły, tzn. — w naszej opowieści — Dzikus, czyli Żelazny Jan.
Młody człowiek bada swoją ranę — ojcowską, macierzyńską czy hańbiącą — albo doświadcza jej w obecności tej autonomicznej, bezczasowej mitologicznej istoty, przewodnika inicjacji.
Jeżeli młody człowiek skradnie klucz i wejdzie na ramiona tej istoty, wydarzą się trzy rzeczy. Po pierwsze, rana nie będzie już nieszczęściem, lecz darem. Po drugie, pojawi się — czymkolwiek by ona była — święta czy cudowna woda. Wreszcie — ciało mężczyzny- wchłonie w jakiś sposób energię słoneczną. Powtórzmy tę część baśni.

Kiedy Dzikus dotarł znowu do lasu, zdjął chłopca z ramion, postawił go na ziemi i rzekł:
— Nigdy już nie ujrzysz ani matki, ani ojca, ale za
to zostaniesz ze mną, bo uwolniłeś mnie, a ja czuję dla
ciebie litość. Jeżeli będziesz robił to, co ci każę, wszystko
będzie w porządku. Mam dużo złota i skarbów,
więcej niż ktokolwiek na świecie.
Dzikus przygotował łoże z mchu, na którym chłopiec mógł spać, a rankiem zabrał go do źródła.
— Czy widzisz to złote źródło? Jest czyste jak kry
ształ i pełne światła. Chcę, żebyś usiadł przy nim i pilnował, aby nic do niego nie wpadło. Jeśli bowiem tak
się stanie, źródło, zostanie skażone. Będę tu powracał
każdego wieczoru, żeby sprawdzać, czy posłuchałeś mojego rozkazu.
Chłopiec usiadł na brzegu źródła. Raz po raz mignęła mu przed oczyma złota ryba czy złoty wąż. Uważał, aby nic nie wpadło do wody. Siedząc czuł jednak taki ból w palcu, że odruchowo zanurzył go w wodzie. Wyjął go natychmiast, ale było już za późno: palec zrobił się złoty i bez względu na to, jak mocno go szorował, nie chciał zmienić barwy.
Żelazny Jan powrócił tego wieczoru i zapytał:
— Czy dzisiaj zdarzyło się coś ze źródłem?
Chłopiec chowając palec za plecami, aby Żelazny Jan
go nie zobaczył, odrzekł:
— Nie, nic nie zaszło.
— Aha! Zamoczyłeś palec w źródle! — Żelazny Jan
na to. — Puścimy to w niepamięć tym razem, ale nie
pozwól, by się to stało znowu.

Dzikus zabiera chłopca nad święte źródło, nad wodę. Zwróćmy uwagę na pływające w tej wodzie złote ryby i złote węże. W kategoriach mitologicznych mamy tu do czynienia z prastarym świętym źródłem strzeżonym przez Dzikusa, a niekiedy także przez Dzikuskę. Według mitów celtyckich, w razie jakiegokolwiek skażenia tego -źródła nastąpi zagłada wszystkiego na ziemi. Woda jest więc ważnym miejscem. Jest to tradycyjne miejsce dumań Dzikusa, a z Vita Merlini wiemy, że również Merlin wiódł tam swoje medytacje, kiedy ogarnęło go szaleństwo.
U źródła zwykli ludzie czerpali natchnienie, pokarm dla ducha, mądrość. Przez całe wieki podróżnicy pożywiali się u świętego źródła w Logres. W źródle Connla pływał olbrzymi święty łosoś; oczekując aż ze zwisających nad wodą drzew opadną raz na rok orzechy natchnionego szaleństwa.
Z psychologicznego punktu widzenia można tu mówić o wodzie życia duchowego, wodzie życia duszy, dostępnej wszakże jedynie dla tych, którzy są gotowi w nią wstąpić. Mircea Eliade pisze o męskiej inicjacji:

„Inicjacja pokwitania stanowi przede wszystkim objawienie świętości… przed inicjacją [chłopcy] nie żyją całą pełnią ludzkiej egzystencji właśnie dlatego, że nie uczestniczą jeszcze w życiu religijnym”.

Religia nie oznacza tu doktryny, pobożności, ortodoksji, wiary, przekonania czy poświęcenia swego życia Bogu. Oznacza ona wolę bycia rybą w świętej wodzie, którą łowić będzie Dionizos lub inni rybacy. Wolę pochylenia głowy i wsłuchania się we własne sny, wolę cichego życia na uboczu, modlenie się w klozecie, pokorę, gotowość przełykania gorzkich pigułek tak często i tak naturalnie, jak ryba połyka wodę. Religia to być zarazem rybakiem i rybą, nie być rybą, lecz zwyciężyć ją. Być rybą, znaczy coś robić; nie zajmować się samochodami czy piłką nożną, lecz duszą.
Ludzie pracujący w ciągu ostatnich dziesięciu lat wśród rodzin alkoholików używają często słowa „wyparcie„.
Jest to dobre słowo. Wyparcie oznacza amnezję, złą pamięć, zapomnienie.
Zhańbione dziecko ogarnia morze zapomnienia. Dziewczynka zostaje wykorzystana seksualnie w wieku lat czterech i zapomina o tym zdarzeniu na całe trzydzieści cztery lata — a za niepamięć nikt nikogo nie potępiaWyparcie oznacza wpadnięcie w trans; żyjemy w transie przez całe lata.
W Kruku (baśń braci Grimm) dziewczynka zamienia się w kruka, kiedy jej matka beszta ją, i tak zaczarowana pozostaje przez całe lata; w baśni O sześciu łabędziach sześciu chłopców zmienia się w łabędzie, gdy ojciec, wskutek swego tchórzostwa, wpuszcza do domu złe moce, i chłopcy także pozostają zaczarowani na długo.
Napisałem wiersz Pięćdziesięciu mężczyzn siedzących razem dotyczący młodego człowieka, który ma właśnie zapaść w trans:
Czekając na powrót
męża pijaka
kobieta krząta się w kuchni po omacku,
gdyż nie zapaliła lampy,
by zaoszczędzić naftę.
Potem stawia przed nim
talerz w milczeniu.
A jak postępuje syn?
Odwraca oczy,
traci odwagę,
ucieka z domu, by polować na dzikie
zwierzęta, nocuje w norach
i szałasach, żywi się przestrzenią i ciszą;
wyrastają mu skrzydła, wstępuje w spiralę i wznosi się.

Kiedy mentor przyprowadza nas do źródła, czar opada. Sama przez się woda Dzikusa nie leczy rany, która doprowadziła do ucieczki czy wzlotu; daje ona jednak siłę tej części naszej osobowości, która chce walczyć dalej o to, by zyskać odwagę i być ludzkim.
Kiedy Żelazny Jan zabiera chłopca nad wodę, w pewien
sposób energia słońca przenika do ciała młodego człowieka.

Baśń ujmuje to następująco:
Odruchowo zanurzył palec w wodzie. Wyjął go natychmiast, ale było już za późno: palec zrobił się złoty.
Na całym świecie złoto symbolizuje blask słońca, królewską władzę, samorodne promieniowanie, wolność od rozkładu, nieśmiertelność, duchowe światło. Takie właśnie złoto znalazło się na palcu chłopca. Aranżując niespodziankę złotego koniuszka palca, Dzikus, występując tu jako duchowy przewodnik, udziela pewnej obietnicy. Owa obietnica to, jak moglibyśmy powiedzieć, ponowne odkrycie złota, które tkwiło w nas już wcześniej. Nie jest tak, że mozolnie, ciężką pracą w szkole gromadzimy zbiornik energii słonecznej w duchowym magazynie. Złoto było w nas już wtedy, gdy znajdowaliśmy się w matczynym łonie.
Dziecko rodzi się, by użyć słów Wordswortha, „prowadząc obłoki chwały”. Dziecko jest dziedzicem tysiącleci pracy ducha i wyobraźni. Kabir powiada:
Przeczuwamy, że istnieje pewien duch,
który kocha ptaki i zwierzęta, i mrówki. Być może ten sam, który obdarzył ciebie
jasnością jeszcze w matczynym łonie. Czy jest logiczne, ażebyś teraz odszedł
tak ze wszystkiego osierocony? Przecież to ty sam odwróciłeś się
od ludzi, by podążyć samotnie w mrok.

Ze słynnego papirusu opisującego proces mumifikacji wiadomo, iż egipscy kapłani pokrywali złotem końce palców zmarłych. Czyniąc to, wypowiadali następujące słowa:
– Złoto, które należy do Horusa, pojawia się oto na twoich palcach i czyni cię nieśmiertelnym(ą).
Obraz złotego koniuszka palca z naszej opowieści jest więc bardzo stary: pochodzi z II lub III stulecia p.n.e. Zamiast jednak egipskich świątyń z posągami bogów z litego złota mamy złote ryby i węże pływające w źródle.
Życie Greków i Rzymian dostarcza nam jeszcze jednego faktu ułatwiającego uchwycenie uniwersalnego znaczenia złota. Rzymianie wierzyli, że każda istota ludzka ma w sobie anioła czy demona („daimoniona”) dziedziczonego w ramach danego rodu i stanowiącego zarodek indywidualnego szczęścia danej osoby. Nazywali oni ów zarodek, iskrę czy szczęśliwą gwiazdę „geniuszem” w przypadku mężczyzn i junoną” u kobiet.
Rzymianie przedstawiali „daimoniona” jako przewodnika na wpół człowieka, na wpół boga, posłańca ze świętego świata, pewnego rodzaju anioła stróża czy też „białego cienia”, żeby użyć wyrażenia norweskiego poety Rolfa Jacobseha. Zwróćmy uwagę, że złoto pojawia się na tym samym palcu, który odważnie podjął się otwarcia klatki Dzikusa; los chłopca jest więc ściśle związany z użytkiem, jaki zrobił on z klucza.

Tyle na temat złota w mitologii. Czym jest natomiast złoto na palcu z psychologicznego punktu widzenia? W jakich sytuacjach życia codziennego palec pokryje się złotem?
Baśń mówi, że przebywając w towarzystwie mentora albo
Dzikusa zostaniemy naprowadzeni na ślad naszego wewnę
trznego geniusza.
Zdarza się czasem, że kochankowie uprawiają miłość w pokoju, w którym przebywa Dzikus albo Dzikuska; jeśli to akurat nam się przydarzy — poczujemy, jak wybrane komórki naszego ciała, które do tej pory uważaliśmy za ołowiane, zmieniają się w złote. Kochankowie i święci czują, że koniuszki ich palców są złote; przez całe dni lub całe miesiące mogą oni mieć wewnętrzne poczucie wolności od zwykłych ograniczeń.
Artysta odczuwa szczególne napięcie, pracując nad dziełem sztuki: wierszem, obrazem czy rzeźbą; można by powiedzieć, że w jego pracowni znajduje się święte źródło, a artysta staje się zdolny do myśli i odczuć znacznie bardziej szalonych niż te, których doznaje w swoich zwykłych szarych dniach. Palce trzymające pióro lub pędzel stają się złotem i oto nagle widzimy zdumiewające obrazy i uświadamiamy sobie, w czym jesteśmy naprawdę dobrzy.
Dzikus oznacza tu niewidzialną obecność, towarzystwo przodków i wielkich, już nieżyjących artystów. Wiersz uwieczniający ekstazę miłości czy medytacji stanowi w rzeczywistości pomysłowy sposób utrwalenia w pamięci momentu, w którym koniuszek palca przeobraża się w złoto.
Młoda biegaczka przerywa linię mety w obecności swego trenera; końce jej palców u nóg są złote. Fizyk pracujący ze swym mistrzem w Princeton wypisuje niespodziewanie równania na tablicy swoją złotą kredą. Dobrzy ogrodnicy mają kciuki złote, nie zielone; niekiedy też mistrz czy nauczyciel, siedząc ze studentem, sam nurkuję w wody duszy i wynurza się już złotousty.
Moim zdaniem można traktować terapię, jeśli jest właściwa, jako czuwanie przy źródle. Każde obmycie skaleczenia wodą ma na nas ożywczy wpływ i daje nam siłę, by posuwać się dalej na naszej drodze. Inicjacja nie oznacza zatem wznoszenia się ponad ranę ani tkwienia w odrętwieniu wewnątrz niej; jej istota polega na tym, by wiedzieć, jak lub kiedy, w obecności mentora, zanurzyć ją w wodzie.
Rana boląca tak bardzo, że musimy mimowolnie zanurzyć ją w wodzie, to prawdziwy dar. Jak chłopiec z naszej historii dowiedziałby się o swoim geniuszu, gdyby nie skaleczył się?
Najwięksi pechowcy to ci, którzy nie mają żadnych skaleczeń (nie należy naturalnie brać tego twierdzenia dosłownie, gdyż
takich osób w gruncie rzeczy nie ma). Mężczyznom wtłacza się do głów w dzieciństwie, że bolące skaleczenie przynosi wstyd. Skaleczenie, które przeszkadza nam dalej się bawić, to dobre dla „baby”. Prawdziwy mężczyzna idzie dalej, nawet z wyprutymi wnętrznościami.
Nauka płynąca z naszej opowieści jest zupełnie odwrotna. Zgodnie z nią: tam, gdzie rana mężczyzny — tam jego geniusz. Gdzież by nie pojawiła się rana w naszej psychice — zadana czy to przez ojca alkoholika, czy przynoszącą wstyd matkę lub ojca, czy to matkę obrzucającą obelgami; wywodząca się czy to z osamotnienia, czy z kalectwa, czy choroby — tam właśnie należy poszukiwać źródeł tego, co będzie naszym największym wkładem na rzecz społeczeństwa.
U źródeł niezwykłego daru, jakim obdarzał ludzkość norweski artysta Edward Munch, leżał z pewnością obezwładniający go lęk. Podobny jest charakter darów zawdzięczanych talentom Franza Kafki, Charlesa Dickensa, Emily Dickinson, Anny Achmatowej, Cesara Vallejo.

Zanim zakończymy tę analizę rany i geniuszu, musimy zadać pytanie: jakiej płci. mogłaby być woda?
Męskiej czy żeńskiej?
Obu płci — choć w naszym stuleciu mało kto potrafiłby szybko udzielić właściwej odpowiedzi.
Stało się coś dziwnego. W naszym społeczeństwie ziemia i wszystkie wody na niej traktowane są jako żeńskie i, przez implikacje, należące do kobiet. Na Zachodzie niebo należy do mężczyzn, a ziemia do kobiet; mówi się o „ojcu niebieskim” i „matce-ziemi”. Wyrażeniom tym nie można nic zarzucić; chodzi raczej o to, że dwa inne zwroty popadły w zapomnienie: niebieska matka i ojciec-ziemia.
Egipcjanie, jak wiemy z relacji Platona, uważali, że Grecy są na poziomie dzieci; oni sami mogli się poszczycić znacznie starszą tradycją mitologiczną i religijną. Znali Ra — pana nieba oraz Izydę — panią ziemi. Innymi wszakże wybitnymi postaciami egipskiego panteonu byli Nut i Geb. Nut, niebieską matkę, malowano na wewnętrznej stronie grobowca, tak że zmarły widział zawsze nad sobą istotę pochylającą się ku niemu z niebios. Na ciele bogini i wokół niego widniały gwiazdy. Jej ręce i stopy dotykały ziemi, a reszta ciała niknęła w niebiosach.
— Wyszedłem z łona matki nagi i nagi będę, powracając do niej — mówili zmarli. — Matka dała i matka odbiera. Niech będzie błogosławione imię matki.

Był też Geb, ojciec-ziemia. Libby i Arthur Colemanowie w swojej książce Ojciec zamieszczają wspaniałe portrety Gęba leżącego plecami na ziemi, z brzuchem i uniesionym fallusem, oboma w kolorze ziemi, sięgającymi ku kobiecie w niebiosach, tęskniącymi do gwiazd. Grecy, a po nich Europejczycy stracili kontakt z kompletem czterech bóstw, zachowując w pamięci tylko dwoje z nich. Kiedy pamięta się tylko dwoje bóstw, płcie polaryzują się i zaczynają się wydawać przeciwstawne. Każda płeć utożsamia się z czym innym; mężczyźni z niebem, kobiety z ziemią. Mężczyźni utożsamiają się z niebem — ogniem, kobiety z ziemią wodą.

Wiele kobiet dzisiaj powiada: Ziemia jest płci żeńskiej.
Pewien mężczyzna powiedział mi, że kiedy słyszy coś podobnego, czuje się, jakby utracił prawo do oddychania. Kiedy zaś mężczyzna powiada: Bóg jest płci męskiej, kobiety czują się, jakby pozbawiono je prawa do modlenia się. Mitologia ma duże znaczenie. Polaryzacja wywodząca się z naszej ułomnej mitologii greckiej zdążyła już wyrządzić ogromne szkody.
Dziś, kiedy mężczyzna lub kobieta śni jezioro, terapeuta przyjmuje, że woda odnosi się do pierwiastka żeńskiego. Tym, którzy znają łacinę, marę (morze) kojarzy się z Marią, a stąd już niedaleko do twierdzenia, że morze jest płci żeńskiej. Ponieważ zaś morze to nieświadomość, nieświadomość jest płci żeńskiej itd.
Opowieść o Żelaznym Janie, jako przedgrecka, nie przeciwstawia sobie ziemi i nieba. Żelazny Jan żyje w wodzie, pod wodą, ale w równym stopniu na lądzie; jego dzikość i włochatość to atrybuty ziemi i jej zwierząt. Ani ziemia, ani woda nie są wyłącznie płci żeńskiej lub męskiej.
Starożytni Celtowie mieli męskiego boga zwącego się Dom-mu, czyli Głębia Wód, i jest możliwe, że bóg ten zamieszkiwał źródło, do którego Dzikus przyprowadził chłopca. Ponieważ w wielu mitach celtyckich źródła strzegą zarówno Dzikus, jak i Dzikuska, właściwe będzie stwierdzenie, że jest ono zarówno rodzaju męskiego, jak i żeńskiego.
Woda w systemach symbolicznych nie reprezentuje pierwiastka duchowego czy metafizycznego (dla których lepszymi symbolami są powietrze czy ogień), lecz życie doczesne. Woda należy do królestwa skromnego pochodzenia, do życia ziemskiego, narodzin z łona, zejścia z wiecznego królestwa na wodnistą ziemię, na której przybieramy ciało złożone głównie z wody. Kiedy nasza mitologia otworzy się ponownie, by dopuścić kobiety do nieba — niebios, a mężczyzn do ziemi — wody — wtedy dystans między płciami zmniejszy się. Biali mężczyźni uznają wówczas ochronę Ziemi za coś bardziej naturalnego, tak jak zawsze uważali rdzenni Amerykanie.

Kończąc nasze omówienie pierwszego dnia, musimy nadmienić, że nie wszyscy młodzi mężczyźni wkładający rękę do wody ujrzą, jak koniuszek ich palca pokrywa się złocistą barwą. Analityk Alexander Mitscherlich powtarza sen młodego Niemca, którego kiedyś leczył. Młody mężczyzna z nieprawego łoża, porzucony przez ojca, trzymał się matki, będąc przez nią jednocześnie rozpieszczany i karany. W jego śnie jadący samochodem starzec, który na miejscu głowy miał czaszkę, wjechał prosto na niego. Potem, jak opowiadał:
— Szedłem długo, wszedłem do parku i spostrzegłem kilka złotych rybek pływających w stawie. Na dnie dojrzałem miasto i usłyszałem bijące dzwony. Włożyłem rękę do wody i przestraszyłem się bardzo, bo kiedy usiłowałem ją wyjąć — ujrzałem, że jej nie mam. Uciekłem i widziałem, że ów starzec goni mnie, celując do mnie z pistoletu. Zobaczyłem błysk i straciłem przytomność (Społeczeństwo bez ojca).
Nie pojawia się żaden pozytywny mentor, czyli Żelazny Jan. Zły starzec stara się dwukrotnie zabić bohatera. Staw ze swoimi złotymi rybkami byłby zadziwiająco podobny do źródła z naszej opowieści, gdyby nie fakt, iż zabiera całą rękę młodzieńcowi. Dzisiejsze gangi uliczne pełne są bezrękich chłopców.

Opowieść: dzień drugi
Następnego ranka chłopiec zasiadł znowu przy źródle, pilnie obserwując jego powierzchnię. Palec ciągle go bolał. Przeczesał sobie dłonią włosy i wtedy, na nieszczęście, wypadł mu jeden włos, trafiając do źródła. Sięgnął od razu do wody i wyjął włos, lecz ten zdążył już pokryć się złotem.
Żelazny Jan pojął, co się stało, w chwili kiedy się zjawił.
— Pozwoliłeś, aby włos wpadł do źródła. Tym ra
zem przymknę na to oko, lecz jeśli zdarzy się to po raz
trzeci, źródło zostanie sprofanowane i nie wolno ci już
będzie zostać ze mną.

Moglibyśmy powiedzieć, że tym razem chłopiec uniósł swój skaleczony palec, co niewiele różni się od zanurzenia. Najpierw mężczyzna zanurza swoją ranę, można by rzec, w psychologicznych wodach, by potem wynieść ją w mitologiczną przestrzeń. Wszystkie baśnie o zranionym kowalu, o Królu Rybaku, którego rana się nie goi, uczą nas traktowania swoich ran w bezosobowy sposób. Wiemy też z opowieści szamanów, że ich skaleczenia były bezosobowe. Powinniśmy pomóc naszym ranom opuścić wąskie granice naszego ciała, dźwignąć je w górę, jak uczyli nasi przodkowie, by przebiły dach domu naszych rodziców, wpasowując się (pozornie tak prywatne) w ponadindywidualny, bezosobowy mit.
Mitologia nadaje doniosłość naszym indywidualnym ranom. Wyczuwanie bólu w konkretnym skaleczonym miejscu nadaje skaleczeniu wagę i włączanie go w ramy archaicznego mitu nadaje mu wagę. Bez uświadomienia sobie tego znaczenia życie mężczyzny będzie zawsze niepełnowartościowe prowizoryczne.
W tej części baśni skaleczony palec zostaje skojarzony z włosami. Włosy pokrywają Dzikusa i Dzikuskę, o czym wiemy z wielu źródeł. Motyw włosów stale powraca w naszej opowieści.
Poszukując kulturowych skojarzeń słowa „włosy”odkrywamy przynajmniej cztery tropy.
Pierwszy dotyczy energii seksualnej. Kiedy młoda Rzymianka zostawała westalką, inne kobiety goliły jej rytualnie głowę. Mnisi w średniowieczu mieli wygolone tonsury, a ortodoksyjne Żydówki do dziś dnia noszą peruki, chowając pod nimi własne włosy.
Obfitość włosów u zwierząt w połączeniu z faktem postrzegania przez nas własnej seksualności jako zwierzęcej czyni to skojarzenie nieuniknionym.
Wąsy u mężczyzny mogą symbolizować jego włosy łonowe. Jeden z moich znajomych zapuścił wąsa, kiedy miał koło trzydziestki. Gdy odwiedził matkę pierwszy raz w swojej nowej postaci, ta rozmawiając z nim patrzyła cały czas gdzieś w kąt pokoju, starając się nie spojrzeć mu w twarz. Włosy mogą zatem oznaczać energię seksualną.
Myśliwi tradycyjnie noszą długie włosy, podobnie jak zwierzęta, na które polują. Włosy mogą zatem oznaczać życie zwierzęce w szerokim sensie, szczególnie życie dzikich zwierząt. Wielu chłopców zapala się do łowów, robi sobie łuki i strzały, organizuje wyprawy myśliwskie, poluje na króliki czy ptaki. Nie zawsze kończy się to dobrze. Chłopiec z dumą przynosi do domu zabitego królika czy drozda; tymczasem wiele kobiet uważa (a także niektórzy mężczyźni), że instynkt łowiecki chłopca jest czymś godnym pożałowania i że należy mu go wybić z głowy. Rodzice Nowej Ery pragną na ogół, by chłopiec ominął etap polowań, osiągając od razu stadium etyczne. Problem wiążący się z takim ominięciem polega na tym, że chłopiec przeżywa w mitologicznym sensie całą przeszłość swojego rodu, która obejmuje również długowieczną tradycję polowań, w których, jak można sądzić, znajdowały przyjemność także kobiety tych czasów.
W erze polowań życie uczuciowe, a nawet religijne mężczyzny było zharmonizowane z lasem i równiną; to polowanie na zwierzęta, jak świadczą rysunki w jaskiniach Dordogne, przynosiło mu świadomość Boga, Jeżeli negatywnie nastawiona matka lub ojciec nie pozwalają chłopcu przeżyć doświadczeń tych pierwotnych czasów, nigdy nie dorośnie on do czasów współczesnych. Mając pięćdziesiątkę, będzie wciąż do swego domu w mieście przywoził jelenia na dachu samochodu.
Włosy nasuwają na myśl nie tylko bliskość wobec zwierząt — czy to przez polowanie! czy oswajanie — lecz również wszelkie formy zwierzęcej gorącokrwistości. Węże — zimnokrwiste — nie mają włosów; włosy symbolizują impulsywną i wybuchową naturę właściwą ssakom: łatwe wpadanie w złość (radzi), ognisty temperament, porywczość, popędliwość, żywiołowość, lwią gwałtowność, tygrysie wybuchy zazdrości.
Czy weźmiemy dyrygentów z ich powiewającymi fryzurami, czy urzędników korporacji z ich przystrzyżonymi włosami, czy wrogich wszelkiej ekstrawagancji tradycjonalistów z włosami na jeża — dozwolona długość włosów wskazuje na stopień stłumienia popędów i skrępowania spontaniczności.
Niektórzy ludzie nie odróżniają pociągu do dzikości od pociągu do agresji. W ostatnich czasach separatystyczne skrzydło ruchu feministycznego, w uzasadnionej obawie przed brutalnością, uczyniło wiele, by oduczyć mężczyzn brutalności.
Wreszcie, włosy sugerują nieumiarkowanie. Włochatość Enkidu, babilońskiego Dzikusa, albo bożka Pana, człowieka—kozła wskazuje, że włosy symbolizują wszystko, co odchyla się od drogi złotego środka, co nie mieści się w granicach kultury umiarkowania. Pan nie jest zamknięty za żadnym ogrodzeniem. Obfite i bezwstydne kaskady opadających kobiecych włosów są peanem na cześć braku umiaru.

Blake powiada:
Droga ekscesów wiedzie do pałacu mądrości. Łączy on włosy z ziemią:
Oczy ognia, nozdrza wiatru, usta wody, broda ziemi.
Kiedy zatem chłopiec z naszej opowieści niechcący wyrywa sobie włos, który spada do źródła, zmieniając się w złoto, dowiaduje się on, że: energia seksualna jest dobra; instynkt łowiecki, naturalny u ssaków, jest dobry; zwierzęca pasja, dzikość i niepohamowana żywiołowość są dobre; brak umiaru, przesada i wyrywanie się — w ślad za Panem — z murów zamku są także dobre.
Włosy łączą się również z myślami. Włosy wypadają z głowy w dzień i w nocy, przypominając więc myśli, które pojawiają się nawet w czasie snu. Mimo wyłączenia świadomości w nocy myśli nadal się pojawiają; niektóre z nich zwane są snami.
Wiadomo, że układ hormonalny i trawienny funkcjonują poza wszelką świadomą kontrolą ego.
— Czy potraficie siłą woli podwyższyć swój wzrost o cal?
Wzrost organizmu, uzupełnianie tlenu, oczyszczanie krwi,. zastępowanie komórek — wszystko to zachodzi bez niczyich świadomych zabiegów.
Zdarza się tak wiele,
kiedy nikt nie patrzy, być może dlatego, że nikt nie patrzy…
Statek piratów przybija pod osłoną nocy, baletnica doskonali sztukę tańca w opustoszałym teatrze.
Planeta krąży i krowy z wolna wypełniają pyski źdźbłami traw.

Włosy oznaczają zatem wszystkie te intuicje, które pojawiają się znikąd, napływając niedostrzegalnymi dla nas kanałami. Oto naukowiec natrafia na rozwiązanie* problemu, z którym borykał się bezskutecznie od tygodni. Friedrich Kekulś na przykład zobaczył we śnie stado węży, a jeden z nich pochwycił swój własny ogon. W tym obrazie Kekulś dostrzegł nagle strukturę pierścienia benzenu.
Malującemu artyście jawią się nie te obrazy, które zamierzał uwieczjuć na płótnie, lecz inne, jakie mu nawet przez myśl nie przeszły. U niektórych osób poznawanie obcych dokonuje się w formie obrazów pojawiających się przed oczyma ich duszy, i to pojawiających się szczególnie wtedy, kiedy nie dążą do takiego poznania. U Yeatsa żuraw mówi14:
Gdzieś na pewno pływa pstrąg, A ja mógłbym go złowić, Gdybym naprawdę zapragnął.
Włosy to intuicja. Włosy to obfitość postrzeżeń, myśli, urazów, obrazów, fantazji czekających w pogotowiu, by się pojawić, kiedy tylko myślimy o czymś innym. Marian Woodman przypomniała pewnego dnia sen swej pacjentki, która od dłuższego czasu musiała pracować, pokonując coraz większy opór wewnętrzny. Kobieta ta miała sen, w którym szła przez gęsty i bagnisty las całe dnie czy tygodnie i kiedy sądziła, że dochodzi już do końca lasu, znalazła się nad szeroką i niebezpieczną rzeką. Przygnębiona i zniechęcona natrafiła wzrokiem na zalesioną górę po drugiej stronie rzeki. Ujrzała, że ktoś na zboczu góry wyrąbuje ścieżkę wiodącą ku rzece.
Jeśli człowiek podejmuje działanie, podejmuje działanie i jego dusza. Kiedy włos dotyka wody, dusza pokrywa go złotem. Taka jest już najwidoczniej jej natura. Owa woda źródlana, w której pływają złote węże i ryby, to sama dusza, która nie uczyni nic, jeśli wy nie uczynicie niczego; lecz jeśli wy rozpalicie ogień, ona narąbie drew; jeśli wy zbudujecie łódź, ona stanie się morzem.
Możliwe, że nasze sny są odpowiedzią na określone słowne strzały lub gesty ciała na jawie. Woda odbiera cios czy pocałunek, jako gest skierowany do niej, i odpowiada obrazem czy opowiadaniem, a może i całym snem, tak rozbudowanym jak sen Hamleta. Rainer Maria Rilke pisze:
Moje spojrzenie spoczęło już na słonecznym wzgórzu,
tyle dróg przebyłem od progu swej podróży.
Bo włada nami dziwna moc, nad którą nie mamy władzy,
i oślepia wewnętrzne światło, nawet z oddali,
nawet jeśli nie zdołamy dojść — i odmienia nas,
czyniąc kimś więcej, kimś, kto uzmysławia nam,
czym naprawdę jesteśmy. Gestem zaprasza jeszcze dalej, odpowiadając
naszej własnej fali… Zbliżamy się doń, czując jak wiatr chłoszcze nas po twarzy.

