„Nie… chce żyć” – Andrzej Setman – fragment

Posted: Grudzień 15, 2012 in Kontakty Damsko-Męskie, Świadomość
Tagi: , ,

– Pani w szkole pyta Jasia: „Odrobiłeś pracę domową?” Chłopczyk odpowiada: „Próbowałem”. Jak typujesz: zrobił czy nie? – powtórzyłem historię zasłyszaną od Arnolda
– No, wynika z tego, że raczej nie – przyznała logicznie.
– Nauczycielka zadaje mu następne pytanie: „A zrobisz na jutro?” Jasio odpowiada: „Spróbuję”. Jak duża jest szansa, że zrobi? Jak uważasz?
– Niewielka – przyznała.
– Dokładnie tak samo oceniam swoją szansę, że wysłucham opowieści o rozmowie z babcią z pominięciem didaskaliów – parsknąłem śmiechem.
– Świnia! – Roześmiała się jeszcze głośniej ode mnie.
– Świnia to właśnie jest twój pierwszy komentarz.
– Dobra, i tak z tobą nie wygram
– Słuszna uwaga, czyli drugi komentarz, a za chwilę będzie trzeci. – Przewidywałem jak jasnowidz czytający przyszłość z brudnych kart.
– Dobra, już zaczynam tę opowieść. – Zmarszczyła czoło, bo chyba dotarło do niej, że to zdanie też jest komentarzem. – Babcia zażądała ode mnie, żebym tłumaczyła słowo w słowo to, co będzie mówić mamie, niezależnie jak nieprzyjemna albo zaskakująca będzie ta rozmowa. Kazała mi przyrzec, że będę dosłownie przekładać na grecki odpowiedzi mamy, nie łagodzić ich, bo, jak stwierdziła, wygładzanie tylko powoduje nieporozumienia.
– A czemu nie poprosiła o to Ildiko?
– Chciała, żebym to ja była tłumaczem, po pierwsze dlatego, że byłam znana z niewyparzonej buzi. O drugim powodzie powiem za chwilę.
– Dobrze, poczekam – rzekłem, sadowiąc się wygodnie w fotelu. – Wracaj do tematu. Siedzicie we trójkę przy stole w kuchni u babci…
– Na piecu smażyły się pomidory, przygotowywane na święto, pachniało skórką pomarańczową… – rozpoczęła wreszcie. – Najpierw babcia zapytała, czy moja mama zgodzi się, żebym to ja była tłumaczem, bo chce z nią porozmawiać jak kobieta z kobietą. Mama się zgodziła, przekonana, że rozmowa będzie dla niej miła.
– Rozumiem, że nie była… – przerwałem i zatknąłem sobie dłonią usta na znak, że już będę milczał.
– Babcia zaczęła tak: „Jestem starą kobietą i wiem, że niedługo nadejdzie mój czas, ale zanim odejdę w spokoju, chcę ci powiedzieć kilka ważnych rzeczy”. Oczywiście moja mama natychmiast kurtuazyjnie zaprotestowała, uśmiechając się do teściowej i nawijając, że teściowa jest jeszcze młoda. Babcia, nie czekając na moje tłumaczenie, przerwała jej w pół słowa stanowczym: „SŁUCHAJ MNIE!” Mama zamilkła, a babcia natychmiast po moim tłumaczeniu następne zdanie wypowiedziała tym samym tonem: „TY NIE JESTEŚ DOBRĄ ŻONĄ DLA MOJEGO SYNA” i poczekała, aż przetłumaczę. Mama zaczerwieniła się i prawie natychmiast weszła w stan świętego oburzenia: „Jak to nie? Robię, co tylko mogę, żeby mu stworzyć dom i rodzinę. Piorę, prasuję, sprzątam, gotuję, spełniam wszystkie obowiązki małżeńskie”. Przetłumaczyłam, a matka ciągnęła dalej: „Poświeciłam mu najpiękniejsze lata swojego życia, mieszkam gdzieś z dala od cywilizacji, na jakiejś wsi zabitej dechami, bez dostępu do kultury. Gdyby nie Internet, już dawno bym zwariowała”. Przetłumaczyłam, ale babcia milczała.
– Twój wspaniały syn – mówiła mama – wcale nie jest taki wspaniały, jak ci się wydaje. Żadna kobieta nie byłaby z nim szczęśliwa. Ja go kochałam ponad wszystko i wszystko mu poświęciłam, a nic nie dostałam w zamian. On w ogóle mnie nie szanuje i nie kocha. Cały czas czuję się samotna jak palec. Na początku obiecywał złote góry, opowiadał, jak tu w Grecji jest pięknie, jaka będę szczęśliwa, bogata, jakie będę miała cudowne życie, i nic się nie spełniło. Nie mam nic i żadnych perspektyw, że kiedykolwiek coś się zmieni. Zestarzałam się, zbrzydłam, ręce mam zniszczone od ciągłego prania, jak wieśniaczka, i w ogóle nie czuje się kochana. Twój syn traktuje mnie, jakbym była jego własnością, wołem roboczym. Widzi, że nie jestem szczęśliwa, i nic nie robi, żeby było lepiej. A przecież tysiące razy mu powtarzałam, że nie możemy tak dalej żyć. Setki razy mu mówiłam, że jestem nieszczęśliwa, a on nic nie zrobił, żeby było lepiej. Palcem w bucie nie kiwnął, aby coś się zmieniło na lepsze. Nawet przestał mi mówić, że mnie kocha. Ciągle tylko ucieka do swojej tawerny, siedzi tam z kumplami przy winie i wraca nad ranem pijany. Nic z niego nie mam. My już nawet ze sobą nie sypiamy.
