Otyłość = niedożywienie? Fragment książki „Dlaczego tyjemy i jak sobie z tym poradzić”

Posted: Kwiecień 17, 2014 in Zdrowie
Tagi: , , , ,

Otyłość = niedożywienie?

 

Fragment książki  „Dlaczego tyjemy i jak sobie z tym poradzić” – Gary Taubes

 

 

Gdzie popełniliśmy błąd?

W 1934 roku Hildę Bruch, młodą niemiecką lekarkę pe­diatrę, która przybyła do Ameryki i osiedliła się w Nowym Jorku, zdumiała, jak później napisała, liczba grubych dzie­ci — „takich naprawdę grubych, nie tylko w przychodniach, ale na ulicach, w metrze, w szkołach”. Tak bardzo rzucało się to w oczy, że inni imigranci z Europy pytali Bruch o przyczy­nę masowej otyłości wśród dzieci, zakładając, że jako lekarka będzie znała odpowiedź. Pytali, co się dzieje z amerykańskimi dziećmi. Mówili, że nigdy nie widzieli tylu małych grubasów.

Dziś wciąż słyszymy takie pytania albo zadajemy je sami; nieustannie przypomina się nam, że żyjemy w centrum epidemii otyłości (tak jak wszystkie kraje rozwinięte). Podobne pytania dotyczą dorosłych. Dlaczego o n i są tak otyli? Cza­sem: dlaczego m y tacy jesteśmy?

No ale był to Nowy Jork połowy lat trzydziestych XX wie­ku. Dwadzieścia lat przed pierwszym KFC i pierwszym McDonaldsem. Co więcej, rok 1934 pamiętamy jako kulmi­nację Wielkiego Kryzysu, epokę garkuchni dla bezdomnych, kolejek po darmowy posiłek i bezprecedensowego bezrobo­cia. W Stanach Zjednoczonych jedna czwarta obywateli nie miała pracy. Sześćdziesiąt procent Amerykanów żyło w bie­dzie. W Nowym Jorku, gdzie doktor Bruch i innych imi­grantów tak zdumiała dziecięca otyłość, niedożywione było ponoć co czwarte dziecko. Jak więc to możliwe?

W rok po przybyciu do Nowego Jorku Bruch założyła przychodnię przy Kolegium Lekarzy i Chirurgów Uniwer­sytetu Columbia, aby leczyć otyłe maluchy. W roku 1939 opublikowała pierwszy raport ze szczegółowych badań dzieci, które leczyła (przeważnie bez powodzenia). Z rozmów z pa­cjentami i ich rodzinami dowiedziała się, że dzieci jadły za dużo. Rady, by jadły mniej, były jednak bezskuteczne, nie pomagały też apele, okazywanie współczucia, różne formy terapii — tak w przypadku dzieci, jak i rodziców.

Bruch stwierdziła też, że dzieci wbrew pozorom starały się jeść z umiarem, i w ten sposób kontrolować wagę, lub przynajmniej wiedziały, że powinny jeść mniej — jednak nie udawało im się schudnąć. Pisała, że niektóre z nich „tak bardzo starały się zrzucić zbędne kilogramy, że właściwie pod­porządkowały temu życie”. Utrzymywanie niższej wagi wią­zało się jednak z „niekończącą się dietą półgłodową”, z którą dzieci po prostu sobie nie radziły, mimo że z powodu otyłości były dyskryminowane przez rówieśników.

Jedną z pacjentek Bruch była drobnokoścista nastolatka, „dosłownie ginąca pod zwałami tłuszczu”, która od zawsze zmagała się zarówno ze swoją wagą, jak i z postawą rodziców, którzy za wszelką cenę starali się pomóc jej schudnąć. Wie­działa, jak to osiągnąć (a przynajmniej tak sądziła) — czyli mniej jeść — i te starania nadawały sens jej życiu. „Zawsze wie­działam, że życie zależy od tego, jaką się ma figurę — mówiła lekarce. — Zawsze czułam się nieszczęśliwa i przygnębiona,
gdy przybierałam [nawadze]. Nie było po co żyć (…). Wręcz nie cierpiałam samej siebie. Nie mogłam tego znieść. Nie chciałam na siebie patrzeć. Nienawidziłam luster. Pokazywa­ły, jaka jestem gruba (…). Nigdy nie czułam się dobrze z tym, że jem i tyję — ale nie widziałam wyjścia, więc tyłam dalej”.