Owa szczodra odpowiedź świętego źródła zależy od dokonania poważnego i zdecydowanego wysiłku przez mężczyznę czy kobietę. W naszej opowieści polegałby on na kradzieży przez chłopca klucza spod poduszki matki, jego decyzji, by wypuścić Dzikusa z klatki i pójść razem z nim, oraz jego
zgody na czuwanie przy źródle i podjęcie wyznaczonych przez Dzikusa zadań.
Można by powiedzieć, że chłopiec nauczył się rozpoznawać różnice między przestrzenią świecką a przestrzenią rytualną. Przestrzeń rytualna zwraca mężczyźnie czy kobiecie pewne wartości, na których przyjęcie są oni przygotowani dzięki samodyscyplinie i wewnętrznemu spokojowi.

Opowieść: dzień trzeci
W trzecim dniu czuwania przy źródle chłopiec podjął silne postanowienie, że bez względu na to, jak by go palec bolał, nie będzie szukał ulgi w wodzie. Czas mijał powoli i chłopiec zaczął przyglądać się odbiciu swojej twarzy w wodzie. Chcąc spojrzeć sobie prosto w oczy, zaczął się coraz silniej pochylać nad lustrem wody. Nagle jego długie włosy opadły mu na czoło i stamtąd do wody. Cofnął głowę, lecz było już za późno: każdy jego włos był pokryty pozłotą świecącą niczym samo słońce. Teraz dopiero chłopiec się przestraszył! Wyjął chustkę i zawiązał ją sobie na głowie, aby ukryć przed Dzikusem to, co się stało. Kiedy jednak pojawił się Żelazny Jan, zorientował się od razu.
— Zdejmij chustkę z głowy — powiedział.
Złote włosy opadły wtedy na ramiona chłopca i było to wymowniejsze niż wszelkie jego słowa.

Chłopiec trzyma teraz ręce za plecami. Nie wyciąga tym razem rąk, lecz wytęża wzrok. Szuka wokół oczyma,, tym pilniej, że wyczuwa w jakiś tajemniczy sposób podniecającą obecność złota nawet w czystej wodzie. Skupia się na swojej twarzy, wreszcie na własnych oczach. Wiadomo, że wstyd często powstrzymuje nas od spojrzenia w oczy innym — lub samemu > sobie. Kiedy wszakże spoglądamy we własne oczy — czy to w lustrze, czy to odbyające się w wodzie — mamy wówczas nieodparte wrażenie, silne i zadziwiające, że ktoś patrzy na nas z drugiej strony.
Rilke napisał o swojej twarzy w lustrze:
Nad brwiami skamielina stanowczości, odziedziczona po nieugiętych przodkach
o wysokim czole. Z oczu bije dziecięca odwaga, choć przetrwała także odrobina żalu i pokory, której nie towarzyszy duma robotnika, lecz uniżoność sługi i kobiety… Ta twarz przywodzi zaledwie sugestię spełnienia. I nigdy się nie rozpogodzi — ani w smutku, ani w rozkoszy; jakby trudziła się
nad wiecznym zadaniem.
A jednak, umęczona trudem wspomnień, przeczuwa, że Ktoś wyznaczył jej dożywotnią pracę.
Doznanie wrażenia, że ktoś patrzy na nas z drugiej strony, jest często niemal objawieniem. Jeśli mieliśmy jakiekolwiek wątpliwości co do istnienia wewnętrznej duszy, porzucamy je natychmiast. Gdy spoglądamy w lustro, z drugiej strony patrzy na nas ktoś badawczym wzrokiem, poważnie i czujnie, nie mając zamiaru nas pocieszać; w oczach patrzących na nas wyczuwamy więcej głębi, niż czujemy zwykle w swoich własnych oczach zajętych patrzeniem na świat. Jakie to dziwne! Któż może tak patrzeć na nas? Dochodzimy do wniosku, że jest to druga część nas samych, połowa, którą zwykle staramy się ukryć, patrząc na innych — i ta ciemniejsza i poważniejsza połowa oddaje nam spojrzenie w rzadkich tylko wypadkach. Antonio Machado powiedział:
Poszukaj swojej obcej połowy, która zawsze będzie z tobą, próbując cię, zwyciężyć.
Osoba wpatrująca się w lustro uzyskuje świadomość swej drugiej połowy, swego cienia czy ukrytego ja”; uświadomienie sobie owego ukrytego ,ja” stanowi właściwy cel wszelkiej inicjacji. Doświadczenie uczy nas, że oczy, które widzimy, nie są po prostu „nasze”, lecz że należą do kogoś innego, niezupełnie odpowiadającego komuś znanemu pod danym nam przez rodziców imieniem Edward, Robert czy Adam.,
Oczy te należą do jakiejś innej istoty, z którą nigdy się nie zetknęliśmy. Juan Ramon Jimenez napisał16:
Nie jestem sobą.
Jestem tym,
Który idzie obok, lecz ja go nie widzę, Tym, kogo chciałbym odwiedzić czasem, Lecz niekiedy zapominam o nim. Tym, co wybacza, pełen słodyczy, kiedy nienawidzę, Tym, co milczy, kiedy mówię, Tym, co przechadza się, kiedy pozostaję w domu, Tym, co przeżyje, kiedy ja umrę.
Ten, kogo widzimy w lustrze, jest kimś skomplikowanym, i spojrzenie, trwające w baśni jedną chwilę* w życiu może ciągnąć się kilka lat. Ktoś odpowiadający nam spojrzeniem to cień człowieka, jego ciemna strona, a jednocześnie jego duchowy bliźniak, jasny cień. Norweski poeta Rolf Jacobsen powiada o nim:
twój biały cień, biały cień, z którym próbujesz walczyć, lecz zawsze będzie z tobą.
Gnostycy mówili wiele na temat bliźniaka, który miałby oddzielać się od nas w chwili narodzin. Nasz bliźniak zachowuje duchową wiedzę przekazaną nam przed urodzeniem. Nasz bliźniak (czy bliźniaczka), pojawiając się ponownie w naszej psychice, domaga się od nas powagi i głębi.
Jakiemuś dorosłemu, na przykład, mogłoby się przyśnić, że nieznajomy wchodzi do jego mieszkania, przesuwa meble, zabiera klejnot lub pozostawia mu inny klejnot. Pewien mój znajomy, oddając się kiedyś medytacji, ujrzał nagle na końcu korytarza człowieka ze światła, mającego ze trzy metry wzrostu, z włócznią w dłoni. Człowiek ten zbliżył się i rzekł:
— Jeśli nie uczynisz czegoś ze swoim życiem, zabiorę ci je.
Mój znajomy miał wówczas trzydzieści osiem lat.
Mówiliśmy o „tym drugim”, którego widzimy czasami, patrząc w lustro. W naszej opowieści lustra nie ma; jest ono tworem przyrody czy też, dokładniej mówiąc, jest przyrodą.
Można by powiedzieć, że chłopiec z naszej historii ujrzał oczy, jakimi spoglądała na niego przyroda.

Nasze opowiadanie daje do zrozumienia, że my, tj. istoty ludzkie, nie jesteśmy jedynym źródłem uporządkowanej inteligencji oraz świadomości. „Oczy w wodzie” można traktować jako symbol świadomości przyrody, inteligencji istniejącej „na zewnątrz nas”. Ani „świadomość”, ani „inteligencja” nie są tu zapewne najtrafniejszymi określeniami. Ludzie wymyślili słowo „świadomość” dla określenia, swej szczególnej formy odczuwania, ale świadomość przyrody to ani inteligencja, ani czucie, ani przytomność, ani świadomość. Mieści się ona gdzieś pomiędzy tymi słowami. Blake pisał18:
Skąd wiesz, że każdy ptak, który przeszywa przestrzeń, Nie jest nieobjętym światem rozkoszy, ucieleśnionym
w twoich pięciu zmysłach?
Lubię to wyrażenie: „Skąd wiesz, że każdy ptak…”
Musimy teraz zrobić jeszcze jeden krok. A może byśmy zamiast określać inteligencję w przyrodzie za pomocą tak abstrakcyjnego terminu jak „świadomość” lub nawet wyrażenia w rodzaju „nieobjęty świat rozkoszy” przedstawili ją sobie jako osobowość?
Niektórzy antropologowie snują domysły, że tak właśnie postępowali pierwotni myśliwi.
Rodzima kultura amerykańska pełna jest legend przekazujących obraz takiej właśnie osobowości. Plemię ludzkie i plemię bizonie łączą się poprzez przywódcę bizonów, albo też święty biały bizon ogłasza się jednocześnie bizonem i bogiem. Myśliwi spełniają przypadającą na nich część rytuału czy zadania, a plemię bizonów włącza się do polowania.
Wolno przypuszczać, że rodowici amerykańscy myśliwi widzieli ową istotę — ni to zwierzę, ni to boga, ni to człowieka — swymi wewnętrznymi oczyma; jest też oczywiste, że widzieli go również artyści z jaskiń Dordogne. t Kobiety widziały swoimi wewnętrznymi oczyma inną istotę, którą nazwały Wielką Matką; i pewnie przez tysiące lat kobiety podczas porodu zaciskały w dłoniach jej posążki.
Możemy brać pod uwagę możliwość, że chłopiec z naszej opowieści dostrzega w naturze jakąś osobowość odpowiadającą mu spojrzeniem i że właśnie dlatego jego włosy złocieją. Ale nic ponad to stwierdzić nie można. Baśń przekazuje nam jedynie obraz chłopca spoglądającego w wodę, a jak go będziemy interpretować — to już nasza sprawa.
Jest to dziwny obraz. Chłopiec siedzi przy źródle. Większość z nas pamięta z greckiej mitologii lepiej znaną scenę: Narcyz siedzi nad wodą. Opowieść rozpoczyna się w momencie, kiedy Narcyz odłączył się już od swoich towarzyszy łowów. Już sam ten fakt jest interesujący. Okazuje się, że także Hera gniewa się na niego. Bogini wysyła nimfę o imieniu Echo, która ma powtarzać za Narcyzem każde jego słowo. Narcyz znajduje się w zamkniętym kręgu. Gdzie się nie zwróci, napotyka tylko siebie. No i stało się, że kiedy spojrzał w dół, zakochał się we własnym obliczu. Chłopiec u źródła Żelaznego Jana, strzeżonego czy chronionego przez Dzikusa, nie zakochuje się we własnym obliczu, lecz potrafi dostrzec w wodzie świadomość właściwą przyrodzie jako takiej. Wyrywa się, żeby tak powiedzieć, ze swego zamkniętego kręgu, i na tym polega istotna różnica między obiema historiami.
Wyjście w świat

Można by podsumować dotychczasowe rozważania, mówiąc, że po uświadomieniu sobie przez mężczyznę istnienia swego psychicznego bliźniaka i dojrzeniu przezeń inteligencji w przyrodzie (jej świadomości), włosy mężczyzny złocieją — ma on „złotą głowę”.
Zwróćmy uwagę na bardzo młody wiek owego złoto głowego chłopca. A z faktu, że przykrywa głowę chustką, można wnosić, iż uważa on, że pokazywanie jej nie jest właściwe ani pożądane.
Minęły trzy dni według rytualnego czasu. Licząc według naszego czasu, mogłoby to być piętnaście lat. Mistrz dokonujący inicjacji dał chłopcu zadanie, z którego trzykrotnie się nie wywiązał. Mimo to jednak chłopiec za każdym razem otrzymuje dar. Źródłem niepowodzeń naszego bohatera był odczuwany przezeń ból oraz zwykła ludzka niezdolność do ciągłej koncentracji uwagi. Ale woda, z którą chłopiec wszedł w pewien związek, udziela mu daru. Wnioskujemy stąd, że przyjęcie zadania inicjacyjnego jest ważniejsze od samego wypełnienia lub niewypełnienia go. Innymi słowy, chłopiec postąpił słusznie.
Żelazny Jan mówi do niego:
— Nie możesz tu już pozostać, ponieważ nie wytrzymałeś próby. Idź teraz w świat. Nauczysz się tam, czym jest bieda. Ponieważ jednak nie dostrzegam zła w twoim sercu i życzę ci dobrze, ofiaruję ci coś: kiedy tylko znajdziesz się w kłopotach, idź na skraj lasu i zawołaj: „Żelazny Janie! Żelazny Janie!” Przyjdę do ciebie wtedy i pomogę ci. Moja moc jest wielka, większa niż mógłbyś uwierzyć, i mam też mnóstwo złota i srebra.
Te trzy dni u źródła pozwoliły nam przynajmniej częściowo poznać sposób postępowania Dzikusa. Kiedy słyszymy słowo „dzikus”, przychodzi nam na myśl potwór czy barbarzyńca, ale na tym etapie naszej historii powinno już być jasne, że Dzikus bliższy jest nauczycielowi medytacji niż barbarzyńcy czy bestii. Przypomina on w jakiejś części rabina nauczającego kabały, w innej części strażnika tradycji misteriów, w jeszcze innej — boga łowów.
Sądzimy niekiedy, że dzisiejsza inicjacja polega na przejściu bierzmowania, obrzędu Bar Mitzwah albo otrzymaniu prawa jazdy. Tymczasem dostąpić prawdziwej inicjacji, oznacza otworzyć się na wspaniałość drzew, gór, lodowców, koni, lwów, traw, wodospadów, jeleni. Potrzebne nam jest i odludzie, i dynamizm sił przyrody. Wystarczy odciąć człowieka od wodospadu, a uśmierci go tygrys.
W baśni o Żelaznym Janie zachowały się wspomnienia o obrzędach inicjacyjnych dla mężczyzn, sięgających — w północnej Europie — dziesięciu lub dwudziestu tysięcy lat wstecz. Zadanie Dzikusa polega na nauczeniu młodego człowieka, jak bogata, różnorodna i wielostronna jest jego męskość. Ciało chłopca dziedziczy fizyczne zdolności rozwinięte przez zmarłych dawno temu przodków, a jego umysł przejmuje w spadku władze ducha i duszy uformowanej przed wiekami.
Zadanie mistrza inicjacji, czy byłby nim mężczyzna, czy kobieta, polega na dowiedzeniu chłopcu czy dziewczynce, że nie składają się jedynie z krwi i kości. Mężczyzna nie jest jedynie maszyną służącą ochronie, polowaniu i reprodukcji, tak jak kobieta nie jest wyłącznie maszyną służącą do ochrony, zbieractwa i reprodukcji; każde z nich posiada pragnienia, które daleko wykraczają poza wymogi fizycznego przetrwania. William James podnosi „liczbę oraz urojony i zbędny charakter” wielu potrzeb ludzkich.
Wszystkie metafory w opowieści o Żelaznym Janie odnoszą się do życia ludzkiego w ogóle, ale ich właściwym adresatem jest męska psychika. To od młodego mężczyzny żąda się zagłębienia we własne rany, wzniesienia się do królestwa „bliźniaka” oraz poziomego rozszerzenia się na świadomość, jaka jest w drzewach, wodzie, zwierzętach i tysiącu innych zjawisk i sił przyrody. Kiedy młody mężczyzna osiąga te trzy spełnienia, czyli kończy te trzy podróże — jego włosy złocieją. Nie rozwiązuje to wszystkich jego problemów; przeciwnie — przynosi nowe; jednym z nich jest sama złota głowa.

Fragment z książki Erazma Majewskiego „Nauka o Cywilizacyi IV – Kapitał”

15. O nierówności ludzi.
Jest jedno wielkie złudzenie, ogromna omyłka, podniesiona od dawna do godności zasady, mającej regulować stosunki ludzkie; jest maleńkie słówko, podawane z ust do ust, jako kwintesencja mądrości i humanitaryzmu. Słówko to, brzemienne w nieobliczalne skutki, dopiero na gruncie dokładnego zrozumienia, czem jest dusza ludzka, okazuje się, mirażem i utopią. Brzmi ono równość ludzi. Trudno o większą omyłkę, większe złudzenie, większy fałsz.
Pomijając wiele przyczyn drugorzędnych, które złożyły się na powstanie błędu, możemy wskazać cztery główne źródła jego nadzwyczajnej popularności. Naprzód niezdawanie sobie po dziś dzień sprawy z pytania, czem człowiek różni się od zwierzęcia, następnie czem różni się od dziecka, potrzecie wzniosłe i uzasadnione uczucie miłości bliźniego, które nakazuje widzieć w każdym brata i miłować go, jak siebie samego, wreszcie poczucie istnienia i trwania licznych niesprawiedliwości społecznych.
Z nakazu etycznego, z zasady wielkiej i logicznej w sferze uczucia, oraz z chęci poprawy opłakanych stosunków społecznych, więc potrzeby zniesienia wielu niesprawiedliwych przywilejów, wyrosła w sferze myśli, pozornie jako logiczne następstwo, wcale już nie logiczna dedukcja następująca: skoro wszyscy podobniśmy między sobą jak bracia i siostry, i rzeczywiście bliscy sobie krwią, niby jedna rodzina, skoro mamy się miłować i wspierać, -więc jesteśmy albo musimy być równi.
Dedukcja to z gruntu i pod każdym względem fałszywa. Komuniści sądzą, że sam tylko majątek czyni między ludźmi różnice. Tak nie jest. „Maksyma o równości ludzi jest w całości absurdem”, bo najważniejszą cechą, odróżniającą ludzi od zwierząt jest właśnie niejednakowość funkcjonalna i potencjalna. Nawet z okoliczności, ze wszyscy mamy duszę ludzką, nie płynie jeszcze wniosek, aby te dusze były sobie równe, abyśmy byli jednacy potencjalnie i dynamicznie pod względem gospodarczym i t. d. Nakaz zaś, abyśmy się miłowali, wspierali i byli sobie braćmi, również nie wymaga jeszcze uznania równości, której niema i nie może być.
Dedukcja ta – to tylko skutek płytkiej interpretacji wzniosłych nakazów etycznych, i równie wzniosłych dążeń społecznych do „sprawiedliwego” podziału dóbr, w dziedzinie zaś nauki, to skutek zbyt zoologicznego traktowania człowieka, skutek grubego materializmu.
Rozumowanie naukowe, oparte na świetnych zdobyczach przyrodoznawstwa, pozornie bardzo jest logicz­ne. Człowiek, według pojęć zoologów i materialistów w socjologii, to przecież tylko zwierzę, które dosięgło najwyższego szczebla rozwoju. Ponieważ zaś zwierzęta jednogatunkowe różnią się między sobą w bardzo szczupłych granicach, więc z jakiejże racji zewnętrznie podobni między sobą ludzie mieliby być sobie nierówni? Oto filozofia ewolucjonistów w socjologii, humanistów materialistycznych, którzy żywcem przystosowują do człowieka miarę, używaną z pełnem powodzeniem i z pełną słusznością w przyrodoznawstwie; oto filozofia od podstaw błędna, bo nie dostrzegła, iż wielkie prawo ewolucji, mające zastosowanie do całego świata organizmów – nie wystarcza do tłumaczenia wyjątkowych na ziemi zjawisk świata ludzkiego.
Że tego nie dostrzegli przyrodnicy, dziwić się im nie można. Oni badają świat form widomych, zmysłowych i stosunki, zachodzące wśród tych form, oni badają naturalne formy materii i prostych sił, oni nie podejmują się, wyjaśniania zjawisk społecznych, których charakteru biologicznego nie dostrzegli. Ich metody nie sięgają w skomplikowany świat ducha. Ale humaniści mogliby okazać więcej krytycyzmu oraz niezależności od metod ściśle fizycznych i biologicznych. Mogliby zauważyć już dawniej, że z chwilą zawiązania się mowy i cywilizacji, wystąpiło na ziemi zgolą nowe zjawisko, które nie pozwala już wtłoczyć człowieka, jako indywiduum, w ramy prawa prostej ewolucji na tle czystej przyrody.
Dla zrozumienia człowieka niezbędne jest rachowanie się z jego duszą(umysłem-BladyMamut). Tu trzeba poznać i sformułować dodatkowe prawa, tu bowiem kończy się dziedzina czystego, albo powiedzmy lepiej niższego przyrodoznawstwa, a zaczyna się nowa, dziedzina wyższego przyrodoznawstwa, czyli socyologii albo nauki o cywilizacji. Dziedzina ta ma się tak właśnie do biologii organizmów, jak ta ostatnia do biologii jednokomórkowców, a ta zaś do chemii oraz fizyki.
Wprawdzie spostrzeżono to już od czasów Comte’a, przeczuwano zaś o wiele wcześniej, ale nie wyprowadzono stąd należytych wniosków, psychiczne bowiem władze nasze wciąż uważano za proste funkcje organizmów wolnych, czyli niezależnych wzajem od siebie. Mamy też do dziś systemy ekonomiczne i społeczne, oparte na czystym darwinizmie, na prostej teorii ewolucji, a w skutkach bezsilność naukową tych systemów, zadziwiających płytkością i rozmijaniem się z najbardziej bijącymi w oczy faktami w dziedzinie stosunków społecznych. I nic w tem dziwnego, albowiem naturalne prawa ewolucji są tak samo niedostateczne do wytłumaczenia zjawisk społecznych, czyli zjawisk duchowych, jak prawa chemiczne i fizyczne do wytłumaczenia zjawisk życia. Nie twierdzimy przez to, aby zja­wiska społeczne miały się toczyć wbrew prawom biologicznym, lecz tylko, że proste zastosowanie tych praw do zjawisk społecznych czyli duchowych, nie wystarcza, albowiem w człowieku mamy już do czynienia z więcej niż ogranicznem skomplikowaniem zjawiska życia, dla którego wyrozumienia trzeba formułować dodatkowe prawa, odpowiadające tym skomplikowaniom. Podstawy tedy i argumentów dla tezy o równości ludzi należy szukać wyłącznie w sferze zjawisk społecznych, inter psychicznych, nie zaś biologicznych. Pytam jednak, czy najprostsza obserwacja potwierdza tezę o równości ludzi? Jedynie tylko ciała nasze, będące produktem środowiska naturalnego, są względnie podobne sobie, bo zawdzięczamy je czystej przyrodzie, mianowicie aktom fizjologicznym: zapłodnienia, urodzenia, a następnie rozrastania się ciała pod wpływem żywienia się na tle środowiska naturalnego. Dusze jednak nasze nie są już dziełem czystej przyrody. One rosną i kształtują się w ciałach naszych pod wpływem innego środowiska, pod wpływem „mówionego”, więc pod wpływem otaczających dusz oraz dzieł cywilizacji. Zawdzięczamy je naprzód rodzicom, ale wcale nie jako rodzicielom, lecz jako wychowawcom, następnie najbliższemu otoczeniu, wreszcie wszystkim, z którymi się stykamy bezpośrednio, lub pośrednio. Wpływy społeczne, o których tu mowa, są dla różnych osobników nieskończenie różne, co do tego nie ma wątpliwości, nie może więc i to podlegać żadnej wątpliwości, że niejednakie wpływy wytwarzają z osobników początkowo prawie jednakowych, nieskończenie różne indywidualności. Indywidualności te wykończają się i pogłębiają nadal w znacznej już mierze zależnie od nas samych. Jeżeli prawdą jest, że wiele złego i do­brego zawdzięczamy swoim najbliższym, to drugą prawdą jest i to, żeśmy sami także kowalami własnych losów. Tak więc – chcąc, czy nie chcąc stajemy się w ciągu życia z biegiem lat jakościami coraz bardziej odmiennymi.
Gdyby różnice między nami były obojętne dla nas samych i dla innych, jak również dla bytu i dobrobytu w narodzie, ha, to można by nie zwracać na nie uwagi, jak się nie zwraca uwagi w gromadzie kur lub bydła, na to, że jedne sztuki są białe, inne żółte, szare, pstre lub czarne. Ale nasze różnice są różnicami uzdolnień i funkcyj, więc nie dość je rozróżniać, trzeba je niejednako szacować, bo niosą doniosłe skutki dodatnie lub ujemne dla innych.
Naród, to nagromadzenie do najwyższego stopnia rozmaitych jakości i wielkości, to nie gromada, gdzie wszystkie psyche i wszystkie ciała są niemal jednakowe, gdzie dążności, działalność i charaktery są prawie jednakie. Jeżeli milion osobników zwierzęcych, myszy, czy bawołów, uzmysłowimy sobie pod postacią miliona kulek wielkości grochu, to ze względu na bardzo drobne różnice psychiczne, zachodzące miedzy osobnikami bądź myszy, bądź bawołów, będzie to także milion prawie jednakowych całostek psychicznych i dynamicznych. I dla tego nie ma potrzeby rozróżniać osobników od osobników, bo tu psyche i ciało pokrywają się wzajem. Ale milion ludzi w społeczeństwie, zwłaszcza mocno zaawansowanym w rozwoju, więc zróżnicowaniem, przedstawi nam inny zgoła obraz.
Pod względem cielesnym, zoologicznym – będzie to również milion kulek, dajmy na to wielkości grochu, ale pod względem psychicznym żadna dusza nie będzie odpowiadać rozmiarom ciała. Wszystkie będą większe, tylko niejednakowo większe. Najwięcej ujrzymy drobnych, ale stopniowo będziemy mogli zauważyć wszelkie wielkości, aż do bardzo imponujących rozmiarów kul o parometrowej średnicy, tylko że coraz większych będzie w owym milionie stopniowo coraz mniej.
Gdzież tu równość – choćby ilościowa, albo objętościowa? Niema jej i być nie może.
Lecz „objętość” nie wyczerpuje jeszcze różnic między duszami. W grę wchodzi jeszcze ich jakość. Podobnie, jak w równej objętości skrzynkach może się kryć zawartość bardzo różna, tak dusze, nawet przy równej wielkości nie są sobie równe pod względem dynamicznym i rodzajowym.
Reprezentują one czynniki rozmaitej siły i rozmaitych rodzajów siły. O doniosłości tych różnic żaden obraz zmysłowy nie da już nam należytego wyobrażenia. Dość powiedzieć, że niema na ziemi dwóch dusz zupełnie jednakowych. Ważność zaś społeczna jednych dusz może być o miliony razy większa od ważności innych. Czyż funkcjonowanie tak rozmaitych osobników można nazwać funkcjonowaniem równych sobie całostek, zwłaszcza, gdy niezależnie od ich duchowej wielkości oraz jakości, jedne funkcjonują pełnią swego psychizmu, inne drobną jego częścią, jeszcze zaś inne stoją nieprodukcyjnie? Jeżeli dusze reprezentują bogactwo duchowe, to spostrzec łatwo, że osobniki, cieleśnie równe sobie, są różnej wielkości i różnej jakości bogactwami. Gdy zaś kapitałem jest znowu tylko czynna część bogactwa (rodząca nowe bogactwo którejkolwiek kategorii) to spostrzec łatwo, że osobniki ludzkie bez względu na wysokość bogactwa duchowego, jakie reprezentują – będą różnej wielkości kapitałami społecznymi, a w takim razie nader różnymi wartościami.
Więcej jeszcze! Działalność osobników może być, niezależnie od jej siły czyli doniosłości, dobra lub zła (dodatnia dla innych lub ujemna, czyli pożyteczna lub szkodliwa dla innych), co wywołuje nową skalę różnic. Bez względu już na wielkość dynamiczną osobników – dzielą się oni na dwie kategorie – i doniosłość dynamiczna jednych może rozciągać się poniżej zera na skali społecznej: dobro – zło, – gdy innych powyżej owego punktu neutralnego. Wówczas to, cośmy przed chwilą nazwali wartością dusz będzie poniżej zera wartością ujemną, czyli albo całkowitym brakiem wartości społecznej albo szkodliwością w różnym stopniu, – a tylko co ponad zerem stanie się prawdziwą wartością – ale o różnych rozmiarach jej i rodzajach.
Wiem, że „równość” w socjologii ma znaczenie specjalne równości wobec prawa, – równości prawa do korzystania z „owoców swej pracy”, ale w zastosowaniu tej słusznej zasady tkwi ogromna niejasność, naprzód z powodu zbyt materialistycznego pojmowania „pracy”, następnie z powodu zapominania, że „praca” lub „działalność” osobników bywa pożyteczna lub szkodliwa.
Gdy tylko powiemy sobie, że „praca pracy równa”, wówczas wypadnie przyznać, że i osobniki czynne, t. j. pracujące, są sobie równe zarówno w obowiązkach społecznych, jak w przywilejach, t. j. w prawach do bogactwa społecznego. Wówczas ideałem prawodawcy stanie się jednaki udział wszystkich w bogactwie społecznym, albo równy podział bogactwa między pracujących członków społeczeństwa.
Tak właśnie rozumują i do tego dążą szlachetni marzyciele różnych odcieni, którzy by radzi widzieć jeżeli nie niebo, to już na pewno raj na ziemi i wyobrażają go sobie w idealnie równym uposażeniu wszystkich członków społeczeństwa.
Ale kwestia nie okaże się tak prostą, gdy zważymy, że doniosłość społeczna trudów ludzkich wcale nie by­wa jednakowa, zależy bowiem naprzód od duchowego bogactwa, który osobnik wprowadza w grę, jako czyn­nik twórczy, następnie od sposobu zużytkowania tej potęgi więc na pożytek lub „szkodę” innych. Wówczas ideałem „sprawiedliwości” mógłby być podział bogactwa według rzeczywistego udziału w jego wytwarzaniu, czyli, jak to dawniej określano, według zasługi. Wówczas stosunki musiałyby się układać całkiem inaczej.
Jak jednak powinnyby się układać, tego nikt nie wskazał, gdyż i tu, pomimo rzekomej prostoty zasady: „według zasługi”, natrafiamy na mnóstwo momentów ciemnych, które można w rozmaity sposób tłumaczyć i dochodzić do sprzecznych rezultatów.
Pośród tych wątpliwości, jedno jest faktem niewątpliwym, mianowicie, że materialne bogactwo narodu nie jest rozdzielone ani w prostym stosunku do ilości dusz, ani w proporcjonalnym bądź do wielkości każdej, bądź do wartości czynnej i twórczej. Dwa bogactwa rozłożone są miedzy jednostki zgoła nierównomiernie i bez wzajemnego związku; zachodzą tu wszelkie możliwe kombinacje. Skutkiem tego staje się pewnym, że musi istnieć jakaś ilość osobników, związana z pewną ilością bogactwa w stosunku, żeby się tak wyrazić, naturalnym czy normalnym, albo też „sprawiedliwym”, powyżej jednak rozciąga się kategoria nadmiernie uposażonych, oczywiście, ze szkodą trzeciej kategorii, upośledzonych.
Stosunku normalnego nie znamy – nikt jeszcze nie sformułował zasady, która by odpowiadała koniecznym warunkom ścisłości naukowej, a więc także i idealnej „sprawiedliwości”, skutkiem czego najdonioślejsza może ze wszystkich zasada, będąca centralnym punktem całej ciężkiej „kwestii socjalnej”, sprowadza się właściwie do kwestii racjonalnego rozkładu dwu bogactw (stosunku bogactwa twórczego względem wytwarzanego), czyli do kwestii właściwego stosunku dusz do bogactwa.
Niema już chyba takich, którzy by nie dostrzegali stałego zjawiska, któremu na imię w zwykłej mowie „niesprawiedliwość społeczna”; jedni boleją nad niem, inni radziby je usunąć, lecz tu dopiero zaczynają się trudności, nie tylko wykonania, ale choćby sformułowania zasady kierowniczej. Stosunki ludzkie tak są skomplikowane, tyle może być dowolnych interpretacji, tyle niewiadomych, że sumienny badacz spostrzega, iż brak jeszcze podstawy do reformowania złych stosunków. Reformy zaś, dokonywane na oślep, czy na domysł, byłyby raczej niepewnymi próbami, dokonywanemi na żywym organizmie, niżeli lekarstwem na chorobę niesprawiedliwości społecznej.
Istnieje tedy paląca potrzeba dociekań, ale zarazem konieczność doskonałego spokoju i bezstronności, takiego spokoju, jakby w tych badaniach nie o nasze najżywotniejsze interesy chodziło. Gorączkowe szukanie zaślepia najczęściej, zwłaszcza gdy przedmiot badania skomplikowany, jak nasz, a mieni się, zależnie od obranego, albo z góry już nam narzuconego punktu widzenia.