– Czy mój syn cię bije? Czy kiedykolwiek cię uderzył? – spytała babka z wyraźną troską w głosie.
– Nie. Nigdy! – oburzyła się mama. – Niechby tylko spróbował, to bym go chyba zabiła!
– To dobrze, bo tylko tego się obawiałam, że on cię nie szanuje – zamruczała pod nosem. – A za co ty podziwiasz Stawrosa?
– A niby za co mam go podziwiać. Za to, że nic nie robi, żeby było lepiej? Od lat nawet palcem nie kiwnął, żeby cokolwiek naprawić miedzy nami.
– A kiedy braliście ślub, to go podziwiałaś? – zainteresowała się babka.
– Tak – potwierdziła mama. – Wtedy miałam powody. Wtedy dbał o mnie, troszczył się, miał fantazję, starał się, mówił, że mnie kocha, zgadywał każde moje życzenie, wprost czytał w moich myślach. Nie raz gdy wstawałam po sweter, on już mi go niósł. Kiedy chciałam zrobić herbatę, okazywało się, że on już wstawił wodę. Ciągle mi obiecywał, że stworzymy wspaniałą rodziną, że będę szczęśliwa, a ja głupia mu uwierzyłam, że tak będzie zawsze.
– A więc to on się zmienił? – spytała babka.
– Diametralnie! Teraz jest zupełnie innym człowiekiem! Ja nie z takim brałam ślub.
– A ty się nie zmieniłaś przez te lata? Naprawdę nie? – dociekała babka.
– Nie, ja się nie zmieniłam – mówiła mama. – Oczywiście, zestarzałam się, zbrzydłam i mam dość tego bezsensownego życia. Na nic się zdały lata tłumaczenia mu, że źle postępuje.
– Skoro uważasz, że się nie zmieniłaś, to powiedz mi, czy tak samo często się uśmiechasz jak kiedyś, czy często śpiewasz? – nie odpuszczała babka.
– Gdybym miała powody, to na pewno nie tylko bym śpiewała, ale i tańczyła ze szczęścia. Od lat nie mam najmniejszego powodu, żeby choć przez chwilę czuć się szczęśliwą – odparła mama.
– Ale jeszcze nie tak dawno na ślubie naszego kuzyna wyglądałaś całkiem pięknie – zauważyła babka.
– To tylko pozory. Mówiłam Stawrosowi, setki razy mu tłumaczyłam, żeby nie pożyczał pieniędzy na ten ślub, bo nigdy już ich nie zobaczy. Dobrze wiedziałam, że nasze wieloletnie oszczędności przepadną. Ale on był mądrzejszy. I co? W zamian za kupę kasy dostał w podzięce miejsce przy stole obok pary młodej i jeden toast na cześć kochanego wujka. Nigdy nie odzyskamy tej forsy. On zupełnie o mnie nie dba. Jego wcale nie obchodzi, czy mamy co jeść. On tylko przychodzi na gotowe i dziwi się, że już pieniądze wydane. On bardziej kocha dalekiego krewnego niż mnie i swoje córki.
– Czy jesteś tak często szczęśliwa jak kiedyś? – spróbowała babka z innej beczki.
– Szczęśliwa? – zdziwiła się mama. – Ja miałam być szczęśliwa! Wierzyłam jego słowom, i co mam z tego? Nic! Jestem na skraju załamania nerwowego. Głupia byłam, bo dałam wiarę jego zapewnieniom o wielkiej i dozgonnej miłości. A on nawet ze mną nie chce porozmawiać. Tysiące razy go prosiłam: chodź, usiądźmy, porozmawiajmy. A on od razu mówi, że nie chce słuchać wymówek i narzekań, a ja tylko chcę mu wytłumaczyć, co mi nie odpowiada. Nic do niego nie dociera. Mówić do niego to jak groch o ścianę. Udaje głuchego albo się głupio pyta, o co mi chodzi, jakby naprawdę nie wiedział, że źle postępuje, że ja nie czuję się kochana, że życie przecieka nam przez palce, że wegetujemy z dnia na dzień. On mnie w ogóle nie szanuje, a przecież ja życie dla niego poświeciłam, i co teraz z tego mam? A ty, mamo, jeszcze mi zarzucasz, że jestem złą żoną! Albo ty też jesteś podła, albo nie masz zielonego pojęcia, jakie ja mam ciężkie życie, a przecież twój ukochany syneczek obiecywał mi drogę usłaną różami. A ja piorę, sprzątam, prasuję, gotuję, zmywam, żyły sobie wypruwam, godzinami sterczę przy garach, żeby miał zawsze gorący obiad na stole, no i nic w zamian nie mam. Nawet słowa dziękuję, nawet zwiędłego kwiatka, nawet tego, co każdy mąż powinien dawać żonie. Dobrze wiesz, o czym mówię. On ciągle jest zmęczony, ciągle śpiący, ale mecze to potrafi oglądać do późna w nocy, ale do tawerny to biega trzy razy w tygodniu, żeby pić wino z koleżkami. Wraca o świcie, śmierdzący, nawet umyć mu się nie chce. Jak można kochać takiego człowieka?