Podobnie jak ta dziewczyna, ci z nas, którzy mają nad­wagę lub są otyli, przez całe życie starają się jeść mniej, a przynajmniej nie jeść za dużo. Czasem nam się udaje, czasem nie, ale walka trwa. W przypadku niektórych, jak na przykład pa­cjentów doktor Bruch, walka zaczyna się już w dzieciństwie. U innych — na studiach, kiedy to podczas pierwszego roku mieszkania poza domem pojawia się tłuszczowa opona wokół talii i bioder. Jeszcze inni zaczynają sobie uświadamiać po trzydziestce lub czterdziestce, że nie tak łatwo już jak kiedyś utrzymać wagę.

 

Według lekarzy nadmierna waga wiąże sią ze zwiększonym ryzykiem prawie wszystkich chorób przewlekłych.

Jeśli jesteśmy grubsi, niż zalecają specjaliści, i z jakiejś przyczyny idziemy do lekarza, ten prawdopodobnie zasugeruje, żebyśmy z tym coś zrobili. Po­wie nam, że nadmierna waga wiąże się ze zwiększonym ryzykiem prawie wszystkich chorób przewlekłych — chorób serca, udaru, cukrzycy, raka, astmy, demencji. Pouczy nas, żeby regularnie ćwiczyć, przejść na dietę, jeść mniej, tak jakbyśmy sami nigdy o tym nie pomyśleli i tego nie prag­nęli.

„Bardziej niż w przypadku jakiejkolwiek innej choro­by — mówiła o otyłości Bruch — do lekarza zwracamy się tylko po to, żeby cudem sprawił, aby pacjent przestał jeść — mimo że wiadomo już, iż nie jest w stanie tego zrobić”.

 

Lekarze z czasów Hildę Bruch nie byli bezmyślni, lekarze współcześni też tacy nie są. Mają po prostu błędny system przekonań, według którego przyczyna tycia jest jasna i bez­sporna, podobnie jak rozwiązanie tego problemu. Tyjemy, mówią nam lekarze, bo jemy za dużo i ruszamy się za mało, rozwiązaniem jest więc działanie odwrotne. Przynajmniej powinniśmy jeść „nie za dużo”, jak zaleca Michael Pollan w bestsellerowej książce W obronie jedzenia, i to wystarczy. Wtedy przynajmniej nie będziemy jeszcze grubsi. Bruch opi­sała to w 1957 roku jako „dominujące przekonanie Amery­kanów, że problem [z nadwagą] polega po prostu na tym, że je się więcej, niż potrzebuje organizm”; obecnie pogląd ten utrzymuje się jak świat długi i szeroki.

„Podstawową przyczyną otyłości i nadwagi — jak twier­dzi Światowa Organizacja Zdrowia — jest brak równowa­gi między kaloriami dostarczanymi wraz z pożywieniem a wydatkowanymi”. Tyjemy, kiedy przyjmujemy więcej energii, niż zużywamy (w terminologii naukowej — mamy dodatni bilans energetyczny), a chudniemy, gdy wydatkuje­my więcej, niż przyjmujemy (ujemny bilans energetyczny). Pożywienie to energia, a mierzymy ją kaloriami. Gdy zatem spożywamy więcej kalorii, niż spalamy, tyjemy. Jeśli spoży­wamy mniej kalorii, chudniemy.

Takie postrzeganie naszej wagi jest na tyle przekonujące i powszechne, że dzisiaj właściwie nie da się w nie n i e wie­rzyć. Nawet jeśli mamy mnóstwo dowodów na to, że jest inaczej — przecież od tylu lat staraliśmy się mniej jeść i wię­cej ćwiczyć — bardziej prawdopodobne jest, że zakwestionu­jemy własne poglądy i siłę woli niż twierdzenie, że o naszej otyłości decyduje brak równowagi kalorycznej.