David Reimer – Mężczyzna wychowany jako dziewczyna po utracie penisa przy obrzezaniu

 

David Reimer stał się ofiarą dziwnego eksperymentu płci, został zmuszony do przeżycia dzieciństwa jako dziewczynka.
W Winnipeg w połowie lat 60-tych, dwoje braci Brian i David zostali poddani obrzezaniu, u Davida popełniono błąd, który zakończył się utratą penisa. Matka z gazet dowiedziała się o doktorze Johnie Money’u, który miał radykalny pogląd, że chłopcy mogą być wychowani jako dziewczynki, że wychowanie będzie silniejsze od natury. Zgłosiła się do niego, myślała, że to mogła być szansa by David miał nową tożsamość płciową. Rodzina pojechała do Baltimore, gdzie David przeszedł operację by naprawić uszkodzenia i zaczął brać hormony płciowy i stał się dziewczynką, Brendą.
John Money był w błędzie i matka dość szybko zdała sobie z tego sprawę.
David lub Brenda wiedział, ze był inny. Czuł się jak chłopiec, wyglądał jak chłopiec, ale ubierany był jak dziewczynka.
Zdesperowana matka udała się do doktora Money po poradę.
Zapytała: „Co się stało z ludźmi, którzy brali udział w eksperymencie?”, a on odpowiedział „Większość popełniała samobójstwa”.

W latach 60 profesor Albert Bandura z Uniwersytetu Stanfordzkiego przeprowadził badanie, który dzisiaj znane jest jako „eksperyment z lalką Bobo” (ang. Bobo doll experiment).

Bandura był twórcą i propagatorem społecznej teorii uczenia się (ang. social learning theory). Uważał, że nowych zachowań uczymy się nie tylko za pomocą otrzymywanych nagród i kar, ale także dzięki obserwacji otaczającego nas środowiska.

Jego klasyczny eksperyment z lat 60 nie tylko potwierdził założenia psychologa, ale także pozwolił lepiej zrozumieć mechanizm uczenia się agresji przez dzieci.

 

The Brain – Emocje; Eksperyment Lalka Bobo – napisy PL

 

Albert Bandura, społeczne uczenie i eksperyment Lalka Bobo – napisy PL

 

Albert Bandura i teoria społecznego uczenia się – napisy PL

Czterech wrogów człowieka wiedzy

 

 

Fragment książki „Nauki Don Juana” Carlosa Castanedy.

 

Niedziela, 15 kwietnia 1962

W trakcie przygotowań do odjazdu postanowiłem zagadnąć go jeszcze raz o wrogów człowieka wiedzy. Wysunąłem argument, że przez jakiś czas nie będę mógł przyjechać, a zatem dobrze byłoby, gdybym mógł zanotować słowa don Juana i zastanowić się nad nimi podczas mej nieobecności.
Chwilę się wahał, lecz w końcu zaczął mówić.

Przystępując do nauki, człowiek nigdy nie ma pewności co do swych celów. Jego dążenia naznaczone są skazą, jego zamiary są mgliste. Spodziewa się nagrody, której nigdy nie otrzyma, bo nie ma najmniejszego pojęcia o udrękach nauki. Powoli zaczyna się uczyć, najpierw po kawałeczku, później wielkimi porcjami. Wkrótce też dochodzi do kolizji myśli. To, czego się uczy, nie odpowiada nigdy temu, co sobie wyobrażał lub wymarzył, toteż zaczyna się bać. Uczenie się nie jest nigdy tym, czego się spodziewamy. Każdy etap nauki jest nowym zadaniem, a lęk, jaki człowiek odczuwa, zaczyna narastać bezlitośnie i nieustępliwie. Przedmiot naszych dążeń zamienia się w pole bitwy. Tym sposobem napotykamy naszego pierwszego naturalnego wroga – strach! „Straszny to wróg: zdradziecki i trudny do pokonania. Czai się za każdym zakrętem drogi, czekając w ukryciu. A jeśli człowiek ulęknie się jego obecności i ucieknie, ów wróg położy kres jego poszukiwaniom.

– Co się dzieje z człowiekiem, który ze strachu ucieknie?

– Nic, z tym tylko, że niczego się już nie nauczy. Nie zostanie nigdy człowiekiem wiedzy. Możliwe, że będzie tchórzem znęcającym się nad słabszymi albo nieszkodliwym strachliwcem, ale w każdym razie będzie pokonany. Pierwszy z wrogów położy kres jego gorącym pragnieniom.

– Jakie ma możliwości pokonania strachu?

– Odpowiedź jest bardzo prosta. Nie wolno mu uciec. Musi rzucić wyzwanie lękowi i wbrew niemu zrobić następny krok w nauce, a potem jeszcze i jeszcze jeden. Nie wolno mu uronić niczego ze strachu, a mimo to nie może się zatrzymać w miejscu. Taka jest zasada! Nadejdzie chwila, kiedy pierwszy wróg się cofnie. Człowiek zaczyna wówczas nabierać pewności siebie. Jego zamiary zyskują na sile. Nauka przestaje być zadaniem wywołującym przerażenie. Kiedy nadchodzi ta radosna chwila, człowiek może stwierdzić bez wahania, że pokonał swego pierwszego naturalnego wroga.

– Czy to się dzieje od razu, don Juanie, czy stopniowo?

– Stopniowo, ale zwycięstwo nad strachem dokonuje się nagle i błyskawicznie.

– Ale czy taki człowiek nie przelęknie się znowu, jeśli przydarzy mu się coś nowego?

– Nie. Skoro człowiek raz pokona strach, wyzwala się od niego na całe życie, bo miejsce strachu zajmuje w nim jasność umysłu, która unicestwia lęk. Odtąd człowiek zna swoje pragnienia, wie, jak je zaspokoić. Potrafi przewidzieć kolejne etapy nauki i widzi wszystko z przenikliwą jasnością. Doznaje uczucia, że nic nie jest przed nim zakryte. Tym sposobem napotyka drugiego wroga – jasność! Owa jasność umysłu, którą tak trudno osiągnąć, usuwa lęk, lecz także zaślepia. Zmusza człowieka, żeby nigdy w siebie nie wątpił. Obdarza go pewnością, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych, gdyż potrafi wszystko przeniknąć. Jest odważny, bo jest przenikliwy. Nic go też nie powstrzyma, bo widzi jasno. Ale to błąd. Jeśli człowiek podda się tej iluzorycznej potędze, ulegnie swemu drugiemu wrogowi i zamiast gnać, będzie się ociągał. Będzie się cackał z nauką, aż w końcu straci zdolność do nauczenia się czegoś więcej.

– Co się dzieje z człowiekiem w ten sposób pokonanym, don Juanie? Umiera?

– Nie, nie umiera. Jego drugi wróg odebrał mu wszelką chęć, żeby starał się zostać człowiekiem wiedzy. Taki człowiek zamienia się w nadętego wojownika lub błazna. Ale jasność umysłu, za którą tak słono zapłacił, nie przekształci się nigdy w ciemność i strach. Do końca życia zachowa swoją przenikliwość, ale niczego się już nie nauczy ani niczego nie będzie żarliwie pragnął. ; – Co powinien uczynić, żeby uniknąć porażki?

– Musi zrobić to samo, co zrobił z lękiem: powinien rzucić wyzwanie swej przenikliwości, korzystając z niej tylko w patrzeniu na świat, czekać cierpliwie i odmierzać starannie każdy kolejny krok. Przede wszystkim zaś powinien uważać, że jego przenikliwość niewiele różni się od obłędu. Nadejdzie chwila, kiedy zrozumie, że owa przenikliwość to tylko punkcik w polu jego wzroku. W ten sposób pokona swego drugiego wroga i znajdzie się w położeniu, w którym nic mu już nie będzie zagrażać. Nie będzie to błędem. To nie będzie jedynie punkcik w polu widzenia. Będzie to prawdziwą mocą.

Doszedłszy do tego punktu, przekona się, że znalazł się w końcu w posiadaniu mocy, do której dążył od tak dawna. Może z nią począć, co tylko zechce. Ma sprzymierzeńca do dyspozycji. Jego wola jest prawem. Widzi wszystko, co go otacza. Ale napotkał również trzeciego wroga moc! Moc to najpotężniejszy z wrogów człowieka. Oczywiście, najłatwiej się jest poddać, bo przecież człowieka tak naprawdę nie można pokonać. Wydaje rozkazy; zaczyna od podejmowania rozsądnego ryzyka, a kończy na ustanawianiu praw, gdyż to on jest panem i władca. Człowiek na tym etapie właściwie nie dostrzega, że znalazł się w okrążeniu wroga. Raptem, nic o tym nie wiedząc, przegra całą bitwę, a wróg uczyni z niego kapryśnego okrutnika.

– Czy utraci swą moc?

– Nie, nie utraci nigdy ani przenikliwości, ani swej mocy.

– Czym zatem będzie się różnił od człowieka wiedzy?

Człowiek pokonany przez moc umiera, nie dowiedziawszy się właściwie, jak się z nią obchodzić. Moc jest jedynie brzemieniem ciążącym na jego losie. Taki człowiek nie jest panem samego siebie i nie wie, kiedy i jak użyć swej mocy.

– Czy klęska zadana przez któregoś z tych wrogów jest ostateczna?

– Oczywiście. Skoro któryś z nich zatriumfuje nad człowiekiem, nic nie da się już zrobić.

– A czy możliwe jest, na przykład, żeby człowiek pokonany przez moc spostrzegł swój błąd i go naprawił?

– Nie. Jeśli człowiek raz się podda, jest skończony.

– A jeśli moc tylko przejściowo go oślepi, a później człowiek ją odrzuci?

– Będzie to znaczyło, że walka trwa i że człowiek próbuje jeszcze zostać człowiekiem wiedzy. Prawdziwa klęska nadchodzi dopiero wówczas, gdy człowiek przestaje próbować i poddaje się.

– Ale jest przecież możliwe, don Juanie, że człowiek poddaje się najpierw na długie lata strachowi, a mimo to ostatecznie go przezwycięża.

– Nie, to nieprawda. Jeśli raz podda się strachowi, nigdy go już nie przezwycięży;nauka będzie napawała go lękiem i zaniecha wszelkich prób. Jeśli jednak będzie starał się uczyć wbrew lękowi, odniesie ostateczne zwycięstwo, bo w rzeczywistości nie pozwoli mu nigdy nad sobą zapanować.

– W jaki sposób można pokonać trzeciego wroga, don Juanie?

Trzeba mu się z rozmysłem przeciwstawić. Trzeba sobie uświadomić, że moc, nad którą człowiek rzekomo zapanował, w rzeczywistości nigdy nie stanowi jego własności. Cały czas człowiek musi się bardzo pilnować, wykorzystując z wielką ostrożnością i starannością wszystko, czego się nauczył. Jeśli zrozumie, że jasność umysłu i moc, którym nie towarzyszy panowanie nad sobą, są gorsze od błędu, dojdzie do punktu, w którym nic nie wymknie się spod kontroli. Tym sposobem zada klęskę swemu trzeciemu wrogowi. Wówczas to znajdzie się on u kresu swej wyprawy po wiedzę, jednocześnie zaś, właściwie bez ostrzeżenia, napotka ostatniego ze swych wrogów – starość! Jest to wróg najbardziej okrutny, którego nigdy nie da się pokonać całkowicie, można tylko odpierać jego ataki.

Człowiek nie odczuwa już więcej lęku, nie trapią go żadne obawy ani niecierpliwa jasność umysłu – sprawuje pełną kontrolę nad swą mocą, równocześnie jednak zaczyna odczuwać przemożne pragnienie odpoczynku. Jeśli podda się pragnieniu, by położyć się i zapomnieć o wszystkim, jeśli pofolguje swemu zmęczeniu, przegra ostatnią rundę, a ciosy wroga uczynią zeń słabiutkiego starowinę. Pragnienie wycofania się weźmie górę nad całą jego przenikliwością, mocą i wiedzą. Jeśli jednak ów człowiek otrząśnie się ze zmęczenia i mężnie zniesie swój los do samego końca, będzie zasługiwał na miano człowieka wiedzy, choćby przez krótką chwilę zwycięstwa w odpieraniu ataków swego ostatniego niezwyciężonego wroga. I ta chwila jasności umysłu, mocy i wiedzy – wystarczy.

Fragment książki Erazm Majewskiego „Teorya człowieka i cywilizacyi”

 

Podobnie, jak nie dostrzegano, że ludzkie narzędzia sztuczne nie są dziełem, a więc i narzędziem człowieka jako jednostki izolowanej, jak nie dostrzegano, że władze umysłowe osobnika ludzkiego nie mogą być prostem rozwinięciem się władzy umysłowej nieczłowieka (Praecursor hominis) a więc nie mogą być własnością, ani narzędziem człowieka samego, tak samo nie orjentujemy się jeszcze w mnóstwie innych zjawisk świata ludzkiego i wyjaśniamy je najsprzeczniej, nie umiejąc nawet odnaleźć kryteryów, któreby rozsądziły ostatecznie: które z wyjaśnień najbardziej zbliżone jest do prawdy.
Do takich zjawisk rozmaicie definiowanych a więc ostatecznie niezdefiniowanych, należy wola ludzka.
Wygłaszano o niej najsprzeczniejsze sądy, była ona przedmiotem niezliczonych traktatów, przeważnie filozoficznych, albowiem zdawała się należeć do dziedziny obcej naukom przyrodniczym, a chociaż w nowszych czasach psychologia „doświadczalna” zajęła się wolą, jako zjawiskiem realnem w przyrodzie, nie zdołano jeszcze wyznaczyć jej miejsca właściwego w szeregu zjawisk świata, nie rozpoznano, skąd płynie i jakie są jej granice. Dotychczas niemal stoją naprzeciwko siebie determinizm i indeterminizm, a choć ostatni utracił wartość naukową, jednakie nawet i determinizm różnie bywa pojmowany, co świadczy najdosadniej, że jeszcze nie udało się odsłonić z całą jasnością podstaw, czy źródła z których wola ludzka wpływa.
Wolę nazywa się bardzo złożonem zjawiskiem duchowem, bada się jej skomplikowane przejawy, ale najlepszy dowód niemocy u podstaw mamy w okoliczności, że jedni właściwej woli u zwierząt nie uznają, inni sądzą, że i zwierzęta, a przynajmniej „wyższe”, obdarzone są wolą.
Po wszystkiem, co było powiedziane o myśli i mowie, łatwo się domyśleć, że geneza woli ludzkiej daje się już dokładnie określić, skutkiem czego można także rozstrzygnąć z dostateczną pewnością kwestyę woli u zwierząt. Sprawa tak się przedstawia, że jeżeli istnienie woli stwierdzamy u człowieka, to musimy ją przyznać zwierzętom, tylko trzeba powiedzieć, że wola zwierzęcia ma się tak do ludzkiej, jak poznanie zwierzęcia do ludzkiego. Musimy orzec, że wola ludzka jest zjawiskiem o tyle bardziej złożonem od zwierzęcej, o ile myślenie ludzkie od myślenia zwierzęcego.
Wszystko też, cośmy mówili o społecznym charakterze myśli ludzkiej – musi być zastosowane do woli ludzkiej. Jest to zjawisko społeczne, bynajmniej zaś nie osobnicze i organiczne, a w takim razie jedynie wolę zwierzęcą będzie można uważać za zjawisko organiczne, płynące wyłącznie z osobniczej organizacyi, opartej jedynie na dziedziczności fizyologicznej.
Wolę zwierząt przyjęto przeważnie nazywać popędem, nie tylko dla odróżnienia od ludzkiej, ale jeszcze dla tego, że nie uważano jej za coś, jakościowo identycznego z ludzką. Lecz wątpię, czy to jest zgodne z faktami. Proszę, niech mi kto nazwie popędem akt postanowienia konia, gdy „nieczuły” na najsroższe smagania woźnicy, zatnie się i nie chce ruszyć z miejsca ciężaru nad siły, który jednak ciągnął przez czas pewien cierpliwie. W przezwyciężeniu dotkliwych cierpień dla dopięcia swego celu (mniejsza jak go na domysł sformujemy) widnieje coś więcej, niż popęd, widnieje postanowienie (Entschluss), końcowy akt procesu woli, niewątpliwie niepozbawiony motywów, które płyną z rozważenia (Ueberlegung).
Jeśli to ma być popęd, w takim razie wszystkie akty woli człowieka trzeba nazwać również popędami, gdyż jakościowej różnicy między temi aktami nie widzę.
I wyznam, że gdybyśmy akty woli ludzkiej nazwali popędami społecznemi, nie stracilibyśmy nic na tej zamianie wyrazów. Popędy stałyby się bodaj zrozumialsze od „aktów woli”, którym, przez przyzwyczajenie do dawniej przypisywanego metafizycznego znaczenia, przypisujemy do dziś mimo wiedzy i chęci, cechę „wolności”, której ona nie ma. W naszym zwłaszcza języku istnieje nawet ścisłe pokrewieństwo etymologiczne Woli z wolnością, którego nie posiadają wyrazy francuzkie, niemieckie i niektórych innych języków, stąd też my łatwiej wpadamy w błąd metafizyczny. Toczono oddawna nieskończone rozprawy nad wolą. Palącym dawniej tematem była jej „wolność”, namiętnie broniona przez jednych i równie namiętnie zwalczana przez innych.
I okazuje się, że dużo w tem wszystkiem było czysto formalnych nieporozumień. Jedni wolność woli rozumieli w znaczeniu metafizycznem, gdy inni w psychologicznem. Psycholog więc zwalczał wolność metafizyczną, i miał w tem słuszność, przeciętny jednak laik wykształcony argumentował przeciw twierdzeniu psychologa tak, jakby przeczenie metafizycznej wolności było równocześnie przeczeniem wolności woli w znaczeniu psychologicznem i praktycznem. Aby ułatwić sobie wzajemnie niepopadanie w błędne koło czysto wyrazowych nieporozumień, a jednocześnie aby zadośćuczynić wzmożonym wymaganiom ścisłości naukowej, zaczęto wolną wolę w rozumieniu metafizycznem nazywać wolą niewyznaczoną przez przyczyny. Łatwo wtedy dało się uzasadnić, że takiej woli niema, albowiem wszystko, całe doświadczenie, polega na uznaniu przyczynowości. Pozostała więc tylko wola wyznaczona przez przyczyny, i okazało się, że tę tylko posiadamy, a choć odpowiada ona metafizycznie „niewolnej” pojęto ją właśnie, jako wolną i pojęto tak, a nie inaczej, całkiem słusznie.
Podobne rozwiązanie może się wydać dziwnem, a nawet niedopuszczalnem, boć jakżeż to może być, aby wola niewolna mogła być jednocześnie wolną.
Aby tak rażącą sprzeczność pogodzić wcale nie potrzebujemy zapuszczać się w filozoficzne rozprawy na temat woli. Dość wziąć pod uwagę równoległe z wolą zjawisko myślenia, które było tu już zgłębione do granic koniecznych, a natychmiast zrozumiemy jak prosto i naturalnie sprzeczność się rozwiązuje.
Przypomnijmy sobie tylko, że „moje” myślenie, chociaż jest naprawdę i praktycznie „mojem”, jest równocześnie myśleniem „naszem”, jest myśleniem niewolnego osobnika społecznego. Moje myślenie płynie z cywilizacyi, więc jest fragmentem myślenia realności D, jest produktem scalonych osobników zróżnicowanych. Przypomnijmy sobie tę okoliczność, że myślę i działam jako człowiek, czyli po ludzku, tylko przez to, że należę do społeczeństwa, które mnie drugi raz niejako urodziło, nadając mi indywidualność ludzką i jeszcze osobistą, kwalifikowaną. Otóż, gdy z tego samego punktu spojrzę na swoją wolę, wnet zrozumiem, że „moja” wola, chociaż jest praktycznie moją, jest równocześnie „naszą” wolą, wolą niewolnego osobnika społecznego, którego indywidualność nie jest jego indywidualnością, nie jest jego dziełem, ani dziełem dziedziczności samej, ale jest dziełem otoczenia społecznego. Moja wola płynie z cywilizacyi. „Chcę” i działam po ludzku tylko przez to, że należę do społeczeństwa, które mię drugi raz ukształtowało. Raz urodziłem się jako przeciętny osobnik fizyczny, z wolą tylko zwierzęcą, albo powiedzmy z popędami zwierzęcemi, wolę ludzką uformowało mi dopiero i to najczęściej mimowiednie moje ludzkie otoczenie, więc naprzód wszystkie wpływy ludzkie, jakie działały na moich przodków żyjących w społeczeństwie, powtóre wszystkie wpływy ludzkie, jakich doznawałem od kolebki i doznaję bezustannie. Nie mam prawa twierdzić, abym sam kierował sobą, albowiem wcale nie jestem jestestwem odosobnionem, więc chęci i pobudki moje są mi narzucone przez cywilizacyę wraz z pojęciami ludzkiemi, które mię uczyniły człowiekiem.
Nic to nie znaczy, że ja nie znam innej przyczyny postępku mego nad wolę moją i że wyobrażam sobie, iż mógłbym albo mogę, jeżeli zechcę, postąpić inaczej, jak postępuję, albowiem owo złudzenie moje wolnego wyboru wypływa tylko z nieznajomości wszystkich przyczyn postanowienia oraz z faktu, że jestem świadom własnych aktów woli. Aby się przekonać, że jest tak, a nie inaczej, musimy każdą z tych okoliczności z osobna rozważyć.
Otóż pierwsza okoliczność, mianowicie, że nie znamy wszystkich przyczyn własnego postanowienia, nie wymaga nowych dowodzeń. Determiniści dostatecznie rzecz oświetlili; wystarczy przypomnieć, że owa nieznajomość jest tej samej natury, jak wszelka nieznajomość czynników, kształtujących zdarzenia chwili przyszłej, czyli inaczej, zdarzeń, które mają nastąpić w przyrodzie. Wszak ludzie nawet najgłębszej nauki, najrozleglejszej wiedzy nie umieją sobie nawet post factum wytłumaczyć przyczyn koniecznych mnóstwa zjawisk w przyrodzie, które nastąpiły w ich oczach, więc tembardziej nie mogli ich przewidzieć, choćby na krótką chwilę przed ich wystąpieniem. Mimo to powiadają, że winną temu jest tylko ich niedostateczna znajomość przyrody, wcale zaś nie bezprzyczynowość zjawisk. Nie powiadają, że zjawisko niema przyczyny naturalnej, lecz tylko, że nie znamy wszystkich warunków zjawiska, potrzebnych do objaśnienia i do obrachowania, że musiało ono wystąpić w takim czasie i charakterze, w jakim wystąpiło.
Wiemy dalej aż nadto dobrze, że nie wszystkie zjawiska są jednakowo łatwe do wytłumaczenia.
Jeżeli zaćmienie słońca możemy dość dokładnie przewidzieć i wytłumaczyć, to dzieje się to tylko dlatego, że mamy tu do czynienia z wyjątkowo nielicznemi momentami ruchów ciał niebieskich, łatwych do ujęcia obserwacyą i rachunkiem z powodu ich długotrwałości, więc względnej powolności. Ale nawet i tu nigdy nie jesteśmy pewni, czy rachunek się sprawdzi, bo zawsze możliwą jest jakaś perturbacya, wywołana przez nieznaną przyczynę, i skutkiem tego nie wziętą do obrachunku. Przewidzieć zachowanie się dwóch ciał chemicznych, przy dobrej znajomości chemii, możemy ze znaczną pewnością również z powodu wielkiej prostoty stosunków chemicznych i nieliczności warunków, które trzeba uwzględnić. O procesach w komórce wnioskujemy już z daleko większą trudnością, bo tu trzeba uwzględnić ogromną ilość danych, w znacznej części mało znanych.
Przewidzieć czynu człowieka, (którego nie znamy), przeważnie niepodobna, ale nie dla jego bezprzyczynowości, lecz ponieważ nigdy nie możemy doszukać się nie tylko a priori, lecz nawet a posteriori, wszystkich momentów, które wpływają na czyn ludzki. Więc też słusznie determiniści podnoszą niewyrozumiałość swych przeciwników w dziedzinie psychologicznej, gdy wszyscy jesteśmy bezporównania wyrozumialsi, skoro chodzi o zadania daleko łatwiejsze.
Żaden z nich nie obwinia matematyka o nieuctwo, a matematyki o bezsilność, gdy w braku jednej potrzebnej danej rachmistrz nie rozwiązuje zadania, a nawet gdy nie chce przystąpić do jego rozwiązywania. Każdy rozumie, że brak jednej potrzebnej danej nie pozwala nawet zacząć rachunku. Nikt nie obwini astronoma o nieuctwo, albo komety o wolną wolą, gdy z powodu nieznanej perturbacyi zawiedzie ona przewidywania i spóźni się, lub wcale nie pojawi tam, gdzie jej oczekiwano. A przecież zjawiska społeczne, zjawiska psychologiczne są najbardziej ze wszystkich zjawisk świata skomplikowane, tutaj najtrudniej dociec choćby jako tako przyzwoitej cząstki przyczyn. Tutaj jesteśmy w iście rozpaczliwem położeniu, albowiem choćbyśmy nawet poznali 999 przyczyn, jeśli ich było 1000, to brak jednej uniemożliwi nam dokładne objaśnienie. A w procesach psychicznych stosunek wiadomych do niewiadomych nam bywa często odwrotny. Tylko więc w zawrotnej mnogości przyczyn (wpływów) spoczywać może nieobliczalność myśli, postanowień i czynów ludzkich. Zbyt zuchwały jednak wyciągamy z naszej bezsilności wniosek, gdy zaraz twierdzimy, że innych przyczyn niema, jak tylko niekrępowana wola ludzka. Dobrze jednak, że choć wolę ludzką wskazują nam inderterminiści jako przyczynę, gdyż skoro nawet oni uważają za potrzebne powoływać się na jakiś czynnik, to już łatwo będzie dojść do porozumienia. Nie można się dziwić, że wyznaczonej woli ludzkiej najczęściej niepodobna obrachować, nawet gdy chodzi o samego siebie, gdy równie wyznaczonej woli zwierząt, czyli ich względnie daleko mniej skomplikowanych popędów nie możemy z całkowitą ścisłością przewidzieć czyli obrachować.
Gdyby to było możebnem, wtedy zwierzęta przedstawiałyby się nam całkiem tak, jak mechanizmy, a przecież jakże daleko do tego!
Doświadczony myśliwy wie wprawdzie jakiemi szlakami wilk chodzi, jak się zachowuje w każdej okoliczności, ale również wie, że mimo to setki przyczyn składa się na to, że wilk może za każdym krokiem zboczyć ze szlaku swego, zatrzymać się, cofnąć i pójść innym – a tego wszystkiego przewidzieć myśliwy nie władny, bo nie zna ani czynników chwili ani czynników, które na danego wilka oddziaływały w ciągu jego żywota, nadając mu osobne cechy indywidualne i wpływając perturbująco na przeciętne jego popędy. Myśliwy musiałby zawiele wiedzieć o wilku, którego spotka, aby każdy ruch jego obrachować. Nawet gdyby go, sam niewidzialny, obserwował przez całe jego życie w lesie, jeszczeby jego mechanizmu psychicznego nie umiał obrachować, bo do tego trzebaby znać i obrachować wprzódy cały mechanizm lasu i wszystkich zwierząt, które wpływać mogą na zachowanie się tego właśnie wilka, o którego chodzi.
W tej trudności – mamy obraz trudności, podniesionych do sześcianu, gdy chodzi o zamierzenia i postanowienia ludzkie, cudze lub własne. Więc cóż dziwnego, że ostatnie, to jest ludzkie wydają się nam wolnemi? Cóż dziwnego, że myśliciele, zrozpaczeni stałą niemożnością nawet takiego przybliżonego przewidywania, jakie jest możliwe względem zwierząt, – oddawna wynaleźli wyjaśnienie nieobliczalności w przyjęciu pierwiastku osobnego, właściwego tylko człowiekowi, który ma być przyczyną postępków ludzkich? Byłoby raczej dziwnem, gdyby go byli nie wprowadzili do nauki o człowieku, bo dowodziłoby to złej obserwacyi. Każde przenikliwe poszukiwanie przyczyn postępków ludzkich musiało doprowadzić do hipotezy wolnej woli, a zwłaszcza, gdy działał tu zamącająco drugi czynnik, którym jest niewątpliwa świadomość swobody własnych aktów woli, czyli wewnętrzne przekonanie, że moglibyśmy, postanowić co innego, niż postanowiliśmy, że postanawiamy zatem z własnej woli. Otóż na tym drugim punkcie mam jedną uwagę do zrobienia. Jestem pewny, że gdyby wilk miał świadomość, podobną do ludzkiej, byłby on również przekonany, że mógłby postanowić co innego, niż każdorazowo postanawia. Byłby tak samo, jak my przeświadczony o wolności swych popędów, a przecież nikt nie wątpi, że wola wilka, obracająca się w nader szczupłym zakresie, jest wyznaczona przez przyczyny koniecznie i dostatecznie. Oczywiście nie wiemy, czy wilk posiada świadomość i jaką, ale łatwo pojąć, że jeśli ją ma nawet, to ma wilczą i działa tak samo, jak działałby, gdyby jej niemiał. Ona w niczem nie przeszkadza ściśle przyczynowemu porządkowi impulsów i działań wilka. Dlatego możemy być pewni, że i nasza świadomość nie zmienia ostatecznego wyniku rozważań naszych, ludzkich, zwanego postanowieniem. Wyznaczona wola nasza działa w ramach świadomości. Oto wszystko.
Inna jest rzecz, że my świadomości swojej swobody wyboru, czyli, mówiąc krócej, świadomości nie posiadać nie możemy; nasze akty woli i pewna część naszych czynów muszą być związane ze świadomością. Przekonamy się później, dla czego tak jest i co należy trzymać o świadomości. (Patrz rozdz. XXV i dalsze). Tymczasem, aby skończyć z wolą, zwróćmy uwagę na fakt, który nazywamy obowiązkowością, a który mocno ogranicza swobodę naszych postanowień.
Mówimy ustawicznie o ludziach z charakterem i ludziach bez charakteru. Cenimy pierwszych i polegamy na nich, niedowierzamy zaś drugim i mamy ich za coś gorszego. Dla czego tak jest? Dla tego, że człowiek z charakterem, działając według zasad, pozwala przewidywać swoje czyny i zamiary. Jeżeli więc znamy zasady człowieka z charakterem, to pewni jesteśmy, że im się nie sprzeniewierzy i z dwóch wyjść wybierze zawsze tylko zgodne z jego zasadami. Okoliczność ta mocno upraszcza nasze stosunki i chroni nas od mnóstwa omyłek i zawodów. Tak samo odmiennie oceniamy mądrego i głupiego. Mądremu ufamy i chętnie z nim obcujemy, głupiemu nie dowierzamy i stronimy od niego. Mądry bowiem pozwala przewidywać swoje zamiary i czyny w danych okolicznościach, – czynów głupiego nigdy nie możemy przewidzieć.
Jest to tak dalece prawdą, że, jak wieść niesie, Turenniusz wolał mieć do czynienia z dobrym czyli mądrym wodzem nieprzyjacielskim na polu bitwy, niż ze złym, bo zły mieszał mu szyki niespodziewanemi pomyłkami, dobry zaś pozwalał przewidywać plany i ruchy. My wszyscy, instynktownie jesteśmy Turenniuszami, o czem świadczy przysłowie: „lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć”.
Pytam teraz czyjaż wola obraca się w węższych granicach: człowieka z charakterem lub mądrego, czy człowieka bez charakteru, lub ograniczonego? Skoro łatwiej nam przewidzieć myśli, chęci, postanowienia i czyny pierwszych, więc swoboda ich postanowień musi być mniejszą, są oni w większym stopniu niewolnikami zasad i norm, panujących w społeczeństwie lub w danej grupie jego, niżeli ci drudzy.
Wola ich jest krępowana nakazami silniejszemi a i wyższemi od chceń ich impulsywnych, niższych, a jednak powiadamy, że ci są bardziej ludźmi i dusze ich cenimy wyżej. Jeżeli w jakiem społeczeństwie mamy bardzo wielu ludzi z charakterem, społeczeństwo to nazywamy wyższem czy doskonalszem, i słusznie, bo gdzie największa ilość ludzi działa zgodnie z zasadami i to jednakowemi dla wszystkich, tam mniej mamy tarcia, mniej trudów zmarnowanych, nieszczęść i bólów zbytecznych.
Czegóż to dowodzi? Oto tej prostej prawdy, że większe skrępowanie woli, większa szablonowość postanowień jest pożądana w społeczeństwie i z tego mianowicie powodu, że gwarantuje porządek większy. I rzecz osobliwa, że przy tem skrępowaniu, ludzie zasad i charakteru nie czują się większymi niewolnikami, lecz odwrotnie czują się wolniejszymi, czują się panami siebie, a nawet innych, nawiasowo zaś dodam czują się szczęśliwszymi i innym ułatwiają pożycie, choć te ostatnie warunki nie należą w tej chwili do rzeczy.
Człowiek zasad najlepiej stwierdza swem postępowaniem, że wola jest wyznaczona, bo on musi chcieć, jak chce, lubo chce, na pozór dobrowolnie. Wyznaczona wola jest tedy nietylko objawem prawidłowości w sferze psychicznej, ale podległości względem całego szeregu norm, które nie myśmy ustanowili, a jednak poddajemy się im dobrowolnie. Jest ona nadto miarą wartości moralnej postanowień i postępków. Gdy zaś w przyrodzie niemasz nieprawidłowości, ani dowolności, więc innej woli nad wyznaczoną nie może być. To co byśmy chcieli nazwać jej mianem, będzie tylko objawem nieładu, nieskoordynowania, gdy pierwsza jest objawem ładu i to społecznego. Upór, postanowienie powzięte w gniewie lub smutku nie będzie objawem wolniejszej woli, lecz odwrotnie, bardziej skrępowanej i to czynnikami przemijającymi więc perturbującemi ład normalny.