– Kochasz go jeszcze? – zapytała babka.
– Chcesz usłyszeć prawdę? – zdziwiła się mama, jakby to nie było oczywiste.
– Tak, chcę usłyszeć! – potwierdziła babka.
– Nie mogę przy Oli, to jeszcze dziecko. – Mama próbowała wykręcić się od odpowiedzi.
– Nieprawda, ona już od roku jest kobietą – zaprotestowała babcia. Pewnie miesiączkująca dziewczyna była dla niej kobietą. – Najwyższy czas, żeby odłożyła książki z bajkami i zaczęła poznawać prawdę o życiu!
– Niech się dowie! Niech zna prawdę! Może to jej pomoże, żeby nie popełniła w życiu takiego głupstwa jak ja. Może chociaż ona trafi na porządnego człowieka. Od dawna nie kocham Stawrosa, okazał się niegodny mojej miłości! A za co miałabym go kochać? Za jego lenistwo, za to, że nic mu się nie chce, że zasypia odwrócony do mnie tyłem, że śmierdzi? Gdyby nie ja, to już dawno zarósłby brudem!
– Tak przypuszczałam… – pokiwała głową babka. – A jak go poznałaś, to też był leniem i śmierdział?
– Nie, wtedy się starał – potwierdziła mama- Wtedy ja byłam piękna i młoda, a on robił wszystko, żebym na niego zwróciła uwagę. Ale po naszym przyjeździe do Grecji stał się śmierdzącym leniem. Głupia byłam! A zresztą, skąd mogłam wiedzieć, że wszyscy Grecy są tacy. Zamiast się postarać o lepszą pracę albo zająć rodziną, chleją wińsko do białego rana, wyśpiewują sprośne piosenki, rechoczą się jak idioci.
– Co jeszcze masz do zarzucenia Stawrosowi? – spytała babka. – Odebrał ci paszport?
– Wszystko! Oszukał mnie, omamił obietnicami, ściągnął mnie tu, a teraz to nawet nie mam dokąd wracać! Co z tego, że mi nie odebrał paszportu, skoro nawet nie mogę pojechać do Polski, bo po pierwsze to nie mam za co, a po drugie to po co miałabym tam jechać? Nie chcę, żeby moi rodzice widzieli, jaka jestem nieszczęśliwa. Mało to nocy przeryczałam w poduszkę, a jego nawet nie interesuje, że płaczę, o nic nie zapyta, wychodzi z sypialni i ostentacyjnie kładzie się spać na kanapie w salonie, a chrapie tak, że aż się ściany trzęsą. Co chcesz jeszcze usłyszeć? Prawda jest taka, że to ty tak wychowałaś swojego syna. Nigdy nie dorósł, cały czas zachowuje się jak smarkacz, bawi się, zamiast się zająć rodziną jak dorosły mężczyzna…
– Wystarczy mi już tych twoich narzekań – przerwała ostro babka. – Teraz milcz i słuchaj. Jeśli się odezwiesz, zanim cię dopuszczę do głosu, to zdzielę cię ścierką. Zrozumiałaś? Pytam się, czy zrozumiałaś!
– Tak – wyjąkała przerażona mama, bo takiego wzroku babki jeszcze nigdy nie widziała.
– A więc słuchaj. – Nagle babka przeszła na spokojny ton. – Niedługo umrę. Nie zaprzeczaj, bo niewiele o mnie wiesz. Mam raka, lekarze nie dają mi już żadnej nadziei. Przeżyłam wiele dobrych i złych chwil. Wychowałam i wykształciłam pięciu synów. Zawsze chciałam mieć córkę, ale Bóg mi tego poskąpił. Teraz już wiem, dlaczego. Teraz mam pięć synowych i kocham je jak własne córki. Ciebie też z początku kochałam, bo widziałam, jak szczęśliwy był Stawros, kiedy przyjechałaś do Grecji. Zawsze chciałam, żeby moi synowie byli szczęśliwi. I czterech jest. Stawros był najmłodszy, był moim oczkiem w głowie, nie tylko dlatego, że był cudownym dzieckiem i uczył się najlepiej. Był najinteligentniejszy, najmądrzejszy, najładniejszy, najweselszy. Miałam nadzieję, że będzie najszczęśliwszy, bo miał w sobie więcej ciepła niż reszta jego braci. Dziewczyny za nim szalały, sikały po nogach, kiedy z nimi tańczył. Ale on ubzdurał sobie, że będzie studiować w Polsce, o której niestworzone rzeczy opowiadał mój mąż. Stawros, cokolwiek sobie zaplanował, to osiągał. Myślałam, że mi serce pęknie, kiedy się dowiedziałam, że ożenił się z katoliczką, ale skoro taka była wola Stawrosa, to zacisnęłam zęby i pogratulowałam mu serdecznie jego wyboru. Nie raz rozmawiałam z nim przez telefon. Cały czas mówił tylko o tobie, jaka jesteś piękna, jaka inteligentna, jaka wykształcona i jak bardzo go kochasz. Cieszyłam się, że znalazł swoją muzę, ale serce mi krwawiło… Rozumiałam, że dla twoich rodziców to też musiał być cios. Twoja matka nie miała możliwości płakać w cerkwi na ślubie swojej córki, a twój ojciec nie miał tej możliwości, żeby oddać jedynaczkę w ręce innego mężczyzny w obliczu Boga… Byłam na waszym ślubie, który odbył się w jakimś