Moim ulubionym przykładem takiego sposobu myślenia jest przypadek uznanego fizjologa wysiłku fizycznego, współ­autora zestawu wskazówek na temat aktywności fizycznej i zdrowia, opublikowanych w sierpniu 2007 roku przez Ame­rykańskie Stowarzyszenie Kardiologiczne oraz Amerykańskie Kolegium Medycyny Sportowej. Człowiek ten powiedział mi, że gdy zaczynał uprawiać biegi lekkoatletyczne w latach siedemdziesiątych, był „niski, gruby i łysy”, a teraz zbliża się do siedemdziesiątki i jest „niski, grubszy i łysy”. Przez te lata przytył kilkanaście kilogramów, a przebiegł jakieś sto trzydzieści tysięcy kilometrów — czyli mniej więcej trzykrot­nie obiegł Ziemię (wzdłuż równika). Podejrzewał, że wysiłek fizyczny, sprzyjający utracie wagi, ma granice, ale wierzył też, że gdyby nie biegał, byłby jeszcze grubszy.

Gdy go zapytałem, czy naprawdę uważa, że mógłby być szczuplejszy, gdyby przebiegł cztery razy dookoła Ziemi, a nie trzy, stwierdził: „Nie dałbym rady być już bardziej aktywny fizycznie. Nie miałbym na to czasu. Ale gdybym mógł bie­gać przez ostatnie kilkadziesiąt lat przez dwie-trzy godziny dziennie, może bym tak nie przytył”. Szczerze mówiąc, pew­nie i tak by przytył, ale ta myśl nie przyszła mu do głowy.

Spójrzmy na epidemię otyłości. Ludzie tyją coraz bardziej. Pięćdziesiąt lat temu za otyłego uznano by oficjalnie jednego na ośmiu lub dziewięciu Amerykanów. Dziś — jedną trzecią. Dziś dwóch na trzech określa się jako osoby z nadwagą — czyli ważące więcej, niż wynosi norma ustalona przez instytu­cje zdrowia publicznego. Dzieci są grubsze, dorośli są grubsi, nawet niemowlęta rodzą się grubsze. Od kilkudziesięciu lat trwania tej epidemii hipoteza o bilansie kalorycznym trzyma się mocno, dlatego władze zakładają, że albo nie zwracamy uwagi na to, co nam mówią — żeby jeść mniej i ćwiczyć więcej — albo po prostu nie potrafimy sobie sami poradzić.

Malcolm Gladwell, amerykański pisarz i publicysta, omó­wił ten paradoks w „New Yorkerze” w roku 1998. „Mówią nam, że nie wolno spożywać więcej kalorii, niż spalamy, że nie możemy schudnąć, jeśli nie będziemy regularnie ćwiczyć — pisał. — To, że tak naprawdę niewielu z nas jest w stanie się do tego stosować, jest albo naszą winą, albo winą tych zaleceń. Oficjalne stanowisko medycyny naturalnie skłania się ku pierwszej opcji. Poradniki dietetyczne przychylają się do drugiej. Biorąc pod uwagę, jak często oficjalna medycyna myliła się w przeszłości, to stanowisko nie jest, na pierwszy rzut oka, irracjonalne. Warto przekonać się, czy to prawda”.

Po rozmowach z ekspertami Gladwell uznał, że to na­sza wina, że po prostu „brak nam dyscypliny… lub środków [finansowych]”, aby jeść mniej, a ruszać się więcej — choć sugerował, że w niektórych przypadkach to złe geny są winne naszych słabostek.

W tej książce zamierzam dowieść, że wina leży po stronie medycznej ortodoksji — zarówno poglądu, że nadmiar tłuszczu bierze się z nadmiaru kalorii, jak i błędnych porad, które z niego wynikają.

Chcę udowodnić, że paradygmat otyłości oparty na bilansie kalorycznym jest nonsensowny. Ani nie tyjemy dlatego, że jemy za dużo i ruszamy się za mało, ani nie możemy rozwiązać tego problemu, postępując na odwrót.

To przekonanie to nasz swoisty grzech główny — nigdy nie uda nam się rozwiązać własnych problemów z wagą, nie mówiąc już o problemach całego społeczeństwa z otyłością, cukrzycą i innymi chorobami, jeśli tego nie zrozumiemy i nie naprawimy.

Nie jest jednak moją intencją sugerowanie, że istnieje ma­giczna recepta na schudnięcie, a już na pewno nie taka, która nie wymaga poświęceń. Pytanie brzmi: co trzeba poświęcić?

W pierwszej części książki przedstawię dowody przeciwko hipotezie bilansu kalorycznego. Omówię wiele spostrzeżeń i faktów, których owa teoria nie wyjaśnia, powiem też, dla­czego zaczęliśmy w nią wierzyć, i jakie w rezultacie popełni­liśmy błędy.