Społeczeństwo stoi wolą ludzką, nie instynktami zwierzęcemi; ilekroć ostatnie biorą górę, tylekroć bierze górę nieład społeczny nad ładem, tylekroć pierwiastek niespołeczny bierze górę nad społecznym. Społeczeństwo zbudowane jest z pierwiastku niespołecznego, tak jak komórka z pierwiastków nieorganicznych, ale tylko zbudowane. Jeśli w komórce wyzwalają się pierwiastki nieorganiczne z karbów ładu komórkowego, nazywamy to procesem destrukcyjnym, który w rezultacie ostatecznym niesie chorobę i śmierć komórki.
Ponieważ zaś w przyrodzie nic nie dzieje się bez przyczyny, więc i nieład, tak w komórce, jak w społeczeństwie, ma swoje przyczyny. Najczęściej, jeżeli nie zawsze tkwią one zewnątrz komórki i społeczeństwa. Powoduje go zrywanie się równowagi ze środowiskiem, w którem trwa komórka i społeczeństwo. Tysiączne mogą być rodzaje zrywania się równowagi i tysiączne jej objawy i skutki. Ponieważ komórka jest całością żyjącą, przeto anormalności zachodzą w sferze zjawisk życiowych, ponieważ cywilizacya zdaje się być całością psychiczną, – więc anormalności zachodzą w sferze zjawisk inter-psychicznych, czyli społecznych. Tam zagrażają życiu – tu cywilizacyi. Wola jest czynnikiem psychicznym i zarazem społecznym – nie dziw więc, że jej objawy idą równolegle z ogólnemi objawami procesów w cywilizacyi, a zarazem, że kierunek swój bierze we wpływach zewnętrznych, warunkujących równowagę sił wewnętrzną.

Fragment książki Erazm Majewskiego „Prolegomena i podstawy do filozofii dziejów i socyologii” oraz fragment artykułu Mariana Mazura – cybernetyka a humanitaryzm”

 

Przyrodnicy i filozofowie wysilają się na definicye, któreby w niewielu słowach scharakteryzowały człowieka, lecz choć dano już wiele określeń lapidarnych, szwankują one, a szwankują dlatego, że bywają za bardzo, albo za mało zoologiczne.
I nie może być inaczej. Niepodobna bowiem uczynić zadość wymaganiom ścisłości naukowej, jeśli obejmujemy w jednej definicyi człowieka przeszłego i dzisiejszego. Od chwili, gdy zaczął stawać się człowiekiem, uległ człowiek tak znacznej i urozmaiconej ewolucyi, że dwie jego fazy krańcowe, to, pomimo podobieństwa postaci, prawie całkiem różne jestestwa.
Ze zwierzęcia w coś całkiem dla świata nowego przerobiła człowieka głównie mowa. Dlatego, jeśli już chcemy być lapidarni, a jednocześnie zadość uczynić ścisłości naukowej, powinniśmy formułować dwie, trzy lub więcej definicyi, charakteryzujących człowieka w chronologicznej kolei jego rozwoju.
Będziemy bardzo blizcy prawdy, powtarzając orzeczenie, dane już na końcu rozdz. XVII, że człowiek – to przedewszystkiem zwierzęmówiące. Dzięki mowie dopiero stało się ono społecznem, a następnie mądrem (sapiens). Fazę wstępną, czysto zwierzęca, można będzie charakteryzować uwzględnieniem cech czysto-zoologicznych. Następne muszą już być charakteryzowane cechami, zjawiającemi się w naturalnej kolei rozwoju władz i rysów coraz bardziej odróżniających go od zwierząt.
Społeczność i mądrość są cechami nabytemi głównie dzięki mowie, przytem mądrość, mimo całej wielostronności, była, musiała być i została specyficznie ludzką, a więc względną i ograniczoną. W porównaniu do różnych zwierząt człowiek nie był w pierwszej swej fazie zwierzęciem najrozumniejszem – nie bywa też nim często nawet w ostatniej. Wiele zwierząt niewątpliwie nie stało niżej od pra-człowieka wówczas, gdy on stawał się człowiekiem; nie miały one tylko tej szansy, aby stać się w swoim rodzaju człowiekiem, t. j. jestestwem społecznem.
Dopóki pra-ludzie rozumieli się tak słabo, jak zwierzęta, a myśl ich niebogata u wszystkich była jednakowa, dopóty mózg człowieka niewiele różnił się od zwierzęcego i przedstawiał dla dalszego rozwoju takie same mniej więcej szansę, jak mózg zwierząt, zwłaszcza obdarzonych aparatem głosu, podobnym do ludzkiego.
Narzuca się więc z wielką natarczywością pytanie: czemu niektóre przynajmniej zwierzęta nie wyzyskały swych przyrządów głosowych na podobieństwo człowieka? Czemuż właśnie on i tylko on wzniósł się stosunkowo łatwo i prędko na wyżyny, gdy tamte zostały na nizkich poziomach?
Wszak niejeden gatunek zwierząt jest tak mądry, pomimo względnej małości półkul mózgu właściwego (encephalon), że gdyby tylko począł rozwijać mowę, mógłby stać się „człowiekiem”. Oczywiście byłby człowiekiem całkiem innym z postaci, z uzdolnień i kierunku rozwoju, w jakimby poszedł ku „człowieczeństwu”, ale byłby jestestwem analogicznem do człowieka z powodu tych specyalnych uzdolnień, które uczyniły człowieka jestestwem społecznem i mądrem, z możności rozwijania ducha swego gatunku, t.j. materyału pod niejednym względem niegorszego od ludzkiego.
Oto mądry i szlachetny słoń (Elephas), o którym Indusi opowiadają tyle legend cudownych, wraca z wycieczki samotnej do stada. Ma on do zakomunikowania swoim blizkim wiadomość ważną dla nich. Usiłuje on ją ujawnić, porykuje, gestykuluje trąbą, wpatruje się ożywiony i niespokojny w oczy innych słoni, ale… nie zrozumiano go, i wiadomość utonęła. Była ona iskrą, jedną z tych, których miliony, przenikając od osobnika do osobnika, składają się na mądrość, ale zgasła tam, gdzie zapłonęła. I tak jest ciągle. Od tysięcy lat marnuje się doświadczenie słoni, a każdy musi czynić te same doświadczenia dla siebie i tylko dla siebie, musi funkcyonować za siebie i tylko za siebie i tylko niezmiernie żółwią drogą dziedziczności wzbogacać swem doświadczeniem przyszłe pokolenia.
Z ludzkiego punktu widzenia jest to położenie tragiczne, choć w istocie może nie być tragicznem wcale; trwają w tym stanie wszystkie zwierzęta i mniej tęsknią do innego stanu, niż my do skrzydeł ptasich.
Mimo to prawdą jest, że gdyby człowiek poprzestawał na swem dawnem położeniu – zostałby i on na zawsze tylko zwierzęciem.
Ale on znalazł klucz do głowy innego człowieka i zdruzgotał zaporę, dzielącą go od jestestw podobnych. Stał się czemś nowem na ziemi, czemś nie gorszem, ale może i nie lepszem, bo na ziemi niema wspólnej miary dla wszystkich i stał się materyałem na ciało społeczne.
W koncercie egoizmów ziemi może nie wysunął się na czoło jestestw, bo to było niepodobnem, ale, mogąc coraz skuteczniej deptać po słabszych, czynił to bez wyrzutów sumienia lepiej od innych, zagarnął też zwolna grunt należny innym, zdławił słabszych i ostał się wśród typów pobitych jako tryumfator.
Najdzielniejsze osobniki rodu ludzkiego, wspinając się na ramionach poprzedników tegoż rodu, wznosiły się coraz wyżej, aż doszły tak wysoko, że zaczęły filozofować. Wtedy przedewszystkiem wyparły się swych ubogich, a więc… brzydkich krewnych i stworzyły wygodną doktrynę pochodzenia… z morskiej piany.
Niestety, pomimo przepaści duchowej, pozostało ciało, którego ani zmienić, ani podnieść – ani wyprzeć się nie można!

Czem się to stało, że człowiek, druzgocąc zaporę, dzielącą go od innego człowieka, wzniósł równocześnie wysoki mur między sobą, a pozostałym światem krewniaków zwierzęcych? Czemu żadne inne zwierzę tego nie dokonało?
Wspomnieliśmy o zbiegu „okoliczności sprzyjających” rozwojowi w kierunku szczególnie płodnym w bardzo ważne następstwa. Oczywiście ów zbieg okoliczności nie przekracza sfery czynników naturalnych, a więc teoretycznie biorąc dostępnych i dla innych rodzajów jestestw ziemskich.
Aby dostrzedz te czynniki, trzeba tylko pozbyć się jednego zakorzenionego poglądu, który nam je zasiania. Wmawiano w nas zbyt długo przekonanie, że człowiek stoi na jakimś szczycie drabiny (przynajmniej) kręgowych. Wmawiano, że jest najdoskonalszą latoroślą kręgowców, wreszcie najmłodszym, t. j. najpóźniejszym wśród nich typem. Wszystko to nieprawda!
Zbyt długo przedstawiano sobie proces rozwoju i przeżywania typów ziemskich, jako szeregi samych „doskonaleń się”, samych przemian „postępowych”, zbyt prosto załatwiano się także z wypadkami rozwoju wstecznego i bocznego i niejeden przyrodnik uważał świat dziś żyjący za jakiś wybór typów, w swoich rodzajach najdoskonalszych, gdyż wierzył, że przeżywać muszą przeważnie tylko typy najdoskonalsze, ginąć zaś same wsteczne. Znajdziemy się bliżej prawdy, biorąc cały świat dziś żyjący za jedną ruinę idealnej całości, złożonej ze wszystkich stopni przejściowych, jakie żyły kiedykolwiek.
To, co żyje, jest tylko bezładnie dochowaną resztką wytworów przeszłości. Dochowały się zaś przy życiu równie dobrze, choć przypadkowo, typy bardzo stare i zacofane, jak nie dochowały się późne, t. j. młode i dzielne. Dzisiejsza fauna i flora nie jest wcale tłumem samych „najlepszych” lub „najdzielniejszych”. Jest to raczej zbiór typów rozmaitej wartości biologicznej, zabytków ze wszystkich epok i najrozmaitszych stadyów rozwojowych. Jest ona złożona z typów, których równowartościowi krewniacy mieli nieszczęście różnemi czasy wyginąć, każdy dla jednej z tysiąca przyczyn, niosących zagładę wszystkiemu, co żyje. Przyczyny te bywały równie błache, jak, logicznie biorąc, niesprawiedliwe. Najczęściej nie jakaś niższość, lecz ślepy traf unicestwiał jedne typy i równie ślepy traf, nie zaś wyższość, utrzymywały pośledniejsze. Stąd niezliczone, a często zadziwiające luki zarówno we florze jak faunie ziemskiej. Znamy np. zwierzęta mocne, czujne i dzielne, pozbawione żyjących krewniaków, którzy musieli być przecież równie dzielnymi, a jednak zginęli. Znamy inne, gorzej uposażone – otoczone liczną rzeszą żyjącą odmian i gatunków blizkich. I jeszcze jedno. Nazbyt często zarówno paleontologom, jak zoologom, kierunek rozwoju jakiegoś typu wydawał się prostym i postępowym, gdy właśnie zmierzał on ku zmianom szkodliwym – i odwrotnie.
Dzięki podobnym błędom, utrzymuje się przekonanie o „młodości” typu ludzkiego, przekonanie, że jesteśmy ostatnią kreacyą ziemską, przynajmniej wśród ssaków. Utrudnia to trzeźwą ocenę stanowiska naszego w świecie zwierzęcym.
Świat dziś żyjący wcale nie jest owocem jakiegoś rozwoju „postępowego”. Jest w nim daleko więcej rozwoju we wszelkich kierunkach bocznych i wstecznych i jest, bo tak być musi. Przypomnijmy sobie, że rozmaitość postaci organicznych jest głównie dziełem tego snycerza, którego nazywamy środowiskiem. Środowisko, jak to później zobaczymy, bywa nie tylko rozmaite, ale i zmienne. Świat organiczny, żywiąc się na takiem łonie, nie zna stagnacyi w kształtach. Jedne zmieniają się prędzej, inne wolniej, ale zawsze tylko zależnie od okoliczności i w warunkach niejednakowo korzystnych dla dalszego bytu każdej postaci. Świat ten nie zna tego, co przyszłość przyniesie.Stosuje się on do chwili bieżącej, i stąd często najdzielniejsze typy wpadają w pułapkę, jaką im nieznana przyszłość przynosi. Wtedy to, co było najlepszem, staje się nieraz niespodzianie cechą szkodliwą i niesie zagładę nie słabszym, lecz właśnie najdzielniejszym. Typy, choćby nawet dzielne, ale podległe najżywszym przemianom, często kroczą nie ku przyszłym tryumfom, lecz właśnie ku zgubie. Niektóre zwierzęta znajdują się na drodze, jeżeli tak można się wyrazić, uzwierzęcania się głębszego. Zróżnicowanie np. ssaków szło bardzo prędko i poszło daleko. Dobiegło ono dawno kresu zmian użytecznych i zbliża się po większej części do dekadencyi. Aby nam się wiele zagadek ewolucyi jestestw żyjących przedstawiło we właściwem świetle, a zwłaszcza historya naturalna człowieka, trzeba tylko porzucić przestarzałą wiarę w rzekoma młodość i „postępowość” typu ludzkiego. Trzeba go uznać za typ bardzo stary, wprost za jestestwo jedno z najbardziejkonserwatywnych pośród ssaków. Do tego zniewala nas porównanie budowy ciała ludzkiego z budową wszystkich kręgowców.
Wypada mi tu znowu poruszyć i rozwinąć ideę, która winnaby być przedmiotem oddzielnego studyum, ale gdy dla naszych celów przedstawia ona tylko epizod, nie wolno nam zatrzymywać się nad nią dłużej, niż tego wymaga konieczność. Dlatego ograniczę się do ujęcia najcharakterystyczniejszych stron budowy człowieka w szerokich i ogólnych tylko liniach. Mianowicie dotknę tych szczegółów jego budowy, które same jedne rzucą snop światła na dziwne losy jestestwa, które zamianowało się nie bez słuszności królem ziemi.
Rozpatrzymy rękę ludzką, uzębienie postawę wyprostowaną. Tkwią w nich cechy ściśle zależne jedna od drugiej i zgodnie uważane po mózgu za najważniejsze znamiona rodu ludzkiego. Właśnie połączenie się w człowieku tych cech uważam za przyczynę główną szczególnego rozwoju mózgu, a więc za okoliczność, sprzyjającą uczłowieczeniu się pra-człowieka, a zarazem za świadectwo idei, że rozwój człowieka poszedł po drodze najprostszej do największego skomplikowania natury zwierzęcej, jak to już dawniej zauważyliśmy, bo komplikowanie się, nie zaś upraszczanie, jest szczególną dążnością energii ziemskiej, obserwowaną we wszelkich jej postaciach.

Człowiek poszedł po drodze najprostszej, lecz co to jest droga najprostsza? Czyżbyśmy tu wchodzić mieli w ocenianie drogi a posteriori, ze skutków wyrokując o przyczynach? Nie. Pod drogą najprostsza rozumiem właśnie drogę pośrednią między istniejącemi w formie odchyleniami; rozumiem drogę, zapewniającą największą ekonomię w ewolucyi. Ekonomii tej nie zachowała większość kręgowców, więc rozwój ich poszedł bądź nazbyt krętemi ścieżkami, bądź zawrócił z drogi najbezpieczniejszej wielostronności, na manowce zgubnej zawsze jednostronności, co jest niemal równoznaczne z krańcowością. Gdy wszystko, co żyje dokoła człowieka, ugrzęzło w wyspecjalizowaniu się, on jeden utrzymał się szczęśliwie do końca na najgładszej drodze wielostronności biologicznej i przeciętności,oczywiście bez starań szczególnych lub zasługi.
Idea „wyższości” organizmów jest całkiem względna. Nie zawsze droga do wyższości wiedzie przez „ulepszenia” i przez wielkie „przemiany”. Czasem może być związana właśnie z konserwatyzmem, i tak właśnie ma się rzecz z cechami człowieka. Gdyby nie ów konserwatyzm, człowiek zostałby może zdystansowany przez inny jaki gatunek i albo też ziemia wcale nie oglądałaby wyrosłego z pnia ssaków (Mammifera) dziwnego jestestwa, które, choć pełza w pyle ziemskim i pożera sobie podobne, ośmiela się, mimo to, przenikać szeroką świadomością to, co jest niezmierzone i niedościgłe dla zmysłów, i rezonuje o największych zagadkach świata.
Czy pra-ludzie, jestestwa niespołeczne, przerabiając się w swem potomstwie na komórki społeczeństw, poszli ku większej szczęśliwości, niż ta, która jest udziałem wolnych komórek-zwierząt, to jest kwestya, nad którą niech debatują pesymiści i optymiści, ale, bez względu na ich wyroki, fakt pozostaje faktem, i to niecofnionym. I przed nami wyłoni się później oraz na właściwem miejscu to pytanie, a choć go nie będziemy rozstrzygać, to przecież, zamiast tonąć w bagnie domysłów, ujrzymy wyraźnie: co człowiek zyskał, a co stracił, wszedłszy,dzięki swej przeciętności, na nową dla organizmów drogę bytu społecznego, po której toczy się jego dalsza egzystencya.
.
Źródło:  http://www.prawia.org/ksiazki/majewski/majewski1f.html
.


 

Człowiek jako układ cybernetyczny

 

Idea traktowania organizmów jako układów cybernetycznych nie uderza sensacyjnością, i temu chyba należy przypisać brak zainteresowania dla niej ze strony wydawnictw popularnych. Natomiast zaczyna budzić odzew pewien szczególny przypadek tej idei, a mianowicie traktowanie człowieka jako układu cybernetycznego. Od czasu do czasu można się spotkać w prasie społeczno-kulturalnej z wypowiedziami dającymi wyraz wątpliwościom co do dopuszczalności traktowania człowieka jako „maszyny”. Tak na przykład pewien literat pisze, że gdyby nawet uznać, że człowiek jest w pewnym sensie maszyną, to jednak nie tylko maszyną – jest w nim, „coś jeszcze”. Pewien socjolog widzi w cybernetyce nawrót do zaniechanego w nauce mechanicyzmu, a znów pewien teolog uważa, że człowiek i maszyna są tworami nieporównywalnymi, jako że przebiegi zachodzące w maszynie wymagają pewnego czasu, podczas gdy człowiek spostrzega coś, czy uświadamia to sobie ,,od razu”. Wszystkie tego rodzaju wypowiedzi nurtuje jak gdyby obawa przed degradacją człowieka. Bo np. jeżeli pozbywamy się niepotrzebnych maszyn, to może – skoro człowiek to maszyna – w podobny sposób zacznie się postępować z niepotrzebnymi ludźmi? Jest to obawa przed uznaniem człowieka za twór niższy od tego, za jaki uchodzi dotychczas, obawa przed traktowaniem człowieka jak rzeczy, a więc przed zaprzeczeniem miłości człowieka i ludzkości, poszanowania godności ludzkiej, czyli krótko mówiąc, obawa przed zaprzeczeniem humanitaryzmu.

Doprawdy, nic bardziej fałszywego. Wszystkie przytoczone powyżej poglądy są, łagodnie mówiąc, zbiorem nieporozumień.

Przede wszystkim uporządkujmy nieco sprawy terminologiczne. W cybernetyce traktuje się człowieka jako układ cybernetyczny, a nie jako „maszynę” cybernetyczną. Maszyna cybernetyczna jest to techniczny układ cybernetyczny. Wyrażenia „maszyna cybernetyczna” w odniesieniu do człowieka używają niekiedy popularyzatorzy cybernetyki dla większego zafrapowania czytelników; w naukowych publikacjach cybernetycznych używa się go tylko w tych przypadkach, w których naprawdę chodzi o maszyny. Krytycy cybernetycznego traktowania człowieka chętnie podchwytują wyraz „maszyna”, aby sobie ułatwić sytuację; gdy się powie czytelnikowi coś w rodzaju: „Patrzcie, oni (to znaczy cybernetycy) nie widzą różnicy między człowiekiem a maszyną”, to taka demagogia łatwiej może liczyć na pogodzenie niż przy użyciu bezbarwnego określenia „układ cybernetyczny”. Dodajmy też, że w pojęciu wielu ludzi, nie obciążonych znajomością rzeczy, cybernetyka jest nauką techniczną, technika zaś to technokracja, technokracja zaś to – antyhumanizm itd.

Niemniej, przyznajmy to, nawet nazywanie człowieka „układem cybernetycznym” (zamiast „maszyną”) nie wytrąca jeszcze krytykom broni z ręki. Układami cybernetycznymi, oprócz człowieka, są wszelkie inne organizmy, np. zwierzęce, i oczywiście maszyny cybernetyczne. Umieszczenie człowieka w takim towarzystwie jako jednego z układów cybernetycznych może dla wielu być rażące, ale do tego jeszcze powrócimy.

Argument o nawrocie mechanicyzmu wynika z braku rozeznania istoty sprawy. Mechanicyzm zawiódł dlatego, że traktował człowieka jak automat, czyli jak maszynę samosterowną; jego zwolennicy wyobrażali sobie, że ten sam bodziec musi wywołać tę samą reakcję, i nietrudno, było wykazać, że nie mają racji.

Natomiast w ujęciu cybernetycznym odpowiednikiem technicznym człowieka nie jest automat, lecz autonom, to znaczy maszyna samodzielna, działająca we własnym interesie, a więc dla własnego bezpieczeństwa i rozwoju; w tym ujęciu bierze się pod uwagę okoliczność, że człowiek (podobnie jak autonom) jest wyposażony w akumulator informacji pochodzących z poprzednich doświadczeń. Każdy aktualny bodziec dostarcza informacji, których rejestracja różni się od rejestracji poprzednich informacji tylko tym, że jest świeższej daty. O postępowaniu człowieka rozstrzygają wszystkie zarejestrowane w nim informacje, a nie tylko te najświeższe, i dlatego reakcje człowieka, zależnie od stanu jego akumulatora informacji, mogą być różne nawet przy takich samych aktualnych bodźcach.

Powróćmy jednak do sprawy traktowania człowieka – razem ze zwierzętami i maszynami – jako układu cybernetycznego. Ludzkość przeżyła już raz falę oburzenia wywołaną przez teorię ewolucji. Myśl o tym, że człowiek wraz z małpą mógłby pochodzić od wspólnych przodków, wydawała się wielu nie do zniesienia, a dzieła Darwina wprowadziła na indeks kościelny. Przecież człowiek stworzył nawet w swoim czasie inną terminologię dla siebie, a inną dla zwierząt; człowiek miał „głowę”, zwierzęta zaś „łeb”, to co u człowieka nazywało się „krew”, u zwierzęcia nazywało się „posoka” itp. Dziś nikomu już nie przychodzi na myśl nazywać gruczoły, mięśnie, nerwy itp. innymi nazwami w odniesieniu do zwierząt niż do człowieka.

Cybernetyka zdaje się wywoływać drugą falę podobnego oburzenia. Dopatrywanie się podobieństw człowieka do zwierząt można było w końcu znieść, ale do maszyn? Jeszcze i dziś nawet autorzy publikacji naukowych używając takich słów, jak „pamięć” maszyny, „uczenie się” maszyn, maszyny „myślące” – itp., piszą je często w cudzysłowie, niejako z zażenowaniem, że przypisuje się maszynie funkcje właściwe człowiekowi. Jak i poprzednio, jest to sprawa oswojenia się, przyzwyczajenia. Człowiek różni się od zwierząt i maszyn (autonomicznych) w zasadzie tylko jednym: ilością elementów rejestracyjnych. U człowieka ocenia się ją na około 15 miliardów, podczas gdy we współczesnych maszynach matematycznych nie przekracza ona jednego miliona, a u zwierząt bywa różna; np. u owadów wynosi ona zaledwie kilkanaście tysięcy. Jest to tylko różnica ilościowa, niemniej jednak, jest to różnica kolosalna; tyle że nie ma w niej nic „cudownego”, żadnego „coś jeszcze”.

Wbrew wszelkim pozorom cybernetyka, traktując człowieka jako układ cybernetyczny działa dla jego dobra, pozwala bowiem zrozumieć, czym człowiek jest naprawdę, a przez to zapobiec krzywdom wyrządzanym mu zarówno wtedy, gdy się go nie docenia, jak i wtedy, gdy się go przecenia. Obydwa te przypadki zasługują na bliższe omówienie.

 

Cybernetyka przeciw niedocenianiu człowieka

 

W okresie międzywojennym jakiś właściciel sklepu w Warszawie posłużył się do celów reklamowych „żywym manekinem”. Urodziwa dziewoja stała w oknie wystawowym i demonstrowała plansze z odpowiednimi napisami, wykonując ruchy kanciaste i sztywne, jak lalka z opery, Opowieści Hoffmana. Wówczas felietonista jednego z postępowych tygodników napisał, że o ile można nie mieć nic przeciw manekinom udającym ludzi, to jednak zmuszanie ludzi, żeby udawali manekiny, jest degradacją człowieka, gdyż czyni go bezmyślnym. Słuszność tego poglądu jest niewątpliwa, ale czy „żywe manekiny” zniknęły? Jak się okaże, niezupełnie.

Jednym z wielkich osiągnięć teorii informacji jest wprowadzenie pojęcia ilości informacji. Aby się nie rozwodzić na ten temat, przypomnimy tylko, że jednostkę ilości informacji, czyli tzw. „bit”, zawiera każda informacja wskazująca na jedną z dwóch możliwości. Na przykład gdy pytamy, czy teraz jest rok parzysty czy nieparzysty, to odpowiedź na to pytanie zawiera l bit informacji. Informacja wskazująca na jedną z czterech możliwości (np. odpowiedź na pytanie, jaka jest teraz pora roku) zawiera 2 bity; przy ośmiu możliwościach mielibyśmy 3 bity; przy szesnastu możliwościach 4 bity itd. – każde następne podwojenie liczby możliwości zwiększa ilość informacji o l bit.

Każdy przetwornik informacji otrzymuje i wydaje pewną ilość informacji. Najprostszy przetwornik informacji otrzymuje tylko l bit informacji i wydaje tylko l bit informacji. Przetwornikiem takim jest np. dzwonek elektryczny; odbiera on jedną z dwóch możliwości (przycisk dzwonka jest naciśnięty albo nie jest naciśnięty) i wydaje również jedną z dwóch możliwości (dzwonek dzwoni albo nie dzwoni). Każdy przekaźnik jest takim przetwornikiem informacji, do którego dochodzi impuls albo nie i z którego wychodzi impuls albo nie.