urzędzie, gdzie po korytarzach kręcili się petenci zamiast gości weselnych. Nie doznałam w twoim zimnym kraju ciepła i serdeczności. Gdy cię zobaczyłam pierwszy raz, od razu zaakceptowałam cię jak córkę! Ale każdy dzień twojego pobytu w Grecji przynosił coraz większe rozczarowania. Minął rok, a ty nie nauczyłaś się nawet dziesięciu słów po grecku. Mój najstarszy syn ożenił się z Francuzką, bardzo piękną kobietą i równie jak ty wykształconą. Z początku jej nie znosiłam. Ale ona już po roku mówiła całkiem dobrze po naszemu. Po dwóch latach zdobyła moje serce, gdy odwiedzała mnie w szpitalu i czytała mi gazety. Ty po siedmiu latach pobytu tutaj nie znasz nawet siedemdziesięciu słów po grecku, wliczając w to przekleństwa. Ciebie nie interesuje nasza tradycja, kultura, zwyczaje, rodzina. Przywiozłaś z dalekiego kraju inne poglądy na życie i je tu zasiewasz, ale wyrastają z nich tylko chwasty. Nie znam twojego kraju, ale może tam, w waszym zimnym klimacie, tak się traktuje mężczyzn, aby czuli się szczęśliwi. Chociaż nie wierzę w to, żeby istniał na świecie chociaż jeden mężczyzna, który mógłby osiągnąć szczęście, będąc tak traktowany jak Stawros. Możliwe, że w twojej religii szczęście i miłość nie mają wartości i wy tam żyjecie tylko po to, żeby się umartwiać i cierpieć. Mój syn cierpi, ty cierpisz i wasze dzieci cierpią, żyjąc bez miłości, jaką powinni promieniować rodzice, a mnie rozpacz ściska serce, kiedy na to wszystko patrzę. Stawros jest pośmiewiskiem całego miasteczka. Najinteligentniejszy z moich synów, z doktoratem, zarabia mniej niż kierowca autobusu. Ma najpiękniejszą kobietę, za którą oglądają się wszyscy mężczyźni. Ale ona zachowuje się jak sprzątaczka z Rumunii, taszcząca z bazaru siaty wyładowane kartoflami. Mój ukochany syn, który miał być merem miasta, człowiekiem podziwianym przez wszystkich, zamienił się po czternastu latach małżeństwa z tobą w troki od kalesonów. Wiesz czemu? Pytam się, czy wiesz czemu? Odpowiedz!
– Bo taki jest. Cóż ja mogę na to poradzić. On po prostu nie potrafi dorosnąć – przedstawiła swój punkt widzenia moja matka.
– Żaden mężczyzna nie potrafi sam dorosnąć – spokojnie mówiła babka. – To my, kobiety, dorastamy nagle, wydając na świat nowe życie. Mężczyźni niestety nie rodzą dzieci. Faceci nie dorastają przy matkach. Żeby chłopiec mógł się przemienić w dojrzałego mężczyznę, potrzebuje kobiety, prawdziwej kobiety. Żaden chłopak biorący ślub ze swoją ukochaną, nie jest dojrzały. Patrzę na swoich synów i widzę czterech dorosłych facetów i jednego chłopca, który miał pecha i ożenił się z piękną, wykształconą Polką. A ty co widzisz, kiedy patrzysz na swoich szwagrów?
– Przecież oni harują ponad siły – matka broniła swoich poglądów – aby zapewnić swoim żonom samochody, futra, biżuterię, wycieczki zagraniczne, a te ich żony chodzą tylko po fryzjerach, kosmetyczkach, gabinetach masażu i nawet nie gotują im obiadów, ani nie zajmują się dziećmi. Całe przedpołudnia plotkują w kawiarniach, przechwalając się, która ma w życiu łatwiej, a po południu czekają, aż mężowie wrócą z pracy, aby po obiedzie przygotowanym przez służącą wyegzekwować od nich obowiązki małżeńskie. Mamo, czy ty naprawdę nie widzisz, jak oni są wykorzystywani przez te swoje żony? One manipulują twoimi synami, żeby nic nie robić, tylko cieszyć się życiem i opalać na leżaku przy basenie. One nie mają żadnych ambicji poza nowym ciuchem i przechwalaniem się, gdzie która była za granicą. Ja nie potrafiłabym tak żyć. One pasożytują na twoich synach! A gdzie równouprawnienie? A gdzie partnerstwo? Przecież żyjemy w XXI wieku!
– Tak jest, jak mówisz – zgodziła się babka. One nic nie robią, żeby ich mężowie mogli robić wszystko. A jednak mam rację. W twoim kraju równouprawnienie i partnerstwo więcej jest warte od miłości i szczęścia. Czy zauważyłaś, że bracia twojego męża są szczęśliwsi niż on? Czy widzisz, że są dojrzalsi i pewniejsi siebie? A czy ty czujesz się kochana?
– Nie… Żaden z twoich synów, mamo, nigdy nie był tak kochany, jak ja kochałam Stawrosa!
– Uważasz, że twoje bratowe nie czują się kochane? _ zdziwiła się babka. – A ty czułabyś się kochana, gdyby Stawros zachowywał się wobec ciebie tak, jak oni zachowują się wobec swoich żon?