W drugiej części książki opowiem, jak postrzegali oty­łość europejscy naukowcy tuż przed drugą wojną światową. Twierdzili oni — a ja to powtarzam — że absurdem jest przekonanie, iż otyłość jest wywoływana przejadaniem się, ponieważ to, co sprawia, że ciało rośnie — czy chodzi o wzrost, wagę, mięśnie czy tłuszcz — powoduje, że ludzie się przejadają, czyli jedzą za dużo. Dzieci, na przykład, rosną nie
dlatego, że są łakome i przyjmują więcej kalorii, niż wydat­kują. Jedzą tyle — „przejadają się” — ponieważ rosną. Mu­szą przyjmować z pożywieniem więcej kalorii, niż spalają. Dzieci rosną dlatego, że ich organizm wydziela hormony, które powodują wzrost — w tym przypadku hormon wzro­stu. Mamy wszelkie podstawy do tego, by uważać, że rozrost naszej tkanki tłuszczowej prowadzący do nadwagi i otyłości również stymulują hormony.

Przede wszystkim dwa czynniki determinują, ile tłuszczu gromadzi nasz organizm, i oba mają związek z hormonem — insuliną.

Zamiast zatem definiować otyłość jako zaburzenie bilansu energetycznego lub wynik przejadania się, europejscy leka­rze wyszli z założenia, że otyłość jest zaburzeniem polegają­cym na nadmiernym gromadzeniu tłuszczu. Jest to prawda tak oczywista, że omawianie jej wydaje się bezsensowne. Ale skoro jednak o tym mówimy, nasuwa się pytanie: co zawiaduje gromadzeniem się tłuszczu? Ponieważ wszelkie hormony i enzymy powodują przyrost tkanki tłuszczowej, to one są prawdopodobnymi winowajcami, na których trze­ba skupić uwagę, by ustalić, dlacze­go niektórzy z nas tyją, a inni nie.

Niestety, niewielu z owych euro­pejskich naukowców przetrwało drugą wojnę światową, a ich poglą­dy nie zostały wzięte pod uwagę na przełomie lat pięćdziesiątych i sześć­dziesiątych XX wieku, gdy szukano odpowiedzi na pytanie, co ma wpływ na przyrost tkanki tłuszczowej. Jak się okazuje, przede wszystkim dwa czynniki determinują, ile tłuszczu gromadzi nasz organizm, i oba mają związek z hormonem   insuliną.

Po pierwsze, gdy podnosi się poziom insuliny, tkan­ka tłuszczowa narasta; gdy poziom insuliny opada, tłuszcz, uwalnia się z tkanki tłuszczowej i zaczyna być spalany, żeby organizm zyskał paliwo. O tym fakcie wiemy od początku; lat sześćdziesiątych XX wieku i nigdy nie budził on kon­trowersji. Po drugie, poziom insuliny w naszym organizmie ; zależy od węglowodanów, które spożywamy — może nie całkowicie, ale w większości. Im więcej węglowodanów zja­damy, im łatwiejsze są one do strawienia i słodsze, tym więcej wydziela się insuliny i tym wyższy jest jej poziom w naszym krwiobiegu, a zatem więcej tłuszczu zatrzymuje się w komór­kach tłuszczowych. „Węglowodany napędzają insulinę, a ona tłuszcz” — tak to niedawno opisał mi George Cahill, dawny profesor medycyny na Wydziale Medycznym Uniwersytetu Harvarda. Cahill przeprowadził niektóre z wczesnych badań nad regulacją przyrostu tłuszczu w ciele człowieka w latach pięćdziesiątych, był też jednym z redaktorów ośmiusetstronicowego kompendium Amerykańskiego Towarzystwa Fizjolo­gicznego na temat tych badań, opublikowanego w roku 1965.

Inaczej mówiąc, nie dlatego tyjemy, że się przejadamy, ale dlatego, ponieważ zjadamy węglowodany. Nauka mówi nam, że otyłość to skutek nierównowagi hormonalnej, nie kalorycznej — a konkretnie, stymulacji  wydzielania insuliny dzięki przyjmo­waniu pożywienia łatwo strawnego, bogatego w węglowodany: rafinowanych węglowodanów, jak mąka i ziarna zbóż, bogatych w skrobię warzyw, jak ziemnia­ki, i cukrów, jak sacharoza (cukier kuchenny) oraz bogaty we fruktozę syrop kukurydziany. Te węglowodany powodują, że tyjemy, a ponieważ dzięki nim w naszym organizmie groma­dzi się tłuszcz, sprawiają, że czujemy się bardziej głodni i nie chce się nam ruszać.