A teraz przypomnijmy pewien tragiczny wypadek, opisany w naszych dziennikach przed kilkunastu laty. W okolicy Warszawy jakaś matka chciała w nocy wezwać lekarza do chorego, dziecka i przyszła do pobliskiej fabryki, aby skorzystać z telefonu (wówczas tylko instytucje miały telefony), ale spotkała ją kategoryczna odmowa portiera, który zastawiał, się przepisami dopuszczającymi używanie telefonu tylko do rozmów służbowych. Na nic nie zdały się prośby i łzy zrozpaczonej kobiety; kiedy wreszcie z kilkugodzinna zwłoką sprowadziła lekarza, dziecko już nie żyło. Wypadek ów wzburzył opinię, ale nas obecnie będzie tu interesować cybernetyczna ocena tego faktu. Portier z przytoczonego przykładu, zgodnie z przepisami, stał się odbiorcą jednej z dwóch możliwości, a mianowicie rozpoznawał tylko, czy rozmowa jest służbowa, czy nie, i reagował na to również w postaci jednej z dwóch możliwości, tj. udostępniał telefon albo nie. Inaczej mówiąc, odbierał i wydawał informacje tylko w ilości l bita, został wiec sprowadzony do poziomu takich przedmiotów, jak dzwonek elektryczny lub przekaźnik. Do przetwarzania informacji w ilości l bita wystarcza tylko jeden element rejestracyjny, mogący przybierać dwa stany: stan pobudzenia i stan niepobudzenia. A przecież człowiek ma takich elementów kilkanaście miliardów! Ma ich tyleż także przykładowy portier – widać, jak ograniczony użytek kazano mu z nich robić.

Podobnych przypadków jest znacznie więcej, niż można by przypuszczać. Niedawno w dyskusji prasowej na temat roli dyrektorów fabryk pisano o dyrektorze, który wbrew przepisom przeniósł pewną, zresztą niewielką sumą z jednego paragrafu do drugiego, aby sfinansować proste urządzenie pozwalające wyeliminować import kosztownej maszyny. Fakt ten spowodował wystąpienie szeregu osób urzędowych w roli przekaźników. A więc najpierw kontroler musiał stwierdzić, czy nastąpiło naruszenie przepisu, czy nie, aby wiedzieć, czy ma w protokole sporządzić doniesienie, czy nie, czyli działał jako przetwornik informacji w ilości l bita. Potem prokurator musiał stwierdzić, czy doniesienie odpowiada prawdzie, czy nie, aby wiedzieć. czy ma sporządzić akt oskarżenia, czy nie, a więc i on działał jako przetwornik informacji w ilości l bita. W podobnej roli wystąpił sędzia przy ustalaniu winy; jedynie przy wydawaniu wyroku był w nieco lepszej sytuacji – jeżeli kodeks przewidywał karę np. od pół roku do dwóch lat wiezienia i jeżeli przyjąć, że karę wymierza się liczbą miesięcy (a nie np. tygodni, dni lub godzin), to sędzia miał do dyspozycji 19 możliwości, działał więc jako przetwornik informacji w ilości nieco ponad 4 bity. Gdy oskarżony dyrektor dowodził, że postąpił w sposób korzystny dla fabryki, a nawet całej gospodarki krajowej, kontroler, prokurator i sędzia odpowiadali, że zastanawianie się nad tym, to nie ich rzecz; ich obowiązują przepisy. Jak się okazuje, oskarżony był w tej sprawie jedynym człowiekiem, który nie chciał być przekaźnikiem; został ukarany za to, że przetwarzał za dużo bitów informacji.

Do takiego zubożenia człowieka dochodzi, gdy trzymanie się przepisów (przetwarzanie l bita informacji) ma zastępować kierowanie się zdrowym rozsądkiem (przetwarzanie bardzo wielu bitów informacji). Mnogość przepisów jest świadectwem niedoceniania człowieka i dlatego warto wiedzieć, że człowiek jest układem cybernetycznym o kilkunastu miliardach elementów rejestracyjnych.

 

Cybernetyka przeciw przecenianiu człowieka

 

Od tysięcy lat wyobrażano sobie, że przebiegi informacyjne w mózgu ludzkim nie wymagają energii ani czasu – przecież myśleć może równie dobrze silny, jak i słaby, zdrowy, jak i chorowity, a poza tym myśli się błyskawicznie („szybki jak myśl”). Stąd powstało przekonanie, że myślenie jest czymś „niematerialnym” (tzn. niefizycznym), przejawem „niematerialnej duszy”, funkcją „ducha” zwyciężającego „ciało” itp.

Cybernetyka przyczynia się do rozwiewania tych mitów. Odbieranie, przenoszenie, przetwarzanie i wydawanie informacji wymaga zużywania energii i odbywa się w określonym czasie, a więc z określoną szybkością. Każdy tor informacyjny, z mózgiem ludzkim włącznie, ma określoną przelotność (w bitach na sekundę). Ponadto do wykorzystania jakichkolwiek informacji konieczne jest utrwalenie tych informacji, czyli ich rejestracja (zapamiętanie), co także wymaga energii i czasu.

Niestety, wspomniane wyżej mity sprawiają) że w ocenie informacyjnego funkcjonowania organizmu ludzkiego pomija się te istotne czynniki. Stąd się bierze fikcyjne założenie: zostałeś zawiadomiony, więc wiesz. Czystą fikcją jest założenie prawników, że ogłoszenie zarządzenia w wydawnictwie do tego przeznaczonym jest równoznaczne z uświadomieniem obywateli o treści zarządzenia („nikt nie może się tłumaczyć nieznajomością prawa”). Wiele okólników wydaje się przy założeniu, że dostarczenie ich adresatowi jest równoznaczne z odebraniem przezeń informacji. Tymczasem przyswajanie informacji jest procesem mozolnym, związanym z wieloma ograniczeniami, a zarazem niezwykle doniosłym w skutkach.

Posłużymy się tu znów przykładem dobrze znanym z prasy codziennej. Pewna osiemnaste- czy dziewiętnastoletnia dziewczyna została kierowniczką sklepu i na tym stanowisku sprzeniewierzyła w ciągu paru lat znaczne kwoty (w sumie było tego ponad dwieście tysięcy złotych) dla swojego narzeczonego, który zresztą okazał się wydrwigroszem. Wyrok: 9 lat więzienia. To z punktu widzenia prawa.

A jak to wygląda z punktu widzenia cybernetyki? Przypuśćmy, że ktoś ma rocznego psa. Gdyby go zostawił na parę godzin samego w pomieszczeniu, w którym znajduje się kilogram surowego mięsa, to nie powinien się zdziwić, gdy po powrocie zamiast mięsa zastanie psa oblizującego się po dobrym obiedzie. Będąc rozsądnym człowiekiem, wie, że psa trzeba nauczyć, co mu wolno, a czego nie. Trzeba to robić w sposób łagodny i cierpliwy, tak długo, aż pies przyswoi sobie przekazywane mu informacje.

Roczny pies zaczyna być zdolny do wydania potomstwa; osiemnastoletnia dziewczyna także. Obydwoje są w tej samej fazie rozwoju organizmu. Ponadto dziewczyny lubią narzeczonych w nie mniejszym stopniu niż psy mięso.

Już słychać głosy oburzenia: jakże można przyrównywać człowieka, a więc istotę „rozumną”, obdarzoną „świadomością” i „wolną wolą”, do „bezrozumnego” zwierzęcia? Ano, cybernetyka ma tę odwagę. Niedoświadczony człowiek i niedoświadczony pies są po prostu niedoświadczonymi układami cybernetycznymi. Niedoświadczonymi, to znaczy mającymi za mało zarejestrowanych informacji. Kto uznaje ten fakt w stosunku do psa, a nie uznaje w stosunku do człowieka, ten kieruje się mitami.

Skazanej zabrano najcenniejsze lata życia. Zamiast tego trzeba było w swoim czasie pomyśleć, czy jest ona przystosowana do powierzonych jej zadań, cierpliwie uczyć, co jej wolno i w jakim zakresie, reagować na brak pierwszego tysiąca złotych, a nie dopiero dwusetnego, wytworzyć i utrwalić wyobrażenie skutków lekkomyślności; zamiast zadowolić się istnieniem odpowiednich informacji w kodeksie karnym, trzeba było dopilnować, żeby także zostały one zarejestrowane w mózgu; krótko mówiąc, należało delikwentkę potraktować przynajmniej tak, jak rozsądny człowiek traktuje swojego psa. Gdzie są prawdziwi winowajcy, którzy to wszystko zaniedbali i czy zostali za to ukarani? Pytanie to zadał Muszkat-Jotem w dyskusyjnej audycji telewizyjnej, osnutej na powyższej sprawie, ale – rzecz charakterystyczna – głos jego był odosobniony.

Najwidoczniej dyskutanci nie znali cybernetyki…

Nie wierzmy w cuda. Myślenie jest procesem informacyjnym nie różniącym się co do zasad od wszelkich innych procesów fizycznych. Człowiek, jak każdy inny układ cybernetyczny, ma ograniczone możliwości sterownicze. Przecenianie go może wyrządzać szkody nie mniejsze niż jego niedocenianie, zwłaszcza gdy to przecenianie jest unikiem ze strony tych, których nie stać na wnikanie w istotę rzeczy.

Źródło: https://www.google.com/url?sa=t&rct=j&q=&esrc=s&source=web&cd=2&cad=rja&uact=8&ved=0CDMQFjAB&url=http%3A%2F%2Fautonom.edu.pl%2Fpublikacje%2Fmarian_mazur-cybernetyka_a_humanitaryzm.doc&ei=XfR8U6S8ObTX7Aao_oCoAQ&usg=AFQjCNHdhwxGAyVPT9MhTONYxWE2Tum9aA&sig2=Yr5AEr8KeSkIb-fgaZP0mg&bvm=bv.67229260,d.ZGU


Fragment książki „Atlas zbuntowany” Ayn Rand, rozdział Kim jest John Galt

Umysł ludzki jest podstawowym narzędziem przetrwania. Człowiek otrzymał życie, ale nie przetrwanie. Otrzymał umysł, lecz nie jego zawartość. Aby pozostać przy życiu, musi działać, a zanim będzie mógł działać, musi znać charakter i cel swoich działań. Nie może zdobywać pożywie­nia, nie wiedząc nic o nim ani o sposobach zdobywania go. Nie może wykopać rowu — ani zbudować cyklotronu — nie wiedząc nic o swoim celu ani środkach do jego osiągnięcia. Aby pozostać przy życiu, musi myśleć.

Myślenie jest jednak świadomym wyborem. Kluczem do tego, co tak lekkomyślnie nazywacie „naturą ludzką”, tajemnicą poliszynela, którą znacie, lecz drżycie ze strachu przed ubraniem jej w słowa, jest fakt, iż

człowiek posiada wolną wolę. Rozum nie działa automatycznie, myślenie nie jest procesem mechanicznym, logicznych powiązań nie dokonuje się instynktownie. Funkcje waszych żołądków, płuc czy serca są automatyczne, funkcja umysłu — nie. W każdym momencie swego życia macie wolny wybór: możecie myśleć lub uchylać się od myślenia. Nie możecie jednak uciec przed swoją naturą, przed faktem, że waszym środkiem przetrwania jest właśnie rozum — a zatem dla was, istot ludzkich, „być albo nie być” jest pochodną „myśleć albo nie myśleć”.

Istota obdarzona wolną wolą nie posiada automatycznego scenariusza zachowań. Potrzebuje kodeksu wartości, by kierował jej postępowaniem. „Wartością” jest to, czego zdobyciu i zachowaniu służą jej działania, „cnotą” — działania, poprzez które zdobywa to i zachowuje. „Wartość” wymaga odpowiedzi na pytanie: dla kogo i w odniesieniu do czego? Wymaga kryterium, celu i konieczności działania w obliczu wyboru. Tam, gdzie nie ma wyborów, niepotrzebne są wartości.

We wszechświecie istnieje tylko jeden fundamentalny wybór: istnieć lub nie istnieć — i dotyczy on tylko jednej kategorii bytów: istot żywych. Istnienie materii nieożywionej jest bezwarunkowe, istnienie życia — nie. To ostatnie zależy od konkretnych działań. Materia jest niezniszczalna; zmienia formy, ale nie może przestać istnieć. Jedynie żywy organizm nieustannie stoi przed wyborem: życie lub śmierć. Życie jest procesem samoistnego i samorodnego działania. Jeśli organizm nie sprosta temu zadaniu, umiera; pozostają jego składniki chemiczne, życie jednak przestaje istnieć. Jedynie koncepcja życia umożliwia istnienie koncepcji wartości. Jedynie dla żywego stworzenia coś może być dobre lub złe.

Roślina musi się żywić, by przeżyć; światło słoneczne, woda i potrzebne substancje chemiczne są wartościami, których zdobywanie wyznaczyła sobie za cel jej natura; jej życie jest kryterium wartości kierującym jej działaniami. Roślina nie ma wyboru — warunki, na które napotyka, są zmienne, ona jednak nie może sobie wybrać sposobu działania: działa automatycznie, by przedłużyć swoje życie; nie może dokonać aktu samozniszczenia.

Zwierzę posiada narzędzia służące zachowaniu życia; zmysły dostarczają mu automatycznego kodeksu zachowań i automatycznej wiedzy o tym, co jest dobre, a co złe. Nie ma możliwości poszerzenia tej wiedzy ani jej uniknięcia. W warunkach, w których jego wiedza okazuje się nie­wystarczająca, umiera. Dopóki jednak żyje, kieruje się tą wiedzą, automatycznie szukając bezpieczeństwa i nie mając wyboru, nie potrafiąc ignorować własnego dobra, wybrać zła i dążyć do autodestrukcji.

Człowiek nie posiada automatycznego kodeksu przetrwania. Tym, co odróżnia go od pozostałych istot żywych, jest konieczność działania w obliczu wyborów na podstawie wolnej woli. Nie posiada automatycznej świadomości tego, co jest dla niego dobre lub złe, od jakich wartości zależy jego życie i jakich wymaga działań. Mówicie o instynkcie samozachowawczym? Akurat tego istota ludzka nie posiada. „Instynkt” to nieomylny i automatyczny rodzaj wiedzy. Pragnienie nie jest instynktem. Pragnienie życia nie daje wam wiedzy potrzebnej, by je zachować. Ludzkie pragnienie życia też nie jest automatyczne: właśnie teraz grzeszycie po kryjomu jego brakiem. Wasz strach przed śmiercią nie wynika z miłości do życia i nie daje wam wiedzy potrzebnej do jego zachowania. Człowiek musi nabywać swoją wiedzę i podejmować działania na podstawie procesu myślenia, którego nie narzuca mu automatycznie natura. Człowiek posiada zdolność samozniszczenia — i nią właśnie kierował się przez większość swojej historii. Istota żywa, uważająca swoje środki przetrwania za zło, nie przeżyje. Roślina usiłująca poplątać własne korzenie czy ptak walczący o połamanie własnych skrzydeł nie pożyłyby długo. Historia człowieka jest jednak historią walki o wyparcie i zniszczenie umysłu.

Człowieka obwołano istotą rozumną, ale bycie rozumnym to kwestia wyboru — a alternatywa, którą mu oferuje jego natura, brzmi: istota rozumna lub dążące do samozagłady zwierzę. Człowiek musi być człowiekiem — z własnej woli; musi upatrywać w życiu wartość — z własnej woli; musi się nauczyć je zachowywać — z własnej woli; musi odkryć potrzebne do tego wartości i kierować się własnymi cnotami — z własnej woli.

NIN JITSU czyli sztuka Wojowników cieni – Romuald Sikora

 

WSTĘP
Prawda o Nin Jitsu jest w obecnych czasach zamazywana przez niewłaściwe interpretacje. Zachodnie filmy, komiksy, książki oraz inne publikacje propagują sztukę nin ja jako mistyczną umiejętność. Filmowi nin ja posiadają magiczne, nadludzkie możliwości, efektownie wyglądające na ekranie, lecz mające niewiele wspólnego z rzeczywistością.
Nin jitsu jest jednak tylko sztuką walki, taką jak karate czy aikido, lecz zawiera w sobie olbrzymią podbudowę filozoficzną. Wszelkie działania nin ja opierają się na założeniach istnienia dwóch sił uniwersum: JIN i JANG.
Trening nin jitsu to nie tylko trening fizyczny, ale i głębokie studia nad własnym ego (własnym ja). Dzięki wiedzy nin ja opanujemy własną świadomość, opracujemy własną, indywidualną formę siły, której nieograniczone zasoby drzemią w każdym z nas. Będziemy zdolni kontrolować jakość naszego życia. Nasze działanie będzie zgodne z sercem i harmonicznymi zasadami, według których rozwijają się wszystkie rzeczy.

Istnieje tylko jeden sposób, aby stać się niewidzialnym
po prostu należy stać się małą częścią nocy,
poruszać się z wiatrem i cieniami wykonywać,
co musi być wykonane całkowicie pozbywać się emocji tak,
aby nikt nie mógł wyczuć Ciebie,
aby żadne serce nie mogło Cię usłyszeć

Rozdział 1 TROCHĘ HISTORII

Azjatyckie sztuki walki rozkwit swej popularności w Europie oraz Ameryce osiągnęły po zakończeniu II wojny światowej. Dzięki niezaprzeczalnej egzotyce judo, karate, aikido szybko uzyskały wielu zwolenników. Stały się sportami walki dla mas. Poddawane obróbce Zachodu traciły wiele ze swojej oryginalności. Nin jitsu nie osiągnęło takiej popularności głównie z dwóch powodów. Po pierwsze nin jitsu nie może istnieć bez całej filozofii mistycyzmu Dalekiego Wschodu, a są to rzeczy nie bardzo zrozumiałe dla białego człowieka wychowanego w innym kręgu kulturowym. Po drugie sztuka ta była ściśle chroniona przez klany i rodziny nin ja,. Dopiero po roku 1945, kiedy to nastąpiło większe zainteresowanie Zachodu Japonią i odwrotnie, a także liberalizacja życia w kraju Kwitnącej Wiśni. Nin jitsu „wyszło” na świat. Nie zdobywa jednak dużej popularności, było dotąd zbyt tajemnicze, aby zasługiwało na zaufanie, zbyt skomplikowane, by je opanować.
Sztuka nin jitsu powstała w górzystych prowincjach Japonii -Iga i Koga. W tamtych rejonach osiedliło się kilka klanów rodzinnych, które poświęciły się poszukiwaniu sposobu życia zgodnego z istotą T’a.ng (jin – jang). Członkowie tych klanów badali przykłady dostarczane im przez naturę, szukali swego miejsca w zjawiskach życia przyrody i stojącego ponad nim Wszechświata. Sukces osiągali przez ścisły kontakt z naturą i podporządkowanie się jej prawom. W efekcie sztuka nin jitsu składała się z technik chroniących przed niebezpieczeństwem, zawierała metody fizycznej walki i wykorzystania inteligencji i psychologii w walce.
Z czasem członkowie rodzin nin ja stawali się doskonałymi specjalistami sztuki wojennej, a klany były ważnym atutem w rozgrywkach japońskich książąt o władzę. Rosnące zapotrzebowanie na agentów przyczyniło się do zmiany istoty nin jitsu. Duży nacisk kładziono na szybkie opanowanie sztuki walki, zapominając o podłożu duchowym.
Od XIII wieku działało w Japonii wielu nin ja, niekoniecznie pochodzących z klanów Iga czy Koga. Część pochodziła z upadłych samurajów, istniały grupy zubożałych samurajów, których często jedynym majątkiem był miecz, nierzadko sprzedawany i zastępowany drewnianym. Część z nich szukała służby u jakiegoś możniejszego pana, a gdy zostali załatwieni odmownie – popełniali przed siedzibą możnowładcy uroczyste samobójstwo (seppuku), co zobowiązywało pana do przyjęcia rodziny samuraja pod własny dach. Inni trudnili się rozbojem lub wynajmowali się jako ludzie do „mokrej roboty”, szpiedzy, dywersanci. Każda rodzina czy klan opracowywała własne charakterystyczne tajniki i wymagania dla swoich agentów, które były ściśle chronione i przestrzegane przez nin ja. Każda grupa specjalizowała się w czymś innym, lecz istniało osiem podstawowych umiejętności wspólnych dla danego klanu czy rodziny:

KI Al indywidualna harmonia z otaczającym światem
Nin ja żył zawsze zgodnie z Tang. Potrafił kontrolować swoje ciało i umysł, oraz zharmonizować się z otoczeniem.

TAI JITSU umiejętność ciała
Nin ja trenował techniki walki wręcz, na które składały się uderzenia, rzuty, dźwignie (skuteczność polegała na znajomości czułych punktów ludzkiego ciała – atemi), sztuki akrobatyczne oraz metody wspinania się i cichego poruszania.

KEN PO walka mieczem
Miecz był główną bronią nin ja. Miecz (zwany nin katana, ninkizashi) był krótszy od samurajskiego {katana), miał ok. 95 cm. Techniki podobne były do szermierki japońskiej.

YARI JITSU walka bronią długą (kij, włócznia, lanca)
Służyła do walki na średni dystans.

SHURIKEN JITSU rzucanie ostrzami
Często sztuki tej nauczano wraz z Tanto jitsu (walka nożem). Nin ja rzucał pojedyncze ostrza lub gwiazdki wieloostrzowe w twarz lub ręce przeciwnika. Odległość celu nie mogła być większa niż 9 metrów.

KA JITSU wykorzystanie ognia i materiałów wybuchowych
Nin ja potrafił wytwarzać środki zapalne i wybuchowe oraz doskonale je wykorzystywać do swoich celów.

YU GEI sztuki tradycyjne
Nin ja zajmowali się także sztukami tradycyjnymi. Umiejętność ta przydawała się, gdy nin ja musiał zachować incognito.

KY0 MON praktyczne nauczanie
Nin ja posiadali umiejętność szybkiego uczenia się, co było niezbędne w razie konieczności przeżycia na obcym terenie.

Oprócz tych zagadnień szkolenie nin ja obejmowało także między innymi:

KATSURA 0T0K0 sposoby przeżycia w nieznanym terenie (współczesny survival). Obejmowało ono budowę schronienia (dimo), orientację w terenie, przeprawy przez przeszkody terenowe, zastawianie pułapek (ryusei).

SATTEN JITSU meteorologia nin ja, obejmująca umiejętność prognozowania pogody, czas złej pogody sprzyjał działaniu nin ja.

YAGEN farmacja nin ja, produkcja żywności. Pokarm ninja to głównie skondensowane odżywki (np. mieszanka suszonych śliwek, ryżu, suszonego mięsa lub ryby i naturalnych środków konserwujących). Farmacja obejmowała też przygotowywanie różnego rodzaju trucizn, środków działających na wzrok, a także środków i sposobów pierwszej pomocy.

SATSUJIN JITSU psychologia nin ja. Nin ja mieli znakomite umiejętności psychologicznego podejścia i wykorzystania ludzi. Potrafili wpływać na świadomość i podświadomość innych poprzez wykorzystywanie prostych praw i zależności psychologicznych.

Cała wiedza i umiejętności, jakimi posługiwali się nin ja zawarta została w „świętej księdze nin ja” – BASENSHUKAI (co w wolnym tłumaczeniu znaczy Dziesięć Tysięcy Rzek Wpadających Do Morza), opracowanej i spisanej w 1676 r. przez Fujibayashi. Było to obszerne dzieło złożone w zasadzie z dziewięciu tomów (istniał jeszcze tom 10, zawierający uzupełnienia do tomów poprzednich).
Tom I to opis całej historii nin jitsu, a także przedstawienie systemu filozoficznego nin jitsu. Tom ten zawiera również „spis treści” pozostałych tomów.

Tom II mowi o motywacji i moralności nin ja. Według założeń nin ja nie powinien wykorzystywać swoich umiejętności w sposób zły, to znaczy nie powinien przechodzić na stronę „zła”, powinien natomiast postępować według praw jin i jang (in i yo).

Tom III dotyczy agenturalnej strukturyy nin ja. Omawia całą organizację rodzin i klanów nin ja, przedstawia prawa rządzące w tych strukturach i wyznaczające pozycję nin ja w hierarchii. Każdy genin był uzależniony funkcjonalnie od cliunina – swojego przewodnika. Celem szkolenia agentów nin ja było całkowite uzależnienie ich od zwierzchników w kwestii działania a nawet rozumowania. Istniała też grupa tzw. samotnych wojowników nin ja, byli to nin ja niezależni od żadnego klanu. Posiadali własne prawo i zasady działania. Pełnili funkcje najemników, których można było wynająć do każdego zadania. Pozostali nin ja również przyjmowali zlecenia na wykonywanie różnych zadań, pod warunkiem jednak, że nie zaprzeczały one wartościom i filizofii nin jitsu.

Tom IV to Yotiin, czyli jasna strona wiedzy nin ja – system działań i zachowań, dzisiaj nazwalibyśmy to analizą psychologiczną.

Tomy V, VI i VII to Innin, traktujący o ciemnej stronie wiedzy nin ja – metody postępowania i sposoby walki potrzebne do wykonywania zadań. Systemy te niewiele różniły się od umiejętności współczesnych komandosów.

Tom VIII (Tenji) – nauczał postępowania według in i yo. Filozofia działań opierała się na „Zasadzie Pięciu Elementów”. Uczył także interpretacji faktów i zjawisk otaczającego świata głównie przy pomocy Księgi Wróżb J Ching.

Tom IX (Ninki) – opisywał wyposażenia nin ja i jego zastosowanie. Dzięki używaniu takiego ekwipunku nin ja osiągali swe „nadludzkie” umiejętności.

BASENSHUKAI jest pisana bardzo trudnym językiem, sprawiającym obecnie kłopoty nawet znawcom języka japońskiego.Występuje w niej wiele pozornych nieścisłości, niezrozumiałych opisów technik (co np. możemy zauważyć w opisie techniki, która nosi nazwę „podmuch zimowego wiatru z góry Orei” lub „sztuka deszczu w wiosce”). Zabiegi kamuflowania znaczeń miały na celu niedopuszczenie do profanacji sztuki przez niewtajemniczonych.

W typowych rodzinach niri ja szkolenie odbywało się już od wczesnego dzieciństwa. Dzieci ćwiczyły formy ogólnorozwojowe mające charakter zabaw. W wieku ok. 12 lat następował intensywny trening duchowy i fizyczny. Od urodzenia wpajane było bezwzględne posłuszeństwo i oddanie. Szkolenie odbywało się etapowo poprzez kolejne wtajemniczenia.

Na czele klanu stał jonin, czyli szef szefów. Jonin miał nieograniczoną władzę, decydował o wszystkim. Przeważnie jonin był postacią anonimową, nikt nie wiedział kim on jest, ani gdzie przebywa.

Niżej w hierarchii znajdowali się cliuninowie, odpowiedzialni za interpretację i wykonywanie rozkazów jonina, byli jego bezpośrednią ochroną, wszyscy agenci byli do ich dyspozycji.

Na samym dole hierarchii znajdował się genin, czyli agent nin ja. On to właśnie był wykonawcą wszystkich zadań.

Ubiór nin ja. (ninawasaga) uszyty był z mocnego płótna koloru czarnego, białego, czerwonego, granatowego. Składał się ze spodni (,zubon), bluzy (keikogi, w której często znajdowało się wiele kieszonek i skrytek), specjalnych ochraniaczy na ręce (kote), butów umożliwiających ciche chodzenie. W pasie nin ja wiązał się szerokim pasem-szarfą (sash) lub pasem (obi). Sash miała węzeł na prawym boku (mężczyźni) lub lewym (kobiety). Zawiązanie szarfy na środku powodowało wyzwanie mistrza do walki. Na środku był wiązany obi, lecz tylko przez mistrza. Głowa i twarz chronione były przez specjalną maskę z materiału (hacliimaki).

Podstawową bronią, jaką musiał władać każdy nin ja był miecz (ninkizaslu), kij (bo), nóż (tanto), wieloostrzowa gwiazdka (sliuri-ken). Po opanowaniu tych technik można było specjalizować się w innej broni, np. nunchaku, sai (ni.nji.tte) – rodzaj sztyletu z trzema równoległymi ostrzami w kształcie widelca (środkowe ostrze najdłuższe), kusari fundo – krótki łańcuch o drobnych ogniwach obciążony na końcu, kyotetsu. shogei – ostra broń umocowana do trzymetrowego łańcucha lub linki, kusarigama – czterometrowy łańcuch z przymocowanym sierpem o długiej rękojeści. Oprócz tego nin ja dysponował całym arsenałem środków ochrony osobistej (płyny i proszki oślepiające i żrące), a także świecami dymnymi i kulkami wybuchowymi (tetsu bishi), służące do dezorientacji przeciwnika.

Udający się na akcję agent nin ja zabierał ze sobą wyposażenie niezbędne do osiągnięcia celu. Posiadał specjalne bransolety na ręce z ostrzami wygiętymi w tygrysie pazury. Umożliwiały wspinanie się po murach i drzewach (pazury wbijały się we wszystko, co było słabsze od stali). Istniała też wersja bransolet służąca do walki (tekagi). Podobne raki stosowano na nogi (tabi). Lina z ciężarkiem lub kotwiczką (kyoket.su shoki) pomagała pokonywać różne przeszkody. Składany łuk lub dmuchawka unieszkodliwiała przeciwnika na odległość (dmuchawka umożliwiała też oddychanie pod wodą). Skondensowane odżywki, środki do rozpalania ognia w każdych warunkach (tanago koro tai matsu), osobisty kaloryfer (doka) pomagały przetrwać w niesprzyjających warunkach.

Nin ja opanowywali wiele sztuczek opartych na iluzji, tak, że postronnym obserwatorom wydawały się magią. Dzisiejsi iluzjoniści czarują widownię „magicznymi” sztuczkami, śmiejemy się z takich czarów, ponieważ wiemy, na czym są oparte i potrafimy je wytłumaczyć. Ale nin ja działali na prostych (ciemnych) ludzi, stąd biorą się przekazy o nadludzkich umiejętnościach nin ja (twierdzono też, że nin ja są zbratani z demonami). A więc nin jitsu nie jest niczym innym, jak normalną sztuką walki, opartą tylko na innej podbudowie i zasadach, taką jak karate czy aikido.

Rozdział 2 PIĘĆ ELEMENTÓW

Wiedz, że niebo zostało stworzone po to,
aby podzieliło się na pięć elementów.
Każdy kawałek jest odbiciem wszystkich innych.
Wszystko jest takie samo.
Wszystko takie samo.
Każdy kawałek egzystencji to własny mały wszechświat
Ziemia, Woda, Ogień, Powietrze I potencjał wielkiej pustki znajdują się we wszystkim.
Poznanie prawa Wszechświata to zrozumienie drogi natury oraz wszystkich skłonności człowieka.

Przez obserwację natury i dostosowywanie się do jej praw człowiek potrafi zrozumieć swój świat oraz swój związek z nim, a przez to zrozumieć samego siebie.