– Na pewno czują się kochane, i to nawet bardzo, ale same nie okazują im miłości! One nie zasługują na taką miłość, jaką dostają. To niesprawiedliwe, że one nic nie robią, a dostają wszystko, a ja robię wszystko, a nie dostaję nic – zakończyła matka ze smutkiem.
– Mylisz się – zaprotestowała babka. – One robią wszystko, żeby ich mężowie dostawali to, co jest dla faceta najważniejsze. One im dają to, czego facet najbardziej potrzebuje do szczęścia. Jesteś tu już osiem lat i jeszcze nie zauważyłaś, jak one się zachowują przy swoich mężach?
– Zauważyłam. Jak idiotki. Śmieją się z ich głupich dowcipów. Obmacują ich przy ludziach, zachwycając się ich bicepsami. Stroją głupie miny. Patrzą na nich tak, jakby to byli najwspanialsi mężczyźni, a oni są, bez urazy, przeciętnymi facetami. Czego potrzebuje mężczyzna w życiu? Idiotki u swojego boku, żeby się w niego wpatrywała jak sroka w gnat?
– A może mężczyzna właśnie tego potrzebuje, żeby się poczuć szczęśliwym. Nigdy się nad tym nie zastanawiałaś? – babka udała, że rozumie synową. – Nie? Facet potrzebuje podziwu. Tak jak kobieta potrzebuje czuć się kochaną i piękną, bo bez tego nie może być szczęśliwa, tak samo mężczyzna nie rozwija się, jeśli nie dostaje podziwu.
– O, nieprawda! – zaprzeczyła matka. – Na początku podziwiałam Stawrosa za wszystko, za to kim jest, za to, co umie, nawet za to, jaki jest przystojny. I co z tego?
– Ty popełniłaś inny błąd – wyjaśniła babka. – Ty nic od niego nie wymagałaś.
– Jak to nie? – zdziwiła się matka. – Setki razy mu mówiłam, że za mało dba o mnie. Tłumaczyłam, co ma zrobić: zadbać o nas.
– To nie jest stawianie wymagań – znów wyjaśniła babka. – Dla mężczyzny to jest krytyka, a nie wskazywanie celów. Ty nie powiedziałaś mu nigdy, co ma ci zrobić, ani jak ma to zrobić.
– Przecież on jest dorosły i sam się powinien domyślić – oburzyła się matka. – To ja muszę jeszcze uczyć swojego męża, co ma robić?
– Stawros jest dorosły, ale nie jest dojrzały – mówiła babka. – On nie miał za sobą trzech rozwodów. On potrzebuje kobiety, która go tego nauczy. Ty nic nie musisz, ale nie oczekuj, że chłopak sam dorośnie, że mężczyzna nagle zacznie myśleć i czuć jak niewiasta, bo gdyby tak się stało, to kobiety przestałyby go interesować, a zaczęliby go rajcować faceci. Przyjrzyj się, jak postępują inne kobiety. One mówią wprost, co chcą mieć, i w jakim sklepie jest to do kupienia, jakie lubią kwiaty, jak chcą być pieszczone i kochane. Facet to sam z siebie potrafi tylko zrobić dzieciaka, o czym się zresztą sama przekonałaś.
– Nie prawda – zaprzeczyła matka. – Kiedyś potrafił się domyślić, czego potrzebuję i co mi sprawia przyjemność.
Na tym polega zakochanie – zgodziła się babka. – I na
pewno tak było! Stawros był cudowny do chwili, kiedy się „ pierwszy raz nie pomylił, a ty nie zaczęłaś narzekać, że cię nie rozumie. W tamtym momencie zabiłaś jego kiełkującą intuicję. Kiedy pierwszy raz zwątpiłaś w to, że on cię naprawdę kocha to tylko dlatego, że wyskoczył z jakimś pomysłem jak Filip z konopi, niszcząc cały romantyzm, jaki roztaczał się dookoła was, a ty jeszcze tygodniami drwiłaś z niego.
– Skąd wiesz, że tak było? – zdziwiła się matka. – Opowiadał ci o tym? A to świnia!
– Nie, nigdy mi nie opowiadał. Przypomniałam sobie, jak ja zabiłam fantazję mojego męża, kpiąc z jego poronionego, i jak mi się wtedy wydawało, najgłupszego pomysłu na świecie. Nigdy już nie udało mi się tego naprawić. W tamtym momencie Zorba zamienił się w zwykłego mężczyznę, któremu trzeba mówić wprost i bez owijania w bawełnę, czego się od niego oczekuje.
– Mam go traktować jak osła? Tylko kij i marchewka? Przecież to człowiek – zbulwersowała się matka. – Ja tak nie potrafię. Ja chcę, żeby Stawros mnie kochał tak jak kiedyś, i rozumiał bez zbędnych słów.
– No to cofnij czas i zacznij jeszcze raz – kpiła babka.
– Przecież to niemożliwe.
– No to rób życiu to, co możliwe. Dawaj Stawrosowi to, co jest mu potrzebne do szczęścia. Jeśli chcesz czuć się kochana, to dawaj dużo marchewki i używaj mało kija. Masz mu pokazywać, jaka jesteś szczęśliwa, śmiać się przy nim, śpiewać z radości, tańczyć ze szczęścia, mówić mu, jaki jest wspaniały. Od czasu do czasu można postawić wymaganie, które on będzie umiał spełnić, aby się wysilił bardziej niż do tej pory. Wtedy mężczyzna będzie się rozwijał i jego poczucie wartości będzie rosło.