Oto zasadnicze fakty, tłumaczące, dlaczego tyjemy. Jeśli mamy schudnąć i utrzymać zdrową wagę, będziemy musieli to zrozumieć i zaakceptować. Co ważniejsze, będą to musieli zrozumieć i zaakceptować nasi lekarze.

Jeśli celem czytelników tej książki jest otrzymanie odpo­wiedzi na pytanie: Co mamy robić, żeby utrzymać szczupłą sylwetkę lub pozbyć się nadmiaru tłuszczu?, oto ona: Uni­kajcie pożywienia bogatego w węglowodany, a im jest ono słodsze lub łatwiejsze do spożycia i strawienia (najgorsze są chyba płynne węglowodany — piwo, soki owocowe i napoje gazowane), tym bardziej prawdopodobne, że sprzyja tyciu i tym bardziej powinniście go unikać.

Ta wiedza nie jest czymś nowym. Aż do lat sześćdziesią­tych XX wieku (więcej o tym później) były to powszechnie panujące poglądy. Pożywienie bogate w węglowodany — chleb, makaron, ziemniaki, słodycze, piwo — uważano za wyjątkowo tuczące. Pisano o tym również w wielu — często bestsellerowych — książkach na temat diet. Jednak i sam fakt, i jego podstawy naukowe były przekręcane lub błęd­nie interpretowane, zarówno przez zwolenników diet nisko- węglowodanowych, jak i przez tych, którzy utrzymują, że te diety to niebezpieczne przelotne mody (wśród nich Amery­kańskie Towarzystwo Kardiologiczne). Dlatego chciałbym je przedstawić jeszcze raz. Jeśli ktoś uzna, że ta argumenta­cja jest na tyle przekonująca, że zechce według niej zmienić swoją dietę, tym lepiej. Poradzę, jak to zrobić, w oparciu o doświadczenia klinicystów, którzy od lat wykorzystują owe diety, by leczyć pacjentów z nadwagą i cukrzycą.W ciągu ponad sześćdziesięciu lat, które minęły od końca drugiej wojny światowej, gdy omawiano kwestię przyczyn tycia (kalorie czy węglowodany?), często można było odnieść wrażenie, że nie jest to kwestia naukowa, ale wręcz religijna. Jeśli chodzi o zdrową dietę, w grę wchodzi tyle różnych prze­konań, że pytanie naukowe, dlaczego tyjemy, zagubiło się gdzieś po drodze. Zostało usunięte w cień przez względy mo­ralne i socjologiczne, z pewnością warte uwagi, ale nie ma­jące nic wspólnego z nauką ani z badaniami naukowymi.

Diety niskowęglowodanowe zazwyczaj zastępują węglo­wodany dużymi porcjami produktów zwierzęcych — od ja­jek na śniadanie do mięsa, ryb lub drobiu na lunch, obiad czy kolację. Należy zastanowić się nad konsekwencjami. Czy nasza zależność od produktów zwierzęcych nie jest już i tak niekorzystna dla środowiska, i czy jeszcze nie pogarszamy sytuacji? Czy hodowla inwentarza nie jest jedną z głównych przyczyn globalnego ocieplenia, zanieczyszczeń i niedobo­ru wody? Myśląc o zdrowej diecie, czy nie powinniśmy po­myśleć o tym, co jest dobre również dla naszej planety, nie tylko dla nas? Czy mamy prawo zabijać zwierzęta, żeby je zjadać albo zatrudniać je do pracy, której celem jest wytwa­rzanie pożywienia dla nas? Czy jedynym dającym się obronić pod względem etycznym stylem życia nie jest wegetarianizm czy nawet weganizm?

To ważne pytania. Jednak w naukowej i medycznej deba­cie nad tym, dlaczego tyjemy, one nie istnieją. I to właśnie postanowiłem tutaj zbadać — tak jak Hilda Bruch ponad siedemdziesiąt lat temu. Dlaczego jesteśmy grubi? Dlaczego grube są nasze dzieci? Co możemy na to poradzić?

 

Reklamy
Komentarze
  1. Patenty pisze:

    Patenty do zastosowania tzw. wolnej energii.
    http://77xtak.wordpress.com/patenty/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s