Wiedza mikkyo (sekretna wiedza tybetańskich mnichów) mówi, że wszystkie aspekty egzystencji pochodzą z jednego źródła i mogą być sklasyfikowane przy pomocy jednego z pięciu głównych ele-
mentów Uniwersum:

KU pustka źródło praenergii, praistota wszechrzeczy
FU wiatr elementy natury gazowej
KA ogień elementy wolnej energii
SUI woda elementy płynne
CHI ziemia elementy natury stałej

Jeśli chodzi o proces tworzenia się Wszechświata, to nauczane jest, że KU (pustka) zostało spolaryzowane i później przekształciło się w dwa różne ładunki elektromagnetyczne. Z tych ładunków uformowały się atomy, które spowodowały powstanie chemicznych gazów stanu FU. Gazy te mieszały się ze sobą, w wyniku tej reakcji powstał poziom KA. Następnie molekuły te zamieniły się w parę, z której powstał stan SUI. Później wszystko stawało się bardziej stabilne, powstał poziom CHI. Progresja ta określona jest jako opadający rozwój elementów. Aby móc poznać związek człowieka z resztą wszechświata – fizyczny, emocjonalny, intelektualny czy duchowy – proces ten został odwrócony tak, że za podstawę wzięto poziom CHI, który jest najłatwiejszym poziomem do zidentyfikowania.

Kombinacja atomów z orbitującymi cząstkami i jądrami została przedstawiona jako model Wszechświata, z wirującymi w nim systemami słonecznymi i galaktykami. Nin ja uczyli się sposobu stawania się bardziej naturalnymi i zrównoważonymi, bardziej świadomymi swej osobistej siły i odpowiedzialności za strumień życia.

-Jeśli chodzi o ludzkie ciało, to CHI (ziemia) odpowiada kościom, zębom, mięśniom i innym solidnym tkankom. SUI (woda) reprezentuje płyny ciała oraz aspekty zapewniające giętkość i gibkość. KA (ogień) jest widziany jako proces metabolizmu i doświadczany jest jako ciepłota ciała. FU (wiatr) odpowiada cyklowi oddychania. KU (pustka) manifestuje się jako hałas, mowa oraz umiejętność komunikowania się.

Pięć elementów, których przejawy widzimy w fizycznej materii, ma swoje odpowiedniki także w naszej osobowości. Przez cały czas podlegamy wpływowi to jednego, to innego elementu, a efektem tej zmiany są nasze nastroje.

Na poziomie ziemi – elementu podstawowego – jesteśmy świadomi naszej solidnej stabilności. Istnieje wtedy opór na każdą zmianę czy ruch i pragnienie zachowania takiego stanu, jaki jest w danej chwili. CHI – element ziemi – ma swoje centrum u podstawy kręgosłupa, a z fizycznym wpływem związany jest kolor czerwony. Symbolem jest skała.

Jeśli nasza świadomość (osobowość) znajduje się na poziomie wody, zdajemy sobie sprawę z naszych emocji i płynnych elementów ciała. Ten poziom charakteryzowany jest przez reagowanie na fizyczne zmiany i płynne adaptowanie się do otoczenia. Kiedy nasza osobowość znajduje się pod wpływem elementu wody, reagujemy na to, co spotkamy na swej drodze oraz zwracamy uwagę na mocniejsze emocje. SUI ma swoje centrum w dolnej części brzucha, a jego emocjonalny wpływ charakteryzuje się kolorem pomarańczowym. Symbol: roślina.

Na poziomie ognia jesteśmy świadomi naszej agresywnej natury. Agresja oznacza tu dynamiczną i ekspansyjną energię i nie należy jej traktować w sposób negatywny. Na tym poziomie doświadczamy uczucia ciepła, zadowolenia i bezpośredniej kontroli nad otoczeniem. KA ma swoje miejsce w dolnym końcu mostka, a jego ekspansywnemu wpływowi odpowiada kolor żółty. Symbol: dzikie zwierzę.

Na poziomie wiatru jesteśmy świadomi naszego intelektu i życzliwości, a wpływ ten manifestuje się jako uczucie mądrości i miłości. Kiedy nasza osobowość znajduje się pod wpływem elementu wiatru, doświadczamy litości, akceptacji oraz bierzemy pod uwagę nasz wzajemny związek z innymi ludźmi. FU ma swoje centrum w środku klatki piersiowej, a jego wpływ odzwierciedla kolor zielony. Symbol: człowiek.
Najwyższym i najczystszym z elementów jest KU, czyli wielka pustka „potencjału”. Jeśli chodzi o osobowość, to pustka określa twórcze umiejętności oraz zdolność takiego kierowania potencjałem, aby stał się jednym z czterech niższych elementów. KU, źródło wszystkich elementów, ma swoje centrum w gardle, z jego wpływem związany jest kolor niebieski. Symbol: subatomowy kwant energii.
Żaden z elementów nie może być brany jako gorszy czy lepszy, ponieważ w zależności od sytuacji może przybierać naturę Dobra albo Zła. Każda emocja dostępna ludzkiemu istnieniu może być widziana jako mniej lub bardziej przydatna w danej sytuacji.
Sztuka walki ni.n ja opierała się na tych elementach, przeważnie z wykorzystaniem jednego z nich. Każda technika czy rodzaj broni opierała się i była determinowana przez dany wpływ.

CHI stoisz twardo i czekasz na atak, dla przeciwnika jesteś skałą. Poziom ziemi to broń twarda i sztywna.

SUI jesteś w płynnym ruchu, nagłe zmiany dystansu i uniki, niespodziewane ruch dają Ci przewagę. Broń SUI to broń złożona z elementów ruchomych.

KA walczysz żywiołowo i zdeterminowanie, jesteś płomieniem podsycanym przez działanie przeciwnika. Broń KA to miecz.

FU jesteś defensywny, Twoja uwaga skoncentrowana jest tylko na obronie. Nieuchwytny wiatr to Ty. Broń FU to tanio (sztylet) i shuriken (gwiazdki).

KU Twoja broń to umysł, dążysz do uniknięcia walki (metoda „walki bez walki”).

Judo opiera swe techniki na CHI (centrum biodra), aikido na SUI (centrum brzuch), karate na KA (centrum splot słoneczny), kung fu i boks na FU (środek klatki piersiowej).

W nin jitsu istnieją postawy (kamae), które są charakterystykami poszczególnych elementów. Są jakby fizycznym odbiciem umysłu i stanu psychologicznego.

Techniki nin ja można podzielić na dwie podstawowe grupy: DAKENTAIJITSU, czyli techniki atakujące, składające się z uderzeń, ciosów, kopnięć i JUTAIJITSU, czyli techniki przechwytywania, składające się z rzutów, dźwigni i duszeń kierowanych na stawy i mięśnie przeciwnika.
W czasie walki nin ja patrzy według zasady „widzieć nie widząc”. Obserwuje się przeciwnika patrząc jakby za niego, wzrok ogarnia całość obrazu, nie jest skupiony w jednym punkcie, możliwe jest wtedy zauważenie każdego ruchu.

Rozdział 3  TAO

Tak jak zostało powiedziane wcześniej filozofia, a więc i taktyka działania nin ja oparta była na Tang współistnieniu dwóch sił Uniwersum In i Yo (bardziej rozpowszechniony zapis to chińskie jin i jang).
Związek ten przedstawiony jest graficznie za pomocą figury, z którą napewno się już spotkaliście. Jest to tzw. diagram Tao.

[Obrazek: 5h5.gif]

Egzystencja całego Wszechświata oparta jest na istnieniu tych dwóch sił. Pole czarne oznacza siłę jin, pole białe siłę jang. Kropki koloru przeciwnego znajdujące się na danych polach oznaczają, że nie istnieje siła w całości jin lub jang (jin zawiera pierwiastki jang i odwrotnie). Esowato wygięta linia graniczna i kształt pól oznaczają nieustanny ruch i przemianę, jednak tworzą nierozerwalną całość. Spełniają równocześnie funkcje przeciwieństwa i uzupełniania. In i Yo przyciągają się wzajemnie i to przyciąganie jest wprost proporcjonalne do wielkości każdego z nich. Stanowią więc dla siebie wzajemne uzupełnienie. In odpycha i wyklucza In, a Yo odpycha i wyklucza Yo, ponieważ In nie stanowi dopełnienia In, a Yo dla Yo. Nadmiar In przechodzi w Yo i odwrotnie, nadmiar Yo przechodzi w In (widać to na diagramie w miejscu gdzie szeroka część pola przechodzi w wąską część przeciwstawną). Tak w skrócie przedstawia się sprawa samego diagramu. Dalej przedstawiona zostanie w miarę szczegółowa analiza poszczególnych pierwiastków i wzajemnych korelacji związaną z przydatnością w sztuce Kokoro. Nic nie jest niezmienne w naszym wszechświecie, nieustannie przebiega rotacja sił. Najlepsze wyniki osiągniemy wtedy kiedy nasze ego i nasze działanie będzie oscylować w granicach równowagi między In i Yo. Jeśli natura danej rzeczy oddala się od stanu równowagi przyczynia się to do powstania „choroby” w szeroko rozumianym tego słowa pojęciu. Zostaje zachwiana równowaga Uniwersum, rozpoczyna się reakcja. Im bardziej oddalamy się od punktu równowagi tym większe jest przyspieszenie przemiany, a szybka przemiana jest gwałtowna i może przybierać katastrofalne następstwa. Wiedza o naturze danych rzeczy czy sytuacji pozwoli na świadome kontrolowanie i uzyskiwanie najbardziej optymalnych wniosków. Prosty przykład: wiemy, że dana sytuacja jest silnie nacechowana In świadomie zadziałamy więc Yo, aby wszystko przywrócić do równowagi.

In element bierny, ciemny, mokry, żeński. Yo – aktywny, jasny, suchy, męski. Wszystko co nas otacza i ma sami jest na powierzchni In, a wewnątrz Yo, ponieważ In to siła dekompresyjna i dośrodkowa. Każda siła, która jest ekspansywna, powodująca rozrost, rozszerzanie, oddalanie ma naturę In, każda siła wykonująca ruch ku środkowi, powodująca ścisk, sprężanie jest Yo. Zasadowy charakter rzeczy to Yo, kwasowy to In. Siły Yo wywołują m.in.: wysoką temperaturę, ciążenie, zwiększenie prędkości. Przedmioty o naturze Yo są niskie, spłaszczone, poziome. Siły In wywołują spadek temperatury, zwolnienie, rozrzedzenie materii, konwekcje, rozpuszczanie itp. Przedmioty In są powiększone wysokie, smukłe, pionowe. Inną cechą analityczną jest ciężar. Im ciało cięższe tym większa jego natura Yo i na odwrót, im większa objętość przy stałym ciężarze tym ciało przyjmuje większą wartość In. Przy określaniu charakteru zjawiska bierzemy też pod uwagę barwę. Barwy ciepłe (czerwień, złoty, pomarańczowy itp.) są natury Yo, barwy chłodne (niebieski, fioletowy) są natury In. Barwa i temperatura są ze sobą powiązane (doświadczenia z zakresu optyki). Bardzo dobry indykatorem będzie nasz wyćwiczony umysł, wrażenia rejestrowane przez zmysły będą mieściły się na linii zimno-gorąco i w zależności od umiejscowienia bardziej In lub Yo. Jeśli jakaś osoba lub zjawisko wywoła u nas uczucie chłodu będziemy wiedzieli, że jest In, a więc nasze działanie oprze się na Yo. Ostatnią charakterystyką jest długość fali emisyjnej. Jak wspomniałem wcześniej wszystko ma odpowiednik w danej długości fali, tak więc i po tym możemy określić charakter zjawiska. Zależność jest następująca: im dłuższa fala tym większa natura Yo, a im krótsza tym bardziej In. Natura rzeczy i zjawisk jest zawsze względna nie ma nic całkowicie In czy Yo. Jedno względem drugiego może być In ale już względem trzeciego Yo. Dlatego wszystko zależy od proporcji i konfiguracji pierwiastków (sił). Umiejętność oceny danej rzeczy czy sytuacji wymaga dobrego wyćwiczenia związanego ze znakomitą zdolnością obserwacji otoczenia i nas samych. Wykorzystując podane wyżej cechy „identyfikacyjne” i mając odrobinę wprawy będziecie mogli bez większych kłopotów określając naturę rzeczy i zjawisk. Należy oczywiście zaczynając od rzeczy prostych w których bez problemu możemy określić naturę In lub Yo.
Cała filozofia wschodu opiera się na tym dualistycznym systemie, zwanym Wielką Zasadą. Studiowanie tej filozof! nazywane jest w języku japońskim „do”, chińskim „tao”, hinduskim „joga”.

Jest to proces nieustannego doskonalenia umysłu, aż do osiągnięcia stanu Zin, apogeum filozofii. Prawdę, jaką niesie Wielka Zasada, filozofowie Wschodu zawarli w kilku punktach tzw. Kodeksu TAO:
1. Prawo i zasada odwrócenia. Wszystko co ma początek ma i koniec. To co się zaczyna musi się skończyć. Nic nie jest wieczne ani bezwzględne, nie ma początku bez końca i są one w stosunku do siebie antagonistyczne. Radość kończy się smutkiem, narodziny śmiercią, niewiedza i bieda przechodzą w wiedzę i bogactwo, największy mędrzec może się stać największym głupcem.
2. Prawo i zasada awersu i rewersu. Wszystko co ma swój przód ma też tył. Strona przednia i tylna są wzajemnie przeciwstawne, ale jedna dla drugiej nieodzowna, uzupełniają się wzajemnie. Bez przodu nie ma tyłu i odwrotnie bez tyłu nie ma przodu. Największa korzyść łączy się z niedogodnością, największe zalety z wadami. Odwrotna strona jest największym dobroczyńcą strona opozycyjnej, poniważ jedna nie mogłaby istnieć bez drugiej. Strona tylna nadaje charakter i znaczenie stronie przedniej.
3. Prawo i zasada nieidentyczności. Nie istnieją rzeczy zupełnie identyczne. Wszystko ma swój indywidualny i niepowtarzalny charakter czasowo-przestrzenny.
4. Prawo i zasada równowagi. Im większy i szerszy jest przód tym większy i szerszy jest tył. Najpiękniejsze z zewnątrz jest najbrzydsze wewnątrz. Dzięki znajomości Wielkiej Zasady możemy przekształcać zło w dobro, brzydotę w piękno itp.
5. Prawo i zasada antagonizmu In i Yo. Wszystko oparte jest na wzajemnym stosunku sil In i Yo.
6. Prawo i zasada polaryzacji. Wszechświat, Pustka, Absolut, Uniwersum przejawia dla nas dwubiegunowość. Na wszystko działają potężne siły wyzwalane przez te bieguny.

Nie zalecam oczywiści nikomu, aby stał się gorącym zwolennikiem taoizmu, ponieważ w jaskrawej formie odchodzi on od ideii nin jitsu, jednak znajomość praw Wielkiej Zasady warunkuje prawidłowy trening nin jitsu i pomaga w codziennym życiu.

Rozdział 4 MEDYTACJA NIN JA

Umysł kieruje energię do fizycznego istnienia harminizując je ze stanem Wszechświata.
Jeśli wszystko wokół Ciebie jest szalejącym chaosem nie zajmuj się biciem dzwonów,
krzykiem szaleńca ani bolesnymi zawodzeniami.
Stań się jednym ze skałą,
która nie musi nikogo opłakiwać.
Stań się takim człowiekiem,
który nigdy nie poddaje się kaprysom łosu.
Twoje korzenie znajdą się głęboko w ziemi.,
tak jak korzenie stoków górskich.

Medytacja jest procesem, dzięki któremu można osiągnąć stan doskonałego sprzężenia umysłu i ciała. Może ona doprowadzić do tego, że będziesz mógł oceniać każdą sytuację bezstronnie i bez emocji, które często blokują nasze działanie. Podczas medytacji możesz rozwiązywać najtrudniejsze kompleksy myślowe i przygotowywać ciało do fizycznego działania. Stan medytacji jest stanem intensywnego działania świadomości, wszystkie poziomy naszej osobowości są uaktywnione. Mimo iż zewnętrznie wyglądamy jakbyśmy spali i nie byli aktywni, to jednak w naszym wnętrzu zachodzą takie reakcje, które jakby je uzewnętrznić, wyglądałyby jak wściekłość tygrysa w klatce.

Prosta medytacja

Znajdź sobie spokojne, wygodne miejsce, takie, w którym czujesz się najlepiej. Usiądź z wyprostowanymi nogami, rozluźnij wszystkie mięśnie. Przyciągnij lewą stopę do siebie i umieść w kroczu, cała stopa dotyka uda, prawą stopę umieść pod lewą łydką. Wyprostuj plecy, dłonie są złożone (kciuki obejmują małe palce dłoni przeciwnej) i ułożone na brzuchu. Wzrok umieść na podłodze w odległości około 1,5 metra, przymknij lekko oczy. Skoncentruj się na oddechu, wdychaj głęboko starając się umieścić powietrze w dolnych partiach jamy brzusznej, wydech również głęboki (wypuszczamy całe powietrze). W myślach powtarzaj słowo nin ja.
Cykl oddychania połącz z ruchami rąk, wydech – ręce wypychaj daleko do przodu, dłonie otwarte skierowane do przodu. Wdech -ręce wracają do pozycji podstawowej. Jeden cykl powinien trwać około 10 do 15 sekund. Następny trudniejszy krok polega na liczeniu oddechów. Musisz oddychać spokojnie, ale nie kontroluj oddechu, organizm sam o to zadba. Zacznij liczyć oddech w ten sposób, że za każdym wydechem dodawaj jeden (pierwszy wydech 1, drugi wydech 1-2, trzeci wydech 1-2-3, itd.). Po dziewięciu wydechach zacznij cykl od nowa.
Twoja osobowość obserwuje każde Twoje poczynanie, w nin jitsu ważne jest, byś potrafił obserwować swoją osobowość i potrafił kontrolować jej działanie. Osobowość musisz traktować jako istotę, która posiada potężną moc, ale może także ulec różnym słabościom. Nie kontrolowana osobowość (dalej będziemy nazywać ją GO) ma tendencję do przeskakiwania z jednej rzeczy na drugą i jest bardzo podatna na wpływy zewnętrzne, toteż musisz nauczyć się kontrolować swoje GO i zmuszać je do wykonywania pracy. Dlatego przy ćwiczeniu z liczeniem staraj się, aby liczyło właśnie GO, niech skoncentruje się tylko na liczeniu, resztą zajmie się Twój organizm. Taka umiejętność wykorzystywania świadomości jest znana wszystkim pod nazwą koncentracja. Często w wielu dziedzinach życia wykorzystujemy to, nie zdając sobie sprawy z mechanizmów tego zjawiska.

Następną ważną rzeczą jest umiejętność obserwacji otoczenia zarówno „ciałem i duszą”. Wykorzystuj wszystkie zmysły.

Usiądź w pozycji medytacji, weź w ręce jakiś przedmiot, najlepiej naturalny, zamknij oczy i „obserwuj” zmysłem dotyku, potem wykorzystaj wzrok. Szukaj cech przedmiotu, ale staraj się nie używać pojęć ogólnie stosowanych, staraj się, aby Twoje GO określało te cechy. Określaj przedmiot, ale nie zatrzymuj się nigdy, gdy znajdziesz już jakąś cechę.
Cały problem polega na tym, aby umieć obserwować wszystko bez emocji, być tylko jakby biernym świadkiem wydarzeń. Podczas walki nie staraj się przewidywać działania przeciwnika, bądź otwarty na niego wszystkimi zmysłami. Jeśli będziesz próbował odgadnąć jego zamiary, Twoje GO będzie daleko od Twojego działania i co się stanie, jeśli pomylisz się w swoich założeniach?
Techniki medytacji nin ja często mogą Ci się przydać w codziennym życiu, pełnym stresów i nieoczekiwanych zajść.

Medytacja CHI stosowana przy zdenerwowaniu, dużych przeżyciach emocjonalnych

Oddech: wdech głęboki, wolny. Całkowicie napełnij płuca, wypchnij brzuch. Nie przytrzymując powietrza natychmiast po wdechu rozpocznij wydech, wolny aż do całkowitego opróżnienia płuc, brzuch wraca do stanu normalnego. Cykl oddechowy powinien trwać około 20 sekund.

Wyobraź sobie, że jesteś górską grotą, w której cyklicznie krąży powietrze, najpierw od góry na samo dno, a potem znowu do góry. Czujesz jak powietrze omywa Twoje ściany. Wymiana gazu jest całkowita i zachodzi bez żadnych przerw. Pomocny może być symbol ziemi – skała. Wyobraź sobie potężny szczyt górski, siadasz na nim okrakiem, nogi „spływają” po stokach. Powoli stapiasz się z górą. Jesteś stabilny, nic Ciebie nie ruszy…

Medytacja SUI stosowana przy „sztywności”

Oddech: wdech wolny, całkowicie napełnij płuca, brzuch wypchnij, gdy tego dokonasz wstrzymaj cykl oddychania na około 3 sekundy. Wydech wolny, rozluźnij płuca i mięśnie klatki piersiowej, brzuch wciągnij do siebie. Zatrzymaj się na około 3 sekundy. Cały cykl powinien trwać mniej więcej 22 sekundy. Pomocnym może być symbol wody – roślina. Wyobraź sobie falujące morze, Ty jesteś rośliną zanurzoną w toni i biernie poddajesz się ruchom wody. jesteś pełny adaptacyjności w stosunku do otoczenia.

Medytacja KA stosowana przy „braku energii”, niezdecydowaniu

Oddychanie: rozluźnij płuca i weź szybki oddech, zaraz potem wykonaj szybki wydech. Powietrze krąży tylko dzięki ruchom mięśni brzucha, klatka piersiowa jest przez cały czas rozluźniona. Pomocnym może być symbol – ogień. Wyobraź sobie piec w kuźni, Ty jesteś miechem, Twoja praca podsyca ogień, zwiększa temperaturę. Twoje oddychanie powoduje powstawanie miłego ciepła rozchodzącego się po całym organiźmie.

Medytacja FU stosowana przy psychicznym nacisku

Oddech: rozluźnij płuca, weź szybki oddech (pracują tylko mięśnie brzucha), wypełnij płuca i zatrzymaj cykl na około 5 sekund. Wydech wolny, wykonywany jakby z trudem (wciągasz brzuch), wydech trwa około 10 sekund. Pomocny symbol – wiatr. Czujesz się jak wiatr, który porusza wszystko wokół.

Według wschodnich zasad kanały życiowej energii KI są naj-wrażliwsze w stopach i rękach. Specjalne ułożenia dłoni w medytacji nin jitsu noszą nazwę KUJI IN (dłoń 9 mudr). Każdy rodzaj medytacji ma swoją sekwencję (są one różne w poszczególnych klanach). Ogólnie kciuk stanowi element KU, pozostałe palce określają niższe poziomy (cztery elementy).

KUJI IIN

1. CHI – ziemia
kciuk lewej dłoni łączy się z małym palcem dłoni prawej (i odwrotnie), tworzy się ósemka, pozostałe palce tworzą szczyt (połączone ze sobą i skierowane do góry)

2. SIJI – woda
kciuk lewej dłoni łączy się z serdecznym palcem dłoni lewej (analogicznie dłoń prawa), powstałe „kółka” łączą się jak łańcuch. Szczyt tworzą tylko małe palce, pozostałe są zaplecione.

3. KA – ogień
kciuk lewej dłoni łączy się z palcem środkowym dłoni prawej (prawa analogicznie), tworzymy „łańcuch”, pozostałe palce tworzą szczyt.

4. FU – wiatr
kciuk lewej dłoni łączy się z palcem wskazującym dłoni lewej (dalej analogicznie).

5. KU – pustka
łączą się tylko kciuki, dłonie otwarte, palce wyprostowane, szeroko rozwarte. Ułożenie, które rozpoczyna i kończy każdą medytację (KU jako praźródło wszechrzeczy, wszystko ma swój początek i koniec).

Każda rodzina czy klan posiadały własne sekwencje medytacyjne (KUJI IN, rodzaje i sposoby). Tak więc możemy się spotkać w swojej wędrówce po świecie nin ja z wieloma interpretacjami tej samej rzeczy.
(…)

Rozdział 5 TRENING UMYSŁU

Człowiek jest bezbronny tylko wtedy,
gdy traktuje siebie jako bezbronnego.
Nasze istnienie jest naszą siłą.
Upływ czasu kontroluje wszystkie istnienia,
ale tylko wtedy, gdy wierzymy w ten upływ czasu.
Każda przyszłość jest po prostu inną teraźniejszością

Kontrola własnego ja, zdolność pełnego sprzężenia czystej siły świadomości i umysłu z ciałem fizycznym jest najwyższą umiejętnością nin ja. Pierwszym krokiem w kierunku osiągnięcia takiego celu jest to, aby stać się świadomym swojego własnego ciała oraz jego miejsca w otaczającym nas świecie i wzajemnych stosunków.

Podstawą jest osiągnięcie pełnej naturalności w życiu, musimy stać się jak zwierzęta żyjące na wolności, które potrafią doskonale zharmonizować się z naturą. Należy umieć wychwytywać z otoczenia tylko informacje potrzebne, nawał informacyjny cywilizacji powoduje zaśmiecanie i blokowanie naszej świadomości. Niedomaganie świadomości powoduje chorobę ciała fizycznego. Nin jitsu propaguje naturalny rozwój całego ludzkiego ja wraz ze stałym utrzymaniem jego w równowadze i stabilności, uważa, że każde działanie, które podąża do szczęścia fizycznego i duchowego przez cierpienie, pozbawianie się radości życia czy umartwianie jest sprzeczne z istotą Uniwersum i nie powinno mieć racji bytu.

Dalej przedstawione będą ćwiczenia, stosowane są w szkoleniu każdego nin ja niezależnie od tego, z jakiego klanu pochodzi (interpretacja jest różna, ale sens i cel szkolenia taki sam).
Trening umysłu, osobowości jest niezmiernie ważny w sztuce nin jitsu. I jest niestety znacznie bardziej czasochłonny i pracochłonny niż doskonalenie technik walki fizycznej. Właśnie na tej drodze, drodze poznawania siebie i otoczenia, drodze zrozumienia pojawia się najwięcej przeszkód dla osoby studiującej ten system. Przychodzą wtedy okresy zwątpienia w sens Drogi, pokusy zejścia z niej. Jest to normalne zachowanie człowieka. Brak efektów w pracy, który może ciągnąć się bardzo długo, powoduje osłabienie a nawet zanik motywacji, która mogła być potężnym impulsem na początku. Przezwyciężenie tego jest sprawą trudną, jest to przecież przezwyciężenie własnego siebie, ale jest to jeden z celów doskonalenia umysłu i własnego ego. Na mojej drodze poznawania nin jitsu przyszły też takie okresy, byłem nawet gotów rzucić tę sztukę, ale wtedy mój mistrz powiedział coś, co dało mi nowy i trwały bodziec do dalszej nauki. Któregoś dnia powiedziałem mu o swojej sytuacji, zwątpieniu, braku efektów w szkoleniu (prawdę mówiąc z pewną zazdrością patrzyłem jak moi koledzy dochodzili do lepszych wyników trenując tyle samo czasu a nawet mniej). On mi wtedy odpowiedział: „Spójrz na przyrodę, widzisz tę trawę. Na wiosnę wyrasta z nasiona potem dorasta, osiąga dojrzałość i jesienią ginie. Jej życie trwało rok, do wszystkiego doszła szybko, a teraz spójrz na drzewo, aby osiągnąć dorosłość od czasu wyjścia z nasiona potrzebuje wielu lat. Tak samo jest z tobą i z innymi, pamiętaj trawa i drzewo”. Na odchodnym rzekł jeszcze: „Widzisz, Czas jest dla ciebie bardzo wolnym biegaczem, ale zadam ci jedno i tylko jedno pytanie: czy potrafisz Go prześcignąć?” Zostawię to Czytelnikom bez komentarza.

Osoby, które będą studiowały tylko technikę walki bez filozofii i pracy nad osobowością, staną się być może ekspertami walki, ale nie wojownikami nin ja. Staną się tylko „technikami” i w konfrontacji z prawdziwym nin ja muszą ulec. Pełne połączenie umiejętności ciała i ducha było jednym z sekretów „magii” ninja. Nie dążę jednak do narzucania czegokolwiek. Niniejsza książka ma być tylko przewodnikiem – informatorem po systemie zwanym nin jitsu. Niektórym przedstawione ćwiczenia pomogą w poznawaniu psyche swojego i innych, inni zainteresują się technikami walki.

ĆWICZENIA KOKORO cz. I

Zmysły podstawowych elementów
Ćwiczenia te wykonuje się cyklicznie (jeden dzień ćwiczenia poświęcony jest jednemu poziomowi – zmysłowi) dzień po dniu lub z kilkudniowymi przerwami pomiędzy nimi. Jeśli przerwa jest dłuższa niż 5 dni należy cykl zacząć od nowa.

Poziom CHI- zmysły ziemi

Kiedy obudzisz się rano nie otwieraj oczu. Zdaj sobie sprawę ze wszystkich zapachów i woni dochodzących do Ciebie. Powinno to trwać około 10 min. Kiedy wstaniesz przekonaj sam siebie, że dziś twój zmysł węchu będzie szczególnie wyczulony. Przez cały dzień wyczuwaj wszystkie zapachy, te dobre i te złe, ale nie przypisuj im wartości. Załóż w myślach, że wszystkie są dobre. Zamknij oczy i obserwuj emocje, jakie odczuwa twój umysł. Spróbuj czuć takie rzeczy jak słońce, telewizor, ściana, drzewo itp… Co jakiś czas rób przerwy, aby świadomie wykonać głęboki oddech.

Wyprostuj kręgosłup, weź głęboki wdech przez nos, brzuch wyp-nij, przetrzymaj trochę (kilka sekund) powietrze, wykonaj głęboki wydech również przez nos.

Powinienieś poszukiwać i obserwować różne zapachy: subtelne i mocne, przykre i przyjemne. Próbuj wyrobić w sobie wrażenie, że „widzisz” je po raz pierwszy. Przykładowo poczujesz zapach, który jest dla Ciebie nieprzyjemny (np. zapach smażonej potrawy, woń nawozu itp.) wtedy dążysz do wykluczenia zapachu. Przychodzi to niejako automatycznie, jest to nawyk. W ćwiczeniu należy tego unikać, choć niekiedy może to być trudne.

Poziom SUI – zmysły wody

Kiedy obudzisz się rano, trzymaj oczy zamknięte przez 2-3 minuty. Rejestruj każdy dochodzący do Ciebie smak. Smakuj powietrze, którym oddychasz, przesuń językiem po podniebieniu i zębach. Po wstaniu przekonaj sam siebie, że Twój zmysł smaku będzie tego dnia szczególnie wrażliwy. Przez cały dzień musisz poświęcać uwagę temu zmysłowi, a także obserwować reakcje Twojej świadomości. Kiedy spożywasz posiłek postaraj się (jeżeli jest to możliwe) zamknąć oczy, aby skupić się tylko na smaku (wygląd potrawy utrudnia ćwiczenie, ale nie uniemożliwia). Każdy kęs przeżuwaj dwa razy dłużej i maksymalnie go smakuj. Za każdym razem nim weźmiesz nową porcję do ust staraj się wyobrazić sobie smak, którego zaraz doświadczysz. Tak samo jak w poprzednim ćwiczeniu załóż, że wszystkie doznania smakowe są dzisiaj pozytywne.