– A co ze mną? – Tu odezwał się egoizm mojej mamy. – Kto zadba o moje potrzeby? Znów wszystko ma być na mojej głowie? Ja tak nie chcę. Mam traktować twojego syna jak kretyna?
– Zrobisz, jak będziesz uważała za słuszne – babka posmutniała.

-Jeśli jesteś mądra, to skorzystasz z moich rad, a jeśli jesteś tylko inteligentna, to za kilka lat się rozwiedziecie i staniesz się starą zgorzkniała kobietą uważającą facetów za idiotów. Wybór należy do ciebie. Ja przed śmiercią przekazuję ci najważniejszą prawdę o mężczyznach, bo najcenniejsze w życiu jest szczęście i miłość. A ty rób, jak ci rozum dyktuje, jeśli jeszcze masz jego resztkę pod tymi blond lokami.
– Wcale mi się nie podoba to, jak do mnie mówisz – zirytowała się matka
– Ja nie jestem zielony dolar, żebym ci się musiała podobać! A teraz już idźcie, bo ta rozmowa bardzo mnie zmęczyła, chciałabym się położyć. Niedługo umrę i tam z góry będę obserwowała, jak dalej ułożysz swoje i Stawrosa życie. Zdaję sobie sprawę, że jest za późno, abyś cokolwiek chciała zmienić, że jesteś za głupia, aby skorzystać z rad starej kobiety i moje ględzenie w gruncie rzeczy na nic się nie zda. Jeśli przez osiem lat niczego się nie nauczyłaś, to prawdopodobnie i te trzy godziny też niczego nie zmienią. Człowiek zawsze powinien w życiu robić to, co uważa za słuszne, i walczyć do końca o szczęście. Nie tylko swoje, ale i tych, których kocha nad życie – babcia zakończyła rozmowę złotą myślą.
– Po co mi to wszystko mówisz, jeśli z góry wiesz, że ja się nie zastosuję do twoich rad? – wściekała się matka.
– Czy do ciebie jeszcze nie dotarło, że moje rady wcale nie były kierowane do ciebie? – Babka udała zdziwioną. – Mówiłam do Aleksandry, żeby ona też otworzyła oczy i popatrzyła na facetów jak na dzieło Boga, a nie brakujące ogniwo w łańcuchu rozwoju między małpą a kobietą.
– Kpisz sobie ze mnie czy co? – Matka kipiała złością.
– Nie z ciebie, ale z twoich przekonań – potwierdziła babka. – Kpię z nich w żywe oczy. Moja babka mawiała: „Mąż jest głową rodziny, a żona szyją, i to ona kręci głową”, i miała rację. Nie wzięła jednak pod uwagę, że czasem ta szyja jest chora albo sztywna jak matka-Polka.
– Do widzenia! – Matka zerwała się i niemal wybiegła z mieszkania.
– Wtedy pierwszy raz pocałowałam babcię w rękę, a ona mnie serdecznie przytuliła, stałyśmy tak dłuższą chwilę. – Ola kontynuowała swoją opowieść. – To było nasze pożegnanie. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Potem zobaczyłam ją już w trumnie, na pogrzebie. Zmarła dwa miesiące później, ale przez te dwa miesiące jakoś nie było okazji… W każdym razie mama robiła wszystko, żeby nie było okazji do spotkania, nawet kiedy babcia już była w szpitalu.
– Nieprawdopodobna historia – rzekłem z zachwytem.
– Czemu uważasz, że to jest nieprawdopodobne?
– Chciałem raczej powiedzieć fascynująca, użyłem złego słowa. Chociaż masz rację – dodałem po krótkim zastanowieniu. – Jakoś nie bardzo mogę uwierzyć, że przez tyle lat tak dokładnie udało ci się zapamiętać tę rozmowę.
– Masz rację. Niewiele pamiętałam z tego, co mówiła babka, byłam za mała, aby rozumieć sens tej rozmowy. W tym roku, na swoje szesnaste urodziny, dostałam pamiętniki babki. Wtedy dopiero zrozumiałam, jak ważną prawdę o życiu przekazywała mojej mamie, a właściwie mnie. To ja, pełniąc rolę tłumacza, miałam być odbiorcą tego przekazu.
– Masz jeszcze ten pamiętnik? – zainteresowałem się źródłem, z którego czerpała swoją wiedzę.
– Tak. To nie jest jeden zeszyt. Komplet składa się z trzydziestu dwóch tomików opisujących wszystkie lata jej małżeństwa. To są najmądrzejsze książki, jakie kiedykolwiek czytałam. Zawierają całą historią życia babci, złote myśli, listy od dziadka z czasów ich młodości, komentarze, przepisy, rady, wycinki z gazet i dużo pięknych wierszy jej autorstwa. Dopiero niedawno zrozumiałam, dlaczego właśnie mnie ofiarowała swoje pamiętniki.
– Dlaczego właśnie tobie? – spytałem, by wyrwać ją z zamyślenia.
– Babcia bardzo chciała mieć córkę, ale los obdarzył ją pięcioma synami. Szósta była wprawdzie córka, ale zmarła, kiedy miała trzy lata – odpowiedziała, jakby to wszystko wyjaśniało.