Poziom KA – zmysły ognia

Kiedy budzisz się rano, natychmiast otwórz oczy. Leżąc przez ok. 15 min. obserwuj wszystko, co potrafisz dojrzeć bez ruszania głową i ciałem. Staraj się zmieniając perspektywę widzenia (stosuj różne odległości do obserwacji tego samego przedmiotu – w umyśle wytwórz zdolność przemieszczania się w przestrzeni). Koncentruj wzrok płynnie, zatrzymując się na chwilę na widzianych przedmiotach. Przekonaj siebie, że twój zmysł wzroku będzie dzisiaj szczególnie wyczulony.

Przez cały dzień obserwuj wszystko uważnie, zwracając szczególną uwagę na barwy, ich intensywność i wrażenia, jakie wywołują w twojej świadomości. Znajdź swoje ulubione kolory w swoim otoczeniu, ale nie zapominaj też o „brzydkich” barwach. Każda barwa będzie wywoływać specyficzne wrażenia. Spróbuj dojść dlaczego taka a taka barwa wywołuje u ciebie takie a nie inne wrażenia. Drugą stroną tego ćwiczenia powinno być „nowe widzenie starych rzeczy”, tzn. staraj się obserwować przedmioty otoczenia w taki sposób, jakbyś je po raz pierwszy widział. Co jakiś czas zamknij oczy i próbuj opisać kolory rzeczy, które już dzisiaj widziałeś (np. kolor elewacji budynku, obok którego przechodziłeś, kolor ubrania kolegi, którego spotkałeś itp.). Potem delikatnie naciskaj gałki oczne i obserwuj związane z tym wrażenia (barwy, obrazy).

Poziom FU – zmysły wiatru

Kiedy obudzisz się rano, nie otwieraj oczu przez około 10 – 15 min. Staraj się leżeć bez ruchu i obserwuj wszystkie wrażenia, jakie do ciebie dochodzą poprzez zmysł dotyku (opór, jaki stwarza okrycie, ciepło i dotyk partnera śpiącego obok itp.). Po wstaniu przekonaj sam siebie, że twój zmysł dotyku będzie dzisiaj szczególnie wyczulony a ponadto, że wszystkie doznania będą pozytywne. wiadomie obserwuj pracę każdego mięśnia, jaką wykonuje przy codziennych czynnościach. Zdaj sobie sprawę dlaczego ten a nie inny mięsień uczestniczy w danej sytuacji, dlaczego tak a nie inaczej.

Podczas dnia znajdź miejsce, gdzie będziesz mógł się swobodnie położyć i przeprowadzić świadomą „medytację ciała”. Zrób to w następujący sposób: połóż się jak n aj swobodniej, rozluźnij ciało i umysł, skup się na czymś przyjemnym, zamknij oczy i oddychaj powoli i głęboko. Wyobraź sobie, że widzisz każdy zakamarek w organiźmie, gdzie dochodzi powietrze, musisz mieć wrażenie, że cykl oddychania oczyszcza twoje ciało i umysł. Następnie rozpocznij świadome naprężanie mięśni. Napięcie powstało w centrum oddychania – w płucach i powoli przemieszcza się po całym ciele, naprężaj wszystkie mięśnie, które możesz naprężyć. Gdy skończysz, rozluźnij się i powtórz proces jeszcze raz ale wolniej, zajmując się każdym mięśniem osobno.

Poziom KU – zmysły źródła

Kiedy obudzisz się rano nie otwieraj oczu, rejestruj wszystkie dźwięki. Poszukaj różnorodnych dźwięków: głośnych, cichych, subtelnych, nieznośnych a nawet nasłuchuj „głosu” ciszy. Po około 15 min. wstań i przekonaj sam siebie, że twój zmysł słuchu będzie dzisiaj szczególnie wyczulony.

Podczas dnia staraj się „obserwować” wszystkie dźwięki twojego otoczenia. Zwróć uwagę, które wywołują u ciebie pozytywne, a które negatywne odczucia. Próbuj na podstawie dźwięku opisać jego źródło (np. zamknij oczy i wyobraź sobie wygląd osoby, która mówi). Następnym elementem tego ćwiczenia będzie obserwacja zachowania twojej osobowości pod wpływem muzyki. Z doświadczenia wiesz, że jeden typ muzyki „podnieca” twoje ciało do ruchu, chce ci się skakać, tańczyć itp. (np. disco, rap), przy innej muzyce najlepiej byś spał itd. Zauważ, że pewien typ muzyki jedni uwielbiają, mogą jej słuchać non stop natomiast inni wprost jej nie cierpią (zwróć uwagę na argumentacje zwolenników i przeciwników np. heavy metalu czy muzyki poważnej). Tak różnorodnie wpływają zestawy dźwiękowe na naszą osobowość. Podczas słuchania muzyki staraj się obserwować obrazy a nawet całe sytuacje, jakie wywołuje w twojej wyobraźni dana muzyka, staraj się być nie tylko obserwatorem, ale także uczestnikiem tych wydarzeń. Najlepszą muzyką do tego typu „eksperymentów” jest muzyka elektroniczna m.in. takich kompozytorów jak: J. M. Jarre, Kitaro, Van-geiis. Oczywiście może być inna muzyka, choć osobiście odradzam eksperymentowanie na takiej muzyce jak np. disco, jest to muzyka z pewnością dobra do „lekkiego” słuchania czy potańczenia, ale nie nadaje się za bardzo do „medytacji” muzycznych.

Podczas swoich poszukiwań staraj się znaleźć miejsce, którego nie zakłócają żadne dźwięki, miejsce, gdzie panuje cisza, postaraj się wyłapać dźwięki ciszy (obserwuj impresje jakie wywołuje w twoim mózgu).
Przy tym zestawie ćwiczeń kokoro należy pamiętać, by nie przesadzać z „obserwacjami”, np. nie chodzić i demonstracyjnie wąchać wszystko, co się znajdzie na naszej drodze, czy np. przy ćwiczeniu zmysłów ognia obserwujemy twarze ludzi jadących z nami autobusem, ale robimy to tak natarczywie, że wywołujemy zmieszanie u obserwowanej osoby. Należy starać się, aby doznania dochodziły naturalną drogą a nie były sztucznie i na siłę wyszukiwane z otoczenia.

RAJ OSOBOWOŚCI

Często zdarza się nam, że w chwilach stresu (a w dzisiejszych czasach jest on wszechobecny) pogrążamy się w marzeniach. Myślimy o rzeczach przyjemnych, sprawiających nam radość, o rzeczach, które pozwalają nam na oderwanie się od szarej rzeczywistości. Proces ten nazwany został współcześnie „pobytem w re-fugium osobowości”. Refugium to termin łaciński, oznaczający schronienie. To jest właśnie to miejsce w naszej wyobraźni, gdzie nasze ego znajduje spokój i wytchnienie. Umiejętny (czyli świadomy) pobyt w naszym własnym refugium pozwoli nam na całkowite zrelaksowanie się, zregenerowanie i skondensowanie sił witalnych, rozwiązywanie niektórych problemów życiowych.

Pierwszym krokiem na drodze do refugium jest rozluźnienie całego ciała. Można to osiągnąć poprzez prostą medytację lub łatwiej, postępując następująco: usiądź lub połóż się w wygodnym i najlepiej spokojnym miejscu (może to być krzesło, fotel, łóżko, dywan, polanka w lesie itp.), potem świadomie rozluźnij mięśnie swojego ciała zaczynając od palców nóg do głowy lub odwrotnie, powtarzając kolejno np. mięśnie mojej twarzy są rozluźnione, mięśnie mojej szyi są rozluźnione itp. Należy pamiętać o tym, że najlepiej jest rozluźniać mięśnie w ten sposób, że najpierw na krótko maksymalnie napinamy mięsień lub ich grupę, a dopiero potem rozluźniamy. Kiedy zakończymy ten proces, to tworzymy w umyśle mocny obraz swojego refugium i umieszczamy się w nim. Refugium jest naszą tajemnicą, jest miejscem, o którym wiemy tylko my. Naszym schronieniem może być np. nasz pokój ze świata realnego, pomieszczenie wymyślone, bezludna egzotyczna wyspa, łąka itp. Możliwości jest bardzo wiele, ponieważ refugium to sprawa indywidualna. Trzeba wiedzieć, że refugium to miejsce, gdzie panuje spokój i miłość, gdzie czujemy się całkowicie bezpieczni.

Następnym etapem jest stworzenie Przewodnika-przyjaciela, który będzie naszym duchowym przewodnikiem po refugium. Tym przewodnikiem może być osoba żyjąca w realnym świecie, a którą darzymy autorytetem lub osoba wyimaginowana. Płeć jest nieważna, może to być też dziecko lub jakiekolwiek zwierzę. Pamiętajmy jednak, że musi to być nasz przyjaciel. W naszym refugium wszystko jest możliwe i nie należy się niczemu dziwić. Wasz przewodnik jest werbalizacją waszej podświadomości (a ona wie o was wszystko), jest projektorem waszej mądrości. W refugium można przewodnika przywołać lub pojawi się on natychmiast, gdy tylko pojawicie się w swoim schronieniu. Przewodnikowi możesz zadawać różne pytania dotyczące Ciebie i Twojego postępowania. Powinien odpowiedzieć, ponieważ jest bardzo dociekliwy. Jednak musisz nauczyć się go pytać i słuchać, a to jest najtrudniejsze. Nie ma recepty jak tego dokonać, musicie dojść do tego sami. Z Przewodnikiem możecie rozmawiać o wszystkim, radzić się, pytać czy tylko milczeć. Powinniście chodzić z nim po swoim refugium lub zwiedzać inne wymarzone miejsca. Każdy pobyt w refugium powinien napełniać Was radością i innymi pozytywnymi fluidami. Musicie sobie wyobrazić siebie jako osoby zdrowe, pełne radości, szczęścia i sił życiowych.

Cały proces jest formą zbliżoną do autosugestii, pobudza do wzmożonego działania Twoją prawą półkulę mózgową, zwiększa naturalną odporność Twojego organizmu. Obecne badania naukowe dowiodły, że autosugestia ma duży wpływ na stan naszego ducha i ciała.
„Raj osobowości” nie jest ćwiczeniem medytacyjnym, choć pozornie na takie wygląda. Jest ćwiczeniem kształtującym naszą osobowość na trochę innej zasadzie, jest jednym z ćwiczeń systemu tzw. „wędrówek po świecie ego”, bardzo ważnych w treningu nin jitsu.

Ninja osiąga swoją perspektywę poprzez rozszerzanie swojej percepcji aby zobaczyć,
że wszystko się zmienia a rzeczywistość jest tylko tymczasowa.
Poprzez przedstawianie fałszu jak gdyby był prawdą i prawdy
jak gdyby była fałszem.
Ninja nigdy nie będzie zaskoczony.
Istnieją przypadki,
kiedy siła jest w rzeczywistości słabością,
słabość jest siłą in jest yo
a naiwność wiedzą.

Według mistyków Wschodu wszystkie rzeczy Wszechświata pochodzą od Uniwersum-praźródła wszechrzeczy. Wszystko jest ze sobą w jakiś sposób powiązane, nie istnieje nic, co było by całkowicie niezależne. Można by to porównać do państwa, w którym wszystkie rzeczy są ze sobą połączone. Mieszkańcy niezależnie od wieku, płci, stanu są scaleni prawem, góry, rzeki również należą do państwa. Wszystko w jakiś sposób współdziała. Podobnie z naszą egzystencją, sprawy (zjawiska) pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego w rzeczywistości korelują.

W treningu ninjitsu bardzo ważną sprawą jest umiejętność scalenia się z otoczeniem, otworzenia umysłu na otaczający nas Wszechświat. Istotną rzeczą jest także osiągnięcie pełnej naturalności i kontroli na każdym poziomie naszej świadomości. W sztuce ninjitsu starano się osiągnąć „wyostrzenie” zmysłów, poszerzenie ich zakresu a co najważniejsze jak największe ich współdziałanie. Osiągnięcie tego powodowało, że ninja stawał się czymś w rodzaju bardzo czułego urządzenia z możliwością obróbki danych. Umiejętności tego typu przydawały się w każdym momencie działalności ninja. Wyostrzenie naszej świadomości powodowało stan, który można by nazwać: „możliwością słyszenia kolorów, widzenia dźwięków itp.. Wydaje się to śmieszne czy niemożliwe, ale taka sytuacja jest dzisiaj faktem. Prosty przykład: rozmawiamy ze znajomym przez telefon, nasze słowa (dźwięk) są przetwarzane na impulsy elektryczne a w następnym aparacie z powrotem na dźwięk. Dźwięk o tej częstotliwości jesteśmy w stanie odebrać, ale z impulsu elektrycznego nie odczytamy nic, choć jest to ta sama informacja.

Obecnie wiadomo, że większość zjawisk we Wszechświecie ma charakter falowy. Każda rzecz ma określoną długość fali, częstotliwość. Charakterystyki te są określane jako widmo. Materia stała drga (dokładniej są to ruchy atomów), ma więc swoją częstotliwość „nadawania”, w innym miejscu skali znajduje się dźwięk, z którego tylko część zakresu jest odbieralna przez ludzkie ucho (ok. 16-20.000 Hz) poniżej istnieją infradźwięki, powyżej ultradźwięki. Wiadomo, że dźwięki spoza zakresu słyszalności dla człowieka są dźwiękami, którymi operują inne zwierzęta (delfiny, nietoperze). Światło też jest falą o szerokim zakresie drgań (podczerwień, światło widzialne, nadfiolet). Myśl ludzka też jest falą! Rejestruje się obecnie fale wysyłane przez mózg. Fale umysłu są prawdopodobnie najszybszymi falami (szybszymi od światła). Widać więc, jak wszystko jest ze sobą powiązane. Nie ma oczywiście możliwości, aby człowiek mógł odbierać każdą częstotliwość. Ale można próbować wyrobić sobie „nadwrażliwość” umysłu i narządów zmysłu. Na przykład ludzie niewidomi posiadają tak wyczulony słuch, że słyszą dźwięki, których normalnie widzący nie jest w stanie odebrać. Niektórzy z nich dzięki odpowiedniej współpracy umysłu i narządu słuchu potrafią powiedzieć i określić kto czy co obok nich przeszedł, przejechał. Niewidomi potrafią także dobrze strzelać (głównie do celów ruchomych). Zarejestrowano i udowodniono możliwość widzenia tzw. aury człowieka, czegoś w rodzaju strefy energetycznej otaczającej ciało ludzkie a normalnie nie zauważalnej. Istnieją więc przypadki, kiedy wykraczamy trochę poza „normalność”. Wytrenowanie u nin ja takich zdolności powodowało między innymi doskonałą operacyjność agentów (np. działania nocne). -Jak było wspomniane wcześniej trening umysłu jest sprawą niezwykle trudną i ważną. Osobowość i umysł, aby osiągnąć pożądane rezultaty, należy trenować dosłownie przez cały czas. Ćwiczenia osobowości to nie tylko zajęcia specjalistyczne, ale także praca nad własnym charakterem, jego słabościami. Musicie zawsze pamiętać, że nin jitsu to nie tylko zamaskowany ubrany na czarno osobnik, ale także, a nawet głównie, filozofia życia, sposób na życie.
Niżej podanych będzie kilka ćwiczeń percepcji. Będą to ćwiczenia typu parapsychologicznego i nie należy początkowo podchodzić ze śmiertelną powagą, i nie zrażać się niepowodzeniami.
Do większości ćwiczeń potrzebny będzie jeden lub więcej partnerów (zwanych dalej pomocnikami).

Ćwiczenie 1. Wyczuwanie obecności

Ćwiczenie najlepiej wykonywać w miejscu, gdzie nie dochodzą żadne zakłócenia, gdzie możemy się skoncentrować. Stań w postawie shizen no kamae lub dowolnej innej, rozluźnij ciało i umysł. Skoncentruj się na oddychaniu. Wolny wdech i wydech, brzuch jest pompą (tzw. oddychanie brzuszne). Po kilku oddechach wolno zamknij oczy nie przerywając cyklu oddychania.
Wyobraź sobie, że jesteś otoczony polem energii wychodzącej z twojego ciała. Pole jest jakby radarem, który obejmuje działaniem przestrzeń wokół ciebie i natychmiast przechwyci naruszenie terytorium. Skoncentruj się tylko na polu, staraj się aby jego zasięg był początkowo nie większy niż 1-2 metry, później możesz go zwiększać. Kiedy poczujesz, że coś naruszyło twoją przestrzeń podnieś rękę, oczy dalej trzymaj zamknięte i cykl powtarzamy.
Pomocnik – stań w odległości około 1 metra, unieś wolno rękę do pozycji między łukami brwiowymi partnera. Rękę masz całkowicie wyprostowaną. Odległość między końcami palców a twarzą partnera powinna wynosić jedną dłoń. Potem wolno pochylaj się do przodu, przesuwając dłoń w kierunku twarzy partnera. Kiedy zauważysz reakcję partnera przerwij ruch i daj sygnał, aby partner otworzył oczy i ocenił efekt. Ćwiczenie można wykonywać na zmianę.

Ćwiczenie 2. Wyczuwanie obecności

Stań tak jak w ćwiczeniu 1, rozluźnij ciało i umysł, oddychaj głęboko. Wyciągnij ręce do przodu, dłonie skieruj do góry (spody dłoni do przodu). Proces koncentracji jak w ćwiczeniu 1. Po odbiorze impulsu otwórz oczy i sprawdź efekt.
Pomocnik – stań przed partnerem w odległości około 1 metra, ręce wyciągnij do przodu, ramiona są ugięte w łokciach. Powoli prostuj łokcie stopniowo zbliżając dłonie do dłoni partnera. Gdy partner da sygnał przerwij ruch i oceńcie efekt. Podczas ćwiczenia wyobrażaj sobie, że przez twoje dłonie w kierunku partnera biegnie strumień energii.
W późniejszym etapie możemy to ćwiczenie zmodyfikować. Po nawiązaniu kontaktu „energii” (dłonie są wtedy w odległości około 1-5 cm) pomocnik zaczyna wykonywać wolne ruchy w różnych kierunkach. Partner podąża za tymi ruchami, trzymając dłonie w tej samej odległości co na początku ćwiczenia. Oczy są początkowo otwarte i skierowane na wzrok pomocnika, potem ćwiczymy z zamkniętymi oczami.

Ćwiczenie 3. Wyczuwanie obecności

Stań tak jak w ćwiczeniu 1 i 2. Pozostałe czynności wykonaj tak samo.
Pomocnicy (2-10) stańcie w kole wokół ćwiczącego. W różnej kolejności pojedyńczo kierujcie energię w kierunku środka koła, można też zbliżać do partnera stojącego w środku. Partner w środku będzie reagował, a wy oceniajcie efekty i po zakończeniu ćwiczenia sknsultujcie je z ćwiczącym.
Dobrą sprawność działania taktycznego Ninja zawdzięczali wnikliwej obserwacji otoczenia, wyciągania odpowiednich wniosków i fenomenalnie rozwiniętej zdolności osądu zaistniałych faktów.
W życiu codziennym bardzo często spotykamy się z problemami, które mamy rozwiązać. Sprawia nam to czasami bardzo dużo kłopotu. Nie potrafimy im sprostać, zdarza się, że ewentualne rozwiązanie nie jest pozytywne. Kiedy indziej wydaje nam się, że rozwój wypadków ma pozytywny przebieg (ale tylko z naszego punktu widzenia) natomiast dla innych wprost przeciwnie. Dlatego mamy kłopoty w rozpatrzeniu trudności i wciąż pogrążamy się w łańcuchu nowych niepowodzeń. Sztuka ninjitsu potrafiła sobie z tym poradzić. Adeptów tej sztuki uczono znajomości indywidualnego osądu i operowania nimi na każdym poziomie. Rozwój indywidualnego osądu przebiegał etapami. Przypominało to ruch po spirali, w której im dalej znajdowano się od jej środka, tym wyżej stało się w hierarchii oceny. Im dłuższą drogę się przebyło, tym bardziej rozumiało się istotę procesu.

Ścieżka 1
Osąd fizyczny, meczaniczny, praktycznie nieświadomy.

Ścieżka 2
Osąd zmysłowy, oparty na dualiźmie rzecz i zjawisk: dobro -zło, przyjemny – nieprzyjemny.

Ścieżka 3
Osąd sentymentalny (uczuciowy) – upragnione, niechciane.

Ścieżka 4
Osąd konceptualny – poszerzenie obserwacji dualizmu wszechrzeczy.

Ścieżka 5
Osąd społeczny (według ocen społecznych, moralności ogólnoludzkiej).

Ścieżka 6
Osąd ideowy, indywidualny, własna ocena.

Ścieżka 7
Apogeum osądu, najwyższy osąd, miłość i zrozumienie, uniwersalizm, każdy antagonizm przetworzony w uzupełnienie.

Natura TAO.
[Obrazek: kr64.jpg]

Każdy z nas w momencie narodzenia wkracza na ścieżkę rozwoju osądu. W tym momencie nie jesteśmy zdolni do jakiegokolwiek osądu (znajdujemy się w centrum spirali). Potem przychodzi prymitywna ocena fizyczna a następnie ocena zmysłowa. Zaczynamy spostrzegać dwojaką naturę rzeczy: dobro – zło, przyjemny -nieprzyjemny. Rejestrujemy zespół bodźców wywołujących różne reakcje (dobry smak jedzenia, krzyk mamy itp.). Podczas dalszego rozwoju przechodzimy przez kolejne etapy. Osiągamy zdolność postrzegania uczuciowego, kierujemy się uczuciami, rozszerzamy nasze horyzonty o aspekty materialne, ideologiczne. Poznajemy życie. Większość osób zatrzymuje się na tym poziomie. Część dochodzi do poziomu szóstego i zaczyna postrzegać, że nie wszystko jest w porządku, jak się początkowo wydawało. Jak zostało wspomniane wyżej, każdy z nas wkracza na drogę autoosądu i każdy może dojść do końca. Ale czynniki cywilizacji, działanie środowiska biologicznego, społecznego, regilijnego powodują zahamowanie, zanik, degradacje tej wrodzonej umiejętności. Praktycy nin jitsu starali się na nowo ją odnaleźć. My możemy to również uczynić. Jest to bardzo trudna sztuka, wymagająca od nas bardzo dużej dyscypliny umysłu. Dlatego osobiście radzę zająć się tym w późniejszym okresie naszej Drogi Stania się Panem Samego Siebie i Naszego Otoczenia. Cały problem w tym by umieć opanować uczucia, które nami operują. Aby dobrze funkcjonować (w rozumieniu ninjitsu) my musimy panować nad uczuciami a nie one nad nami. Nie mówię o tym aby całkowicie wyzbyć się jakichkolwiek uczuć. Bez uczuć może być tylko maszyna. Ale trzeba je całkowicie kontrolować (jedno z „przykazań” kodeksu Nin ja mówi: „musisz być pewny siebie jak precyzyjnego mechanizmu”). Zastanówmy się nad takim przykładem: pokłóciliśmy się z kolegą o jakąś sprawę. Nasza rozmowa ma coraz bardziej intensywny charakter, używamy coraz mocniejszych argumentów. Poziom zdenerwowania wzrasta, nie potrafimy już logicznie myśleć. Zasypujemy przeciwnika gradem argumentów często bez sensu. Stawiamy swoją rację. Można domyślić się jak to się skończy. A teraz inaczej. Wynikła konfliktowa sytuacja. Zastanawiasz się nad przyczynami, może to nie było tak jak pozornie na to wygląda. Rozmawiasz z partnerem spokojnie, opanowanie, powoli krok po kroku przedstawiasz sytuację. Dochodzi do porozumienia.

Przedstawiłem tu sytuację przykładową, która nie zawsze może się tali rozwijać. Zawsze trzeba pamiętać o jednym. Panujemy całkowicie nad swoimi emocjami, potrafimy logicznie myśleć, działamy psychologicznie (dlatego tak ważną dziedziną w nauczaniu nin jitsu było SATSUJIN JITSU). Jeśli wasz przeciwnik, partner, jest bardzo wzburzony stańcie się dla niego wiatrem lub wodą (te elementy jest bardzo trudno uchwycić). Ty panujesz nad sytuacją, on nie. Twoim zadaniem będzie potwierdzenie jego argumentów! Nawet jeśli będą sprzeczne z Twoimi (ale pamiętaj, że to Ty jesteś władcą uczuć). Potakuj, przyznaj, że ma rację, że się z nim zgadzasz. Niech poczuje, że stoi wyżej niż Ty, ludzie to lubią.

Przypomnij sobie sytuację z Twojego życia, kiedy stawałeś przed różnymi problemami i kiedy ogarniały Cię niekontrolowane emocje: radość, strach, gniew. Czy było Ci łatwo coś rozwiązać, czy było to dobre rozwiązanie? Metodykę tej sztuki zawierają słowa następującej zasady: „Pamiętaj aby dobrze rozwiązać problem, musisz stanąć obok niego (problemu)”. Taka jest prawda. Im bardziej jesteśmy zaangażowani uczuciowo w jakiś związek przyczynowo – skutkowy tym jego rozwiązanie dalsze od faktycznego obiektywizmu. Zawsze musisz chłodno i logicznie wręcz maszynowo rozważać zaistniałe fakty, wtedy masz większą szansę na powodzenie. Wiem, że trudno jest nie angażować się uczuciowo w sprawy, które są dla nas bardzo osobiste, ale to jest sztuka, a żadna sztuka nie jest dla wszystkich. Dlatego pierwsze próby oceny powinniśmy przeprowdzać na sprawacz, które nas wogóle nie dotyczą (np. sprawy zupełnie obcych ludzi, powiedzmy gdzieś zasłyszane). Mamy wtedy dużą szansę, że się nie zaangżujemy uczuciowo. Potem zajmijmy się sprawami np. kolegów, znajomych. Pamiętajcie, że nie wolno ingerować w życie osobiste innych osób bez ich zgody! Możecie występować w roli doradcy, później przejdźcie do własnych problemów i spraw. W życiu codziennym zdarza się, że zwracamy się do kogoś z prośbą o pomoc w rozwiązaniu jakiegoś naszego problemu. Wydaje nam się, że ta inna osoba poradzi nam lepiej. Takie działanie jest nieświadome (operacja podświadomości) ale zgodne z istotą Zasady Osądu. Nasza podświadomość wie, że ocena osoby innej będzie raczej obiektywna niż nasza. Przykład: jesteś z przyjacielem w sklepie, kupujesz ubranie. Wybierasz to, co się Tobie podoba, ale pytasz się partnera, czy aby napewno jest Ci w tym dobrze.

Ćwiczenie 4. Orientacja przestrzenna

Celem tego ćwiczenia jest wyrobienie umiejętności dobrej orientacji w terenie. Pierwszym krokiem będzie wyrobienie tzw. modułu odniesienia. Będzie to miejsce, w którym określisz kierunki świata z możliwie największą dokładnością. Najlepiej, gdyby było to pomieszczenie, w którym mieszkasz. W umyśle umieszczasz obraz pomieszczenia wraz z kierunkami (np. ściana, gdzie znajduje się szafa, odpowiada zachodowi, ściana z oknem – północy itp.) Potem zaczynamy poszerzać perspektywę odniesienia. Wyobrażamy sobie budynek, w którym jest nasze pomieszczenie i ich wzajemne ułożenie (np. wyjście z budynku odpowiada przestrzennie ścianie wschodniej). Następnie przenosimy się coraz dalej, postępując jak wyżej, w granice osiedla, dzielnicy, miasta. Sprawdzasz potem na mapie ułożenie twojej miejscowości czy dzielnicy w stosunku do kierunku świata, innych miast, granic państwa itp. Wszystkie współzależności musisz zakodować. Po dobrym opanowaniu tego ćwiczenia będziecie mogli określać kierunki i położenie w następujący sposób: będąc w nieznanym rejonie (mieście) macie dojść do danego miejsca. Znając ogólny plan miasta i orientacyjne położenie Wasze i miejsca docelowego (na planie) dochodzicie, że musicie iść w kieruku powiedzmy południowym. Wykonujecie wtedy w umyśle drogę powrotną do modułu odniesienia (to miasto w stosunku do mojego położone jest tak a tak, moja dzielnica tak a tak, mój pokój tak a tak, kierunki świata odpowiadają takim ścianom, potem wszystko analizujecie i składacie, i otrzymujecie dokładne wskazówki. Może nie wygląda to z pozoru jasno i zrozumiale, ale jest to ćwiczenie trudne, wymagające praktyki i doświadczenia. Po nabyciu tej umiejętności zobaczycie, że ten proces analizy przebiega bardzo szybko i praktycznie bez udziału waszej świadomości. Twój umysł przy pomocy dostępnych środków określi sytuację a Ty powiesz: Poprostu wiem, że muszę tak iść.

Ćwiczenie 5. Orientacja przestrzenna

Ćwiczenie to wyrabia umiejętność poruszania się po ciemku po nieznanym terenie. Przeciętny człowiek boi się ciemności, co uwarunkowane jest wieloma czynnikami. Strach ten jest czasami tak wielki, że paraliżuje nie tylko nasz umysł ale i ciało. Należy to opanować. Chcąc poznawać sztukę ninjitsu należy pozbyć się strachu przed ciemnością. Czasami jest to trudne i wymaga dużego nakładu sił i czasu, ale można to osiągnąć poprzez medytacje autosugestywne i odpowiednie ćwiczenia. Podstawową i najważniejszą rzeczą jest zdanie sobie sprawy, że teren i otoczenie jest takie samo, niezależnie czy jest dzień czy noc. Wzrok dostarcza nam ok. 90% informacji, w nocy jego skuteczność spada drastycznie, informacje z otoczenia stają się niepełne, w naszym umyśle tworzą się luki skojarzeniowe, które powodują negatywne zaostrzenie percepcji (np. w nocy w lesie jakiś szelest czy dźwięk powoduje gęsią skórkę). Jest to jeden z powodów, które warunkują trening innych zmysłów. W ciemnościach musimy czuć się pewnie, opierając się na informacjach dostarczanych przez wzrok, słuch, dotyk, węch i czynniki pozazmysłowe. Ciemność nie może stanowić żadnego ogranicznika naszych działań. Pełna swoboda to gwarancja naszej „wyższości”, nie jest to jakieś określenie negatywne, ale warunkujące skuteczność działania Nin ja.
W pierwszym etapie ćwiczeń poruszaj się w ciemnościach we własnym mieszkaniu. Napewno nie sprawia Tobie to większego kłopotu, bez problemu omijasz sprzęty, trafiasz do celu np. kuchni. Poproś domowników, by bez twojej wiedzy przestawili drobną rzecz, np. krzesło, położyli na podłodze poduszkę itp. Podczas nocnych „wędrówek” staraj się to wszysko wyczuwać i omijać. Staraj się nie używać światła do czynności, które w konieczności tego nie wymagają. Później ćwiczenie przeprowadzaj z miseczką napełnioną wodą. W dzień będąc w terenie ustal sobie jakąś trasę, którą przechodzisz i zapamiętujesz, potem wracasz na jej początek i zawiązujecz oczy i przechodzisz opierając się na percepcji zmysłów i zapamiętanych szczegółach. Na początku dobieraj sobie łatwy teren i ćwicz z partnerem, który będzie Cię asekurował. Kiedy opanujesz dobrze podstawy możesz przejść do trudniejszych ćwiczeniu polegających na nocnych wyprawach w teren. Pamiętaj, że do takich wypraw musisz być bardzo dobrze przygotowany fizycznie i psychicznie. Starannie wybierz teren pod względem bezpieczeństwa, zwłaszcza, gdy ma to być wyprawa samotnicza.

Ćwiczenie 6 Orientacja przestrzenna

Ćwiczenie wykonywane może być w pomieszczeniu lub w terenie. Wyznacz sobie linię prostą o długości ok. 20 m, szerokość ścieżki powinna być niewiele większa od szerokości stopy. Następnie poruszając się po ścieżce wykonuj różne techniki uderzeń, kopnięć, bloków itp. Wszystkie Twoje ruchy nie powinny wytrącać Ciebie ze ścieżki. Wykonuj także ruchy do tyłu (poruszanie). Potem wykonuj wszystko jak wyżej, tylko zasłoń sobie oczy. Kiedy opanujesz ruch po lini prostej, wyznacz sobie trasę z różnymi zakrętami i przeszkodami.

Ćwiczenie 7 Wyczuwanie intencji

Ćwiczenie to wyrabia umiejętność „przewidywania” posunięć przeciwnika. Umiejętność ta opiera się na przechwytywaniu i odczytywaniu energii umysłu wysyłanej przez przeciwnika oraz wnikliwej obserwacji zachowania (mimika, gestykulacja, ton głosu). Wbrew pozorom wyrobienie tej umiejętności nie jest trudne, ale wymaga praktyki. Trzeba zdać sobie sprawę, że ciało jest doskonałym „monitorem” naszej osobowości, a co za tym idzie naszego zachowania. Przypomnij sobie różne życiowe sytuacje, w których sam uczestniczyłeś lub byłeś świadkiem, zwłaszcza te, którym towarzyszyło duże napięcie emocjonalne (strach, gniew, radość itp.). Może zauważyłeś, że niektóre czynniki wywołują charakterystyczne dla nich „objawy” (np. strach wywołuje bladość, drżenie głosu, gniew – zaczerwienienie na twarzy, podniesiony głos itp.). Jest to tzw. werbalizacja uczuć. Umiejętność odczytu i klasyfikacja tego zjawiska jest celem ćwiczeń podanych niżej.

Obserwuj na co dzień kolegów, znajomych. Rejestruj ich zachowanie związane z różnymi sytuacjami. Zwracaj uwagę nie tylko na zewnętrzne oznaki, ale staraj się również wyczuć energię emanującą od obserwowanych ludzi. Wszystkie szczegóły koduj w u-myśle i wraz z upływem czasu i zbieraniem coraz to nowych spostrzeżeń staraj się je odpowiednio klasyfikować i układać. Z czasem zauważysz, że tych werbalizacji nie jest aż tak dużo jak się Tobie wydawało na początku. Jest to związane z psychologią. Człowiek należy do gatunków społecznych i w większości przypadków jego zachowanie warunkowane jest psychologicznymi prawami i zależnościami odpowiadającymi innym ludziom.

Następne ćwiczenie wymaga minimum 2 osób. Jedna jest ćwiczącym, pozostałe pomocnikami. Stań w rozluźnionej postawie, ureguluj oddech w ten sposób, aby oddychać płytko, spokojnie i powoli. Pomocnik (pomocnicy) stają przed Tobą w odległości ok. 1-2 m przyjmują postawę hira no kamae, ale w wersji rozluźnionej.

Pomocnik – skup wzrok na ćwiczącym w okolicach klatki piersiowej (jej górnej części), pamiętaj o rozluźnieniu. W swoim umyśle wytwórz dynamiczny, ale wolny obraz ataku na partnera. Musi to być wyraźny obraz, musisz wytwarzać wszystkie szczegóły dokładnie. Np. będę uderzał prawą ręką, wyprowadzam technikę z barku, lekki skręt biodra, prostuję ramie, zaciskam pięść, technika osiąga cel. Wszystko odbywa się wewnętrznie, bez najmniejszego ruchu fizycznego. Podczas tworzenia wewnętrznych impresji staraj się kierować strumień energii w stronę ćwiczącego partnera. Powtórz swoją „akcję” pięć razy, a potem zwerbalizuj zewnętrznie swój atak bez przerywania wewnętrznych impresji. Technikę staraj się wykonać nie za szybko, ale też nie za wolno. Nie może to być ruch ślamazarny ani gwałtowny, staraj się to wykonać z prędkością, z jaką na co dzień podajesz rękę na powitanie.

Ćwiczący – stojąc w rozluźnionej postawie skoncentruj wzrok na twarzy pomocnika, nie patrz mu prosto w oczy, lecz stosuj zasadę „widzieć nie patrząc”. Staraj się podświadomie wyczuć technikę (postępowanie) partnera. Pamiętaj, że nie możesz sobie pozwolić na przemyślenia typu: „to będzie technika taka a taka, nie wydaje mi się, że jej nie wykona, to będzie tak…” W rzeczywistości możesz mieć tylko ułamek sekundy na odpowiedź. Skuteczność waszych technik warunkowana będzie doskonałym opracowaniem merytorycznym i aktywnością waszego umysłu. W chwili, kiedy otrzymasz sygnał od podświadomości, zacznij wykonwać technikę obronną polegającą w pierwszym etapie ćwiczeń na cofnięciu się poza zasięg techniki atakującej i przyjęciu postawy ichimonji, no kamae. Potem można stosować różne systemy obrony. Twoja odpowiedź nie może być gwałtowna, musisz swoje ruchy zsynchronizować z pomocnikami, akcja musi być płynna. Po wykonaniu ćwiczenia robicie krótką przerwę w celu regulacji umysłu, zamieniacie się rolami i powtarzacie ćwiczenie. Podczas cyklu ćwiczenia należy zmieniać taktykę i częstotliwość wykonywanych ruchów.

Następne ćwiczenie polega na tworzeniu sytuacji mogących wystąpić w życiu codziennym, a gdzie można wykorzystać umiejętność wyczuwania intencji. Wybiera się jednego lub więcej ćwiczących i odpowiednią liczbę pomocników (od 1 do 5).
Pomocnicy – starajcie się wytworzyć nastrój z nacechowaniem emocjonalnym (np. chęć bójki, radość itp.). Musicie wytworzyć mocny i stabilny obraz tej sytuacji w swoim umyśle, a potem go uzewnętrzniajcie. Wszystko (słowa, zachowanie, gestykulacja) musi być jak najbardziej naturalne i zbliżone do sytuacji rzeczywistej.
Ćwiczący – stańcie z boku w postawie rozluźnionej i obserwujcie zachowanie pomocników. Na początku nie zatrzymujcie swojej uwagi na żadnym, ale spokojnie „przebiegajcie” po ich zachowaniu i umysłach. Potem zatrzymujcie się na kilka sekund na każdym i rejestrujcie wszystkie spostrzeżenia.

Ćwiczenie 8 Zdolności telepatyczne

Ćwiczenie to ma na celu wyrobienie umiejętności przechwytywania i odczytywania energii myślowej. Przed przystąpieniem do ćwiczeń należy zaopatrzyć się w rekwizyt, którym jest 25 kart z wymalowanymi symbolami. Papier, na którym wykonacie karty, powinien być sztywny, rysunki wyraźne (czarne wszystkie symbole lub różnokolorowe – w obrębie jednej grupy kolor ten sam). Tworzymy 5 grup po 5 kart i malujemy po 5: shuriken, kama, bo, ninken i kyoket.su slioki. Wzór podany jest poniżej:
[Obrazek: uq6m.jpg]

Przebieg ćwiczenia:
Pomocnik – usiądź za ćwiczącym w odległości ok. 1.5 m, rozluźnij umysł i ciało. Przed sobą umieść karty, które są ułożone w pięciu kupkach (symbolami), frontem do podłoża. Wybierz dowolną kartę, skoncentruj wzrok, nie werbalizuj odczuć, po prostu chłodno obserwuj kartę. Po chwili powiedz cicho do ćwiczącego „rei” i dalej koncentruj się na symbolu. Po reakcji ćwiczącego odłóż kartę na bok i zapomnij całkowicie o niej, wybierz nową kartę i powtórz wszystko od początku.
Ćwiczący – usiądź sobie wygodnie, połórz przed sobą papier i coś do pisania. Rozluźnij się i skoncentruj się na oddychniu przez nos. W chwili gdy pomocnik powie „rei” zamknij lekko oczy. Mając opuszczone powieki spójrz w górę i wyobraź sobie, że widzisz wielki ekran, na którym materializuje się jeden z symboli. Może się zdarzyć, że nie będzie to wyraźny obraz, lecz jakaś delikatna impresja, dlatego musisz się nauczyć kontaktu z własnym ego. Kiedy już się coś takiego pojawi narysuj to napisz jaki przedstawia symbol i oznacz go numerem 1. Powiedz pomocnikowi „yame” i powtarzaj wszystko od początku.
Ćwiczenie kontynuuje się do czasu odgadnięcia wszystkich 25 kart. Po zakończeniu porównuje się kolejność odkrywanych kart z rysunkami ćwiczącego. O pozytywnych rezultatach możemy mówić kiedy liczba prawidłowo odgadniętych kart wynosi 20%.

Rozdział 6 
TRENING CIAŁA

Trening fizyczny powinien przygotować nasz organizm do wykonania wysiłku bez żadnych szkód dla zdrowia. Nin jitsu nie jest sportem wyczynowym, nie potrzeba więc jakichś treningów kierunkowych. Preferowane jest rozwinięcie całego systemu energetycznego organizmu. Jak wiadomo ruch to praca mięśni, a mięśnie do funkcjonowania potrzebują energii. Nasz organizm posiada różne systemy zaopatrywania energetycznego. Włączenie danego systemu jest warunkowane intensywnością, czasem trwania obciążenia itp. Z własnych obserwacji możecie zauważyć następujące zjawiska. Ktoś doskonale biega na krótkie dystanse natomiast na długich jest o wiele gorzej i na odwrót. Przyczyną tego jest tylko jeden system energetyczny.

Fachowo systemy te nazywa się układami wytwarzania energii i grupuje się je następująco:
– układ tlenowy
– układ mleczanowo-tlenowy LA-o2
– układ fosfagenowo-mleczanowy ATP-LA-CP
– układ fosfagenowy ATP-CP

Każdy z układów posiada własną specyfikę i wymaga odrębnego podejścia tzn. treningu.

Układ tlenowy możemy trenować metodą interwałową, tzn. systemem wysiłek-przerwa-wysiłek. W tej metodzie zalecany jest wysiłek o średniej intensywności w czasie 3-5 minut z przerwami o podobnej długości. Ilość powtórzeń nie powinna przekraczać liczby 5-6 podczas jednej sesji treningowej. Inna metoda to trening o lekkiej intensywności, ale o charakterze ciągłym, trwającym od jednej do kilku godzin. Może to być bieg, jazda na rowerze, bieg na nartach, pływanie itp. Najlepij jest tak dobierać teren, aby wykonywać trening z różną intensywnością. Celem treningu tego układu jest, przystosowanie organizmu do długotrwałego wysiłku i poprawienia ogólnej kondycji oddechowo-krążeniowej.

Praca mięśni oparta na mleczanowych (zwłaszcza beztlenowych) układach energetycznych powoduje powstawanie długu tlenowego i nadwyżki kwasu mlekowego, co powoduje uczucie ostrego zmęczenia. Trening tego układu metodą interwałową polega na intensywnych powtórzeniach. Stosunek wysiłku do przerwy wynosi 1:2, a liczba powtórzeń wynosi 10-20 razy w ciągu jednej serii (trening przeprowadzamy w kilku seriach). W metodzie wysiłku ciągłego zalecany jest bieg na dystans 800-1000 metrów w średnio intensywnym tempie. W ćwiczeniach zaawansowanych stosuje się dodatkowo obciążenia, np. ciężarki mocowane do nogi itp. Trening układu mleczanowego pozwala na zwalczanie dolegliwości związanych z głodem tlenowym. Pozwala na „przyzwyczajenie się” do zmęczenia.

Trening fosfagenowych układów energetycznych metodą inter-wałową polega na wysiłku o maksymalnej intensywności w czasie nie dłuższym niż 30 sekund, a czas przerwy co najmniej trzy razy dłuższy od czasu wysiłku. Liczba powtórzeń w serii 30-60 razy. Trening tego systemu rozwija wydolność organizmu w zakresie wysiłków szybkościowo-siłowych.

Najprostszą i najbardziej popularną metodą treningu układów energetycznych są biegi. Klasyfikacje i system ilustruje tabelka:

[Obrazek: aw3i.jpg]

W treningu fizycznym w sztukach walki stosuje się również ćwiczenia powodujące przyrost masy mięśniowej, wzmocnienie ścięgien itp. Do tego celu służą tzw. ćwiczenia oporowe (izo-termiczne), które wykonuje się za pomocą hantli, sztangi, sprężyn, atlasu itp. Ćwiczenia wykonuje się w seriach po 10 skurczów izo-termicznych. Dobre efekty dają też ćwiczenia izotermiczne mięśni bezprzyrządowe. Polegają one na napinaniu i rozluźnianiu poszczególnych partii mięśniowych. Innym typem ćwiczeń jest trening siły dynamicznej (izotermicznej) bardzo potrzebnej do uzyskania prędkości technicznej. Oparty jest on na wysiłkach mięśniowych o niewielkim obciążeniu. W warunkach tlenowych obciążenie wynosi ok. 10-15% siły maksymalnej, ale może być długotrwałe. Praca z obciążeniem 30-50% wykonywana w szybkim rytmie w seriach 10-25 krotnych sprzyja powstawaniu siły dynamicznej, a szczególnie dobrej koordynacji ruchowej.

W nin jit.su tak jak w każdym innym systemie walki potrzebne jest wyrobienie ogólnej sprawności fizycznej na wyższym poziomie niż normalnie, ale bez przesady. Trening na odpowiednim poziomie da nam satysfakcję, a także wpłynie pozytywnie na nasze zdrowie psychiczne i fizyczne. Nadmierne obciążenia organizmu mogą doprowadzić do szeroko rozumianego zjawiska jakim jest przetrenowanie. Jest to niezmiernie niebezpieczne zwłaszcza w początkowych etapach szkolenia czy treningu. Nie będę się tu rozwodził nad przyczynami i skutkami takiej sytuacji, ale powiem, że przetrenowanie może doprowadzić nie tylko do złego samopoczucia, zaniku motywacji do treningu ale także do pogorszenia zdrowia, wyklucza nas z jakiegokolwiek trenowania na określony czas lub trwale, może spowodować trwałe inwalidztwo, a w niektórych przypadkach także śmierć! Dlatego zalecałbym przed przystąpieniem do intensywniejszych treningów poddać się specjalistycznym badaniom lekarskim i pamiętać, że jeśli chcemy trenować wyczynowo to najlepiej pod okiem wykwalifikowanego i doświadczonego trenera.

Nin jit.su w tej formie, jaka jest obecnie praktykowana, nie jest sportem wyczynowym. Należy jednak uważać, aby brak wyobraźni nie przynosił szkód dla naszego zdrowia. Należy mieć zdrowe podejście do swoich możliwości, nie dla wszystkich Natura dała miejsce wśród supermenów. Każdy z was powinien mieć satysfakcję z tego, co osiągnął, nie powinien żądać od siebie niemożliwości, choć kto wie, gdzie jest kres ludzkich możliwości.
Przy treningu pamiętajcie o filozofii Nin ja: „nin jitsu propaguje naturalny rozwój całego ego (…) uważa, że każde działanie, które podąża do szczęścia fizycznego i duchowego przez cierpienie, pozbawianie się radości życia (…) nie powinno mieć racji bytu”.
Istotną rzeczą przy treningu nie tylko fizycznym jest sukcesy-wność i regularność ćwiczeń. Jeżeli chcemy uzyskać dobre rezultaty nie możemy traktować treningu jak tzw. „sportu niedzielnego”. Trening nawet wielogodzinny, ale przeprowadzany z małą częstotliwością lub nieregularnie może prowadzić do kontuzji lub przetrenowania. Najlepiej przed rozpoczęciem ćwiczeń zastanówmy się czy, z naszego harmonogramu zajęć jesteśmy w stanie „wyłuskać” trochę wolnego czasu. Nie musi go być dużo, wystarczy dziennie pół godziny. Z doświadczenia wiem, że w większości przypadków czas wolny znajdzie się (np. ćwiczenia izotermiczne można wykonywać siedząc w fotelu i oglądając telewizję). Kiedy ustalimy już sobie czas ćwiczeń, musimy go ściśle przestrzegać. Należy sobie wyrobić zdanie, że trening jest dla nas niezbędny, jest czynnością powszechną, tak, jak spożycie posiłku czy odpoczynek. Nie możemy sobie tworzyć wymówek typu: „nie pójdę pobiegać, bo jestem zmęczony” albo „kolega nie ma czasu, a mnie samemu to się nie chce”. Ćwiczenia powinniśmy sobie tak dobierać, aby żadne czynniki (np. pogodowe, towarzyskie itp.) nie przeszkadzały nam. Nie twierdzę, że należy ćwiczyć bez względu na wszystko, np. jestem poważnie chory, ale w planie mam trening, więc idę. Nie o to chodzi, należy ograniczyć liczbę tych czynników, bo jeśli pozwolimy im na ingerencje to zaczną one tworzyć się nam lawinowo. Reasumując podam dwie zasady, których powinniście się trzymać.

1. Trenuj regularnie i sukcesywnie (lepsze pół godziny codziennego treningu, niż 10 godzin treningu co niedzielę).
2. Nie przeceniaj swoich możliwości, możesz dużo stracić.

Rozdział 7
TECHNIKI WALKI

„Kuraki-yori kuraki michi-ni-zo
irinubeki
haruka-ni terase
yama-no ha-no tsuki”

„Z ciemności życia
na ciemną ścieżkę śmierci
wejść przecież muszę
Księżycu z ponad góry
rozświetlaj mi ją z dala”

W tym rozdziale przedstawiłem przekrojowo kilka technik walki. Są one opisane, może nie zawsze dokładnie, ale głównym celem nie była chęć ich nauczenia (choć można to zrobić), lecz pokazanie specyfiki technik walki ninjitsu.
Jak wspomniałem wcześniej filizofia nin jitsu klasyfikowała wszystkie rzeczy według pięciu żywiołów. Tak samo techniki walki. Każda technika czy ich zespół można było przypisać któremuś z elementów. O zastosowaniu danej strategii w walce i jej skuteczności decydowała właśnie ta przynależność i korelacje zachodzące między poszczególnymi elementami. Zależności te przedstawia tzw. Pentagram Żywiołów (Wu-Xing).
[Obrazek: 7z.jpg]

Shinpi (koncepcja mistycyzmu) tłumaczyła te zależności następująco:

Cykl kreacji

Ogień tworzy Ziemię (popiół), Ziemia tworzy dym (powietrze), Powietrze tworzy Wodę (skraplanie się dymu-pary), Woda tworzy Drzewo (życie).

Cykl destrukcji

Ogień niszczy Powietrze (spalając je), Powietrze niszczy Drzewo (wiatr przewraca je), Drzewo niszczy Ziemię (korzenie rozsadzają ziemię), Ziemia niszczy Wodę (zasypując ją), Woda niszczy Ogień (gasząc go).

Może nie jest to takie jasne na pierwszy rzut oka, ale można to po przemyśleniu dobrze rozumieć. W walce nin ja obierali taką taktykę: przeciwnik (jego zachowanie, broń, rodzaj technik) jest pod wpływem ognia aby skutecznie walczyć należy zastosować taktykę wody. Jest powietrzem, ninja będzie ogniem itd. Oczywiście podczas konfrontacji rodzaj techniki będzie ulegał ciągłym zmianom.

Przy niektórych technikach będę używał nazw (np. w celu skonfrontowania wobec technik z innego stylu), przy innych nie ponieważ jest to zbędne z wielu względów.

(…)

Reszta w pdf’ie – BladyMamut ]

Trzy mózgi w jednym

Posted: 19 sierpnia, 2013 in Człowiek

Źródło: http://www.fizyka.umk.pl
http://www.kheper.net/topics/intelligence/MacLean.htm

Teoria MacLeana: podział mózgu na trzy struktury. 
Zespół R (gady, reptalian), pień i śródmózgowie; świat gadów. 
System limbiczny – emocje, zachowania społeczne; świat ssaków. 
Kora nowa – język, abstrakcje; świat ludzi i naczelnych.

[Obrazek: 124dh5z.jpg]

Neuroanatomia porównawcza: stare gatunki – niewiele wyższych pięter mózgu. 
Ryby mają głównie pień i środmózgowie, gady słabo rozwinięty układ limbiczny, ssaki (ptaki nieco mniej) korę nową.

Paul MacLean, Laboratorium Ewolucji i Zachowania się Mózgu, NIMH 
Systematyczne badania wpływu struktur mózgu na zachowania się zwierząt, od jaszczurek do małych ssaków. 
Chimery – fragment mózgu jednego zwierzęcia wszczepiony innemu.

Trzy struktury, o różnych funkcjach, poczuciu czasu i przestrzeni, inteligencji. 
Ewolucyjnie najstarszy jest rdzeń kręgowy, pień mózgu oraz śródmózgowie.

Pień i podstawa neuronalna, zawierającą wszystkie układy regulacyjne i reproduktywne organizmu = „zespół R” (Reptilians, gady). 
Twór siatkowaty (RAS, Reticular Activiating System) – kontroluje stan pobudzenia umysłu, czuwania i przytomności. 
Podwzgórze – reguluje homeostazę: termoregulacja, rytmy biologiczne, współpraca z autonomicznym układem nerwowym, głodu i pragnienia. 

Zespół R bardziej pierwotny niż emocje. 
Ochrona terytorium, zachowania agresywne, rytualne, hierarchie społeczne. 
Mordowanie „z zimną krwią” – gady! 
Wojny zaborcze u ludzi, szympansów, delfinów.
Układ limbiczny jest słabo rozwinięty u gadów, dobrze u ssaków ≤ 150 mln lat 
Emocje, zachowania opiekuńcze, typowe zachowania dla danego gatunku.
Kora stara (węchowa), niespecyficzne pobudzenia zapachowe.
Hipokamp – stary układ pamięci; mechanizm walki-ucieczki
Podpora – mechanizm oczekiwania i odkrywania nowości.
Jądra migdałowate (amygdala)- kontrola strachu-agresji. 
Drażnienie prądem tych obszarów wywołuje psychozy i halucynacje.
Podwzgórze z przysadką mózgową – sprzężenie z układem hormonalnym.
Rozwój mowy: z języka gestów i dźwięków, które wydają zwierzęta. 
Drażnienie struktur układu limbicznego u małp wywołuje okrzyki (D. Ploog). 
Rozwój mowy i praworęczności – skorelowany? 
Antropologia: korelacja rozwoju krtani i praworęczności.

Ssaki – silne emocje, również w snach. 
Psycho-neuro-immunologia, sprzężenie zachodzi w układzie limbicznym.

Kora nowa, najlepiej rozwinięta u naczelnych, kilkadziesiąt mln lat. 
Procesy poznawcze, rozwiązywanie problemów, zachowania społeczne, kultura. 
Uszkodzenia kory nie zmieniają zachowań gatunkowych. 
Człowiek zwierzęciem racjonalno-kortykalnym? Nie bardzo.

[Obrazek: 34f1v6e.jpg]
W skład układu limbicznego wchodzi kora węchowa, jądra migdałowate, hipokamp, wzgórze, podwzgórze i parę drobniejszych struktur.

Rytualistyczno-hierarchiczne aspekty – zespół R, gady. 
Emocjonalne, altruistyczne – układ limbiczny, ssaki i ptaki. 
Rozum, myślenie, planowanie – kora, naczelne i delfiny. 
Zachowanie człowieka – oddziaływanie tych trzech struktur mózgu.

Pacjenci z poważnymi niedorozwojami: korowe lub limbiczne. 
Korowe: obniżona inteligencja, ale typowe zachowania ludzkie. 
Limbiczne: jedynie instynktowne zachowania typowe dla ssaków. 
Komunikacja niewerbalna, obrona terytorium, poszukiwanie kontaktu i uczuć.

Mit „szlachetnego dzikusa”, gentlemena natury, pojawił się ok. 1580 r, i rozwinął w czasach romantyzmu w 18 wieku (J.J. Rousseau) i sentymentalizmu w 19 wieku, przetrwał do dzisiaj (np. historie Tarzana). 
Richard Leakey, słynny antropolog, twierdził, że wojny pojawiły się dopiero po powstaniu rolnictwa. 
Czy człowiek z natury rzeczy jest dobry, a cywilizacja jest źródłem zła? 
To spaczony obraz natury! Inteligencja zwierząt służy do zabijania! 
Etolodzy byli całkowicie zaskoczeni wojnami wśród szympansów (np. wojna szympansów z Gombe 1974-77, obserwowana przez Jane Goodall). 
Cywilizacja pozwala zaspokajać potrzeby i tłumi instynkt agresji, ale jednocześnie daje możliwości zniszczenia w skali globalnej.

Spełnienie potrzeb podstawowych jest zwykle warunkiem koniecznym do aktywacji potrzeb wyższego rzędu. 
Hierarchia potrzeb człowieka: psychologia humanistyczna, Abraham Maslow.

[Obrazek: 2zrnlo1.gif]

Potrzeby fizjologiczne (jedzenie, picie, sen, ruch),
Potrzeby bezpieczeństwa (ochrona osobista, stabilność i porządek),
Potrzeby społeczne (przynależność do grupy, akceptacja społeczna).
Potrzeby uznania osobistego (szacunek, status, potrzeba bycia lubianym/kochanym).
Potrzeba samorealizacji – transpersonalna.

Zespół R umożliwia przetrwanie, ochronę przestrzeni życiowej. 
Układ limbiczny realizuje potrzeby społeczne i potrzeby uznania osobistego. 
Kora nowa po spełnieniu potrzeb podstawowych pozwala na rozwój, samorealizację. 
Wyższe potrzeby mogą dominować, ale w procesie rozwoju muszą najpierw być spełnione potrzeby podstawowe!

Taki podział pozwala na nową interpretację starych idei. 
Platon: czarny koń może być identyfikowany z zespółem R, a biały koń z układem limbicznym, jego woźnica to kora mózgu.

Sigmund Freud i jego podział psychiki (1920) na trzy warstwy:

Id – ciemna, ukryta, niezorganizowana natura zwierzęca, pęd do przyjemności, zaspokojenia, agresji, popęd seksualny i terytorialny, realizowany przez zespół R i układ limbiczny.
Ego – kontroluje emocje, jest podstawową strukturą osobowości, tylko w połowie uświadamianą, zorganizowaną, defensywną; realizowane jest przez układ limbiczny i korę.
Superego – zorganizowana część osobowości, świadomość społeczna, odpowiedzialność, sumienie, ideały, poznanie abstrakcyjne, realizowane przez korę nową.
[Obrazek: mju2hx.gif]

Skąd się bierze zło w człowieku? Według Freuda z id, zbyt słabego tłumienia przez korę starą i nową pierwotnych popędów. 
Psychopatia może wiązać się z brakiem zdolności do empatii: słabe sprzężenie kory, układu limbicznego i kompleksu R, pomimo normalnej inteligencji, mogą powodować działanie zdominowane przez kompleks R.

Inny podział Freuda to przeżycia i działania świadome, przed świadome i nieświadome, czyli skryte pragnienia, traumatyczne wspomnienia, nieakceptowalne społecznie idee, kontrolujące nasze zachowanie. 
Bardziej pasuje to do podziału na dwie półkule i odrębne pragnienia obu; prawa półkula wpływa na nasze zachowanie zwykle w trudny do uświadomienia sposób. 
Niewłaściwe odwołania do nieświadomości (podświadomości) u Freuda pokutują do dzisiaj: nie jest to składnica mrocznych pragnień, chociaż niektóre stany umysłu mogą być tłumione przez inne w wyniku konkurencyjnych procesów.

Z grubsza jest to użyteczny podział funkcji ale … 
U ssaków układ limbiczny uległ znacznemu przekształceniu, ewolucji podlegał cały mózg, nie można się całkiem cofnąć ale pewne struktury mogą się mocno zmienić. 
Kora nie jest tylko dodatkiem! Tworzy z pozostałymi obszarami jedną, funkcjonalną i neuroanatomiczą całość, do pewnego stopnia kontrolując struktury podkorowe. Mechanizmy działania uwagi regulują jaka informacja do kory dopływa (LeDoux 2000, 2002). 
Sens wyodrębnienia układu limbicznego od innych struktur podkorowych bywa kwestionowany, gdyż w normalnym mózgu nastąpiła integracja funkcji i nie można rozbić jego działania na niezależne elementy. 
Uszkodzenie specyficznego obwodu scalonego prowadzi do specyficznych błędów w komputerze, ale to nie oznacza, że tylko ten element jest odpowiedzialny za daną funkcję. Ścisła lokalizacja funkcji wydaje się mało prawdopodobna, nawet takich ogólny podział funkcji jak u MacLeane’a.

Dlaczego po tylu latach ewolucji struktury gadów nie zostały wyeliminowane? Główne przyczyny są dwie:

Do czasu rozwoju społeczeństw osiadłych (a więc nie dawniej niż kilkanaście tysięcy lat) agresja stanowiła szansę na przetrwanie i ochronę swojego terytorium, nie było więc nacisku na selekcję pozbawiającą człowieka niższych instynktów. 
Nowe struktury mózgu pozwalają na pewien kompromis pomiędzy koniecznością współpracy w grupie, a ochroną interesów osobistych. 
Natura eksperymentuje i widać duże zróżnicowanie, od altruistów poświęcających się całkowicie dla dobra innych, do egoistów, zajmujących się tylko sobą. 
Można to w pierwszym przybliżeniu interpretować jako dominację jednej z trzech struktur.
Ewolucja nie jest wszechmocna i nie projektuje inteligentnie swoich produktów. 
Z punktu widzenia genetyki niemożliwe jest cofnięcie się do punktu zero i zaczęcie od nowa; rozwój kory nowej mózgu (neocortex) pokazuje jak obecna, 6-warstwowa kora powstaje z prostszej kory starej, cofając się krok do tyłu i budując dalej nowe warstwy. 
Nie ma możliwości zmiany całego planu życia i zaczęcia od nowa, poza oczywiście zniszczeniem całego życia i rozpoczęcia od bakterii, ale wtedy historia się powtórzy, chociaż pewnie w całkiem inny sposób … a istoty inteligentne zdziwią się i zapytają: „dlaczego my”?