– Ale dlaczego tobie, a nie Ildiko przekazała te pamiętniki?
– Zmarła ciotka miała na imię Aleksandra, a poza tym ja mam niewyparzony język i podobnie jak babcia mówię zawsze to, co myślę. Ildiko jest ukochaną córeczką tatusia i pupilką całej rodziny, a mnie wszyscy, z wyjątkiem babci, zawsze traktowali jak czarną owcę.
– I dowiedziałaś się z tych pamiętników, jak należy postępować z mężczyznami? – zapytałem, aby podtrzymać rozmowę.
– Tak. Chociaż już dużo wcześniej zrozumiałam, że to, co robi moja mama, wcale nie czyni mojego tatę szczęśliwym, a i on nie daje mamie tego, co jej jest potrzebne do życia. Pamiętam, jakiego miałam cudownego ojca, kiedy byłam mała, jak on się z nami bawił, jak żartował, jakie robiliśmy kawały wszystkim znajomym, jak tańczył i ciągle się śmiał, jaki był szczęśliwy.
– Teraz jest inny? Może się tylko zestarzał?
– Mój cudowny ojciec zamienił się w zgorzkniałego stróża prawa i zasad moralnych, ględzącego jak stary pop. Straszy bojaźnią Bożą i ostrzega przed wszechobecnym złem rozsiewanym przez diabła czyhającego na niewinne ludzkie dusze. Jego nie tylko nie da się teraz słuchać, ale nawet nie można ścierpieć jego wzroku pełnego wyrzutów. W nim nie ma już najmniejszej iskierki radości. Stał się namolnym, dokuczliwym starcem, jak wrzód na dupie. Czyja się kiedyś też taka stanę i będę innym uprzykrzać każdą minutę, niszczyć najdrobniejszą oznakę radości? Z jednej strony żal mi go, a z drugiej nie wyobrażam sobie przebywania z nim dłużej niż kilka minut. Nawet wspólne posiłki stały się dla mnie katorgą, bo nawet podczas jedzenia wygłasza te swoje kazania o świętości, oszczędności, powinności, posłannictwie i prawach Bożych. Nadal go kocham jak ojca, a jednocześnie nie cierpię jak parszywego psa. Nikt z nim nie może wytrzymać. Jest gorszy nawet od ciągle narzekającej mamy.
– No, ale przecież są ze sobą – zauważyłem.
– Bo nie widzą innego wyjścia – ze smutkiem skomentowała Ola. – Nienawidzą się jak pies z kotem, ale na zewnątrz udają cudowną, kochającą się rodzinkę wychowującą dzieci. Kiedy Ildiko i ja dorośniemy i odejdziemy z domu, oni się zatrują wzajemnymi żalami do siebie. Zrozumiałam, że łaską losu jest dla nich taka czarna owca jak ja, na której mogą skupić całą swoją energię i metody pseudo wychowawcze, bo inaczej dawno by się pozagryzali. Dlatego cały czas, nawet tu na wakacjach, gram tę rolę, chociaż zupełnie mi ona nie leży.
– Czy wiesz, co stałoby się z twoimi pryszczami, gdybyś przestała grać? – spytałem odważnie.
– Wiem – odpowiedziała, patrząc mi prosto w oczy, jakby była moją rówieśnicą – ale nie mogę przestać, bo by się zagryźli.
– Powiedziałaś, że twój ojciec się zmienił, a co się stało z matką? Czy jest taka jak przed laty? Czy ona w ogóle się nie zmieniła?
– I to jak! – odrzekła Ruda, mrużąc ze złości oczy. – Upodobniła się do swojej matki, która co roku wita nas na lotnisku w Warszawie zatroskaną miną i tekstem: „Dziecko, jak ty źle wyglądasz, jak ja się o ciebie martwiłam przez ten rok, ile ja przez ciebie łez wylałam i nocy nie przespałam”. A przecież zna o wiele więcej skutecznych sposobów, żeby na dzień dobry popsuć nam wakacje w Polsce. Mama, tak samo jak babka, nieustannie karmi się lękiem o wszystko. O dziwo, odpuściła nieco w czasie tego pobytu, ale jestem przekonana, że to tylko dzięki tobie. Po raz pierwszy od wielu lat widziałam ją roześmianą na statku pirackim, gdy wciągnąłeś nas do zabawy. Pewnie gdyby nie poczucie świętości, głęboko zakorzenione w jej sztucznej przyzwoitości, i skrępowanie w obecności córek, które są małymi nic nie rozumiejącymi dziewczynkami, to chętnie, spędziłaby ten tydzień w twoim łóżku i wychodziła z niego tylko po to, żeby się obżerać kremówkami.
– Bez przesady – spróbowałem zignorować tę uwagę.
– Bez przesady to miałbyś tygrysicę w łóżku i z niewyspania oczy jak szparki do wrzucania drobniaków w glinianej skarbonce, taka jest na ciebie napalona. Ale pseudokatolicka moralność nie pozwala jej na nic więcej oprócz marzenia o seksie i mizdrzenia się godzinami przed lustrem. Wylewa na siebie flakon perfum, zanim wyjdziemy na kolację, podczas której wodzi za tobą tęsknym wzrokiem, zamiast cię schrupać na deser.
– Bez przesady… – zupełnie nie wiedziałam, co mógłbym odpowiedzieć, i oczywiście odezwałem się najdurniej jak tylko było można.
– A co? Może zaprzeczysz, mówiąc, że nie dałbyś się skonsumować zamiast ciastek pochłanianych w tempie, którego pozazdrościłby jej nie jeden odkurzacz firmy Elektrolux? Czy wy faceci nie widzicie, jak reagują na was wygłodniałe, napalone baby?
– Niby jak? – Ciekaw byłem, co zauważyła.
– Patrzą na was jak wół w namalowane wrota, jak sroka w gnat albo jak pies na kiełbasę! Po tańcu z tobą mama miała tak rozanielony wzrok i pustkę w mózgu, że trzydzieści siedem razy powtórzyła na przydechu: „Jak on wspaniale tańczy”. Może jeszcze nie zdajesz sobie z tego sprawy, że dla kobiety taniec jest cenniejszy od orgazmu.
– Przecież twoja mama ma męża – wtrąciłem głupio.
– I co z tego? – obruszyła się. – Żaden mąż nie chroni przed marzeniami. A tak w ogóle to kiedyś miała. Teraz ma miękkie troki od kalesonów, i to też od kilku lat nieużywane, a nie faceta. Sama do tego doprowadziła, bo kiedy kobieta przestaje kochać, to automatycznie przestaje podziwiać swojego męża i oczekiwać zmian na lepsze, no a wtedy zaczyna nim pogardzać i już nigdy nie ma ochoty z nim sypiać.
– Czy ta złota myśl, którą mi teraz zaserwowałaś, to też z pamiętnika babci? – spytałem wreszcie sensownie.
– Zgadłeś, ale to chyba nie było trudne. – Roześmiała się serdecznie.
– Bardzo chciałbym znać grecki, żeby móc przeczytać te fascynujące pamiętniki… – wypowiedziałem życzenie, które raczej powinno być skierowane do złotej rybki, a nie do Oli.
– Może kiedyś przetłumaczę je na angielski albo na polski i umieszczę w Internecie, żeby kobiety mogły się dowiedzieć, jak postępować z facetami, i potrafiły uratować swoje małżeństwa, dopóki nie jest za późno.
– Zrób to koniecznie. Wiele kobiet będzie ci wdzięcznych, ale jeszcze więcej cię przeklnie – dostrzegłem i drugą stronę medalu. – Rozumiem, że twoja mama nie próbowała nawet naprawiać swojego związku?
– Wtedy gdy się dowiedziała o tym, jak postępować z mężczyznami, było już za późno, aby sama chciała się zmienić.
– Czemu tak uważasz? – zdziwiłem się.
– Na ostatnich stronach pamiętnika babcia podsumowała rozmowę z moją mamą i przewidziała, jak się dalej to będzie u nas rozwijać. Miała żal do siebie, że tak długo zwlekała z tą rozmową, aż było za późno na naprawę małżeństwa moich rodziców. Wszystko się spełniło co do joty, zupełnie jakby była jasnowidzem.
– Czy może być za późno na miłość? – zaprotestowałem jak małe dziecko, które nie godzi się na to, aby Czerwony Kapturek został pożarty przez złego wilka. – Przecież miłość nie zależy od wieku!
– Gdy kobieta przekroczy próg pogardy do swojego męża, to przestaje jej na nim zależeć, wtedy już nie ma odwrotu ani możliwości, żeby go drugi raz pokochała. Babcia zrozumiała, że mama już zaczęła pogardzać jej synem i obydwoje staną się kiedyś starymi zgorzkniałymi ludźmi nie potrafiącymi cieszyć się życiem.

 

Advertisements
Komentarze
  1. Kontra Systemowi pisze:

    Oj, madra ta grecka babcia! My Polki tak jestesmy nauczone, ze mamy sie poswiecac, przez zoladek do serca, pranie, prasowanie, do stolu podac, ze stolu sprzatnac… do tego dzieci, na pysk padac ze zmeczenia, chodzic po domu ubrana w lachmany do sprzatania, lokowki caly dzien na glowie i oczekiwac, ze ukochany bedzie nam wdzieczny za to, ze zamiast kobiety ma przy sobie niechlujna cierpietnice wymagajaca roz i diamentow. Greczynki sa madrzejsze. Niby oficjalnie mezczyzna rzadzi i kobieta nie ma wiele do powiedzenia, ale tak naprawde to jest odwrotnie. I to jest ich wielka tajemnica, z ktora sobie chyba dobrze radza. Matko Polko, ucz sie od madrych Greczynek a tez bedziesz umiala sie smiac i tanczyc, tak jak lubisz. Jak cos robisz to rob z przyjemnoscia albo wcale. Badz naturalna i przestan sie „poswiecac”, d o c e n tez swojego faceta bo to swieta prawda, ze my Polki lubimy na nich psy wieszac i ich wysmiewac zamiast ich zachecic do pokazania co potrafia. Nawet jak przybije gwozdz tak niefortunnie, ze obrazek krzywo wisi, to mu podziekuj bez uwag a kiedys poprosisz kogos zeby ci po cichu poprawil. Zycie we dwoje to sztuka, ktora akurat kobiety powinny miec w malym palcu. I tu wcale nie chodzi o manipulacje, tylko o gleboka wiedze plci obojga – kobieta powinna byc kobieta a mezczyzna mezczyzna, wtedy zachowana jest rownowaga w przyrodzie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s